grudnia 08, 2022

"Czwarta Małpa" J.D. Barker

"Czwarta Małpa" J.D. Barker

Autor: J.D. Barker
Tytuł: Czwarta Małpa
Cykl: #4MK, tom 1
Tłumaczenie: Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik
Data premiery: 04.04.2018
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 432
Gatunek: kryminał
 
J.D. Barker szturmem podbił polski rynek w roku 2018, kiedy to debiutował u nas pierwszym tomem serii kryminalnej o Zabójcy Czwartej Małpy (#4MK) pt. „Czwarta małpa”. Książka jest otwarciem trylogii, której kolejne tomy naszą tytuły: „Piąta ofiara” i „Szóste dziecko” – wszystkie zostały przyjęte mocno entuzjastycznie przez polskich czytelników. Autor na amerykańskim rynku debiutował w roku 2011, pisze książki, które są połączeniem thrillera, kryminału i fantasy, stąd bywa porównywany do Stephana Kinga. W „Czwartej Małpie” trzyma się jednak przede wszystkim kryminału.
Książki autora to bestsellery sprzedawane w 150 krajach, tłumaczone na ponad 20 języków. Do wspomnianej trylogii zostały sprzedane prawa filmowe – jeszcze nie jest pewne czy powstaną na ich podstawie filmy czy serial. Aktualnie autor skupia się na powieściach pisanych wspólne z James Pattersonem.
 
Fabuła „Czwartej Małpy” rozpoczyna się, gdy detektyw Sam Porter zostaje wezwany na miejsce wypadku – autobus śmiertelnie potrącił pieszego. Sam, który od dosyć dawna jest na zwolnieniu, nie całkiem rozumie dlaczego wzywają go do tak zwyczajnej sprawy. Na miejscu okazuje się jednak, że ofiara może być związana z tak zwanym Zabójcą Czwartej Małpy, który od prawie pięciu lat terroryzuje miasto porywając i mordując w męczarniach osoby bliskie tym, którzy w białych rękawiczkach popełniają przestępstwa. Ofiara miała przy sobie pudełko, tak dobrze znane Porterowi – właśnie w takich pudełkach Zabójca Czwartej Małpy wysyłał język, uszy i oczy temu, kogo chciał ukarać. To pudełko jest zaadresowane do pewnego majętnego bankowca. Kto z jego najbliższego otoczenia zniknął? Detektywi muszą się tego dowiedzieć jak najszybciej, zegar tyka, ofiara Zabójcy może jeszcze żyć… Ale czy ten, który zginął pod kołami autobusu faktycznie jest tym, kogo tyle lat szukali? Może wyjaśnienie przyniesie pamiętnik, który został znaleziony przy ofierze potrącenia…
 
Książka składa się z 92 krótkich rozdziałów i epilogu. Rozdziały rozpisane są na trzy postacie: Portera, porwaną Emory i policjantkę Clair oraz pamiętnik Zabójcy – rozdziały napisane są naprzemiennie, jednak to te opisujące zdarzenia dotyczące Portera dominują nad pozostałymi. Rozdziały otwierają się odliczaniem dni śledztwa i godziną. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, gdy obserwuje trójkę wymienionych postaci, pamiętnik pisany jest oczywiście w narracji pierwszoosobowej. Styl powieści jest całkiem przyjemny, lekki, dialogi wypadają naturalnie, a uwaga narratora odpowiednio wyśrodkowana pomiędzy opisami a dialogami, przez co książkę czyta się płynnie, szybko i dobrze.
 
Kreacje postaci to na pewno silna strona powieści. Już sam Porter jest intrygującym bohaterem, który skrywa w sobie pewną tajemnicę. Dlaczego przebywał na zwolnieniu i wszyscy zdają się traktować go polubownie? To człowiek inteligentny i uparty, drąży temat dziennika Zabójcy i nie rezygnuje kiedy kolejne tropy okazują się błędne. Nie chcę za wiele na jego temat zdradzać, mogę tylko powiedzieć, że jest to postać, która szybko zyskuje sympatię czytelnika.
Oczywiście warto zwrócić uwagę na porwaną, z perspektywy której też poznajemy wydarzenia, jak i na jej całą rodzinę. Dla mnie jednak bardzo ciekawą postacią był śledczy Watson, który dołączył przy tej sprawie do zespołu Portera – chętny i inteligentny, momentami zabawny w swoim skupieniu tylko i wyłącznie na pracy. Dziwi jedynie fakt, że nie wiem kim był oryginalny Watson, bo ma cech z nim zbieżnych. A może to po prostu puszczone oczko do czytelnika?
 
Intryga kryminalna jest pełna zwrotów akcji i zaskoczeń. Krótkie rozdziały nadają lekturze dynamizmu, a fakt, że pisane są z naprzemiennej perspektywy tylko ten dynamizm pogłębia. Zagadka jest ciekawa, a fragmenty pamiętnika sprawiają, że czytelnik ma szansę zrozumieć mordercę – a motywy zawsze są tym, co ciekawi najmocniej.
 
Nie mogę jednak nie odnieść się do ilości opisów brutalnych i makabrycznych, które przedstawione są skrupulatnie. Nie jestem fanką tego typu historii, o ile nie mają one koniecznego uzasadnienia, a tu zdaje się, że tak skrupulatnie były opisywane tylko po to, by wzbudzić obrzydzenie i niesmak czytelnika. Nie widzę sensu w tak szczegółowych opisach, po prostu nie bawi mnie bezzasadna makabra. Wolę skupić się na aspektach psychologicznych niż na brutalnych opisach. Dlatego trochę też ciekawi mnie aż tak duża popularność tej serii – naprawdę tyle ludzi rozsmakowanych jest w makabrze? A może fakt, że czytam tę książkę cztery lata później niż wszyscy, kiedy takie opisy już nie są czymś nowym i szokującym, ma znaczenie?
 
Na koniec wspomnę też o temacie, który wymuszają fragmenty pamiętnika. Czy wychowanie jest tym co bezwzględnie kształtuje człowieka? Czy to, czego doświadcza w dzieciństwie, jest tym, co decyduje o jego zachowaniu w życiu dorosłym? To temat nienowy, a jednak cały czas tak mocno aktualny. I ważny, bo uświadomienie sobie skąd dane zachowanie pochodzi, to już część sukcesu i droga do zmiany.
 
Ogólnie „Czwarta Małpa” to ciekawie poprowadzony kryminał, który mógłby być świetny, gdyby skupił się mocniej na psychologicznych aspektach, zamiast na makabrycznych opisach, które po prostu nie mają tu wystarczającego uzasadnienia. Akcja toczy się szybko, jest dynamiczna i pełna zaskoczeń, przez co czytelnik cały czas utrzymany jest w przyjemnym napięciu. Postaci barwne i zajmujące, opisane z wyczuciem, tak, że i one same wzbudzają w czytelniku ciekawość. Doceniam pomysł i lekkość pióra autora, jednak zachwycić się nie mogę przez tą nieuzasadnioną brutalność.
 
Moja ocena: 7/10
 

Recenzja powstała na życzenie mojej Patronki Pauliny Korek (@zaczytana_panna)
Chcesz dołączyć do grona moich Patronów? Zapraszam na patronite.pl/kryminalnatalerzu!

Książka dostępna jest też w abonamencie 


grudnia 08, 2022

"Szwedzki kryminał" Beata i Eugeniusz Dębscy

"Szwedzki kryminał" Beata i Eugeniusz Dębscy

Autor: Beata i Eugeniusz Dębscy
Tytuł: Szwedzki kryminał
Cykl: detektyw Tomasz Winkler, tom 3
Data premiery: 27.10.2021
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 376
Gatunek: kryminał
 
Mam wrażenie, że o kryminałach Dębskich ciągle nie jest wystarczająco głośno. Sama popatrywałam na ich cykl od poprzedniego roku 2021, ale dopiero premiera tomu czwartego i możliwość zapisania polecajki dla książki, zmotywowała mnie, by nadrobić całość. I nie żałuję, a może żałuję, że zrobiłam to dopiero teraz, a nie rok wcześniej, kiedy na rynku pojawiły się aż trzy tomy. Każdy z nich jest warto uwagi, każdy to inny podgatunek kryminału, ale ciągle trzymający się ram gatunkowych. Podoba mi się to, że autorzy testują sobie ten gatunek, z każdym tomem patrzą na niego inaczej, sięgają do tego, co znane i przekładają na swoje pomysły, swoje genialne postacie. Tom trzeci (poza czwartym) przypadł mi do gustu najmocniej, bo zagadkę kryminalną skupia wokół rodziny, czyli jednostki społecznej, która ciekawi mnie najmocniej.
O wszystkich pozostałych tomach serii możecie poczytać tu: „Dwudziesta trzecia” – klik, „Zimny trop” – klik i „Śmierć druga” – klik!. Tomy można czytać oddzielnie, bez zachowania kolejności chronologicznej.
 
Fabuła „Szwedzkiego kryminału” zaczyna się, gdy w galerii handlowej zaczepia Winklera drobny złodziejaszek, którego ten lata temu wsadził do więzienia. Rabek od jakiego czasu czuje się obserwowany, chyba boi się o swoje życie, więc nie wiedząc, że Tomasz nie jest już policjantem, chce od niego pomocy. Detektyw wypytuje go trochę o co chodzi, ten zdradza, że w więzieniu siedział w celi z niebezpiecznym typem, na którego mówili Psychoza, a ten pod wpływem narkotyków kiedyś powiedział coś niepokojącego o zabitych dzieciach. Kiedy Rabek wyszedł z więzienia, Psychoza trafił do szpitala psychiatrycznego, jednak niedawno z niego uciekł. Rabek jest przekonany, że Psychoza chce go dopaść ze względu na tamto narkotyczne wyznanie… Tomasz raczej zbywa chłopaka, daje mu jednak swoją wizytówkę, przez którą po kilku dniach zjawia się u niego policja. Chłopaka zamordowano, a Winkler zostaje poproszony o powrót do policji – jest skuteczny, a tego im trzeba. By uniknąć papierologii i skomplikowanych procedur przywracania do służby, na razie jednak będzie po prostu audytorem. Pierwsza sprawa za jaką się bierze, to śmierć Rabka… Kim jest Psychoza i czy faktycznie to on zamordował chłopaka? Co tak strasznego miał do ukrycia, że z powodu jednego niejasnego wyznania zabił?
 
Książka składa się z 22 rozdziałów, wydarzenia toczą się w przeważającej części linearnie – odstępstwem są dwa lub trzy rozdziały-retrospekcje z dzieciństwa Psychozy. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, podąża przede wszystkim za Winklerem. Styl powieści, jak i całego cyklu, to coś, co wyróżnia go na naszym rynku książki – Dębscy znają i kochają język polski, bawią się nim, co jest widoczne przede wszystkim w dialogach pomiędzy Winklerem a jego babcią oraz w komentarzach narratora. Gry słowne, ciągła dbałość po poprawność wypowiedzi i delikatna uszczypliwość w relacjach pomiędzy głównymi postaciami nadają książce oryginalności, niepowtarzalnego charakteru i inteligentnego humoru. Pod względem stylu to jedne z najlepszych kryminałów dostępnych na polskim rynku książki!
 
Jak już wspomniałam na wstępie, fabuła tego tomu, jak i w dużej mierze intryga kryminalna, kręcą się wokół jednostki rodziny, w której wychowywał się Psychoza. Rodziny skomplikowanej, w której rządziły dziwne zasady wyniesione z sekty, do której należeli rodzice chłopaka i jego rodzeństwa. Czytelnik ma więc okazję przyjrzeć się funkcjonowaniu i zależnościom w tej dysfunkcyjnej rodzinie, z uwagą prześledzić wydarzenia i zachowania, które doprowadziły do wykreowania takiego człowieka, jakim jest Psychoza. Bo w końcu czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci, prawda? Charakter, zachowanie, system wartości utrwalają się w człowieku przede wszystkim w wieku dziecięcym i nastoletnim, to, co wtedy się przeżyło, podświadomie wpływa na to, jakim jest się dorosłym.
 
Winkler podążając śladem Psychozy, przygląda się też zbrodni jaką popełnił, za jaką został skazany. Chodziło tam o porwanie i prawdopodobnie zamordowanie dziecka, choć ciała nigdy nie odnaleziono. Winkler próbuje odkryć zagadkę tego, co naprawdę tam się stało, bo od początku coś mu w tej zbrodni nie pasuje. Intryga kryminalna więc opiera się na zbrodni sprzed lat, zatem skupia się przede wszystkim na badaniu śladów, grzebaniu w dokumentach, przepytywaniu świadków i oczywiście dedukcji. W finalnych scenach jednak nie zabraknie też dosyć dynamicznej akcji, jak na rasowy, współczesny kryminał przystało.
 
A co z bohaterami serii? Winkler musi w końcu zdecydować jakiego rodzaju znajomość interesuje go z Iwą – są przyjaciółmi? Coś więcej? A może mniej? Po wydarzeniach z poprzedniego tomu ich relacja chyba trochę się skomplikowała. Do tego dochodzi kwestia powrotu do policji – czy po tym jak został potraktowany wcześniej, niesłusznie oskarżony i zwolniony faktycznie jeszcze chce mieć z tą instytucją do czynienia?
Roma, babcia Winklera, jak zawsze służy mu pomocą, choć wydaje się, że w tym tomie odgrywa dosyć poboczną rolę – jednak to rozmowy z nią powodują, że Winkler najczęściej dochodzi do właściwych wniosków zarówno jeśli chodzi o strefę prywatną, jak i zawodową.
 
Podsumowując – „Szwedzki kryminał” ma wszystko to, za co cenię sobie ten gatunek. Ciekawą, zbudowaną na dedukcji intrygę kryminalną, świetne kreacje postaci, dobre uzasadnienie psychologiczne wydarzeń, które sięga lata wstecz oraz dopracowaną warstwę językową, która nadaje książce lekkości, momentami humoru. Bawiłam się doskonale i jestem pod wielkim wrażeniem umiejętności pisarskich Dębskich. Czekam na więcej!
 
Moja ocena: 8/10
 
Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu Agora!

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

grudnia 04, 2022

"Król" Dagmara Andryka

"Król" Dagmara Andryka
Tytuł: Król
Cykl: detektyw Anna Maria Kier, tom 1
Data premiery: 12.04.2022
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 376
Gatunek: kryminał
 
Dagmara Andryka na polskim rynku książki pojawiała się siedem lat temu debiutując „Tysiącem”, pierwszym tomem trylogii o dziennikarce Marcie Witeckiej i miasteczku Mille. Cykl ukazał się w całości na przestrzeni czterech lat i zbierał całkiem pozytywne opinie – dzięki temu sama się nim zainteresowałam. Ostatni tom cyklu zdobył nominację do Grand Prix Festiwalu Kryminalna Warszawa. Później przyszły prawie cztery lata przerwy, ale ewidentnie nie były one bezczynne pod względem pisarskim – autorka powróciła w 2022 roku z tetralogią kryminalną o Annie Marii Kier, z której aktualnie ukazały się już trzy tomy.
Każdy tom opowiada o innej zagadce kryminalnej, jednak spoiwem serii jest historia prywatna głównej bohaterki, która odgrywa w każdym tomie ważną rolę, więc teoretycznie można czytać je oddzielnie, ale myślę, że tu akurat straci się dużo, więc sama zalecam kolejność chronologiczną.
 
Fabuła tomu pierwszego pt. „Król” toczy się w 2018 roku. Anna Maria Kier właśnie przechodzi na emeryturę po 25 latach służby w policji. Na szczęście nie napawa ją to lękiem, a wręcz odwrotnie – cieszy się, że w końcu będzie miała czas dla siebie, dla rodziny, swojego dwudziestoletniego syna i ojca chorującego na Alzheimera, planuje generalny remont mieszkania i dużo odpoczynku. Jednak nie jest Annie dane długo cieszyć się jako takim spokojem – jej syn trafia do szpitala, okazuje się, że w jego mózgu rozrósł się guz, który jest nieoperowalny ze względu na jego niefortunne położenie. Anna zatem po raz kolejny bierze na swoje barki zadbanie o rodzinę finansowo, zapewnia, że zrobi wszystko, by jej syn dostał najlepsze leczenie z możliwych. Szczęśliwie się składa, że w domu opieki, w którym jest jej ojciec, właściciel ośrodka podsuwa jej zlecenie – właściciel firmy farmaceutycznej podejrzewa, że ma w swoich szeregach kreta. Prosi Annę, jako byłą policjantkę, o zbadanie sprawy od środka – z zewnątrz będzie nową pracownicą w zastępstwie dziewczyny, która niedawno uległa poważnemu wypadkowi i leży w szpitalu… Anna sprawę przyjmuje, ale prosi byłych współpracowników o poleceniem kogoś, kto dobrze zna się na technologiach – policjanci polecają jej Wandę. Kobiety zaczynają współpracę nad sprawą, która wydaje się głębsza niż z początku wszystkim się wydawało… Co znajdą na jej końcu?
 
Książka rozpisana jest na trzy części, składa się z 31 rozdziałów. W części pierwszej skupiamy się na postaci Anny – jej przejściu na emeryturę, relacjach rodzinnych, ale i przeszłości – część rozdziałów opowiada o starych sprawach, które otwierają wycinki z prasy, a które pokazują czytelnikowi, jak solidną policjantką i wierną swojej pracy była. W części drugiej Anna skupia się na śledztwie w sprawie kreta w firmie, w trzeciej na śmierci z tym powiązanej. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy przede wszystkim Anny, lecz nie tylko – jest też tajemniczy mężczyzna, do którego zwracają się biznesmeni z problemami, a on za pomocą szantażu lub morderstwa na zlecenie te problemy rozwiązuje. Wyjątkiem w narracji trzecioosobowej są rozdziały z części pierwszej poświęcone dawnym sprawom Anny – te przedstawia czytelnikowi z perspektywy pierwszej osoby czasu przeszłego. Styl powieści jest prosty, zdania krótkie, dialogi sprawne, całość czyta się szybko i dobrze.
„(…) jej przyjaźnie z koleżankami ze szkoły policyjnej czy potem ze studiów nie przetrwały próby czasu, ale to chyba normalne – jeśli nie dba się o ludzi, na których ci zależy, to oni też nie zadbają o ciebie. Przyjaźń wymaga altruizmu, takiego jednak, który nie jest ciężarem. Wymaga także zaangażowania, czegoś w rodzaju inwestycji, bo każdy człowiek lubi być czasem adorowany (…).”
Zgodnie z tym co pisałam na wstępie, seria mocno skupiona jest na postaci głównej bohaterki, więc już w tomie pierwszym poznajemy są dosyć dobrze, poczynając od tego, jak została wychowana, kończąc na tym, jak radzi sobie w życiu teraz. Wychowywana była przez ojca prokuratora, który raczej nie był ciepłym rodzicem. Jej matka zmarła, gdy dziewczynka miała roczek. Ojciec był surowy, wymagał od Anny wiele, ale nigdy specjalnie się nią samą nie interesował. W dorosłym życiu to praca była dla niej całym światem, choć z początku marzyła, by stworzyć własny ciepły dom. Niestety nie udało się, jej syn ciągle był rozczarowany tym, że dla niej praca jest ważniejsza, a z mężem w końcu się rozwiodła nie mogąc sprostać własnym wyrzutom sumienia, że nie radzi sobie w roli żony. Anna jest więc pełna poczucia winy w stosunku do byłego męża, syna, ale i ojca, który od niedawna ze względu na pogarszający się stan zdrowia przebywa w specjalnym ośrodku opieki. Robi co może, stara się być obecna dla swojej rodziny, ale jednak to jej śledztwa zawsze są dla niej najważniejsze – tu po prostu wie co robić, to świat, który rozumie, w którym może przynieść jakąś zmianę. To dobrze wykreowana bohaterka, pełna sprzeczności, rozdarta pomiędzy tym co chce, a tym co powinna.
Wanda, jej współpracowniczka, w tym tomie jest mocno skryta, nie dowiadujemy się o niej za wiele. Tak samo jak o tajemniczym mężczyźnie, który ewidentnie musi być z jakiś sposób powiązany ze sprawą, nie wiadomo jednak jak. Przez większą część lektury oczywiście, bo finałowe rozwiązanie mocno zaskakuje.
 
Intryga powieści zbudowana jest sprawnie, choć jej waga w fabule jest równa problemom prywatnym bohaterki. Od początku sprawa kryminalna wygląda dosyć niejasno, bohaterka niby dostaje zlecenie, ale na za bardzo mi się czego chwycić – o co w tej sprawie chodzi? Dużą rolę odgrywają tu media społecznościowego i udostępnianie swoich danych w Sieci. Historia może nie wbija w fotel i nie powoduje obgryzania paznokcie z nerwów, jednak jest interesująca i na tyle zajmująca, że czytelnik chętnie kontynuuje lekturę.
„To następna obowiązkowa apka do informowania świata o tym, co zjadłaś na śniadanie, jaka pyszna i idealna wyszła ci kawa z ekspresu, a przy okazji – co masz w domu i oczywiście gdzie wyjechałaś i jak tam było pięknie, choć tak naprawdę jesz stare, twarde płatki czekoladowe, pijesz kawę rozpuszczalną, w domu masz syf, a na spacerze nad Wisłą zmarzłaś i totalnie się wynudziłaś. Mas zwykłe życie, ale na Instagramie jesteś kimś lepszym. Przede wszystkim od samej siebie.”
W tym tomie przyglądamy się funkcjonowaniu niewielkiej korporacji, jej pracownikom, z których każdy wydaje się chcieć czego innego. Dla jednych praca jest całym światem, dla innych po prostu źródłem zarobku. Małe społeczności zawsze są ciekawe do obserwacji, nie inaczej jest w tym przypadku. Czytelnik z uwagą przygląda się zależnością pomiędzy pracownikami wyższego szczebla, których szef wskazał Annie jako podejrzanych.
 
Książka, jak na początek serii, wypada całkiem dobrze. Zagadka jest ciekawa, główna bohaterka dobrze wykreowana i od początku wiadomo, że to jej sprawy rodzinne będą spajać wszystkie cztery tomy w całość. Historia poprowadzona jest sprawnie, jest kilka zaskoczeń, sporo niedopowiedzeń i niejasności, które wzbudzają w czytelniku ciekawość wielkiego finału, który tak - faktycznie robi wrażenie. Całość czyta się przyjemnie, można się przy niej odprężyć. Coś dla tych, którzy lubią silne postacie kobiece i lekkie kryminały.
„(…) to pewnie ze zmęczenia, mało spałem, jest tyle książek do przeczytania na tym świecie…”
Moja ocena: 7/10

Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!
Książka dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 29, 2022

"Zero grawitacji" Woody Allen

"Zero grawitacji" Woody Allen
Autor: Woody Allen
Tytuł: Zero grawitacji.
Tłumaczenie: Mirosław P. Jabłoński
Data premiery: 08.11.2022
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Liczba stron: 216
Gatunek: felietony / humoreski
 
Woody Allen to człowiek, którego nazwisko zna każdy, kto choć trochę interesuje się kinem. Reżyser, scenarzysta, aktor, komik, uznawany jest za twórcę tak zwanej „inteligentnej komedii”. Zdobywca 4 Oscarów, 2 Złotych Globów, laureat wielu innych prestiżowych nagród filmowych. Znany z mocno ironicznego i dosyć pesymistycznego poczucia humoru, człowiek o szerokiej wiedzy kulturowej, z której chętnie korzysta w swoich dziełach. To Woody Allen, którego zna cały świat. Mniej osób wie o tym, że jest to także utalentowany muzyk i felietonista. Swoje teksty publikuje przede wszystkim w The New Yorker – zarówno te, jak i wcześniej niepublikowane znalazły się w jego kilku zbiorach wydawanych w formie książkowej. Z „Zero grawitacji” powraca po piętnastu latach przerwy i jak twierdzi przedmówczyni zbioru – jest równie zabawny, inteligentny i cięty jak zawsze.
 
Na książeczkę „Zero grawitacji” składa się 19 humoresek różnej długości, z czego 8 wcześniej ukazało się we wspomnianym The New Yorker. Całość poprzedzona jest przedmową Daphne Merkin – krytyczki literackiej, eseistki i pisarki, choć w Polsce raczej o niej nie słyszeliśmy. Po przedmowie zostają wymienione felietony, które były już wydane, aż w końcu przechodzimy do części właściwej. Każdy felieton jest zatytułowany, jednak co do treści to niespecjalnie mają ze sobą punkty wspólne – zgodne z tytułem, nie ma tu jednego punktu przyciągania. Narracje prowadzone są różnie, raz w pierwszej osobie, raz w trzeciej, a co zaskakujące, niektóre nie są pisane z perspektywy człowieka – są tu historie opowiadane przez krowę, samochód i homary. Tematyka jest równie szeroka – od życia na planie filmowym, po nowojorską finansjerę, rynek mieszkaniowy, aż po zemstę i miłość. Wszystko to jednak jest okraszone specyficznym spojrzeniem Allena – spogląda on na postacie okiem błyskotliwym, inteligentnym, choć dosyć oszczędnym w słowach, sugerujący tylko, gdzie kryje się puenta historii.
„W dniu, w którym dowiedziałem się, że może się zająć moim rachunkiem, byłem tak szczęśliwy, że wyciąłem głowę żony z naszego ślubnego zdjęcia i umieściłem tam jego.”
Jak to w zbiorach tekstów bywa i tu część podobała mi się bardziej, część mniej. Myślę, że połowa z nich, jest tak naszpikowana niuansami związanymi z życiem nowojorczyka oraz odniesieniami do literatury i filmu, że czasem po prostu nie całkiem łapałam o co autorowi chodzi – w tych fragmentach, czułam, że mam po prostu niewystarczającą wiedzę, by docenić cięty żart artysty. Wydaje mi się też, że gdyby tłumacz pokusił się o przetłumaczenie nazwisk, to książeczka mogłaby zyskać – i tu ukryty był żart słowny, który ciężko jest zrozumieć osobie nieanglojęzycznej. Żałuję, że wszystkich tekstów nie byłam w stanie docenić, jednak było kilka, które przypadły mi do gustu np. historia o tym skąd wziął się kurczak generała Tso jako wymiana korespondencji pomiędzy generałem a ministrem Peng.  Wspomniane już trzy opowiadania z perspektywy nieczłowieczej – krowy, samochodu i homara. Krowa ukazała się tu jako wybawczyni społeczeństwa przed zadufanym artystą, samochód – co trzeba podkreślić – samojeżdżący, ten ze sztuczną inteligencją za kierownicą, został dosyć mocno wyszydzony, a homar, jako ofiara nieuczciwego finansisty w końcu odpłacił pięknym za nadobne. Jako fanka spania nie mogłam też nie docenić historii o najlepszej poduszce świata, która byłaby w stanie zmienić … no cóż, świat 😊 Z pewnością zabawna była też historia o zamianie mieszkań w Nowym Jorku, a także o nosie Stallone’a. Wszystkie wymienione to króciutkie formy, ledwie kilka, może kilkanaście stron.
„Gdy się okazało, że jestem spłukany, popełniłem samobójstwo, rzucając się z dachu naszego klubu golfowego w Palm Beach. Na skok musiałem czekać pół godziny, była dwunastoosobowa kolejka.”
Najmocniej jednak przypadło mi do gustu opowiadanie (bo chyba tak je trzeba nazwać) ostatnie. To tu mocno czuć tego filmowego Allena, tego, który opowiada pozornie zwyczajną historię dwójki ludzi, a jednak przemyca w niej swój gorzki żart i przekonanie, że nic nie trwa wiecznie, a każde szczęście ma swój koniec. Jest to historia miłosna pomiędzy młodym, rozpoczynającym swoją karierę komikiem – scenarzystą, autorem sztuki, a młodą i piękną aktorką, która jak lis z Małego Księcia szuka kogoś, kto byłby w stanie ją oswoić. Ich historia rozgrywa się na Manhattanie, wśród knajp, luksusowych mieszkań i Central Parku. Polubiłam tę historię za jej zwyczajność, realność i delikatnie naiwne spojrzenie (bo przecież zakochane) głównego bohatera. To historia, w której nawet nie widząc kim jest autor, rozpoznałabym Allena.
 
Podsumowując, „Zero grawitacji” to niewielka książeczka, która przyciąga oko już na poziomie wizualnej prezentacji swoim minimalizmem. Myślę, że szara kropka po tęczowokolorowym napisie też jest znacząca – nieważne jak wesoło by było, w końcu i tak zostaje ta szara rzeczywistość. I takie są też historie Allena – z gorzkim, uszczypliwym, oszczędnym humorem podkreślającym, że zwyczajne życie jak tym, co warto cenić. Sięgając po ten zbiór trzeba być gotowym na wszystko, bo Allen swojej wyobraźni nie ogranicza!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Domem Wydawniczym Rebis.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 28, 2022

"Chołod" Szczepan Twardoch

"Chołod" Szczepan Twardoch
Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Chołod
Data premiery: 26.10.2022
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 456
Gatunek: literatura piękna
 
Szczepan Twardoch to jeden z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych polskich prozaików. Na rynku książki funkcjonuje już od kilkunastu lat, wydał jedenaście powieści, zbiory opowiadań, dzienniki, a nawet dramat. Laureat wielu prestiżowych nagród literackich m.in. Paszportu Polityki, Nagrody im. Kościelskich, Śląskiego Wawrzynu Literackiego czy Nagrody Czytelników Nike.  Na podstawie jego czterech książek stworzono spektakle, a w 2020 został zekranizowany „Król”. Od 2012 autor związany jest z Wydawnictwem Literackim.
 
Historia „Chołodu” rozpoczyna się latem 2019, kiedy to pisarz Szczepan Twardoch, by odpocząć od trudów codzienności, wybiera się na wędrówkę po norweskim archipelagu Svalbard. W drodze powrotnej, czekając na statek spotyka pewną staruszkę o imieniu Borghild, która zaprasza go na krótki rejs jej jachtem. Kobieta jest małomówna, widać, że ocean, życie na wodzie, to jest to, co kocha i robi od lat. W czasie tej wyprawy zdradza mu, że wybiera się w dłuższą podróż i zaprasza Szczepana, by jej towarzyszył. Ten, mimo zobowiązań w Polsce i własnemu sumieniu, zgadza się nie pytając nawet o cel podróży. Po zaopatrzeniu jachtu, poinformowaniu bliskich i wyruszeniu z portu w końcu zadaje to pytanie. Borghild nie udziela odpowiedzi, wręcza mu w zamian notes Konrada Widucha, w którym widnieją notatki stworzone w roku 1946. Szczepan zaczyna czytać zatracając się w opowieści narratora, który brał udział w I wojnie światowej, rewolucji bolszewickiej, był więźniem Gułagu, aż w końcu udało mu się uciec w mroźną Syberię… Co przeżył, czy przeżył, czym i jakim celu podzielił się swoimi przeżyciami? I jak jego historia wiąże się z wyprawą Szczepana i Borghild?
 
Książka rozpisana jest na wstęp, w którym dowiadujemy się o wyprawie Szczepana, notki Konrada Widucha opatrzone datami powstania wpisów, fragment zatytułowany „Na pokładzie ‘Isbjørn’, w którym poznajemy dalszą część przygód Szczepana, drugi notes Konrada Widucha oraz posłowie tworzące zakończenie historii współczesnej. Można więc tu mówić o powieść zbudowanej na zasadzie szkatułkowej – powieść w powieści. Obydwie prowadzone są w narracji pierwszoosobowej – fragmenty, które przedstawia nam Szczepan są pisane współczesną polszczyzną bogatą w słownictwo związane z żeglugą, za to fragmenty z dziennika Konrada, to już coś, co wymaga dłuższej analizy. Jego dzienniki pisane są w formie strumienia świadomości – zdania długie, pełne dygresji, mocno gawędziarskie. Narrator zwraca się do wyimaginowanej czytelniczki, ale też często pisze sam do siebie napominając się, by trzymać się tematu głównego.
„Znowuście uwali wątek, Konradzie Wilgelmowiczu! Pała! Proszę pisać od nowa!
Znowu mówicie do siebie w trzeciej osobie i z otczestwem, Konradzie Wilgelmowiczu.”
 Jego język to miks polskiego, śląskiego, niemieckiego, rosyjskiego i chołodzkiego. Tekst nie ma przypisów, co chyba największy problem stwarza, gdy pojawiają się słowa pisane cyrylicą. Myślę jednak, że jest to zabieg celowy mający na celu uwiarygodnienie dzienników. Do tego zdania nie są całkiem poprawne stylistycznie, pojawiają się też poprzekręcane wyrazy – przede wszystkim te rozbijające zbitek spółgłosek z ł – chłód to chołod, głód – gołod, człowiek – czełowiek. Tu jednak zauważyłam momentami niespójność zapisu, co trochę odstaje od całej reszty tekstu napisanego z mocno wyczuwalną starannością. I nie wiem czy był to też zabieg specjalny, czy może po prostu przeoczenie, błąd korekty? Nie całkiem jednak widzę teraz w tym rozszerzeniu sens, gdyby zabieg był powtarzany przy każdym takim wyrazie, to nie miałabym wątpliwości, że to po prostu kolejny element stylu pisania Konrada. Pomijając te małe potknięcia, o dziwo, jego notatki są bardzo rytmicznie, kiedy już czytelnik przyzwyczai się do jego dziwnego stylu (co przeważnie trwa tak z 2-3 strony, więc jest to książka, której raczej nie powinno się za często odkładać), to książkę czyta się wyśmienicie! Naprawdę byłam tym słowotwórstwem, językotwórstwem zachwycona i kompletnie nie przeszkadzało mi, że części słów zdarza mi się nie rozumieć. Nie wiem jednak czy czytelnicy, który nie znają śląskiego, będą się bawić tak samo dobrze – w tej gwarze/języku pojawiają się już całe ciągi wyrazów, wyrażenia, zdania i znowu – nie są zaopatrzone w przypisy.
„(…) opowiadać ja umiem tylko tak, jak przychodzą do mnie myśli, nie potrafię ja układać opowieści, potrafię jedynie pisać, przelewając ołówkiem na papier to, co się w mojej głowie kłębi, wzbiera i opada, tak i nie chcę inaczej. Tak jakby ja w ogóle nie panował nad tem, co tu się pisze, jakby to się samo – ze mnie, ale samo – pisało. Tak oto i patrzę na moją prawą dłoń niekompletną, bez kawałka małego palca, dłoń ołówek trzyma, ile ja tych ołówków tu stemperował nożem do zera, dłoń się porusza po papierze i ołówek zapisuje łacińskie litery jedną po drugiej, ale czy to i ja wie, co ja piszę, czy się to mnie pisze samo, z mojej głowy, ale samo, żeby jakoś zabić tę samotność i pustkę, i nudę, w jakiej tu tkwię (…)”
Narracja Konrada wraz z kolejnymi kartami powieści zmienia się, co podejrzewam, że wynika z sytuacji w jakiej się znalazł. Konrad w 1946 roku, kiedy spisuje ten dziennik ma ponad 50 lat i czeka na małym jachciku aż puszczą syberyjskie mrozy i jego środek transportu zastanie uwolniony.
„Uratowali mi życie. Wiadomo, na trochę, ale to zawsze na trochę. Dali mi też nadzieję. Kiedy zaczynał ja to pisać, jeszcze tej nadziei ja nie czuł, zaślepiony rezygnacją. A teraz jednak czuję. Złudną, owszem, ale czyż nadzieja nie na złudności właśnie polega? Bo przecież gdy pewność, to nie ma już nadziei.”
By zapobiec nudzie wziął się więc za pisanie. I tak spokojnie, pełen nadziei, że wystarczy już tylko kilka dni, a jego życie będzie uratowane, wraca pamięcią do zdarzeń dawnych. Opowiada o swoim dzieciństwie, które spędził na Śląsku, pracy w kopalni, udziale w I wojnie światowej, wyjeździe do Rosji i walce po stronie bolszewickiej w rewolucji październikowej, aż w końcu pobycie w Gułagu i ucieczce z niego w głębokie śniegi Syberii. Jego opowieść to zlepek historii wojennych – zarówno tych przygniatających okrucieństwem, jak i tych, które wspominać miło, trochę taka powieść awanturnicza, trochę przygodowa – po ucieczce z łagru podróżuje przez Sybir z dwójką jakże różnych od siebie towarzyszy. Mimo iż bohater nigdy nie uciekał przed brutalnością, w końcu na wojnie zabijał jak każdy inny żołnierz, to czytelnik szybko zaczyna czuć do niego sympatię i w gruncie rzeczy uznaje go za dobrego człowieka. Czy jednak jest to ocena właściwa?
„Czemu na wojnie czełowieka zabić na rozkaz to bohaterstwo i order dadzą, a za konserwę i chleb to źle, nieładnie, pan prokurator paluszkiem pogrozi i na stryczek prowadzą albo kulę w tył głowy (…).”
A może to narrator nam ją narzuca przedstawiając sobie jako inteligentnego i moralnego człowieka? Pytanie, które często sam zadaje: czy jestem jeszcze człowiekiem? Wzbudza w czytelniku przekonanie, że tak – jeśli przecież wie, że to co robił, było złe, to oczywiste jest, że nie jest do głębi zły, ma refleksje na temat własnego postępowania.
„(…) albo to czełowiek czasem nie potrzebuje zrobić coś głupiego, skoro nic innego zrobić nie może?”
Ale miało być o zmianie. Konrad pod koniec powieści zdaje się popadać w szaleństwo. Coraz agresywniej zwraca się do wyimaginowanej czytelniczki i do siebie samego, coraz więcej przeklina. Sam finał jego opowieści zdaje się też całkowicie oderwany od rzeczywistości. To sprawia, że doczytanie do końca jego opowieści jest naprawdę trudne, sama pod koniec czułam głównie irytację. Wiem jednak, że ta zmiana to zabieg celowy, myślę, że właśnie o szaleństwo i utratę nadziei w nim chodzi. Bo kiedy znika nawet najmniejszy przebłysk nadziei, to co pozostaje?
„Gdy się od życia nie oczekuje niczego, to nie sposób się rozczarować, a gdy oczekuje się najgorszego, wtedy każdy dzień, w którem najgorsze nie nadeszło, okazuje się świętem.”
 Bohater zamiast smutnego końca stworzył swoje własne zakończenie. W końcu to jego opowieść, jego historia, sam podkreślał, że nie całkiem jest w stanie odróżnić prawdę, faktyczne wydarzenia od swoich wyobrażeń. Finał mocno daje o tym znać.
„Pamięć niech pozostanie pamięcią, płynna i zmienna jak my, ludzie, materia w nas się wymienia, bo jemy, trawimy, cząstki materii osadzają się w naszym ciele, a inne wydalamy, w naszych ciałach nie ma nic stałego, my z materii jak fala z wody, pojawiamy się, pęczniejemy jak fala i gaśniemy, a nasza pamięć z nami, zmienna, odbicie odbicia (…).”
Opowieść Konrada to historia małego zagubionego w poczuciu przynależności człowieka na tle dużej, światowej, prawdziwej historii. Konrad nigdy nie czuł się w pełni przynależeć do miejsca, jedyną jego ostoją była żona Sophie i ich dwie córki, jednak rozdzielili się, gdy Konrad wiedział, że za moment zostanie aresztowany. Poza tym fragmentem życia to człowiek mocno zagubiony pomiędzy narodowościami, który zdaje się podatny na wpływy innych. I tak po I wojnie światowej trafił do Rosji, którą pomagał budować od nowa. Ta jednak w końcu ukarała swoich twórców wrzucając ich do Gułagu, skazując na tortury. Rosja jest tu mocarstwem zabijającym własne dzieci, pełnym przemocy, tyranii i zezwierzęcenia.
„Patrzyła na mnie spode łba, ale nie miała złych oczu. Nie miała też dobrych, miała wilcze oczy, zwierzęce. W zwierzu nie ma dobra ni zła, tylko instynkt przetrwania, czysty gołod, czysta żądza, czysty strach, taka emocja, którą rzeczywistość na zwierzu wymusza, nie ma wartościowania, ocen moralnych ani dylematów.”
To właśnie ucieczka przed mackami mocarstwa sprowadza Konrada do tytułowego Chołodu, który jest małą wioską na Syberii, plemieniem, które żyje według starych wierzeń i zasad. To ostoja spokoju i może nawet chwil szczęścia Konrada, który w długiej tułaczce znajduje tam schronienie. Bramy nieba? Jednak i to niebo okazuje się dzikie i wtórne – ich zwyczaje okazują się zlepkiem innych kultur. Czy więc w ogóle istnieje coś takiego jak oryginalność? Indywidualność? Wolność?
„Jeśli mam umrzeć z gołodu, to nie umrę, życie sobie odbiorę. Jeśli dojdzie mnie jakimś cudem pościg, będę walczył, ostatni patron dla mnie, żywcem mnie nie wezmą. Uważał ja więc, że ja czełowiek wolny – i czyż wolny właśnie nie był ja?”
Pamięć, wolność, nadzieja, miłość, zdrada, rozczarowanie – to tematy, emocje, którymi przesiąknięta jest ta historia. Jej wielowątkowość, rozbudowanie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jestem pewna, że teraz, tydzień po lekturze, są jeszcze tematy, o których nie pomyślałam, a które z czasem jeszcze do mnie przyjdą. I mimo dosyć negatywnych odczuć na koniec jestem pełna podziwu dla umiejętności pisarskich i językowych autora. To książka, której warto poświęcić czas, dla tych, którzy lubią zabawy słowem i szukają w literaturze czegoś innego, czegoś zmuszającego do myślenia i zostającego w pamięci na długo. „Chołod” to była moja pierwsza styczność z twórczością Twardocha, jestem pewna, że nie ostatnia.
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Literackim.

Książka dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 24, 2022

Kilka pytań do... Katarzyny Troszczyńskiej, autorki "Dobrej rodziny"

Kilka pytań do... Katarzyny Troszczyńskiej, autorki "Dobrej rodziny"

Dlaczego to właśnie jednostka rodziny interesuje Katarzynę Troszczyńską najmocniej i dlaczego to właśnie ta sprawa kryminalna stała się tematem jej książki, opis którego aspektu sprawy opowiadanej w "Dobrej rodzinie" był dla niej najtrudniejszy, jak w ogóle uzyskać dostęp do akt sprawy, a także jak wyglądają jej najbliższe plany pisarskie?
Zapraszam na rozmowę z autorką!

fot. Wojtek Biały 
Katarzyna Troszczyńska notka biograficzna:
Autorka. Dziennikarka. Pisała m.in. do magazynów „Pani”, „Twój Styl”, „Elle”, „Zwierciadło”, portali Na Temat oraz Wirtualna Polska. Obecnie związana jest z portalem psychologicznym Ohme.pl. Razem z Karoliną Głogowską napisała „Inną kobietę”, „Dwanaście życzeń” i „Zanim Cię zapomnę”. Współautorka książki „Kobiety, które starają się za bardzo” (wyd. Rebis), która jest zbiorem wywiadów z Sylwią Sitkowską, psycholożką i psychoterapeutką. Jest fanką Liane Moriarty i podobnie jak Moriarty najbardziej interesuje ją rodzina i jej tajemnice. „Dobra rodzina”, powieść oparta na prawdziwych wydarzeniach, jest jej samodzielnym debiutem.

Kryminał na talerzu: „Dobra rodzina” to Pani solowy debiut pisarski, który swoją premierę miał zaledwie kilkanaście dni temu. Jak się Pani czuje oddając tę książkę w ręce czytelnika?

Katarzyna Troszczyńska: Nie starczyłoby miejsca, żeby opisać, jak się czuję. Ale pewnie najbardziej podekscytowana i ciekawa, jak ktoś odbierze tę historię. Wiem, że nie jest to za bardzo oryginalna odpowiedź.


Do tej pory Pani nazwisko na półkach księgarskich mogliśmy znaleźć tylko w towarzystwie Karoliny Głogowskiej i, od niedawna, psycholożki Sylwii Sitkowskiej. Skąd więc decyzja o tym, by napisać coś wyłącznie swojego? I dlaczego właśnie teraz?

Od dawna chciałam napisać coś swojego, ale jak pewnie wielu ludzi, którzy chcą to robić, nie miałam odwagi, może mocy, by unieść sama całą historię. Przez lata byłam, wciąż jestem dziennikarką. Napisanie 20 tysięcy znaków wydaje mi się pestką. 400 000 jawiło się jako szczyt.


Czy o true crime chciała Pani pisać od dawna? 

Nie używajmy słowa true crime, od true crime są reporterzy. Choćby genialna Iza Michalewicz. Ja chciałam opisać historię, która zdarzyła się naprawdę. Ale od razu założyłam, że będę ją fabularyzować. Izie, na przykład, średnio spodobał się ten pomysł. Stwierdziła, że ludzie albo piszą fikcję albo opisują rzeczywistość dokładnie tak, jak wygląda. Oczywiście to jej opinia, w jakimś sensie przyznaję jej rację. Ale ja w ogóle w życiu lubię przekraczać granice. Chciałam spróbować. Choć dziś już bardziej rozumiem, co miała na myśli Iza.


Książka skupia się na historii z roku 2006, tragedii, do której doszło w jednej z pozornie normalnych, dobrych rodzin. Dlaczego to właśnie o tych zdarzeniach postanowiła Pani napisać?

Obudziłam się któregoś dnia w nocy i poczułam, że muszę to zrobić.  To samo mam jako dziennikarka, czasami wiem, że chcę o czymś napisać i mogę zrobić to nawet za zero złotych. Albo za mało złotych. Kiedyś jechałam taksówką i rozmawiając z kierowcą wpadłam w ten swój stan: „muszę to mieć”. Napisałam tekst o tym, co wiedzą o nas taksówkarze i „oddalam go” Wirtualnej Polsce. Nie zarobiłam na tym dużo, wręcz bardzo mało, ale chciałam, żeby ta historia poszła w świat. Oczywiście za „Dobrą rodzinę” dostałam w swoim wydawnictwie dobrą zaliczkę, mojej wydawczyniom też spodobał się temat. Bardziej chciałam opisać ten stan „muszę”. Bywają teksty i książki, których napisanie odkładam. Ciężko mi się zebrać, gdy czegoś nie czuję. 


Wcześniej razem z Karoliną Głogowską pisały panie fikcję literacką, teraz zdecydowała się Pani na historii mocno opartą na faktach. Co pisze się trudniej?

Historię na faktach pisało mi się prościej. Ale to „prościej” jest bardziej ryzykowne. Bo jednak to czyjeś życie, dlatego tak podkreślam, że to książka inspirowana prawdziwą historią.  


Jak wygląda pisanie książek opartych na zbrodni prawdziwej od strony formalnej, prawnej, czy musiała Pani uzyskać zgodę rodziny na opowiedzenie tej historii, jakąś autoryzację?

Nie. Musiałam uzyskać zgodę na dostęp do akt, Magda Majcher, która zapoczątkowała pisanie tego typu powieści, bardzo mi pomogła. Poza tym przydało się zawodowe doświadczenie – wiem, jak zdobywać informacje.
Rozmawiałam też z osobami związanymi ze sprawą, ale poprosiły o anonimowość. Nie musiałam mieć autoryzacji, bo jednak zmieniłam sporo rzeczy. Nie podawałam też nazwisk, czy miejsca. Wstrząsające było to, że dochodzi do takich rzeczy i nie jest to wcale pojedyncza sytuacja, bo w internecie znalałam ich kilka. I chyba chciałam to pokazać, a nie oddać w 100 proc. życie akurat jednej rodziny.


Jak szeroki był Pani research do „Dobrej rodziny”? Dużo czasu poświęciła Pani nad aktami sprawy? I czy w ogóle trzeba się bardzo nastarać, żeby taki dostęp uzyskać?

Żeby dostać dostęp do akt najlepiej być dziennikarzem, choć ja od razu powiedziałam jaki jest cel; że chcę napisać książkę. Myślę, że wiele zależy od życzliwości prokuratury, sędziów, nawet pani w czytelni akt, bo to ona decyduje, ile godzin możesz spędzić nad aktami. „Moja” pani była cudowna i wciąż przedłużała mi termin. A liczyło się każde dziesięć minut. 
Ale research to nie tylko akta - to dotarcie do ludzi, którzy są jakoś związani ze sprawą albo mogą mieć o niej wiedzę. Rozmawiałam też z psycholożką więzienną, psychiatrą. Akurat nie z tymi, którzy uczestniczyli w tym procesie, ale pracującymi z podobnymi przypadkami. 
Natomiast ważne jest to, że żeby taka dziennikarka jak ja dostała dostęp do akt, sprawa musi być już zamknięta. 


Co przy pisaniu tej książki przysporzyło Pani najwięcej trudności, a co przyszło najłatwiej?

Najtrudniej było przerobić dziesięć grubych teczek akt, wyłonić z tego, co najważniejsze, nie zgubić się. Gdybym zabrała je do domu i miała na przejrzenie ich dwa tygodnie byłoby dużo prościej. Najłatwiejsze wydawało mi się pisanie, gdy już miałam konspekt. Ale od razu postanowiłam podejść do tego dziennikarsko, co może być odebrane jako zaleta, ale też wada.
Najciężej pisało mi się o samej zbrodni, odłożyłam to na koniec. Siedziałam w nocy, na pustej działce i patrzyłam na ksero opisu sekcji zwłok, czy rekonstrukcji zdarzenia. Patrzyłam na zdjęcia martwego, poturbowanego ciała obcej dziewczyny i myślałam, jak bardzo ją znam i nie znam jednocześnie. 
Doszło do tego, że parę razy w jakimś amoku zadałam jej pytanie: „Czy ja idę w dobrą stronę?”, „Powiedz, co przeżyłaś naprawdę?”, „Przyśnij mi się, jeśli się mylę, jeśli akta pokazują nieprawdę”. Tak, wiem, jak to brzmi.


W „Dobrej rodzinie” nie pokusiła się Pani o własne osądy, raczej traktuje Pani sprawę mocno dziennikarsko, reportersko. Czy trudno było zachować bezstronność? Samo czytanie o tych zdarzeniach budzi morze emocji, pisanie musiało być jeszcze trudniejsze…

Starałam się nie wydawać osądów też ze względu na rodzinę. Ale też dlatego, że w ważnych sprawach mało mam w sobie odwagi, by oceniać innych.  I tak, budziło morze emocji. Moim największym marzeniem było cofnąć się w czasie i towarzyszyć tej rodzinie i bliskim im ludziom do roku, dwóch, a nawet więcej przed zdarzeniem. Chciałam umieć wniknąć w ich myśli, emocje, zrozumieć motywy. 


Jak długo powstawała ta książka? Jakie są Pani ogólne wrażenia odnośnie pisania i wydania tego tytułu?

To akurat moja najszybciej napisana książka. Chyba właśnie dlatego, że była tak blisko dziennikarstwa. W grudniu dostałam do rąk akta, w czerwcu wysłałam książkę do wydawnictwa. Ale non stop pisałam dopiero ostatnie dwa miesiące. 


Czy zdecyduje się Pani na napisanie drugiej powieści o prawdziwej zbrodni? Jakie są Pani dalsze plany pisarskie?

„Dobra rodzina” mimo, że jest napisana prosto, kosztowała mnie dużo emocji. Do dziś o niej myślę. Myślę też o tych ludziach. Na razie mam dość, ale na pewno jeszcze sięgnę po prawdziwą zbrodnię.
Nowa książka też jest inspirowana prawdziwą historią, ale sytuacja działa się w Stanach Zjednoczonych, przenoszę ją na polskie warunki, więc w dużej mierze jest to fikcja. Czuję się więc bezpieczniej, a jednocześnie piszę o tym, co interesuje mnie najbardziej: o rodzinie. Już zresztą powtarzałam, że jestem fanką Liane Moriarty. Ale nie dlatego, że chcę ją naśladować. Tak, jak ona uwielbiam i zawsze uwielbiałam badać rodzinne tajemnice. Jak to jest, że możemy być tak blisko, a jednocześnie tak daleko? Ile prawdy jest w naszych relacjach, jakie słabości nami rządzą, jak to wpływa na tych, z którymi łączą nas więzy krwi.


Pisanie o tak trudnych tematach na pewno było wyczerpujące emocjonalnie, więc uzasadnione będzie pytanie: jak lubi Pani odpoczywać, co Panią relaksuje, poprawia humor?

Relaksują mnie bliscy ludzie. Mój mąż, nasi przyjaciele, moje przyjaciółki, rodzice. Czas z nimi. Skończyłam pisać o piątej rano w Boże Ciało i cieszyłam się, że jest wolne, bo poszliśmy do znajomych na grilla. I nikt nie mówił o książkach, a ja mogłam się pławić w śmiechu i żartach innych. 
Nie wyobrażam sobie też życia bez skandynawskich albo angielskich seriali. Ale raczej mini seriali niż tych, które mają po kilka sezonów, bo brak mi cierpliwości. Jeśli przyroda, to jezioro i kaszubski las, góry zimą. Jeśli sport to pływanie. 


Skoro pisanie jest częścią Pani codzienności (zakładam, że tak jest – w końcu mamy już kilka książek z Pani nazwiskiem, jest Pani też dziennikarką), to czy na czytanie książek też znajduje Pani codziennie czas?

Tak, ale to mam chyba we krwi. Moja mama była redaktorką w wydawnictwie i od dziecka w naszym domu było pełno książek. My też pod nimi toniemy. Czytanie to jeden z moich z ulubionych sposobów na relaks. 


Jak wygląda Pani biblioteczka, jakich autorów, gatunków znajdziemy w niej najwięcej?

Tu jest wszystko, naprawdę. Może poza komediami obyczajowymi, czy książkami erotycznymi, chociaż nie, też je mam, bo dostawałam dużo z różnych wydawnictw jako dziennikarka. 
Jest Stasiuk, Tokarczuk, dużo klasyki z XX i XIX wieku, ale też mnóstwo kryminałów, głównie skandynawskich. Jestem fanką Nesbo, Mankella, Nessera. Lubię Zadie Smith, Isabel Allende, Margaret Atwood, Zeruye Shalev i, oczywiście Liane Moriarty. Ostatnio podoba mi się Sally Rooney. 
Mam dużo książek psychologicznych, ale nie poradników, uwielbiam wszystkie książki Irvina Yaloma, psychiatry. Czytam też reportaże. Dużo też kupuję polskich autorów, bo chciałabym dołożyć, choć cegiełkę do ich zarobków. 


I ostatnie, obowiązkowe na moim kulinarno-kryminalnym blogu pytanie: co najbardziej lubi Pani jeść? 😊

Czy powinnam powiedzieć: krwisty befsztyk? Tak, kiedyś uwielbiałam, teraz z powodów światopoglądowych nie jem. Niestety ogólnie jeść uwielbiam. Od kolorowych pieczonych i surowych warzyw, przez najróżniejsze sałaty, pleśniowe sery, pyszne dressingi, po zupy kremy, pasty, makarony, orzechy i mogłabym wymieniać bez końca. Uwielbiam też gorzką czekoladę, tiramisu i biszkopt z truskawkami. Niestety, niestety, niestety. 


Dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów w karierze pisarskiej!



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 22, 2022

Book tour z "Cygańską narzeczoną"!

Book tour z "Cygańską narzeczoną"!

Już od pierwszej informacji o "Cygańskiej narzeczonej" Carmen Moli przejawialiście do niej duży entuzjazm, co potwierdziliście ilością zgłoszeń w konkursach, które z tym tytułem organizowałam. Teraz też donosicie mi często o wrażeniach po lekturze i przyznam, że wszyscy oceniają ją naprawdę wysoko. To mnie cieszy, bo sama uważam, że jest to kryminał, na który warto zwrócić uwagę - nie tylko ma świetną zagadkę kryminalną, ale i piękny, klimatyczny Madryt w tle i bohaterów, którzy z pewnością mają potencjał, by uciągnąć cały naprawdę dobry cykl kryminalny. Na pewno do sięgnięcia po niego zachęca też informacja, że już teraz na jego podstawie powstaje serial telewizyjny. 

Więcej o książce poczytacie tu - klik!, a teraz chciałam zaprosić Was do udziału w book tourze z tym tytułem! To okazja do udziału w fajnej akcji czytelniczej, jak i po prostu do zapoznania się z lekturą 😊

Zasady uczestnictwa w book tourze:
  1. Książkę możecie trzymać maksymalnie 2 tygodnie od daty jej otrzymania, później wysyłacie ją dalej (adres kolejnej osoby otrzymasz ode mnie lub bezpośrednio od kolejnego uczestnika)
  2. Recenzję/opinię/film (zależy gdzie się udzielacie) proszę zamieście maksymalnie do 3 tygodni od daty otrzymania książki. Oznaczcie mój blog/IG/FB oraz profil Wydawnictwa Sonia Draga w swoim poście oraz wykorzystajcie któryś z hasztagów: #kryminalnatalerzu, #kryminalnatalerzupoleca, #czytajzkryminalnatalerzu.
  3. Książkę możecie wysłać pocztą, kurierem, paczkomatem – jak Wam i odbiorcy najwygodniej, ważne, żeby przesyłka miała numer, by się nie zgubiła! Jej numer po wysłaniu od razu koniecznie wyślijcie do mnie!
  4. Książka jest do Waszej dyspozycji – możecie po niej pisać, zakreślać, zaznaczać. Proszę jednak o jej poszanowanie, czyli bez gniecenia i rozrywania 😉
  5. Będzie mi miło jeśli zostawicie w książce po sobie ślad – z przodu książki przygotuję do tego miejsce oraz wkleję małą mapkę, na której oznaczymy trasę książki – nie zapomnijcie dorysować swojego punkcika! Będę mogła sobie później powspominać! 😊
  6. Fajnie, jeśli do wysyłanej paczki dorzucicie coś małego od siebie, herbatkę, czekoladkę, cokolwiek by kolejnemu uczestnikowi było miło.

Zgłaszać się możecie w komentarzu pod postem tu na blogu, pod postem na IG i FB oraz w prywatnych wiadomościach na IG i FB oraz mailowo: kryminalnatalerzu@gmail.comKolejność uczestnictwa zapisywać będę według kolejności zgłoszeń (oczywiście później uczestnicy mogą dogadać zmiany w kolejności między sobą).

Listę uczestników zapiszę w tym poście w środę.
Książka ruszy w podróż już w środę wieczorem, ale listy uczestników nie zamykam, można zgłaszać się także w trakcie trwanie book toura. Zastrzegam sobie jednak możliwość zamknięcie listy, w chwili kiedy liczba uczestników przekroczy 30 osób.
W book tourze nie będą uwzględniane osoby, które trzy razy przekroczyły terminy wysyłki książki lub trzy razy nie wystawiły opinii w moich wcześniejszych BT.


Zachęcam też do udostępniania wiadomości o book tourze na swoich profilach - wystarczy, że udostępnicie post o bt, który ukazał się u mnie na IG i FB, a także do polubienia profili wydawnictwa i moich własnych 😊


W razie pytań jestem dostępna na IG i FB oraz oczywiście mailowo.


Serdecznie zapraszam do zgłoszeń, a uczestnikom życzę przyjemnej lektury!

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!
Lista uczestników:
1. @z_ksiazka_mi_po_drodze (książka jest tu od 25.11)
2. @maniaczka_ksiazek
3. @i.krasnodebska
4. @marzaczyta
5. @__colorfulmylife__
6. @lapraskova
7. @zaczytana_daria
8. @amethyst_books
9. @mamazaczytana
10. @ksiazka.dobra.na.wszystko
11. @marzenaguzior
12. @rrramona
13. @monikajakobczyk_czyta
14. @wel_onka
15. @lucyperek
16. @jaulialife

listopada 21, 2022

"A gdy obejrzysz się za siebie" Juan Gabriel Vásquez

"A gdy obejrzysz się za siebie" Juan Gabriel Vásquez

Autor: Juan Gabriel Vásquez
Tytuł: A gdy obejrzysz się za siebie
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
Data premiery: 28.09.2022
Wydawnictwo: Echa
Liczba stron: 464
Gatunek: literatura piękna / powieść historyczna
 
Juan Gabriel Vásquez uznawany jest za jednego z najważniejszych współcześnie żyjących pisarzy literatury latynoamerykańskiej. Na swoim koncie ma osiem powieści, za które był nominowany, a także nagradzany w naprawdę imponującej liczbie konkursów literackich – jednym z najświeższych osiągnięć jest ścisły finał w Nagrodzie Bookera 2019 za „Kształt ruin”. Tłumaczony na dwadzieścia osiem języków, wydawany w czterdziestu krajach. Mieszka w Kolumbii w Bogocie, wcześniej przez ponad dziesięć lat mieszkał w Barcelonie. Poza pisaniem powieści zajmuje się też dziennikarstwem i tłumaczeniami.
U mnie w biblioteczce Vásquez zagościł kilka lat temu, kiedy w jakiejś przecenie ze względu na ciekawy opis okładkowy skusiłam się na „Reputacje”. Nie wzięłam się jednak za lekturę od razu, tak naprawdę do teraz sobie stoi i czeka. W międzyczasie, dwa lata temu dołączył do niej „Kształt ruin”, by w końcu to „A gdy obejrzysz się za siebie” było tą pierwszą książką, z którą się z autorem zapoznałam. I przyznam, że początek naszej znajomości wypadł naprawdę rewelacyjnie, choć na początku lektury miałam co do tego pewne wątpliwości… Po skończeniu jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że lektura była wyśmienita!
 
„A gdy obejrzysz się za siebie” jest powieścią, która musiała poczekać na pandemię, by powstać. Co ciekawe, książka opowiada historię prawdziwą scenarzysty i reżysera Sergia Cabrery i jego rodziny, która w latach 30tych XX wieku z powodów politycznych musiała emigrować z Hiszpanii do Kolumbii. Sergio urodził się już w Ameryce, jednak i jego losy były jeszcze bardziej burzliwe – on i jego rodzina zaangażowali się w rewolucję komunistyczną, co przegoniło ich po świecie i przyniosło wiele naprawdę traumatycznych przeżyć. Wiele lat później, w Barcelonie, gdy za moment ma się rozpocząć festiwal, retrospekcja jego twórczości, a jego 18letni syn, który wychowuje się z matką, ma przyjechać i mu w tym towarzyszyć, Sergio dowiaduje się o śmierci swojego ojca. Decyduje się zrealizować zobowiązania i zostać w Barcelonie na czas trwania retrospekcji, jednak śmierć osoby tak ważnej w jego życiu, jest powodem, dla którego zaczyna własne retrospekcje. I tak czytelnik może przenieść się 80 lat wstecz i towarzyszyć jego rodzinie we wszystkich znaczących nie tylko dla nich, ale i dla świata zdarzeniach, a jednocześnie zastanowić się na wartościami uniwersalnymi, które sobą ta historia niesie.
„’W końcu okaże się, że to będzie prawdziwa retrospektywa’, powiedział Sergio do dyrektora Filmoteki. Ale nie wyobrażał sobie jeszcze intensywności, z jaką jego pamięć zacznie wspominać tych nieobecnych ludzi, ich historie, ich słowa.”
Książka rozpisana jest na trzy części składające się na 21 rozdziałów, z czego ostatni to epilog. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, podąża przede wszystkim z Sergio, przedstawiając wydarzenia z jego punktu widzenia, choć zdarzają się od tego niewielkie odstępstwa, a wcześniej przed jego urodzeniem, za jego ojcem. Styl powieści jest bardzo ciekawy. Z jednej strony zdaje się mocno reporterski – narrator historię rodziny Cabrerów opisuje na szerokim tle politycznym kraju i całego świata, szczególnie tego ukierunkowanego na komunizm. Z drugiej, zdania są długie, zawierają ciekawe metafory i spostrzeżenia, co nadaje lekturze delikatnej poetyckości. Często w ogóle pojawiają się jakieś wiersze, fragmenty listów, kilka zdjęć.


Styl, w jakim pisana jest powieść, jest więc oryginalny, dosyć łatwo przyswajalny, zdania są bardzo rytmiczne, dzięki czemu książkę czyta się zaskakująco dobrze, a jednak cały czas na się poczucie, że jest to literatura wysokich lotów, która ma sobą do przekazania coś więcej.
„Milczał, bo uświadomił sobie, że nie dysponuje narzędziami, żeby przekonać rozmówcę. Były to jego słowa przeciw słowu Facebooka; jego ubogie argumenty anonimowego pasażera przeciwko autorytetowi Twittera.”
Głównego bohatera Sergia poznajemy w wieku dojrzałym, po 60tce, kiedy jego dorobek filmowy jest już naprawdę pokaźny, jednak jego aktualna kariera lekko zmienia kierunek – czy będzie jeszcze tworzył? Wydaje się, że to właśnie filmem zajmował się całe życie, życie dorosłe, jednak co z tym, co przeżył jako dziecko?
„(…) rozmowa o kinie to jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie, bo słowa wszystko komplikują i prowadzą wyłącznie do nieporozumień.”
Teraz, kiedy sam ma już dużą część życia za sobą, a jego ojciec, jego guru, jego mentor a zarazem ten, którego oczekiwaniom nigdy nie dało się sprostać, zmarł, odszedł z tego świata. I mimo że Sergio ma problemy, które trzeba rozwiązać natychmiast, to jednak poświęca czas, ten czas, który ma teraz z własnym synem, do spojrzenia wstecz. Do czasów dzieciństwa, do odszukania powodów dlaczego jest kim teraz jest i dlaczego jego relacja z ojcem należała do tak mocno skomplikowanych…
„Zakończył zdecydowaną konkluzją: ‘Brudy należy prać we własnym domu”. Sergio słyszał to zdanie już wiele razy wcześniej, kilka razy sam je wypowiedział. Teraz jednak coś się w nim zagotowało i musiał zapytać: ‘A co, jeśli w domu nie ma umywalki’?”
I tak czytelnik przenosi się do pierwszej połowy XX wieku do Hiszpani pogrążonej w wewnętrznych walkach. Rodzina Cabrera od zawsze angażowała się politycznie, walcząc w imię ludu. Jego wuj, przez swoje zdecydowane działania musiał uciekać z kraju i tak całą rodziną zaczęli życie w innym państwie – tym, które mówi ich językiem, a jednak reprezentuje sobą coś innego. Ale czy na pewno? Kolumbia ostatecznie też pogrążyła się w trwającej wiele, wiele lat wojnie domowej.
„Taka była Bogota: człowiek chodził po niej beztrosko, zajęty swoimi sprawami, ale na każdym rogu czyhała historia przemocy tego kraju.”
Ojciec Sergia, tak jak jego brat, też chciał robić rewolucję. Zanim jednak do tego doszło zaangażował się w tworzenie kolumbijskiej telewizji. I to było to, co połączyło na zawsze Sergia z jego ojcem, chłopiec od młodości przejawiał chęci, ale nie od początku umiejętności, by swoje życie ukierunkować właśnie w tę stronę. Jednak walka o lud mocno ten kierunek wykrzywiła. Kiedy on i jego siostra byli dziećmi, razem z rodzicami wyjechali do Chin, by uczyć się tamtejszej rewolucji, która działała pod przewodnictwem Mao. Pod czujnym okiem ojca jego dzieci też zaangażowały się w tą walkę, bo to przecież było dla ich ojca najważniejsze. Tak ważne, że w końcu zostawił tę dwójkę tam samych na kilka lat, kiedy on z żoną wrócili do kraju przewodzić rewolucji, a dzieci zostały by nadal się jej uczyć. I tak ich rodzinna historia mocno wplotła się w historię świata – na tle ich żyć czytelnik dokładnie przygląda się temu okresowi, kiedy na świecie szalały rewolucje komunistyczne. Przyglądamy się walce o ideały, tego jak ideały zderzają się z rzeczywistością. I choć nie widać tego z początku, to zderzenie jednak okazuje się brutalne. Bo w tym pojęciu walka musi się wiązać z przemocą. Ale gdzie przemoc, to i nadużycia, prawda?
„Sergio uświadomił sobie, że nigdy w swoim szesnastoletnim życiu nie zaznał głodu. (…) Czy nie trzeba doświadczyć tego na własnej skórze, żeby być prawdziwym rewolucjonistą? Inaczej, czy można było zostać prawdziwym rewolucjonistą, nie znając go?”
Historia jest więc trudna i brutalna. Oczywiście również bardzo ciekawa, bo przecież opowiada o tym, co faktycznie działo się na świecie. Polska przecież też w czasach PRL-u żyła w ustroju, o który walczyli Cabrerowie. Sama o historii lat powojennych mam niewielką widzę, dlatego z ciekawością, a i czasem lekkim niedowierzaniem przyglądałam się, jak kształtowały się te kraje, do tego, co reprezentują sobą teraz.
„W centrum konfliktu znalazły się światła drogowe. Zmieniono je; (…). Chodziło o to, by uznać, że kolor czerwony, symbol gwardzistów i rewolucji, nie może nadal pokazywać ludziom, by się zatrzymywali, bo dla wszystkich był kolorem postępu. Od tamtej pory czerwone światło miało oznaczać, żeby iść dalej, zielone natomiast, by się zatrzymać.”
W pojęciu jednostki jednak, Sergia i jego rodziny, jest to historia mocno tragiczna, naznaczona ciągłą walką, ciągłym zagrożeniem życia. Przyglądamy się jak młode umysły są kształtowane, jak ich ojciec ukierunkowuje ich na cel jakim jest dobro społeczeństwa, nie ich własne. I przede wszystkim tym zajmował się ojciec – niby był, niby służył radą, a jednak nie widział swoich dzieci jako ich samych, jako całości, a jako trybik w społeczeństwie.
„Przyszło mu żyć w czasach, kiedy wszyscy, wszędzie i za wszelką cenę mają tylko jeden cel: robić rewolucję. Życie było piękne!”
Mimo to więź Sergia z ojcem zdaje się być tą najważniejszą, tą wpływającą na całe jego życie i relacje z innymi. To dla niego i o nim tworzył filmy, zatrudniał go przy produkcji, ale przede wszystkim w fabułę zawsze wplatał coś, co było rozliczeniem z przeszłością. Film stał się środkiem przekazu, tym, który ostatecznie okazał się skuteczniejszy niż walka wręcz.
„(…) nie zakończył filmu, nie zastanowiwszy się najpierw, czy spodobałby się on ojcu, nigdy nie zastanawiał się też, jak to będzie oglądać jego filmy w tym nowym, osieroconym świecie ani czy filmy mogą się zmienić, gdy świat zewnętrzny, ten świat niesfilmowany, zmienił się w tak gwałtowny sposób; czy ujęcia i dialogi stają się inne, kiedy znika osoba, bez której na wiele sposobów nie mogłyby powstać.”
Historia opisana w „A gdy obejrzysz się za siebie” jest tak napakowana zdarzeniami, że trudno uwierzyć w to, że są to przeżycia jednej rodziny. A jednak. Tak kiedyś wyglądało życie, a może i wygląda tak teraz? Dla niektórych? I choć sama historia jest niezwykle ciekawa, pełna faktów historycznych, to jednak nie sposób nie zastanowić się po co było im to wszystko? Sergio i jego siostra przeszli naprawdę wiele jako dzieci, choć ich start powinien był łatwy – urodzili się w tak zwanej burżuazyjnej rodzinie.
„Czy z twarzy młodego człowieka można wyczytać rewolucję? Czy w jego rysach widać chęć zmiany świata?”
Wszystkie te zderzenia z pewnością przyniosły im dużo okazji do wyciągnięcia wniosków, do wyrobienia własnego zdania, jednak czy faktycznie musieli to osiągnąć takim kosztem? To książka, którą można rozpatrywać na wielu poziomach –tym podstawowym, historycznym, jak i tym wznioślejszym, uniwersalnym, emocjonalnym. O wspomnieniach, życiu, kształtowaniu jednostki, potrzebie sprostania ideałom i oczekiwaniom, aż do po prostu walki o siebie. Powieść bogata i zaskakująca, niesamowicie dobra, która spodoba się nie tylko fanom historii prawdziwej.
„(…) wspomnienia są niewidzialne jak światło, i tak jak dym sprawia, że światło staje się widoczne, powinien istnieć sposób, żeby uwidocznić wspomnienia, jakiś dym, który sprawiłby, że wspomnienia wyjdą ze swojej kryjówki, żeby móc je ułożyć i utrwalić na zawsze. Być może właśnie to działo się podczas dni spędzonych w Barcelonie. Być może, pomyślał Sergio, tym właśnie był on sam: człowiekiem, który rozpyla dym na swoje wspomnienia.”
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Echa.

Książka dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!