kwietnia 07, 2020

"Niebo na uwięzi" Christine Leunens

"Niebo na uwięzi" Christine Leunens

Autor: Christine Leunens
Tytuł: Niebo na uwięzi
Tłumaczenie: Mariusz Warda
Data premiery: 21.01.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 360
Gatunek: literatura obyczajowa

Christine Leunens ma na swoim koncie trzy powieści wydane w latach 1999 – 2004. „Niebo na uwięzi” to ostatnia z nich i zarazem jedyna, która ukazała się w Polsce. W roku 2019 (u nas styczeń 2020) doczekała się ekranizacji, a raczej zainspirowała powstanie filmu Taika Waititi pt. „Jojo Rabbit”. Książka to, jak opisuje ją wydawnictwo, porywająca powieść psychologiczna, która nie stroniąc o czarnego humoru, odsłania najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy. Czy zgadam się z tym stwierdzeniem? W większości, bo mimo iż za wiele humoru w niej się nie dopatrzyłam, to jednak zagadnienia, które powieść porusza są mocno niejednoznaczne i trudne.

Historia „Nieba na uwięzi” toczy się głównie w drugiej połowie nad 40tych XX wieku na terenach Austrii. Johannes Betzler to chłopiec, który w dniu wybuchu II wojny światowej ma 11 lat. Przez nazistowskie szkolne nauczanie i wpływ kolegów zapisuje się do Jungvolk, później po 4 latach do Hitlerjungend. Rodzice nie interweniują, pozwalają kształcić poglądy chłopca szkole i zewnętrznym wpływom. W 1943 roku Johannes pada ofiarą wojny – jego najlepszy przyjaciel Kippi traci życie, a sam Johannes część ręki oraz kość policzkową przez wybuch jednej z bomb. Po tym wypadku wraca do domu, gdzie jego rodzice, a szczególnie matka, zachowują się nad wyraz dziwnie. W końcu chłopiec odkrywa, że w ich domu ukrywa się młoda żydówka. Jest to początek wewnętrznego ścierania się jego poglądów, a także uczuć, których nigdy by się po sobie nie spodziewał. Tak zaczyna się jego nowa walka, miłość i obsesja. Co się stanie z dziewczyną? I co będzie po wojnie? Jak zachowa się Johannes?

Książka składa się z króciutkiego wstępu oraz 28 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, historię opowiada Johannes. To swego rodzaju jego spowiedź, opowieść o kłamstwach, jego początkach i motywacjach – poprzez te wyznania liczy na zrozumienie, odkupienie, nowy początek.
Styl książki jest charakterystyczny dla tego typu powieści – zmyślonych biografii, z tym że tu okres obejmuje tylko część życia chłopca. Poznajemy go, gdy jest w wieku około 10letnim, całość kończy się w 1949 roku, gdy bohater mam zaledwie 22 lata. Poprzez jego oczy poznajemy świat – ludzi, otoczenie, jak i jego własne postrzeganie świata i odczucia.

Na początku powieści widzimy wszystko oczami chłopca – rok przed rozpoczęciem II wojny światowej program nauczania w szkole nagle ulega zmianie – to czego do tej pory się uczyli zostaje uznane za przestarzałe, teraz do głosu dochodzą naziści. Poplecznicy Hitlera, ludzie u władzy wykorzystują naiwne, młode spojrzenie na życie, podejście małych dzieci, które wierzą, że to czego uczą ich w szkole musi być prawdą. Dzieci nie podważają podziału na rasy, tego że to właśnie oni są lepsi od innych, a zabijacie słabych i innych ras jest jak najbardziej poprawne, a wręcz pożądanie.
„Nasz przywódca pouczył nas, że powinniśmy się doskonalić na tyle, aby być w stanie uderzyć głową dziecka o ścianę bez żadnych skrupułów. Uczucia były najniebezpieczniejszym wrogiem ludzkości. Aby zostać lepszymi ludźmi, musieliśmy wznieść się ponad wszystko i zabić każdego, kto na to zasługuje.”
Oddanie życia za Hitlera, czy jego odebranie innym jest to do czego są podobno stworzeni. To właśnie takie przedstawienie sprawy, wiara tych małych dzieci w prawość ich nazistowskich nauczycieli, było dla mnie pierwszym wielkim szokiem.
 „Otworzyłem oczy w dobrze znanej mi sypialni i dookoła siebie zobaczyłem wszystkie te przedmioty, które zawsze się w niej znajdowały. Kłopot polegał na tym, że ten koszmar wcale mi się nie przyśnił, więc chcąc się zbudzić, zmusiłem się do snu na jawie. Tym samym stworzyłem sen, którego już nigdy nie będę w stanie oddzielić od prawdziwego życia.”
Później, gdy Johannes ponosi w wojnie obrażenia i wraca do domu, zaczyna się główna problematyka historii. Wszystko to, czego do tej pory się nauczył, w to co wierzył, zostaje zakwestionowane przez codzienne, zwyczajne życie. Tym bardziej, że Elsa, żydówka, którą jego rodzice ukryli w domu zaczyna wzbudzać w nim dziwne odczucia. Chłopiec się zakochuje, w kimś, kto przecież według Hitlera w ogóle nie powinien istnieć. I tu zaczyna się jego obsesja, wręcz szaleństwo, chore i psychopatyczne postrzeganie miłości. Wraz z biegiem coraz dramatyczniejszych wydarzeń Johannes i Elsa zaczynają tworzyć toksyczny związek, który dla nich obydwojga staje się więzieniem, choć pozornie przecież nim nie jest.
„Najbardziej skrytym, najpotężniejszym darem, który ofiarowano człowiekowi, nie jest samo życie, ale zdolność przycinania go w umyśle, dopasowywania w sercu, dbania o wszystkie gałęzie, które powinny otrzymać i otrzymywały życie ze skrawków woli, wycinków duszy. To tam ukryte jest drzewo życia zaszczepione w każdym człowieku.”
Zastanawiam się skąd autorka wzięła taki pomysł na powieść. Ukrywanie żydów to oczywiście temat powszechnie znany i nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie to co dzieje się po wojnie, do czego te ukrywanie prowadzi. To naprawdę chora, patologiczna sytuacja, dla mnie dosyć niepojęta. Autorka w powieści porusza takie zagadnienia jak kłamstwo w dobrej wierze, w co może się przerodzić, jak bardzo egoistyczne odczucia mogą zawładnąć człowiekiem, zniszczyć życie dookoła, kiedy egoista tak naprawdę nie widzi w nich nic złego, jest w stanie wszystko sobie dobrze wytłumaczyć.
„Wielkie niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą kłamstwo, nie polega nawet na tym, że jest ono nieprawdą, ale że staje się realne w umysłach innych ludzi. Ów przekaz ucieka z uścisku kłamcy niczym nasiona unoszące się na wietrze, kiełkujące własnym życiem w najmniej oczekiwanych miejscach, aż pewnego dnia kłamca uświadamia sobie, że podziwia samotne, a mimo to zdrowe drzewo, wyrosłe na zboczu jałowego klifu. Może ono w tym samym stopniu zasmucić, co zadziwić.”
Postępowanie głównego bohatera z kartki na kartkę było coraz mniej normalne, coraz bardziej szalone. Byłoby to dziwne, jest dziwne dla zwyczajnego człowieka, jednak przecież faktycznie takie rzeczy się dzieją, prawda? Było już kilka spraw nagłaśnianych przez media. Nie mogę zdradzić nic więcej, by nie odkryć za wiele z fabuły, która właśnie przez to, w jakim kierunku się toczy, jest mocno zaskakująca.

Kłamstwo, prawda, miłość, zależność, obsesja i uzależnienie to kilka z tych głównych tematów nad jakimi zastanawia się autorka poprzez tą powieść. To przerażające jak jedno egoistyczne kłamstwo może się rozrosnąć, do czego doprowadzić, jak bardzo zmienić życie innych. To o czym tu wspominam to oczywiście wierzchołek góry lodowej, myślę, że każdego czytelnika książka zmusi do własnych przemyśleń, może innych refleksji.
„… obserwuję niebo przez to okno, a ktoś z sąsiedztwa również może na nie spoglądać, ale każdy ma swój niepowtarzalny widok zamknięty w jego własnej ramie okiennej. Niniejszy kawałek przestworzy to moje życie, moja cząstka nieba, to co zostało mi dane. Jest ona niczym obraz osobiście namalowany dla mnie przez Boga. Rozumiesz?Nie, nie rozumiałem.”
Podsumowując, to wstrząsająca i mocna historia. Poprzez to, że początkowo powieść przedstawiona jest oczami dziecka, tym mocniej szokuje i uświadamia rzeczy, o których nie myślało się wcześniej. Im głębiej w lekturę, im Johannes i Elsa robią się starsi, tym trudniej było mi ich zrozumieć, miałam wrażenie, że zaczęli popadać w szaleństwo. Czy to efekt jednego kłamstwa i jego konsekwencji? Niezdrowej fascynacji? Wychowania? Czegoś, co oboje w końcu biorą za miłość? Pewnie tak, ja jednak jestem w szoku jak autorka była w stanie to tak realistycznie opisać. Brawo, na mnie zrobiło to piorunujące wrażenie.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

kwietnia 06, 2020

"W sieci zła" Wendy James

"W sieci zła" Wendy James

Autor: Wendy James
Tytuł: W sieci zła
Tłumaczenie: Dorota Pomadowska
Data premiery: 12.02.2020
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller

Wendy James to jedna z najpopularniejszych australijskich pisarek. Jest uważana za autorkę wydającą najostrzejsze i bardzo aktualne powieści w gatunku domestic noir. Na swoim koncie ma już osiem powieści, kilka z nich było nominowanych do znanych australijskich konkursów literackich, a debiut z 2006 roku nawet taką nagrodę otrzymał. „W sieci zła” na rodzimym rynku autorki pojawiło się w 2017 roku, a już teraz na jej podstawie powstaje serial telewizyjny. W Polsce jak na razie to pierwsza i jedyna powieść Wendy James, ale mam szczerą nadzieję, że ulegnie to zmianie. To faktycznie książka ciekawa, warta uwagi i chwili refleksji.

Historia powieści „W sieci zła” toczy się wokół rodziny Mahony. Beth i Dan mają dwie córki – 12letnią Charlie i 13letnią Lucy. Przez ostatnie naście lat mieszkali w Stanach, gdzie Beth zajmowała się wychowywaniem dziewczynek i jako hobby i dziennikarskie ćwiczenie, prowadziła blog. Teraz dostają okazję powrotu do Australii, z której chętnie korzystają. Zbiega się to w czasie z aferą w szkole Charlie, gdzie została posądzona o zawinienie zatrucia innej dziewczynki. Po przeprowadzce córki Mahony zaczynają nowe życie, Beth zajmuje się remontem domu i zaczyna myśleć o powrocie do pracy. Czy tak łatwo uciec od tego co stało się w Stanach? Czy to był faktycznie przypadek czy może Charlie zrobiła to świadomie? Jeśli tak to czy w niebezpieczeństwie są inne dziewczynki z nowej szkoły?

Książka podzielona jest na prolog i cztery części. Historia przedstawiona jest z punktu widzenia dwóch mam: Beth i Andi oraz ich córek: Charlie i Sophie. Ich opowieści poprzetykane są jeszcze wpisami z blogu Beth, wycinkami z aplikacji konwersacyjnej dziewczynek oraz strony internetowej CudowneDziecko.com – co trzeba nadmienić, książka w oryginale nosi właśnie taki tytuł „The Golden Child” czyli Złote/Cudowne Dziecko. Styl pisarki jest prosty, skupia się na odczuciach bohaterek. Książkę czyta się łatwo i przyjemnie, mimo że temat do łatwych nie należy.

To teraz tradycyjnie trochę o bohaterach. Dosyć dobrze mamy okazje poznać obydwie matki – Beth próbuje się na nowo odnaleźć w rodzinnym kraju, a Andi po latach starań właśnie dorobiła się drugiego dziecka – jako świeża matka znowu ma pełne ręce roboty przy niemowlęciu, więc Sophie schodzi trochę na dalszy plan. Nie zmienia to jednak faktu, że interesuje się dziewczynką, pyta jak się miewa, trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o szkołę. Poza tym wiadomo jakie są nastolatki – chadzają własnymi ścieżkami, to taki wiek. Andi powoli zaprzyjaźnia się z Beth, przez co Charlie i Sophie również mają ze sobą więcej do czynienia.
Jeśli chodzi o dziewczynki, to Charlie to bardzo przebojowa dziewczynka. Gdzie się nie zjawi od razu zaprzyjaźnia się z najmodniejszymi dziewczynami, jest dobra w nauce, dobra w sportach. Jej starsza siostra z kolei jest trochę inna – bardziej wyciszona, mniej rzuca się w oczy. Jednak obydwie, mimo trudnego wieku, według Beth to naprawdę dobre dziewczyny, w końcu poświęciła 13 lat życia, by dobrze je wychować.  Sophie z kolei jest wycofana, jest odludkiem, trochę pulchniejsza od innych, uzdolniona muzycznie, co jest jej ucieczką przed społecznym odrzuceniem.

Książka porusza kilka ciekawych tematów. Po pierwsze oczywiście dręczenie, zastraszanie zarówno te twarzą w twarz jak i internetowe, co w aktualnych czasach jest chyba jeszcze większym problemem niż kiedyś można by się spodziewać. Kiedy dzieje się to w wieku nastoletnim, kiedy jedna z dziewczynek pada ofiarą innych, przeważnie większej grupy, prowadzi to do naprawdę fatalnych konsekwencji. Tutaj jednak bardziej chodzi na spojrzenie na tą kwestię z poziomu matek – jak one widzą to na co dzień i czy w ogóle. Książka opowiada trochę o tym jak niewiele wiemy o własnych dzieciach, mimo najszczerszych chęci, mimo nadzoru. Zadaje takie pytania jak: czy mimo dobrego, starannego wychowania dziecko pójdzie tą wyznaczoną, dobrą drogą? Jak dużo wnosi w zachowanie dziecka postępowanie rodziców? Czy mimo bacznej uwagi można przeoczyć coś tak strasznego jak dręczenie innych czy bycie ich ofiarą? Czy matka może stracić wiarę we własne dziecko? A co z miłością? Co z faworyzacją? Niesłusznym oskarżaniem? Bardzo podobało mi się to, że uwaga tu jest bardziej skupiona na odczuciach matek, historia po części przedstawiona jest z ich punktu widzenia. To mądre i zmuszające do refleksji spostrzeżenia.

Co do samej intrygi, bo w thrillerze w końcu jej przebieg i wywołane nią odczucia grają istotną rolę, to muszę przyznać, że mimo iż już na samym początku miałam w głowie gotowe jej rozwiązanie, to nie umniejszyło mi to przyjemności z lektury – cały czas czekałam na potwierdzenie lub zaprzeczenia swoich przypuszczeń. Książka wciąga, może nie wzbudza nie wiadomo jak dużego napięcia, ale tu też raczej nie o to chodzi. Ważniejsza jest tu warstwa psychologiczna, którą myślę, że udało się autorce naprawdę świetnie uchwycić.

Podsumowując, „W sieci zła” to naprawdę ciekawa książka. Czyta się dobrze, szybko i bezproblemowo, fabuła ciekawi, a tematy zmuszają do refleksji. Mam szczerą nadzieję, że o tej autorce jeszcze w Polsce usłyszymy.

Moja ocena: 7/10

Książka trafiła do mojej biblioteczki dzięki portalowi czytampierwszy.pl


kwietnia 02, 2020

"Czarne morze" Karolina Macios

"Czarne morze" Karolina Macios

Autor: Karolina Macios
Tytuł: Czarne morze
Data premiery: 25.03.2020
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 304
Gatunek: thriller psychologiczny

Nie wiem jak to się stało, że nazwisko Karoliny Macios do tej pory jakoś mi umykało. Autorka na swoim koncie ma już kilka powieści, poczynając od przygód Bolka i Lolka, poprzez literaturę piękną, na literaturze faktu kończąc. Jest też bardzo dobrą polską redaktorką, współpracowała między innymi z Wojciechem Chmielarzem i Maciejem Siembiedą. Felietonistka, ghostwriterka i współautorka programów kursów kreatywnego pisania. „Czarne morze” to jej debiut w gatunku thriller psychologiczny, chociaż tak naprawdę sama nie wiem czy faktycznie wybrałabym dla książki takie określenie… Dla mnie bliżej było książce do literatury pięknej - ale o tym za chwilę.
Ten tytuł otwiera serię thrillerów psychologicznych autorki, prace nad drugim tytułem już trwają.

Joanna to dorosła, około 40letnia kobieta. Ma 5letnią córeczkę Milenę i kochającego troskliwego męża. Jest architektem wnętrz, ma piękne mieszkanie we Wrocławiu w okolicy zoo. Jej życie jednak nie zawsze układało się tak dobrze jak teraz. Od kiedy pamięta była inna niż wszyscy, jako dziecko posiadała pewien dar, a może przekleństwo, które zdefiniowało całe jej młode życie. W końcu w wieku nastoletnim ciotka, najbliższa jej osoba z rodziny, psychiatra, przepisała jej leki psychotropowe i ustabilizowała ją na tyle, by dziewczyna mogła prowadzić normalne życie. Zmienia się to teraz, kiedy wracając z Gdyni, gdzie odwiedzali jej matkę, mają wypadek samochodowy. Joanna trafia do szpitala, rzeczywistość zaczyna mieszać jej się z sennymi koszmarami, aktualność ze odległymi wspomnieniami… Jak to się stało, że wypadek spowodował aż taki daleko idące zmiany w organizmie kobiety? A może podświadomość próbuje jej coś powiedzieć? I gdzie tak naprawdę jest jej córka?!

Książka nie ma podziału na rozdziały, nie oznacza to jednak, że jest pisana jednym ciągiem. Podział na sceny, na oddzielne fragmenty jest w tekście zaznaczony. Nie stwarza to żadnym problemów z czytaniem, czyta się płynnie i spokojnie po każdej przerwie w lekturze można się odnaleźć.
Narracja prowadzona jest z punktu widzenia Joanny w trzeciej osobie czasu przeszłego. Styl pisarki jest bardzo ciekawy. Widać, że autorka szanuje słowo, dobiera każde z nich wyjątkowo trafnie. Całość brzmi naprawdę świetnie, ja delektowałam się każdym zdaniem. Dodatkowo fakt, że cała historia opiera się w większości na majakach głównej bohaterki oraz na powrocie do jej przeszłości, wydarzeń z dzieciństwa sprawia, że nie do końca jestem przekonana co do gatunku, do którego książka została  przypisana. Według mnie nie ma tu typowego napięcia dla thrillerów, jest raczej właśnie takie rozmycie wspomnień i rzeczywistości, a całość pisana jest naprawdę ładnym, przemyślanym językiem, co nasuwa mi skojarzenia z literaturą piękną.

Pomysł na główną bohaterkę jest ciekawy, chociaż chyba nie do końca nowy. Nie zmienia to faktu, że całą jej historię czyta się z dużym zainteresowaniem. W końcu co może być ciekawsze niż tajniki i meandry ludzkiej psychiki? Joanna od dziecka była inna, jak wspomniałam, miała w sobie dar. W przebłyskach wspomnień obserwujemy jej dawne życie, które wręcz nasuwa czasem fantastyczne skojarzenia. Wspomnienia są dziwne, trochę niepojęte, jednak całkiem jasne.
Mniej jasne są wizje bohaterki. Coś się z nią dzieje, coś ją męczy. Trwa to już tak długo, że sama bohaterka zaczyna odczuwać coraz większy niepokój, a czytelnik razem z nią. Gdzieś dopiero tak w połowie powieści, a może nawet jeszcze dalej, zaczęłam zauważać cechy, które można by przypisać do thrillera, coś się dzieje, nie wiadomo co, co powoduje pewne niepokoje.

Oczywiście, by w ogóle można mówić o thrillerze, musi być w powieści jakaś intryga. Tutaj też mamy, choć w czasie trwania fabuły gdzieś znika pod natłokiem wspomnień i wizji. Ostatecznie jednak całość na końcu zostaje wyjaśniona, rozwiązanie jest mocno zaskakujące, a wcześniej pozostawione wskazówki są praktycznie niewidoczne. Nie sądzę by ktokolwiek z czytelników mógłby wpaść na finał zagadki. Historia sięga zdecydowanie głębiej niż można by przypuszczać, ostatecznie wszystko, co pojawiło się w książce, ma swoje uzasadnienie.

Podsumowując, „Czarne morze” to jedna z lepszych książek jakie czytałam w tym roku. Napisana pięknym, uważnym językiem, zgłębiająca meandry ludzkiej psychiki i podświadomości, niepokojąca w wizjach i niejasnościach. Zaskakująca i nieoczywista. Przez cały czas trwania lektury miałam skojarzenia raz z „Zimowlą” Dominiki Słowik, raz ze „Znakiem kukułki” Anny Bichalskiej. Lubię takie lektury, w których rzeczywistość miesza się z wytworami ludzkiej psychiki, więc i w tym przypadku jestem bardzo zadowolona. Czy to thriller czy nie, nie ma dla mnie specjalnie znaczenia, to po prostu świetna polska literatura. Czekam na więcej!

Moja ocena: 8,5/10

Ze egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera!


kwietnia 02, 2020

Konkurs patronacki - wygraj "Gwiazdę Szeryfa" (rozwiązany)

Konkurs patronacki - wygraj "Gwiazdę Szeryfa" (rozwiązany)

Kilka dni temu, 31 marca swoją premierę miała debiutancka powieść Aleksandry Borowiec pt. "Gwiazda Szeryfa". To rewelacyjny miks gatunkowy, nasuwający mi na myśl popularnego w roku poprzednim "Inkuba" Urbanowicza. Tu też znajdziemy elementy kryminału, powieści grozy i lekkiej fantastyki podszytej wierzeniami lodowymi, a także bogate tło historyczne. Całości dopełnia świetny, gawędziarski styl autorki nie stroniący momentami od dobrego humoru. Ważną informację jest też to, iż jest to pierwszy tom cyklu, który liczyć ma 4 tomy, więc będziemy mieli na co czekać!
Moją pełną recenzję tego tytułu znajdziecie tu - klik!

Dzisiaj przychodzę do Was z konkursem, w którym, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka, do wygrania są aż dwa egzemplarze tej powieści, a co za tym idzie - będzie aż dwóch zwycięzców!


Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w konkursie?


Napisz w komentarzu pod tym postem krótką odpowiedź na pytanie:

Wolisz książki, które łatwo można wpisać w jeden określony gatunek literacki czy wręcz odwrotnie - takie, które wymykają się jednoznacznej kategoryzacji?
Swoją odpowiedź krótko uzasadnij.


Odpowiedzi możecie zamieszczać w dowolnej formie, ich ciekawiej – tym lepiej! Nie zależy mi na dopasowaniu odpowiedzi do gatunku książki konkursowej, liczy się dobre uzasadnienie! Zgłoszenia przejmuję tylko i wyłącznie w komentarzach pod tym postem.



Zachęcam też do polubienia profilu wydawnictwa na IG (klik!) i FB (klik!) oraz moich własnych (IG klik! FB klik!), a także do dołączenia do obserwatorów mojego bloga. Będzie mi też bardzo miło jeśli na swoich profilach udostępnicie informację o tym konkursie (możecie po prostu podać dalej mój post o konkursie, który zamieściłam na obydwu profilach).

  1. Konkurs trwa tydzień – od 2 do 6 kwietnia do 23:59, wyniki ogłoszę w tym poście kolejnego dnia.
  2. Z nadesłanych odpowiedzi wybiorę dwie, które moim zdaniem będą najciekawsze.
  3. Wysyłka tylko na terenie Polski.
  4. Udzielając odpowiedzi na pytanie konkursowe uczestnik równocześnie oświadcza, że zapoznał się z regulamin konkursu zamieszczonym na tej stronie  – klik!


Serdecznie zachęcam do udziału i życzę wszystkich uczestnikom powodzenia!


07.04 rozwiązanie konkursu
 Zwycięzcami zostają: Justyna Mościcka i Barbara Wierszyłło – gratuluję! Swoje dane adresowe razem z numerem telefonu proszę prześlijcie na mail kryminalnatalerzu@gmail.com, w tytule wpisując konkurs patronacki Gwiazda Szeryfa. Na nadesłanie adresu czekam 3 dni.

Wszystkim pozostałym uczestnikom serdecznie dziękuję za wzięcie udziału w konkursie - wszystkie odpowiedzi były bardzo fajne, ciężko mi było się zdecydować tylko na dwie!
Zachęcam do obserwowania bloga, bo na pewno w przyszłości pojawią się kolejne aktywności.

Zapraszam również na mój profil na FB oraz IG - niedługo ruszą tam  rozdania z tym tytułem!

kwietnia 01, 2020

Kilka pytań do... Aleksandry Borowiec, autorki "Gwiazdy Szeryfa"

Kilka pytań do... Aleksandry Borowiec, autorki "Gwiazdy Szeryfa"

Ile wersji "Gwiazdy Szeryfa" trafiło do kosza, co dzieła sztuki i fortepiany mają wspólnego z powstaniem powieści, nad czym pracuje teraz Ola Borowiec i gdzie znajduje się jej miejsce mocy?
Zapraszam na rozmowę z autorką!

Autorka z zakupionym w olsztyneckim antykwariacie zdjęciem z widokiem na zamek
Aleksandra Borowiec notka biograficzna:
Rocznik 1988. Pochodzi z Płocka, mieszka w Warszawie, a serce zostawiła na Warmii i Mazurach. Wielbicielka czarnej kawy i dobrych historii. Finalistka m.in. konkursów organizowanych w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2018) i Góry Literatury (2019). Autorka opowiadań, publikowanych m.in. w czasopismach i magazynach literackich, takich jak "Autograf" czy "Wizje". "Gwiazda szeryfa" to jej debiut powieściowy.



Kryminał na talerzu: Właśnie na rynku ukazała się Pani debiutancka powieść pt. „Gwiazda Szeryfa”. Ja miałam okazję czytać ją już w grudniu i muszę przyznać, że zrobiła na mnie duże wrażenie. Jakie to uczucie oddać w ręce czytelnika swoje pierwsze literackie dziecko?

Aleksandra Borowiec: Bardzo dziękuję za tak miłe słowa. Nie ukrywam, że to dużo dla mnie znaczy, bo… powiedzieć, że jestem przejęta premierą, to nie powiedzieć nic. Czuję się i podekscytowana – spełniam jedno ze swoich największych marzeń! – ale i zestresowana. Przede wszystkim tym, jak zareagują czytelnicy. Tak więc, odpowiadając na Pani pytanie, wypuszczać książkę w świat to odczuwać splot bardzo, bardzo różnych emocji.


Jak długo zajęła Pani praca nad tą książką?

Bardzo długo! Na swoim debiucie uczyłam się w ogóle pisać powieść jako taką. Nie sądziłam nawet, że będę tak wytrwała. Wcześniej najdłuższe moje teksty miały po dwadzieścia parę stron – na tyle mniej więcej starczało mi zapału i tak zwanej „weny”.
„Gwiazdę szeryfa” pisałam mniej więcej półtora roku. Zaczęłam ją, gdy byłam w drugiej ciąży, a ostatnią kropkę postawiłam w ostatnim dniu mojego urlopu macierzyńskiego.
Wspomnę też, że czytelnikom oddaję do rąk niecałe 660 stron. W rzeczywistości napisałam dwa razy więcej. „Gwiazda…” powstawała w czterech wersjach, ostatnia jest rzecz jasna tą finalną. Długo szukałam odpowiedniego sposobu na opowiedzenie tej historii i w każdym z trzech pierwszych podejść przychodził moment, gdy stwierdzałam: „oho, dochodzę do ściany”. Wtedy na spokojnie czytałam to, co napisałam i… wyrzucałam do kosza po to, by rozpocząć na nowo.
Przełomem była decyzja, że zamiast opowiadać tę historię w jednym tomie, rozbić ją na cztery części. Zresztą, cały czas czytelniczo na tapecie miałam okres II wojny światowej i tuż po wojnie plus oczywiście Ziemie Odzyskane i Mazury. Pojawiało mi się więc coraz więcej „smaczków”, dzięki którym mogłam lepiej poukładać sobie w wyobraźni tamtą rzeczywistość.
Przyznam się też, że… porządny konspekt zrobiłam dopiero przy tej ostatniej wersji. Dlatego mam radę dla wszystkich piszących: róbcie konspekty! Porządne! Warto na to poświęcić tydzień, dwa, trzy. Zwłaszcza, gdy pisze się powieść gatunkową, w której spinać musi się i intryga, i wszystkie wątki.


Jak to się w ogóle wszystko zaczęło? Od zawsze chciała być Pani pisarką?

Tak, to było moje największe marzenie, odkąd tylko pamiętam. I wymarzony zawód. Zresztą – u mnie w rodzinie jest taki zwyczaj, że w pierwsze urodziny dziecku daje się do wyboru różne przedmioty. Taka, powiedzmy, wróżba na przyszłość. Cóż… ja wyciągnęłam książkę i pióro. Więc chyba ta droga była mi pisana.


A skąd pomysł akurat na taką książkę? Opisującą powojenne dzieje na Ziemiach Odzyskanych?

Ach, tu też mam fajną historię. Otóż wracaliśmy z moim Mężem z finału konkursu na opowiadanie fantastyczne, który wówczas wygrałam. Trasa Radomsko-Warszawa nie należy do szczególnie krótkich, sypało śniegiem, jak nie wiem co, więc jechaliśmy powoli. Idealne warunki do niespiesznej rozmowy.
Mąż czytał wtedy „1945” Grzebałkowskiej, ja – „Lalę” Dehnela (albo „Życie Lali”). W każdym razie był tam fragment o tym, jak Helena Karpińska jeździła na Ziemie Odzyskane szukać dzieł sztuki czy fortepianów. A może jednego i drugiego. Rozmawialiśmy o tych lekturach, o tym, jak w podręcznikach historii pomijane są takie czasy przełomu. Bo przecież II wojna światowa skończyła się 8 maja 1945 roku, nieprawdaż? Koniec tematu.
I tak od słowa do słowa narodził się pomysł na powieść. A że co roku jeździmy na wakacje pod Olsztynek, to wybór lokalizacji był dość oczywisty.


Skąd czerpała Pani swoją wiedzę na temat tamtych czasów? Jak szeroki był Pani research?

I wąski, i szeroki jednocześnie, jak mniemam. Tej wiedzy ma się jednocześnie zbyt mało i zbyt dużo.
Przyznam, że to była śmiała decyzja: debiutować książką tak mocno osadzoną w historycznej rzeczywistości. Nie wiem, czy podjęłabym się tego po raz drugi!
Wiedzę czerpałam z najróżniejszych książek i artykułów. Wertowałam wydawnictwa poświęcone Ziemiom Odzyskanych, Mazurom, okresowi 1944-1946… Nałogowo kupuję tego typu pozycje. Bazowałam często na trudno dostępnych dla mnie (mieszkam w Warszawie) wydawnictwach regionalnych czy uniwersyteckich.
Mamy punkt obowiązkowy każdego urlopu na Warmii i Mazurach. Jest to wizyta w jednej z olsztyńskich księgarni, która ma znakomicie zaopatrzoną półkę z regionaliami. Wymiatam ją do cna i w efekcie wracamy z wakacji z bagażnikiem książek!
Z drugiej strony, to dziwne uczucie – musieć być zmuszoną sprawdzać niemal każdy fakt. Pamiętam – aż głupio się przyznać – jak w pierwszej wersji powieści moi bohaterowie w kółko jedli kanapki. No jedli te kanapki i jedli. Co posiłek to kanapki. Aż uświadomiłam sobie… Rety, okres tuż po wojnie, młyny działają tak sobie, mąka trudno dostępna, chleb – jeszcze mniej i to podły… No to nie mogli tak się obżerać tymi kanapkami przecież, prawda? I dodałam na listę researchu kuchnię tamtych czasów czy okupacyjną. Taki przykład, ale myślę, że dobrze obrazuje to, z czym musiałam się zmagać.
Część książek researchowych, z których autorka czerpała wiedzę o czasach wojennych i powojennych

To teraz już stricte o książce. Gdzie gatunkowo przypisałaby Pani „Gwiazdę Szeryfa”? Dla mnie to była nie lada zagwozdka. Dlaczego nie jest to np. typowy kryminał?

Ja sama najczęściej określam tę książkę jako western. Na tyle, na ile westernem jest „Prawo i pięść” – film Hoffmana i Skórzewskiego, który dzieje się na Ziemiach Odzyskanych właśnie.
Rozmawiałam o tym z moją cudowną panią redaktor. A ona tak słuchała mnie tak i słuchała. I stwierdziła, że wszystko świetnie, ale w księgarniach półek z westernami jeszcze nie mają. Myślę, że „Gwieździe….” póki co rzeczywiście najbliżej do kryminału.
Ale – mam nadzieję, że nie zepsuję niespodzianki – w kolejnych tomach ta opowieść będzie się rozwijać w zupełnie innych kierunkach.
A dlaczego nie napisałam typowego kryminału? Bo mogłam i chciałam zawikłać nieco tę historię.


Co sprawiło Pani największą trudność podczas pisania?

Stworzenie konspektu. Planowanie to dla mnie koszmar, ale – jak się okazało – również i konieczność.
I liczba – przepraszam za wyrażenie, ale to cytat z Olgi Tokarczuk, więc czuję się usprawiedliwiona – dupogodzin, które trzeba wysiedzieć, by powstała powieść. Pozbyłam się wszelkich romantycznych mitów, wizji tych wszystkich stron spływających spod klawiatury w przypływach wielkich natchnień. Nie, to dość mozolna, bywa, że żmudna, praca. Która w dodatku musi być regularna. Rzeczywiście pisałam dzień w dzień, zakładając sobie dzienne normy do wyrobienia. A że niezły ze mnie przodownik pracy, to udawało mi się ich przestrzegać z żelazną konsekwencją.


Bohaterowie Pani powieści są naprawdę mocno charakterni i intrygujący. Którego z nich lubi Pani najbardziej i dlaczego?

W jakiś tam sposób lubię ich wszystkich. Ale do dwojga mam szczególny sentyment.
Moim ulubieńcem pozostaje komendant olsztyneckiej Milicji Obywatelskiej, czyli Zdzisław Waligóra. Jest rubaszny, niedźwiedziowaty w obyciu, bardzo pragmatyczny. To człowiek, któremu nowy ustrój przyniósł  w dojrzałym już wieku społeczny awans. Jego cel jest więc prosty: urządzić się jak najwygodniej w powojennej rzeczywistości. Swoich bohaterów starałam się tworzyć tak, by byli jak najbardziej „ludzcy”. Każdy z nich jest, jak to w życiu, trochę dobry, trochę zły. Tak samo komendant. Wśród jego pozytywnych cech jest na pewno ogromna miłość do żony i dorosłej córki. Wśród negatywnych… Cóż, myśli przede wszystkim o bezpieczeństwie swojej rodziny oraz o stanowisku, co czasem prowadzi do moralnie wątpliwych wyborów.
Jego dialogi też pisało mi się najlepiej i mam szczerą nadzieję, że czytając wypowiedzi komendanta czytelnicy chociaż parę razy uśmiechną się pod nosem.
Druga w kolejności jest olsztynecka „wiedźma” – szeptucha czy może raczej pruska rakana? Czyli po prostu Stara Niemra. Miejscowa znachorka, która nie wyjechała z miasteczka, gdy wkraczali doń Sowieci. Dla osiedleńców z centralnej Polski jest miejscową wariatką. Ale i ona skrywa swoje tajemnice.


Wiem, że „Gwiazda szeryfa” to pierwszy tom cyklu. Czy już Pani wie z ilu części będzie się składał? Ma już Pani zarys dalszych tomów?

Zdecydowanie! Jak już wspominałam – planowałam, o naiwna!, zmieścić całą historię w jednej książce. A jak widać ledwie jej część pochłonęła ponad 600 stron!
Lubię systematyczność i porządek (ale tylko w pisaniu, zastrzegę od razu!), planuję więc opowiedzieć całość w czterech tomach. Z których każdy – czego można domyślać się już po podtytule pierwszego – będzie dział się w danej porze roku.
Mam nadzieję, że czytelnikom „Gwiazda szeryfa” spodoba się na tyle, by chcieli poznać dalszy ciąg tej opowieści.  


Jaki idą prace nad drugim tomem? Kiedy możemy się go spodziewać i czy może nam Pani zdradzić czego możemy się spodziewać? Ja jestem naprawdę bardzo ciekawa, co wydarzy się w drugiej części!

I tutaj muszę trochę pogmatwać. Jestem jak kot i robię po swojemu. Miała być fantastyka, wyszedł kryminał. Powinnam siadać nad drugim tomem, a… piszę zupełnie inną powieść, spoza cyklu. W dodatku znowu międzygatunkową hybrydę, znowu z wątkiem śledztwa na głównym planie. Ale zdecydowanie nie historyczną – a wręcz przeciwnie, osadzoną w przyszłości.
Mam nadzieję, że uda mi się ją skończyć do wiosny.
Co do drugiego tomu… Hmmm, co do zasady – tu chyba Panią zaskoczę – głównym bohaterem cyklu docelowo wcale nie będzie sierżant Malewski. A i sama opowieść ze śledztw i zbrodni zmierzać będzie ku historii zemsty. Ale czyjej, za co i na kim – niech to na razie pozostanie moją słodką tajemnicą.


To teraz chcielibyśmy poznać Panią trochę lepiej. Co lubi Pani robić w wolnym czasie?

Czytać! Czytać i jeszcze raz czytać! Książkę mam przyrośniętą do ręki, naprawdę. Jak nie papier, to czytnik, jak nie czytnik, to papier. Uwielbiam od dziecka.
Poza tym bardzo lubię spędzać czas z moją rodziną. A zwłaszcza snuć się po Warszawie podczas weekendowych kilkugodzinnych spacerów, podczas których zwiedzamy własne miasto na piechotę, zaglądając tu i tam i odkrywając wciąż nowe zakątki. To też świetna okazja, by porządnie ze sobą pogadać, bez żadnych przeszkadzajek w postaci telefonów, telewizora czy po prostu domowych obowiązków, które zawsze gdzieś wychyną z kąta.   
Lubię też gotować, zwłaszcza w weekendy, kiedy mam na to więcej czasu. Karmienie bliskich sprawia mi ogromną przyjemność. Szczególnie gdy widzę, jak im smakuje.


Jak wygląda Pani biblioteczka? Po jaki gatunek sięga Pani najczęściej i którego z autorów ceni najmocniej?

Tak sobie myślę, że może dlatego tak skaczę po gatunkach, bo… czytam wszystko. Naprawdę. Na moich półkach i hałdach hańby jest miejsce i na poezję, i na kryminały, i na powieści obyczajowe, i na historyczne, i na fantasy, które uwielbiam, i na prozę mocno artystyczną. Po prostu kociołek alchemika.
Rzeczywiście czytam bardzo szybko, więc nie szkoda mi czasu na literackie eksperymenty. Bo na przykład mój Mąż wyjątkowo starannie dobiera swoje lektury. A ja nie. Ja idę do biblioteki czy księgarni i biorę z półek. A potem czytam i albo mi się podoba, albo okazuje się, że był to wybór nietrafiony. Ale bardzo często odkrywam coś ciekawego.
Autorów ukochanych mam cale legiony. Na pewno od zawsze Olga Tokarczuk. Jej „Prawiek i inne czasy” czytałam w wieku lat nastu i do dzisiaj pamiętam wrażenia z tej pierwszej lektury. Kurt Vonnegut. Ota Pavel i jego „Śmierć pięknych saren”. Steinbeck. W ogóle proza amerykańska. Ostatnio Michael Chabon, którego książki czytam nałogowo (on też pisze między gatunkami!). Polecam bardzo, jeśli jeszcze nie miała Pani okazji. Ale i Andrzej Sapkowski, i Isabel Allende z jej „Domem duchów”, i Balzac, i Prus. To trudne pytanie!
Z poezją jest prościej. Tu król jest tylko jeden – Konstanty Ildefons Gałczyński. A zaraz po nim na piedestale są Andrzej Bursa i Stanisław Grochowiak.


Ma Pani swoje ulubione miejsce na Ziemi?

Oooooj tak. Nietrudno domyślić się pewnie, że znajduje się ono na Mazurach. To położony w środku lasu nad jeziorem, kultowy w pewnych kręgach ośrodek „Kormoran” w Mierkach pod Olsztynkiem. To takie moje miejsce mocy. Spędzamy tam co roku tydzień, zawsze obiecujemy sobie, że przyjedziemy w przyszłym roku na dwa. Kiedy zjeżdżamy w las z trasy Olsztynek – Szczytno i spomiędzy drzew pobłyskuje jezioro, czuję się, jakbym wróciła do domu po długim, długim roku. I przez cały pobyt próbuję się napatrzeć tyle, żeby starczyło mi na kolejnych 12 miesięcy.
A poza tym Płock, z którego pochodzę i który cały czas gdzieś tam noszę przy sercu.


I na koniec, jako że mój blog nosi nazwę kulinarno-kryminalną, to proszę nam zdradzić co najbardziej lubi Pani jeść? 😊

Wszystko! Uwielbiam jeść, naprawdę. Jestem smakoszem typu „fusion”. Bo z przyjemnością zjem i pizzę czy makaron, i sushi, i schabowego, i wegańską zapiekankę. Byle byłoby smaczne i starannie przyrządzone.
Ale mam na przykład swoją ulubioną zupę. Jest nią rosół, który mogę jeść na okrągło, nieważne, lato czy zima. Moja świętej pamięci babcia gotowała najlepszy rosół świata, cały czas pamiętam ten smak. Próbuję go odtworzyć, ale bez powodzenia. Choć ostatnio odkryłam, czego mi brakuje. Sagana! Takiego ogromnego, na kilkanaście litrów, do którego można nawalić mięsa i warzyw, a gdy się je wyjmie, to zostaje nieco więcej zupy niż na dwa palce.
Niestety, skazana jestem na porażkę. Mąż odmawia zakupu sagana z przyczyn praktycznych. Twierdzi, o naiwny, że nie mamy na niego w domu miejsca. Ale tak sobie myślę, że może nabędę w tajemnicy. Najwyżej ukryję w tajnej bazie z książek.


Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów literackich!



marca 31, 2020

Kilka pytań do... Very Eikon, autorki cyklu "Między prawami"

Kilka pytań do... Very Eikon, autorki cyklu "Między prawami"

Co umacnia człowieka, dlaczego niebezpieczne, brutalne środowisko jest najlepsze dla akcji cyklu "Między prawami", co łączy koronkową robótkę z self-publishingiem, kiedy możemy spodziewać się kolejnej książki oraz co lubi jeść Vera Eikon?
Zapraszam na rozmowę z autorką!


Vera Eikon notka biograficzna:
Urodzona w 1989 roku autorka powieści kryminalnych. Specjalistka od zaskakujących zwrotów akcji i tworzenia barwnych postaci. Jej seria o komisarzu Bergu podbiła serca wielbicieli gatunku i dorobiła się dwóch wydań.
Wydawca, żona i matka. Trenuje strzelectwo.


Kryminał na talerzu: Właśnie na rynku ukazała się Pani kolejna książka pt. „Póki żyjemy”. To czwarty tom cyklu kryminalnego „Między prawami” i, jak Pani zapowiedziała, ostatni. Skąd taka decyzja? Muszę przyznać, że pokochałam bohaterów i naprawdę ciężko będzie mi się z nimi rozstać! Czy czuje Pani, że temat został już wyczerpany? Dosyć długo, ponad półtora roku kazała Pani swoim czytelnikom na niego czekać.

Vera Eikon: Rzeczywiście, „Póki żyjemy” jest ostatnią częścią cyklu „Między prawami”, ale koniec jednego jest początkiem drugiego. Nigdy nie twierdziłam, że ostatecznie pożegnam się z bohaterami. Obecnie pracuję nad nową serią kryminalną, która, choć będzie odrębna od „Między prawami”, nawiąże do niej, również poprzez niektóre postacie. Sama związałam się z nimi na tyle mocno, że trudno byłoby mi całkiem o nich zapomnieć i ulokować skupienie w czymś stu procentowo nowym. Tematów wartych podjęcia jest wiele i to, co szykuję dla czytelników w nowej serii z pewnością wszystkich zaskoczy.


Czy ten finalny tom pisało się ciężej niż poprzednie? Jest trochę inny, bardziej emocjonalny, bardziej, że tak powiem, filozoficzny, wyjaśniający cały sens cyklu. Myślę, że pospinanie ze sobą wszystkich wątków, by utworzyły tak zgrabną całość, musiało być nie lada wyzwaniem!

Wynikanie jednej książki z poprzedniej było trochę procesem naturalnym. Kiedy dopinałam pracę nad drugą częścią, trzecia już nabierała kształtu, a na czwartą zaczynałam mieć pomysły. Nie wiedziałam od razu do czego to wszystko zmierza, ale ogólny koncept był taki sam od początku - miała to być historia o kształtowaniu charakteru, umacnianiu, wybaczeniu, odkupieniu. Żeby do tego wszystkiego doszło, potrzebna jest pewna droga. Taka wypełniona licznymi upadkami i emocjami. Człowiek uczy się tylko wtedy, kiedy upada. Dlatego nie oszczędzałam swoich bohaterów.


W książce, jak już napomknęłam we wcześniejszym pytaniu, znajdziemy parę filozoficznych uzasadnień, głównie pochodzących od Nietzschego. Wiele też miejsca poświęca Pani w cyklu na wiarę chrześcijańską. Jak wiele z własnego światopoglądu przekazała Pani bohaterom?

Trochę. W moich powieściach filozofia Nietzschego wpadła w niepowołane ręce. Niepowołane ręce bardzo inteligentnego człowieka, który nawet wiarę chrześcijańską próbuje zmanipulować. W jej obronie staje główny bohater - komisarz Berg. Jemu samemu dość daleko do świętości. Używam swoich bohaterów oraz ich doświadczenia do tego, aby spróbować odpowiedzieć na kilka fundamentalnych pytań. Czy Bóg istnieje? Dlaczego pozwala na zło? Ile warte jest ludzkie życie? I czy istnieją ludzie źli do szpiku kości? Oczywiście, każdy autor przemyca do swoich książek własny światopogląd. Staram się jednak unikać twardo postawionych tez. Chyba że istnieją takie, których jestem w stu procentach pewna.


A skąd w ogóle pomysł na taki cykl? Całość toczy się w brudnym, dusznym, brutalnym świecie, większość Pani bohaterów to mężczyźni, dla kobiet mało jest tu miejsca. Jak się Pani czuła zagłębiając się w takie, że tak powiem z braku innego określenia, męskie tematy? Co było w tym najtrudniejsze?

Nie znajdowałam w tej pracy niczego trudnego. To, co widać w moich książkach wypływa ze mnie w naturalny sposób. Możemy dywagować, co oznacza „męski” i „kobiecy”, ale prawda jest taka, że moje „męskie” książki wypłynęły z „kobiecego” umysłu i nic na to nie poradzę. ;) Jeśli mogę powiedzieć coś o swoich intencjach, to chciałam napisać historię, poprzez którą mogłabym dotrzeć (lub chociaż próbować dotrzeć) do prawdy o człowieku i jego natury. Brudne, niebezpieczne, brutalne środowisko wydało mi się do tego najlepsze, bo w ekstremalnych sytuacjach, np. bardzo emocjonalnych lub zagrażających życiu, pokazujemy naszą prawdziwą twarz.


To teraz trochę o bohaterach. Który jest Pani ulubionym, a który tym nie do końca lubianym?

Rany, to jest niemoralne pytanie! To jakby zapytać rodzica, które ze swoich dzieci najbardziej kocha! Najbliższy sercu jest mi oczywiście Proca. W pewnym sensie idziemy razem przez życie już od kilku dobrych lat. Zdarza mi się zastanowić, co zrobiłby w danej (prawdziwej) sytuacji. Dość często odpowiedź wydaje mi się oczywista, co oznacza, że w moim umyśle ma on bardzo wyraźnie określony charakter i osobowość.
Cała reszta również jest mi bardzo bliska. W nowej książce będziemy żegnali pewnego bohatera (lub bohaterów - nie chcę niczego zdradzać) i muszę przyznać, że pisanie tych paru rozdziałów nieco mnie kosztowało. Oczywiście nie zalewałam klawiatury łzami, ale byłam na tyle zaangażowana emocjonalnie w pracę nad tymi fragmentami, że myślałam o nich nieustannie przez kilka dni. Nie było łatwo wyskoczyć z książki do realnego świata.
Nie mam bohatera, którego nie lubię, ale jest wielu, z którymi nie dogadałabym się w prawdziwym życiu.



Jak ocenia Pani cały cykl? Patrząc wstecz jest Pani zadowolona z całości czy coś by Pani jednak zmieniła?

Zawsze można coś zmienić! Miałam jednak taki komfort, że trzy moje książki doczekały się drugiego wydania. Pracując nad tą publikacją, miałam okazję wprowadzić nieco zmian. Tak że pierwsza książka, „Polowanie na Wilka” opublikowane przez Filię, jest znacznie lepsza od tej, którą po raz pierwszy wypuściłam do sieci w 2016 roku.
Nie mogę oceniać własnych książek. Mam jednak to poczucie, że każda kolejna jest lepsza od poprzedniej, ale to może dlatego, że ta najświeższa jest najbliższa moim obecnym umiejętnościom. Pisarz ciągle się rozwija.


Ma Pani jakieś stałe pisarskie rytuały? Ustalone godziny pracy? Na każdym kroku pisarze podkreślają, że najważniejsza jest systematyczność i wysiedzenie określonych godzin przed komputerem czy jest na to ochota czy nie. U Pani też tak jest?

Zdecydowanie tak. Siadam do komputera o 9 rano i piszę (z małymi przerwami na zaparzenie kawy, herbaty, zjedzenie obiadu) do 16. Jeśli pracuję nad nową opowieścią, to dziennie muszę napisać od tysiąca do trzech tysięcy słów, inaczej czuję, że zmarnowałam dzień. W kolejnych etapach pracy, kiedy biorę się za poprawki, moje dzienne statystyki zaczynają się sypać. Wtedy mniej pracuję wyobraźnią, a więcej logicznym myśleniem.


Może nam Pani teraz zdradzić co dalej? Wiem, że już teraz nad czymś Pani pracuje. Może uchyli nam Pani malutki rąbek tajemnicy? Co to będzie, jak daleko ma już Pani posuniętą pracę, jak długo przyjdzie nam czekać?

Mam już napisane dwie kolejne powieści, chociaż druga z nich wymaga jeszcze nieco poprawek. Nie wiem, kiedy zostaną opublikowane. Jestem jednak osobą o dość niecierpliwej naturze, która każe mi bardzo szybko dzielić się ze światem tym, co napiszę. Dołożę więc wszelkich starań, żeby czytelnicy nie musieli czekać na nową powieść kolejne półtora roku. Za pasem jest też praca nad audiobookiem powieści „Póki żyjemy”.


To teraz trochę o równie fascynującym temacie, czyli już nie o pisaniu, a o wydawaniu książek. To już czwarta książka wydana Pani własnym nakładem. Skąd taka decyzja? Wiem, że na początku swojej kariery była Pani raczej rozczarowana współpracą z wydawnictwem, ale jednak self-publishing to naprawdę dużo pracy! Przynajmniej w sytuacji, kiedy robi się to naprawdę dobrze – tak jak w Pani przypadku.

Self-publishing wymaga niemożliwie wiele zaangażowania. Nieraz opadają mi ręce i mówię sobie, że mam dosyć. Tak też miałam w 2019 roku, kiedy nawiązałam współpracę w Filią. Cieszę się, że wznowili serię, bo pomogło mi to dotrzeć do szerszego grona czytelników. Kiedy jednak jakieś wydawnictwo okazuje zainteresowanie książką, chcą ją opublikować, ale nie wiadomo kiedy, to zabieram manatki i wychodzę. ;) Studiowałam polonistykę i edytorstwo, wiem, czego wymaga tekst, by nadawał się do publikacji. Znam się na procesie wydawniczym i mam kilka umiejętności technicznych. Opublikowanie kolejnej książki nie jest więc dla mnie problemem. Powiedziałabym nawet, że przynosi też nieco przyjemności. Najbardziej frustrującym tematem jest dystrybucja i promocja. Ponieważ sama funduję publikację, nie mogę pozwolić sobie na inwestowanie dodatkowo w reklamę. Może ma to swoje dobre strony, bo zostaję zmuszona do większej kreatywności.


Skończyła Pani studia na kierunku edytorstwo. Czy wiedza z nich wyniesiona bardzo Pani pomogła? Po ich ukończeniu była Pani gotowa na samodzielne wydanie książki? Wiąże się z tym przecież nie tylko edycja książki, jej korekta, ale i marketing, dystrybucja, cała oprawa graficzna, reklama. Naprawdę nie wiem jak sama to Pani wszystko ogarnia!

Do wszystkiego należy podchodzić po kolei, małymi kroczkami. Umiejętności wyniesione ze studiów bardzo pomagały na początku, ale i tak nie były wystarczające. Nie uchroniłam się od błędów początkującego wydawcy amatora. Przy każdej kolejnej publikacji było lepiej. Teraz projektowanie okładki, czy przygotowanie książki do składu nie stanowi dla mnie problemu. Redakcję i korektę tekstu zlecam profesjonalistom, których miałam przyjemność poznać w ostatnich latach. Współpracuję zawsze z tą samą drukarnią i dystrybutorem. Co roku poszerza się mój krąg zaprzyjaźnionych bibliotek i księgarń. Nie mam żadnych utartych dróg. Wszystkie musiałam sobie wydeptać. Myślę o tym, jak o koronkowej robótce. Oczko po oczu. Kroczek po kroczku. To strasznie wolno idzie i stąd czasami moja frustracja. Jednak polepszamy się wyłącznie w trudzie.



Ciężko jest połączyć życie pisarza i wydawcy z życiem rodzinnym?

Chyba nie ciężej niż w każdej innej pracy. Problem pojawia się w niespodziewanych momentach. Kiedy na przykład Polskę dopada koronawirus i dzieci muszą zostać w domu przez dwa tygodnie, to ani nie mogę spokojnie pracować, ani nie mam możliwości ubiegać się o dodatek opiekuńczy, bo pisarz dla państwa nie pracuje. Proza życia codziennego. Trenuję wtedy swoją cierpliwość, a rodzina wyrozumiałość, bo pisarz, który nie pisze, potrafi być dość nerwowym człowiekiem.


Znajduje jeszcze Pani w tym wszystkim czas dla siebie? Jak lubi Pani odpoczywać?

Odpoczywam, czytając każdego dnia nie swoje teksty, oglądając wieczorem dobry serial, wychodząc raz w miesiącu do teatru, słuchając muzyki na spacerze. To są moje małe okazje do zresetowania umysłu, co jest niezwykle istotne.


Ma Pani jakieś podróżnicze marzenie?

Jest kilka miejsc na ziemi, które chciałabym odwiedzić. Jerozolima, Kolorado, Sycylia… Lista jest dość długa, a odhaczanie kolejnych punktów, idzie dość wolno.


To teraz pytanie mola książkowego. Jak wygląda Pani biblioteczka? Czego lub kogo znajdziemy w niej najwięcej?

Dzielę biblioteczkę z mężem, a czytamy trochę inne rodzaje książek. Tak że dużo jest wszystkiego! Od poradników biznesowych, poprzez historię chrześcijaństwa, historię literatury, teorię literatury, filozofię, reportaże podróżnicze, biografie, aż do rozmaitych gatunków powieści, poezję i publicystykę. Nie wydaje mi się, żeby coś szczególnie dominowało w naszej biblioteczce, ale kiedy siadam w fotelu, by poczytać, to ustawiam się najbliżej półki z kryminałami i publicystyką kryminalną. Tam czuję się najbardziej „u siebie”.


Na koniec jeszcze obowiązkowe pytanie – w końcu Kryminał na talerzu to blog kulinarno-kryminalny. Proszę nam powiedzieć co najbardziej lubi Pani jeść! 😊

Uwielbiam włoską kuchnię! Proste makarony i domową pizzę na świeżych drożdżach. Do tego lampka wina i włoska muzyka! Ale jestem fanką rozmaitości, więc oprócz „włoskich kolacji” serwuję rodzinie również greckie czy hinduskie wieczory. Ale nie pogardzę też kaszanką i zimnymi nogami!


Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych literackich i wydawniczych sukcesów! 

marca 25, 2020

"Nikt się nie dowie" Agnieszka Pietrzyk - recenzja premierowa

"Nikt się nie dowie" Agnieszka Pietrzyk - recenzja premierowa

Autor: Agnieszka Pietrzyk
Tytuł: Nikt się nie dowie
Data premiery: 25.03.2020
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 352
Gatunek: thriller

Agnieszka Pietrzyk to polska pisarka powieści kryminalnych, sensacyjnych i grozy. Na swoim koncie ma już aż osiem wydanych książek. Jak sama przyznaje, pisanie jest dla niej sposobem na życie, mimo że nigdy nie myślała o tym, by z tym zawodem wiązać swoją przyszłość. Natchnienie przyszło po zakończeniu studiów polonistycznych, gdy zatęskniła za pisaniem. Motywatorem było ogłoszenie o konkursie na opowiadanie. Z opowiadania powstała powieść, którą autorka w 2008 roku debiutowała.
Ja z twórczością Pietrzyk jak na razie spotkałam się tylko raz, rok temu przy okazji premiery „Zostań w domu”. Książka mnie zachwyciła, trzymała w kleszczach napięcia od pierwszej do ostatniej strony, przez co trafiła do spisu moich ulubionych książek z 2019 roku. Po takiej lekturze oczywiste było, że z kolejną książką autorki wiązałam naprawdę duże nadzieje. Czy udało jej się utrzymać poziom z „Zostań w domu”?

Malwina i Borys to małżeństwo z 15letnim stażem. Jak każdy mieli swoje wzloty i upadki, teraz raczej są w tym drugim miejscu, jednak wiedzą, że i to przeminie i w końcu znowu wrócą do normy. Mają dwójkę dzieci, 5letniego Antosia i 14letnią Olę, Malwina lubi żeglować i z tym chce związać swoją przyszłość, Borys jest poczytnym pisarzem kryminałów. Mieszkają w pięknym domu przy samym morzu w Kątach Rybackich. Historia zaczyna się wrześniowym wieczorem, gdy małżeństwo przy kieliszku wina omawia dalsze plany na przyszłość. Borys zasypia przed telewizorem, Malwina zostaje jeszcze na tarasie. Rankiem Borys orientuje się, że w domu nie ma żony. Po szybkim przeszukaniu mieszkania, znajduje jej ciało roztrzaskane o kamienie pod ich tarasem. Czy Malwina spadła? Policja ma wątpliwości, podejrzewają samobójstwo lub nawet morderstwo. Tylko kto miał się do niego przyczynić? Albo dlaczego postanowiła się zabić? Im dalej w lekturę, tym coraz mroczniejsze tajemnice rodzinne wychodzą na jaw…

Książka składa się z 22 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, podąża za kilkoma bohaterami, przez co powoli poznajemy życie i uczucia każdego z nich. Styl narracji jest prosty i przyjemny, chociaż miałam wrażenie, że z początku autorka specjalnie przedłuża zdania, by wprowadzić uczucie biegu i niepokoju. Na mnie podziałało.

Ogólnie historia jest dosyć zakręcona. Jest kilku bohaterów, każdy ma swoje tajemnice, jakieś niejasne motywacje. Z każdą kolejną kartą odkrywamy w historii coś nowego, coś co niekoniecznie można wywnioskować z wcześniejszych wydarzeń. Przez styl narracji i ciągłe niewiadome książka wzbudza nie tylko niepokój, ale i ogromną ciekawość. Autorce udało się tak namieszać w fabule, że ja naprawdę nie byłam w stanie się domyślić jak to się wszystko może skończyć, gdzieś w połowie już w sumie przestałam nawet próbować – po prostu zachłannie przewracałam kolejne kartki.

Muszę powiedzieć, że książka kojarzy mi się trochę z „Wkręconymi” Cavanagha. Jest sławny pisarz, jest zamieszanie z jego życiem i jego żoną, nic nie jest jasne, wydarzenia zaskakują, a także całość toczy się w domku nad morzem. To było jednak przyjemne skojarzenie, obydwie książki mnie zadowoliły, może nawet Pietrzyk minimalnie bardziej.

Autorka zbudowała bardzo ciekawe kreacje głównych bohaterów. Borys to mąż, ojciec i pisarz. Oczywiście jego życie nie jest tak łatwe i przyjemne jak na początku się wydaje. Bardzo lubię, kiedy główną postacią jest właśnie pisarz, więc i tutaj byłam zadowolona. Duże zainteresowanie budzi też sąsiadka, Iza, która ma dziwną obsesję na punkcie rodziny Borysa. Przyjemną postacią jest Adrian, nauczyciel córki Borysa i dobry przyjaciel Malwiny. Mamy tu też dziennikarkę Annę, która zainteresowała się historią i chce poznać prawdę oraz Karola ubezpieczyciela, który bada sprawę pod względem możliwości wypłaty polisy. Każda z tych postaci ma inny cel, każda miesza, więc nie sposób przewidzieć jak całość się rozwiąże…

Ogólnie jestem zadowolona z lektury. Może nie trzyma w aż takim napięciu jak „Zostań w domu”, ale jednak również mocno wciąga. Uwielbiam akcje toczące się nad morzem, tutaj mamy polskie Kąty Rybackie, które zostały przedstawione bardzo obrazowo, aż chciałoby się tam pojechać. No i muszę przyznać, że autorka narobiła mi ogromnej ochoty na pyszną, świeżutką smażoną lub wędzoną fląderkę 😊
A tak na poważnie to miałam dać 8/10, ale wczoraj Kryminalny Świat wskazał mi nieścisłość w działaniu ubezpieczyciela. Wygląda na to, że autorka nie przeprowadziła to odpowiedniego researchu, bo ubezpieczyciel dopiero zamknięciu policyjnego śledztwa może podjąć własne dochodzenie. Myślę też, że niepotrzebnie autorka użyła tu nazwy istniejącej ubezpieczalni, może gdyby z tego zrezygnowała nie rzuciłoby się to tak w oczy. Nie wpłynęło to jednak na mój odbiór lektury, ci, którzy nie są związani z tą branżą raczej nie zwrócą na tą nieścisłość uwagi.
Ja z lektury jestem zadowolona, spędziłam z nią ciekawych kilka godzin.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona Kryminału!