Autor: W.P. Rdzanek
Tytuł: Artefakt
Cykl: AI-gent. Mroczne kody, tom 3
Data premiery: 16.06.2026
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 320
Gatunek: powieść sensacyjna / thriller
szpiegowski
W.P. Rdzanek tyle co w marcu na rynku książki debiutował,
a już trzy miesiące później na koncie ma trzy powieści! “Algorytm” (recenzja – klik!), “Akord” (recenzja – klik!) i “Artefakt” należą do jednej zamkniętej
serii, którą powstała w całości zanim autor zaczął szukać wydawcy. Pisanie
powieści to nowy etap w jego życiu, wcześniej przez ponad trzydzieści lat
zajmował się zarządzaniem w międzynarodowym biznesie technologicznym. Podczas
Targów Książki w Warszawie w czasie naszej krótkiej rozmowy autor przyznał, że
bardzo podoba mi się ta zmiana, a pisarskie natchnienie go nie opuszcza.
Drugiego dnia wiosny podkomisarz Ewa Dzik
otrzymuje zgłoszenie o wyłowionym z Wisły ciele młodej kobiety. Okoliczności
śmierci nie są jasne, wątpliwości budzi nagość zmarłej i dziwne symbole
wyrysowane na jej ciele. Po zbadaniu okolicy śledczy odkrywają domek w lesie, w
który znajduje się więcej ciał… czy doszło tam do mordu rytualnego?
W tym samym czasie na policję wpływa
zgłoszenie o kradzieży starej gockiej bransolety, cennego artefaktu, który
właśnie miał zostać wystawiony w elbląskim muzeum. To najcenniejszy okaz z
całej kolekcji bransolet, które ozdobione są dziwnymi runami.
W siedzibie ABW, gdzie znajdują się właśnie
programista Karol i hakerka Kristina, trwają prace nad kolejnym programem AI mającym
rozprawiać się z przestępczością. Co prawda małe postępy są czynione, ale nie
na tyle, by zapobiec atakowi, w którym w przeciągu minuty kilka banków traci
ogromne pieniądze swoich klientów. Jak do tego doszło i czy uda się na tyle
rozpisać Karolowi i Kristinie kod, by dalszym atakom zapobiec?
“- (...) Twoja nieufność stanie się hamulcem. A Karol? On da temu język. Intuicję.- Czy zbudujemy maszynę opartą na nieufności i intuicji? - rzuciła z przekąsem.- A znasz lepsze zabezpieczenie niż równowaga między paranoją a geniuszem?”
Książka rozpisana jest prolog i 46
kilkustronicowych rozdziałów, w którym zaznaczone są czas i miejsce akcji.
Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego w naprzemiennej
perspektywie kilku postaci, które pojawiały się już w tomach poprzednich. Język
powieści jest prosty, nawet nowinki technologiczne opisywane są w jasny sposób,
zatem żaden z czytelników bez względu na swoją wiedzę w tym temacie nie będzie
czuł się zagubiony. Te wątki zdecydowanie lepiej autorowi wychodzą niż opisy
reakcji postaci - tam często wkrada się zbędny patos, co nadaje danym
fragmentom poczucia sztuczności. Tekst rozkłada się w miarę równo pomiędzy
opisy a dialogi.
“(...) gdy oddajesz maszynie możliwość podejmowania decyzji, nikt już nie ponosi za nie odpowiedzialności. Nie można ukarać maszyny. A im bardziej skomplikowany system, tym trudniej przewidzieć skutki.”
Tym, co najmocniej w tym tomie przyciąga
uwagę, jest sam pomysł - starożytne runy przeanalizowane zostają jako pradawny
kod źródłowy, uniwersalny szyfr, który traktowany był z religijną wiarą, a
teraz zamienia się w technologię. Autor dobrze zakorzenił go w obydwu
tematykach: zarówno w starożytnej kulturze wielbarskiej (o której sama
wcześniej nie słyszałam!), jak i we współczesnych technologiach, a poza tym
przynosi też ciekawą refleksję na temat cienkiej granicy pomiędzy legendami a
prawdą. Bo czy nie często jest tak, że zjawiska, których kiedyś nie dało się
wytłumaczyć, wokół których narosły legendy, teraz okazują się czymś, co dzięki
nauce można bardzo racjonalnie wyjaśnić?
“Ewa przypomniała sobie słowa Chram-Zarubieckiej o wiedzy ukrytej w gockich bransoletach i o tym, że po ich połączeniu w nieznanym rytuale otwierało się przejście do innego świata. Do tej pory traktowała to jak baśń, piękną legendę, lecz teraz zaczęła się zastanawiać, czy nie tkwi w niej więcej niż ziarno prawdy.”
To na tym motywie opiera się cała intryga powieści,
która składa się z kilku części: jest zagadka kryminalna związana z dziwnym,
nie do końca jasnym rytuałem oraz wątek szpiegowski, który jest dalszym ciągiem
historii z tomów poprzednich - oddzielnym rozdziałem, problem technologiczny, z
którym walczą Karol i Kristina, jest zamkniętą całością tego tomu, a jednak
znajomość wcześniejszych postępowań ich przeciwników sprawia, że historia staje
się pełniejsza. Powieść toczy się rytmem sensacyjnym, naprzemienna narracja i
przyjemnie dynamiczna akcja dobrze budują napięcie, utrzymują zaciekawienie
czytelnika, który jednak, by dobrze się przy niej bawić, musi nastawić się po
prostu na typową rozrywkę, w której realność zdarzeń nie jest traktowana jako
absolutny priorytet. Jednak w przeciwieństwie do poprzednich tomów, w tym autor
zdaje się posuwać za daleko - gdzieś za połową historii wkrada się w nią już za
dużo nierealistycznych detali, za dużo naiwności i dziwnych zbiegów
okoliczności, by dało się na to przymknąć oko, a przynajmniej ja nie potrafię.
“(...) w wojnie informacyjnej nie chodzi o zgodę. Liczy się skuteczność.”
Niemniej jednak pod kątem wątków
technologicznych (patrząc okiem laika) związanych ze sztuczną inteligencją, jak
i internetowych oszustw książka nadal jest ciekawa. W tym tomie etyczne
zagadnienia związane z AI pozostają mocno w tle, choć nadal rozpatrywana jest
różnica między przydatnością a szkodą, jakie te narzędzie może poczynić. Ważną
przestrogą jest też wątek dotyczący wyłudzeń internetowych - nie jest to może
przestroga nowa, ale jednak ludzie nadal na oszustwa typu “kliknij w link, by…”
się nabierają, tracąc przy tym majątek, nie zaszkodzi więc, by ponownie
uświadomić skalę problemu.
„Człowiek reaguje emocją, a system reaguje strukturą (...).”
Kreacje postaci są dość typowe dla powieści
sensacyjnej, to nie one, a na pewno nie ich warstwa psychologiczna, są tutaj
najważniejsze. W chwilach, gdy skupiają się na zadaniu, wplątane są w jedną z
dwóch intryg tej powieści wypadają całkiem przekonująco, jednak te wrażenie
rozmywa się, gdy wkraczają w strefę uczuć prywatnych - w relacje z drugim
człowiekiem, w gesty, reakcje, słowa wkrada się wtedy sporo zachowań
stereotypowych, a z czasem również i melodramatyzmu. Autor stara się to ratować
stawiając przed postaciami pewne dylematy i przyznam, że ich próby podjęcia
decyzji właściwej lekko sytuację poprawiają.
“Smak gorzkiej czekolady i słodkiego nadzienia stanowił niemal bolesny kontrast z obrazami, które nosiła w głowie, ale właśnie tego potrzebowała. Chwili normalności. Czegoś, co przypominałoby jej, że poza światem zbrodni, run i rytualnych morderstw istnieje jeszcze inny świat.”
Podsumowując, “Artefakt” został zbudowany na
ciekawych założeniach i pomyśle, z którym wcześniej się nie spotkałam - by
starożytne runy potraktować jako nośnik uniwersalnych informacji, dzięki czemu
autor w jednej książce mógł połączyć dwie potencjalnie niezwiązane ze sobą
dziedziny. Stałym, ważnym aspektem trylogii jest dyskusja o zagrożeniach i
korzyściach płynących z AI, tematu, który kiedyś był czystym science fiction, a
teraz wkracza w naszą rzeczywistość. Wszystko to ubrane jest w
sensacyjno-szpiegowskie tony - raz udane bardziej, raz mniej. Szkoda, że w
zamknięciu trylogii akurat wyszło to trochę mniej. Niemniej jednak znając
poprzednie dwa tomy szkoda byłoby po ten trzeci nie sięgnąć - fajnie zamyka
wszystkie wątki trylogii, jednocześnie pozostawiając furtkę na kontynuację
losów niektórych postaci.
Moja ocena: 6,5/10
Recenzja powstała w ramach współpracy z Domem
Wydawniczym Rebis.
Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!







