lipca 07, 2020

"Wierzyliśmy jak nikt" Rebecca Makkai

"Wierzyliśmy jak nikt" Rebecca Makkai

Autor: Rebecca Makkai
Tytuł: Wierzyliśmy jak nikt
Tłumaczenie: Sebastian Musielak
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 622
Gatunek: literatura piękna

Rebekka Makkai to amerykańska pisarka. Debiutowała w 2011 roku powieścią pt. „The Borrower”. Trzy lata później ukazała się druga powieść, po niej zbiór opowiadań, aż w końcu przyszedł czas na „Wierzyliśmy jak nikt”. Książka oryginalną premierę miała w 2018 roku, została przetłumaczona na kilkanaście języków. Nominowana była do Nagrody Pulitzera oraz National Book Award, zdobyła też kilka innych nagród i wyróżnień. Jest to pierwszy tytuł pisarki, który został przetłumaczony na język polski. Zawodowo Makkai blisko jest ze sztuką – pracuje na wydziale sztuk pięknych na Uniwersytecie Northwestern, jak również pełni funkcję dyrektorki artystycznej w chicagowskiej fundacji – te doświadczenia skrzętnie wykorzystała w swojej najnowszej powieści.

Fabuła książki „Wierzyliśmy jak nikt” osadzona jest w dwóch planach czasowych – w 1985 roku w Chicago oraz w 2015 roku w Paryżu. Łączy je postać Fiony – kobiety, która w 1985 roku była w samym centrum wydarzeń związanych z epidemią AIDS, a w 2015 roku przyjechała do Paryża, by odszukać swoją zaginioną córkę, z którą nie miała kontaktu od lat. W historii sprzed 30 lat Fiona jednak odgrywa rolę poboczną – głównym jej bohaterem jest około 30letni Yale Tishman, homoseksualista w stałym kilkuletnim związku, który pracuje w jednej z chicagowskich galerii sztuki. Jego kariera nabiera rozpędu, gdy odzywa się do niego babka Fiony z zamiarem oddania wielu okołowojennych dzieł sztuki znanych artystów francuskiej bohemy. Jednocześnie jego życie rozpada się na kawałki, gdy kolejni z jego przyjaciół umierają na AIDS, a państwo nic nie robi, by sytuacja wyglądała choć trochę lepiej…
30 lat później Fiona dalej cierpi w skutek traum odniesionych w tamtych czasach, a tym samym trafia do Paryża w czasie, gdy jej przyjaciel z tamtych dawnych lat, znany na cały świat fotograf, przygotowuje wystawę upamiętniającą tamte czasy…
„Ludzie naiwni nie zostali jeszcze poddani prawdziwym próbom i dlatego żyją w przekonaniu, że im się nigdy nic nie przydarzy. My, optymiści, mamy to już za sobą i wstajemy dzień w dzień z łóżek, bo wierzymy, że potrafimy zapobiec temu, co już się nam kiedyś przydarzyło. A może sami siebie oszukujemy, żeby właśnie tak myśleć.”
Książka składa się z rozdziałów różnej długości podzielonych na rok 1985 (i kilka dalszych lat) oraz na 2015. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, w 1985 roku przedstawiona jest z perspektywy Yale’a, w 2015 Fiony. Styl powieści jest prosty, ale piękny – widać tu poszanowanie dla słowa, przez całą historię się płynie, nawet nie zauważając jak mocno prąd porywa coraz głębiej i głębiej. Historia niepostrzeżenie wciąga, zaczyna się spokojnie, miarowo, tak że nie zauważa się nawet momentu, gdy książka staje się nieodkładalna. Język, jak wspomniałam, jest prosty, taki pozornie zwyczajny, a może na tyle naturalny, że niepostrzeżenie trafia prosto w serce. Naprawdę nie zauważyłam, kiedy książka mnie oczarowała, a ja nie mogłam jej odłożyć, póki nie doczytałam do końca, nawet kosztem kawałka jakże cennego snu!

Od razu też wspomnę tu o wydaniu powieści. Już przy pierwszej zapowiedzi w oko rzuciła mi się ta oryginalna okładka, jednak dopiero gdy otrzymałam ją fizycznie, mogłam się nią w pełni zachwycić. Twarde solidne wydanie, przejmująca fotografia mężczyzny, w którym od razu widzi się ból głównego bohatera… Środek okładki jest równie mocno dopracowany, z przodu znajdziemy ogólnie informacje o autorce, z tyłu z kolei o tłumaczu tej książki, co w polskiej literaturze nie jest raczej powszechną praktyką. Nazwisko tłumacza pojawia się również na froncie okładki, od razu pod nazwiskiem autorki. Bardzo mi się ten zabieg podoba, w końcu przy obcojęzycznych książkach sukces po części na pewno należy się tym, którzy książkę przekładają, o czym najczęściej się niestety nie pamięta. Myślę, że dobrze byłby wprowadzić takie zasady na stałe, przynajmniej w gatunku jakim jest literatura piękna – w końcu to tu samo słowo jest równie ważne co treść i przesłanie.
„Zaczynasz się czegoś bać i już po chwili boisz się wszystkiego.”
Wróćmy jednak do samej powieści, jej fabuły i bohaterów. Makkai na tło swoich wydarzeń wybrała dwie bardzo ważne daty – 1985 roku w Chicago, w którym w środowisku homoseksualnym jest okresem epidemii AIDS – czasy, kiedy już choroba była od kilku lat znana, ale dopiero co pojawiły się na nią testy. Czasy, w których przychodziło płacić za błędy młodości, popełnione w latach, gdy o AIDS jeszcze nikt nie wiedział. Czasy, gdy AIDS nazywano chorobą gejów, gdzie ich prawa nie były traktowane poważnie, a oficjalne przyznawanie się do homoseksualizmu było społecznie napiętnowane. Czasach, gdy dla głównego bohatera kończy się zwyczajne normalne życie, a zaczyna ciągła żałoba i strach przed utratą wszystkich najbliższych osób i swojego własnego życia…
Druga data to 2015 rok, czasy, w których dochodzi w Paryżu do zamachów terrorystycznych. I tu Fiona po raz kolejny musi się mierzyć z potencjalną utratą tych, których kocha najmocniej… Pętla jej życia zostaje zaciągnięta, koło zamknięte.
Tak naprawdę w powieści jest jeszcze zawarty trzeci czas – okres na chwilę przed wybuchem II wojny światowej, jak i czasy jej trwania, a także kilka lat jej zakończeniu. Ta opowieść spada na barki babci Fiony, która przekazuje Yale’owi swoje obrazy. To okres, w którym wydarzenia światowe wpływają na życie każdego jednego żyjącego na ziemi człowieka…
„Przeszliśmy przez coś, czego nie doświadczyli nasi rodzice. Wojna zrobiła z nas starszych od nich. A kiedyś człowiek jest starszy od swoich rodziców, to co ma robić? Kto ma mu pokazać, jak się powinno żyć?”
Każdy z tych czasów to moment przełomowy, moment traumatyczny, zagrożenie życia, po którym nic nie będzie takie samo. Czas, gdy ginęli zwykli, niewinni ludzie i nikt nie wiedział jak przy tym przejść do porządku dziennego…  Jednak w przeciwieństwie do wojny i zamachów terrorystycznych, o walce gejów w latach 80tych nie mówi się w taki sam sposób. A przecież żniwo choroby było ogromne, wielu ludzi umarło, jednak oni musieli to robić bez troski i pomocy od państwa, które pozwalało na ich piętnowanie.
„A to jest wojna, serio mówię. To tak, jakbyś od siedmiu lat siedziała w okopach. I nikt inny tego nie rozumie. Nikt ci nie da orderu za męstwo na polu bitwy.”
 Ogólna wiedza o chorobie mieszała się z plotkami, przez co często dochodziło do przejawów agresji. Z tak wrogim środowisku musi żyć nasz główny bohater. Na szczęście na tle całej tej nienawiści i strachu, znajduje też przyjaciół, w osobach, których nawet o to by nie podejrzewał…

To ile tematów, ile emocji i uczuć porusza ta książka naprawdę ciężko jest opisać. To opowieść nie tylko o stracie, strachu i smutku, ale też o zwyczajnym życiu, pracy, przyjaciołach. O radościach, smutkach i rozczarowaniach. Ale też o nadziei i wierze w lepsze jutro.

Mogłabym tu też zwyczajowo opowiedzieć trochę o bohaterach, ale nie widzę sensu przedłużać. Ich kreacje są niesamowite, są prawdziwe, realne, pełne. I niepozorne. Nic co napiszę nie odda ich złożoności i charakterów, więc po prostu wyrażę tu tylko mój zachwyt i zachęcam, by odkryć ich samodzielnie.
„… gdybyśmy cię nie mieli, musielibyśmy cię wymyślić.”
„Wierzyliśmy jak nikt” Rebecci Makkai to książka z tych, które zostają w człowieku na długo. Ogrom pracy jaki autorka musiała włożyć, by zebrać i przejrzeć wszystkie materiały o tamtych czasach jest wprost powalający – widać to na każdym kroku w tle, na którym toczy się akcja powieści. Bohaterowie czynnie uczestniczą w wydarzeniach zmieniających historię, a jej dopracowanie widać na każdej stronie powieści. Co ciekawe, tego ogromu pracy, jak i tematów poruszanym w książce, jakoś nie zauważa się podczas lektury – ja skupiałam się po prostu na wydarzeniach, na biegu historii. Dopiero po skończeniu książki przychodzi taka fala emocji, morze tematów, które gdzieś tam rozlały się po całej książce. To taka powieść, o której im więcej się myśli, tym więcej się dostrzega. Po jej lekturze nie da się jej wyrzucić z głowy, a każdy odkryty temat odkrywa kolejny… Niesamowite, jak duże wrażenie zrobiła na mnie ta powieść, w momencie, gdy zamknęłam ostatnią jej stronę. Dużo mam w tej recenzji porównań do morza i fal, jednak właśnie to wydaje się najwłaściwsze w opisaniu uczuć jej towarzyszących. Wiem też, że ta recenzja to taka mała kropelka w analizie całej powieści, wierzcie mi – mogłabym o niej jeszcze pisać przez kilka dobrych stron. Naprawdę, naprawdę warto sięgnąć po tej tytuł!

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu!

lipca 05, 2020

"Najgorętsza plaża w Finlandii" Antti Tuomainen

"Najgorętsza plaża w Finlandii" Antti Tuomainen

Autor: Antti Tuomainen
Tytuł: Najgorętsza plaża w Finlandii
Tłumaczenie: Bożena Kojro
Data premiery: 11.03.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: komedia kryminalna

Antti Tuomainen to finlandzki pisarz kryminałów, który debiutował na rynku w roku 2006. Od tego czasu napisał i wydał osiem książek, z czego pięć ukazało się w Polsce. Ja z tym nazwiskiem spotkałam się dopiero rok temu przy premierze komedii kryminalnej pt. „Człowiek, który umarł”, która do tej pory czeka ciągle na przeczytanie na moim czytniku. W związku tym „Najgorętsza plaża w Finlandii” była moim pierwszym spotkaniem z piórem pisarza, a także pierwszym spotkaniem z finlandzką komedią kryminalną w ogóle! Muszę od razu przyznać, że spotkanie wypadło bardzo pozytywnie, poczucie humoru było podobne do tego, które lubię w polskich komediach kryminalnych, największa różnica, to więcej seksualności, jednak wbrew pozorom wcale mi to nie przeszkadzało – kojarzyło mi się raczej z filmowymi komediami pomyłek w stylu Guya Ritchiego.

W małej finlandzkiej nadmorskiej miejscowości Jorma Leivo postanowił stworzyć wakacyjny raj dla tych szukających nadmorskich turystycznych atrakcji bez osłabiających upałów – w Finlandii latem temperatura oscyluje około 13 stopni… Jorma sprowadził palmy, odnowił kilka domów, zapewnił atrakcje turystyczne jak nauka windsurfingu czy wypożyczalnia rowerów. Dalsze plany względem ośrodka są bardzo bogate, jednak na drodze rozwoju stoi mu Olivia Koski, która niedawno odziedziczyła działkę z domem, którą Jorma koniecznie chce wykupić. Olivia jednak nie chce sprzedać. W związku z tym mężczyzna postanawia wynająć okolicznych zbirków, by uprzykrzyli Olivii życie, a kiedy przypadkowo w jej willi dochodzi do morderstwa, w sprawę wplątany zostaje detektyw działający pod przykrywką, który ma tą sprawę rozwikłać… Dużo jak na tak małą miejscowość! Jak ta historia się skończy? Czy mordercy zostaną ukarani? Czy Olivia w końcu się złamie i sprzeda działkę? I czy pomysł Jormy odniesie sukces, na jaki według właściciela zasługuje?

Książka składa się z prologu, trzech części i epilogu. Na każdą część składa się kilka kilkunastostronicowych rozdziałów i zatytułowane są: Marzenia, Realizacje i Rezultaty. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje każdego z głównych bohaterów powieści. Styl jest przyjemny, lekki, zabawny i energiczny, niespecjalnie wrażliwy – nasuwa mi na myśl właśnie te wspomniane już komedie Guya Ritchiego.
Od razu też muszę tu wspomnieć o świetnym wydaniu książki – całka okładka jest czarna w małe błyszczące flamingi, co może nie całkiem widoczne jest na zdjęciu, ale w rzeczywistości prezentuje się naprawdę fajnie. Do tego mocny flamingowy róż na skrzydełkach dopełnia całości. Bardzo pasuje do stylu powieści, już na widok samej okładki człowiek się uśmiecha 😊

Ale wróćmy do tego, co kryje się w środku tej świetnej okładki – dostajemy tu całą gwiazdorską obsadę postaci komedii kryminalnej! Jest Jan Nyman – detektyw, który z polecenia przełożonego przyjechał z Helsinek, by po cichu rozwiązać tę sprawę. Jest biznesmen, Jorma Leivo, który przekonany o genialności swojego pomysłu z uporem maniaka chce pozbyć się wszystkiego, co hamuje jego rozwój. Mamy też dwóch okolicznych przestępców, choć takie określenie to dla nich za dużo, patrząc na ich ‘przestępcze’ pomysły i umiejętność ich realizacji. Jest też Olivia, kobieta przed 40stką, która właśnie w tym miejscu chce osiąść na stałe i nie da się wykopać z własnego domu – do tej pory w życiu nic jej nie wyszło, więc projekt samodzielnej odnowy domu i zamieszkania w nim na stałe to właśnie jej kluczowe, życiowe przedsięwzięcie. Każda z tych postaci ma w sumie masę humoru, spotykają ich bardzo niecodzienne pechowe sytuacje, a ich sposób radzenia sobie z nimi ściąga jeszcze więcej komplikacji…

Co do samego pomysłu powieści, to muszę przyznać, że jest szalony i poplątany, oczywiście w pozytywnym sensie. Morderstwa nie powstydziłaby się pewnie nawet sama Chmielewska, postacie są równie szalone, pakujące się w zabawne, problematyczne sytuacje co u Rogozińskiego, a humor… no cóż – Guy Ritchie 😉 Całość czyta się fajnie, przyjemnie i szybko.

Ogólnie jestem z lektury zadowolona. Lubię takie kryminalne komedie pomyłek, gdzie dużo się dzieje przez nieumiejętność dwójki fajtłapów, wymysł umiarkowanego bogacza czy po prostu zrządzenia losu. Książki wysłuchałam jako audiobooka w rewelacyjnej interpretacji Leszka Filipowicza i bawiłam się przy niej całkiem dobrze przez kilka godzin. Audiobooki jednak ocenia mi się trochę trudniej, możliwe, że gdybym książkę czytała, to oceniłabym nawet ciut wyżej. Nic jednak straconego – po kolejną książkę autora sięgnę na pewno, a i wcześniejsze chciałabym też nadrobić.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

lipca 04, 2020

"Na sygnale. Z życia ratownika medycznego" Lysa Walder

"Na sygnale. Z życia ratownika medycznego" Lysa Walder

Autor: Lysa Walder
Tytuł: Na sygnale. Z życia ratownika medycznego
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Data premiery: 03.06.2020
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura faktu / reportaż

Zawody związane z człowiekiem – czy to lekarze, czy psychoterapeuci czy inni antropolodzy – zawsze mnie fascynowały. Lubię też dowiadywać się jak taka praca wyglądają od środka. I tak niedawno czytałam książkę o operatorze 112 (recenzja klik!), a teraz w moje ręce wpadła książka o ratowniku medycznym.
Lysa Walder to matka, żona i ratownik medyczny. Mieszka w Londynie, od 1994 roku jeździ karetką. Od tego czasu wiele w jej pracy się zmieniło, a sama autorka zdążyła kilka razy podnieść swoje kwalifikacje. W związku z tak długim stażem pracy, Lysa przeżyła wiele różnych sytuacji, które dziwią i szokują – to właśnie nimi dzieli się w swojej książce.
„Na sygnale” w oryginale ukazało się po raz pierwszy w 2008 roku, miało kilka wznowień i poprawek. U nas na polskim rynku to jest jej pierwsze wydanie.

Książkę otwiera przedmowa Jacky Hyams, brytyjskiej pisarki, która autorkę tego zbioru zna i ceni, podkreślająca jak bohaterski jest to zawód. Następnie we wstępie Lysa przedstawia się czytelnikowi, opowiada krótko o swojej zawodowej drodze. Część właściwa podzielona jest na 7 części, w których tematycznie zostały pogrupowane opowieści, historie z życia ratownika medycznego. Całość zamykają wskazówki dla ludzi dzwoniących pod numer alarmowy.

Opowieści Lysy opisane są prosto. Komentarze pisarki są skromne i raczej ogólne – rzadko zdarza się, by autorka odnosiła sytuacje do własnego życia, nie opisuje jak one na nią wpłynęły. To po prostu ogólny zarys ciekawych wycinków z życia pracowników tego zawodu.
Oczywiście podczas lektury czytelnik dochodzi do własnych wniosków – ratownicy, nieważne jak dobrze przeszkoleni, to też ludzie, mają uczucia, własne lęki i obawy. Każde wezwanie to osobna historia, tragiczna historia dla uczestników, jednak ratownicy muszą ją traktować bardziej bezosobowo – wezwań w ciągu dnia mają sporo, nie mogą przecież każdego z nich brać do siebie. Dla nich najważniejsze to pomóc, w tych groźnych sytuacjach utrzymać pacjenta przy życiu póki nie dojedzie do szpitala. To na pewno osoby o mocnej psychice, ogrom nieszczęścia jakiego są świadkiem na co dzień, zwyczajnych ludzi raczej mocno by przytłoczył. Jednak Lysa już na wstępie podkreśla, że uwielbia wszelkie przygody, nie znosi bezruchu, wokół niej cały czas musi się coś dziać, ona musi mieć zajęcie. Więc czemu by tej energii nie spożytkować na pomoc innym? Lysa to kobieta otwarta, która wie jak rozmawiać z ludźmi, co w tej pracy jest równie niezbędne co wiedza medyczna. Widać, że przy zgłoszeniach stara się być obiektywna, chociaż w środku zawsze swoje myśli – tymi ocenami również dzieli się z czytelnikiem. Widać w jej podejściu, że od wielu lat pracuje w tym zawodzie – jej pracą jest szybko ocenić sytuację i zareagować. To doświadczona, inteligentna kobieta nastawiona na działanie, co też w tej książce pokazuje.

Ogólnie książka jest ciekawa, trochę kojarzyła z serialem „Chirurdzy”, gdzie każdy odcinek, to inny przypadek medyczny. Tu właśnie to dostajemy – zbiór krótkich historii o ludziach, których Lysa spotkała na swojej zawodowej drodze. Wielu czytelników w takich książkach zawsze szuka zbioru opowiadań, więc na pewno ci będą bardzo zadowoleni. Ja jednak w tego typu książkach szukam bardziej osobistego spojrzenia autora – zwierzeń jak taka praca wpłynęła na jego życiu – tu było tego naprawdę bardzo niewiele, więc pod tym względem czuję lekki niedosyt. Tak samo chciałabym więcej dowiedzieć się o funkcjonowaniu tego zawodu pod względem formalnym – jakie przeszkody biurokratyczne staja im na drodze – tego też tu nie znalazłam. Jednak to znowu moje prywatne skrzywienia – gdybym to wszystko dostała w jednej książce, byłabym zachwycona! Nie chciejmy jednak za wiele – zbiór medycznych historii również mi się podobał, to tacy „Chirurdzy” w terenie podani w słowie pisanym.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia!

lipca 03, 2020

Kilka pytań do... Marty Matyszczak, autorki cyklu "Kryminał pod psem"

Kilka pytań do... Marty Matyszczak, autorki cyklu "Kryminał pod psem"

Dlaczego Marta Matyszczak w dzieciństwie bała się otwartej szafy, jaki aktor najlepiej nadałby się na Solańskiego w potencjalnej ekranizacji serii, Co kot Pedro ma do powiedzenia w wywiadzie, jak wyglądają plany na kolejne części serii i co ma Rankin do Biebera?!
Zapraszam na rozmowę z autorką!

Marta Matyszczak notka biograficzna:
Chorzowianka z urodzenia, dziennikarka z wykształcenia, pasjonatka kryminałów z wyboru. Prowadzi Kawiarenkę Kryminalną, portal poświęcony literaturze kryminalnej. Autorka scenariuszy  fars teatralnych i gier typu Virtual Reality. Jej "Kryminały pod psem" to cykl powieści napisanych z przymrużeniem oka.


Kryminał na talerzu: Właśnie na rynku ukazał się ósmy tom cyklu „Kryminału pod psem” pt. „Las i Ciemność”. Ja już jestem po lekturze i oczywiście jestem zachwycona. Ale zastanawiam się jak Pani się z tym czuje? Nadal niepokoi się Pani o reakcje czytelników czy wręcz przeciwnie – jest Pani pewna, że skoro poprzednie tomy się spodobały to i z tym też tak będzie? 😊

Marta Matyszczak: Dziękuję bardzo za dobre słowo i cieszę się, że kolejny „Kryminał pod psem” się Pani spodobał. Mimo że jest to już ósmy tom serii, a ja pracuję nad cyklem, przebywając w świecie moich bohaterów w sumie już od pięciu lat, to wciąż każda premiera jest dla mnie pasjonującym przeżyciem. Wiem, że dałam z siebie wszystko podczas pisania, jednak i tak wypatruję pierwszych recenzji. Dlatego tym milej mi, że Pani odzew jest tak pozytywny, bo z tego co wiem, jest Pani pierwszą (po pracownikach Wydawnictwa Dolnośląskiego i mojej mamie) osobą, która przeczytała „Las i ciemność”. 


A jak to wszystko się zaczęło? Od zawsze chciała Pani zostać pisarką?

Zawsze chciałam pisać. Od dziecka zaczytywałam się w kryminałach. Wypożyczałam z chorzowskiej biblioteki wszystkie powieści Agathy Christie, Arthura Conan Doyle'a, potem Joanny Chmielewskiej. Przez te sensacyjne lektury nabawiłam się lęków – bałam się spać, gdy w pokoju stała otwarta szafa... Musiałam wstawać i ją zamykać, żeby móc spokojnie zasnąć. Uważam, że warto pisać o tym, co się kocha, zatem wybór gatunku – dla mnie jako fanki kryminału – był oczywisty. Zanim jednak „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” stanęła na księgarskich półkach, musiałam przejść długą drogę. Brałam udział w warsztatach literackich na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, skończyłam roczny kurs Adaptacja w Warszawskiej Szkole Filmowej. I przede wszystkim dużo czytałam. A potem nastał 2016 rok, wysłałam swoją debiutancką powieść do Wydawnictwa Dolnośląskiego, spodobała się, i przygoda się zaczęła...


Pierwszy raz na rynku powieści kryminalnych usłyszeliśmy o Pani w 2017 roku. Debiutowała Pani wtedy pierwszym tomem cyklu pt. „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”. Co skłoniło Panią do jego napisania? Skąd pomysł na tą serię? I czy od początku planowała Pani napisać więcej tomów cyklu czy rozrósł się z czasem?

Oprócz tego, że lubię kryminały, kocham też psy. Zgodnie więc ze wspomnianą zasadą, by pisać o tym, co sercu bliskie, do kryminału dołożyłam czworonoga (choć kulawego) imieniem Gucio, którego pierwowzorem był mój własny kundelek Gucio, którego adoptowałam z chorzowskiego schroniska dla bezdomnych zwierząt. Akcję powieści umieściłam zaś w Chorzowie, ponieważ to moje rodzinne miasto, tu się urodziłam, tutaj znam każdy zakamarek i te ulice są mi najbliższe.
Od początku umawialiśmy się z wydawnictwem na więcej tomów. Najpierw zakładaliśmy, że powstaną trzy. Cykl przypadł czytelnikom do gustu, zatem Szymon Solański, Róża Kwiatkowska i Gucio mogą rozwiązywać zagadki kryminalne w kolejnych częściach serii, z czego się bardzo cieszę. Pisarz nie istnieje bez swoich czytelników. Dlatego jestem wdzięczna, że Państwo chcą czytać, ponieważ dzięki temu ja mogę pisać. A to szczęście móc zawodowo robić to, co się kocha.


Mam do Pani również pytanie o bohaterów. Jak to się stało, że jednym z nich został pies?

Wiem, że to nietypowe rozwiązanie dla kryminału. Bo nie dość, że jednym z bohaterów „Kryminałów pod psem” jest kundelek, to jeszcze przemawiający do czytelnika ludzkim głosem... Z drugiej strony, wystarczy spojrzeć w oczy swojemu własnemu psu, a od razu wiadomo, co taki kudłacz ma nam do powiedzenia. Ja tylko ten psi głos zapisuję... Gucio najczęściej komentuje poczynania swojej ludziny i można powiedzieć, że nie ma o nich najlepszego zdania...
A poważniej mówiąc, moje książki są też wyrazem miłości do naszych braci mniejszych, zwłaszcza tych, którym się w życiu nie poszczęściło, stracili dom, trafili za kraty azylu. Jeżeli po przeczytaniu którejś mojej książki chociaż jedna osoba zdecyduje się na adopcję psa ze schroniska, będę szczęśliwa.


A Róża i Szymon? Skąd się wzięli?

Z mojej wyobraźni. Jeżeli pyta Pani o to, czy mają swoje pierwowzory w rzeczywistości, to stanowczo zaprzeczam! Chociaż potencjalnych kandydatek na pierwowzór Róży już się kilka do mnie zgłosiło. Były to koleżanki: moje, mojej mamy, które występowały z następującymi pretensjami: „Marta! Wszystko pięknie, ale dlaczego ty napisałaś, że ja jestem aż taka gruba”! Oczywiście te porównania są nieprawdziwe. Jeżeli ktoś miałby mieć coś wspólnego z Różą, to tylko ja. Obawiam się, że z biegiem czasu coraz bliżej nam do siebie. Ja, tak jak Kwiatkowska, dokądkolwiek się wybiorę, zaraz pakuję się w jakieś głupkowate sytuacje.
Szymon Solański zaś w rzeczywistości nie ma swoich odpowiedników. Pisząc jego postać, czasami sięgałam pamięcią po bohatera serialu „Broadchurch”, Alca Hardy'ego, granego przez Davida Tennanta. To zresztą byłby mój wymarzony odtwórca roli Solańskiego w ekranizacji (pomarzyć zawsze można, prawda?).


To teraz trochę o dalszych tomach serii. Nie da się nie zauważyć, że w ostatnich trzech książkach początek zagadki umieszcza Pani na ileś lat do tyłu, przez czytelnik równocześnie obserwuje wydarzenia aktualne i te przeszłe. Przypadek czy może taka forma spodobała się Pani na tyle, że w dalszych częściach też możemy spodziewać się takiej formy?

Nic w moich książkach nie pojawia się przez przypadek. Zanim zasiądę do pisania, dokładnie obmyślam fabułę, rozpisuję plan, wszystkie punkty zwrotne. W każdym tomie staram się też nie tylko przenosić akcję w inne rejony geograficzne, by urozmaicić czytelnikowi tę kryminalną przygodę, ale też podejmować nowe tematy, problemy, i jeszcze przedstawiać je w ciekawy sposób. Stąd też w „Lesie i ciemności” równolegle do współczesnego śledztwa toczy się wątek osadzony w latach 90. Róża Kwiatkowska ma wtedy 16 lat, jedzie ze szkolnymi znajomymi na wakacje do Płaskiej w Puszczy Augustowskiej i pakuje się w aferę kryminalną. To była dla mnie podróż sentymentalna w czasy, gdy ja również byłam nastolatką. We wcześniejszej części („Wypocznij i zgiń”) opisuję z kolei historię z dwudziestolecia wojennego w Szczawnicy, w „Trupie w sanatorium” sięgam po lata 70. w Świnoujściu. Te wątki retro pojawiały się zresztą już wcześniej, na przykład w „Zbrodni nad urwiskiem” przedstawiam listy dwóch braci sięgające czasów drugiej wojny światowej.
Chcę, by moje książki nie były tylko opowiastką, w której czytelnik stara się prześcignąć detektywa i pierwszy rozwiązać zagadkę kryminalną. Chcę, by „Kryminały pod psem” opowiadały też jakąś głębszą historię, dotykały problemów społecznych. No i też przedstawiały jakiś wybrany przeze mnie, bliski mi region, czasem właśnie w odniesieniu historycznym. Myślę, że powieść kryminalna w ogóle jest gatunkiem pojemnym na tyle, że pozwala na opowiadanie wielowymiarowych historii z zagadką kryminalną jako motywem przewodnim.


A skoro już jesteśmy przy dalszych tomach, to może nam Pani zdradzić swoje dalsze plany? Na ile tomów ma już Pani pomysły? No i najważniejsze pytanie ze względu na zawieszone zakończenie - kiedy możemy liczyć, że ukaże się tom kolejny? Ja już teraz skręcam się z ciekawości, co te zakończenie naprawdę oznacza!

Cieszę się bardzo, że zakończenie „Lasu i ciemności” Panią zaintrygowało... Pomysłów mam sporo. Tak na kolejne tomy „Kryminałów pod psem”, jak i inne historie, które chciałabym opowiedzieć czytelnikom. Pracuję teraz nad dziewiątym tomem serii. Data premiery nie jest jeszcze znana. Będzie na nią miało wpływ kilka czynników, jednak najpewniej książka ujrzy światło dzienne w przyszłym roku.


To teraz kilka pytań o Panią, tak byśmy mogli Panią lepiej poznać 😊 Jak wygląda Pani proces twórczy? Pisze Pani codziennie, w stałych godzinach czy zależne jest to od natchnienia?

Bardzo to ładnie brzmi: pisanie codzienne o stałych godzinach. Praktyka jednak wygląda różnie. Najtrudniejsza w pracy pisarza jest samodyscyplina. Ja staram się pisać określoną liczbę znaków dziennie, co zajmuje mi czasem dwie godziny, a czasem dwanaście. By powstała książka, trzeba swoje odsiedzieć przed komputerem. Ja najpierw starannie planuję fabułę, dopiero potem piszę, a następnie wielokrotnie drukuję i poprawiam cały tekst, tak by był on już wymuskany, gdy trafi do redakcji. We wszystkich tych zajęciach przeszkadzają mi moje dwa koty, które włażą na klawiaturę i gdy nie widzę, dopisują swoje. Pedro na przykład w chwili mojej nieuwagi dopisał do tego wywiadu, co następuje: „psahfilasmdn”. Nie wiem, co miał na myśli, ale na wszelki wypadek cytuję...


Ma Pani jakieś ulubione miejsce do pisania?

Mój komputer stoi na kuchennym stole. Jako podpórka służy mu wielkie tomiszcze dzieł zebranych Arthura Conan Doyle'a o Sherlocku Holmesie. Do pisania potrzebuję absolutnej ciszy. Mój mąż musiał więc zainwestować w słuchawki, bo wciąż kazałam mu wyłączać radio.


Z Pani książek wnioskuję, że dużo Pani podróżuje. Teraz sytuacja jest dosyć utrudniona, ale może na Pani jakieś ciekawe miejsce do odwiedzenia w planach? W którym może później spotkamy Różę i Szymona? 😊

Przez ostatnie miesiące niestety – jak wszyscy – siedzę w domu, choć już mnie nosi i chętnie bym gdzieś wyskoczyła. Miejsca akcji dla kolejnych „Kryminałów pod psem” mam już obmyślone i osobiście prześledzone, także w tym względzie pandemia nie pokrzyżowała mi planów. Najchętniej wybrałabym się teraz nad morze. Nad morzem wiem, że żyję, inaczej mi się oddycha, czuję nową energię. Póki co jednak pozostaje czekać, aż sytuacja się poprawi i te przedziwne czasy, w których przyszło nam żyć, wrócą do względnej normalności. 


A jakie jest Pani największe podróżnicze marzenie?

Bardzo lubię podróżować tropem książek, które przeczytałam. Chętnie więc wybrałabym się do Thirsk w Yorkshire, gdzie znajduje się The World of James Herriot, muzeum poświęcone słynnemu brytyjskiemu weterynarzowi. Tam właśnie Herriot żył i pracował, o czym pisał w ośmiu tomach przezabawnych powieści traktujących o jego egzystencji w tamtych stronach, gdy był jeszcze początkującym, młodym lekarzem zwierząt. Książki Herriota mnie zauroczyły! Pogodą ducha, miłością do zwierząt i umiejętnością cieszenia się ze zwyczajnych rzeczy.


O wygląd Pani domowej biblioteczki pytać nie będę, bo można ją sobie zobaczyć na fanpage’u Kawiarenki Kryminalnej, ale proszę nam zdradzić nazwisko swojego ulubionego pisarza?

Jednego? To karkołomne zadanie. Uwielbiam twórczość Kate Atkinson: jej kryminalną serię z Jacksonem Brodiem, ale i powieści historyczno-obyczajowe. Atkinson ma wspaniałe, subtelne poczucie humoru (a ja szukam go w każdej książce, i jeżeli nie odnajduję chociażby lekkiego błysku, kropli żartu, wtedy jestem zawiedziona), pisze znakomitym językiem, a do tego niemal w każdej powieści pojawia się u niej pies...
To nie tajemnica, że jestem niemal psychofanką Iana Rankina, twórcy serii powieści kryminalnych o Johnie Rebusie, osadzonych w Edynburgu. Miasto jest w zasadzie równoprawnym bohaterem tych książek. Kiedyś, będąc na wycieczce w Edynburgu, w Oxford Barze (ulubionym pubie Johna Rebusa) spotkałam przez przypadek Iana Rankina. Obawiam się, że zachowałam się jak nastolatka, która ujrzała Justina Biebera. Zapewne Rankin wpisał mnie na czarną listę zatytułowaną: „stuknięte stockerki”...
Uwielbiam wszystkie powieści Håkana Nessera (ten to dopiero ma poczucie humoru!). Lubię książki Ann Cleeves, J.K. Rowling (te pisane pod pseudonimem Robert Galbraith, ale i jej „Trafny wybór”, który jest powieścią – w moim odczuciu – wybitną).
Spoza kryminalnego światka pochłonęłam ostatnio wszystkie powieści Elizabeth Strout i jestem zachwycona. Olive Kitteridge stoi na czele tego literackiego świata Strout, w którym bohaterowie jednych książek pojawiają się w tle innych, tworząc jedno uniwersum, którego po prostu nie chce się opuszczać.
Ponieważ z pewnością ma Pani ograniczone miejsce na stronie dla tego wywiadu, tutaj zakończę. Choć mogłabym tak wymieniać do wieczora...


I na koniec pytanie obowiązkowe ze względu na kulinarną część bloga – co najbardziej lubi Pani jeść?

Hmm, jak wyżej, dużo by tego było. Nie jem mięsa. Za to nie gardzę słodyczami (królestwo za karpatkę!). Piję hektolitry herbaty. Ostatnio sama piekę chleb za chlebem (w garnku wstawionym do piekarnika z mąki razowej, ze suszonymi śliwkami). Uwielbiam wszystko, co czekoladowe. I niezdrowe, zwłaszcza pizzę robioną własnoręcznie przez mojego męża. I czereśnie!


Serdecznie dziękuję poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów w pisarskiej karierze!

Dzięki wielkie za ciekawe pytania!

lipca 02, 2020

"Prawda. Krótka historia wciskania kitu" Tom Phillips

"Prawda. Krótka historia wciskania kitu" Tom Phillips

Autor: Tom Phillips
Tytuł: Prawda. Krótka historia wciskania kitu
Tłumaczenie: Maria Gębicka - Frąc
Data premiery: 26.02.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura faktu

Tom Phillips to brytyjski dziennikarz, który aktualnie pełni funkcję redaktora serwisu internetowego Full Facts - niezależnej organizacji zajmującej się sprawdzaniem faktów. Wcześniej komik, pracował w telewizji i Parlamencie, studiował na wielu różnych kierunkach. Teraz swoje umiejętności wykorzystuje przy pisaniu książek – w sposób humorystyczny opowiada o ciekawostkach z historii ludzkości. Rok temu w Polsce ukazała się jego pierwsza książka pt. „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” (recenzja – klik!), a tego roku w lutym swoją premierę miał już drugi jego tytuł pt. „Prawda. Krótka historia wciskania kitu”. Po „Ludziach…” dobrze wiedziałam, czego po drugiej książce się spodziewać i mniej więcej to dostałam 😊

W „Prawdzie” autor pochyla się nad tematem kłamstw, ściem, oszustw i naciągania prawdy. Głównie skupia się na czasach przeszłych udowadniając, że te zjawiska towarzyszyły ludziom o samego powstania cywilizacji. I tak fake newsy krążyły już po świecie nawet przed wynalezieniem druku, choć już od powstania pierwszych gazet zadania miały ułatwione. Sprytni oszuści istnieli już w starożytności, a kłamstwa polityków od zawsze znajdowały się na świeczniku. Całość ujęta jest w sposób humorystyczny, ironiczny, co nadaje książce lekkości.
„… bardzo mało nowego dzieje się pod słońcem. Odkąd mamy cywilizację, mamy też kanciarzy wypatrujących okazji, by wykorzystać innych. Odkąd mamy pieniądze, mamy ludzi, których główna umiejętność polega na przekonywaniu pechowców, żeby się z nimi rozstali.”
Książka składa się z wstępu, 8 rozdziałów i zakończenia. Na końcu znajdziemy też spis tytułów odnoszących się do każdego z rozdziałów poszerzających o nich informacje. Jest również spis ilustracji i bogata bibliografia. Całość czyta się szybko i lekko, to dobry przerywnik pomiędzy cięższymi lekturami, fajna książka do poczytania przy kawie.

Każdy z rozdziałów skupia się na nieco innym temacie. I tak w rozdziale pierwszym pt. „Pochodzenie fałszu” dowiadujemy się informacji ogólnych o kłamstwie, autor przytacza ciekawe eksperymenty, które dowodzą, że kłamstwo ma dużo większe pole manewru niż prawda. W końcu prawda jest jedna, kłamstw jednak może być ilość nieograniczona, prawda? Niezależnie od tego czy są wymyślane specjalnie czy po prostu tuszują niewiedzę. Przytacza też główne powody, dlaczego w to wierzymy.

W rozdziale drugim pt. „Stare fake newsy” autor skupia się na początkach druku. Opisuje w jaki sposób wcześniej krążyły informacje, uświadamia, że ludzie od zawsze spragnieni byli nowin. Przytacza też fragment ciekawe wypowiedzi, w której na początku XVII wieku autor narzekał na zalew złych informacji – coś, na co teraz często narzekamy mówiąc o tym jako bolączka naszych czasów. Jednak jak się okazuje, ten problem istniał już 400 lat temu! Przed telewizją i internetem!

W rozdziale trzecim pt. „Epoka dezinformacji” Phillips skupia się na przekrętach dziennikarskich głównie z XIX wieku jak np. cykl artykułów o odkryciach księżycowych, dzięki któremu nakłady publikującej go gazety były wysokie jak nigdy. Tłumaczy też działanie dziennikarzy, skąd bierze się to, że jedno wydarzenie ma często wiele różnych, czasem nawet sprzecznych wersji. 

Kolejny rozdział „Kłamstwo o Ziemi” skupia się na ściemach geograficznych – głównie chodzi tu o dawnych kartografów i odkrywanie nowych lądów.

Rozdział piąty pt. „Manifest szachrajstwa” jest dosyć długi w porównaniu z pozostałymi – opowiada o oszustach finansowych. Znajdziemy tu historię pewnego osobnika, który w czasach odkrywania nowych lądów wymyślił sobie całą nową wyspę i szukał kolonistów i inwestorów by ją zasiedlić. Są tu też opowieści o dwóch kobietach, które dzięki swojej wybujałej wyobraźni długo żyły ponad stan 😊

Rozdział szósty pt. „Kłamstwo w państwie” opowiada o kłamstwach politycznych, a kolejny pt. „Kombinatorzy” o nie całkiem uczciwych przedsiębiorcach i biznesmenach. Ostatni z kolei pt. „Zwykłe złudzenia” opisuje iluzje zbiorowe – sytuacje, kiedy ktoś coś powiedział, ktoś coś dodał i nagle wszyscy to widzieli, wszyscy w to wierzyli. Mowa o tym jak łatwo i szybko ludzki mózg poddaje się zbiorowej sugestii.

Ogólnie książka jest ciekawa, zawiera naprawdę sporo ciekawostek z historii ludzkiej ściemy. Mnie najbardziej do gustu przypadły rozdziały o dziennikarskich i geograficznych oszustwach, a i te o kanciarzach były całkiem ciekawe. Całość uświadamia nam, że ludzie oszukiwani się od zarania dziejów i od zarania dziejów ludzie dawali się naciągać. Nie jest to efekt internetu i XXI wieku, istnieje od zawsze, tak po prostu działa ludzki mózg i ego. Nie wiem czy jest to pocieszające, raczej mam wrażenie, że dowodzi jak niewiele człowiek nauczył się od starożytności… Teraz przynajmniej mamy więcej możliwości, by dociec prawdy, trochę łatwiejszą i szybszą drogę sprawdzenia informacji.
Książka ogólnie jest zabawna i ciekawa, jednak mam wrażenie, że z „Ludzi…” wyniosłam trochę więcej. Niemniej jednak, tak jak i poprzednia, to ciekawy zbiór anegdotek, którymi można podzielić się ze znajomymi przy kawie czy drinku 😉

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

lipca 01, 2020

"Las i ciemność" Marta Matyszczak - patronacka recenzja premierowa

"Las i ciemność" Marta Matyszczak - patronacka recenzja premierowa

Autor: Marta Matyszczak
Tytuł: Las i ciemność
Cykl: Kryminał pod psem, tom 8
Data premiery: 01.07.2020
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 304
Gatunek: komedia kryminalna

Cykl „Kryminał pod psem” należy do jednych z moich ulubionych polskich serii wydawniczych, po które sięgam bez zastanowienia – to pewnik dobrej, lekkiej i zabawnej lektury!

Marta Matyszczak, Chorzowianka i wielka miłośniczka wszelakich czworonogów, debiutowała w 2017 roku pierwszym tomem cyklu pt. „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”. Od tamtej pory cykl rozrósł się do 8 tomów, a ja nadal nie mam go dosyć! Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym tomem jest coraz lepiej, widać, że autorka nie stoi w miejscu, a z każdą kolejną wydaną powieścią szkoli swój warsztat literacki. Teraz sięgając po jej lekturę jestem stuprocentowo pewna, że się nie zawiodę, że będę się dobrze bawić i na pewno będzie mi nadal mało! Już teraz znowu mogę przyznać, że nie mogę się doczekać, kiedy ukaże się tom kolejny serii. Zdecydowanie jest na co czekać!

Istotną informacją na wstępie na pewno będzie też to, że każdą książkę da się czytać osobno – to niezależna historia kryminalna, jednak ja oczywiście zachęcam do zapoznania się z całym cyklem, by w pełni docenić bohaterów serii.

Akcja powieści „Las i ciemność” rozpoczyna się na chwilę przed ślubem Róży i Szymona. Ich mieszkania są w rozsypce – trwa remont mający na celu połączenie obydwu lokum, a Szymon w tajemnicy planuje wielką ślubną niespodziankę. Ślub ma być wyjazdowy, cel podróży to miejscowość Plaska w Puszczy Augustowskiej na Podlasiu. Oczywiście Róża nie byłaby Różą, gdyby się nie wtrącała, a jako że dziennikarka ma zdolności do destrukcji, to plan Szymona bierze w łeb. Po przyjeździe okazuje się, że nic nie jest gotowe, nic nie jest zarezerwowane, dla gości nie ma pokoi, a Róża, Szymon i kundelek Gucio lądują w starej przyczepie kempingowej… Jakby problemów było mało, okazuje się że poprzedniej nocy na śluzie Paniewo, przy której osadzony jest ich kemping, zginął człowiek. Możliwe, że był to po prostu nieszczęśliwy wypadek, ale też niewykluczone, że morderstwo. Szymon nie chce, by w czasie ślubu i wesela pałętali się tam policjanci i dziennikarze, więc postanawia, że jeszcze przed ich wielkim dniem rozwiąże zagadkę śmierci mężczyzny. Nie wie za to, że sprawa sięga wiele lat wstecz, kiedy to Róża przyjechała do tego miejsca po raz pierwszy….
„Jazda samochodem wpływała na niego uspokajająco. Ściany drzew po obu stronach jezdni i gdzieniegdzie prześwitujące wody kolejnych mijanych jezior – takie okoliczności przyrody powinni przepisywać lekarze zamiast medykamentów. Skuteczność gwarantowana.”
Książka składa się z prologu, 8 rozdziałów i epilogu. Każdy z rozdziałów otwiera cytat z filmów w reżyserii Olafa Lubaszenko według scenariusza Mikołaja Korzyńskiego („Chłopaki nie płaczą” i „Poranek kojota”), do których również znajdziemy nawiązania w treści. Rozdziały podzielone są na ‘teraz’, ‘rok 1999’ oraz ‘rok 2014’. Akcja rozgrywająca się aktualnie podzielona jest na trzech narratorów – w narracji trzecioosobowej gdy bohaterem jest Szymon i Róża, w pierwszoosobowej gdy wypowiada się Gucio. ‘Rok 1999’ to wspomnienia Róży z jej pierwszego wyjazdu – przedstawione są w pierwszej osobie czasu przeszłego, a ‘rok 2014’ jest najbardziej tajemniczy – bardzo długo nie wiadomo, kto jest jego narratorem. Mimo tego, iż rozdziałów nie ma wiele, to są tak zgrabnie podzielone na scenki, że czytanie nie nastręcza najmniejszych problemów – to sama przyjemność.

Oczywiście ogromną rolę w powieści, jak i w całym cyklu, odgrywa styl autorki. W bardzo zabawny, dosyć ironiczny sposób spogląda na polską rzeczywistość, komentuje współczesne, aktualne wydarzenia. Najuważniejszym obserwatorem jest oczywiście Gucio, kundelek bez jednej nogi, który przedstawia nam sytuacje ze swojego punktu widzenia. Jest najlepszym na świecie psem i detektywem i to on pilnuje Szymona i Róży, a nie odwrotnie 😊. Tak jak ogólnie cała książka pisana jest lekkim stylem, tak te fragmenty z Guciem są jak zawsze najzabawniejsze.
„Stali tam z Różą, patrząc sobie w oczy, i od razu było widać, że świata poza sobą nie widzą. Wzruszenie i mnie na chwilę odebrało jasność widzenia. Moi kochani po tylu latach uczuciowej poniewierki wreszcie mieli znaleźć wspólne szczęście. Już na zawsze. Ze mną u boku. Cóż za miłość! Jedna, wielka i prawdziwa. Niepokonana!”
Co do samego humoru to znajdziemy go tu zatrzęsienie. Jest wszędzie – w komentarzach, dialogach, postaciach, sytuacjach. Zgrabnie wplata się w całą fabułę, jest dobrze wyważony, co w tym gatunku jest naprawdę niełatwe.

Oprócz świetnego, lekkiego, ironicznego stylu, ogromną rolę odgrywają tu też bohaterowie. O Guciu już wspomniałam, o Szymonie i Róży pisałam już tyle razy (recenzje „Morderstwo w hotelu Kattowitz”, „Trup wsanatorium”, „Wypocznij i zgiń”). Teraz powiem tylko, że z okazji wesela głównych bohaterów do Puszczy Augustowskiej zjeżdża się cała plejada postaci z całej serii – nie zabraknie tu nikogo, co jest naprawdę świetnym zwieńczeniem miłosnej historii Róży i Szymona. Każdy z bohaterów jest charakterystyczny, każdy zbudza uśmiech na twarzy. Nie chcę nic zdradzać z fabuły, ale gwarantuję Wam, że o ile ich znacie, to czytając o weselu uśmiech nie zejdzie z waszej twarzy.
„- Gdzie się pojawią, tam trup! Sam jestem świadkiem! Oni przyciągają kostuchę! – tokował. – W Chorzowie śmierć! W Irlandii zbrodnia! W Barlinku strzelanina! W Zdrojowicach samo zło! W Katowicach morderstwo! W Świnoujściu trup! W Szczawnicy weź i zgiń! I teraz powtórka z rozrywki! – wyliczał. – Zbiegi okoliczności?!  - zapytał. – Nie sądzę!” (nawiązania do tytułów wszystkich tomów cyklu)
Oczywiście ten tom, jak każdy, ma swoich własnych osobnych bohaterów. Tutaj jest o tyle ciekawie, że wszystkich ich poznajemy z dwóch perspektyw – jako nastolatków w 1999 roku, gdy większość z nich dokuczała nastoletniej Róży oraz teraz już jako dorosłe osoby, gdy prowadzą już w miarę uporządkowane, szczęśliwe lub nie życie. Teraz to Róża jest górną, to ona spełniła swoje nastoletnie marzenie (poślubienie Szymona), a ci którzy kiedyś byli przywódcami i chuliganami w stosunku do słabszych, teraz nie skończyli tak kolorowo. Jako że oczywiście lubię Różę i trzymam za jej szczęście kciuki, dobrze było przeczytać, że bycie niemiłym nie popłaca 😊

Jako że z założenia książka to kryminał, to oczywiście mamy tu też kryminalne śledztwo. Już nieraz pisałam, że lubię historie, które korzeniami sięgają lata wstecz i to też tutaj dostajemy. Akcja powieści jest ciekawa, wciągająca i ciężka do odkrycia, a o to chyba w tym gatunku po części chodzi. Bardzo podobało mi się też to, że w ‘roku 2014’ bardzo długo nie wiemy o co chodzi, co wzbudza ogromną ciekawość i nie pozwala książki odłożyć, póki zagadka nie zostanie rozwiązana.

Dosyć się już rozpisałam, więc nie będę już więcej przedłużać – „Las i ciemność” to zdecydowanie jeden z najlepszych tomów serii. Nie mam do niego zastrzeżeń, dostałam tylko to co lubię – ciekawą narrację przedstawioną z kilku punktów widzenia, historię osadzoną w kilku planach czasowych, intrygującą i ciężką do przewidzenia zagadkę, świetnych bohaterów, których kocham całym sercem i nawet wzruszający moment! Oczywiście nie zabrakło tu też humoru, a zakończenie jest takie, że do tego tomu powinien od razu być dołączony kolejny! Ja już obgryzam paznokcie w niecierpliwym oczekiwaniu na wyjaśnienie końcówki historii naszych głównych bohaterów!

A, byłabym zapomniała – historia toczy się w otoczeniu przyrody, jest las, jezioro, sama natura, co też dla mnie jest ogromnym plusem powieści! Mimo trupa, chciałabym tam poprzebywać razem z bohaterami! 😉
„Detektyw długo myślał nad wyborem miejsca, w którym mieliby sobie powiedzieć tak. Nie chciał, aby doszło do tego w Chorzowie. Rodzinne miasto nazbyt kojarzyło mu się z dawnymi czasami. Z byłą żoną. Eksnarzeczonym Róży. Duchami przeszłości. Uznał, że najlepiej im będzie na łonie natury. Zieleń, woda, cisza I spokój – tego potrzebowali.”

Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz książki do recenzji oraz możliwość objęcia książki swoim patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu, a autorce za rewelacyjną przygodę!

czerwca 24, 2020

"Współlokatorzy" Beth O'Leary

"Współlokatorzy" Beth O'Leary

Autor: Beth O’Leary
Tytuł: Współlokatorzy
Tłumaczenie: Robert Waliś
Data premiery: 20.06.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 432
Gatunek: komedia romantyczna

20 maja 2020 roku Wydawnictwo Albatros wprowadziło do swojej oferty nową serię książek pt. „Mała Czarna”. To przyjemne, inteligentne i zabawne komedie romantyczne dla kobiet w każdym wieku. Pierwszymi tytułami, które ukazały się pod tym szyldem były: „Lista, która zmieniła moje życie” Olivii Beirne (moja recenzja – klik!) oraz „Współlokatorzy” Beth O’Leary. Ta druga to ponowne wydanie, pierwszy raz ukazała się w Polsce roku temu, dokładnie 15 maja i zatrząsnęła całym światkiem czytelniczym – mnie rok temu ominęła ta przyjemność, jednak teraz mogłam tę zaległość nadrobić. I ogromnie się z tego cieszę, bo obydwa tytuły „Małej Czarnej” ogromnie pozytywnie mnie zaskoczyły!
Autorka „Współlokatorów” Beth O’Leary to angielska pisarka, która mieszka na przedmieściach Londynu. „Współlokatorzy” to jej debiut literacki, pisała go, gdy jeszcze pracowała w wydawnictwie książek dla dzieci. Teraz jest już pełnoetatową pisarką, na angielskim rynku ukazała się już jej druga powieść pt. „Zamiana” – u nas jej premiera zapowiedziana jest na 12 sierpnia tego roku. Na rok przyszły szykowana jest już kolejna książka pt. „The road trip” (pol. wycieczka). Ja po lekturze jej debiutu zdecydowanie mogę przyznać, że na dwie kolejne czekam z niecierpliwością!

„Współlokatorzy” opowiadają historię Tiffy i Leona. Tiffy właśnie po raz kolejny rozstała się z chłopakiem, tym razem chyba już na stałe – musi wyprowadzić się z jego mieszkania, a przez konieczność oddania mu długu nie stać ją na samodzielne wynajęcie miejsca, w którym dałoby się … no cóż, mieszkać. Leon z kolei jest pielęgniarzem na oddziale paliatywnym pracującym w trybie nocnym – ma swoje małe mieszkanie w centrum Londynu, a że potrzebuje szybko przypływu gotówki postanawia wykorzystać swoją sytuację – chce wynająć mieszkanie na pół doby, podczas której jest w pracy. Dla Tiffy to sytuacja idealna – piękne mieszkanko w dobrej okolicy za naprawdę małe pieniądze dostępne w godzinach, w których akurat jest jej potrzebne. Nie zastanawiając się długo decyduje się na wynajem. Oprócz kilku organizacyjnych problemów wszystko układa się idealnie, Tiffy ma współlokatora, którego nie widuje, a ich kontakt sprowadza się do pozostawiania sobie wiadomości na małych karteczkach samoprzylepnych… Czy na dłuższą metę mogą tak żyć? Kiedy się w końcu poznają? Czy uda im się wplątać z kłopotów, które przyniosło im życie?

„Słowo ‘plan’ jest znacznie mniej przyjemne, gdy towarzyszą mu słowa ‘na życie’.”

Książka składa się z 74 rozdziałów i epilogu, które naprzemiennie przedstawiane są z punktu widzenia Tiffy i Leona. Rozdziały podzielone są na miesiące, w których toczy się akcja powieści. Narracja przez obydwóch bohaterów prowadzona jest w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, trochę jednak różni się pod względem zapisu – w rozdziałach Tiffy dialogi prowadzone są zwyczajowo od myślników, u Leona jednak wygląda to jak podział na role – zamiast myślników mamy imię i dwukropek. Zastanawiam się dlaczego taki podział autorka zastosowała – myślę, że wynika z charakterów postaci – Tiffy jest bardziej dynamiczna, u niej dużo się dzieje, Leon podchodzi do wszystkiego ostrożniej, jest bardziej wycofany, przez co ludzi traktuje z dużo większym dystansem.
Oczywiście w rozdziałach znajdziemy też wycinki z wiadomości pozostawionych na karteczkach samoprzylepnych.

Styl powieści jest przyjemny, książkę czyta się bezproblemowo, akcja wciąga. Muszę jednak przyznać, że książka dosyć mnie zaskoczyła – spodziewałam się lekkiej, zabawnej lektury, tak jak to było przy „Liście, która zmieniła moje życie”, a dostałam coś, wydaje mi się, głębszego. Humor był, oczywiście, ale nie od samego początku i chyba nie on jest tu najważniejszy.

Ważne są tematy, które porusza powieść. To tematy poważne i trudne, więc byłam zdziwiona ich nagromadzeniem w książce wpisanej w gatunek komedii romantycznej. Sporo miejsca autorka poświęca na wątek uwolnienia się spod wpływu związku, w którym nagminna była przemoc psychiczna, jak i wpływu jaki ma on na dalsze życie osoby nękanej. Równie dużo mowy jest tu o omylności wymiaru sądownictwa, jak łatwo człowiek niewinny przez przypadek może zostać skazany za zbrodnię, której nie popełnił i jak trudno takie coś później odkręcić. Przez zawód Leona w książce dużo jest też o chorobie i śmierci, która często bierze nie tylko tych, którzy już w pełni przeżyli swoje życie… Sporo jak na lekką i zabawną komedię romantyczną, prawda?
„Mój tata lubi mawiać: ‘Życie nigdy nie jest proste’. To jedno z jego ulubionych powiedzonek.
Myślę, że to nieprawda. Życie często bywa proste, ale zauważamy to dopiero wtedy, gdy bardzo się skomplikuje.”
Trochę przyjemniejsze tematy dotyczą pracy Tiffy – zatrudniona jest w wydawnictwie zajmującym się wydawaniem książek DIY (zrób to sam) na stanowisku asystentki redaktora. To głównie w tej postaci i sytuacjach ją spotykających jest zawarty element humorystyczny – Tiffy to bardzo żywa, kolorowa osoba, która wręcz przyciąga dziwne sytuacje. Bardzo ją polubiłam, jej ekscentryczność jest urocza.

Leon z kolei jest całkowitym przeciwieństwem Tiffy. Spokojny, wycofany, stroniący od ludzi, większą część życia spędza w pracy, gdzie wie, że jest potrzebny. Ma bardzo mały krąg ludzi, którym ufa, z którymi rozmawia. Jednak jak już komuś uda się wejść w jego łaski, to Leon jest gotowy oddać życie w jego obronie. To szlachetny, dobry człowiek.

Historia miłosna, czyli to, czego zawsze obawiam się najbardziej, również zyskała mój entuzjazm. Wszystko przedstawione jest z wyczuciem, napisane tak dobrze, że naprawdę nic nie budziło mojego sprzeciwu. Takie sceny trzeba umieć pisać! Tak mało pisarzy to potrafi, a O’Leary się to udało już w debiucie – brawo!

Ogólnie, mimo iż książka była mniej zabawna od „Listy, która zmieniła moje życie”, to jednak wydaje mi się głębsza. Pod bardzo miłą, przyjemną, sympatyczną historią autorka poruszyła ogrom ważnych tematów, o których nigdy nie pomyślałabym, że można je połączyć z takim gatunkiem literackim. To odważne i dosyć ryzykowne posunięcie, jednak tu zdecydowanie wyszło z tego coś godnego uwagi. Książka zapewnia nie tylko poprawę humoru, trochę śmiechu (tak, tak, mimo że piszę, że była mniej zabawna, to jednak były momenty, w których parskałam głośnym śmiechem!) i ogólnie słodki nastrój, ale także bardziej otwiera oczy na potrzeby i problemy innych ludzi. Ja jestem zdecydowanie na ‘tak’ i już nie mogę doczekać się „Zamiany”!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

czerwca 23, 2020

"Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka" Małgorzata J. Kursa

"Malwina i Eliza na tropie. Szczęśliwa nieboszczka" Małgorzata J. Kursa

Autor: Małgorzata J. Kursa
Tytuł: Szczęśliwa nieboszczka
Cykl: Malwina i Eliza na tropie, tom 2
Data premiery: 24.10.2019
Wydawnictwo: Lira
Liczba stron: 274
Gatunek: komedia kryminalna

Wiele razy wspominałam już, iż komedia kryminalna jest jednym z moich ulubionych gatunków literackich. Nie jest to jednak gatunek łatwy – trafić w poczucie humoru, które rozbawi szersze grono odbiorców jest naprawdę trudno. Do tego oczywiście intryga kryminalna powinna być logiczna, prosta, ale i jednocześnie nie do odgadnięcia. Mam kilku swoich ulubionych autorów w tym gatunku, jednak cały czas szukam też nowych – w końcu dobrego humoru nigdy nie za wiele 😉 I tak w moje ręce trafiła książka Małgorzaty J. Kursy pt. „Szczęśliwa nieboszczka”. Zaliczana jest do nurtu tak zwanego ‘cozy crime’ (pol. przytulna zbrodnia) i jest to jak najbardziej trafne określenie.
Małgorzata J. Kursa ma na swoim koncie już 14 powieści, a o Malwinie i Elizie, bohaterkach „Szczęśliwej nieboszczki”, z tego co udało mi się znaleźć, napisała wcześniej już jedną książkę pt. „Ekologiczna zemsta”, o której zresztą kilka razy wspomina w tym tomie. W planach jest już kolejna część przygód zwariowanego duetu pt. „Wszystko przez krasnala” – jego premiera zapowiedziana jest na lipiec tego roku. Czy warto się z tą serią zapoznać?

Kraśnik, lato. Malwina i Eliza, dwie przyjaciółki po 50tce, szykują się na swoje coroczne wakacje. Do wyjazdu pozostał już tylko tydzień, gdy Eliza dowiaduje się, że jedna z młodszych sąsiadek popełniła samobójstwo skacząc z okna swojego mieszkania. Kobieta kompletnie w to nie wierzy i ma dobre powody, by tak sądzić. Jako fanka książek i filmów kryminalnych, zachęcona ostatnim sukcesem w dochodzeniu w sprawie przestępstwa, które niedawno razem z Malwiną rozwiązały, a także nieobecnością dwójki najlepszych kraśnickich policjantów postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo. Wciąga w swój plan niechętną Malwinę oraz bardziej entuzjastyczną synową Lalę. W trójkę na pewno uda im się odnaleźć mordercę!

Książka podzielona jest na nienumerowane sceny. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje wszystkich bohaterów zainteresowanych śledztwem – bohaterki, policję i siostrę nieboszczki. Styl powieści jest przyjemny, lekki i pozytywny. Może nie parskałam śmiechem przy książce, ale na pewno poprawiła mi humor.

Oczywiście prym w powieści wiodą bohaterowie – duet antyprzestępczy Elizy i Malwiny to mieszanka wybuchowa. Obydwie panie są mocno temperamentne, a własne towarzystwo wyzwala w nich bardzo kłótliwe i uparte cechy. Oczywiście przestawione jest to w sposób humorystyczny, wzbudzający sympatię. Malwina prowadzi własny lokal gastronomiczny, jej zięć jest policjantem, dzięki czemu już po jego powrocie kobiety nadal mają wgląd w sprawę. Eliza natomiast jest księgową, mieszka razem z synem i jego żoną. Obydwie kobiety mają przykre wspomnienia z małżeństw, przez co nastawione są do płci brzydkiej raczej negatywnie, czemu często dają upust.

Oczywiście prócz głównych bohaterek jest tu jeszcze masa innych ciekawych postaci – jak np. klub wścibskich sąsiadek, czy policjanci i prokurator. Wszyscy z przywarami przedstawionymi w bardzo pozytywny, przytulny sposób.

Intryga jest sprytnie uknuta, raczej w pełni nie sposób jej odgadnąć. Akcja toczy się spokojnie, przyjemnie. Bohaterki przeszukują mieszkanie nieboszczki, wypytują sąsiadów, przy okazji racząc się pysznymi ciastami czy innym smacznym jedzeniem. Warto też wspomnieć, że mimo lekkiego i przyjemnego stylu, autorce udało się wpleść w fabułę sporo krytycznego spojrzenia na nasze społeczeństwo jak np. potrzebę emigracji, zdolność do rozsiewania plotek, czy potrzebę wszystkowiedzenia.

Podsumowując, spędziłam z książką kilka przyjemnych godzin. Intryga, dialogi i bohaterowie wykreowani przez Małgorzatę Kursę są zabawni, przyjemni i ciekawi. Jedyna moja uwaga odnosi się do dosyć negatywnego podejścia do świata – i te antymęskie podejście dwóch bohaterek i ogólne narzekanie na życie w naszym kraju trochę nie całkiem pasowało mi do lekkiego i zabawnego tonu całości. Jasne, w komedii kryminalnej bardzo często przemyca się krytykę rzeczywistości, jednak tu jakoś tak rzucała mi się w oczy, nie całkiem mi pasowała. Jednak mimo to książka wzbudziła moje zainteresowanie i ostatecznie nastawiła jakoś tak pozytywniej, a przecież właśnie po to po nią sięgałam. Kolejny tom przeczytam na pewno, a i chętnie kiedyś sięgnęłabym po wcześniejsze książki autorki!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Lira!

czerwca 21, 2020

Book tour z "Gwiazdą Szeryfa"!

Book tour z "Gwiazdą Szeryfa"!

Niedziela to dobry dzień na organizację book toura! Dzisiaj przychodzę do Was z propozycją uczestnictwa w bt z „Gwiazdą Szeryfa” debiutem Aleksandry Borowiec, a moim patronatem. To bardzo ciekawy, wciągający miks gatunkowy – znajdziecie tu nie tylko kryminał retro, ale też dobrą powieść obyczajowo-historyczną, a nawet trochę elementów literatury grozy! Wszystko to opowiedziane fajnym gawędziarskim stylem 😊 Więcej o moich wrażeniach z lektury poczytacie tu – klik!, a teraz zapraszam Was do udziału w tym przedsięwzięciu 😊

Zasady uczestnictwa w book tourze:
  1. Książkę możecie trzymać maksymalnie 2 tygodnie od daty jej otrzymania, później wysyłacie ją dalej (adres kolejnej osoby otrzymasz ode mnie lub bezpośrednio od kolejnego uczestnika)
  2. Recenzję/opinię/film (zależy gdzie się udzielacie) proszę zamieście maksymalnie do 3 tygodni od daty otrzymania książki. Oznaczcie mój blog/IG/FB w swoim poście. Będzie mi też bardzo miło jeśli wykorzystacie któryś z hastagów: #kryminalnatalerzu, #kryminalnatalerzupoleca, #czytajzkryminalnatalerzu.
  3. Książkę możecie wysłać pocztą, kurierem, paczkomatem – jak Wam i odbiorcy najwygodniej, ważne, żeby przesyłka miała numer, by się nie zgubiła!
  4. Książka jest do Waszej dyspozycji – możecie po niej pisać, zakreślać, zaznaczać. Proszę jednak o jej poszanowanie, czyli bez gniecenia i rozrywania 😉
  5. Będzie mi miło jeśli zostawicie w książce po sobie ślad – z przodu książki przygotuję do tego miejsce oraz wkleję małą mapkę, na której oznaczymy trasę książki – nie zapomnijcie dorysować swojego punkcika! Będę mogła sobie później powspominać! 
  6. Fajnie, jeśli do wysyłanej paczki dorzucicie coś małego od siebie, herbatkę, czekoladkę, cokolwiek by kolejnemu uczestnikowi było miło.

Zgłaszać się możecie w komentarzu pod postem tu na blogu, pod postem na IG i FB oraz w prywatnych wiadomościach na IG i FB oraz mailowo: kryminalnatalerzu@gmail.com.  Kolejność uczestnictwa zapisywać będę według kolejności zgłoszeń (oczywiście później uczestnicy mogą dogadać zmiany w kolejności między sobą).

Listę uczestników zapiszę w tym poście w okolicy wtorku, środy.

Książka ruszy w podróż prawdopodobnie właśnie w środę 24 czerwca, ale listy uczestników nie zamykam, można zgłaszać się także w trakcie trwanie book toura. Zastrzegam sobie jednak możliwość zamknięcie listy, w chwili kiedy liczba uczestników przekroczy 30 osób.


Zachęcam też do udostępniania wiadomości o book tourze na swoich profilach – przecież warto dzielić się dobrą książką, prawda? 😉 Wystarczy, że udostępnicie post o bt, który ukazał się u mnie na IG i FB.


W razie pytań jestem dostępna na IG i FB oraz oczywiście mailowo.


Serdecznie zapraszam do zgłoszeń, a uczestnikom życzę przyjemnej lektury! 


Lista uczestników:
1.@diversitylibrary (książka jest tu od 26.06)
2. @czytam_dla_przyjemnosci
3. @annadyczko
4. @lexyogechi
5. @marlon.080
6. @onaczytanoca
7. @anniapk
8. @lajla8888
9. @zaczytana_kasiaa
10. @zaczytana_panna
11. @zaczytana.paula

czerwca 20, 2020

"Teściowa" Sally Hepworth - zapowiedź

"Teściowa" Sally Hepworth - zapowiedź
Już we wtorek 23 czerwca swoją premierę będzie miała książka pt. "Teściowa" autorstwa Sally Hepworth, australijskiej pisarki, którą polecam sama Liane Moriarty! Dla mnie, fanki autorki "Wielkich kłamstewek" to wystarczający powód, by książkę od razu wpisać na swoją czytelniczą listę! Zapowiada się intrygująca lektura!

W rodzinie Goodwinów każdy ma coś do ukrycia. Relacje Lucy oraz jej teściowej Diany jeszcze przed ślubem nie układały się dobrze. Lucy już podczas pierwszego spotkania z przyszłą teściową zorientowała się, że nie jest wymarzoną partnerką życiową dla jej idealnego syna. Któż jednak winiłby matkę za wyśrubowane oczekiwania? Zwłaszcza taką matkę! Ta kobieta to jeden z filarów społeczeństwa, orędowniczka sprawiedliwości społecznej, a przy tym wolontariuszka, niosąca pomoc uchodźcom, którzy osiedlają się w nowej ojczyźnie. Od lat jest szczęśliwą mężatką, opływa w dostatki. Zawsze miła, przyjazna, szczodra… nikt nie ma powodu powiedzieć o niej złego słowa. Nikt, prócz Lucy.
Po pięciu latach od ślubu młodych Diana nagle sobie odbiera życie. W liście pożegnalnym wspomina o nieuleczalnej chorobie, tymczasem autopsja nie wykazuje niczego takiego.
Od tej chwili sprawy nabierają niezwykłego tempa i nie wszystkie elementy układanki do siebie pasują. Poszlaki kierują śledztwo w stronę udziału osób trzecich.Cień podejrzeń pada na najbliższych, spośród których to Lucy zdaje się mieć najsilniejszy, podszyty zazdrością motyw.Jedno jest pewne: prawda na temat sekretów Goodwinów prędzej czy później ujrzy światło dzienne…

Na Polskim rynku "Teściowa" będzie trzecią książką autorki - w oryginale piątą. Dla mnie jednak  będzie to pierwsze spotkanie z jej piórem i już naprawdę nie mogę się doczekać! Lubię takie rodzinne historie podszyte dreszczykiem tajemnicy. 
A jak jest z Wami - brzmi jak coś co może się Wam spodobać?


Autor: Sally Hepworth
Tytuł: Teściowa
Tłumaczenie: Agnieszka Barbara Ciepłowska
Data premiery: 23.06.2020
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 392
Gatunek: thriller

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży!