marca 28, 2026

"Moja wina, twoja wina" Liane Moriarty

"Moja wina, twoja wina" Liane Moriarty

Autorka: Liane Moriarty
Tytuł: Moja wina, twoja wina
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Data premiery: 11.03.2026
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 528
Gatunek: powieść obyczajowa / psychologiczna
 
Liane Moriarty zalicza się do nielicznego grona współczesnych pisarzy, którzy nie ulegają presji czasu pisania na szybko, wydawania określonej liczby tytułów rocznie. I to w jej prozie widać - na swoim koncie ma dziesięć książek, ale takich, które docenił cały świat - tłumaczona jest na ponad 40 języków, a ilość sprzedanych egzemplarzy przekroczyła 20 milionów. Jak sama przyznaje, pisała od zawsze, ale dopiero jej młodsza siostra pokazała jej, że nie trzeba pisać do szuflady - wydanie powieści dla młodzieży Jaclyn Moriarty, zmotywowało Liane, by i ona postarała się o wydanie. I tak, po doszkoleniu się na uniwersytecie w Sydney, debiutowała w 2003 roku powieścią “Three wishes”, która do tej pory nie została wydana w Polsce, tak samo jak jej drugi tytuł “Last Anniversary”. Pozostałe osiem powieści już tak - najpierw wydawane były przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka, teraz, kilka lat temu prawa do publikacji Moriarty w Polsce przejęło Wydawnictwo Znak Literanova.
“Moja wina, twoja wina” to siódma powieść w twórczości Liane Moriarty, w oryginale wydana w 2016, na polskim rynku po raz pierwszy rok później. Teraz, dziewięć lat po polskiej premierze czytelnicy mogą cieszyć się nią ponownie - w nowym wydaniu, we wszystkich trzech dostępnych formatach.
 
Osiem tygodni temu życie dwóch przyjaciółek zmieniło się na zawsze, choć nic nie zapowiadało tego, gdy umawiały się na niedzielne popołudniowe spotkania. Clementine, artystka grająca na wiolonczeli miała odwiedzić Erikę i jej męża Oliviera wraz z Samem i dwójką swoich córeczek: Ruby i Holly, za którymi Erika wręcz przepadała. Plany się jednak zmieniły - sąsiad Eriki Vit zaprosił ich na spontanicznego grilla, na co ona przystała. Wprowadziło to nieco komplikacji w ich plan - Erika i Olivier planowali przecież o coś przyjaciół zapytać, ale plany zawsze można zmienić… teraz, osiem tygodni po tym pechowym dniu, Erika i Clementine ledwo ze sobą rozmawiają, Sam nie jest w stanie zrobić skupić się na niczym, a Clementine zamiast ćwiczyć przed najważniejszym przesłuchaniem swojego życia, jeździ po mieście na pogadanki o tamtym dniu… Co wydarzyło się tej niedzieli, że ich życie, choć pozornie takie samo, zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni? A może po prostu zmieniło ich własną perspektywę?
"Dokądkolwiek poszła i cokolwiek robiła, część umysłu zawsze podsuwała jej hipotetyczną wizję równoległego życia, w którym w odpowiedzi na telefon Eriki z  zaproszeniem na grilla Clementine mówi: „Nie, dziękuję”."
Książka rozpisana jest na osiemdziesiąt dziewięć rozdziałów pisanych w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego z perspektywy dziewięciu osób zamieszanych w wydarzenia tamtej niedzieli, z czego jednak sześć to perspektywy wiodące: to trzy pary, które uczestniczyły w niedzielnym grillu. Akcja powieści toczy się równolegle w pechową niedzielę i osiem tygodni po niej, zdarzenia opisywane są naprzemiennie, a czas, gdy wraca do przeszłości zawsze jest zaznaczony. Narrator opisując zdarzenia z różnych perspektyw skupia się głównie na emocjach postaci, to ich przeżycia, myśli, wspomnienia są priorytetem. Styl powieści jest więc refleksyjny, ale równocześnie zaskakująco lekki, autorka ma niesamowity dar, dzięki któremu w zwyczajnych, często nawet podszytych subtelnym humorem słowach, potrafi zamknąć to, co w życiu, w psychice człowieka ważne. Ten lekki humor widać przede wszystkim w dialogach, a w całym tekście, na każdym kroku, czuć przenikliwość. Autorka nie bawi się w umoralnianie swoich powieści, oddaje głos postaciom, które poprzez swoje przeżycia pokazują czytelnikowi, z czym ludzie borykają się w swoich zwyczajnych życiach, z czym może boryka się on sam. Język, jakim to robi, jest codzienny, niewymagający specjalnie dużej koncentracji, przez książkę przepływa się gładko.
"- Właśnie zawiozłem jednego barana na samolot – poinformował taksówkarz. Urwał i zmienił pas, z jedną mięsistą ręką na kierownicy, a drugą przerzuconą od niechcenia przez oparcie fotela, i Erika wyobraziła sobie prawdziwego barana na tylnym siedzeniu.”
Bazą tej powieści jest przyjaźń Eriki i Clementine, które znają się od lat szkolnych. Problem w tym, że ich przyjaźń jest skomplikowana, momentami może wydawać się, że wręcz toksyczna. To wynika z ich dzieciństwa - Clementine wychowała się w normalnej rodzinie, w której nigdy jej niczego nie brakowało, choć nie żyli ponad stan. Erika jednak żyła tylko z matką, która po odejściu jej ojca stała się zbieraczką - ich dom nagle zaczął przypominać graciarnię, wielki kosz na śmieci, a choć nikt teoretycznie o tym nie wiedział, to jednak matka Clementine zauważyła, że Erika potrzebuje przyjaciółki. I tak się zaczęło, tak zostało - Clementine przyjaźni się z Eriką z poczucia powinności, Erika z Clementine z poczucia wdzięczności, to jej rodzina przez długie lata była dla niej ostoją normalności, wzorem do naśladowania. Ich przyjaźń i ich dzieciństwo ukierunkowały je na dorosłe osoby - Erika żyje schludnie, zgodnie z zasadami, w ściśle utrzymywanym porządku, Clementine odwrotnie, jej życie to wesoły chaos. Czy przez to nie każda z nich popada w skrajność?
"(…) zerknęła na matkę w poszukiwaniu aprobaty, bo okazała dobroć, a dobroć to najważniejsza rzecz pod słońcem, tyle że Clementine wcale nie czuła się dobra. Udawała. Nie chciała mieć do czynienia z małą brudaską. Jej egoizm był plugawym sekretem, który musiała ukryć za wszelką cenę, ponieważ była uprzywilejowanym dzieckiem."
Ich relacja zwraca uwagę czytelnika na pojęcie przyjaźni, na to, jak różne przyjmuje odcienie, z jak różnych pobudek wynika i jak różne myśli przynosi w trakcie. To prawdziwa relacja, którą faktycznie można nazwać przyjaźnią, czy po prostu przyzwyczajenie? Jak wiele można zrobić w imię takiej przyjaźni? Czy to altruizm czy wręcz odwrotnie - nie ma czegoś takiego, a każde zachowanie w jakiś sposób jest egoistyczne, tylko niektóre pobudki po prostu lepiej skrywamy sami przed sobą? Czy wszystko ma jakieś ukryte intencje, wstydliwe powody swoich zachowań, które kryje przed światem?
"(...) altruizm bez konieczności działania, coś wspaniałego!"
Zresztą cała powieść zbudowana jest na skomplikowanych relacjach. Tutaj Moriarty i małżeństwa wystawia na próbę, rzuca problem, z którym mają sobie poradzić i patrzy w którą stronę się kierują. Czy można jednoznacznie powiedzieć, że ci, którzy akceptują swoje wady, swoje potknięcia są małżeństwem lepszym, bardziej szczerym niż ci, których rozbieżności zaczynają dzielić? I czy w ogóle można określi ilość potknięć, ich wagę, którą w ogóle można znieść?
"Nikt nie uprzedzał, że dzieci sprowadzają człowieka do pierwotnej, prymitywnej wersji samego siebie, gdzie jego talenty, wykształcenie i osiągnięcia znaczą tyle, co nic."
Ważne są też i relacje rodzic-dziecko, których w tej historii pełno. To relacje trudne, bo pełne odpowiedzialności. Jedni nie potrafią jej znieść - jak rodzice Eriki i Oliviera, którzy popadli w choroby uniemożliwiające ich dzieciom doświadczenia normalnego dzieciństwa, a tym samym zmieniły ich w osoby, które czują potrzebę bycia w gotowości, umiejętności poradzenia sobie z każdą kłodą rzuconą pod nogi, nawet jeśli radzić sobie z tym same nie powinny. Czy w ogóle da się normalnie żyć, cieszyć się życiem, gdy ciągle spodziewa się najgorszego?
“On też dorastał wśród bezinteresownej złośliwości, lecz przyjmował ją jak pogodę, podczas gdy Erika nadal stawiała opór, miała żal i doszukiwała się ukrytych znaczeń.”
Punktem zwrotnym w powieści jest jedna chwila, dramat, jaki wydarza się dosłownie przez przypadek. I tu pojawia się wątek poczucia winy, obwiniania siebie i innych, tego, jak nie potrafimy odpuścić, po prostu wyciągnąć wniosków i żyć dalej, a musimy kogoś obwinić, gdzieś ulokować winę. Bo może po takim czymś po prostu nie da się inaczej? Życie w jednej sekundzie może zmienić swój bieg, a człowiek wydaje się nigdy na to nieprzygotowany.
“A więc tak to jest, pomyślała przelotnie. Takie to uczucie. Człowiek się nie zmienia. Nic go nie chroni, gdy przekracza niewidzialną granicę, która dzieli zwykłe życie od równoległego świata, gdzie dochodzi do tragedii. To się dzieje od tak.”
Refleksji, tematów, problemów Moriarty przedstawia w tej powieści naprawdę dużo, jednak robi to w sposób całkowicie naturalny - czytelnik nie ma wrażenia, że książka napakowana jest wątkami na siłę, tu wszystko dobrze do siebie pasuje. Intryga subtelnie kieruje się w stronę thrillera psychologicznego, dramatu rodzinnego, przez sporą część powieści napięcie związane z zagadką niedzielnych wydarzeń jest wyraźnie odczuwalne, jest tym, co sprawia, że ciekawość cały czas utrzymana jest na wysokim poziomie. Równoczesne przedstawienie dwóch czasów tylko tę ciekawość podsyca, a wątek lekko kryminalny, który się po czasie pojawia, dodatkowo ją wzmacnia. Mimo że tempo powieści można określić jako spokojne, to jednak na każdej stronie jest coś, co nie pozwala się oderwać - sam styl, zagadnienia, kolejne refleksje są tym, co skutecznie do lektury przyciąga.
“Impuls: jako z wiarygodnych słów o zabarwieniu psychologicznym dla zatuszowania prawdy, że jest nienormalna. Normalność, ten niedościgniony ideał!”
Liane Moriarty jest mistrzynią w ukazywaniu zwyczajnych żyć, ludzi i ich dramatów, które w jednej chwili mogą wywrócić życie do góry nogami. W “Moja wina, twoja wina” poza rozważaniem na temat poczucia winy, wdzięczności czy próby odpokutowania, skupia się na relacjach, na przyjaźni, na partnerstwie i rodzicielstwie, które potrafią przybierać tak różne formy. A choć emocje, jakie można w nich wyczytać, czasami są bardzo normalne, to jednak jest w nich coś takiego, że pod piórem Moriarty stają się objawieniem - autorka doskonale zna człowieka, dostrzega to, czego nie widzą inni i robi z tego wartość uniwersalną, z której każdym może wyciągnąć coś dla siebie. Jej proza nie jest sztucznie napompowana patosem, a wręcz odwrotnie - jest lekka, jest przyjemna, a równocześnie przeraźliwie, boleśnie, prawdziwie głęboka. “Moja wina, twoja wina” to mądra powieść, która każdego czytelnika zmusi do refleksji nad swoim życiem, zachowaniem, relacjami. Powieść, którą można czytać wielokrotnie, a za każdym razem dostrzeże się w niej coś nowego.
 
Moja ocena: 8/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 27, 2026

"Mimika" Sebastian Fitzek

"Mimika" Sebastian Fitzek

Autor: Sebastian Fitzek
Tytuł: Mimika
Tłumaczenie: Paweł Wieczorek
Data premiery: 11.03.2026
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: psychothriller
 
Sebastian Fitzek jest najpopularniejszym niemieckim pisarzem, premiery jego książek zapełniają czytelnikami największe stadiony kraju, a ilość sprzedanych egzemplarzy przekroczyła już 20 milionów. Od jego debiutu w 2006 jego powieści jeszcze długo po premierze sięgają szczytów list bestsellerów, są też chętnie ekranizowane i adaptowane na potrzeby filmów, seriali, a nawet sztuk teatralnych. Na koncie ma ponad 20 tytułów, z czego część z nich pojawiła się w Polsce pod szyldem Wydawnictwa Amber. Teraz jednak, po kilku latach przerwy, autor przeszedł pod opiekę nowego polskiego wydawcy - Wydawnictwa Albatros. Pod koniec roku 2025 dzięki niemu w nasze ręce trafiła świetnie wydana “Dziewczyna z kalendarza” (recenzja - klik!), teraz ukazała się “Mimika” (w oryginale wydana w 2022), a już na jesień zapowiedziana jest kolejna premiera pt. “Zaproszenie”. Wygląda na to, że w końcu Sebastian Fitzek ma szansę podbić i polskie listy bestsellerów, zresztą już teraz cieszy się wielką popularnością wśród polskich czytelników, co można było zaobserwować podczas Poznańskiego Targów Książki, na których gościł w tym roku.
 
Berlin, połowa października. Hannah Herbst, 39-letnia ekspertka od mimiki twarzy, która nieraz pomagała jako konsultantka policji w ściganiu niebezpiecznych morderców, budzi się w pokoju obskurnego motelu. Ręce ma przywiązane do wezgłowia łóżka, ubrana jest tylko w cienką szpitalną koszulę. Najgorsze jest jednak to, że absolutnie nic nie pamięta, nie wie kim jest i jak to się stało, że znalazła się w tej sytuacji. We włączonej telewizji informacje huczą o przestępcy, który właśnie uciekł z więzienia ogłuszając lekarkę. Czy to ona może być tą lekarką? Kiedy w zasięgu jej wzroku pojawia się mężczyzna, którego zdjęcie jeszcze przed chwilą widniało na ekranie telewizora, jest praktycznie o tym przekonana, on jednak twierdzi inaczej - mówi jej, że była aresztantką dokładnie tak jak on, a na dowód tego pokazuje nagranie z przesłuchania, na którym przyznaje się do zamordowania swojego męża i jego córki, jak i chęci zabicia swojego własnego syna. Jak to możliwe? Przede wszystkim czy ta kobieta na nagraniu to na pewno ona? Nie pamięta, żeby miała rodzinę, nic na myśl o niej nie czuje, ale przecież nie może być morderczynią? Na pewno wierzy w to jej porywacz, który ewidentnie siłą zamierza z niej wyciągnąć, gdy mógł ukryć się jej syn.
 
Książka rozpisana jest na prolog i 77 rozdziałów, z których część jest w jakiś sposób zatytułowana - najczęściej są to po prostu imiona postaci, z perspektywy których dany rozdział poznajemy, ale nie tylko. Autor w tej powieści bawi się nieco formą, kilka scen pisanych jest w równocześnie w dwóch perspektywach - strona podzielona jest pionowo na pół, a dwie postacie i dwa miejsca akcji pisane są naprzemiennie. To daje ciekawy efekt obserwowania zdarzenia z dwóch stron dużo bardziej dynamiczny niż opisanie jednej sceny z kilku perspektyw w wersji linearnej. Poza tym eksperymentem, w tekście pojawiają się też artykuły czy listy. Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, który jednak ze swoją wiedzą się nie wychyla - tylko raz sygnalizuje, że wie, co stanie się dalej. Poza tym narracja prowadzona jest tak jak zazwyczaj w thrillerach psychologicznych, oddaje dokładnie to, co czują i myślą postaci, z perspektywy których akurat historia jest opisywana. Prym w perspektywie narracyjnej wiedzie bezsprzecznie Hannah.
“Obawiasz się głębokiego odczuwania siebie i swoich emocji. W takim samym stopniu, w jakim masz nadmiar empatii, brakuje ci ważnej dla spełnionego, szczęśliwego życia impatii.”
Sam styl powieści jest charakterystyczny dla thrillera dynamicznego, język jest nośnikiem, a nie celem sam w sobie, choć nie przeczę, że natknęłam się na kilka ciekawych słów, z których jednego znaczenie nawet sprawdziłam. Autor jednak bardzo dba o to, by tekst był dla czytelnika zrozumiały, nawet gdy mowa o zagadnieniach naukowych, wszystko od razu jest odpowiednio, a zarazem całkiem naturalnie tłumaczone. Dialogi prowadzone są sprawnie, może jedynie czasami formy grzecznościowe, któremu zwracają się do siebie postacie w sytuacjach zagrożenia wypadają nie do końca naturalnie. Książkę czyta się w tempie ekspresowym.
“Oto i ono: wyzwalające słowo. Trzy litery, dwie sylaby, jedna nadzieja. ALE…”
Bazą całej powieści jest tytułowa mimika, czyli to, jak wiele z twarzy człowieka, z języka niewerbalnego da się wyczytać. Autor tworząc cały ten wątek korzystał z pomocy niemieckiego specjalisty Dirka Eilerta, co jest uwzględnione nawet na stronie tytułowej książki, wszystkie więc zagadnienia dotyczące tego obszaru czytelnik spokojnie może traktować jako wiarygodne. Ta baza staje się nie tylko punktem zapalnym całej intrygi, ale przynosi też ciekawe refleksje - jak dobrze tak naprawdę znamy samych siebie? O ile trudniej jest dostrzec własną nieszczerość, chwile, gdy oszukujemy samych siebie, od tego, kiedy robią to inni?
“(...) człowiek najdalej zachodzi w życiu dzięki prawdzie. A tę poznaje się u ludzi nie po słowach, lecz po mimice.”
Takie pytania budzi kreacja Hannah, która wypada w swojej roli wiarygodnie. Autor świetnie oddaje jej emocje, przede wszystkim dezorientację i niedowierzanie, bo przecież jak ona, kobieta, która swoją pracę opiera na empatii, wczuwanie się w emocje innych, mogłaby być zdolna do najokrutniejszej zbrodni? Jej brak pamięci jest dobrze uzasadniony, ale właśnie dzięki temu cała intryga powieści jest w stanie posuwać się do przodu - bo tym razem nie badamy jak daleko jest w stanie posunąć się inny człowieka, a my sami.
“Prawdopodobnie dlatego dawał sobie prawo odgrywać w odniesieniu do niej zarówno śledczego, jak i sędziego. Z powodu skrzywionej wizji świata i nieustannego przeceniania siebie zawsze jednak przegrywał.”
I tak dochodzimy do zagadnienia zła, którego tak wiele na świecie. Skąd tyle go się bierze? Czy to doświadczenia z przeszłości, traumy, jakie aktualni sprawcy przeżyli w dzieciństwie czy po prostu predyspozycje, z którymi się już urodzili? Czy takie zło można powstrzymać i czy jest to coś realnego? Jak uchronić tych, którzy są zwyczajni dobrzy, przed wpływem tych, którzy są źli? Zdawałoby się, że to podstawowe zagadnienia, jakie pojawiają się w tym gatunku literackim, a jednak Sebastian Fitzek ubiera się w całkiem ciekawy sposób.
“Świat, w którym żyjemy, jest zły. Niewarty życia. Zło zawsze zwycięży. Proszę sobie wyobrazić mecz piłkarski, w którym jedna drużyna musi się trzymać zasad, a zawodnicy drugiej mogą zabrać na boisko noże i siekiery. Kto wygra?”
Sama intryga prowadzona jest dynamicznie, cały czas coś się dzieje, cały czas czytelnik ma w głowie mętlik. Kluczowe wydarzenia tej historii toczą się tak naprawdę w przeciągu jednej doby, jednej nocy, momentami wydaje się wręcz, że towarzyszymy Hannah co do minuty zdarzeń. Sebastian Fitzek jest mistrzem w budowaniu napięcia, w utrzymywaniu ciekawości czytelnika na wysokim poziomie i serwowaniu kolejnych twistów w odpowiednich momentach - nie inaczej jest teraz, choć momentami w niewielkich detalach fabularnych wydaje się, że mogła wyobraźnia ponieść go ciut za daleko. Nawet jeśli, to i tak niewiele to zmienia, bo historia jest po prostu prowadzona tak dobrze, że trudno jest się od niej oderwać.  A finalny zwrot akcji? Po “Dziewczynie z kalendarza” ciężko o podobnie mocne wrażenie, niemniej jednak i tu rozwiązanie intrygi prowadzi czytelnika w ciekawe rejony.
 
Podsumowując, “Mimika” to jeden z tych thrillerów, od których naprawdę trudno się oderwać. Sebastian Fitzek dobrze wie, jak dawkować napięcie i twisty fabularne, by cały czas utrzymywać poziom zaciekawienia wysoko. Świetnie manipuluje czytelnikiem co chwilę podważając nasuwające się hipotezy, co chwilę kolejne przekonania poddając w wątpliwość. Co więcej, “Mimika” to nie tylko czysta rozrywka, ale też książka podszyta ciekawą wiedzą i refleksjami, do których fabuła prowadzi. Jak to jest z tym kłamstwem, czy człowiek może oszukiwać samego siebie? Czy w ogóle może poznać samego siebie tak do końca, zwyczajnie wiedzieć, że są rzeczy, do których na pewno nigdy w żadnej sytuacji się nie posunie? Podoba mi się jak Fitzek łączy rozrywkową intrygę z czymś głębszym, a równocześnie nieraz w dialogach puszcza oko do czytelnika.
“Ludzie, którzy nie cenią tego rodzaju literatury rozrywkowej, często uważają czytelników takich książek za żądnych krwi, a nawet obojętnych na zło. Nie są w stanie zrozumieć, dlaczego w świecie pełnym przerażających zjawisk ktoś ma ochotę w czasie wolnym obcować z wyimaginowaną przemocą. Mylą się. Okropności prawdziwego świata są często tak wstrząsające dlatego, że artykuły z gazet czy wiadomości telewizyjne pozostawiają człowieka bezradnym. W kryminałach i thrillerach analizuje się motywy i próbuje wyjaśnić rzeczy niemożliwe do pojęcie. I zwykle kończą się happy endem, w przeciwieństwie do prawdziwego życia.”
Moja ocena: 7,5/10
 
PS. Sebastian Fitzek tak wkręcił się w temat mimiki, że to, co zawarł w książce, to było dla niego ciągle za mało. Dlatego powstała też strona internetowa, która w ciekawy sposób zgłębia te zagadnienie jeszcze obszerniej: https://fitzekmimik.de/
 
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Albatros.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 26, 2026

"Algorytm" W.P. Rdzanek

"Algorytm" W.P. Rdzanek

Autor: W.P. Rdzanek
Tytuł: Algorytm
Cykl: AI-gent. Mroczne kody, tom 1
Data premiery: 24.03.2026
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 352
Gatunek: thriller szpiegowski
 
W.P. Rdzanek to jeden z tych autorów, którzy na rynku książki pojawiają się już z bogatym doświadczeniem zawodowym w innej dziedzinie. Trzydzieści lat spędzone w samym sercu międzynarodowego biznesu technologicznego dało mu nie tylko dobry wgląd w technologię, ale też w punkt, w którym styka się ona z wielką polityką, skomplikowaną, żądną władzy ludzką psychiką i sztuką. Z tych obserwacji powstała jego debiutancka trylogia AI-gent. Mroczne kody, dla której zapalnikiem była niedawna afera z szyfrowaniem danym w mediach społecznościowych. Jej pierwszy tom “Algorytm” zaledwie dwa dni temu miał swoją premierę, ale już teraz zapowiedziane są kolejne tomy: “Akord” premierę będzie miał w maju, “Artefakt” w sierpniu. Autor już teraz zaznacza, że trylogię można traktować jako jedną całość, jednak każdym z tomów skupiać się będzie na nieco innej intrydze kryminalnej. Przyznaje też, że już teraz pracuje nad nową serią, na ukończeniu jest tom drugi.
 
Czasy współczesne, Warszawa, połowa sierpnia. Do prawnika Tomasza Szczerca dzwoni zaniepokojony znajomy - pyta o kontakt z jego siostrzeńcem Karolem, cenionym naukowcem w dziedzinie sztucznej inteligencji, który trzy miesiące temu w ramach przyznanego grantu rozpoczął trzyletni kontrakt w Warszawie. Od tygodnia chłopak nie pokazuje się w pracy, nie ma z nim kontaktu, a program, który przed swoim zniknięciem uruchomił, zaczyna rozgrzewać serwery. Tomasz nie przeczuwając jeszcze nic złego udaje się do mieszkania, które Karolowi wynajął, jednak go tam nie zastaje. Zgłasza więc sprawę na policję oraz wysyła zgłoszenie do ambasady USA, ze względu na jego pracę zawodową i potrójne obywatelstwo. To szybko przyciąga uwagę służb zarówno polskich, jak i zagranicznych, które zaczynają łączyć te zniknięcie z dużym transferem tajnych danych, który właśnie w tym czasie został przesłany z Warszawy do Korei. Trzeba znaleźć Karola, dowiedzieć się, czy miał z tym coś wspólnego, a przede wszystkim zastopować program ZEUS, który na początkowym etapie testów, na jakim teraz się znajduje, może uczynić wiele szkód na państwowych serwerach… W poszukiwania angażuje się też Tomasz ze swoją pracownicą, a zarazem nową dziewczyną Karola, którzy jako jedyni zdają się traktować go po prostu jako zaginionego człowieka.
 
Książka rozpisana jest na prolog i 49 kilkustronicowych rozdziałów. Każdy z nich otwiera data i miejsce opisywanych zdarzeń, cała historia rozgrywa się na przestrzeni miesiąca z kilkoma retrospekcjami. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z kilku perspektyw - Tomasza, polskich i amerykańskich służb i tajnych agentów. Styl powieści jest przystępny, dialogi toczą się dynamicznie, a fragmenty opisowe dobrze balansują pomiędzy prostotą i subtelną poetyckością. Może momentami zdarza się autorowi popadać w lekki patos, nie jest to jednak na tyle częste czy wyraźne, by miało w lekturze przeszkadzać. Książkę czyta się sprawnie i przyjemnie.
 
Do swoich postaci Rdzanek podchodzi bardzo ludzko. Początkowo spodobała mi się kreacja Tomasza, zwracanie uwagi na detale, jak styl, w jakim się nosi, czy jego relacja z psicą Dianą. Niewiele później pojawia się postać Olgi, muzyczki, która jest równocześnie amerykańską tajną agentką. Postaci jest całkiem sporo, a po początkowym przedstawieniu punkt skupienia przenosi się na inne elementy fabularne, więc momentami ilość postaci może wprowadzać czytelnika w lekką dezorientację. Szczególnie, że niektóre pojawiają się tylko na chwilę, jak Leida poznana w retrospekcjach, która wprowadza w powieść lekko egzotyczny element, ale szybko okazuje się postacią mocno poboczną. Przyznam, że w takich momentach żałowałam, że autor nie poszedł w kreacje postaci głębiej. Może wtedy niektóre zachowania wyglądające na przesadzone nie raziłyby tak w oczy? Mocno widoczne jest to w wątkach romansowych, które zaznaczają się w drugiej połowie powieści, a które w tej formie dają wrażenie bardzo sztucznych, a wręcz momentami ujmują powagę już wykreowanym charakterom. Niemniej jednak całościowo kreacje postaci są wystarczające, by dobrze ponieść historię szpiegowską.
“Nie uważam się za złego ani też za dobrego. Po prostu rzeczywistość, w której operował, nie znała takich pojęć. Istniały tylko skuteczność, minimalizacja ryzyka i szczelność procedur, a dylemat, czy zło to realna kategoria ontologiczna, czy tylko problem pojęciowy, w ogóle go nie zajmował.”
Mimo nazwy trylogii sugerującej wyraźne ukierunkowanie na wątki cyfrowe, historia tomu pierwszego raczej oscyluje wokół znajomych ram thrillera szpiegowskiego. Pojawiają się ścierające się ze sobą wywiady, tajni agenci na sekretnych misjach, szpiegostwo, które z czasem wychodzi na jaw. Intryga oparta jest na kilku motywach, kilku perspektywach: agentów specjalnych, polskiej policji, ale i tej prywatnej, śledztwa, które w końcu zaczyna prowadzić sam Tomasz z Joanną. Wątek technologiczny pozostaje tylko zapalnikiem, a akcja toczy się już w rzeczywistości fizycznej, nie internetowej. Niemniej poprzez program ZEUS autor zwraca uwagę na ciekawe zagadnienia - ślady w sieci, jakie każdy z nas zostawia, niezależnie od tego, jak bardzo stara się je maskować. To na ich podstawie ma bazować ten program, który we współpracy ze sztuczną inteligencją ma być siecią wyłapującą przestępców seksualnych. To jednak już pozostaje w strefie własnych przemyśleń czytelnika, bo akcja powieści, przyjemnie dynamiczna, ale też nie do przesady, raczej skupia się po prostu na pogoni za władzą - motywem starym jak świat.
 
Mimo przyjemnie dynamicznej akcji, autor nie zapomina o tym, by osadzić ją w faktycznej rzeczywistości. Moją uwagę szczególnie mocno przyciągnęły wątki kulinarne i muzyczne - jedzenie w relacjach postaci odgrywa ważną rolę, a dzięki rozłożeniu akcji na kilka kontynentów, czytelnik może zasmakować potraw nie tylko brzmiących bardzo swojsko, ale i ten nieco bardziej egzotycznych. Muzyka z kolei przede wszystkim podkreślana jest przez postać Olgi, artystki światowej sławy grającej na instrumencie viola da gamba (wygląda jak mniejszy kontrabas), która w trakcie tej powieści stanie przed dylematem dotyczącym swojej własnej przyszłości.
“Przez całe życie używał tylko jednej waluty - lojalności - i liczył, że jej wartość zostanie wysoko wyceniona.”
Podsumowując, “Algorytm” mimo osadzenia historii w tematyce cyfrowej, przede wszystkim jest typowym thrillerem szpiegowskim - postacie agentów, tajnych operacji i podwójnych tożsamości są bazą tej powieści. Podoba mi się w tym przede wszystkim to, że autor, podobnie jak polecający na okładce go Severski, na swoje postacie patrzy bardzo ludzko - to nie są niezniszczalni agenci o nie wiadomo jakiej sprawności fizycznej, a po prostu ludzie popełniający błędy. Intryga prowadzona jest na tyle dynamicznie, że czytelnik nie ma kiedy poczuć się znudzony, może czasami kieruje się lekko w stronę banalnych rozwiązań, jednak nie na tyle, by miało to zmniejszyć przyjemność z lektury. Niemniej jednak w powieści czuć, że jest to debiut - niektóre wątki mogłyby być bardziej rozwinięte, inne wydają się zbędne, a niektóre reakcje postaci sztuczne. Jednak i to historii nie przekreśla, a daje nadzieję, że jeśli autor dopracuje to w przyszłości, to może zająć poważne miejsce wśród polskich twórców tego gatunku. Obiecujący początek!
 
Moja ocena: 7/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Domem Wydawniczym Rebis.


Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 26, 2026

"Świadek numer 8" Steve Cavanagh - zapowiedź patronacka

"Świadek numer 8" Steve Cavanagh - zapowiedź patronacka
 Jedna z najbardziej wyczekiwanych przez nas premier roku zbliża się wielkimi krokami! Tak, powraca Eddie Flynn, główny bohater serii thrillerów prawniczych genialnego Steve'a Cavanagha, które w poprzednim roku czytaliśmy wspólnie w ramach maratonu czytelniczego (klik!). "Świadek numer 8" na polskim rynku pojawi się od razu po świętach, 8 kwietnia, a Kryminał na talerzu ma ogromną przyjemność objąć go patronatem medialnym. 


Kiedy świadek zbrodni jest bardziej niebezpieczny od jej sprawcy…
Ruby Johnson pracuje jako pokojówka w domach do złudzenia przypominających ten, w którym sama kiedyś mieszkała. Pozornie cicha i skromna, z niezdrowym zaangażowaniem tropi brudne sekrety mieszkańców pięknie odrestaurowanych kamienic w najbardziej prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. Kiedy przypadkowo staje się świadkiem morderstwa, zaczyna snuć nikczemny plan, który zdecydowanie nie obejmuje ujawnienia prawdy władzom.
Eddie Flynn jest jedynym prawnikiem w Nowym Jorku, który podejmuje się spraw beznadziejnych. A żadna nie jest bardziej beznadziejna niż sprawa Johna Jacksona – broń, z której zabito jego sąsiada, została znaleziona wraz z DNA Jacksona w jego własnym domu, więc szansa na to, że sąd uwolni go od zarzutów, jest niemal żadna.
Flynn i jego niekonwencjonalny zespół współpracowników będą musieli wykorzystać wszystkie znane im sztuczki, aby uratować niewinnego człowieka przed więzieniem. Chcąc ocalić życie klienta, Eddie musi jednak najpierw zadbać o własną głowę – bo najgroźniejsze zorganizowane grupy przestępcze w mieście właśnie wyznaczyły za nią sowitą nagrodę.

Choć "Świadek numer 8" to już ósmy tom prawniczych przygód Eddiego Flynna, to jednak pisany jest tak, że można po niego sięgnąć od serii niezależnie. Tacy czytelnicy docenią genialną intrygę pełną twistów fabularnych, która ostatecznie zostawi ich ze szczęką na podłodze! Ci jednak, którzy Eddiego już znają, poczują się, jakby wracali do domu - w końcu postacie serii szybko stają się tak bliskie jak rodzina. W tym tomie czai się na nich kolejne wyzwanie i jak zawsze, Cavanagh również i teraz ich nie oszczędza! To jedna z tych książek, dla których trzeba zarezerwować sobie kilka godzin jednym ciągiem - naprawdę trudno jest się od tej historii oderwać! 

Autor: Steve Cavanagh
Tytuł: Świadek numer 8
Cykl: Eddie Flynn, tom 8
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Data premiery: 08.04.2026
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 432
Gatunek: thriller prawniczy

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży. 


We współpracy z Wydawnictwem Albatros. 



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 24, 2026

"Zbrodnia w rezydencji" Helena Dixon - patronacka recenzja przedpremierowa

"Zbrodnia w rezydencji" Helena Dixon - patronacka recenzja przedpremierowa

Autorka: Helena Dixon
Tytuł: Zbrodnia w rezydencji
Cykl: Tajemnice panny Underhay, tom 2
Tłumaczenie: Emilia Niedzieska
Data premiery: 25.03.2026
Wydawnictwo: Mando
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał retro / cosy crime
 
W tym roku brytyjska autorka Helena Dixon świętuje dwadzieścia lat na rodzimym rynku książki! Początkowo znana była z pozycji literackich skierowanych typowo dla kobiet, pisała powieści obyczajowe i romanse, za które zgarnęła kilka znaczących nagród. W 2019 roku przyszedł czas na zmiany - rozpoczęła się jej przygoda z kryminałem cosy crime osadzonym w przeszłości. To wtedy po raz pierwszy angielski czytelnik poznał się z młodą Kitty Underhay, z którą seria po siedmiu latach od wydania tomu pierwszego liczy już dwadzieścia cztery części! Tak, autorka pisze i wydaje powieści szybko, od trzech do pięciu tytułów rocznie. Jak sama przyznała w wywiadzie(klik!), zmiana gatunkowa wydała jej się całkiem naturalna - w swojej rodzinie ma zarówno policjanta, jak i historyka, w swoim życiu nasłuchała się więc wielu ciekawych historii. Wystarczyło tylko połączyć je z jej literacką wyobraźnią!
“Zbrodnia w rezydencji” to drugi tom serii z Kitty Underhay, pierwszy w Polsce okazał się pół roku temu - we wrześniu 2025 świętowaliśmy premierę “Zbrodni i rubinu” (recenzja - klik!), który był pierwszą powieścią Heleny Dixon z całego jej dorobku, jaka została przetłumaczoną na język polski.
 
 
Lato 1933 roku, hotel Delfin w nadmorskiej angielskiej miejscowości Dartmouth. Dwudziestotrzyletnia Kitty dostaje zaproszenie od rodziny ze strony ojca, której do tej pory nie znała. Ma przyjechać do nich na tydzień, odwiedzić ich w Enderley Hall, ich rodzinnej rezydencji położonej niedaleko Exeter. Jej babcia, właścicielka hotelu, która od lat dziecięcych ją wychowywała, nie jest tym zaproszeniem zachwycona, Kitty jednak bardzo chce jechać, więc po zapewnieniach, że nie pojedzie sama, a weźmie ze sobą jedną z hotelowych pokojówek, potwierdza przyjazd. Jednak już pierwszego wieczoru wyczuwa dziwną atmosferę - zarówno ciotka, jak i jej towrzyszka spoglądają na nią bardzo dziwnie. Na szczęście kuzynka Lucy okazuje entuzjazm za całą swoją rodzinę, a jej znajomi, którzy również goszczą w tym czasie w rezydencji, sprawiają intrygujące wrażenie. Towarzyska beztroska nie trwa jednak długo - kolejnego dnia okazuje się, że w nocy doszło do kradzieży. Ktoś pokusił się na zamknięte w sejfie dokumenty pana domu, ściśle tajne badania na temat materiałów mogących posłużyć za broń. Ich zniknięcie jest zatem zagrożeniem na miarę całego państwa. I to na Kitty kierują się podejrzane spojrzenia - to przecież ona jest w tym towarzystwie nowa. Dziewczyna prosi więc o pomoc swojego przyjaciela, starszego o dekadę Matta Bryanta, który niedawno otworzył własną agencję detektywistyczną. Razem na pewno dojdą do tego, kto wykradł tajne dokumenty! Nie przypuszczają jednak, że to dopiero początek ścieżki przestępczej, na którą zszedł ktoś znajdujący się tuż obok…
 
Książkę otwierają dwa fragmenty z prasy, które rozjaśniają ostatnie wątki opisane w “Zbrodni i rubinie”. Po nich przechodzimy do historii tego tomu, która rozpisana jest na 26 kilkustronicowych rozdziałów, z których część dzielona jest dodatkowo na krótsze fragmenty. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy Kitty i Matta, których relacje poznajemy naprzemiennie z uwzględnieniem zarówno zdarzeń, jak i ich własnych odczuć i przemyśleń. Styl powieści jest lekki, niewymagający, bardzo subtelnie stylizowany, co daje czytelnikowi odczuć, że historia toczy się w innych czasach niż współczesne, ale równocześnie nie wymaga jakiejś specjalnej koncentracji. Dialogi prowadzone są przyjemnie i całkiem naturalnie, oczywiście w kontekście powieści kryminalnych osadzonych w dawnym stylu - to znaczy, że spora część historii rozgrywa się właśnie poprzez dialogi, a zatem większość tłumaczeń i wyjaśnień sytuacji poznajemy w trakcie rozmów postaci. Ponadto nie można też zapomnieć, że gatunkowo książka zalicza się do cosy crime, a to narzuca jej samo w sobie lekką, momentami ubarwioną delikatnym humorem formę.
“Czuł narastającą złość na Kitty, że nie dbała o własne bezpieczeństwo. Nie byłaby tak lekkomyślna, gdyby los potraktował ją równie okrutnie jak jego. Ci, którzy odchodzą, już nic nie czują. Cierpienie zostaje z tymi, którzy muszą żyć dalej.”
Wspomniałam o klasycznych założeniach gatunku powieści detektywistycznej, bo to właśnie na nich opiera się cała ta historia. Bo czyż duża rezydencja, w której znajduje się spora grupka zarówno mieszkańców, jak i gości, i służby, i zbrodnia, która w niej zostaje popełniona nie nasuwają od razu na myśl starych kryminałów jak tworzyły Agatha Christie czy Dorothy L. Sayers? To na obserwacji, na zapoznaniu z postaciami, które w rezydencji się zatrzymały i które bez wątpliwości skrywają własne tajemnice, opiera się spora część intrygi, a rozwiązanie zależne jest od dobrej dedukcji - autorka zostawia w trakcie powieści kilka tropów, które mogą czytelnika naprowadzić na rozwiązanie. By jednak historię nieco uatrakcyjnić, zawarty jest w niej również prywatny wątek Kitty - podsuwa kolejne tropy związane ze zniknięciem jej matki, do którego doszło, gdy dziewczyna miała zaledwie kilka lat. To wszystko składa się w przyjemnie poprowadzoną całość, która wzbudza ciekawość, a równocześnie daje poczucie po prostu przyjemnej, wprowadzającej w spokojny nastrój powieści. Cała historia toczy się w tempie umiarkowanym, jedynie pod koniec, w punkcie kulminacyjnym znacząco przyspiesza, a choć rozwiązania fabularne toczą się rytmem znajomym, to nie odbiera to przyjemności z lektury.
 
Mimo znajomych torów fabularnych (choć nie brak w nich zaskakujących twistów!) autorka w swojej powieści przemyca coś ciekawego - bogate tło historyczne, które mimo że jest wyraźnie na dalszym planie fabularnym, to jednak jest zaskakująco bogate w detale. Wpływ I wojny światowej nadal jest w społeczeństwie wyraźnie wyczuwalny, jednak nie brak też wzmianek o zmieniających się nastrojach społecznych - pojawiają się wtrącenia o poglądach komunistycznych, o faszyzmie rosnącym w siłę, który mocno niepokoi niektóre z postaci.
“Wydmuchnął kłąb dymu. Podczas Wielkiej Wojny widział zbyt wiele śmierci. Miała zapach, który przywierał do żywych i ich zatruwał. Nikotyna pomagała mu oczyścić umysł i odpędzić niechciane upiorne wspomnienia.”
W samej rezydencji jednak panują zasady jak w starych, angielskich, arystokratycznych rodzinach - kolacje to pokaz mody, a przed i po mężczyźni i kobiety spotykają się w osobnych dla płci pokoikach - panowie grają w bilard i piją whisky, panie popijają kawkę bądź herbatkę, plotkują i wyszywają. Ten podział nie do końca satysfakcjonuje Kitty - choć nie sprzeciwia się tradycjom wieczorom, to jednak w śledztwie chce brać udział na równi z Mattem. Bo Kitty nie czuje się od mężczyzn gorsza, ba!, jest inteligentna i dobrze o tym wie, nie zgadza się więc, by traktować ją inaczej ze względu na płeć. To mocno jest w powieści zaznaczane i bardzo mi się podoba - to sprawia, że Kitty nabiera cech bardziej samowystarczalnych, których nieco brakowało jej w pierwszym tomie powieści.
“Nie zamierzam być jak lalka, którą zamyka się w pudełku i wyciąga z niego tylko na specjalne okazje, i która ma jedynie ładnie wyglądać i zabawiać towarzystwo jak tresowane zwierzątko. Mam takie samo prawo do życia i podejmowania ryzyka jak każdy mężczyzna.”
Same kreacje postaci budowane są klasycznie, to raczej nie one przyciągają tu największą uwagę, są raczej nośnikiem historii, zasad i przekonań społecznych. Towarzystwo składa się z ciotki, wujka i kuzynki Kitty, której uroczy mały piesek nieustannie coś psoci i jest powodem, przez który nieraz podczas lektury pojawia się na twarzy czytelnika uśmiech. Są znajomi Lucy i ogrodnik, który przearanżowuje cały ogród, jest też i asystent wujka Kitty, który ewidentnie obwinia się za zniknięcie dokumentów. Towarzystwo rozszerzone jest jeszcze o konserwatorkę zabytków, która akurat teraz w rezydencji odnawia staje malowidła ścienne oraz nianię, która mimo iż Lucy jest już dorosła, cały czas zapewnia towarzystwo ciotce Kitty. Nie jest to może grono postaci, które pozostanie przez czytelnika niezapomniane, ale na potrzeby powieści spełnia swoją funkcję.
“Lepiej zabiorę się do pracy. Tylko sztuka może przynieść ukojenie, o ile można liczyć na ukojenie, skoro jest wśród nas morderca (...).”
Podsumowując, “Zbrodnia w rezydencji” to przyjemna powieść kryminalna utrzymana w klasycznym tonie. Zagadka osadzona zostaje w zamkniętym gronie podejrzanych, którzy choć znajdują się w jednym miejscu, dla głównej bohaterki są obcy, a to znaczy, że tak naprawdę podejrzani są wszyscy. Dawno zasady społeczne i lekkie rozchwianie nastrojów politycznych choć nie wyprzedzają intrygi, są dobrze odczuwalne, a potrzeba równego traktowania wszystkich bez względu na płeć, jaką odczuwa Kitty, sprawia, że główna bohaterka serii sporo w wizerunku zyskuje. To przyjemna lektura, pisana w lekkim, ubarwionym subtelnym humorem tonie, która zapewni dobrą rozrywką na kilka godzin, ale też nie daje wrażenia, że toczy się w próżni. Podoba mi się kierunek, w jakim ta seria zmierza i już teraz czekam na tom kolejny!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy patronackiej z Wydawnictwem Mando.



Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 23, 2026

"Skąd wyleciało to ciało?" Małgorzata Starosta - ambasadorska recenzja przedpremierowa

"Skąd wyleciało to ciało?" Małgorzata Starosta - ambasadorska recenzja przedpremierowa

Autorka: Małgorzata Starosta
Tytuł: Skąd wyleciało to ciało?
Cykl: Jeremi Organek, tom 4
Data premiery: 25.03.2026
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 304
Gatunek: komedia kryminalna
 
Małgorzata Starosta polskim czytelnikom dała się poznać jako autorka komedii kryminalnych, zanim sięgnęła po inne gatunki. Debiutowała w roku 2020 powieścią “Pruskie baby”, pierwszym tomem trylogii o tym samym tytule, i przez kolejne cztery lata umacniała swoją pozycję w tym jednym gatunku literackim, choć nie obyło się już bez pierwszych skoków w bok - w 2022 roku wydane zostały “Cynamonowe gwiazdy” (powieść obyczajowa), w 2023 pojawiła się jej pierwsza książka skierowana do młodszych czytelników. Jednak to rok 2024 przyniósł coś, co otworzyło przed nią bramy do czytelnika typowo kryminalnego – to wtedy ukazały się przejmujące “Smugi” (recenzja - klik!). Teraz autorka zapowiada więcej powieści poważnych, choć równocześnie uspokaja, że z komedii kryminalnych nie rezygnuje.
To dobrze, bo seria z medykiem sądowym Jeremim Organkiem właśnie do komedii kryminalnych się zalicza. Po raz pierwszy ten bohater pojawił się na świecie w 2023 roku w “Gdzie są moje zwłoki”, pierwszym tomie cyklu, który teraz liczy już cztery tomy. Seria wydawana jest systematycznie, jedna książka na rok w sezonie zimowo-wiosennym.
 
Komisarz Michał Bączek w ramach zastępstwa został oddelegowany na Mazowsze, do Teresina, gdzie przez pół roku ma pełnić obowiązki szefa posterunku. Przekonany, że taka odległość od Wrocławia zapewni mu spokój, który w jego miejscu zamieszkania tak skutecznie odbiera ma wplątująca się co chwilę w afery kryminalne historyczka Linda Miller, wpada w panikę, gdy okazuje się, że to właśnie ją wkrótce Teresin będzie gościć na weekendowej konferencji historyków. Jakie były na to szanse?! Ale skoro Linda przyjeżdża, to Bączek już szykuje się na nową sprawę kryminalną. I dobrze, bo tuż po pierwszej części referatu, jaki Linda wygłasza na temat podejrzanej śmierci księcia Władysława Druckiego-Lubieckiego, do której doszło w 1913 roku, na trawniku przed teresińskim pałacem ląduje ciało… Tylko skąd ono wyleciało? Dobrze, że na miejscu jest też Jeremi Organek, medyk sądowy, który od razu oferuje swoje usługi.
“Zaczynam podejrzewać, że ten pałac stoi na jakichś wrotach do piekieł. Ludzie giną i winnych nie ma, dokumenty znikają. Co tu się w ogóle dzieje?!”
Książka rozpisana jest trzydzieści tytułowanych rozdziałów oraz posłowie, w którym autorka dokładniej opisuje sprawę śmierci księcia i przytacza zapiski z akt sądowych. Rozdziały pisane są naprzemiennie z perspektywy trzech postaci: Lindy, Organka i Bączka w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego i nie są już dzielone na krótsze fragmenty - nie ma takiej potrzeby, każdy rozdział to dosłownie kilka stron, książkę więc czyta się bardzo wygodnie. Styl powieści jest charakterystyczny dla autorki i gatunku, w jakim pisze - dialogi podszyte są sporą dawką lekko uszczypliwego humoru z solidną domieszką ironii, co daje wymianę zdań przy których parska się śmiechem. I to właśnie w dialogach humor kryje się przede wszystkim, bo sama zbrodnia jest jak najbardziej poważna. Autorka sprawnie posługuje się słowem, które pod jej piórem jest bardzo plastyczne, a same żarty często opierają się na grach słownych, nieoczywistych skojarzeniach w znaczeniu poszczególnych wyrazów. Wymiany zdań postaci wypadają naturalnie, a słowa są rozciągane na potrzeby - czasami pojawiają się więc językowe przekręcenia. Całość wypada bardzo starostkowo!
“- Jednak miałeś rację co do tego gogusia. Totalna ceramika.
- Przepraszam? - nie zrozumiał jej przyjaciel.
- No ceramika: dzban znaczy, ładny, ale pusty.”
Choć “Skąd wypadło to ciało?” jest czwartym tomem serii z Organkiem, czytelnik nie będzie miał problemu, jeśli zdecyduje się na lekturę tego typu bez znajomości poprzednich. Dlatego warto przybliżyć kreacje głównych postaci: Jeremi to medyk sądowy, mężczyzna po 50,, fan ciężkich brzmień, który nie lubi się uzewnętrzniać, choć kobiety w jego otoczeniu bardzo byłyby z tego zadowolone - z wyglądu podobny jest do George’a Clooneya. W tym tomie jednak Jeremi pozwala sobie na nieco więcej okazywanych emocji - przechodzi etap złamanego serca, co jego dwa razy młodszą przyjaciółkę Lindę początkowo szokuje, a później wzbudza współczucie. I właśnie dlatego zaprasza go na konferencję do Teresina!
“Jak się człowiek napatrzył na złamane serca i pogruchotane dusze, to dostrzega nawet najdrobniejsza znaki. A pan wygląda jak słup ogłoszeniowy, bez urazy.”
Linda Miller to historyczka i blogerka, która ma tendencje do wplątywania się w afery kryminalne. Rude loki i pewność siebie sprawiają, że w żadnym pomieszczeniu nie jest niewidzialna, choć jeśli chce, potrafi się dobrze kamuflować. W “Skąd wyleciało to ciało?” jest szczególnie mocno zainteresowana pewnym historykiem zwanym przez Bączka Alvarem, który wkrótce staje się przedmiotem wielu ironicznych żartów…
No i Bączek, policjant dociekliwy i mężczyzna prawie idealny. Pojawiający się nie tylko w tej serii, ale i w innych powieściach autorki - i dobrze, bo wzbudza on morze sympatii!
“- Zaczynam się zastanawiać, komisarzu (...) czy to na pewno Linda przyciąga problemy. Wygląda na to, że pan ma niebywałe szczęście do trafiania na zagmatwane sprawy.
- Ma pan rację, doktorze (...). Sam zacząłem dochodzić do tego wniosku. Gdybym był bohaterem literackim, znienawidziłbym autora moich przygód.
- Raczej autorkę - zauważyła Linda. - Kobiety są bardziej złośliwe od mężczyzn. I mają lepszy warsztat, tak na marginesie.”
Poza stałymi postaciami serii, tom czwarty usiany jest kreacjami lekko karykaturalnymi (jak to w komediach bywa), które stają się powodem do wielu zabawnych żartów. W większości otaczają nas historycy, pracownicy pałacu i policjanci, którzy pojawiają się w odpowiednich momentach, by podsunąć w sprawie nowe tropy.
“(...) tacy jak on nie mają własnego światła, tylko odbijają cudze. Nie widzi pani, że to pustak jest?”
Akcja powieści prowadzona jest w tempie przyjemnie dynamicznym, a większość zdarzeń i zaskoczeń przekazywane są czytelnikowi za pomocą dialogów. Sama intryga oparta jest na motywie zbrodni sprzed stu lat - szybko staje się jasne, że aktualna ofiara, młoda kobieta, która skądś wyleciała, prawdopodobnie odkryła informacje, które rzucą nowe światło na śmierć księcia z 1913 roku. I tak historia się zapętla - na bazie zbrodni prawdziwej próbujemy znaleźć hipotezę tak dopasowaną, by równocześnie wyjaśniła sprawę śmierci młodej kobiety. Połączenie historii prawdziwej z fikcyjną daje ciekawy efekt, pobudza ciekawość, która w trakcie, albo już po lekturze każe czytelnikowi uruchomić przeglądarkę internetową i poszukać o śmierci księcia czegoś więcej. Sama intryga została zbudowana sprawnie, z pewnością wszystkie jej elementy byłyby trudne do samodzielnego wytypowania, jednak postać sprawcy nie bierze się znikąd, więc zasady klasycznej powieści kryminalnej w pewnym sensie zostają zachowane. Mnie podobało się to, jak autorka wykorzystuje swoją wiedzę, by przedstawić zaskakującą hipotezę rozwiązującą sprawę obydwu morderstw.
“(...) czy naprawdę żyjemy w świecie, w którym bezkarnie morduje się ludzi? Młoda dziewczyna traci życie na oczach setek ludzi i nikt, dosłownie nikt!, niczego nie widzi, nie słyszy? Jeśli tak jest, to wróżę kiepską przyszłość ludzkości.”
Małgorzata Starosta w “Skąd wyleciało to ciało?” po raz kolejny udowadnia, że potrafi połączyć humorystyczne spojrzenie na codzienność z solidną zagadką kryminalną, która nie tylko zaskakuje, ale i robi wrażenie ilością faktów, na których jest oparta. Historia sprzed stu lat angażuje równie mocno, jakby była historią współczesną, a finalne uzupełnienie aktami sądowymi sprawy zmusza czytelnika do pewnych refleksji i porównań dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Zagadka, w którą uwikłane są postacie serii, prowadzona jest z dużym detektywistycznym wyczuciem, a postacie są wisienką na torcie - to one, ich kreacje, ich dialogi ubierają tę opowieść w ton mocno humorystyczny, sprawiają, że sporą część powiedzonek postaci chciałoby się od razu wprowadzić w naszego codziennego języka. Bardzo lubię taki humor, ironiczny, ale nie w sposób obraźliwy, a wręcz odwrotnie, błyskotliwy.
“No to jak będzie, doktorku? Kęs serniczka, kilka słów i znowu kęs serniczka? Niech się pan nie martwi, że zabranie ciasta, mam jeszcze całą blachę.”
Moja ocena: 7,5/10
 

W dniu premiery zapraszam na live z Małgorzatą Starostą!
Odbędzie się on na Instagramie na moim profilu @kryminalnatalerzu o godzinie 19:00.



Recenzja powstała w ramach współpracy ambasadorskiej z Wydawnictwem Mięta.


Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 22, 2026

"Dom ze szkła" Sarah Pekkanen

"Dom ze szkła" Sarah Pekkanen

Autorka: Sarah Pekkanen
Tytuł: Dom ze szkła
Tłumaczenie: Joanna Krystyna Radosz
Data premiery: 11.03.2026
Wydawnictwo: Gorzka Czekolada
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller psychologiczny
 
Sarah Pekkanen to amerykańska autorka, której swoją karierę pisarską zaczęła w roku 2010, kiedy to zrezygnowała z pracy dziennikarki, by zająć się trójką swoich synów. Pierwsze jej powieści zaliczane są do literatury obyczajowej, lekkiej chick lit, dopiero później skierowała się w stronę mroczniejszych tematów, thrillerów psychologicznych, które pisać zaczęła wraz ze swoją byłą redaktorką Greer Hendricks. To właśnie te powieści wydane w duecie trafiły też na rynek polski, choć w międzyczasie autorka wydała też swoje solowe tytuły w tym samym gatunku. Dopiero teraz, po prawie dekadzie tworzenia thrillerów psychologicznych, polski czytelnik doczekał się tłumaczenia jej solowej powieści - “Domu ze szkła”, przedostatniej z wydanych na rynku anglojęzycznym, która zgarnęła wiele nagród przyznawanych przez portale czytelnicze i samych czytelników.
 
Stella Hudson, kuratorka dziecięca, która na prośbę sądów przeprowadza swoje śledztwa i pisze raporty wskazujące w jaki sposób zapewnić dziecku dobre życie i stabilizację, zostaje poproszona przez swojego mentora Charlesa, by przyjęła sprawę dziecka młodszego niż robi to zazwyczaj. Powód jest jednak nadzwyczajny - dziewięcioletnia dziewczynka po śmiertelnym wypadku swojej opiekunki zapadła na mutyzm wybiórczy traumatyczny. To blokada mowy, którą sama Stella przeszła jego dziecko, więc czy ktoś mógłby się małą lepiej zająć niż ona? Oczywiście nie może odmówić Charlesowi, sprawę przyjmuje i przekracza próg rodziny Barclayów - żyjących w luksusach, których życie często staje się pożywką dla tabloidów. Stella musi zatem przebić się przez taflę ich wizerunku publicznego, by dojść do tego, jak ich dom wygląda naprawdę i zdecydować z kim Rose powinna zostać, gdy rozwód rodziców dobiegnie końca. Jednak nie uda jej się to, póki nie dowie się więcej o śmierci Tiny, opiekunki, któreś śmierć była zapalnikiem aktualnych zdarzeń. Bo czy na pewno był to po prostu wypadek? A może właśnie weszła na teren zatuszowanego morderstwa?
 
Książka rozpisana jest na sześćdziesiąt osiem kilkustronicowych rozdziałów prowadzonych w narracji pierwszoosobowej czasu teraźniejszego przez Stellę. To typowy styl narracji thrillera psychologicznego, w którym rzeczywistość odbieramy nacechowaną emocjami narratorki, a zatem obraz świata, jaki dostajemy, jest jednoznacznie subiektywny. To pozostawia pole do manipulacji czytelnikiem, do budzenia uczucia niepewności, ciągłych wątpliwości - i właśnie z tego autorka sprawnie korzysta. Jej styl jest prosty, zdania raczej krótkie, dialogi przyjemnie naturalne - słowo nie odciąga uwagi od fabuły, jest tylko jej nośnikiem. Momentami można odczuć, że w polskie tłumaczenie wkradło się kilka potknięć, które jednak nie mają żadnego wpływu na intrygę kryminalną, są na tyle nieznaczące, że z pewnością nawet wielu czytelników ich nie zauważy. Rozpatrując książkę pod kątem całościowym, czyta się ją płynnie i bez problemów, a do tego bardzo lekko - czytelnik podczas lektury nie musi być maksymalnie skupiony, by ten fikcyjny świat odpowiednio go zassał.
“Kiedy otacza nas niebezpieczeństwo i niepewność, ważna jest kontrola chociaż w osobistej przestrzeni.”
Przez narrację pierwszoosobową najważniejszą postacią staje się Stella, której zawód nieczęsto spotykany jest w literaturze kryminalnej - sama wcześniej nie spotkałam się z postacią kuratorki sądowej, której praca polega na obserwowaniu dzieci i ich otoczenia i wyciąganiu wniosków, a to sprawia, że już dzięki temu książka nabiera cech świeżości. Praca Stelli jest ważna i odpowiedzialna, to ona tak naprawdę decyduje o losie dzieci, które stają się jej klientami, ale bez wątpliwości dobrze sobie w niej radzi - sama nie miała szczęśliwego dzieciństwa, więc teraz oddaje światu to, czego sama nie miała - dobro dzieci jest dla niej najważniejsze. Nie jest to jednak też postać płaska, ukierunkowana tylko na swój zawód. Jej przeszłość, zdarzenie, które wywołało u niej mutyzm, nadal chowa w szufladce spraw nieprzepracowanych, a sytuacja Rose, w którą teraz tak mocno ingeruje, wpływa na nią samą, sprawia, że przeszłość do niej wraca tak żywa, jakby do wydarzeń nie minęło kilka dekad, a zaledwie dni. To dobra kreacja, ciekawa, rozbudowana, która jest na tyle racjonalna, że czytelnik ufa w jej odczucia, a tym samym daje się wkręcić razem z nią w intrygę.
“Wiem, jak to jest, kiedy najbardziej przeraża cię osoba, która miała cię chronić.”
Rodzina, do której Stella wkracza, skrywa się za fasadą. Widać, że Barclayowie mają pieniądze, jednak szybko okazuje się, że tak naprawdę ma je Ona - Beth, matka Rose, a jej ojciec Ian to przedsiębiorca z własną firmą budowlaną, która po wypadku opiekunki Rose przędzie coraz gorzej. Jaka jest ich relacja? Szybko okazuje się, że decyzja o rozwodzie zapadła po tym, jak na jaw wyszło, że Ian miał romans z opiekunką - a czy to nie brzmi też dobrze jako motyw morderstwa? Poza dwójką dorosłych, po domu bez szkła (wszystkie szklane naczynia, przedmioty zostały z niego usunięte) krąży jeszcze babcia Rose, która teraz udziela jej prywatnych lekcji. Każda z tych postaci wydaje się niejasna, każda wydaje się coś skrywać, tylko jak dość do tego co, skoro Stella spędza z nimi tylko po kilka godzin przez kilka dni w tygodniu? Jak w takim czasie osoba z zewnątrz może dojść do sedna?
“Znam go dość dobrze, by wiedzieć, że nie gra na czas ani mnie nie ignoruje. Jest pogrążony w myślach. Jako sędzia przywykł do wydawania starannie przemyślanych sądów. Wie, jak potężna moc kształtowania myślenia mają słowa.”
Jednak najbardziej niepokojąca jest kreacja dziewięcioletniej dziewczynki, Rose. Już na samym początku Stella zauważa, że mała zbiera ostre przedmioty - czy to zatem z jej powodu nie ma w ich domu szkła? - a komunikacja z otoczeniem jest trudna, Stella nie próbuje w żaden sposób zastąpić mowy. Jej sztywny sposób bycia i od początku podkreślana wysoka inteligencja sprawiają, że Stelli, a zatem i nam, wydaje się, że coś jest z małą nie tak - tylko co? Czy jest w tej sytuacji ofiarą, czy może trzeba na nią spojrzeć z innej strony? Ale to przecież trudne, to tylko kilkuletnie dziecko.
 
Sama intryga powieści zbudowana jest sprawnie. Z początku może nie czuć dużego napięcia, raczej obserwujemy to, co Stella, jak podczas meczu tenisa - tu ktoś mówi coś, by za chwilę ktoś powiedział coś dokładnie przeciwnego. Niedopowiedzenia, tajemnice, przemilczenia, przekłamania wikłają sprawę od początku, dając odczuć, że coś jest tutaj bardzo nie tak, tylko nie wiadomo co. Kilka dziwnych sytuacji zaczyna niepokój podbijać, by w końcu gdzieś w okolicy połowy historii przyciągnąć uwagę tak, że książkę trudno odłożyć - zaczynają się pierwsze większe twisty fabularne, które sprawiają, że to, co myśleliśmy, że wiemy, ulatnia się jak kamfora. Autorka doskonale manipuluje uwagą i tematami tak, że czytelnik nie jest w stanie przewidzieć, co za chwilę go zaskoczy.
“Strach przybiera różne kształty. Bywa wspaniałą motywacją. Potrafi potężnie odstraszać. Jeśli żyjesz z nim przez dłuższy czas, przekształca kontury naszego świata.”
Książka jako thriller psychologiczny ma też zmusić czytelnika do refleksji - tym razem jednak nie do końca opiera się na pytaniu: jak dobrze znasz osobę, z którą mieszkasz, co jest najczęstszym zagadnieniem w tym gatunku literackim, a raczej chodzi o sojusz rodziny, o to, jak wiele jest w stanie zrobić, by ukryć, jakie grzechy kryją się w niej naprawdę. Najważniejszym zagadnieniem jednak jest temat pochodzenia zła - czy człowiek rodzi się zły, czy raczej doświadczenia czynią go złym i czy te zło tak naprawdę da się ukryć przed światem. To zagadnienie często pojawia się w powieściach kryminalnych, tutaj jednak ujęte jest od mniej popularnej, bardziej kontrowersyjnej strony. Warto też zwrócić uwagę na przypadkowość zdarzeń, na to jak wiele nieznaczących decyzji czy odczuć jest w stanie zbudować świat, który w końcu okaże się tym tytułowym domem ze szkła, fasadą, za którą kryje się coś całkowicie innego.
“Wierzę, że zło to naturalna siła, jak wygłodniały wirus, że krąży stale w powietrzu i szuka żywicieli. Większość z nas barykaduje się przed nim. (...) Inni je przyjmują.”
Podsumowując, “Dom ze szkła” to dobry thriller psychologiczny, w którym choć tematy bazowe brzmią znajomo, to ujęte zostały w przyjemnie świeży sposób - już choćby na to wskazuje wybór zawodu głównej bohaterki. Sarah Pekkanen stawia przez nią bardzo odpowiedzialne zadanie, a tym samym sprawia, że nie można sobie pozwolić na błędy postrzegania - jak jednak się przed tym wystrzec obserwując rodzinę, która nauczona jest utrzymywać pozory? Intryga oparta na niejasnościach, na tajemniczej śmierci i pewnych zależnościach osób obcych wchodzących w rodzinę Barclayów, dobrze miesza w głowie sprawiając, że po czasie czytelnik nie wie gdzie tak naprawdę ma skierować uwagę - czy tam, gdzie autorka nas prowadzi? A może to za proste rozwiązanie i trzeba szukać gdzie indziej? To dobra rozrywka, która zapewnia nie tylko chwilowe oderwanie od rzeczywistości, ale też podsuwa zagadnienia warte refleksji i to w taki sposób, w jaki może wcześniej na nie nie patrzyliśmy. Mam nadzieję, że “Dom ze szkła” to tylko dobry start w solowe thrillery tej autorki na polskim rynku książki - już teraz czekam na więcej!
 
Moja ocena: 7,5/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Gorzka Czekolada.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!