lipca 09, 2026

"Kwestia winy" Bruce Holsinger

"Kwestia winy" Bruce Holsinger

Autor: Bruce Holsinger
Tytuł: Kwestia winy
Tłumaczenie: Paweł Cichawa
Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller psychologiczny / obyczajowy
 
Bruce Holsinger jest cenionym amerykańskim profesorem specjalizującym się w średniowiecznej literaturze angielskiej, który równocześnie wykłada współczesną teorię krytyczną. Zdobywca wielu stypendiów, pisze zarówno beletrystykę, jak i dzieła non-fiction. W dziedzinie literatury rozrywkowej debiutował w 2014 roku powieścią historyczną, która rok później doczekała się kontynuacji. Po nich autor skierował swoją twórczość w bardziej współczesną stronę, trudne do jednoznacznego przypisania gatunkowego powieści, których bazą stają się tematy go frapujące. Jak na przykład sztuczna inteligencja i jej koegzystowanie w świecie zwyczajnego człowieka, nad którą pochyla się w swojej najnowszej, piątej książce pt. “Kwestia winy”. W Polsce to dopiero druga powieść z jego nazwiskiem na okładce, która doczekała się tłumaczenia, pierwsza “Szkoła geniuszy” wydana została w 2020 roku.
 
Czasy współczesne, początek wakacji. Pięcioosobowa rodzina Cassidy-Shawów jedzie na ostatni turniej lacrosse’a w tym sezonie. Za kierownicą sterowanego przez AI samochodu siedzi siedemnastoletni Charlie, tuż obok jego ojciec Noah z laptopem na kolanach dopracowuje ostatnie pismo dla klienta przez rozpoczęciem rodzinnego weekendu. Z tyłu siedzą trzy przedstawicielki płci pięknej tej rodziny: Lorelei pracująca nad swoimi kolejnymi projektami dotyczących etyki AI i dwie nastolatki Izzy i Alice. To czas, który każdy poświęca sobie, oczywiście poza Charliem, który powinien pilnować trasy samochodu. Jednak dzieje się inaczej i nagły krzyk jego siostry sprawia, że wykonuje ostry skręt kierownicą, co kończy się wypadkiem, w którym to, że nikt z ich rodziny nie zginął jest prawdziwym cudem. Niestety szczęście nie dopisało drugiemu samochodowi - starsze małżeństwo zginęło na miejscu.
Miesiąc po tym zdarzeniu rodzina Cassidy-Shawów nadal nie doszła do siebie. By złagodzić nastroje, może przepracować to, czego nie udało im się wyjaśnić do tej pory, wybierają się na tydzień nad zatokę Chesapeake. Jednak i to nie idzie zgodnie z ich oczekiwaniami - właśnie rozpoczynają się najgorętsze dni lata, a po przeciwnej stronie zatoki klimatyczne stare zabudowania kupił miliarder, który zrobić z tego miejsca nie tylko betonozę, ale też wszędzie lata helikopterem, który trzęsie im wynajętym domem w posadach. Jak w takich warunkach dojść ze sobą do ładu, jak sprawić, że rodzina pogodzi się z konsekwencjami wypadku i odzyska spokój? Szybko okazuje się jednak, że to nie uciążliwy sąsiad jest największym problemem, a ich własne małe tajemnice.
Regresja „gdyby tylko”: przygnębiająca, nieskończona, bezowocna, a jednak niemożliwa do uniknięcia – ponure pytania o to, co wszyscy mogliśmy zrobić inaczej.”
Książka rozpisana jest na prolog, pięć tytułowanych części i epilog. Części podzielone są na sześćdziesiąt rozdziałów, które składają się na narrację Noah w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, fragmenty książki Lorelei “Silikonowe dusze. Kwestia winy sztucznych umysłów”, internetowe rozmowy Alice z kimś o imieniu Blair oraz artykuły prasowe czy inne dokumenty oddziałujące na to, jak toczy się akcja. W tym wszystkim to narracja Naoh jest podstawą, pozostałe elementy uzupełniają obraz przez niego przedstawiony. Styl powieści jest płynny, przyjemny w lekturze, dialogi prowadzone są z lekkością, a ciągłość myśli narratora spójna i bardzo w emocjach ludzka. W samej warstwie językowej czuć, że napisał ją ktoś, kto ma szeroki zakres słów, autor jednak trudnymi słówkami się nie popisuje, wszystko wypada bardzo naturalnie.
Ludzie, którzy zginęli.
Dziwne sformułowanie: rzeczowe, bez moralnego ciężaru i bez wskazania sprawcy. Jeszcze wczoraj mówiła: „Zabiliśmy dwoje ludzi”. Jeszcze wczoraj Drummondowie byli nierozerwalnie z nami związani samą strukturą gramatyczną jej zdania. Teraz to już tylko „ludzie, którzy zginęli”.”
Główny bohater, a zarazem narrator powieści Noah przedstawia nam się jako ta mniej inteligentna połowa w jego związku małżeńskim. Ożenił się z kobietą, która przez światowych specjalistów etyki i AI uznawana jest za geniuszkę, która w tym środowisku przez niektórych traktowana jest jak bożyszcze. A choć ich małżeństwo zdaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna, to czuć też, że Noah jest trochę tą sytuacją zmęczony, sfrustrowany - stara się nieustannie “iść na rękę” żonie, co ostatnio bardzo często obraca się przeciwko niemu. To skomplikowana i niejednoznaczna postać, która tymi ciągłymi próbami “ułatwiania” życia, czyli zwyczajnymi przemilczeniami, na pewno nie wzbudza zaskarbia sympatii czytelnika. Ale to nie o sympatię przecież w tej powieści chodzi, a o dobrą historię i tematy, jak dzięki niej porusza.
(...) chciałem gwarancji, pewności już na starcie, że wszystko mu się uda. Że nie będzie musiał liczyć na szczęście ani wygrać na loterii, tak jak ja. Że nigdy nie znajdzie się w sytuacji, w której to wszystko mogłoby po prostu wyślizgnąć mu się z rąk.”
Akcja powieści prowadzona jest tempem spokojnym, początkowo historia kieruje się w stronę obyczajową, rodziny próbującej pogodzić się z konsekwencjami zdrowia fizycznego i psychicznego po wypadku, za który nie wiadomo kto ponosi odpowiedzialność. Dopiero gdzieś w okolicy połowy powieści tempo akcji przyspiesza, pojawiają się znaczące twisty fabularne, które są charakterystyczne dla gatunku thrillera i które sprawiają, że mimo wakacyjnego klimatu (w końcu rzecz dzieje się latem nad zatoką, po której w tę i z powrotem śmigają na deskach i w kajakach bohaterowie), napięcie odczuwalnie wzrasta. Im dalej w fabułę tym bardziej wikłamy się w sieć kłamstw, których ujawnienie może mieć nieprzewidywalne konsekwencje. Finał powieści jest ciekawy, kieruje myśli w całkowicie inną stronę - pochyla się mocno na zagadnieniami AI.
Ta cała sztuczna inteligencja jest jak karta „wyjdź z więzienia na wolność”.”
Bo choć przez całą powieść sztuczna inteligencja jest w rzeczywistości postaci obecna, to jednak przez większą jej część pozostaje w tle. Dopiero pod koniec jasno wybrzmiewa kwestia odpowiedzialności, kwestia tego, czy w ogóle jest możliwe, by mieć pewność, że stworzona przez człowieka, ale podejmująca własne decyzje AI, będzie czynić dobro, kiedy nieraz człowiek sam dobra wybrać nie potrafi. Autor bardzo dobrze przedstawia zagadnienia, z jakimi teraz globalnie się mierzymy - przedstawia świat, w którym rozwój AI wydaje się nieunikniony, na który jednak ludzie nie są gotowi. Poprzez swoją nieświadomość, niezrozumienie funkcjonowania AI, poprzez brak odpowiedniego prawa regulującego życie ze sztuczną inteligencją. Choć dylematy moralne pozostają, autor jasno obrazuje jedno - AI będzie nam w życiu towarzyszyło, więc bez względu na to, jak bardzo będziemy temu przeciwni, jak bardzo będziemy chcieli się od tematu trzymać z dala, to i tak się będzie dziać. A czy odwracając wzrok nie szkodzimy przyszłości? Czy pozwalając, by temat AI pozostawał w rękach tych, którzy działają z pobudek technologicznych czy finansowych, nie przyzwalamy na to, by zapominano o wartościach? Żebyśmy tylko nie obudzili się, kiedy będzie już na to za późno.
Programujemy system, dajemy mu prawo do tłumaczenia naszych dylematów moralnych, a następnie uruchamiamy przyciskiem. A potem ufamy.”
Przez większą część lektury jest to jednak opowieść o rodzinie, o relacjach, o tych cienkich połączeniach pomiędzy jej członkami, którzy lawirują pomiędzy prawdą a kłamstwem. Każdy z nich skrywa więcej sekretów niż można przypuszczać, każdy stawia czytelnika przed pytaniem o swoje własne relacje rodzinne, przemilczenia i ustępstwa. Przyglądamy się dynamice związku partnerskiego, w którym jedna strona emocjonalnie czuje się od drugiej gorsza, a może po prostu niepewna, relacjom rodzeństwa i dzieci z rodzicami, lękom rodziców, którzy tak bardzo chcą dla swoich dzieci dobrze, że nie dostrzegają, że ich troska może przynieść skutek odwrotny, spowodować, że dziecko wkraczające w dorosłość, zamiast wejść w nią gładko, zachłyśnie się możliwością decydowania o sobie. Autor mocno bazuje na rodzicielskich wysiłkach zapewnienia dzieciom lepszego startu w życie niż mieli oni sami, jednak robiących to za pomocą pieniędzy, nie rozmowy. Ale czy lepsza szkoła, większa liczba zajęć, czy dobry sprzęt mogą nauczyć, jak radzić sobie z problemami, dylematami moralnymi?
(...) czas się pogodzić ze straszną prawdą. Nie zdołamy kontrolować naszych dzieci, a tym bardziej chronić. Skutecznie. W pełni. (...) Bo nikt nie zdoła zapewnić dzieciom bezpieczeństwa na zawsze, nawet ty, Danielu. Nie pomogą żadne pieniądze, żadna liczba ochroniarzy ani aplikacji śledzących w smartfonach. Nieważne, jak dobry jest twój algorytm, nie ochronimy ich przed wszystkim. Po prostu się nie da.”
Tytułowa kwestia winy rozpatrywana jest więc na dwóch głównych poziomach: kto ponosi winę za przewinienie wchodzącego w nastoletniość dziecka - ono czy rodzic? I kto ponosi winę, gdy w konsekwencji działań maszyny sterowanej przez AI dochodzi do katastrofy? W jaki sposób w kategorii AI mówić o winie?
Możemy być wszyscy ubezpieczeni od aresztowań, pozwów, upokorzenia czy publicznego uznania winy. Ale ciężar odpowiedzialności pozostaje i ściska gardło.”
Bruce Holsinger stworzył powieść na miarę naszych czasów, która dosadnie uświadamia, że choć nie zdajemy sobie jeszcze z tego sprawy, żyjemy w całkiem innej rzeczywistości niż jeszcze dekadę temu. W rzeczywistości, w której część funkcji, część decyzji (!) oddajemy maszynom uczącym się samodzielnie, a więc takim, które w jakiś sposób same podejmują decyzje. Autor pyta o wszystko, co w ten świecie ważne: moralność, odpowiedzialność, decyzyjność. To jednak dzieje się na tle historii uniwersalnej, historii o rodzinie, w której dzieci są dziećmi, a rodzice próbują się zatroszczyć o dobro rodziny i siebie nawzajem tak, jak potrafią najlepiej. Tylko czy czasami chęć uchronienia drugiej osoby przed bólem na dłuższą metę może podziałać krzywdząco? To zmuszająca do wielu ciekawych refleksji powieść prowadzona spokojnym tempem i mimo wszystko z przyjemnie wakacyjnym klimatem. Poproszę o więcej książek Holsingera w polskim tłumaczeniu!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 07, 2026

"Ostatnie przyjęcie" A.R. Torre

"Ostatnie przyjęcie" A.R. Torre

Autorka: A.R. Torre
Tytuł: Ostatnie przyjęcie
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny
 
A.R.Torre to mroczna odsłona amerykańskiej pisarki Alessandry Torre. Swoją karierę literacką rozpoczynała od powieści ukierunkowanych na wątki erotyczne, które publikowała przez dekadę pod swoim pełnym imieniem. Inicjały A.R. powstały zatem, by dwa gatunki jej twórczości oddzielić. Po raz pierwszy książki tak podpisane na rynku angielskim pojawiły się w 2013 roku i z czasem w jej dorobku zaczęły dominować. Teraz, od trzech lat, autorka tworzy już tylko w tym gatunku, a “Ostatnie przyjęcie” to jedna z jej najnowszych powieści - w oryginale wydana w 2024 roku, w Polsce pojawiała się jako drugi tytuł wydany w 2026 pod szyldem Wydawnictwa Muza (pierwszy to "Dobre kłamstwo", recenzja - klik!). A choć polski czytelnik ma jeszcze dużo z jej twórczości do nadrobienia, jedno jest pewne: z wszystkich jej książek, jakie ukazały się do 2024 na rynku anglojęzycznym, “Ostatnie przyjęcie” jest historią najmroczniejszą – sama przyznaje to w posłowiu tej książki. Warto też już na wstępie zaznaczyć, że w tej historii nie przyplątał się wątek romansowy, nie czuć w niej napięcia seksualnego, co oddziałuje na fabułę bardzo korzystnie - możemy się skupić na mrocznych odmętach pokręconej ludzkiej psychiki…
 
Bogata dzielnica w Kalifornii. To tam żyje rodzina Wultz - Perla, Grant i ich jedenastoletnia córka Sophie. Z boku wygląda na to, że żyją jak w bajce: są bardzo bogaci, a mimo to obydwoje spełniają się zawodowo, a ich córka jest bardzo poukładana i dobrze radzi sobie w szkole. Jednak ten doskonały obraz załamuje się przy dłuższym spojrzeniu - Perla jest nałogową kłamczuchą, a jej córka ewidentnie zaczyna to podłapywać. Co więcej, wspomnienie zbrodni sprzed dwudziestu trzech lat budzi w Perli nową obsesję, a nawet coś więcej - mroczny plan, za sprawą którego chce zbliżyć się sprawcy. Mordercy dwunastoletnich dziewczynek, który odsiaduje wyrok też nieopodal…
To Leewood Folcrum, mężczyzna, który nigdy nie przyznał się do winy. Zbrodnia, za którą został skazany, wstrząsnęła całą Ameryką nie tylko przez młody wiek ofiar, ale również dlatego, że jedną z nich była jego własna córka. Mimo dużego szumu medialnego, stałego zainteresowania, jakie nawet po upływie dwudziestu trzech lat jest mu okazywane, nigdy nie zdradził, co tak naprawdę stało się tej nocy, podczas dwunastych urodzin Jenny. Nie powiedział tego nawet bratu jednej z ofiar, który do teraz przysyła mu listy. Ale może ten gość, który właśnie teraz po raz pierwszy go odwiedził, to zmieni?
 
Książka rozpisana jest na 96 króciutkich rozdziałów pisanych z kilku perspektyw. Spora część z nich rozpoczyna się cytatem krótkiej wypowiedzi kogoś z otoczenia Wultzów bądź Folcruma udzielonej już po zdarzeniu, finale tej historii - dzięki temu czytelnik od początku wie, że zakończenie będzie medialne dokładnie tak, jak życzyła sobie tego Perla, choć niekoniecznie równoznaczne z jej własnym planem. Narracja powieści prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego przez Perlę i Folcruma. Pomiędzy ich opowieścią od czasu do czasu pojawiają się zapiski z dziennika Sophie, a pod koniec historii dochodzi również czwarty głos narracyjny. Styl powieści jest charakterystyczny dla thrillera psychologicznego, skupiony na oddaniu myśli i refleksji postaci, a język, jakim autorka się posługuje, jest prosty, ale nie wulgarny. Zdania układają się płynnie, książkę czyta się łatwo i sprawnie.
 
Tym, co wybija się na plan pierwszy, to doskonałe kreacje postaci, w których przoduje Perla. To postać, w której od początku coś uwiera, coś jest nie tak, a im dłużej się jej przyglądamy, tym więcej skaz widzimy. To postać, która nie wzbudza sympatii, wzbudza wręcz skrajne emocje, a mimo to nie da się przestać jej obserwować. Nie bez znaczenia jest też Leewood, człowiek odseparowany od społeczeństwa, skrywający prawdę za zimną maską. Tylko czy na pewno chcemy tę maskę odsłonić? W końcu od początku znamy jego grzechy, więc jasne jest, że to, co się pod nią skrywa, przyjemne nie będzie...
Poprzez ukazanie detali w zachowaniach, autorka oddaje rewelacyjny portret osobowości psychopatycznej, który mocno niepokoi. Nie tylko dlatego, że nie obowiązuje tej postaci żaden kodeks moralny, ale przede wszystkim dlatego, że poznajemy ją z jej własnej perspektywy, a zatem wszystkie zachowania, które w naszych oczach są anormalne, według niej są normalne. Dzięki temu czytelnik może zgłębić się w chory umysł takiego człowieka, może sprawdzić, jakimi argumentami się posługuje, jak uzasadnia swoje decyzje. To przerażające, a równocześnie w tej pokrętnej logice fascynujące i autorce udaje się oddać to z niesamowitą starannością!
"Może wszyscy jesteśmy psychopatami czekającymi tylko, aż pojawi się wyzwalacz."
Sama intryga jest dobrze prowadzona. Akcja nie toczy się tempem zawrotnym, w końcu to, co nas interesuje, dzieje się wewnątrz postaci, to ich myśli i postanowienia najmocniej nas absorbują i robią to na stałym poziomie - przyznam, że od tej historii trudno było mi się oderwać, narastająca manipulacja, coraz mocniej zarysowujące się sekrety, dobrze utrzymują przez całą historię napięcie. Zakończenie również jest satysfakcjonujące, dobrze daje do myślenia na temat tego, jak postrzegamy swojego zachowanie i rzeczywistość. A jednak historia zawiera w sobie małe skazy, pewne tropy dałoby się podsunąć subtelniej, wystarczyło inaczej dobrać słowa, by czytelnik czuł się zmanipulowany, a nie oszukany, by z dobrej fabuły, zrobić perfekcyjną. I tutaj mam problem - czy jest to przeoczenie autorki czy jednak polskiego tłumacza i redakcji? Trudno z perspektywy czytelnika to stwierdzić.
"Początkowo ta przewidywalność doprowadzała mnie do szału. Obecnie ją doceniam. Koniec końców w małżeństwie przewagę ma ten, kto dzięki wiedzy o drugiej połówce – o jej czynach i reakcjach – jest w stanie nią manipulować."
Poza fascynującym od strony psychologicznej portretem psychopaty, autorka pochyla się również nad drugim zagadnieniem, które jest wykoślawioną wersją relacji międzyludzkich. Chodzi o relację rodzic - dziecko, które przecież z założenia są pełne miłości i troski, tu jednak oddane są w krzywym zwierciadle. Rodzic, który jest w stanie zabić swoje dziecko, rodzic, który nie czuje żadnych emocji w stosunku do swojego potomka, traktuje go jak pionek w grze. Kontrast pomiędzy codzienną opieką, która pozornie wyraża jakieś emocje, zainteresowanie, a całkowitą wewnętrzną znieczulicą jest szokujący. A jak na to wszystko reaguje dziecko? Czego uczy się przy takim rodzicu, jakie zachowania, wzorce przejmuje? Czy za wykoślawiony umysł odpowiedzialne są geny czy wychowanie? Czy z dziecka wyrośnie dokładnie taki sam, pozbawiony emocji dorosły? Czy ma szansę na normalne życie, na zmianę? To trudne psychologicznie pytania, a choć przedstawione w thrillerze rozrywkowym, to jednak robią tak duże wrażenie, że nie sposób się na chwilę nad nimi nie zastanowić.
"(…) ale teraz wreszcie mogę przestać szukać odpowiedzi. Muszę nauczyć się żyć ze świadomością, że czasem rzeczy dzieją się bez powodu. Że niektórych szaleństw nie da się wyjaśnić."
A.R. Torre w “Ostatnim przyjęciu” zdołała zbudować mocno niepokojący klimat. Obserwujemy postacie zaburzone, dla których sekrety i manipulacja otoczeniem to chleb powszedni. Które robią to tak sprawnie, że nawet ci znajdujący się najbliżej nie zdają sobie z tego sprawy. To mocno daje do myślenia nad kwestią postrzegania, nad tym, jak różnie odbierana może być ta sama rzeczywistość. Fabuła powieści jest wielowątkowa, a równocześnie dobrze złożona, dzięki czemu finalnie każdy kawałek układanki wskakuje na swoje miejsce, choć niektóre robią to z wyraźnym oporem wynikającym nie z naciąganego pomysłu, a nie do końca trafnego doboru słów. Niemniej jednak i rozrywka, jaką ta historia daje i refleksje, jakie pojawiają się już po lekturze, są satysfakcjonujące. Jeśli zatem szukacie mocno pokręconego psychologicznie thrillera na lato, to to jest to!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Muza.

Książka w papierze dostępna jest na stronie muza.com.pl
- na hasło KRYMINALNATALERZU10 10% taniej (dotyczy całego asortymentu sklepu)!

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 06, 2026

"Morderstwo w bibliotece" Merryn Allingham

"Morderstwo w bibliotece" Merryn Allingham

Autorka: Merryn Allingham
Tytuł: Morderstwo w bibliotece
Cykl: Flora Steele, tom 8
Tłumaczenie: Ewa Ratajczyk
Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Mando
Liczba stron: 336
Gatunek: kryminał cosy crime
 
Flora Steele to główna bohaterka cyklu kryminałów cosy crime, która na rynku polskim po raz pierwszy pojawia się w 2023 roku, na angielskim dwa lata wcześniej. To nie był jednak debiut Merryn Allingham, która wtedy tworzyła już od prawie dekady, choć na swoim koncie miałam powieści innego rodzaju - przede wszystkim trzymała się literatury historycznej z nutą romansu. W kilku jej wcześniejszych powieści przewijał się już też kryminalny motyw, jednak to seria z Florą okazała się tym, co zarówno autorce, jak i czytelnikom przypadło do gustu najbardziej (recenzje - klik!). Teraz, w Anglii dostępnych jest już piętnaście tomów tej serii i wcale na tym autorka nie poprzestaje! Na polskim rynku nadal jesteśmy dokładnie dwa lata do tyłu, właśnie ukazała się u nas część ósma, ale to dobrze - mamy pewność, że żadnej dłuższej przerwy od Flory mieć nie będziemy. Każdy tom trzyma się stałych ram gatunkowych, ale jest w nich ten urok, któremu nie da się oprzeć bez względu na to, ile się tych książek przeczyta! A równocześnie kolejność chronologiczna lektury nie jest konieczna, każdą książkę da się czytać oddzielnie, więc i dołączyć do serii można w każdym momencie.
 
W tym roku lato w Abbeymead będzie wyjątkowe! Szczególnie dla fanów kryminałów, bo to właśnie w tym niewielkim miasteczku położonym w hrabstwie Sussex w południowo-wschodniej Anglii ma odbyć się pierwszy zjazd wielbicieli tego gatunku organizowany przez stowarzyszenie “Sztylet i scyzoryk”! Chcąc nie chcąc zaangażowani są w niego Flora i Jack - ona jako właścicielka lokalnej księgarni ma odpowiadać za zaopatrzenie uczestników zjazdu w odpowiednie tytuły, on jako znany autor kryminałów wspomaga wydarzenie organizacyjnie, choć szczerze powiedziawszy, wolałby ten czas spędzić w swoim domu pracując nad kolejną książką, na którą ciągle brakuje mu czasu! I teraz też niewiele go zostanie, bo już pierwszego dnia zjazdu okazuje się, że wydarzenie będzie bardziej dosłowne kryminalnie niż było to w planie - w przewoźnej bibliotece, która znajdowała się na miejscu wydarzenia, Flora znalazła martwą bibliotekarkę… To starsza pani, znajoma jej zmarłej cioci, kobieta urocza, która właśnie miała przejść na emeryturze. Dlaczego zatem musiała zginąć? I czyż to nie ironia, że stało się to w chwili, gdy z jej sejfu zniknęło pierwszy wydanie Dickensa, a narzędziem zbrodni była trylogia Tolkiena? Kto dopuścił się tak haniebnego czynu?
 
Książka rozpisana jest na trzydzieści dwa kilkustronicowe rozdziały pisane z perspektywy Flory i Jacka w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego. Styl powieści jest spokojny i lekki, z dialogami podszytymi subtelnym humorem typowym dla cosy crime. Język, jakim autorka się posługuje, jest uniwersalny, przyjemny, lekko stylizowany na sposób wypowiedzi czasów powojennych, w których toczy się akcja powieści. Tekst nie zawiera przekleństw czy wulgaryzmów, jest więc odpowiedni dla każdego rodzaju czytelnika - dokładnie tak, jak w klasycznych powieściach detektywistycznych.
 
Choć to już ósmy tom serii, za każdym razem zachwyca mnie dbałość autorki o detale, która objawia się nie tylko w samej intrydze kryminalnej, ale i w tle społeczno-historycznym. Intryga jest bardzo dobrze rozpisana, już na samym jej początku dostajemy kilka tropów, którymi Flora podąża, a każdy zaangażowany jest w historię człowieka, dzięki czemu możemy poznać realia życia tamtych czasów - np. poruszany jest wątek rozwodów. Zagadka toczy się przyjemnym tempem, w klasycznym stylu, ale jest dopracowana w każdym szczególe, który w odpowiedniej chwili wskakuje na swoje miejsce. Dużą atrakcją tego tomu jest to, że mocno związana jest z ówczesnym rynkiem kryminalnym - co prawda autorzy kryminałów, którzy faktycznie biorą udział w zjeździe, są postaciami fikcyjnymi, a jednak autorka dba, by oddać rynek kryminalny lat ówczesnych z zaskakującą dokładnością. To rynek zdominowany przez mężczyzn, ale już wtedy w rodzajach jednego gatunku różnorodny. Rynek, w którym ci bardziej przedsiębiorczy widzą dobrą okazję do zarobku, nawet jeśli to nie o samych autorach mowa. Autorka mocno osadza nas w tym literackim świecie dylematów pisarskich i czytelniczych, w których osobne miejsce dostają wydania kolekcjonerskie - jak zagubiony egzemplarz książki Dickensa, który mógłby uczynić kogoś bardzo bogatym. Otoczenie miłośników książek, pisarzy i wszystkich, którzy są z tą branżą związani dodaje historii niepowtarzalnego klimatu, który odpowiada za to, że “Morderstwo w bibliotece” jest jednym z najlepszych tomów tej serii!
“Pisanie najwyraźniej było opłacalne, choć być może nie dla pisarzy.”
Jednak nie tylko scena kryminalna dawnych lat oddana jest z dokładnością, a cały przedstawiony w tej historii świat. Czuć, że autorka dobrze zbadała temat, kiedy pisze o białych krukach, ale też i funkcjonowaniu biblioteki od strony technicznej, biurokratycznej. Każda postać też w jakiś sposób odpowiedzialna jest za oddanie tła - dowiadujemy się na przykład w jakim wieku dzieci kończyły wtedy szkołę, jakie były możliwości i ile funtów oznaczało małą fortunę. To wszystko detale tła, ale jeśli im się przyjrzeć dokładniej, każdy jeden jest oddany z dużą precyzją!
 
Tym, co serię spaja w całość, są oczywiście postacie, przede wszystkim Flory i Jacka. Ich relacja oddana jest z wyczuciem, ale też swoistą czułością, jest bardzo nowoczesna, jak na ówczesne lata, bazuje na równości, na partnerstwie, w którym potrzeby drugiej osoby są zawsze równie ważne co swoje. Flora i Jack będąc w związku to nadal dwie oddzielne osoby, dwie indywidualności, co w tamtych latach wymykało się konwenansom - wtedy jeszcze kobiety nie miały równych praw, a ich rola najczęściej sprowadzała się do opiekowania się mężem i domem. Na szczęście są takie bohaterki jak Flora i jej przyjaciółki, które pokazują innym, że życie nie tylko na tym musi polegać, a kobieta, tak samo jak mężczyzna, ma prawo realizować swoje pasje, ale też przyjmować odpowiedzialność za własną rzeczywistość.
“Stawianie kogoś na piedestale może się okazać równie niebezpieczne, jak darzenie go nienawiścią.”
Oczywiście mimo jasnych zasad związek Flory i Jacka nie jest idealny, w tym tomie przychodzi im zmierzyć się z kolejnymi dylematami dotyczącymi np. transparentności życia w związku. W tym tomie wraca też przeszłość Flory - już w nie tak niepokojącej, uwierającej formie jak kiedyś, ale jednak nadal nie pozwalająca zostawić się za sobą. Jest też i przyszłość, nie tylko ta wspólna, ale i jednostkowa - Jack zajmuje się swoją karierą, a Flora staje przed pytaniami o to, jak jej księgarnia, ciągle jeszcze traktowana jako świętość po zmarłej ciotce, powinna teraz wyglądać.
“Flora całym sercem kochała Abbeymead, ale opinie mieszkańców miasteczka bywały nieprzyjemne, a każde wydarzenie pamiętano długo i bezlitośnie.”
W “Morderstwie w bibliotece” otoczenie książek, dobrego jedzenia i przyjaciół znajdujących się wokół budują bardzo przyjemny klimat, choć nie brakuje też i szarych stron życia - taka mała społeczność jak Abbeymead skora jest przecież do plotek i szybkich osądów, co już wtedy, bez dostępu do internetu, mogło komuś zniszczyć życie. A że postaci ze skrzętnie skrywanymi tajemnicami i w tym tomie nie brakuje, to jest o czym plotkować! Świetnie oddane tło społeczno-historyczne, te wszystkie sztywne konwenanse stają się otoczką dla zbrodni, którą rozwikłać musimy przez dociekliwość i uważne obserwowanie, jak i rozmowy z otaczającymi zmarłą ludźmi. Tym razem tak się składa, że większość z nich, to miłośnicy kryminałów… Przyznam, że stopień dopracowania zagadki kryminalnej, te wszystkie mylne tropy, zrobiły na mnie w tym tomie spore wrażenie! I jak zawsze - czekam na tom kolejny!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Mando.


Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 03, 2026

"Zabójczy potencjał" Hannah Deitch

"Zabójczy potencjał" Hannah Deitch

Autorka: Hannah Deitch
Tytuł: Zabójczy potencjał
Tłumaczenie: Tomasz Macios
Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 336
Gatunek: powieść kryminalna / obyczajowa
 
“Zabójczy potencjał” to przesiąknięty popkulturą debiut literacki Hannah Deitch. Na rynku anglojęzycznym dostępny jest od ponad roku, w tym czasie doczekał się już kilku tłumaczeń, jak i ważnego wyróżnienia literackiego - został nominowany do Nagrody Edgara Allana Poego w kategorii Debiut Roku. Nie jest to jednak pierwsza próba literacka tej autorki - od zawsze wiązała swoją przyszłość ze słowem pisanym, studiowała anglistykę i dziennikarstwo, była redaktorką czasopism artystycznych, a jej artykuły ukazywały się w znanych magazynach z Los Angeles, gdzie obecnie mieszka. Aktualnie pracuje nad swoją drugą książką.
 
Los Angeles, czasy współczesne, 11 grudnia. Evie Gordon jak co niedzielę zjawia się pod jednym z imponujących domów LA - jest korepetytorką przygotowującą do egzaminu SAT (odpowiednik polskiej matury), a jej klientela to ludzie bardzo zamożni. Tak jak Victorowie. On związany jest z branżą finansową, ona byłą aktorką. I to ich Evie znajduje martwych w ogrodzie, gdy przeszukuje pusty, ale otwarty dom, w którym nikt się nie odzywał… Spanikowana, kierowana instynktem, najpierw chce stamtąd uciec, potem zadzwonić na policję, jednak właśnie wtedy słyszy, że ktoś cicho woła, prosi o pomoc. Ktoś, kto schował się przed sprawcą? Okazuje się, że to kobieta w podobnym jej wieku, związana i zamknięta w cuchnącej komórce. Po uwolnieniu jej już mają wychodzić, ale wtedy zjawia się nastolatka, w wyniku nieporozumienia atakuje kobiety, przez co kończy z rozbitą głową na podłodze. Teraz już naprawdę muszą uciekać! I to raczej nie na policję, bo milcząca kobieta raczej nie jest w stanie zeznawać, a Evie przecież właśnie niechcąco kogoś zabiła… Najpierw ucieczka, potem plan!
„Jak się znika? Jakie nowe wymiary istnienia mogłabym osiągnąć jako duch? Niezależna od niczego i nikogo. Wolna, by robić wszystko, co zechcę.
Wszystko, oprócz widywania swojej rodziny. Przyjaciół. Osób, które znałam i kochałam. Nie istniałabym już jako istota społeczna. Nigdy nie mogłabym pójść do restauracji ani kina, ani do baru, obserwować życia wirującego wokół mnie, uczestniczyć w nim. Nigdy nie mogłabym żyć wśród innych ludzi. Cały mój potencjał zostałby zmarnowany.”
Książka rozpisana jest na trzy tytułowane części podzielone na pięćdziesiąt rozdziałów pisanych w narracji pierwszoosobowej czasu przeszłego przez Evie. Pod koniec powieści dochodzi do niej drugi narracyjny głos, co nie jest w żaden sposób wyjaśnione, jednak można się zmiany narratora domyślić z kontekstu. Język, jakim narratorka się posługuje, jest przystępny, codzienny, ale użyty w ciekawym stylu, który podąża za rwącym potokiem myśli bogatej wyobraźni narratorki, co ma swoje odwzorowanie w rytmie zdań, interpunkcji - czasami cały akapit to jedno długie zdanie, które jednak czytelnika nie męczy, wypada naturalnie, płynnie. Ze względu na typ narracji historia zbudowana jest w dużej mierze z opisów - nie tylko zdarzeń, ale właśnie też przebiegu myśli, przemyśleń i wyobrażeń postaci.
Czasem myślę, że głos jest nawet bardziej zrozumiały niż słowa. Poprzedza słowa, których większość z nas i tak nie potrafi używać, niezależnie od wielkości własnego słownika czy liczby przeczytanych książek. Kto kiedykolwiek mówi dokładnie to, co jest właściwe? Ale głos to surowiec. Coś pierwotnego. Drżenie, szept, załamanie. Jeśli umiesz słuchać, mówi dostatecznie dużo.”
Nie da się nie dostrzec dużego wpływu popkultury na tę opowieść. Stare dobre filmy, w których motywem przewodnim jest podróż, ucieczka przed policją, życie poza prawem są tutaj bazą, inspiracją dla historii współczesnej, w której intryga kryminalna zdaje się tylko pretekstem do rozliczenia się z kilkoma ciekawymi tematami. Akcja powieści toczy się przyjemnie dynamicznie, ale jej tempo nie jest zawrotne, po pierwszym zrywie emocje zdają się lekko wyciszać, a historia przybiera obyczajowo-romantyczne tony, by raz po raz uraczyć jakimś pomniejszym twistem, który ponownie nadaje lekturze bieg, zmusza bohaterki do zmiany kierunku ucieczki. Akcja dobrze jest prowadzona, autorka w odpowiednim momencie serwuje kolejne zwroty fabularne, które prowadzą nas do tego ostatniego, tego, który przysłowiowo zostawia szczękę na podłodze. I wtedy tempo akcji się zmienia - powieść już nie jest powieścią drogi, kieruje się w stronę refleksyjną, psychologiczną, przesiąkniętą tęsknotą tak silną, że wszystkie inne barwy i emocje zwyczajnie znikają.
„To wszystko było takie niesprawiedliwe. Dlaczego się tu znalazłam? Dlaczego właśnie mnie to spotkało? Owszem, nie jestem święta. Ale czy naprawdę do tego miało sprowadzić się całe moje życie? Czy właśnie to było zawsze moim przeznaczeniem? Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej. Mniej bym się uczyła. Mniej pracowała. Mniej czasu spędzała z dala od ludzi, których kochałam.”
Zmuszając swoje bohaterki do nieprzemyślanej ucieczki, autorka tworzy opowieść o przyjaźni, o siostrzeństwie dusz, o budzącym się zaufaniu, przygląda się, jak rodzi się bliskość, czym się żywi i jak prowadzi do przekonania, że można za drugą osobę oddać życie. To równocześnie też historia miłosna, w której dużo uwagi poświęca się cielesności. Jednak tym, co wydaje się tu najważniejsze, to oczekiwania. Oczekiwania, jakie od początku życia względem nas ma świat. I tu najważniejsza jest kreacja Evie. Kobiety, która od malutkości była pozytywnie motywowana, która przez całe życie czuła, że ktoś za nią stoi, ktoś ją wspiera, ktoś wierzy w jej potencjał. Tak naprawdę wierzyli wszyscy prowadząc ją przez kolejne etapy edukacji, kolejne prestiżowe szkoły. Po przecież nauka gwarantuje dobry start, pozwala w przyszłości coś osiągnąć, daje wielkie perspektywy. I tu wyobrażenia o przyszłości muszą zderzyć się z rzeczywistością. Bo Evie mimo świetnego wykształcenia nie ma satysfakcjonującej, dobrze płatnej pracy, mieszkanie dzieli ze współlokatorami i ledwo wiąże koniec z końcem. Gdzie ten amerykański sen? W którym miejscu coś poszło nie tak? Dlaczego tak skrzętnie i z dużym wysiłkiem budowane życie zamiast wystartować do wielkości, zostało w pasach startowych? Jak wiele w tym winy nas samych, społeczeństwa, stopnia zamożności?
„W czasach, kiedy skończyłam studia, bogactwo przybrało inną, bardziej nieuchwytną formę. Wydawało się kobietą w kocich okularach przeciwsłonecznych, z apaszką na szyi, femme fatale, seryjną morderczynią: stało się, innymi słowy, wielką tajemnicą. Tą wielką tajemnicą.”
Zarówno finanse, jak i postrzeganie społeczeństwa odgrywają w tej opowieści równie istotną rolę. Podczas podróży kobiet poznajemy dwie historie życia, dwóch osób w podobnym wieku, które jednak potoczyły się całkiem inaczej. Na którym pułapie zamożności zmieniają się priorytety? W którym momencie ścieżki przyszłości się zamykają, a w którym otwierają? Podczas tej ucieczki obserwujemy reakcję mediów, społeczeństwa, które nie szuka prawdy, które zadowala się szybkim osądem, do którego tak naprawdę nie ma podstaw. To, co widzą inni, przecież nijak odnosi się do tego, co zdarzyło się naprawdę, a jednak tyle wystarczy, by urządzić medialną nagonkę, by wzbudzić sensację, a zarazem ukierunkować całe społeczeństwo - po chwili przecież wszyscy już wiedzą, Evie jest morderczynią. To gorzki obraz tego, jak łatwo przypisujemy łatki, jak łatwo budujemy potwory.
„(…) gdy nie masz pieniędzy, zmienia się nie tylko sposób, w jaki myślisz, w jaki jesteś postrzegana, w jaki poruszasz się po świecie. Zmienia się sama przestrzeń. Żyjesz pod zupełnie innym niebem. Inne jest twoje słońce. Twoje światło księżyca. To, co dla nich jest światłem, dla ciebie jest ciemnością, a może też być na odwrót.”
W swoim debiucie Hannah Deitch pokazuje, że ma coś do powiedzenia o czasach, w których przyszło nam żyć. Konfrontuje oczekiwania względem przyszłości z faktem, że nie zawsze każdy jest w stanie to osiągnąć, że miejsca u szczytu są jednak policzone. Choć czy tak naprawdę warto o nie walczyć? Czy Victoriowie byli szczęśliwi? A może to bliskość z drugim człowiekiem, jest tym, co naprawdę ważne? Nie opinia społeczna, nie dopasowanie się do standardów? Warstwa fabularna powieści mocno osadzona jest na znajomych motywach popkultury, jest sprawnie prowadzona, choć momentami lekko naiwna i wydaje się, że czasami niepotrzebnie mocno skręca w stronę romansu - choć pewnie czytelnicy sięgający też i po ten gatunek nie będą mieli nic przeciwko. Na pewno nie jest to typowy thriller czy kryminał - to raczej coś dla miłośników powieści drogi, historii zmuszających do refleksji, a równocześnie pisanych z lekkością i dynamizmem.
„Przez całe życie wyobrażałam sobie, że istnieją wybory, mapa z tysiącem możliwych dróg. Mogłam wybrać właściwą albo niewłaściwą – najczęściej wybierałam tę drugą – ale wybór należał do mnie. Tej nocy nie było mapy. Została tylko jedna samotna droga z jednym samotnym końcem: drzwiami klatki, i nie miałam dokąd iść, tylko prosto ku nim.”
Moja ocena: 7,5/10

 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 02, 2026

"Dzicz" Dariusz Gizak

"Dzicz" Dariusz Gizak
Autor: Dariusz Gizak
Tytuł: Dzicz
Cykl: Jacek Kowalik, tom 3
Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść kryminalna
 
Dariusz Gizak to człowiek z ciekawym doświadczeniem życiowym. Pracował w policji i w firmie windykacyjnej, zarządzał ochroną znanych warszawskich obiektów. Od prawie trzydziestu lat jest dziennikarzem mocno zaangażowanym w tematykę ochrony przyrody. Teraz, od roku 2025 jest także autorem serii kryminalnej z prywatnym detektywem Jackiem Kowalikiem inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami (recenzje – klik!). Jego debiut, a zarazem tom pierwszy serii pt. “Wolta” został na scenie polskiej zauważony - otrzymał nominację do Kryminalnego Debiutu Roku 2025 w Gwiazdozbiorze Kryminalnym oraz Grand Prix Kryminalna Warszawa 2026. Podczas naszej rozmowy na Targach Książki w Warszawie mówił jak mocno jest zdziwiony tym, jak jego życie zmieniło się w przeciągu ostatniego roku, a ja widziałam w jego oczach radość i niedowierzanie.
 
Czasy współczesne, Warszawa, początek października. Do prywatnego detektywa Jacka Kowalika zgłasza się poważny gracz, lokalny gangster z dużymi wpływami. A jednak w tej sytuacji wydaje się bezradny - niecały miesiąc temu jego dziewiętnastoletnia córka wyjechała w Bieszczady, do niewielkiego miasteczka Bircza, gdzie chciała zorganizować protest w celu ochrony tamtejszego lasu. I ślad po niej zaginął. Jednego dnia była, zameldowała się w hotelu, drugiego dnia wyszła i puf… nie ma. A on z żoną odchodzą od zmysłów z niepokoju. Jacek początkowo staje przed dylematem, czy na pewno powinien przyjmować zlecenie od gangstera, a jednak dobro dziewczyny przeważa - pakuje się, jedzie do Birczy powęszyć, może jego spokój i doświadczenie zdziałają więcej niż siła osiłków gangstera.
“Trochę odruchowo Jacek postanowił się zgodzić i natychmiast nabrał przekonania, że będzie tego odruchu żałował. Poszukiwanie zaginionej córki gangstera… Czy istnieje głupszy sposób na zarabianie pieniędzy?”
Książka rozpisana jest na dwadzieścia pięć rozdziałów w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego z perspektywy Jacka. Język, jakim autor się posługuje, jest prosty, codzienny, ale równocześnie elegancki, pozbawiony wulgarności, brutalności. Podoba mi się styl autora, sposób, w jaki buduje historię i jak ją przedstawia - czuć w nim spokój i dużą wiedzę, rozeznanie w temacie, ale też swobodę literacką, to nie jest tekst pisany na siłę, to pisze ktoś, kto lubi i potrafi posługiwać się słowem pisanym. A w dzisiejszych czasach to wcale nie jest takie oczywiste! Mimo to przez korektę prześlizgnęło się kilka bubli, jak np. powtórzone słowa czy słowa o takim samym znaczeniu obok siebie, a i miałam wrażenie, że minimalnie za dużo było dygresji, anegdotek z przeszłości. Bez względu na to, książkę czyta się bardzo dobrze, płynnie i spokojnie.
 
Spora w tym zasługa nie tylko samego stylu, ale i kreacji postaci, przede wszystkim Jacka Kowalika, stworzonego z niesamowitą uwagą. To postać pełna. Pełna historii, pasji, doświadczenia, wiedzy, ale też i subtelnych emocji. Mimo swojego fachu i dziwnych, szemranych znajomości, jest człowiekiem czułym, wrażliwym, z szacunkiem podchodzącym do życia każdego stworzenia. Woli obserwować niż mówić, ale też nie waha się działać, kiedy inni odwracają wzrok. I w tym tomie miałam wrażenie, że takich sytuacji jest o jedną za dużo - nie podważam ich realności, jednak skumulowane w krótkiej, jednej historii dały wrażenie Jacka jego jedynego sprawiedliwego, rycerza na białym koniu. A jednak w żaden sposób nie wpłynęło to na moją sympatię do tej postaci.
Już we wcześniejszych tomach dało się wyczuć, że Jacek mimo wszystkich swoich znajomości i otwartości na ludzi, jest samotny, choć sam wcale na to nie narzeka. W “Dziczy” jednak widać to wyraźnie - w chwili, gdy poznaje pewną wdowę, jego priorytety ulegają zmianie, nagle bardzo zależy mu na pomocy, sympatii jej rodziny. To bardzo subtelny wątek romantyczny, napisany z dużym wyczuciem (co w kryminałach nie zdarza się często!), który nadaje historii miękkich tonów, nieczęstego w tego typu kryminałach uroku.
“Brat odpalił drugi ciągnik i ruszył przez las inną drogą. Jacek patrzył, jak potężne koła mielą liście, ściółkę i małe drzewka, i pomyślał o małej myszy, która w takich liściach krzątała się wokół swoich spraw. Już by pewnie ich nie miała.”
Zagadka kryminalna prowadzona bardzo spokojnym rytmem, zdaje się pretekstem, by pogadać o zagadnieniach ekologicznych, by pozwiedzać Birczę, a przede wszystkim przyległy do niej las (opisy wędrówek po lesie są urzekające!). Oczywiście i kontrastów nie brakuje - raz pojawiają się gangsterzy, raz przedstawiciele prawa, których interesy mocno różnią się od perspektywy zwyczajnych mieszkańców Birczy. Samo rozwiązanie zagadki jest sprytnie przemyślane, tropy pozostawione w tekście są bardzo dobrze zamaskowane. Jednak emocjonalnie nie do końca poczułam się nim usatysfakcjonowana, chyba ścieżka fabularna, jaką autor szedł, dała mi poczucie, że finał musi mieć efekt “wow”. Niemniej jednak podchodząc do zakończenia na chłodno, jest dobre, jest życiowe, pasuje do spraw Jacka Kowalika.
 
Mówiąc o tej książce nie sposób nie wspomnieć o miejsce akcji, które przyciąga tak samo mocno uwagę, jak kreacja Jacka Kowalika. To miejsce zachwycające naturą, a równocześnie mocno kontrastowe. Kojarzy się bardzo sielsko - to w końcu Bieszczady, mała miejscowość otoczona lasem, ale autor nie traci z oczu historii miejsca, krzywd, jakie miały tam miejsce pod koniec II wojny światowej, jak i problemów, jakie tego typu miejsca nawiedzają teraz. Z jednej strony są mieszkańcy, którzy po prostu chcą dobrze, godnie żyć, z drugiej są gangsterzy, przemytnicy, ludzie, którzy wykorzystują miejsce do własnych celów. Zderzenie tych perspektyw dobrze oddaje konflikty miejsca, pozornie spokojnego, a jednak kryjącego pod tym płaszczykiem swoje niepokoje.
“Wspieram jednak jak tylko mogę protesty miejscowych, którzy nie zgadzają się na powstanie tego parku. To będzie katastrofa dla nas wszystkich! Bo o ochronie powinni decydować miejscowi, a nie ktoś, kto do lasu przyjeżdża na spacer.”
Tematami, wokół których kręci się historia “Dziczy” są rodzicielstwo i ekologia. Rodzicielstwo na pierwszy rzut oka reprezentuje gangster - człowiek w interesach bezwzględny, który wydaje się nie mieć skrupułów (w końcu pozwolił pójść swojej żonie do więzienia za niego). A jednak mimo to, gdy znika mu córka, jest przerażony tym, co mogło się z nią stać, troska o dziecko sprawia, że nic innego się nie liczy. Jego miłość do córki jest poruszająca i zaskakująca. Zresztą nie tylko gangster jest w tej opowieści rodzicem, relacje rodzic-dziecko pojawiają się z dużą częstotliwością, choć wszystkie zdają się mieć wydźwięk pozytywny, co też jest rzadko w kryminałach spotykane.
“Teraz dopiero pojąłem, że kłótnie z córką to sama radość. Oddałbym wszystko, żeby tylko się z nią pokłócić jeszcze dzisiaj. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił, czy jakoś tak… Z jakiejś książki to jest.”
Drugim tematem powieści jest wątek ochrony lasów od strony lokalnej ludności, myśliwych, leśników. To ważna perspektywa, o której się raczej niewielu z nas słyszy, w mediach zawsze dostajemy tylko stronę wojujących ekologów, których tutaj autor mocno bierze pod lupę ujawniając, że nie wszystko, co wydaje się takie dobre i właściwe, faktycznie takie jest. Przy okazji czytelnik też lepiej przygląda się prawom i obowiązkom leśników i myśliwych, ich podejściu do tego zajęcia, co też otwiera oczy na ciekawe zagadnienia przyrodnicze.
“(…) rzadko który dziennikarz pofatyguje się na miejsce, żeby drążyć, jak jest naprawdę. Siedzą w Warszawie i dzwonią… do pseudonaukowców albo do ekologów i potem mamy taką jednostronną relację. A nas, żyjących tutaj, pomija się jak coś niepotrzebnego, co przeszkadza w pięknie przedstawianych koncepcjach ochrony starych puszcz."
Podsumowując, “Dzicz” to powieść kryminalna, która mimo potencjalnej zbrodni, natchnęła mnie spokojem. Czuć go tak naprawdę w każdym elemencie powieści - w stylu autora, w kreacji głównego bohatera, w racjonalnym przedstawieniu argumentów w konflikcie ekologicznym, w subtelnie wprowadzonych relacjach romantycznych. W zagadce kryminalnej również, bo choć Jacek angażuje się czasami w fizyczne konflikty, to jednak użycie siły zawsze jest dobrze przemyślane, zasadne, a równocześnie nie jest tym, co naprawdę ważne. Piękno lasów, zwierzątek w nich żyjących jest urzekające, ale też poprzez poruszaną tematykę dobrze daje do myślenia. Bardzo podoba mi się to, że autor w kryminale nie szuka brutalności, nie próbuje czytelnika zbrodniami szokować, a chce przekazać to, co sam uważa za istotne. W tym tomie może i niektórych scen, zachowań, było minimalnie za dużo, niemniej jednak bardzo podoba mi się to, co autor tworzy. Z niecierpliwością czekam na tom czwarty!
 
Moja ocena: 7,5/10 


Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Media Rodzina.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 01, 2026

"Artefakt" W.P. Rdzanek

"Artefakt" W.P. Rdzanek

Autor: W.P. Rdzanek
Tytuł: Artefakt
Cykl: AI-gent. Mroczne kody, tom 3
Data premiery: 16.06.2026
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 320
Gatunek: powieść sensacyjna / thriller szpiegowski
 
W.P. Rdzanek tyle co w marcu na rynku książki debiutował, a już trzy miesiące później na koncie ma trzy powieści! “Algorytm” (recenzja – klik!), “Akord” (recenzja – klik!) i “Artefakt” należą do jednej zamkniętej serii, którą powstała w całości zanim autor zaczął szukać wydawcy. Pisanie powieści to nowy etap w jego życiu, wcześniej przez ponad trzydzieści lat zajmował się zarządzaniem w międzynarodowym biznesie technologicznym. Podczas Targów Książki w Warszawie w czasie naszej krótkiej rozmowy autor przyznał, że bardzo podoba mi się ta zmiana, a pisarskie natchnienie go nie opuszcza.
 
Drugiego dnia wiosny podkomisarz Ewa Dzik otrzymuje zgłoszenie o wyłowionym z Wisły ciele młodej kobiety. Okoliczności śmierci nie są jasne, wątpliwości budzi nagość zmarłej i dziwne symbole wyrysowane na jej ciele. Po zbadaniu okolicy śledczy odkrywają domek w lesie, w który znajduje się więcej ciał… czy doszło tam do mordu rytualnego?
W tym samym czasie na policję wpływa zgłoszenie o kradzieży starej gockiej bransolety, cennego artefaktu, który właśnie miał zostać wystawiony w elbląskim muzeum. To najcenniejszy okaz z całej kolekcji bransolet, które ozdobione są dziwnymi runami.
W siedzibie ABW, gdzie znajdują się właśnie programista Karol i hakerka Kristina, trwają prace nad kolejnym programem AI mającym rozprawiać się z przestępczością. Co prawda małe postępy są czynione, ale nie na tyle, by zapobiec atakowi, w którym w przeciągu minuty kilka banków traci ogromne pieniądze swoich klientów. Jak do tego doszło i czy uda się na tyle rozpisać Karolowi i Kristinie kod, by dalszym atakom zapobiec?
“- (...) Twoja nieufność stanie się hamulcem. A Karol? On da temu język. Intuicję.
- Czy zbudujemy maszynę opartą na nieufności i intuicji? - rzuciła z przekąsem.
- A znasz lepsze zabezpieczenie niż równowaga między paranoją a geniuszem?”
Książka rozpisana jest prolog i 46 kilkustronicowych rozdziałów, w którym zaznaczone są czas i miejsce akcji. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego w naprzemiennej perspektywie kilku postaci, które pojawiały się już w tomach poprzednich. Język powieści jest prosty, nawet nowinki technologiczne opisywane są w jasny sposób, zatem żaden z czytelników bez względu na swoją wiedzę w tym temacie nie będzie czuł się zagubiony. Te wątki zdecydowanie lepiej autorowi wychodzą niż opisy reakcji postaci - tam często wkrada się zbędny patos, co nadaje danym fragmentom poczucia sztuczności. Tekst rozkłada się w miarę równo pomiędzy opisy a dialogi.
“(...) gdy oddajesz maszynie możliwość podejmowania decyzji, nikt już nie ponosi za nie odpowiedzialności. Nie można ukarać maszyny. A im bardziej skomplikowany system, tym trudniej przewidzieć skutki.”
Tym, co najmocniej w tym tomie przyciąga uwagę, jest sam pomysł - starożytne runy przeanalizowane zostają jako pradawny kod źródłowy, uniwersalny szyfr, który traktowany był z religijną wiarą, a teraz zamienia się w technologię. Autor dobrze zakorzenił go w obydwu tematykach: zarówno w starożytnej kulturze wielbarskiej (o której sama wcześniej nie słyszałam!), jak i we współczesnych technologiach, a poza tym przynosi też ciekawą refleksję na temat cienkiej granicy pomiędzy legendami a prawdą. Bo czy nie często jest tak, że zjawiska, których kiedyś nie dało się wytłumaczyć, wokół których narosły legendy, teraz okazują się czymś, co dzięki nauce można bardzo racjonalnie wyjaśnić? 
“Ewa przypomniała sobie słowa Chram-Zarubieckiej o wiedzy ukrytej w gockich bransoletach i o tym, że po ich połączeniu w nieznanym rytuale otwierało się przejście do innego świata. Do tej pory traktowała to jak baśń, piękną legendę, lecz teraz zaczęła się zastanawiać, czy nie tkwi w niej więcej niż ziarno prawdy.”
To na tym motywie opiera się cała intryga powieści, która składa się z kilku części: jest zagadka kryminalna związana z dziwnym, nie do końca jasnym rytuałem oraz wątek szpiegowski, który jest dalszym ciągiem historii z tomów poprzednich - oddzielnym rozdziałem, problem technologiczny, z którym walczą Karol i Kristina, jest zamkniętą całością tego tomu, a jednak znajomość wcześniejszych postępowań ich przeciwników sprawia, że historia staje się pełniejsza. Powieść toczy się rytmem sensacyjnym, naprzemienna narracja i przyjemnie dynamiczna akcja dobrze budują napięcie, utrzymują zaciekawienie czytelnika, który jednak, by dobrze się przy niej bawić, musi nastawić się po prostu na typową rozrywkę, w której realność zdarzeń nie jest traktowana jako absolutny priorytet. Jednak w przeciwieństwie do poprzednich tomów, w tym autor zdaje się posuwać za daleko - gdzieś za połową historii wkrada się w nią już za dużo nierealistycznych detali, za dużo naiwności i dziwnych zbiegów okoliczności, by dało się na to przymknąć oko, a przynajmniej ja nie potrafię.
“(...) w wojnie informacyjnej nie chodzi o zgodę. Liczy się skuteczność.”
Niemniej jednak pod kątem wątków technologicznych (patrząc okiem laika) związanych ze sztuczną inteligencją, jak i internetowych oszustw książka nadal jest ciekawa. W tym tomie etyczne zagadnienia związane z AI pozostają mocno w tle, choć nadal rozpatrywana jest różnica między przydatnością a szkodą, jakie te narzędzie może poczynić. Ważną przestrogą jest też wątek dotyczący wyłudzeń internetowych - nie jest to może przestroga nowa, ale jednak ludzie nadal na oszustwa typu “kliknij w link, by…” się nabierają, tracąc przy tym majątek, nie zaszkodzi więc, by ponownie uświadomić skalę problemu.
„Człowiek reaguje emocją, a system reaguje strukturą (...).”
Kreacje postaci są dość typowe dla powieści sensacyjnej, to nie one, a na pewno nie ich warstwa psychologiczna, są tutaj najważniejsze. W chwilach, gdy skupiają się na zadaniu, wplątane są w jedną z dwóch intryg tej powieści wypadają całkiem przekonująco, jednak te wrażenie rozmywa się, gdy wkraczają w strefę uczuć prywatnych - w relacje z drugim człowiekiem, w gesty, reakcje, słowa wkrada się wtedy sporo zachowań stereotypowych, a z czasem również i melodramatyzmu. Autor stara się to ratować stawiając przed postaciami pewne dylematy i przyznam, że ich próby podjęcia decyzji właściwej lekko sytuację poprawiają.
“Smak gorzkiej czekolady i słodkiego nadzienia stanowił niemal bolesny kontrast z obrazami, które nosiła w głowie, ale właśnie tego potrzebowała. Chwili normalności. Czegoś, co przypominałoby jej, że poza światem zbrodni, run i rytualnych morderstw istnieje jeszcze inny świat.”
Podsumowując, “Artefakt” został zbudowany na ciekawych założeniach i pomyśle, z którym wcześniej się nie spotkałam - by starożytne runy potraktować jako nośnik uniwersalnych informacji, dzięki czemu autor w jednej książce mógł połączyć dwie potencjalnie niezwiązane ze sobą dziedziny. Stałym, ważnym aspektem trylogii jest dyskusja o zagrożeniach i korzyściach płynących z AI, tematu, który kiedyś był czystym science fiction, a teraz wkracza w naszą rzeczywistość. Wszystko to ubrane jest w sensacyjno-szpiegowskie tony - raz udane bardziej, raz mniej. Szkoda, że w zamknięciu trylogii akurat wyszło to trochę mniej. Niemniej jednak znając poprzednie dwa tomy szkoda byłoby po ten trzeci nie sięgnąć - fajnie zamyka wszystkie wątki trylogii, jednocześnie pozostawiając furtkę na kontynuację losów niektórych postaci.
 
Moja ocena: 6,5/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Domem Wydawniczym Rebis.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 30, 2026

"Pojedynek" Krzysztof Domaradzki

"Pojedynek" Krzysztof Domaradzki

Autor: Krzysztof Domaradzki
Tytuł: Pojedynek
Data premiery: 10.06.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 456
Gatunek: powieść sensacyjna
 
Krzysztof Domaradzki pytany o to, czym się zajmuje, odpowiada “piszę, piszę i jeszcze raz piszę”. I wcale tym stwierdzeniem nie przesadza, choć swoje pisanie uprawia na wielu różnych poletkach. Jest autorem powieści kryminalnych i sensacyjnych, książek biznesowych, artykułów prasowych (od ponad dekady związany z Forbesem) i audioseriali. Nie może więc narzekać na brak różnorodności! Czytelnicy, który znają jego twórczość beletrystyczną też nie - bo choć autor debiutował kryminalną trylogią, to jednak od tego czasu z każdą kolejną książką skutecznie nas zaskakuje. W ostatnich latach jego powieści coraz mocniej skłaniają się w sensacyjną, ale nie całkiem typową stronę - raczej nawiązują do starych filmów/komedii gangsterskich, w których ton historii dyktuje sposób jej opowiedzenia. “Pojedynek” to najnowsza z nich.
 
Nigdy nie wiesz, kogo wpuszczasz do swojego domu… Może to właśnie Johnny? Oficjalnie zajmuje się stolarką, przychodzi do domu, robi meble czy inne przedmioty użytkowe na wymiar - nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, a co najważniejsze, jest naprawdę dobry w swoim fachu. W drugim też, tym, dla którego stolarstwo jest tylko przykrywką - bo Johnny, czyli Jan Zarwa wykorzystuje swój oficjalny fach, by okradać klientów. I robi to tak, że podejrzenia nigdy nie padają na niego… Może jednak przecenia swój spryt? W końcu trafia na klienta, który tak jak on, bardzo lubi zachowywać pozory. Tyle że Stefan para się czymś jeszcze gorszy - on zabija ludzi. Na zlecenie. Ale też i takich, którzy przypadkiem dowiadują się za wiele - dokładnie tak, jak Johnny.
“Mówi się, że jeśli jesteś w czymś dobry, nie powinieneś robić tego za darmo. Ja byłem dobry we wchodzeniu ludziom do głów. Problem w tym, że nikt nie chciał mi za to zapłacić.
Dlatego zacząłem wchodzić ludziom do domów.”
Książka rozpisana jest na prolog, siedem tytułowanych części składających się na dwadzieścia siedem rozdziałów i epilog. Każdy rozdział dzielony jest na krótsze scenki, każda zmiana narracji zaznaczona, a częstotliwość zmiany dopasowana jest do tempa akcji - im tempo szybsze, tym częstsze zmiany. Narratorów jest trzech (Johnny, Stefan i policjantka Ryfka) i każdy z nich wypowiada się w pierwszej osobie czasu przeszłego. Każdy jednak ma swój własny styl wypowiedzi, który sporo o nim mówi. Fragmenty pisane z perspektywy Johnny’ego pisane są językiem potocznym, w którym dość często pojawiają się dosadne sformułowania (nie tylko przekleństwa), choć ta potoczność wynika tylko z doboru słów, to nie mowa rynsztokowa, a wypowiedzi bystrego, inteligentnego, niegłupiego faceta, który w doborze słów się nie patyczkuje. Stefan z kolei posługuje się nieco bardziej rozmyślnym słownictwem, a cechą charakterystyczną jego narracji jest to, że dość często przewijają się przez nią fragmenty fikcyjnych podcastów o seryjnym brytyjskich mordercach. Ryfka z kolei lubi zmiękczenia, przez co wizerunek dobrej cioci, który przypisał jej Johnny, dobrze do niej pasuje. Bez względu jednak na spersonalizowany styl narracji, całość wypada spójnie, czuć, że słowo jest autorowi posłuszne, bardzo plastyczne, a zarazem posługuje się nim naturalnie, swobodnie. To jedna z tych książek, w których wyczuwa się, że autor z pisania miał dużą frajdę. Widać też, że dużą uwagę przywiązuje do każdego otwarcia narracyjnego każdego kolejnego fragmentu – są zaskakujące, często w wydźwięku uniwersalne i znaczące. Mocno wyczuwalne jest też to, że autor dobrze rozpoznaje się w popkulturze, sposób narracji mocno kojarzył mi się z filmami gangsterskimi sprzed lat, komedii pomyłek typu dawny Guy Ritchie.
“Nic nie zmienia się równie spektakularnie jak nasze oczekiwania względem dzieci.
Na początku chcemy, żeby były zdrowe, żeby jadły, żeby spały, żeby srały. Nic nadzwyczajnego. Ale mija kilka lat i zaczynamy komplikować im życie. Chcemy, żeby były roztropne. Wykształcone. Odpowiedzialne. Chcemy, żeby były zadbane. Żeby się nas słuchały. Żeby nie spotykały się z tą czy tamtym. Żeby poszły do roboty. Żeby odeszły z roboty. Żeby przynosiły pieniądze do domu. Żeby pieniędzy z domu nie wynosiły. Żeby nie ćpały. Żeby w końcu nie ćpały za dużo.
Można od tego ocipieć.
I wiele dzieci cipieje.”
Na pierwszy rzut oka, powieść to po prostu dobra, sensacyjna, napisana z domieszką czarnego humoru rozrywka. To dynamiczna akcja za to odpowiada, jednak historia nie byłaby tak dobra, gdyby nie dokładnie dopracowane kreacje postaci, przede wszystkim dwóch męskich bohaterów. Pozornie są do siebie podobni - w końcu obydwaj łamią prawo i krzywdzą przy tym ludzi. A jednak bardziej od siebie różnić się nie mogą. Johnny to sprytny “dobry” przestępca - w swoich oczach działa w dobrej wierze, a swoje ofiary wybiera skrupulatnie nigdy nie celując w ludzi bez winy. Jest bardzo ludzki w swoich wyborach, w swoich emocjach, w postrzeganiu samego siebie, dzięki czemu, mimo swojej profesji, wydaje się czytelnikowi bliski, zrozumiały. Nie brakuje mu jednak rysu zbawcy świata, ale ograniczającego się do pojęcia jego własnej rodziny.
“Od początku zbierałem kasę z myślą o tym, aby któregoś dnia część zostawić Frankowi i Karolinie, a część wydać na swoją ucieczkę. Zakładałem, że mogę zostać do tego zmuszony. Że noga może mi się powinąć. Że wszystko może się kiedyś spierdolić. Ale nie zakładałem, że może się spierdolić tak bardzo.”
Za to Stefan to jednoznaczny czarny charakter. Zimny, wyrachowany, podejmujący decyzje zgodne ze swoją pozbawioną emocji logiką. Jest uważny, a skoro obrazu nie zaciemniają mu emocje, bardzo łatwo jest mu “czytać” ludzi. Początkowo wydaje się, że jego wizerunek ociepla poszukiwanie miłości, jednak szybko okazuje się, że te wątki są tylko po to, by pokazać czytelnikowi w pełni jego charakter. Wplątując takie postacie w intrygę powieści autor analizuje ciekawy temat, rozrysowuje ich mechanizmy podejmowania decyzji, które działają w całkowicie inny sposób. Warstwa psychologiczna tych postaci dopracowana jest więc na najwyższym poziomie!
“Niektórych drażnią ludzie, którym jadaczka się nie zamyka, ale ja mam dokładnie odwrotnie. Uwielbiam słuchać tych, którym się wydaje, że mają coś do powiedzenia, że są tacy ciekawi. Podobają mi się ich pewność siebie, wiara we własny intelekt, przekonanie o wyjątkowości. Odkąd pamiętam, miałem słabość do jednostek nierozumiejących swojego miejsca na świecie.”
Mniej uwagi przyciąga Ryfka - pojawia się późno, zajmuje mniej miejsca w fabule, a jej historia nie jest tak dramatyczna jak obydwu panów. Mimo tej swojej zwyczajności jednak też potrafi zaskoczyć! 
“Ludzie wierzą, bo chcą wierzyć. Bo wygodnie jest wierzyć. Bo wiara dodaje otuchy. Zdejmuje z nas odpowiedzialność. Zwalnia z obowiązku samodzielnego myślenia.”
Wśród postaci pojawia się też dziecko. To Franek, kilkuletni syn Johnny’ego, który pełni kilka ciekawych funkcji. To nie tylko pewne uzasadnienie jego działań, ale też i kontrast w postrzeganiu świata. Franek do życia podchodzi prosto, widzi je takim, jakie jest, choć interpretuje je z dziecięcą naiwnością jeszcze nienapiętnowaną przykrymi doświadczeniami, jakich nabieramy z życiem. Ale czy właśnie kontrastowo do Franka, dorośli nie mają tendencji do nadmiernego komplikowania spraw? Czy przez swoje oczekiwania i wyobrażenia, nie zaciemniają sobie celu, tego, co naprawdę ważne?
“Świat zbyt często robił mnie w chuja, żebym mógł uwierzyć w czyjekolwiek dobro.”
Sama intryga powieści, jak wskazuje tytuł, opiera się na zasadzie pojedynku - raz jeden bohater odbija atak, drugi atakuje, by za chwilę zamienić się miejscami. Akcja toczy się szybko, dzieje się dużo, jak w sensacyjnym filmie, a dodatek czarnej komedii sprawia, że i rozlew krwi jest konkretny. Autor nie ma litości do swoich postaci, ich kolejne “dobre” decyzje okazują się czymś całkowicie odwrotnym. Każda scena daje wrażenie dobrze przemyślanej, choć przyznam, że po pewnym czasie tempo akcji i kolejne przepychanki bohaterów (choć logicznie prowadzą do finału i są do niego potrzebne) zaczynają działać odwrotnie i zamiast tempo nakręcać, zaczynają się lekko dłużyć. Mimo dużego dopracowania fabularnego miałam też wrażenie malutkiej nieścisłości w jednej scenie - nic wielkiego, nawet nie można mówić o merytorycznym błędzie, a jednak coś nie do końca mi w pełni zagrało.
“Czas to złośliwy skurwiel. Kiedy go potrzebujesz, potrafi sprawić, że godziny mijają w mniej niż sześćdziesiąt minut, minuty w mniej niż sześćdziesiąt sekund, a pojedyncze sekundy pędzą zbyt szybko, żeby w ogóle dało się je zarejestrować. A kiedy go nie potrzebujesz, kiedy chcesz, aby się skończył, aby minuta upłynęła w góra trzydzieści sekund, to zaczyna się wlec jak skazaniec na szubienicę.”
Pod szybką akcją zapewniającą dobrą rozrywkę kryje się jednak też coś więcej. Historia o wyborach, których konsekwencji nie jesteśmy w stanie przewidzieć, o losie, który tak lubi śmiać się z naszych planów, udowadniając swoją wyższość tym mocniej, im mocniej staramy się mu przeciwstawić i przejąć kontrolę. Czym jednak jest los jak nie kumulacją decyzji naszych, decyzji innych i po prostu zbiegów okoliczności? Decyzji, które bez względu na to, jak mocno staramy się to sami przed sobą zamaskować, są niestety zawsze mocno egoistyczne…
 
W “Pojedynku” Krzysztof Domaradzki serwuje czytelnikowi to, co w jego twórczości najlepsze - świetny, swobodny i plastyczny styl, niebanalny pomysł na intrygę rodem z dawnych komedii gangsterskich, dynamiczną, sensacyjną, a równocześnie dobrze opracowaną, logiczną i momentami całkiem nieźle zaskakującą fabułę, jak i bardzo interesujące kreacje postaci, w których mocną stroną jest warstwa psychologiczna, motywacje i mechanizmy ich zachowań. To historia, przy której można się trochę pośmiać, która w odpowiednich chwilach trzyma w napięciu lub zmusza do szybkich refleksji - a raczej zasygnalizuje temat do przemyślenia po lekturze, bo tempo akcji nie pozostawia miejsca, by zatrzymać się na dłużej. Niewielkie uwagi, jakie zebrałam podczas lektury na pewno nie wypłynęły na to, że bawiłam się przy tym tytule naprawdę dobrze, a filmowy styl sprawił, że przypomniały mi się stare, dobre czasy, kiedy jeszcze można było trafić na naprawdę błyskotliwe filmy!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!