października 23, 2019

"Gałęziste" Artur Urbanowicz - recenzja przedpremierowa

"Gałęziste" Artur Urbanowicz - recenzja przedpremierowa

Autor: Artur Urbanowicz
Tytuł: Gałęziste, wydanie II
Data premiery: 13.11.2019
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 458

„Gałęziste. Nie dziwię się, że Państwo o nim nie słyszeli, bo to małe jeziorko na samym środku rezerwatu, w głębi lasu. Z pozoru nic szczególnego, ale to bardzo klimatyczne miejsce. Przynajmniej dla mnie. Bardzo dzikie i odludne, bo nawet wielu suwalczan go nie zna. Miejsce w pełni pod panowaniem przyrody.” 
Książka „Gałęziste”, którą miałam przyjemność czytać, to drugie, poprawione wydanie debiutu literackiego Artura Urbanowicza z początku 2016 roku. Nazwisko tego pisarza od połowy tego roku jest znane chyba każdemu molowi książkowemu, gdyż w kwietniu tego roku ukazała się jego trzecia książka, która zyskała naprawdę duży rozgłos i przyprawiła autorowi masę fanów – mowa o „Inkubie”. Pomiędzy tymi dwiema, w 2017 roku wydany został „Grzesznik”. Niemniej jednak już pierwszą swoją książką autor zrobił duże wrażenie – otrzymał za nią między innymi nagrodę Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego.
Dla mnie nowe wydanie „Gałęzistego” to pierwsze spotkanie z prozą autora, a muszę też zaznaczyć, że pierwsze od dawna spotkanie z literaturą grozy! Zabrzmiało złowieszczo?

Historia „Gałęzistego” toczy się w głębokich lasach Suwalszczyzny. W okresie przerwy z okazji Wielkanocy Karolina i Tomek, dwójka studentów, para z Warszawy, zdecydowali się na przyjazd w te rejony – ot, by trochę pobyć razem, pochodzić po świeżym powietrzu, trochę pozwiedzać. Niestety już na początku los rzuca im kłody pod nogi – ludzie, u których mieli nocować, zapomnieli o ich przyjeździe mimo wpłaconej zaliczki. Dom stoi pusty, zamknięty na głucho. Po rozmowie telefonicznej właścicielka domu oferuje im nocleg w pobliskiej wsi, u znajomych, za cenę wpłaconej zaliczki. Młodzi raczej nie mogą wybrzydzać, więc przystają na tą propozycję. Dojeżdżają przez gęsty las do Białodębów, docelowej wsi, gdzie na podwórku przy domku wita ich piękna młoda blond-piękność o niesamowicie ponętnych kształtach – Natalia. Młodzi zostają ugoszczeni w sypialni na piętrze, jednak nie czują się komfortowo – okazuje się, że właśnie tego dnia umarł dziadek Natalii i jego ciało leży w sypialni na parterze...W nocy, Tomek doświadcza kilka dziwnych zdarzeń, a Karolinę dręczą przerażające koszmary senne. Młodzi nie wiedzą, że to dopiero początek horroru, przy którym te nocne doświadczenia będą wręcz błahostką. Nie wiedzą też, że kilkanaście dni wcześniej gdzieś w tych głębokich lasach zaginęła pewna młoda kobieta...

Od strony kompozycji książka składa się z prologu, 17 średniej długości rozdziałów oraz epilogu. Te wydanie wzbogacone jest także o krótkie posłowie doktora Krzysztofa Grudnika, badacza ezoteryki, okultyzmu i magii we współczesnej literaturze. Narracja książki prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, a narrator przedstawia nie tylko wszystkie odczucia i myśli bohaterów, ale też wie więcej od nich –co ich czeka, co się dopiero wydarzy. Styl powieści jest raczej spokojny, nastawiony na obserwację otoczenia, przez co czytelnik na szansę zaciekawić się tymi terenami. Co najważniejsze jednak autor rewelacyjnie buduje napięcie, książka wciąga praktycznie od samego prologu, a nastrój grozy wzrasta powoli acz systematycznie. Klimat jest duszny, ciemny, chwilami wręcz przerażający, podczas czytania co chwilę przechodziły mnie dreszcze, a ciarki na ciele miałam przez większą część lektury. Nie radzę czytać tej książki w nocy, o ile nie chcecie później bać się wyjść z łóżka...

Od razu też wspomnę tutaj o wydaniu książki. Tekst, w porównaniu z pierwszym wydaniem, został poprawiony stylistycznie i językowo, tak by czytało się go łatwo i płynnie. Książka wydana jest w solidnej twardej oprawie, z dbałością o każdy szczegół. W środku znajdziemy też ilustracje Michała Loranca – zrobię kilka zdjęć, jak tylko dotrze do mnie egzemplarz finalny. Ogólnie wydanie jest naprawdę piękne, staranne i eleganckie.

Wracając jednak do treści, to teraz pora na kilka słów o bohaterach. Karolina i Tomek są swoimi całkowitymi przeciwieństwami, różnią się od siebie jak noc i dzień, a jednak się kochają i chcą być ze sobą, mimo małych problemów w związku. Karolina jest niska, o płomiennych czerwonych włosach. Zagorzała katoliczka, która zachowuje swoje dziewictwo do czasu nocy poślubnej i nie pije alkoholu. Studiuje psychologię, czego w sumie w jej podejściu nie widać. Jak dla mnie dziewczyna prezentuje bardzo staroświeckie poglądy i nie umie ich nawet uzasadnić. Tomek też nie jest idealny. Studiuje matematykę, podchodzi do życia bardzo analitycznie, jest ateistą. W związku z Karoliną jest od 3 lat, ale oczywiście zdarzyło mu się kilka skoków w bok. Tomek to taki duży dzieciak, który (mimo wielkiego przeświadczenia o logicznym myśleniu) często nie myśli o konsekwencjach swoich decyzji i szybko wpada w gniew. Razem z Karoliną tworzą taką trochę mieszankę wybuchową, jednak jak twierdzą, mimo wszystko bardzo chcą być razem. Czy ten wypad na Suwalszczyznę im w tym pomoże czy wręcz przeciwnie? Na jakie próby zostanie wystawiony ich związek?

Książka porusza masę różnych tematów. Po pierwsze przedstawia czytelnikowi uroki Suwalszczyzny, opisuje jej naturalne piękno. Po drugie mamy tutaj bardzo ciekawe studium psychologiczne różnych ludzkich charakterów. Oczywiście temat związku, jego sensu i pracy nad nim też nieraz dochodzi do głosu. Autor świetnie czerpie z mitów i podań związanych z tym rejonem, w pewnym momencie nawet dokładnie przytacza jedną z legend. Najważniejszym jednak tematem jest temat wierzeń – wiary chrześcijańskiej, pogańskiej i jej całkowitego braku. Tak jak doktor Grudnik pisze w posłowiu, książka to ciekawa refleksja nad zależnością wiary, wiedzy i władzy. Co za tym idzie w lekturze znajdziemy wiele dialogów na temat wiary, gorące, porywające przemówienia, w których zostaje przytoczonych wiele logicznych wniosków. Ja swego czasu mocno się nad takimi tematami zastanawiałam, więc w książce znalazłam wiele kwestii, do których doszłam kiedyś sama, co było dla mnie miłym akcentem potwierdzającym moje własne prywatne rozważania.

Oczywiście jak na literaturę grozy przystało, wszystko to zamknięte jest w bardzo zgrabną i przerażającą historię. Tak jak ostatnio denerwują mnie sceny seksu i motywy paranormalne w książkach, tak tutaj wszystko dla mnie miało sens, pasowało i stanowiło logiczną, uzasadnioną i spójną całość.

Podsumowując, książka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Porusza kilka ważnych tematów, opisuje ciekawe wierzenia słowiańskie i ma naprawdę niesamowity klimat! Po tej lekturze tym bardziej jestem ciekawa tych terenów, chociaż nie jestem pewna czy teraz, w tym momencie, byłabym w stanie wejść do jakiegokolwiek lasu, nie wspominając już o tym suwalskim...

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vesper!



października 22, 2019

"Farma" Joanne Ramos

"Farma" Joanne Ramos

Tytuł: Farma
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak
Data premiery: 14.08.2019
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 392

„Farma” to debiut literacki Joanne Ramos. Autorka jest Filipinką, w wieku 6 lat przeniosła się z rodziną do USA. Jako osoba dorosła pracowała w sektorze bankowym, później zajęła się dziennikarstwem. Pomysł na tę książkę chodził jej po głowie dosyć długo, a zaczęło się od momentu, kiedy pomiędzy pracą w banku a dziennikarstwem poświęciła się rodzinie i dzieciom – uświadomiła wtedy sobie, że jedyne Filipinki jakie zna to pomoc domowa i opiekunki do dzieci, ba! Nawet sama miała jedną! Od tego czasu zaczęła nawiązywać z nimi znajomości słuchając ich historii. I tak narodził się pomysł na tę książkę.

Historia „Farmy” kręci się wokół pewnego ośrodka – Farmy Złociste Dęby, w którym kobiety o niższym statusie ekonomicznym (czyli główne imigrantki) zostają zatrudnione jako surogatki – zachodzą w ciążę dla bogatych klientów Farmy. Farma znajduje się w oddaleniu od Nowego Jorku, w pięknym otoczeniu przyrody, to duży obszar, z wygodami o jakimi średnia klasa może tylko pomarzyć. Brzmi wygodnie, prawda? Jednak jak szybko wychodzi na jaw, nic nie jest tak proste jak się wydaje, a ludzi napędza głównie chęć zarobienia jak największych pieniędzy.

Kompozycyjnie książka składa się z w miarę krótkich rozdziałów podzielonych na cztery osoby: Jane, Mea, Ate i Reagan. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, a narrator mimo że trzecioosobowy, przedstawia sytuacje z punktu widzenia wypowiadającej się postaci. Każda z nich ma inną motywację do działania. Styl książki jest przyjemny, książkę czyta się szybko i łatwo, narracja przedstawiona jest z dbałością o szczegóły. Trochę gorzej wypada korekta książki – dziwnie dużo błędów się przez nią przedarło, co mnie dosyć zdziwiło, bo w innych książkach wydawnictwa nie zauważyłam tylu wpadek.

Tak jak zaznaczyłam, bohaterek powieści jest czwórka. Jane to młoda Filipinka, która całkiem niedawno odeszła od swojego zdradliwego męża razem z malutką miesięczną córeczką. Jane jest trochę nijaka – ostrożna, nie ma swojego zdania, daje innym sobą sterować, miałam wrażenie, że woli sama o sobie nie decydować, a zastawia to innym. Do odejścia od męża skłoniła ją Ate, stara kobieta, jej kuzynka, która jest drugą bohaterką powieści. Ate, też imigrantka z Filipin, od ponad 20 lat pracuje w Stanach, a każdy grosz wysyła dzieciom i inwestuje w nieruchomości na Filipinach. Ate całkiem inaczej postrzega świat niż Jane, wie co zrobić by zarobić, dużo pracuje, nie zwracając uwagi na samą siebie. W każdej sytuacji widzi pieniądz. Niemniej jednak jej marzeniem jest, by zebrać tyle pieniędzy, by mogła w końcu wrócić do swoich dzieci i zamieszkać w jednym z wybudowanych przez siebie domów.
Trzecią bohaterką książki jest Mea – dyrektorka Farmy, która odpowiada za całe te przedsięwzięcie. Mea chce w życiu osiągnąć sukces, wręcz jest kobietą sukcesu – nie wyobraża sobie nie pracować, a każdego dnia chce piąć się w górę. To kobieta ambitna, która chce być ważną i zauważaną. Wie do czego dąży, czasami czytelnik może mieć wrażenie, że nic poza tym się dla niej nie liczy.
Ostatnią bohaterką jest Reagan – młoda dziewczyna, amerykanka, która jest w swoim życiu mocno zagubiona. Nie wie czego chce, nie ma na siebie pomysłu, po prostu chce zrobić coś znaczącego. Dlatego też decyduje się na surogactwo na Farmie, gdzie zaprzyjaźnia się z Jane.

Książka porusza wiele istotnych tematów, tak wiele, że na pewno nie uda mi się wspomnieć o wszystkich, a i pewnie każdy czytelnik znajdzie w książce coś innego. Ogólnie powieść jest o kobietach, o podziałach ekonomicznych i o różnych celach i ścieżkach życiowych.

Zacznijmy może od tego najbardziej oczywistego, od Farmy. Wizja życia przedstawionego w książce jest dosyć niepokojąca, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że to już się dzieje. Przecież w Stanach surogactwo jest legalne, prawda? To czemu nie założyć ośrodka, w którym o takie kobiety będzie się dbać? Gdzie będą mogły przez 9 miesięcy żyć w jak najlepszych standardach? To nie jest jednak takie proste. Pierwsze pytanie – co jest ważniejsze – matka (surogatka) czy dziecko? W sytuacji takiej jak w książce ewidentnie to drugie. Bo kim są te kobiety decydujące się na świadczenie takiej usługi? Przeważnie kobiety biedne, które zrobią wszystko, by zarobić, a jednocześnie raczej nie mają przy sobie kogoś, kto będzie mógł wnieść głośny sprzeciw, kiedy dzieje im się krzywda. W takiej sytuacji kobieta traci w ogóle prawo decydowania o sobie, o swoim ciele, zostaje potraktowana jak rzecz, jak inkubator dla dziecka. To temat ciężki, aktualny i mocno problematyczny, który wzbudza kontrowersje.

Drugi główny temat to sytuacja imigrantek w USA. U nas w Polsce ten problem nie jest aż tak widoczny problem, ale w Stanach jest ogromnie dużo różnych narodowości, które przyjechały tam tylko po to, by zarobić, by ziścić swój amerykański sen. Kobiety, te z Filipin, bo o nich głównie jest tak książka, zostawiają swoje dzieci i jadą do USA wykonywać najczarniejszą pracę, w najbardziej upokarzających warunkach, by tylko coś zarobić. Jeden z problemów w takiej sytuacji to właśnie te fatalne warunki pracy i mieszkaniowe,to tak jakby znowu te kobiety nie były postrzegane jako ludzie, a istoty niższego sortu, coś gorszego, coś do usługiwania. Po drugie pomyślcie jakie to musi być ciężkie, zostawić swoje dzieci, i ruszyć do obcego kraju. Czy faktycznie jest to konieczne? Czy nie ważniejsze jest bycie razem? Po co pieniądze w sytuacji, kiedy matka nie może zobaczyć od 20 lat swoich dzieci? Czy faktycznie wykształcenie jest ważniejsze od wychowania? Przeogromna ilość pytań, na które nie jest łatwo znaleźć odpowiedź.

Książka porusza też kwestie podejścia białych, bogatych pań do swoich pracowników. To też ciężki temat, na który w sumie nie chcę wypowiadać się konkretnie, bo nie mam do tego wystarczających danych. W książce bogacze przedstawieni są raczej jednoznacznie – źle. Nie zależy im na swoich pracownikach, o nikogo się nie troszczą, wykorzystują innych i dbają tylko o siebie. Takie podejście wydaje mi się trochę za bardzo generalizujące, ale ja jednak nie żyję w takim świecie, więc pozostawię to bez oceny.

Ostatni temat, o którym chcę wspomnieć, to kobiety sukcesu. Mea jest dobrym przykładem, chociaż może trzeba by się bardziej skupić na jej klientkach, które w pogodni za sławą i pieniądzem zapomniały o stworzeniu rodziny. Może nie zapomniały, ale wybrały jedne kosztem drugiego. Chcąc coś znaczyć w świecie musiały odrzucić swoją kobiecość, pragnienie założenia rodziny. To ciężkie wybory, które z czasem mogą okazać się jednak niewłaściwe.

By już więcej nie przedłużać powiem tylko, że „Farma” to książka aktualna, zadająca wiele ważnych pytań, zmuszająca do myślenia. Przez większą jej część przynajmniej. Cały finał powieści trochę mnie rozczarował, zamiast czegoś znaczącego dostaliśmy trochę sensacji. Same zamknięcie książki, epilog, według mnie też był za bardzo wygłaskany, za miły – liczyłam na coś mocnego, takiego że skończyłabym książkę i nie mogłabym się ruszyć z wrażenia, a tutaj dostałam laurkę. Jak na taką książkę, to było to zdecydowanie za bezpieczne. Niemniej jednak cieszę się, że książkę przeczytałam, nawet po długości recenzji widać, jak wiele pytań, przemyśleń i emocji we mnie wzbudziła.

Moja ocena: 7,5/10

Książkę mogłam przeczytać w ramach book toura zorganizowanego przez @ksiazka.w.pigulce (IG) – dziękuję!

października 18, 2019

"Anonimowa dziewczyna" Sarah Pekkanen, Greer Hendricks - recenzja przedpremierowa

"Anonimowa dziewczyna" Sarah Pekkanen, Greer Hendricks - recenzja przedpremierowa

Autor: Greer Hendricks, Sarah Pekkanen
Tytuł: Anonimowa dziewczyna
Tłumaczenie: Marta Faber
Data premiery: 22.10.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 446

„Anonimowa dziewczyna” to druga książka napisana przez duet autorek Greer Hendricks i Sarah Pekkanen. Rok temu na polskim rynku ukazała się ich pierwsza książka „Żona między nami”, dobry thriller psychologiczny w tematyce domestic noir, który naprawdę mocno zaskoczył mnie zakończeniem. Książka była światowym bestsellerem, chodzą nawet słuchy o produkcji filmowej. „Anonimowa dziewczyna” również ma szansę na przeniesienie na ekran, jednak ten nieco mniejszy, bo serialowy. Co do samych postaci autorek to dla Greer Hendricks to jej druga książka – wcześniej była edytorem i współpracowała z Sarah. Sara Pekkanen z kolei ma na swoim prywatnym koncie już sporo publikacji, zaczęła pisać już jako dziecko. Wydawała też swoje książki pod pseudonimem Chuck E. Cheese.

Akcja „Anonimowej dziewczyny” kręci się wokół badania nad etyką i moralnością przeprowadzonego przez poważanego psychiatrę doktor Shields. Do udziału zaproszone zostają młode kobiety, badanym zapewnia się całkowitą anonimowość. Jessica Faris, trochę z przypadku a trochę z potrzeb materialnych, decyduje się na udział. Wygląda na to, że wystarczy odpowiedzieć na pewną pulę pytań, 4 godziny w dwa dni, a można zarobić całkiem sporo. Jednak, kiedy dziewczyna mocno uzewnętrznia się przy udzielaniu pytań, nagle wszystko się zmienia. Jess zostaje zaproszona do kontynuacji badania i może zarobić dużo dużo więcej. Jednak z czym to się wiąże? Co kobieta będzie musiała zrobić i do czego ją to wszystko doprowadzi?

Od strony kompozycji książka podzielona jest na trzy części i epilog. Każdą z części otwiera coś jakby wycinek psychologicznego artykułu dotyczącego moralności. Podział na trzy części to też tradycyjny podział na wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Części podzielone są na rozdziały, w całości jest ich 69. Każdy z nich na wstępie opatrzony jest datą i dniem tygodnia. Narracja prowadzona jest przez dwóch narratorów – Jess w narracji pierwszoosobowej czasu teraźniejszego oraz doktor Shields w drugiej osobie czasu teraźniejszego, która swoje słowa kieruje do Jessiki. Muszę przyznać, że sposób narracji jest prowadzony ciekawie, na początku nie byłam przekonana do narracji w drugiej osobie, jednak szybko się przyzwyczaiłam i muszę uznać ją za całkiem interesującą. Styl powieści dostosowany jest do osoby, która w danym momencie się wypowiada. Wypowiedzi dr Shields są zdecydowanie bardziej uważne, spokojne, dużą uwagę poświęcają na każdy szczegół w zachowaniu drugiej osoby.

Główną bohaterką, a zarazem badaną jest Jessika Faris. Dziewczyna przed 30stką, wizażystka, która kilka lat temu przyjechała do Nowego Jorku, by pracować w teatrze. Teraz trochę się u niej pozmieniało, zatrudniła się w firmie kosmetycznej i dzień w dzień dojeżdża komunikacją miejską do klientów na prywatne sesje makijażu. Dziewczyna bardzo poważnie podchodzi do badania, jej odpowiedzi są odważne i szczere, nie krępuje się, mimo że ewidentnie od początku skrywa jakąś tajemnicę. I to nie jedną. Wraz z zaangażowaniem w badanie wzrasta jej dziwna fascynacja i uległość w stosunku do psychiatry...

Za szybą w pokoju, w którym odbywa się badanie, stoi dr Shields. To osoba bardzo profesjonalna, która podchodzi do każdej sprawy ze spokojem i dużym wyważeniem. Jej zawód mocno wpływa na postrzeganie świata, jest niesamowicie uważna, wrażliwa na każdy najmniejszy gest czy słowo. Potrafi też swoje umiejętności wykorzystać dla swoich korzyści. Wie, co wzbudza w człowieku zaufanie, wie jak manipulować, by otrzymać to co chce. Jest sprytna i przebiegła, jednak ona też skrywa pewne tajemnice...
„Czasem relacja z drugim człowiekiem, która wydaje się pełna troski i wsparcia, stanowi ukryte zagrożenie.”
W tej powieści jest jeszcze trzeci aktor. To partner dr Shields. Jak i pozostałe dwie osoby, on też coś ukrywa, a jego rola w całej powieści jest większa niż można by przypuszczać.

W całej powieści panuje dosyć tajemnicza i napięta atmosfera. Mimo że historia przestawiona jest z dwóch punktów widzenia, to niewiele to rozjaśnia. Nie znamy motywacji ani dokładnej przeszłości bohaterów, każdy z nich ma jakieś ukryte motywy, które nim kierują. Do czego cała ta sytuacja doprowadzi? Dodatkowo napięcie podsycane jest ciągle przez dziwną niezdrową wręcz fascynację Jess wobec psychiatry, a zimne i spokojne spojrzenia dr Shields wzbudzają duży niepokój.

Książka to zderzenie teorii psychologii z życiem. Udowadnia, że nie wszystko można sprowadzić do liczb i wykresów, mimo że 99 osób postępuje tak samo, wcale nie znaczy to, że ta setna nie postąpi całkiem inaczej. Człowiek w ostatecznym rozrachunku jest nieprzewidywany. Chcąc lepiej zrozumieć drugą osobę, musisz znać jej motywacje.

Dużą rolę w powieści odgrywa też tajemnica, sekret. Czy w ogóle coś takiego jak sekret istnieje? Kiedy tajemnica przestaje nią być?
„Sekret jest sekretem tylko wtedy, gdy zna go jedna osoba.”
Podsumowując, „Anonimowa dziewczyna” to dobry, wciągający thriller psychologiczny. Książkę czyta się szybko, dzięki naprzemiennej narracji i krótkim rozdziałom nawet nie zauważa się przewracania kolejnych stron. Intryga jest dobrze skonstruowana, trzyma w napięciu praktycznie do końca, czytelnik raczej nie będzie narzekał na brak zwrotów akcji. Nie jestem tylko całkiem przekonana co do zakończenia, ale też nie wiem co w tym wypadku mogłoby mnie usatysfakcjonować. Ogólnie jestem zadowolona i na pewno sięgnę po kolejną książkę autorek. To dobry duet!

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

października 17, 2019

"Zniknęli na zawsze" Tim Weaver

"Zniknęli na zawsze" Tim Weaver

Autor: Tim Weaver
Tytuł: Zniknęli na zawsze
Cykl: David Raker, tom 4
Tłumaczenie: Jan Kruk
Data premiery: 12.08.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 544

„Zniknęli na zawsze” to 4 tom o dziennikarzu/detektywie Davidzie Rakerze, jednak dla mnie to była pierwsza styczność z prozą Tima Weavera, z czego, od razu mogę powiedzieć, że bardzo się cieszę! Od dawno chciałam zaznajomić się z jego twórczością, w końcu wznowienie serii o Rakerze mi to umożliwiło.
Tim Weaver to brytyjski pisarz i dziennikarz. Jego teksty można było znaleźć w znanych angielskich czasopismach, w 2010 roku debiutował jako autor serii o Davidzie Rakerze. Do dnia dzisiejszego na rynku angielskim ukazało się 10 tomów cyklu, na polskim 6. Po przeczytaniu czwartego nie pozostaje mi nic innego jak szybko nadrobić wszystkie pozostałe książki autora!

Akcja „Zniknęli na zawsze” toczy się pomiędzy małą wioską Devon w Anglii a Las Vegas w USA. Na plaży w Devon 13letni chłopiec podczas łowienia krabów znajduje zwłoki człowieka. Przestraszony mówi o tym matce, ta znajomemu rybakowi, ten z kolei zawiadamia policję, a przy okazji Healy’ego, który od kilku miesięcy pomieszkuje w domu Rakera. W tym samym czasie do Davida przyjeżdża Emily, jego nastoletnia miłość i prosi, by odnalazł jej siostrę razem z całą jej rodziną (mężem i dwoma córkami), którzy 10 miesięcy wcześniej zniknęli ze swojego domu w bardzo dziwnych okolicznościach. David obiecuje, że zorientuje się w sprawie, mimo że jeszcze do końca nie wydobrzał po ostatnich przejściach... Czy te dwie sprawy są połączone? Co się stało z rodziną Emily? Czy żyją? Uciekli? Ktoś ich porwał? I jak w tym wszystkim odnajdzie się osłabiony Raker?

Od strony kompozycji książka wygląda tak jak lubię – 5 części i 72 krótkie rozdziały, które poprzetykane są kilkoma wycinkami z przeszłości, kluczowymi by w pełni zrozumieć całą intrygę. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, wyłączając momenty, kiedy historię opowiada David – robi to w pierwszej osobie, przez co czytelnik może zaznajomić się z jego tokiem myślenia. Styl powieści jest przyjemny, często narracja skupia się na detalach otoczenia, co nadaje książce świetnego klimatu.

Oczywiście pierwsze skrzypce w powieści odgrywa David Raker. Jest to mężczyzna gdzieś w okolicach 40stki, który sporo już w swoim życiu przeszedł. Kiedyś być dziennikarzem, lecz po śmierci żony zajął się odnajdywaniem osób zaginionych. W tym tomie poznajemy go w chwili, kiedy dochodzi do siebie po zamachu na swoje życie (podejrzewam, że to wydarzenia z trzeciego tomu). By w pełni tego dokonać uciekł z Londynu do Devon, gdzie spędził swoje dzieciństwo, gdzie żyli jego rodzice. David jest inteligentny, skupiony na celu, ma też dużo znajomości, które ułatwiają mu pracę. Ogólnie muszę przyznać, że polubiłam tego bohatera i bardzo chciałabym dowiedzieć się więcej o jego wcześniejszych, jak i późniejszych losach.

Sprawa, którą zajmuje się David, jest bardzo dziwna. Pewnego dnia rodzina Emily nagle zniknęła. W domu zostało wszystko tak, jakby wszyscy w domu byli (jedzenie na kuchence, rozrzucone zabawki, pies w domu), tylko że nagle nikogo w nim nie było. Żadnych śladów walki, żadnych śladów ucieczki, nic. Policja jest bezradna, prześwietliła wyciągi z banku, z telefonów, komputery i nic nie znalazła. David jednak skrupulatnie bada wszystko jeszcze raz, licząc że właśnie on wpadnie na coś, co przegapiła policja. Czy mu się uda? Co się stało z Lingami? To była przecież zwyczajna rodzina.

Akcja powieści przez pierwsze 200 stron toczy się spokojnym tempem, wprowadza bardzo ciekawy nastrój małej nadmorskiej miejscowości, która w listopadzie, kiedy toczy się główna fabuła, jest ciągle smagana wiatrem i deszczem, a co za tym idzie jest pełna szmerów, jednostajnych, monotonnych odgłosów. Z miasteczkiem wiąże się też dosyć tragiczna historia, która wydarzyła się kilkanaście lat wcześniej... Muszę przyznać, że klimat tej książki urzekł mnie już właśnie tymi pierwszymi stronami, oddany jest bardzo obrazowo, świetnie buduje taki „szary” nastrój.

Po wspomnianych 200 stronach akcja nagle intensywnie przyspiesza i tak naprawdę nie zwalnia już do końca powieści. Dużo się dzieje, emocje wzrastają, szczególnie iż do końca nie sposób odgadnąć o co w historii chodzi. W chwili kiedy już była pewna, że wiem, kto za tym wszystkim stoi, autor zaskakiwał zwrotem akcji, tak że wszystkie moje podejrzenia okazywały się nietrafione. Fabuła wodzi czytelnika za nos, nic nie jest tak oczywiste jak można by przypuszczać, a kilka mocnych zwrotów akcji wręcz wbija w fotel. Nie wspomnę już nawet o zakończeniu!

Podsumowując, „Zniknęli na zawsze” to kawał dobrego dobrego thrillera, który początkowo urzeka nadmorskim, deszczowym klimatem malutkiej brytyjskiej miejscowości, by w końcu wciągnąć w fabułę tak mocno, że książka staje się wręcz nieodkładalna. Intryga zbudowana jest logicznie, ale jest na tyle rozbudowana, że nie sposób jej przewidzieć. Narrator bawi się z czytelnikiem, wpuszcza go w przysłowiowe maliny, a bohaterowie są równie nieoczywiści co sama intryga. Ja jestem bardzo zadowolona z lektury i od razu wpisuję na swoją listę do przeczytania wszystkie pozostałe tomy serii.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!


października 16, 2019

"Pasażer na gapę" Adrian Bednarek

"Pasażer na gapę" Adrian Bednarek

Tytuł: Pasażer na gapę
Data premiery: 24.04.2019
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 408

Adrian Bednarek to dosyć głośne nazwisko na polskim rynku kryminalnym. Autor duży rozgłos zdobył swoim cyklem o Kubie Sobańskim, prawniku i seryjnym mordercy. Jego książki cechuje brutalność w opisach zbrodni i dosadność oraz zawsze pojawiający się bohater-psychopata więc sięgając po książki tego autora trzeba nastawić się na mocną lekturę! Wcześniej miałam okazję sięgnąć po jedną książkę autora, która nie była częścią serii, tj. „Skazany na zło” (recenzja tutaj!) - nie całkiem trafiła w moje gusta, ale postanowiłam dać autorowi jeszcze jedną szansę i zdecydowałam się na dobrze ocenianego „Pasażera na gapę”. Czy faktycznie ta pozycja wypadła lepiej?

Akcja „Pasażera na gapę” rozpoczyna się w szpitalu psychiatrycznym. Maciek, młody chłopak, został uznany za niepoczytalnego przy napadzie, dzięki czemu zamiast do więzienia trafił do psychiatryka. Niestety lekarz przejrzał jego podstęp i nie chce go zwolnić, więc chłopak razem ze swoją dziewczyną Magdą planują ucieczkę. Dzień przed realizacją planu do pokoju Maćka zostaje przydzielony drugi pacjent – Nowy, czyli Konrad, około 40letni mężczyzna. Maciek nie chce rezygnować z ucieczki, więc nie pozostaje mu nic innego jak wziąć Konrada ze sobą... Jak potoczą się ich dalsze losy? Kim w ogóle jest Nowy? Czy przypadkiem nie zagraża im z jego strony śmiertelne niebezpieczeństwo?

Kompozycyjnie książka prezentuje się tak jak lubię – 47 krótkich rozdziałów i epilog. Akcja powieści jest wartka, książkę czyta się zadziwiająco szybko. Jedyna moja uwaga tyczy się języka – jest bardzo potoczny, wręcz uliczny, nie stroni od przekleństw. Na początku ciężko było mi się do niego przyzwyczaić, szczególnie, że przed tą lekturą czytałam książkę, w której dbałość o piękny poprawny język była mocno widoczna. A tutaj było dla mnie trochę za potocznie, jednak rozumiem, że autor właśnie w taki sposób chciał tą opowieść przekazać, co po części, ze względu na bohaterów, było uzasadnione.

Co do bohaterów, to jak to u Bednarka bywa, cała fabuła opiera się na postaci psychopaty – tutaj jest nim Nowy. Z początku nic o nim nie wiadomo, dlatego też nie chcę za wiele o nim pisać, jednak jego przeszłość, to za co trafił najpierw do więzienia, później do psychiatryka, była okropna i ekstremalnie brutalna. W czasie ich ucieczki dla Nowego liczy się tylko wyjście na wolność i dokończenie tego, czego nie udało mu się zrobić przed złapaniem... Nic innego się dla niego nie liczy, a Maciek i Magda są tylko jego środkiem do celu.

Maciek i Magda z kolei, to zakochana młoda para. Obydwoje z dosyć trudną przeszłością, pochodzą z patologicznych czy niepełnych rodzin. Ich losy połączyły się podczas kradzieży, później razem kontynuowali tą ścieżkę. Maciek to w sumie dobry chłopak, który bardziej przez towarzystwo i los stał się tym kim jest. Z Magdą jest trochę inna historia, dziewczyna jest mniej jednoznaczna. Niemniej jednak podczas ucieczki ich jedynym pragnieniem jest bycie wolnym i znalezienie własnego kąta, gdzieś na uboczu, by wieść spokojne życie i nikomu nie rzucać się w oczy.

Fajną postacią jest też policjant – komisarz, który pierwszy raz złapał Nowego. To taki policjant z krwi i kości, który poświęca wszystko, by łapać złoczyńców. Jego rodzina trochę to rozumie, a trochę ma mu za złe, co w książce jest ciekawie przedstawione.

Akcja powieści toczy się główne w czasach aktualnych, podczas ucieczki, poprzetykana jest jednak wspomnieniami z przeszłości, a co za tym idzie, razem z biegiem akcji, coraz więcej dowiadujemy się też o przeszłości bohaterów.

Ogólnie mam wrażenie, że ta książka to była dla mnie taka trochę grzeszna przyjemność. Akcja powieści mocno mnie wciągnęła, spędziłam z nią dobrych kilka wieczorów czystej rozrywki. Język jednak trochę kłuł mnie w oczy, było też trochę „nastolatkowych” scen seksu. Nie jest to na pewno literatura wysokich lotów, ale dla relaksu i odmóżdżenia jak najbardziej można sięgnąć 😉

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae Res!


października 15, 2019

"Wędrowny Zakład Fotograficzny" Agnieszka Pajączkowska

"Wędrowny Zakład Fotograficzny" Agnieszka Pajączkowska

Tytuł: Wędrowny Zakład Fotograficzny
Data premiery: 14.08.2019
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 384

O Wędrownym zakładzie Fotograficznym usłyszałam trzy lata temu w Polskim Radiu Trójka. Mówili o autorce, Agnieszce Pajączkowskiej, o tym, że jeździ żółtym busikiem wzdłuż wschodniej granicy i za zdjęcia zbiera historie. Bardzo mnie to wtedy zaintrygowało, więc w momencie kiedy dowiedziałam się, że z tego projektu powstała książka, to wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać!
„Kiedy dostanę za zdjęcie obiad, łubiankę truskawek albo siatkę z jajkami, to wtedy dotrę do pogranicza fotografii – miejsca, w którym na ona swoją wartość wymienną, nie jest celem, tylko pretekstem do spotkania. Na tym wymiana się skończy, ale zacznie się o wiele więcej.”
Autorka projekt ten realizuje od 2012 roku. Co roku latem wsiada do swojego żółtego trzydziestoletniego volkswagena T3, w którym ma łóżko i kuchnię i wyrusza w drogę w poszukiwaniu dawnych historii. Głównym celem jej wyprawy są malutkie zapomniane wsie wzdłuż granicy wschodniej, te, które doznały największych zmian po II wojnie światowej, tj. wysiedlenia, akcja „Wisła” czy rzeź Wołyńska. Pomysł na Wędrowny Zakład Fotograficzny autorka zaczerpnęła po prostu z historii – dawniej istniał taki zawód jak obwoźny fotograf, który oferował napotkanym mieszkańcom zdjęcia do dowodów, paszportów czy portrety. Agnieszka zdecydowała się na mniej oficjalną formę – zwyczajne zdjęcia, najczęściej po prostu pamiątkowe, drukowane na małej przenośnej drukarce.
„Gdy wszystko stawało się cyfrowe, ona (drukarka), na przekór, zamieniała piksele na papier.”
Zdjęcia, które miały być tylko pretekstem do zagajenia rozmowy, do poznania historii z dawnych lat, tych prywatnych, osobistych wspomnień. I właśnie z tych zasłyszanych historii powstała książka. Nie jest to opowieść ciągła, a właśnie wyrywkowe rozmowy, wspomnienia, spostrzeżenia z podróży.

Kompozycyjnie książka podzielona jest na lata 2012 – 2017, które z kolei dzielą się na państwa, obok których granicy autorka jeździła. Książkę otwierają 3 piękne cytaty dotyczące fotografii, dostajemy też bardzo konkretny wstęp, w którym autorka pisze o celu podróży i przygotowaniach do wyprawy. Całość zamykają podziękowania, z których też można zaczerpnąć trochę informacji. W książce znajdziemy oczywiście też kilka fotografii przywiezionych z drogi.

Jeśli chodzi o samą Agnieszkę Pajączkowską, to jest to bardzo kreatywna dusza. Organizuje, bierze udział i wspiera wiele projektów kulturalnych, jak sama twierdzi, interesuje ją łączenie sztuki z praktyką. Chce, by sposób przedstawienia skłaniał do myślenia. Interesuje się przeszłością, po to, by dowiedzieć się czegoś o teraźniejszości. Działa samotnie, w zespole, koordynuje działania innych. Jest laureatką konkursu „Kulturystka Roku 2016” oraz w tym roku wydała razem z Aleksandrą Zbroją książkę „A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi”.

Teraz trochę o stylu książki. Tak jak już wspomniałam, książka składa się z wielu krótkich historii, wręcz wyrywków opowieści. Czasami autorka przytacza całe rozmowy, czasami opowiada własnymi słowami – jak sama wspominała we wstępie, część rozmów nagrywała, z części robiła tylko notatki. Nie zmienia to jednak faktu, że książka pisana jest bardzo ładnym językiem, z dużym poszanowaniem słowa. Oczywiście często natykamy się w treści na naleciałości wschodnie, jednak nie sprawia to żadnym problemów w czytaniu i zrozumieniu treści. Szczerze przyznam się, że mimo, że podczas czytania jakoś nie zwróciłam uwagi na ten ładny język, po prostu książkę czytało mi się łatwo i przyjemnie, tak jak skończyłam tę i zaczęłam czytać kolejną, to doznałam szoku językowego (że tak się wyrażę). Dopiero w porównaniu z inną byłam w stanie docenić tę dbałość o piękny styl wypowiedzi.

W książce znajdziemy wiele różnych opowieści. Oczywiście nacisk autorka kładzie na rozmowy z napotkanymi osobami, głównie ze starszymi, które wypytywała o czasy wojenne i powojenne. Wiele osób przytaczało swoje wspomnienia z czasów przesiedleń, opowiadało jak to wszystko wyglądało, jak zmuszani byli do porzucania dotychczasowego życia i przerzucani po prostu w inne miejsce. Jak rozpadały się rodziny, jak urywały przyjaźnie, ginęły miłości. Wiele osób wspomina też jak wyglądało ich codzienne życie, jak się zarabiało, jak zawierało małżeństwa, wychowywało dzieci. Te opowieści są mocno napakowane emocjami, muszę przyznać, że nieraz się wzruszyłam. Niemniej jednak warto podkreślić, że książka zmusza do wielu refleksji, nie tylko nad tym co było, ale co jest, co mamy teraz. Pokazuje też, że narodowość nie jest ważna, chociaż wielu napotkanych ludzi uważa inaczej.
„Dotarło do mnie, że przez miesiąc będę rozdawała raczej byle jakie zdjęcia, dostając w zamian sytuacje, które obtłuką mnie jak emaliowaną miskę, odrapią skutecznie z przyjemności sentymentalnego myślenia o wsi.”
Prócz historii z dawnych czasów autorka opisuje też swoje podróże, jakie emocje jej towarzyszyły, opisuje różne dziwne sytuacje i rozmowy. Część z nich jest zabawna, część dosyć straszna. Osobiście bardzo podziwiam autorkę za odwagę – w końcu większą część podróży jeździła sama (później z psem, jednak raczej nie obronnym 😉 ) po małych wioskach, gdzie nie wiedziała co znajdzie. Mi osobiście zabrakło by odwagi, a autorka, mimo kilku niepokojących sytuacji, nie poddała się, nie zrezygnowała w połowie, nie dała się zniechęcić. Naprawdę chylę czoła!

Podsumowując, „Wędrowny Zakład Fotograficzny” to naprawdę lektura godna uwagi. Piękne opowieści, piękny styl, piękne zdjęcia. I mimo że decydując się na tę książkę spodziewałam się trochę czegoś innego (liczyłam na jedną ciągłą opowieść z trasy i wiele zdjęć, a dostałam wyrywkowe wspomnienia i rozmowy i tylko kilka fotografii), to muszę powiedzieć, że nie żałuję, a wręcz jestem książką oczarowana! Wiele też się z niej nauczyłam i dała mi dużo do myślenia, o ludziach, ich losach, i ogólnie życiu zarówno dawnym jak i tym aktualnym, codziennym. Bardzo się cieszę, że mogłam tę książkę przeczytać, na pewno na długo zostanie w mojej pamięci.
Zachęcam też do odwiedzenia strony internetowej projektu, gdzie znajdziecie piękne zdjęcia i wiele opisów – można przepaść na dobrych kilka godzin! http://wedrownyzakladfotograficzny.pl/

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarne!


października 15, 2019

"Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka" Małgorzata J. Kursa - zapowiedź

"Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka" Małgorzata J. Kursa - zapowiedź
Czy może być coś lepszego do czytania jesienną porą niż komedia kryminalna? Na wesoło, ale jednak z trupem! Idealny gatunek na jesienną chandrę ;) 23 października Wydawnictwo Lira zadba o nasze nastroje - to dzień premiery nowej komedii kryminalnej autorstwa Małgorzaty J. Kursy pt. "Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka"!


Eliza, żwawa księgowa z Kraśnika, nie może uwierzyć w samobójstwo sąsiadki, która zginęła, wypadając z okna. Dzieli się wątpliwościami ze swoją wieloletnią przyjaciółką Malwiną. Obie panie postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce... Nieboszczka w opinii Elizy tryskała radością, a przecież osoby szczęśliwe nie odbierają sobie życia! Malwina i Eliza, dzielny osiedlowy duet, wszczynają śledztwo, poświęcając nań zaplanowany wspólny urlop, choć każda decyduje się na to z innych powodów...
Czy dwie dociekliwe i bardzo pomysłowe pięćdziesięciolatki poradzą sobie ze skomplikowaną sprawą, dysponując jedynie wiedzą nabytą z oglądanych filmów kryminalnych? Czy sprzeczne motywy nie przeszkodzą ich prywatnemu dochodzeniu? Samobójstwo czy zabójstwo? Gwarantujemy, że kibicując ich śledztwu, padniecie trupem z wrażenia!


 Autorka ma na swoim koncie już kilka komedii, jednak dla mnie to będzie pierwsze spotkanie z jej prozą i jestem naprawdę bardzo ciekawa czy przypadnie mi do gustu! Mam duże nadzieje na dobrą lekturę! Na razie możemy się pozachwycać okładką, która prezentuje się bardzo gustownie :) 
To jak, czekacie ze mną na premierę?


Autor: Małgorzata J. Kursa
Tytuł: Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka
Data wydania: 23.10.2019
Wydawnictwo: Lira
Liczba stron: 272


października 13, 2019

Kilka pytań do ... Piotra Wójcika, autora "Winy"

Kilka pytań do ... Piotra Wójcika, autora "Winy"

Czym różni się pisanie powieści od publicystyki, z którym ze swoich bohaterów autor chciałby się  zaprzyjaźnić, za co podziwia Chmielarza i Żulczyka oraz ile tomów będzie liczyć cykl "Metropolia"? 
Zapraszam na rozmowę z Piotrem Wójcikiem!


Piotr Wójcik notka biograficzna:
publicysta i felietonista piszący głównie o sprawach ekonomiczno-społecznych. Wychowany na tyskim blokowisku, mieszka w Katowicach. Lewicowy katolik. Lubi hip-hop, seriale, politykę społeczną i wysokie podatki. Nie lubi coachingu i filozofii sukcesu.




Niedawno w moje ręce trafił Pana debiut kryminalny – od razu zaznaczam, że bardzo mi przypadł do gustu, jestem zaszczycona mogąc go objąć swoim patronatem! Dlaczego zdecydował się Pan akurat na ten gatunek literacki?

Dziękuję za miłe słowa. Fabuły kryminalne, nie tylko książki, ale też seriale czy filmy, mają według mnie dwie kluczowe zalety. Pierwsza jest oczywista – przykuwają uwagę czytelnika bądź widza. Obecność zagadki sprawia, że nie chcemy odłożyć książki, nawet jeśli nie jest zbyt dobrze napisana, co ułatwia zadanie początkującemu pisarzowi, którego styl jest jeszcze niedopracowany. Odkrywanie tajemnicy, na której osadza się fabuła, jest po prostu przyjemne, przynajmniej dla mnie. Postanowiłem więc zacząć pisać książki w gatunku, który sam najbardziej lubię.
Druga zaleta jest według mnie zdecydowanie ważniejsza. Kryminał daje bardzo duże możliwości przedstawienia relacji społecznych. Przestępstwo jest zwykle wynikiem skrzyżowania się przeciwstawnych interesów lub systemów wartości, które reprezentują jednostki lub grupy. Gdy pojawia się zbrodnia, to oznacza, że w jakimś miejscu społeczeństwa coś nie zagrało. Każda zbrodnia ma szerszy wymiar, kierując naszą uwagę nie tylko na sam akt, ale też realny problem społeczny.
Analiza klasowa i opisywanie porządku ekonomiczno-społecznego od zawsze było tym, co mnie najbardziej interesowało w mojej pracy publicysty. Kryminał daje mi w tym nowe możliwości, mogę pisać swobodniej i stawiać bardziej ryzykowne tezy, bo powieściopisarstwo kieruje się innymi, luźniejszymi zasadami niż komentowanie świata w gazetach.


Jakie są Pana wrażenia z pisania tej powieści? Jeśli jestem dobrze poinformowana, to Pana pierwsze tak duże przedsięwzięcie pisarskie.

Tak, to mój absolutny debiut, nigdy wcześniej nie napisałem nawet krótkiego opowiadania. Wrażenia mam bardzo dobre, pisanie beletrystyki przynosi więcej satysfakcji, niż publicystyka. Kreowanie świata, konstruowanie bohaterów i relacji między nimi sprawia dużo frajdy. Poza tym podczas pisania drugiej części „Metropolii”, którą też już skończyłem, swobodniej posługiwałem się słowem. Pisząc „Winę” byłem dosyć spięty, nie chciałem zrobić jakiegoś głupstwa, każdy przeżywa coś podobnego w nowej pracy. Pozytywne reakcje różnych osób, z którymi konsultowałem „Winę”, no i oczywiście fakt, że wydawnictwo Dragon zdecydowało się ją wydać, sprawiły, że nieco zeszło ze mnie ciśnienie i w drugiej części pozwalałem sobie na więcej. Majsterkowanie przy stylu również sprawia mnóstwo satysfakcji i rozwija warsztat. Dzięki napisaniu tych dwóch, jak na razie, książek, nauczyłem się rzeczy, które mogę wykorzystać także w publicystyce.


W „Winie” historia przedstawiona jest z punktu widzenia kilku bohaterów. Którego z nich polubił Pan najbardziej, a którego najmniej i dlaczego?

Lubię wszystkich czterech głównych bohaterów - a dokładnie trzech bohaterów i jedną bohaterkę. Każda z tych osób ma coś ze mnie, więc trudno, żebym ich nie lubił. Oczywiście żadna z nich nie jest aniołem i każda ma sporo na sumieniu, jednak do wszystkich czuję jakąś sympatię. Na początkowym etapie pisarstwa, na którym jestem, wyposaża się bohaterów w cechy, nawyki i reakcje, które samemu się u siebie kiedyś zaobserwowało. Oczywiście wszystkie zdarzenia w książce są zupełnie fikcyjne, jednak opisując działania bohaterów, siłą rzeczy robiłem to przez pryzmat moich wyobrażeń na temat emocji i odruchów.
Charakterologicznie chyba najbliżej mi do komisarza Pawła Góralczyka. Podobnie jak on, na co dzień żyję i działam według wyuczonych schematów i nie znoszę, gdy coś idzie niezgodnie z tym, co sobie zaplanowałem. Mam wtedy w głowie chaos i poczucie braku kontroli, którego serdecznie nienawidzę.
Natomiast najbardziej zaprzyjaźnić bym się chciał z Dawidem Kwiekiem, który przypomina mi środowisko, w którym dorastałem.


Co sprawiło Panu największą trudność podczas pisania?

Dwie rzeczy. Najpierw skonstruowanie głównego wątku kryminalnego, na którym opiera się intryga. Koniecznie chciałem, żeby był nieoczywisty i zaskakujący. Mam nadzieję, że mi się udało, w każdym razie na tym etapie najbardziej się męczyłem. Gdy wymyśliłem oś intrygi, pozostałe wątki przyszły do mnie jakby same.
Druga trudność pojawiała się już podczas pisania. Fabuła dzieje się wielotorowo i musiałem pilnować, żeby to wszystko się finalnie zgrało i było logiczne. Przynajmniej kilka razy zorientowałem się, że w jakimś podrozdziale napisałem coś, co nie powinno się tam pojawić. Na kilka takich rzeczy zwróciła mi też uwagę redaktorka. Pilnowanie logiki i chronologii w fabule przedstawianej z kilku perspektyw na pewno jest trudne, przynajmniej dla mnie.


Jak wyglądała Pana praca nad książką? Dzień w dzień ściśle według planu czy raczej bardziej była to kwestia natchnienia? I jak długo zajęło Panu jej stworzenie?

Napisałem ją szybko, od pomysłu na napisanie książki do wysłania jej do wydawnictwa minęły niecałe dwa miesiące, ale w tym czasie prawie niczego innego nie robiłem. Był wtedy okres świąteczno-noworoczny, więc miałem mało pomysłów i zleceń na teksty, co postanowiłem wykorzystać na napisanie książki.
Decyzja o napisaniu książki była w dużej mierze impulsywna, ale gdy już podjąłem, działałem bardzo schematycznie. Stworzyłem w sumie trzy lub cztery plany akcji, od ogólnego, jeszcze w zeszycie, do szczegółowego rozpisania scen. Oczywiście podczas pisania wprowadzałem zmiany, jeśli przyszło mi do głowy lepsze poprowadzenie akcji. Gdy już zacząłem spisywać historię, w pewnym momencie obliczyłem nawet liczbę znaków, które muszę pisać codziennie, żeby zdążyć w terminie, który sobie założyłem. Podobnie pracowałem podczas pisania drugiej części, którą tworzyłem w te wakacje, choć rygor narzuciłem sobie już luźniejszy. To może się wydawać dziwne, ale te parę lat zawodowego pisania dały mi przekonanie, że tworzenie jakiegokolwiek tekstu, nawet krótkiego komentarza na tysiąc znaków, bez planu zawsze kończy się słabym rezultatem.


Przy takiej powieści nie sposób nie wspomnieć o mieście, w którym akcja się rozgrywa. Zdecydował się Pan na Katowice, Pana obecne miejsce zamieszkania. Klimat i atmosfera miasta jest naprawdę rewelacyjna – czy na co dzień właśnie tak postrzega Pan to miasto? Lubi je Pan w ogóle? 😊

Tak, bardzo lubię. Wolę je zdecydowanie bardziej, niż Kraków czy Warszawę. I mówię tu o całej aglomeracji górnośląskiej, którą traktuję jak jeden ośrodek miejski. Aglomeracja górnośląska liczy jakieś 2,5 mln mieszkańców, więc jest porównywalna z obszarem funkcjonalnym Warszawy, jednak nie czuć tu tego wielkomiejskiego pędu do sukcesu, jaki widzę w Warszawie. Śląsk jest też mocno robotniczy, dzięki czemu nie ma tego intelektualistycznego rysu, który mnie męczy w Krakowie.
W Katowicach mnóstwo się dzieje pod względem kulturalnym, mamy chociażby kilka świetnych festiwali muzycznych, ale nie ma tu ciśnienia, żeby wszędzie być, że dobrze jest się pokazać tu i tu. Gdyby nie chaos architektoniczny, mógłbym powiedzieć, że klimat w aglomeracji górnośląskiej jest trochę czeski, co mi odpowiada.


Wiem, że „Wina” to pierwszy tom cyklu „Metropolia”. Czy wie już Pan z ilu części będzie się składał cały cykl? Czy ma Pan już ogólny zarys całości? A może nawet coś więcej?

Założyłem, że główną bohaterką mojej serii ma być utworzona niedawno Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia, więc w kolejnych częściach będą się pojawiać też inne miasta. Oczywiście bohaterowie będą się powtarzać, śledztwa zawsze będzie prowadzić Komenda Wojewódzka w Katowicach, jednak to Metropolia ma być zwornikiem całej serii.
Górny Śląsk jest bardzo zróżnicowany pod względem społecznym, jest tu jednocześnie sporo obszarów głębokiej biedy i całkiem dużo zamożności. To idealne miejsce, żeby pokazać, jak procesy społeczne wpływają na życie pojedynczych ludzi.
Żeby domknąć historie bohaterów, których wprowadziłem w pierwszych dwóch książkach, potrzebowałbym pięciu części. Natomiast jeśli seria zostanie dobrze przyjęta przez czytelników, to będę dodawać kolejne wątki i nowych bohaterów. Jako że bohaterem jest miasto, a nie konkretny człowiek, to seria może mieć nawet kilkanaście części, zależy to tylko od jej komercyjnego sukcesu – rentowności, jakby to powiedział Leszek Balcerowicz.


Przyznam się, że jestem bardzo tym cyklem zaintrygowana. Kiedy możemy spodziewać się drugiego tomu? Może nam Pan coś zdradzić z fabuły? 

Druga część ukaże się w przyszłym roku. Pojawiają się w niej moje rodzinne Tychy, choć większość akcji znów dzieje się w Katowicach. Wszyscy bohaterowie pierwszoplanowi są nowi, ale kilku drugoplanowych jest znanych z „Winy”. W następnych częściach planuję już mniejszą rotację bohaterów. Będzie dużo o narkotykach i rozgrywkach w katowickim urzędzie miasta.


To na koniec trochę prywaty – jaki jest Pana ulubiony pisarz?

Obecnie jestem pod wrażeniem stylu Virginii Despentes, jej trylogia „Vernon Subutex” jest wspaniale napisana. Choć prawie nic się w niej nie dzieje, to od pierwszych dwóch tomów „Vernona” nie mogłem się oderwać. Chciałbym kiedyś umieć przedstawiać tak różnych bohaterów tak wnikliwie i przekonująco, jak robi to Despentes.
Moim ulubionym pisarzem jest Philip Dick – tworzył nie tylko przedziwne fabuły, ale też świetne postacie. Bohaterowie Dicka zawsze byli trochę nieudacznikami, outsiderami, czym wzbudzali moją sympatię. Szczególnie Frank z „Człowieka z wysokiego z zamku”.
Jeśli chodzi o konstruowanie świata, najlepsi według mnie są China Mieville i Dan Simmons. Światy Simmonsa są dopracowane w każdym calu, a te od Mieville’a są bardzo nieszablonowe. „Miasto i miasto” Mieville’a to najbardziej oryginalna powieść, jaką w życiu czytałem.
Jeśli chodzi o konstruowanie intrygi, to świetnie robią to Jo Nesbo i Wojciech Chmielarz. Chmielarz tworzy gorsze intrygi niż Nesbo, ale dużo lepiej przedstawia relacje międzyludzkie.
Jeśli chodzi o warsztat pisarski, to najbardziej cenię Jakuba Żulczyka i Łukasza Orbitowskiego. Nie zawsze wciągają mnie historie, które opowiadają, ale ich styl bardzo do mnie trafia.


Wiem, że lubi Pan seriale, a więc ulubiony serial?

Oglądam przeróżne seriale, ale jeden rodzaj jest mi zdecydowanie najbliższy – to kryminały o dilerach. Uwielbiam więc Breaking Bad, The Wire, Gomorrę, Top Boya, Narcos i podobne.
The Wire wspaniale przedstawia społeczny obraz Baltimore. Czasem sobie marzę, że „Metropolia” będzie takim górnośląskim The Wire, ale oczywiście szybko schodzę na ziemię.


Ulubiona muzyka i wykonawca?

Słucham głównie hip hopu, elektroniki i punk rocka. Sage Francis i Buck 65 to moi ulubieni raperzy, a Nick Cave najlepszy wokalista. Z didżejów najbardziej cenię Madliba i Pretty Lights’a. Jeśli chodzi o Polskę, to najwięcej słucham The Analogs.



Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów na rynku powieści kryminalnych! 

Również dziękuję i pozdrawiam czytelników pani bloga.



października 11, 2019

"Kryminalne przypadki Matyldy" Bożena Mazalik

"Kryminalne przypadki Matyldy" Bożena Mazalik

Tytuł: Kryminalne przypadki Matyldy
Data premiery: 28.02.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 396
Audiobook wydany przez Heraclon International, 14h 27min, czyta Donata Cieślik

„Kryminalne przypadki Matyldy” to trzecia książka Bożeny Mazalik. Autorka debiutowała w 2012 roku „Babą na Safari”. Z zamiłowania humanistka, z wykształcenia umysł ścisły. Kilka lat mieszkała z rodziną w leśniczówce, więc wyprowadzając swoją bohaterkę w głuszę i las, wiedziała co robi😊
Ja, jako fanka komedii kryminalnych, skusiłam się na jej najnowszą książkę – z opisu zapowiadała się świetna lektura, ale czy była taka w rzeczywistości?

Akcja powieści zaczyna się w momencie kiedy Matylda zostaje porzucona przed ołtarzem. Pełna wstydu i złości wybiega z kościoła i już ma ukraść któryś z samochodów, by jak najszybciej się stamtąd wydostać, kiedy pomocną dłoń oferuje jej znajomy z liceum, Władek. Oferuje jej Sarni Dworek, jego posiadłość w okolicy Tarnowskich Gór, na totalnej wsi. Władek musi wyjechać z kraju, by zarobić na remont posiadłości, a Matylda decyduje się na roczny pobyt na wsi, by pilnować jego dobytku. Jak się szybko okazuje dworek nie jest w najlepszym stanie, a sama kobieta w głuszy słyszy co chwilę jakieś dziwne odgłosy... Na ratunek przybywa jej niespodziewanie przyjaciółka Ilka, która postanawia chwilę z Matyldą pomieszkać. Przyjaciółki plotkują i piją, aż tu nagle pewnego wieczora ktoś wali do drzwi. Okazuje się, że to koń, głodny jak sto diabłów. Dziewczyny nieco skonsternowane, postanawiają zobaczyć co z innymi zwierzętami, w końcu przecież do ich opieki zatrudniony jest mężczyzna, więc koń nie powinien chodzić głodny... Po szybkiej kontroli dziewczyny znajdują u jałówki trupa wspomnianego parobka. Oczywiście wzywają policję, a sytuacja po kilku dniach tym bardziej komplikuje się, kiedy ofiarą pada Ilka. Kto uśmierca mieszkańców Sarniego Dworu? I kto zjada Matyldzie jej przyłóżkowe suszone morele?!

Kompozycyjnie książka składa się z 18 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, narratorem jest Matylda, a co za tym idzie bardzo dogłębnie poznajemy myśli i odczucia bohaterki. Styl powieści jest raczej zwyczajny, chwilami skupia się mocno na szczegółach i detalach otoczenia.

To teraz trochę o Matyldzie. Jest w okolicach 30stki, pisarka kryminałów i malarka. Właśnie jest w trakcie przygotowywania wystawy, dlatego propozycja zamieszkania w Sarnim Dworku, z dobrą malarską pracownią z dala od cywilizacji wydaje jej się świetnym pomysłem, bo do przygotowania w krótkim czasie ma jeszcze 5 obrazów. Matylda jest bogata, a wszystkie niepowodzenia życiowe nagradza sobie butami. Jak już wspomniałam, kobieta została wystawiona przed ołtarzem, więc na początku stroni od ludzi. Jednak szybko to jej mija, zadziwiająco ekspresowo godzi się ze zdarzeniem i już rozgląda się za  nowymi miłostkami....

Jej przyjaciółka Ilka, to psychiatra. Uczy zawodu na jakieś uczelni oraz praktykuje go w przychodni. Z nieznanego powodu bierze nagle miesiąc wolnego i przyjeżdża do Matyldy. Kobieta jest dosyć przy ciele, nie odmawia sobie słodkości. Uwielbia szpilki, jest całkiem zabawna i wygadana.

Oczywiście nie mogło tutaj zabraknąć postaci męskiej. Jest nią policjant komisarz Marek Mleczko. Przystojny, samotny, szybko wpada w oko Matyldzie...

Najpierw trochę o plusach. Zaskoczeniem dla mnie było, że akcja powieści toczy się na dobrze znanych mi terenach. Autorka wykorzystała podziemne tunele Tarnowskich Gór, które ciągną się przez całe miasto. Dużo tutaj znajdziemy opisów okolicznych wsi, wszystko prezentuje się świetnie. Autorka przytacza miejscowe legendy, opowiada o kopalni srebra, widać, że dobrze zaznajomiona jest z tymi terenami.

I to tyle z plusów... Co mi się nie podobało? Bardzo szybko zaczęła mnie główna bohaterka, a zarazem narratorka, mocno irytować. Jej zachowanie jest dziecinne, ewidentnie jest bogatą, rozpuszczoną panną. Szybko się obraża, musi wszystko mieć już.
Dużym minusem był też dla mnie wątek miłosny. Matylda ekspresowo zakochuje się w komisarzu i zaczyna robić jakieś dziwne podchody. Komisarz nie okazuje z początku wielkiego zainteresowana, a potem nagle jego nastawienie zmienia się o 180 stopni.
Zakończenie intrygi też mnie nie usatysfakcjonowało. Wyskoczyło trochę jak Filip z konopi, szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze.

Ogólnie zamiast czerpać przyjemność z lektury to cały czas się irytowałam. Kompletnie książka do mnie nie przemówiła, główna bohaterka była tak idiotyczna, że mogłabym ją udusić gołymi rękami. Szkoda, bo motyw z tunelami podziemnymi i legendami był bardzo interesujący, może gdyby właśnie temu autorka poświęciła większą uwagę, to mogłoby wyjść z tego coś fajnego.

Moja ocena: 4/10

października 09, 2019

"Niewinny człowiek" John Grisham

"Niewinny człowiek" John Grisham

Tytuł: Niewinny człowiek
Tłumaczenie: Robert Waliś
Data premiery: 07.08.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 464

„Niewinny człowiek” to książka bardzo wyróżniająca się na tle pozostałego dorobku Johna Grishama, autora, którego chyba nie trzeba nikomu przestawiać - w świecie czytelniczym nazwisko to na pewno jest wszystkim znane. Grisham, amerykański pisarz thrillerów prawniczych swoją karierę pisarską rozpoczął w 1988, a już jego druga powieść „Firma” trafiła na listy bestsellerów. Po tym sukcesie, z wykształcenia prawnik, porzucił wcześniejszą pracę i na dobre poświęcił się pisaniu. Wiele jego książek zostało zekranizowanych, a jego powieści zyskują milionowe nakłady.

W 2004 roku autor jednak odszedł od dobrze sobie znanego gatunku literackiego. Kilka dni po śmierci Rona Williamsona trafił na jego nekrolog w gazecie, któremu towarzyszył dłuższy artykuł na temat tego człowieka opisujący pokrótce jego historię oraz jedno bardzo znaczące zdjęcie. Pisarz, zafascynowany historią, zaczął w niej trochę grzebać, skontaktował się z najbliższą rodziną Rona i po tych kilku rozmowach zdecydował się na napisanie książki z gatunku literatury faktu.

Zbieranie materiałów i pisanie tej książki zajęło mu ponad 18 miesięcy, podczas których przeprowadził ogromną liczbę rozmów, grzebał w aktach sądowych, gazetach i innych tego typu źródłach. Odwiedził miasteczko Ada w Oklahomie, gdzie to wszystko miało miejsce, odwiedzał więzienia, w których przebywał Ron, a nawet i stadiony (Ron w młodości grał w baseball). Rozmawiał z rodziną, znajomymi, współwięźniami, sędziami, prawnikami, dziennikarzami. Research do książki przeprowadził naprawdę szeroki, co widać na każdej stronie tej książki.

Sama książka liczy trochę ponad 450 stron i podzielona jest na 17 rozdziałów oraz posłowie zatytułowane jako ‘słowo od autora’, w którym Grisham nie tylko dziękuje tym, którzy przyczynili się do powstania tej książki, ale opisuje jak w ogóle doszło do tego, że taką książkę napisał. Mimo, że książka o całkiem konkretnej liczbie stron, podzielona jest tylko na 17 rozdziałów, to nie są pisane one jednym ciągiem – tekst bardzo często oddzielany jest gwiazdkami, przez co czyta się łatwo i szybko. Język książki jest prosty, zrozumiały dla każdego, autor nie ucieka się do specjalistycznych słów czy zwrotów. Narrator książki przedstawia każdy aspekt historii bardzo rzetelnie i w miarę obiektywnie, chociaż od początku wiadomo po której stronie barykady stoi. Niemniej jednak powstrzymuje się od prywatnych komentarzy, przedstawia sprawę tak, jak udało mu się ją z wszystkich zeznań i opowieści złożyć.

Książka opisuje historię Rona Williamsona oraz jego przyjaciela Dennisa Fritza. Mężczyźni ci zostali oskarżeni o brutalne zamordowanie w 1982 roku Debbie Carter, młodej dziewczyny, kelnerki z jednego z okolicznych klubów. Ich aresztowanie nastąpiło dopiero po 5 latach od morderstwa, jednak policja od samego początku właśnie na nich się uparła. Po bardzo wąsko ukierunkowanym policyjnym śledztwie, nastąpił bardzo poszlakowy proces, w którym nikt nie był obiektywny. Ron został skazany na karę śmierci, Dennis na karę dożywocia. W więzieniu spędzili 12 lat, dopiero po wprowadzeniu możliwości badań DNA prawnicy byli w stanie zwalczyć system i uniewinnić swoich klientów.

Historia opisywana w książce jest tragiczna. Opowiada o człowieku, który kiedyś miał przed sobą świetlaną przyszłość, jednak jego wybory, zrządzenia losu, osąd innych i w końcu choroba psychiczna spowodowały, że był już dosłownie kilka kroków od śmiertelnego zastrzyku.
Autor bardzo rzetelnie opisuje całą historię. Rozpoczyna od przestawienia społeczności miasteczka, w którym opisywane wydarzenia miały miejsce, później na podstawie zeznań odtwarza ostatni wieczór zamordowanej, znalezienie cała, aż w końcu przechodzi do opisu życia Rona. Dalej poznajemy przebieg śledztwa i dokładne więzienno-sądowe losy Rona. Książka jest bogata w informacje, autor nie dodaje nic od siebie, przedstawia historię dokładnie taką jaka była. W końcu nie trzeba tutaj nic ubarwiać, prawdziwe wydarzenia były dużo bardziej absurdalne niż można by wymyślić...

Książka ta, poprzez opowiedzianą historię, uświadamia kilka ważnych kwestii. Zwraca uwagę nie tylko na błędy policji, fatalnie poprowadzone śledztwo czy prokuratora, który nie zważając na dowody, koniecznie chce przepchnąć własne zdanie. Dużą wagę autor przywiązuje do naświetlenia problemu, jaki jest szybki osąd zwyczajnych ludzi, sąsiadów, znajomych. Mimo że nie zapadł jeszcze wyrok, wszyscy tych dwóch mężczyzn już osądzili. A nawet po uniewinnieniu parafia, ksiądz, którzy przecież z założenia powinien być otwarty i wrażliwy na ludzi, nie był w stanie potraktować Rona jako człowieka. To smutne jak szybko oceniamy innych, bez w ogóle żadnych dowodów, po prostu na podstawie tego co ktoś powie. Rozumiem, że to była brutalna zbrodnia, miasteczko było wstrząśnięte, chciało wymierzyć sprawiedliwość i ruszyć dalej, ale ta ślepa wiara w nikłe dowody na winę Rona i Dennisa jest naprawdę przerażająca. Naprawdę lepiej osądzić pierwszego lepszego i ruszyć dalej niż ukarać tego, który faktycznie jest winny? Mimo że wydarzenia te miały miejsce ponad 30 lat temu, myślę że i teraz jest sporo takich sytuacji. Osąd ludzi, chęć zamknięcia sprawy, wymierzenia kary i zamknięcia rozdziału nieraz przeważają nad prawdą i faktyczną sprawiedliwością. I to bardzo mnie przeraża.

Prócz oczywistej niesprawiedliwości dużo dowiadujemy się też o samych więzieniach – jakie panują tam warunki, jak więźniowie są traktowani przez strażników i swoich współwięźniów. Jaki mają dostęp do prawników, do walki o swoje prawa. Jak wygląda sytuacja więźniów skazanych na śmierć. Ron przez pewien czas przebywał w nowym więzieniu wybudowanym specjalnie dla więźniów skazanych na karę śmierci. Naprawdę w głowie mi się nie mieści kto w ogóle mógł wpaść na pomysł wybudowania takiego potwornego budynku. Okrucieństwo ludzkie nie zna granic...
Dodatkowym problemem dla Rona było to, że nie był on zwyczajnym szarym człowiekiem. Ron miał problemy psychiczne, które z każdym dniem w więzieniu tylko się nasilały. Nikt jednak się tym nie interesował, a strażnicy wręcz to wykorzystywali, bardziej się nad nim znęcali. Większość ludzi, którzy stanęli na drodze Rona była kompletnie nieczuła na jego chorobę, co jest dla mnie całkowicie niepojęte. Wiem, że większość wierzyła w jego winę, ale nawet jeśli, to ich znęcanie się nad tym człowiekiem było nieludzkie.
Oczywiście znalazła się garstka, która bardzo chciała Ronowi pomóc – i to po części daje nadzieję na to, że świat nie jest do końca zły. Niemniej jednak ta garstka musiała naprawdę walczyć latami, przebijać mur za murem, by coś osiągnąć. Gratuluję wytrwałości i cieszę się, że jednak tacy ludzie istnieją. Chciałabym tylko, by tego typu ludzi było więcej. Świat mógłby być o wiele lepszy, gdybyśmy tylko zwracali uwagę na drugiego człowieka, a nie oceniali od pierwszego wejrzenia, albo na podstawie tego co ktoś powiedział...

Autor wytyka jeszcze sporo błędów systemu, porusza jeszcze wiele istotnych tematów, jednak nie będę ich tu wszystkich opisywać, a po prostu zachęcam do sięgnięcia samodzielnie po tą lekturę. To książka niełatwa, momentami wstrząsająca i okrutna, ale dająca też wiele do myślenia. Cieszę się, że ją przeczytałam i teraz na pewno zobaczę serial o tym samym tytule, który powstał na podstawie właśnie tej lektury.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!



października 09, 2019

"Ostatni żywy świadek" Hugh Aynesworth, Stephen G. Michaud - fragment

"Ostatni żywy świadek" Hugh Aynesworth, Stephen G. Michaud - fragment

Dokładnie za tydzień, 16 października, nakładem Wydawnictwa Bez Fikcji ukażą się dwa reportaże o Tedzie Bundym. By zachęcić Was do lektury, dzięki uprzejmości wydawnictwa, mam dla Was fragment pierwszego rozdziału książki "Ostatni żywy świadek", od której należy zacząć, by w pełni zrozumieć drugą o tytule "Ted Bundy. Rozmowy z mordercą."


"Rozdział 1

Surowe, imponujące, wulkaniczne Góry Kaskadowe dzielą stan Waszyngton na dwie odrębne i odmienne strefy. Na wschód od tej wysokiej linii podziału ciągną się pofałdowane tereny rolnicze i niemal pustynne obszary, cechujące się upalnymi latami i nierzadko ostrymi zimami. Na niższych wysokościach na zachód od Gór Kaskadowych klimat jest łagodniejszy i znacznie bardziej wilgotny. Gleba bywa wysoce kwasowa, panuje tam wszechogarniająca wilgotność oraz bogactwo fauny i flory. W tych warunkach wystawione na działanie przyrody zwłoki znikają bardzo szybko.


Dominującymi barwami zachodniego Waszyngtonu są zielony, niebieski, biały i szary. Zieleń rozległych lasów iglastych i parków narodowych, błękit jezior i słonowodnych zatoczek wykrojonych eony temu przez monumentalne lodowce, biel przez okrągły rok pokrywa co wyższe górskie szczyty, natomiast niebo przez większość czasu jest przygnębiająco szare, a to z powodu często spotykanych układów atmosferycznych północnego Pacyfiku, które spadają z pluskiem na półwysep Olympic, a następnie, przesuwając się w głąb lądu ku zaporze Gór Kaskadowych, łagodnieją. Słońce lśni nad zachodnim Waszyngtonem rzadko.


Na przekór chłodowi i mgłom oraz ciemnym dniom, które zimą już około pierwszej po południu zaczynają przechodzić w zmierzch, nieustępliwi mieszkańcy stanu spędzają wiele czasu pod gołym niebem. Można odnieść wrażenie, że praktycznie każdy posiada tam łódkę, kampera, domek w górach albo nad jeziorem, ewentualnie regularnie jeździ w takie miejsca kolosalnymi RV, czyli pojazdami rekreacyjnymi (recreational vehicle). Polowania na ptaki, jelenie czy niedźwiedzie cieszą się w Waszyngtonie dużą popularnością. Podobnie wędkowanie.


Nawet miejska ludność stanu, skupiona głównie w Seattle i wokół tego miasta, gdzie największymi przedsiębiorstwami są Boeing i Microsoft, jest krzepka, w zdecydowanej większości biała i zorientowana na świat natury poza obrzeżami metropolii. Dla miejscowych zachodni Waszyngton od zawsze był boską ziemią, na wpół odizolowaną, zachowawczą, żyjącą własnym życiem strefą, do której chaos, gwar i skrajności świata zewnętrznego nie zdołały jeszcze wtargnąć. Wydaje się bardzo bezpieczny i czysty. Powiadają, że to dobre miejsce, aby założyć rodzinę.


Przed 1 lutego 1974 roku James i Joyce Healy zapewne by się pod tym podpisali. Mieszkali na wygodnym, porośniętym jodłami przedmieściu na wschód od Seattle. James pracował w firmie zajmującej się kasami fiskalnymi, Joyce była gospodynią domową. Dorobili się trojga radosnych, dobrze wpasowanych w otoczenie dzieci: nastoletniego syna Roberta oraz córek Laury i dwudziestojednoletniej Lyndy.


Lynda Healy były spełnioną piosenkarką, ekstrawertyczką i ulubienicą matki. Miała uroczy głos, duże błękitne oczy, sięgające ramion brązowe włosy oraz spokojny uśmiech świadczący o opanowaniu i pewności siebie. Była smukła i energiczna, studiowała na ostatnim roku psychologii na Uniwersytecie Waszyngtońskim i chciała zostać nauczycielką. Lubiła pracę z dziećmi.


Poprzedniej jesieni wraz z czterema koleżankami przeniosła się z akademika do zielonego, dwupiętrowego drewnianego domu w dzielnicy uniwersyteckiej Seattle. Lynda miała własny pokój z oknem, choć w piwnicy. Za cienkim przepierzeniem ze sklejki znajdował się drugi.


Pracowała jako prezenterka wiadomości narciarskich w lokalnej rozgłośni radiowej. Dla rzeszy miejscowych miłośników narciarstwa była po prostu słodką Lyndą (w eterze nie podawano nazwisk), która przyjemnym, mruczącym głosem ogłaszała, że Paradise Valley jest już otwarta, że w Crystal Mountain napadało 15 centymetrów świeżutkiego puchu, że w Alpenthal będzie można pozjeżdżać nocą.


Każdego ranka przed zajęciami Lynda wstawała i jechała do radia na rowerze. Była to krótka podróż w ciemnym choć oko wykol przedświcie zimowego Seattle. Często padało, a po dzielnicy uniwersyteckiej rzadko chodzili o tej porze jacyś ludzie. W niewielu amerykańskich miastach młoda kobieta odważyłaby się na takie ryzyko, ale Lynda Healy najwyraźniej nie uważała, że samotne przemierzanie dzielnicy, w której mieszkała od czterech lat, niesie ze sobą jakieś zagrożenie. Wydaje się, że nie wiedziała, iż na początku stycznia 1974 roku nieopodal miejsca, w którym mieszkała, ktoś zaatakował młodą kobietę.


Mary Adams (pseudonim) podobnie jak Lynda mieszkała w piwnicznej sypialni z oknem, w domu, który dzieliła z kilkoma innymi osobami. Gdy w łóżku napadł ją obcy mężczyzna, twardo spała. Wielokrotnie uderzył ją w głowę ciężkim, metalowym prętem. Brutalnie wsadził w nią wziernik, powszechnie dostępny w magazynach z materiałami medycznymi próbnik dopochwowy. To krwawe, szaleńcze „badanie” spowodowało rozległe obrażenia wewnętrzne. Mary Adams spędziła kilka miesięcy w śpiączce, ale przeżyła. Nie pamiętała ataku ani napastnika.


Wieczorem w czwartek 31 stycznia 1974 roku Lynda Healy przygotowała na kolację dla współlokatorów zapiekankę. Po posiłku poszła z jedną z dziewczyn oraz znajomym mężczyzną na kilka piw do pobliskiego studenckiego baru „U Dantego”. O 21.00 była z powrotem w domu, a o 23.00 położyła się do łóżka i jak zwykle nastawiła budzik na 5.30. Mniej więcej godzinę później dziewczyna mieszkająca w prowizorycznym pokoju obok sypialni Lyndy zeszła na dół i także położyła się spać. Ta łatwo wyrywająca się ze snu współlokatorka nie słyszała żadnych hałasów przez całą noc, dopóki rano nie rozdzwonił się budzik Lyndy – i nie milknął. Po pewnym czasie zadzwonił kierownik z radia. Gdzie Lynda? Nie przyjechała do pracy. Szybkie poszukiwania pozwoliły ustalić, że w domu jej nie ma, choć rower stał na miejscu.


Współlokatorki Lyndy od razu nabrały obaw. Gdy nie pojawiła się przez cały piątek, obawy przerodziły się w strach. Około 16.00 do domu dziewcząt zadzwoniła Joyce Healy, która wraz z resztą rodziny spodziewała się córki na kolacji.


– Nie widziałyśmy Lyndy od rana! – wypaliła do słuchawki jedna z mieszkanek domu i zalała się łzami. Joyce poczuła, jak lód skuwa jej kręgosłup. 


„Od razu wiedziałam, że stało się coś bardzo złego. Natychmiast zadzwoniłam na policję”, wspominała w rozmowie z nami.


Razem z mężem Jimem spotkała się z funkcjonariuszami w domu Lyndy. Wszystkie dziewczyny zgromadziły się w salonie i żadna nie wychodziła z niego samotnie. Policjanci zachowywali się uprzejmie, fachowo i nie ukrywali sceptycyzmu, że doszło do przestępstwa. Podobne przypadki stanowiły dla nich chleb powszedni. Swoimi pytaniami sugerowali, że w tajemniczym zaginięciu nie ma żadnej tajemnicy. Mówili, że Lynda na pewno znajdzie się u swojego chłopaka albo zadzwoni, że niedługo wróci do domu.


Ale Joyce Healy wiedziała, że to nieprawda.


Spokojnie wyjaśniła policjantom, że Lynda by tak nie postąpiła. Nie jej Lynda.


– Cóż – odparł jeden z funkcjonariuszy – właśnie te, po których człowiek się nie spodziewa, tak robią.


Policja sprawdziła pokój Lyndy. Na jej poduszce i prześcieradle znaleziono małe plamy krwi. Należały do grupy A+, grupy Lyndy, podobnie jak z kolejnej zakrzepłej plamki odkrytej na jej koszuli nocnej, którą ktoś starannie powiesił w szafie. Oficjalny wniosek: Lynda Healy doznała nocnego krwawienia z nosa i udała się gdzieś, żeby je zatamować. Ktoś powinien sprawdzić okoliczne szpitale.


Z pokoju zniknął jej czerwony plecak oraz część ubrań, co sugerowało, że opuściła dom dobrowolnie. Jednak brakowało też kołdry i ozdobnej czerwonej jedwabnej poszewki na poduszkę. Co więcej, łóżko zostało bardzo starannie, po szpitalnemu zaścielone, co wymagało odsunięcia, a następnie ponownego przysunięcia łóżka do ściany. Policja mogłaby się zastanawiać, dlaczego młoda kobieta, która w ogóle rzadko ścieliła łóżko, zadała sobie tyle trudu przy krwawiącym nosie? Po co usunęła kołdrę? Dlaczego zabrała poszewkę?


Teoria, która później zostanie uznana za najbardziej prawdopodobną, z początku brzmiała niedorzecznie. No bo jak ktoś mógł w środku nocy wejść do domu, zakraść się na dół, obezwładnić Lyndę, owinąć ją w kołdrę, po czym wynieść jej mierzące 170 centymetrów i ważące 52 kilogramy ciało z powrotem po schodach na zewnątrz, tak że nikt tego nie usłyszał? Podejrzany musiałby też starannie pościelić łóżko, odwiesić koszulę nocną, wybrać jej strój na zmianę i zabrać plecak.


Policja odrzuciła tę naciąganą możliwość i nie zebrała w pokoju Lyndy odcisków palców ani dowodów w postaci włosów czy włókien. Nie sprawdziła nawet plamy nasienia odnalezionej na prześcieradle.


Przez kilka kolejnych miesięcy policja z Seattle nie dowie się niczego nowego. Nawet gdy zrozumie, że nie chodziło o żadne nocne krwawienie z nosa i że Lyndę Healy naprawdę ktoś porwał, będzie musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim policja pomyśli o porównaniu zniknięcia Healy z napaścią na Mary Adams. Z całą pewnością było za wcześnie na wysuwanie hipotezy, że po dzielnicy uniwersyteckiej grasuje nocami morderca, który być może ma jakieś doświadczenie szpitalne (charakterystyczny sposób zaścielenia łóżka), dostęp do materiałów medycznych (wziernik) i poluje na ofiary.


„Seattle Times” i „Seattle Post-Intelligencer” opublikowały kilka artykułów o zniknięciu Lyndy Healy, ale gdy policyjne dochodzenie utknęło w ślepym zaułku, gazety przestały opisywać sprawę.



Wtedy, 29 marca, niemal dwa miesiące po zaginięciu Healy, czytelnicy „Timesa” ujrzeli nagłówek: „W poszukiwaniu rozwiązania zaginięcia studentki”. Autor artykułu pisał, że 12 marca z kampusu Uniwersytetu Stanowego Evergreen w stolicy stanu Olympii, niecałe 100 kilometrów na południe od Seattle, zaginęła dziewiętnastoletnia Donna Gail Manson. Po raz ostatni widziano ją około 19.00, gdy wychodziła z akademika na odbywający się na kampusie koncert jazzowy."


Zapowiada się rzetelnie i ciekawie, prawda? Książki na zagranicznych portalach mają wysokie noty, więc liczę na kawał dobrej dziennikarskiej roboty. Na ich podstawie powstał też serial dokumentalny na Netlixie - ja jeszcze go nie oglądałam, ale myślę, że po lekturze tych dwóch książek na pewno go nadrobię.
To co, zainteresowani?



Książki można już zamówić przedpremierowo na stronie empik: