grudnia 03, 2020

"Córka" Michelle Frances

"Córka" Michelle Frances

 

Autor: Michelle Frances
Tytuł: Córka
Tłumaczenie: Maria Gębicka - Frąc
Data premiery: 30.09.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller
 
Michelle Frances to angielska pisarka, która swoją karierę w tej dziedzinie rozpoczęła w roku 2017 thrillerem pt. „Ta dziewczyna”. Teraz systematycznie co roku wydaje jedną książkę – aktualnie na swoim koncie ma 4 thrillery, z czego 3 z nich ukazały się w Polsce.
Wcześniej autorka związana była z branżą telewizyjną, studiowała w Stanach, a po powrocie do Anglii przez 15 lat pracowała jako producentka i scenarzystka, między innymi dla stacji BBC.
 
Historia „Córki” rozpoczyna się pewnego dnia w lutym 2017 roku. Kate zamierza przedstawić wieczorem swojego nowego partnera 21letniej córce Becky, która odbywa staż w znanej brytyjskiej gazecie i właśnie dzisiaj przechodzi tam rozmowę o pracę na stałe. Gdy wieczorem w jej drzwiach zamiast córki zjawia się policja informująca o śmiertelnym wypadku dziewczyny, Kate nie może uwierzyć. Okazuje się, że Becky zginęła pod kołami ciężarówki. Tylko jak to możliwe? Przecież była doświadczonym rowerzystą, wiedziała jak poruszać się po Londynie i była naprawdę ostrożna… Gdy Kate i Tim wracają do mieszkania, pokój córki zastają w nieładzie – ktoś się włamał. Dopiero po kilku miesiącach, gdy Kate odkrywa pewne dziwne dane umieszczone na pendrivie ukrytym w jeszcze dziwniejszym miejscu, zaczyna się zastanawiać na ślad jakiej afery wpadła przed śmiercią jej córka…
 
Książka składa się z prologu, 64 rozdziałów i epilogu. Większość z nich toczy się w aktualnym czasie, w którym toczy się akcja powieści tj. rok 2017 i 2018, jednak momentami narracja cofa się wstecz – opowiada o życiu Kate i Becky na kilka i kilkanaście lat do tyłu kreśląc ich wzajemną relację, a także do samej Becky na kilka dni przed wypadkiem powoli odkrywając to, co dziewczyna znalazła, a co miało wywołać aferę na skalę co najmniej krajową. Narracja prowadzona jest w narracji trzecioosobowej przedstawionej z punktu widzenia bohaterki. Styl powieści jest przyjemny, skupia się zarówno na wydarzeniach, śledztwie, jak i na uczuciach i emocjach bohaterów. Całość czyta się lekko i przyjemnie.
 
Książka skupia się na dwóch głównych tematach – jeden z nich dotyczy dziennikarskiego śledztwa, o czym napiszę za chwilę, drugi na relacji matki i córki i na tym skupmy się w tej chwili. Kate w momencie gdy ginie jej córka ma 36 lat – urodziła Becky w wieku 15. Od zawsze ich rodzina ograniczała się tylko do nich dwóch – Kate nigdy nie powiedziała ojcu dziewczyny, że jest w ciąży, a jej rodzice wyrzekli się jej w chwili, gdy powiedziała im o swoim odmiennym stanie. Wynajęli jej mały dom na przedmieściach Londynu do czasu gdy osiągnie pełnoletniość i zniknęli z jej życia. Kate, bez wykształcenia, całe życie łapała się każdej możliwej pracy, by związać koniec z końcem i zapewnić córce dobry start. Jednak i tak cały czas czuła, że nie daje jej wystarczająco, że nie jest dobrą matką. Kobieta ma bardzo niskie mniemanie o sobie i wstydzi się tego, że nie udało jej się skończyć szkoły. Na szczęście Becky nigdy nie była problematycznym dzieckiem – rozumiała ile jej matka dla niej się wyrzekła, jak ciężko pracowała, by Becky miała co jeść. Dziewczyna od zawsze bardzo dobrze się uczyła, dzięki czemu mogła spełnić swoje marzenie o zostaniu dziennikarką śledczą. Gdy Becky ginie, świat Kate rozsypuje się na kawałki – na szczęście kobieta ma przy sobie Tima, który nie pozwala jej się załamać całkowicie, dzięki czemu po przejściu najgorszej żałoby, Kate postanawia działać – chce coś zmienić, tak by śmierć Becky nie poszła na marne. Zaczyna od firmy, do której należała ta pechowa ciężarówka… I tak w Kate ściera się ta pełna kompleksów, niepewna siebie dziewczynka z matką, kobietą zdesperowaną, skupioną tylko na tym, by sprawić, by śmierć jej córki nie przeszła bez echa i by nikt inny już nie skończył tak jak Becky. To ciekawa postać – może autorka mogła trochę więcej opisać jej żałobę, bo miałam wrażenie, że Kate, jak na zażyłość z córką i jej własny charakter, jakoś szybko się z niej pozbierała, ale to tylko taka mała uwaga. Później uwaga czytelnika skupia się na śledztwie, które prowadzi bohaterka, jak nabiera pewności siebie, a jej determinacja by osiągnąć cel wzrasta.
 
Przejdźmy teraz do tematu drugiego. Chyba nie będzie to duży spoiler, gdy napiszę, że śledztwo, które prowadziła Becky, a którego kontynuacji podejmuje się Kate, dotyczy pestycydów, którymi spryskiwane są uprawy i ich wpływu na zdrowie tych, który mają z nimi bezpośredni kontakt. Oczywiście sytuacja opisana w książce jest fikcyjna, jednak szkodliwość tych substancji już nie. Autorka swoją historię zaczerpnęła z prawdziwych głośnych wydarzeń, sporów sądowych, w których firmy agrochemiczne zmuszone były wpłacić wielomilionowe odszkodowania poszkodowanym. Poza tym w powieści dobrze zaznaczona jest moc sprawcza takich firm, ogromnych korporacji, które nie tylko mają górę pieniędzy, ale i wpływy i badaczy, których wykorzystują dla własnych celów.
 
Na koniec skupmy się na chwilę na gatunku, w który wpisuje się ta powieść. Jest to thriller z wątkami obyczajowymi, choć według mnie niewiele było tu napięcia. Myślę jednak, że spowodował to temat śledztwa – w końcu uprawy i spryskiwanie ich pestycydami nie jest specjalnie dynamiczne. Dodatkowo też przez większą część powieści bohaterka nie wie, kto jest właścicielem firmy, więc też nie ma możliwości skierowania swoich zarzutów do jednej osoby i bezpośredniej konfrontacji. Śledztwo też nie toczy się w szaleńczym tempie, bohaterka przecież nadal musi zarabiać na życie, a i walczyć z firmą, która odpowiada za ciężarówki. Przez to wszystko napięcie i ten dreszczyk emocji, którego mają dostarczać thrillery, lekko tutaj się rozmywa. Myślę jednak, że waga poruszanego tematu, a i ciekawa, nieustannie walcząca sama z sobą bohaterka, wynagradzają ten brak.
 
Podsumowując, „Córka” to mieszanka lekkiego thrillera psychologicznego z powieścią obyczajową i momentami powieścią sensacyjną. Przeplatający się czas akcji, ciekawe, acz niespecjalnie dynamiczne śledztwo poruszające tak ważny temat jak pestycydy a zdrowie oraz niepewna siebie, ale i zdeterminowana by coś zmienić bohaterka sprawiają, że książkę czyta się dobrze, a fabuła ciekawi. Może nie jest to lektura, którą czyta się z wypiekami na twarzy, ale przecież nie każda książka musi taka być. Ja doceniam ją za ważny temat, który nieczęsto poruszany jest w tego typu literaturze, a który jest naprawdę istotny jeśli chodzi o autentyczne życie i zdrowie sporej grupy ludzi.
 
 
Moja ocena: 7/10
 
Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

grudnia 02, 2020

"Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił" Ałbena Grabowska

"Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił" Ałbena Grabowska

 

Autor: Ałbena Grabowska
Tytuł: Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił
Cykl: Uczniowie Hippokratesa, tom 1
Data premiery: 01.08.2020
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 512
Gatunek: powieść historyczna / obyczajowa
 
Zachwyty nad powieściami Ałbeny Grabowskiej docierały do mnie od kilku dobrych lat. Autorka ma na swoim koncie kryminał i thriller – obydwa oczywiście ciągle czekają na swoją kolej na moim czytniku. Popatrywałam też nieśmiało na jej inne powieści, szczególnie „Matki i córki”, ale oczywiście i by po nie sięgnąć nie było okazji. Sytuacja zmieniła się tego lata, kiedy na rynku ukazał się pierwszy tom trylogii pt. „Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił”. To powieść tocząca się w połowie XIX wieku w środowisku medycznym, czyli coś co mocno mnie fascynuje. Dodatkowo, prócz fikcyjnej historii polskiego lekarza pracującego w warszawskim szpitalu całość przeplatana jest fabularyzowanymi historiami dotyczącymi faktycznych medycznych pionierów – to zdecydowanie podwyższa wartość całej powieści. Więc gdy tylko okazało się, że egzemplarze tej książki dostępne są na portalu czytampierwszy.pl, nie wahałam się ani chwili i tak książka trafiła na moją półkę.
A skąd w ogóle taki temat u pisarki? Ałbena, zanim jeszcze rozpoczęła swoją karierę pisarską, sama pracowała w szpitalu. Autorka ma tytuł doktora w specjalizacji neurologii i epileptologii, co też ewidentnie trochę wykorzystuje w tej powieści. Teraz kariera medyczna zeszła u niej trochę na dalszy plan, jednak nie zrezygnowała z niej całkowicie – nadal pracuje w przychodni w niewielkim miasteczku pod Warszawą. Jak sama autorka przyznała w jednym z wywiadów – cykl „Uczniowie Hippokratesa” to dla niej zamknięcie klamrą etapu drogi życiowej, ukłon dla jej mentorów i wielkich naukowców, z którymi miała okazję pracować.
 
Tom pierwszy „Uczniów Hipppokratesa” opowiada historię doktora Bogumiła Korzyńskiego, który w roku 1850 rozpoczął pracę w warszawskim Szpitalu Dzieciątka Jezus. W tamtych czasach szpital wyglądał jednak inaczej niż teraz – medycyna była ciągle w powijakach, znieczulenie czy usypianie przy zabiegu uważane był za herezję, nie widziano też związków między brudem a chorobami. Lekarze w szpitalu nie myli rąk, poruszali się po salach pełnych brudu, krwi, ropy i innych cuchnących wydzielin. Bogumił jednak od początku był zdecydowany by pomagać, by się uczyć i dążyć na nowych odkryć. Powodowany obawami o żonę, która bardzo ciężko znosiła porody, zainteresował się eterem i postanowił zostać lekarzem od spraw kobiecych. Dołączył do jednego z najlepszych polskich zespołów lekarzy, którzy nastawieni byli pozytywnie do wszelkich medycznych nowinek. Pracę w szpitalu, badania nad nowymi metodami leczenia musiał też połączyć z życiem rodzinnym – kilka lat temu wżenił się w arystokratyczną rodzinę, która podwyższyła jego własny, raczej niski status społeczny. Bogumił ma też pewną tajemnicę z przeszłości, której ujawnienie groziłoby ogromnym społecznym skandalem…
 
Książka składa się z wstępu (kilku słów od autorki) i 7 rozdziałów przeplatanych 7 historiami o prawdziwych pionierach w dziedzinie medycyny. Te fabularyzowane historie liczą najczęściej kilka stron i skrótowo, w kilku scenkach przybliżają czytelnikowi postacie znanych lekarzy. Rozdziały dotyczące zaś fikcyjnej historii Bogumiła są dosyć długie, jednak nie są pisane jednym ciągiem – są rozdzielone na scenki poprzetykane fragmentami listów, którymi wymieniają się bohaterowie. Co ciekawe, każdy rozdział otwiera zapowiedź tego co w nim znajdziemy – to stylizacja na starodawną powieść.
Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, podąża za głównym bohaterem. Styl jest przyjemny, spokojny i dokładny, dialogi stylizowane na język, w którym mówiło się w tamtych czasach – i muszę przyznać, że jest to bardzo udany zabieg.
 
W książce znajdziemy wiele ciekawych tematów, jednak nie da się ukryć, że przoduje tu medycyna. To ona odgrywa pierwsze skrzypce, widok szpitali, podejście lekarzy, zaawansowanie medycyny (a raczej jej brak), sposób rozprzestrzeniania się nowinek, to wszystko dominuje na kartach powieści. Opisy zabiegów czy sal szpitalnych są oddane bardzo realistycznie, nie będę oszukiwać – nieraz podczas lektury czułam mocne obrzydzenie. Jednak w ten sposób autorka uświadamia nam jak wiele w ciągu tych 170 lat zostało zrobione, jak wiele w tym czasie się dowiedzieliśmy. Połowa XIX wieku wygląda na okres medycyny raczkującej, a największe odkrycia medyczne ciągle były sprawą przyszłości. To naprawdę fascynujące obserwować w jaki sposób lekarze, naukowcy dochodzili do przełomowych odkryć.
 
Oczywiście oprócz dominujących wątków medycznych w książce znajdziemy wiele uwagi poświęconej na życie społeczne, głównie w obszarach arystokratycznych w tamtym czasie. Przyglądamy się życiu rodziny Bogusława, miejscu kobiety i służby w hierarchii społecznej. Warto też wspomnieć, że autorka poświęca dużą uwagę na miejsce kobiet w medycynie – a raczej jego brak.
 
W powieści znajdziemy też trochę dodających klimatu tajemnic – Bogumił nie do końca jest tym za kogo się podaje, skrywa duży sekret, którzy dzieli z dwoma, a nawet trzema osobami – przez jedną z nich cały jego domek z kart zaczyna się sypać. Tajemnic jest jednak więcej – jedna z sióstr żony Bogumiła, dosyć ekscentryczna, bardzo ambitna kobieta robi coś, co jest sprzeczne całkowicie z ówczesnymi konwenansami – to też zdecydowanie nie może wyjść na jaw. Żona Bogumiła też ciągnie za sobą dosyć kontrowersyjną przeszłość. Te zagadki dodają lekturze smaczku, powodują, że z ciekawością obserwujemy losy całej rodziny.
 
Podsumowując, „Uczniowie Hippokartesa. Doktor Bogumił” mocno mnie zaskoczyli. Pozytywnie oczywiście. Książka dopracowana jest pod każdym względem zarówno na płaszczyźnie medycznej, jak i społecznej XIX wieku. Całość oddana jest bardzo realistycznie, autorka niesamowicie zgrabnie łączy fakty z medycyny z opowieścią beletrystyczną. To książka, z której można wynieść nową ciekawą wiedzę, a i przy okazji świetną rozrywkę. Na pewno jest to lektura, dla osób, które choć trochę fascynują się medycyną – jednak ten wątek dominuje nad innymi, a i dosyć szczegółowe opisy zabiegów i szpitala będą gratką tylko dla tych, którzy są ciekawi jak medyczna sytuacja wyglądała w tamtym czasie. Mnie te tematy mocno ciekawią, a do tego dostałam jeszcze fajne tło społeczne, trochę tajemnic i przyjemnie stylizowany język. Nie wymagam nic więcej, książkę czytało mi się naprawdę bardzo dobrze. Już teraz czekam na tom drugi, który podobno ma bardziej skupiać się na postaciach kobiecych w medycynie.
 
Moja ocena: 8/10

Książka dostępna jest też w abonamencie 

grudnia 01, 2020

Kilka pytań do... Anny Potyry, autorki cyklu o komisarzu Lorenzie

Kilka pytań do... Anny Potyry, autorki cyklu o komisarzu Lorenzie


Jaką kuchnię świata Anna Potyra lubi najbardziej, jaki talent, gdy mogła, by sobie zażyczyła, dlaczego zazdrościła autorom, który na swoim koncie mają już rozpoczęty cykl kryminalny i oczywiście kiedy możemy się spodziewać kolejnego tomu przygód komisarza Lorenza? 
Zapraszam na rozmowę z autorką!

Anna Potyra notka biograficzna:
Urodzona w 1982 roku w Warszawie. Z wykształcenia anglistka. Pasjonatka jeździectwa. Jej debiutancka powieść "Pchła" zdobyła wyróżnienie Komendanta Szkoły Policji w Pile w konkursie dla Najlepszej Polskiej Miejskiej Powieści Kryminalnej roku 2019.

Kryminał na talerzu: Po ponad rocznym oczekiwaniu na tom drugi cyklu o komisarzu Adamie Lorenzie w końcu na rynku ukazały się „Potwory”! Mnie przeogromnie cieszy ta premiera, nawet sama nie zdawałam sobie sprawy jak mocno na nią czekałam. A jak Pani się z tym czuje? Teraz już Pani wie, że „Pchła” czytelnikom się spodobała, więc „Potwory” oddaje nam Pani z pewnością czy z lekkim niepokojem? 😊

Anna Potyra: Myślę, że trzeba mieć w sobie sporo buty, by oddawać książkę w ręce Czytelników bez choćby cienia niepokoju. Rzeczywiście „Pchła” została przyjęta tak pozytywnie, że przerosło to moje najśmielsze oczekiwania, jednak to w żaden sposób nie zmniejsza mojego stresu przed premierą „Potworów”.
 

„Potwory” to Pani drugi kryminał – jak go się pisało w porównaniu z „Pchłą”? Sprawił trudności czy może pisało się go dużo łatwiej?

Gdy pisałam „Pchłę” i zmagałam się z bieżącymi trudnościami pracy nad tekstem, myślałam z zazdrością o autorach, którzy mają już serie i po prostu wymyślają nowe intrygi w obrębie raz wymyślonego świata. Sądziłam, że to bardzo ułatwia pracę. Otóż nic bardziej mylnego. Pisząc „Potwory” namęczyłam się dużo bardziej niż przy „Pchle”. Mam nadzieję, że ten trend nie utrzyma się przy kolejnym tomie. ;)


W książce znowu porusza Pani poważne, trudne tematy. Tym razem między innymi jest to wykorzystywanie seksualne dzieci. Dlaczego zdecydowała się Pani poruszyć taki wątek?

Staram się, aby moje książki były czymś więcej, niż tylko kryminalną historyjką, którą zapomina się dwie minuty po tym, gdy wyjaśni się, kto zabił. Staram się stworzyć czytelnikowi przestrzeń do refleksji, a temu najlepiej służą trudne tematy. W ostatnim czasie dużo mówi się o pedofilii. Nie chciałam budować swojej opinii na ten temat wyłącznie w  oparciu o sensacyjne doniesienia medialne. Zaczęłam dużo czytać i muszę przyznać, że to były bardzo trudne, ale i pouczające lektury. Zrozumiałam, że to nie jest problem, zarezerwowany jedynie dla pewnych grup społecznych. W „Potworach” starałam się podzielić zdobytą wiedzą i uświadomić Czytelnikowi, że nie wystarczy powiedzieć dziecku, by nie rozmawiało z nieznajomymi i nie brało cukierków od obcych, aby uchronić je przed krzywdą.


Skoro już zaczęłam wypytywać o wątki, to proszę też nam zdradzić skąd wziął się pomysł, by poruszyć kwestię związku poliamorycznego?

Kilka lat temu czytałam reportaż o poliamorii i od tamtej pory trzymałam to wśród pomysłów do wykorzystania w książce. To dlatego, że podczas lektury bardzo dużo czułam, a to oznacza, że było to dla mnie nie tylko ciekawe na poziomie poznawczym, ale też mocno podziałało na poziomie emocjonalnym. A to jest dokładnie coś, co daje czytelniczą przyjemność.


A opera? Nie ukrywam, że uwielbiam kiedy fabuła toczy się w środowisku artystycznym – zawsze jest tam wiele indywidualności, ambicji i upartego dążenia do celu.

Zawsze mówiłam, że gdybym mogła sobie wybrać talent, to wybrałabym operowy głos. To taka moja skryta fantazja, żeby wyjść na scenę w niesamowitym kostiumie i zaśpiewać arię. Nie wiem, skąd mi się to bierze, bo naprawdę nie jestem osobą, która pchałaby się w światło reflektorów. Czuję się stremowana nawet, gdy mam się odezwać na zebraniu klasowym. Może ta operowa fantazja to jakieś odreagowanie :) A tak bardziej na poważnie, wydaje mi się, że opera ma w sobie coś ponadczasowego, towarzyszy jej przepych i rozmach, przez to wydała mi się ciekawym tłem dla mojej opowieści.


To teraz spójrzmy na książkę od strony pisarza. Jak długo zajęła Pani praca nad tą powieścią? Ruszyła Pani od razu po premierze „Pchły” czy dała sobie Pani chwilę wytchnienia?

„Potwory” pisałam 9 miesięcy, dokładnie tyle samo, co „Pchłę”. Zrobiłam sobie między nimi chwilę przerwy, co wynikało głównie z tego, że nie chciałam zaczynać pracy nad drugim tomem serii, dopóki nie miałam pewności, że jakieś wydawnictwo zdecyduje się opublikować tom pierwszy.


Muszę przyznać, że stosuje Pani dosyć nieszablonowe jak na kryminał rozwiązania, zarówno w strefie prywatnej bohaterów jak i intrygi kryminalnej. Ma już Pani wszystko dokładnie obmyślone gdy zasiada do pisania powieści czy część z tym pomysłów wpada dopiero podczas tworzenia?

Zanim zacznę pisać muszę mieć szkielet książki. Ustalam całą chronologię i wszystkie związki przyczynowo skutkowe. To musi być spójne i zamknięte, w innym razie na pewno wkradłyby się błędy, nieścisłości, albo trzeba by zmieniać już gotowe fragmenty, żeby wszystko się zgadzało. Jednak w czasie pisania dochodzi masa szczegółów. To wtedy bohaterowie dostają prawdziwą tożsamość i osobowość i trochę zaczynają mnie prowadzić. Niektóre wątki robią się dużo bardziej rozbudowane, niż początkowo planowałam, albo zachodzi potrzeba dodania jakiegoś tematu po to, by nadać wydarzeniom odpowiednią perspektywę.


Co sprawiło Pani największą trudność podczas pisania tej powieści?

W „Potworach” cała intryga ma dość misterną konstrukcję i miałam trochę bólu głowy z tym, żeby to wszystko odpowiednio pokazać. Wprowadzić wszystkie elementy w odpowiedniej kolejności. Pisać tak, żeby historia była tajemnicza i wielopoziomowa, ale jednocześnie zrozumiała. Mam nadzieję, że to się udało.


I pytanie, na które chyba wszyscy czekają: kiedy możemy się spodziewać tomu kolejnego o Adamie Lorenzie? Muszę przyznać, że już zdążyłam się naprawdę mocno związać z bohaterami Pani powieści i nie mogę się doczekać, kiedy poznam ich dalsze losy!

Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i książka, nad którą obecnie pracuję ukaże się w przyszłym roku.


A teraz kilka pytań, których nie zadałam Pani podczas naszego pierwszego wywiadu, a które od tego czasu stały się obowiązkowe w moich rozmowach z autorami. Chcielibyśmy dowiedzieć się o Pani czegoś więcej, szczególnie że jest Pani pisarką bardzo skrytą – nie znajdziemy Pani w mediach społecznościowych, więc te pytania są jeszcze bardziej cenne niż u innych autorów. Zatem proszę nam zdradzić jakie jest Pani ulubione miejsce do pisania?

Każde ciche się nada :) Przy czwórce małych dzieci wcale o takie nie jest łatwo. Najczęściej piszę w swojej sypialni, gdzie mam wygodny szezlong. Jednak w praktyce często jest tak, że migruję po domu z laptopem, w zależności od tego, jak przesuwa się front hałasu.


Co lubi Pani robić w wolnym czasie? Jak Pani odpoczywa?

Najbardziej odpoczywam przy koniach. Mam trzy w przydomowej stajni, to są moje pieszczoszki i mają w sobie absolutnie magiczną moc, żeby mnie zresetować. Nieważne, czy biorę swoją starą klacz i jadę na spacer do lasu, sprzątam stajnię, trenuję na placu z młodym, czy po prostu idę na pastwisko trochę się z nimi poprzytulać, zawsze wracam w dobrym humorze. Konie to jest moja przestrzeń, kiedy nikt nic ode mnie nie chce, a ja nie myślę o niczym innym niż to co tu i teraz.


Teraz pytanie mola książkowego – jak wygląda Pani biblioteczka? Jakich gatunków, autorów jest w niej najwięcej, które pozycje ceni Pani najmocniej?

Kiedy przestałam już czytać na zmianę „Anię z Zielonego Wzgórza”, „Dzieci z Bullerbyn” i „Pannę z mokrą głową”, zapałałam miłością do kryminałów. Oczywiście obudziła ją we mnie Agatha Christie. Potem było wielu innych autorów, spośród których największe wrażenie zrobili na mnie Stieg Larsson, Jo Nesbo i Zygmunt Miłoszewski. Od kilku lat mam bardziej urozmaiconą listę lektur, jednak nigdy nie czytam science-fiction, a i romanse znalazłyby się daleko, daleko w kolejce książek do przeczytania. Często sięgam po nowości wydawnicze polskich autorów, a największym odkryciem ostatnich lat jest dla mnie Jakub Małecki.


I ostatnie pytanie ściśle związane z pierwszym członem podtytułu mojego bloga: co najbardziej lubi Pani jeść? 😊

Bardzo lubię smaki kuchni azjatyckiej. W mojej spiżarni zawsze można znaleźć chilli, czosnek, imbir, limonkę, kolendrę, sos sojowy i oczywiście mleko kokosowe.
 

Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów literackich!

listopada 28, 2020

"Morderców tropimy w czwartki" Richard Osman

"Morderców tropimy w czwartki" Richard Osman

Autor: Richard Osman
Tytuł: Morderców tropimy w czwartki
Cykl: Czwartkowy Klub Zbrodni, tom 1
Tłumaczenie: Anna Rajca - Salata
Data premiery: 14.10.2020
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 448
Gatunek: komedia kryminalna
 
Richard Osman to brytyjski producent i prezenter teleturniejów telewizyjnych, komik, a teraz i autor. „Morderców tropimy w czwartki” to jego debiut literacki. Co ciekawe w tym samym czasie co Richard, na rynku literackim debiutował także jego brat, Mat Osman, muzyk, basista i współzałożyciel brytyjskiego rockowego zespołu Suede, powieścią pt. „The ruins”, która jak na razie nie została przetłumaczona na język polski. Podczas pisania tej recenzji dotarłam do informacji, iż autor już teraz szykuje tom drugi przygód członków Czwartkowego Klubu Zbrodni, co cieszy mnie przeogromnie! Na rynku angielskim książka ma się ukazać we wrześniu 2021 roku. Oby do nas równie szybko dotarła!
„Kilka kieliszków wina i zagadka. Spotkanie towarzyskie i drastyczne szczegóły. Trudna o lepszą rozrywkę.”
Fabuła powieści „Morderców tropimy w czwartki” toczy się w południowo-wschodniej Anglii, w hrabstwie Kent, a jeszcze dokładniej – na luksusowym osiedlu dla seniorów Coopers Chase. Emeryci żyją sobie spokojnie w otoczeniu przyrody w miejscu dawnego klasztoru, w zasięgu ręki mają wszystko co potrzeba, a nawet i więcej. Jest tu też dużo ciekawych klubów, między innymi Czwartkowy Klub Zbrodni. Został on założony przez Elizabeth i Penny, dawną komisarz, która po kryjomu skopiowała akta nierozwiązanych spraw i teraz razem z przyjaciółmi starają się dostrzec to, co kiedyś przeoczyła policja. Do kobiet dołączył Ron i Ibrahim, ale niestety Penny jakiś czas temu trafiła do szpitala. W tym czasie do klubu dołączyła Joyce. Przyjaciele mają właśnie zastanowić się nad nową sprawą, kiedy okazuje się, że po dosyć burzliwym spotkaniu emerytów w sprawie rozbudowy ośrodka, współwłaściciel i główny budowlaniec został zamordowany w swoim mieszkaniu. Klub postanawia zatem skupić się na tej zbrodni i rozwiązać jej zagadkę przed policją. Tym samym muszą uruchomić wszystkie swoje dawne znajomości, a i przekonać do siebie śledczych prowadzących tę sprawę… Czy im się to uda? Kto i dlaczego popełnił tę zbrodnię? I czy przypadkiem czwórka zadziornych emerytów nie wpakuje wszystkich w kłopoty?
 
Książka składa się z 115 bardzo króciutkich rozdziałów rozdzielonych na dwie części. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, wyjątkiem są rozdziały z pamiętnika Joyce – te oczywiście pisane są w narracji pierwszoosobowej. Narrator obserwuje naprzemiennie kilka głównych postaci – przeważnie na zmianę emerytów i policję, skupia się nie tylko na ich poczynaniach, ale i myślach i odczuciach. Styl, w którym napisana jest powieść, jest bardzo prosty i pełen dialogów. Nie jest to może stricte komedia kryminalna, do których jestem przyzwyczajona – to raczej taka urocza, pozytywna powieść kręcąca się wokół ciekawej i całkiem skomplikowanej zagadki kryminalnej. Nie znajdziemy tu specjalnie sytuacji w których wybuchniemy niekontrolowanym śmiechem, ale bijący z kart powieści optymizm i urok na pewno każdemu czytelnikowi sprawią ogromną przyjemność.
„W starszym wieku można robić prawie wszystko, na co ma się ochotę. Nikt już nas nie beszta poza lekarzami i własnymi dziećmi.”
Myślę, że mamy tu kilka czynników odpowiedzialnych za powodzenie tej powieści. Na pewno trzeba tu wyróżnić bohaterów – zarówno emeryci, jak i para policjantów są bardzo fajnie przedstawione. To postacie energiczne, żywiołowe, z charakterem, acz każda z nich z innym. Elizabeth to ta, która ma najwięcej znajomości, jest jakby przewodniczącą Klubu. Joyce, emerytowana pielęgniarka, jest bystra i spostrzegawcza. Ibrahim to były psychiatra, zawsze do każdej kwestii podchodzi matematycznie. Ron, dawny bojownik klasy robotniczej, jest płomiennym mówcą i człowiekiem nieowijającym w bawełnę. Ta ekipa idealnie się uzupełnia, każdy z nich na swoją funkcję w grupie, a łącząc siły ich moc dedykacyjna jest nie do pokonania. Poza nimi warto też wspomnieć o policjancie Chrisie, 50latku który cierpi na nadwagę i samotność oraz Donnie, 20kilkuletniej posterunkowej, która przeniosła się tu z Londynu i w hrabstwie Kent nudzi się niemiłosiernie. Każda z tych postaci jest barwna, kolorowa i pozytywna, choć każdy z nich gdzieś tam walczy z własnymi problemami.
 
Drugim czynnikiem, który sprawia, że powieść mogę uznać za naprawdę udaną jest osadzenie akcji w bardzo ciekawym miejscu. Jak wspomniałam osiedle powstało w miejscu dawnego kobiecego klasztoru, w uroczym i dosyć odosobnionym zakątku hrabstwa. Niedaleko jest morze, kilka mniejszych uroczych miejscowości i pełno zieleni i bliskości natury. Dodatkowo samo Coopers Chase jest naprawdę ciekawym miejscem. Gdzieś pod koniec powieści było stwierdzenie córki Joyce, która mówiła, że bała się, że matka po przeprowadzce na osiedle emerytów zgaśnie i będzie czekała tylko na śmierć. Zdarzyło się jednak odwrotnie, to tu znalazła nowe zainteresowania, nowych przyjaciół i sens życia, gdy dzieci już dorosły, mąż umarł, a praca zawodowa to tylko wspomnienie.
„Zawsze wiemy, kiedy robimy coś po raz pierwszy, prawda? Ale bardzo rzadko zdajemy sobie sprawę, kiedy coś dzieje się po raz ostatni.”
Skoro już jesteśmy przy osiedlu emerytów, które dało bohaterce nowe życie, to warto zaznaczyć, że autor w bardzo fajny, przyjemny, a zarazem chyba prawdziwy sposób oddał głos bohaterom 65+. Przedstawił zarówno te pozytywne aspekty życia emerytów, jak i ich negatywne strony. Mimo pozytywnego wydźwięku, książka zawiera dużo ciekawych spostrzeżeń jak spojrzenie na życie z wiekiem się zmienia, jakie problemy i obawy męczą ludzi w takim wieku. Przez to lektura nabiera większego wymiaru, niesie nie tylko rozrywkę, ale i większą empatię do ludzi starszych.
„Przed laty wstawali wcześnie, bo czekało ich dużo pracy, a dzień miał tak mało godzin. Teraz zrywają się o świcie, bo tyle jest do zrobienia, a tak niewiele dni im zostało.”
Oczywiście książka to jakby nie było kryminał, a więc na koniec porozmawiajmy trochę o tej intrydze kryminalnej. Szczerze – już przed połową książki byłam pewna, że wiem kto zabił. No cóż, oczywiście okazało się, że moja pewność jednak rozminęła się z rozwiązaniem…  Intryga kryminalna okazuje się naprawdę skomplikowana, co przy komediach kryminalnych raczej nie jest częstym wyborem. Do tego, mimo że akcja nie jest specjalnie mocno dynamiczna (w końcu bohaterowie to emeryci…), to jednak pełna zwrotów akcji, cały czas coś czytelnika zaskakuje. Naprawdę zadziwiająco dobrze się przy tej zagadce bawiłam, autor wiele razy wyprowadził mnie w pole 😉
 
Podsumowując, nie spodziewałam się, że „Morderców tropimy w czwartki” będzie tak urocze, a zarazem tak dobre. Nie widzę tutaj ironicznego podejścia czy stricte brytyjskiego humoru, o którym słyszałam podczas akcji reklamowej książki, a raczej całość przypomina mi cudowne komedie romantyczne z serii Mała Czarna Wydawnictwa Albatros, tyle że o miłości jest tu mniej, a całość kręci się wokół morderstw… Bohaterów powieści pokochałam całym sercem i już tak od połowy powieści modliłam się, by autor zdecydował się napisać część kolejną z Klubem Zbrodni w roli głównej. Tak więc wyszukana informacja o zapowiedzi tomu kolejnego cieszy mnie przeogromnie – będę czekać z utęsknieniem!
 
Moja ocena: 8/10
 
Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Muza!
Książka dostępna jest też w abonamencie 


listopada 26, 2020

"Cios kończący" Mariusz Czubaj

"Cios kończący" Mariusz Czubaj

 

Autor: Mariusz Czubaj
Tytuł: Cios kończący
Cykl: Polski psychopata, tom 6
Data premiery: 16.09.2020
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 288
Gatunek: kryminał
 
Mariusz Czubaj to nazwisko, które zakorzenione jest w polskim kryminale od dawna. Jak sam autor przyznaje, swoją przygodę z tym gatunkiem zaczynał, gdy rocznie na naszym rynku pojawiało się 20 tytułów, a nie tak jak teraz ponad 200. Od początku towarzyszył mu Rudolf Heinz, policjant i profiler, którego profesja w roku 2008, gdy ukazał się tom pierwszy Polskiego Psychopaty pt. „21:37”, była powiewem świeżości, intrygującą nowością. Teraz po dwunastu latach nikogo nie dziwi taki zawód, jednak Heinz dalej pozostaje tak oryginalny jak był kiedyś. Tym razem w „Ciosie kończącym”, tomie szóstym serii, przychodzi nam się pożegnać z nim na zawsze.
I tu trochę wstyd się przyznać, ale ten tom zamykający całą serię był dla mnie pierwszym spotkaniem z piórem pisarza. Tak, miałam wcześniej chęć zapoznać się z cyklem od początku, i to od dobrych kilku lat, tylko jak to często bywa, nigdy nie było na to dobrego czasu. Teraz za namową wydawnictwa sięgnęłam po tom ostatni, żeby w końcu przekonać się w jakim stylu pisze autor, jak wyglądają jego książki i czy powinnam to nazwisko wpisać na stałą listę czytelniczą. Czy zrobię to ostatnie, to jeszcze nie wiem, ale po lekturze „Ciosu kończącego” na pewno mogę powiedzieć, że chciałabym zapoznać się z Heinzem od początku.
 
Rudolf Heinz od dobrych kilku lat nie pracuje już w policji. Za sobą ma też bardzo burzliwe życie prywatne, wiele osobistych problemów, z którymi mniej lub bardziej skutecznie starał się uporać. Teraz, po długiej przerwie, postanawia wrócić do swojego zespołu – na pierwszym z koncertów zaczepia go młoda policjantka Sylwia Świętoń. Chce, by Heinz pomógł jej w sprawie, mężczyzna jednak odmawia. Po kilku dniach spotykają się znowu, tym razem Sylwia osiąga to co chciała – Heinz bierze materiały. Okazuje się, że chodzi o młodą dziewczynę, Justynę Słowik, która została brutalnie zamordowana w swoim mieszkaniu. Sprawa dziwnie szybko ucichła, stwierdzono motyw rabunkowy, sprawcy nie znaleziono. Jest jednak kilka detali, które do tej teorii nie pasują, więc Heinz postanawia pomóc policjantce i przeprowadzić własne, prywatne śledztwo. W tym czasie na terenie Katowic ktoś zabija trzy osoby – prokuratora, ojca i syna, którzy kiedyś zrobili coś złego…
„Świat zbudowany jest z pustki. Z pustki, kraterów, szczelin, wrogich pułapek i przepaści. Próbujemy je pokonać, zaradzić im i je zasypać, niekiedy robimy to z sensem, a niekiedy nie. Każdy pracuje na własny rachunek.”
Książka składa się z prologu i dwóch części liczących w sumie 41 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego gdy narratorem jest Heinz, w trzeciej osobie czasu przeszłego gdy skupia się na innych postaciach powieści jak np. Świętoń czy morderca. Te drugie jednak są małymi odstępstwami od reguły, przerywnikami, to Heinz wiedzie prym. Styl, w jakim napisana jest powieść, jest ciekawy, szczegółowy, tworzący dosyć duszną atmosferę. Heinz jako narrator często jednak ją rozładowuje rzucając jakieś trafne, ironiczne spostrzeżenia czy odzywki. Oczywiście jako że to on przedstawia nam większą część historii, to nie sposób oddzielić jego postaci od ogólnych wrażeń z powieści, ale o tym za chwilę. Ja większą część historii wysłuchałam w formie audiobooka w rewelacyjnej interpretacji Leszka Filipowicza, który swoją drogą użyczał swojego głosu Heinzowi przez całą serię – na podstawie przesłuchanego ostatniego tomu muszę przyznać, że zrobił to świetnie, książki słuchało się naprawdę dobrze. Całość nie przytłacza, jest zajmująca i ciekawa.
 
To teraz skupmy się chwilę na Heinzu, który jako narrator jest czynnikiem decydującym czy książka czytelnikowi się spodoba czy nie. Oczywiście ja nie znam go z poprzednich części, a więc i moja wiedza na jego temat jest ograniczona, mogę Wam opowiedzieć o tym, czego dowiedziałam się z tego tomu. Heinz to człowiek mocno oryginalny. Nazywany przez wszystkich Hipisem, raczej stroni od ludzi. Kocha grać na gitarze, lubi stary rock, dobrze zna karate. Przez całe życie to właśnie praca, tropienie morderców, których nikt inny nie potrafił złapać, było sensem jego istnienia. Miłości i życie osobiste zawsze schodziło na plan dalszy. To indywidualista, trochę buntownik, z ironicznym, cynicznym podejściem do życia, który czytelnikowi nie szczędzi tego typu komentarzy. Prawdopodobnie w prawdziwym życiu bym się z nim nie polubiła, gdybym spotkała go na klatce schodowej czy w pubie, pomyślałabym że to zrzędliwy starszy pan, jednak jako postać literacka nadaje się znakomicie – jest szczery, ironiczny, ale przedstawiony z takim wyczuciem, że pod koniec naprawdę było mi smutno się z nim rozstawać.
 
„Cios kończący” niezależnie jak bardzo związany z głównym bohaterem jest jednak przede wszystkim kryminałem. I to takim rasowym, nie skupiającym się na niczym innym. Atmosfera jest gęsta, zbrodnie okrutne, a śledztwo trudne, jednak cały czas posuwające się powoli do przodu. Razem z Heinzem przyglądamy się dowodom, przepytujemy świadków, choć nie analizujemy na bieżąco – dopiero w finalnej scenie bohater ujawnia nam wnioski do których doszedł, wyjawia rozwiązanie zagadki. Intryga kryminalna więc może nie jest specjalnie dynamiczna z początku, ma jednak swój wielki finał. Jest dobrze zbudowana, ciekawi czytelnika, narrator zostawia nam gdzieś tam okruszki tropów, które dopiero pod koniec da się skleić w całość.
 
Podsumowując, „Cios kończący” to rasowy kryminał. Fabuła, zbrodnia i intryga zbudowane są klasycznie, czytelnik skupia się na śledztwie i obserwowaniu bohaterów. Całość przedstawiona jest oczami głównego bohatera, Heinza, mężczyzny po przejściach, który teraz, ostatni raz, zgadza się przeprowadzić śledztwo. Na pewno przez nieznajomość tomów poprzednich nie wyłapałam wielu nawiązań, jednak nie stanowiło to dla mnie problemu – tę książkę po prostu czyta się dobrze, fabuła wciąga, główny bohater intryguje, ale i przez swoją oryginalność wzbudza sympatię. Jeśli szukacie dobrego, rasowego kryminału, to „Cios kończący” na pewno Was zadowoli. A dla tych, którzy pomijają w książce podziękowania autora – tym razem przeczytajcie posłowie. Autor ładnie podsumowuje całą serię, dzieli się cząstką siebie i swoimi przemyśleniami na temat całej historii Heinza – naprawdę warto to przeczytać – daje to pełniejsze spojrzenie na całość, ładnie podsumowuje cykl.
 
Moja ocena: 7/10
 
Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.!


listopada 25, 2020

"Szklane skrzydła motyla" Katrine Engberg

"Szklane skrzydła motyla" Katrine Engberg

 

Autor: Katrine Engberg
Tytuł: Szklane skrzydła motyla
Cykl: Kørner i Werner, tom 2
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak - Nowotny
Data premiery: 13.10.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 340
Gatunek: kryminał
 
„Szklane skrzydła motyla” to drugi tom kryminalnego cyklu, którego akcja toczy się w Kopenhadze. Autorka, dunka Katrine Engberg, tancerka, choreografka i reżyserka, na rynku literackim debiutowała w 2016 roku książką otwierającą cykl pt. „Stróż krokodyla”. Na ten moment seria liczy już cztery tomy, w Polsce ukazały się dwa. Autorka ceniona jest za zgrabne portrety psychologiczne postaci oraz umiejętne splatanie wątków fabuły.
„Wiedziałaś, że starożytni Grecy wierzyli, że dusza, opuszczając ciało, przybiera kształt motyla? To piękna myśl w godzinie śmierci.”
Historia przedstawiona w tym tomie rozpoczyna się pewnego październikowego deszczowego dnia. O świcie rozwoziciel gazet przypadkowo zauważa w fontannie w centrum miasta ciało 50letniej kobiety. Jest nagie, szybko okazuje się też, że pozbawiane krwi, a na jej nadgarstkach pozostawione zostały dziwne malutkie rany… Policja szybko zdobywa nagrania z monitoringu, jednak na nich widać tylko jakąś postać, która przywiozła ciało rowerem towarowym… Kto dopuścił się takiego zbrodni? Dlaczego pozbawił ciało krwi i wrzucił je do fontanny? Kim jest zamordowana kobieta? A przede wszystkim czy jest to odosobniona zbrodnia czy dopiero początek serii?
 
Książka składa się z prologu i 27 rozdziałów rozdzielonych na 6 dni śledztwa. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, przedstawia wydarzenia z punktu widzenia kilku głównych postaci. Styl jest spokojny, uważny, atmosfera dosyć gęsta i mroczna, można więc powiedzieć, że przytłaczająca. Dodatkowo mocno oddziałuje tu pogoda – większość śledztwa prowadzona jest w czasie deszczu w zimnej, mocno jesienniej atmosferze.
 
Jak wspomniałam, wydarzenia w powieści przedstawione są z punktu widzenia kilku postaci. Z początku muszę przyznać, że trochę gubiłam się kto jest kim, przypuszczam jednak, że to przez to, że nie znam poprzedniego tomu serii – większość postaci, jak policjant Jeppe i jego partnerka Anette, która teraz jest na urlopie macierzyńskim, czy starsza pani, znajoma Jeppego – Esther, na pewno pojawiali się już wcześniej. Dodatkowo dostajemy też kilka postaci powiązanych bezpośrednio z tym śledztwem, a jako że szybko okazuje się, że ofiary są powiązane z ośrodkiem psychiatrycznym dla młodzieży, to większa część akcji toczy się wśród pielęgniarek, opiekunów i chorych. Wychodzi więc na to, że narrator obserwuje co najmniej sześć, jak nie więcej osób, akcja cały czas przeskakuje z jedną na drogą, co z początku wprowadza duże zamieszanie. Da się jednak do tego przyzwyczaić, jak już skojarzymy kto jest kim, to książkę czyta się dużo lepiej.
„Są ludzie, którzy jedzą, żeby żyć, i tacy, którzy żyją po to, żeby jeść. Anette często powtarzała to Svendowi podczas ich wspólnie spędzonych dwudziestu pięciu lat. Oboje wiedzieli, że on należał do tej drugiej kategorii. Zanim rano otworzył oczy, już myślał o tym, co przygotuje na kolację. Często zaraz po śniadaniu zagniatał ciasto albo nastawiał gulasz. I za to Anette kochała go jeszcze bardziej.”
Co do samych postaci, to oddane są w sposób mocno przekonywujący, autorka skutecznie weszła im w głowy – to tyczy się zarówno głównych postaci, jak i tych pojawiających się tylko w tym tomie. Każda z nich przedstawia też osobny problem. Jeppe to mężczyzna chyba koło 40stki, niedawno się rozwiódł i musiał sprzedać mieszkanie, więc chwilowo pomieszkuje u matki, która nie daje mu spokoju. Dodatkowo związał się z koleżanką z pracy, która również jest po rozwodzie, ma już jednak dwójkę dzieci. Jeppe boi się znowu zaangażować, chociaż czuje, że z tą kobietą mógłby stworzyć dom. Jednak to, że razem pracują, nigdy nie rozmawiają na poważnie i fakt, że Jeppe nawet nie poznał córek kobiety, a i jego doświadczenia z przeszłości mocno wszystko komplikują.
Anette, normlanie partnerka Jeppego, jest teraz na urlopie macierzyńskim. To bardzo ciekawa postać, która prawdopodobnie cierpi na depresję poporodową, a przynajmniej jakieś jej lekkie studium. Mąż wygląda na to, że nic nie rozumie, a Anette w swoim zagubieniu jest całkiem sama. To naprawdę świetnie przedstawiona postać.
Tak samo jest z Esther, która od kilku lat jest ma emeryturze, utraciła w krótkim czasie dwie ukochane osoby i mimo że chce, to nie za bardzo umie się po tym pozbierać. Czytelnik obserwuje jak wraca jej chęć życia, jakie emocje nią targają i jaką walkę ze sobą stacza.
Postaci jest jeszcze dużo więcej, jak na przykład niestabilna emocjonalnie pielęgniarka, psychiatra, czy dziewczyna, która kiedyś leczyła się w szpitalu psychiatrycznym, a teraz żyje w przyczepie kempingowej na nielegalnym osiedlu… Każda z nich przedstawiona jest przekonywująco, z wyczuciem, to faktycznie duży plus tej powieści.
 
Druga kwestia, która podobno ma być bardzo zgrabnie napisana to przeplatanie się wątków fabularnych. Ja tutaj może doczepiłabym się do ich ilości, bo tak jak pisałam z początku trochę się w tych przeskokach fabularnych gubiłam. Ostatecznie jednak wszystko ładnie splata się w całość, każdy puzzel trafia na swoje miejsce tworząc pełny obrazek. Intryga kryminalna jest skomplikowana i zaskakująca – naprawdę nie byłam w stanie domyśleć się jej rozwiązania.
„Lubił to miejsce, cenił piękno starych budynków. Przeżyły ludzi, którzy je wznosili, przypominały mu o minionych czasach, kiedy tworzono rzeczy po to, by trwały.
Społeczeństwo się zmieniło. Dzisiaj pralki psuły się dwa miesiące po upływie gwarancji, domy wznoszono z wełny mineralnej i gipsu, a cierpienie łagodzono za pomocą środków przeciwbólowych, nie zastanawiając się nad lego przyczynami. Leczono objawy.
Zwycięstwo lenistwa i bankructwo systemu.”
Ogólnie „Szklane skrzydła motyla” to dobry, dosyć mroczny, deszczowy kryminał. Akcja powieści toczy się dosyć spokojnym rytmem, trochę dynamizmu nadają mu częste przeskoki narracji na kolejne postacie, jednak i tak cały czas ma się wrażenie, że wszystko usnute jest mgłą. Postacie, szczególnie kobiece są naprawdę dobrze oddane, chętnie poczytałabym więcej o losach Anette i Esther. Podobało mi się też osadzenie akcji wśród lekarzy, chorych i pielęgniarzy, a także poruszenie tematu depresji poporodowej, mimo że nie jest to powiedziane wprost. Ogólnie jestem z lektury zadowolona, może nie wciągnęła mnie tak, że nie mogłam książki odłożyć, ale nie żałuję spędzonego z nią czasu, a i możliwe, że w przyszłości sięgnę po kolejne tomy tego cyklu.
 
Moja ocena: 7/10
 
Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

listopada 24, 2020

"Potwory" Anna Potyra - patronacka recenzja przedpremierowa

"Potwory" Anna Potyra - patronacka recenzja przedpremierowa


Tytuł: Potwory
Cykl: Adam Lorenz, tom 2
Data premiery: 01.12.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 360
Gatunek: kryminał
 
Anna Potyra na rynku literatury kryminalnej debiutowała ponad rok temu – w lipcu 2019 roku ukazała się „Pchła”, której miałam przyjemność patronować (recenzja – klik!). Już wtedy autorka w wywiadzie (klik!) zdradziła mi, że śledczy prowadzący sprawę w „Pchle” doczekają się dalszych losów. Od tej chwili czekałam na tę książkę z ogromną niecierpliwością! I nareszcie jest, i znowu mam tę ogromną przyjemność jej patronować!
O samej autorce wiemy niewiele. Przed „Pchłą” pisała głównie książki dla dzieci, teraz spełniła swoje marzenie o napisaniu mrocznej książki dla dorosłych. Jest matką czterech córek, w wolnych chwilach pisze i jeździ konno. Nie udziela się w mediach społecznościowych, szanuje swoją prywatność.
 
Fabuła „Potworów” rozpoczyna się, gdy w warszawskim lasku znalezione zostają zwłoki kobiety. Ktoś zwabił ją ze ścieżki dla biegaczy i zadźgał, zmasakrował nożem. Sprawa zostaje przydzielona Mateuszowi Corsettiemu, któremu pomaga profilerka Iza Rawska. Najlepszy śledczy komendy, komisarz Adam Lorenz został wysłany na przymusowy urlop – pobił sąsiada, który poszedł z tym do mediów, więc komisarzowi zostały postawione zarzuty… Jak poradzi sobie Corsetti? To w końcu jego pierwsza sprawa, nad którą sprawuje pełną kontrolę. Sprawa nie łatwa, gdyż już na wstępie śledczy ma problem z identyfikacją ofiary…
„Szedł ze wzrokiem utkwionym w żółtej policyjnej taśmie, której zadaniem było przecież zabezpieczenia miejsca zbrodni, jednak Corsettiemu zawsze kojarzyła się bardziej z ostrzeżeniem. Uwaga! Teraz skażony! Nie wchodzić! I choć tu nie było żadnych niebezpiecznych substancji, przebywanie po drugiej stronie taśmy było szkodliwe. Odbierało spokój, zabijało nadzieję, odzierało ze złudzeń. Wywracało człowieka na drugą stronę. Teren w istocie był zanieczyszczony, tyle że źródłem skażenia nie były niebezpieczne chemikalia, a zło, które tkwiło u źródła każdej zbrodni.”

Książka składa się z prologu i 28 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, skupia się na wszystkich głównych postaciach po równo. Styl powieści jest przyjemny, spokojny i wyważony, choć w dialogach nie brakuje humoru. Książkę czyta się naprawdę dobrze i sprawnie, a zagadka wciąga tak, że jest ją ciężko odłożyć.
 
Dzisiaj o bohaterach nie będę dużo pisać, bo mimo że postacie są zbudowane bardzo dobrze, wydają się całkiem prawdziwe, o czym może świadczyć fakt, że gdy tylko zaczęłam czytać „Potwory” poczułam się jakby wracała do dobrych przyjaciół, to jednak w książce znajdziemy dużo więcej ważniejszych kwestii, o których koniecznie muszę wspomnieć. Analizę postaci zostawiam każdemu czytelnikowi z osobna, podkreślę tylko fakt, iż Potyra nie stosuje szablonowych rozwiązań – wydaje się, że książka zarówno na płaszczyźnie relacji prywatnych postaci, jak i zagadki kryminalnej wychodzi poza schemat, co naprawdę bardzo cenię.
 
Zatem co w „Potworach” jest tak istotnego, że bohaterowie schodzą na dalszy plan? Po pierwsze temat tytułowy – potwory, które siedzą w ludziach. Źle doświadczenia, które nieprzerobione w sposób prawidłowy wpływają na całe życie, zniekształcając obraz rzeczywistości, skupiając uwagę na złych emocjach i mrocznych odczuciach. W książce podkreślony jest temat jak wczesne doświadczenia, te z okresu dzieciństwa, mogą wpływać na osobę dorosłą. Poruszana jest też kwestia wykorzystywana seksualnego dzieci – Lorenz właśnie tej sprawie poświęca swój czas wolny. To ważny temat, uświadamiający jak ogromny wpływ dorośli mają na życie dzieci – to te doświadczenia i sposób radzenia sobie z nimi wpływają na całe dalsze życie, kształtują człowieka i decydują kim faktycznie może stać się w przyszłość. Gdy skrzywdzonym dzieciom nie zostaje udzielona odpowiednia pomoc, ich przyszłość może nie wyglądać dobrze.
„Życie to nie jest bajka. Wszędzie czają się potwory, które mają sto twarzy. Gniewu, zazdrości, strachu, słabości. Chorych projekcji i złych wspomnień. Każdy ma jakiegoś potwora. Pan i ja też. I Basia. Jeśli teraz nie nauczy się nad nim panować, to on zapanuje nad nią.”

Druga ważna kwestia poruszana w powieści to miłość i partnerstwo. Ofiara żyła w związku poliamorycznym – miała męża, ale razem z nimi mieszkała też inna kobieta, dziewczyna męża, którą ofiara akceptowała. Sama zresztą też szukała kolejnej osoby, którą mogłaby obdarzyć miłością. W taki sposób autorka zastanawia się nad istotną związku – czy w prawdziwym dorosłym partnerstwie jest miejsce na osobę trzecią? Czy jest możliwy związek bez zazdrości o osobę ukochaną? Czy związek równa się chęci posiadania partnera na własność? A może jednak da się kochać dwie różne osoby tak samo? Może i tak, ale jak one to przyjmą? Czy faktycznie kilka osób może tworzyć jedną wielką szczęśliwą rodzinę? Jest też kwestia otoczenia – czy rodzice osób żyjących w ten sposób mogą to zaakceptować? I co dalej, gdy któreś z członków związku zapragnie powiększyć rodzinę? Według mnie wprowadzenie tego wątku to kolejny dowód na odwagę autorki w poruszaniu kwestii niepopularnych i niewygodnych. Potyra nie boi poruszać się tematów trudnych i kontrowersyjnych, a poprzez ich rozwój zwraca uwagę na kilka ważnych, całkiem uniwersalnych kwestii.
„…prawdziwa miłość to wolność, jaką daje się drugiemu człowiekowi. Nie musiała spędzać godzin, żeby tłumaczyć im, na czym to polega. Przecież to jest proste. Kocham cię, więc chcę żebyś był szczęśliwy. To monogamii komplikowała miłość, formalizowała ją i dopisywała zasady, które sprawiały, że przypominała ptaka na łańcuchu.”

Ostatni temat, który chciałabym poruszyć, to osadzenie akcji w środowisku operowym – nie zdradzę chyba za wiele, gdy napiszę, że ofiara była śpiewaczką operową, gdyż wydawnictwo zdradziło to w okładkowym opisie książki. To ogólnie pojęte środowisko artystów, gdzie każdy jest na tyle ambitny, by walczyć o swoje, o jak najlepsze miejsce w szeregu. Na przykładzie Nataszy widzimy jakiego uporu, zapału i poświęcenia życia prywatnego wymagało od niej życie primadonny. Ten zawód to jej cały świat, bez niego wszystko traci sens. Opera to środowisko osób ogromnie ambitnych, skupionych na celu i rządnych sukcesu – co się stanie jeśli im się go odbierze?
 
Nie zapominajmy jednak, że „Potwory” to kryminał. Zagadka kryminalna odgrywa tu ważną rolę, spina całość i jest na tyle ciekawa, że trzyma czytelnika cały czas w pewnym napięciu. Tak naprawdę mamy tu aż dwa śledztwa, gdyż jak już wspomniałam, prócz śmierci śpiewaczki, którą prowadzi Corsetti i Rawska, jest też prywatne śledztwo Lorenza. Obydwa są równie ciekawe, mimo że nie toczą się w specjalnie szybkim tempie, to jednak autorka podsuwa tropy na tyle sprawnie, że przez całą powieść czytelnik nie traci zainteresowania. Co warte podkreślenia, nawet w rozwiązaniu zagadki autorka stosuje nieszablonowe kroki – nie chcę nic zdradzić, co mogłoby Was naprowadzić na trop i zepsuć przyjemność z lektury, więc nic więcej na ten temat nie mogę powiedzieć, jednak mogę obiecać, że tak poprowadzonej sprawy w polskim kryminale dawno nie było – będziecie zaskoczeni!
„Takie śledztwa go nakręcały. Podnosiły jego poziom adrenaliny, rzucały wyzwanie. Były jak partia szachów, mecz piłkarski i skok na bungee w jednym.”

Podsumowując, książką „Potwory” Anna Potyra udowadnia, że „Pchła” nie była jednym złotym strzałem. Potyra po prostu wie jak pisać świetny, zajmujący kryminał, który pod osłoną intrygi kryminalnej, porusza wiele trudnych, niewygodnych, acz ważnych i istotnych tematów społecznych. Należą się jej też ukłony za odejście od szablonowych rozwiązań, gdyż każdy z wątków poruszanych w powieści jest potraktowany oryginalnie, zaskakująco, niebanalnie. Ogromnie się cieszę, że twórczość autorki idzie w tym kierunku, nie mam jej nic do zarzucenia – styl również do mnie przemawia, książkę czyta się z lekkością, a fabuła wciąga na tyle, że książki nie chce się odkładać – ja tak naprawdę te niecałe 400 stron przeczytałam w jeden dzień zaniedbując wszystkie inne obowiązki. Po prostu nie dało się tej książki odłożyć. Uwielbiam bohaterów stworzonych przez autorkę i mam nadzieję, że tym razem tom kolejny o ich dalszych losach ukaże się nieco szybciej! Już teraz nie mogę się doczekać!
 
Moja ocena: 8/10
 
Za egzemplarz książki do recenzji oraz za możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

Książka w okolicy premiery dostępna będzie też w abonamencie 

listopada 23, 2020

"Nieboszczyk sam w domu" Alek Rogoziński

"Nieboszczyk sam w domu" Alek Rogoziński

 

Autor: Alek Rogoziński
Tytuł: Nieboszczyk sam w domu
Data premiery: 28.10.2020
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 320
Gatunek: komedia kryminalna
 
Alek Rogoziński to jeden z naszych najpopularniejszych polskich autorów komedii kryminalnych. Na swoim koncie ma już 15 książek, w tę środę premierę będzie miała szesnasta. Autor debiutował w roku 2015, więc jak na 5 lat istnienia na polskim rynku książek, jego dorobek jest naprawdę spory. Dodatkowo jedna z jego ostatnich powieści „Raz, dwa, trzy… giniesz Ty!” doczekała się inscenizacji teatralnej. Na co dzień autor rozbawia swoich fanów na fanpage’u, gdzie w dobrze nam znany, zabawny i zarazem ironiczny sposób komentuje rzeczywistość.
Nieraz już podkreślałam, że Rogoziński to jeden z moich topowych twórców komedii kryminalnych, czytałam wszystkie jego książki - są dla mnie gwarancją poprawy humoru. Nie śmieję się może przy nich do łez (choć i to się zdarzało), ale przez większą część lektury uśmiech nie schodzi z mojej twarzy 😊
 
Historia „Nieboszczyka samego w domu” toczy się w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Na Wigilię do jednej z kamienic w miejscowości Morderczo zjeżdżają się krewni. Do Rozalii przyjeżdża stary, schorowany ojciec, który jest fanem numizmatyki, do starszej pani wnuczka Pola, do swojej matki komisarza Darski z narzeczoną Betty. Maria i Krystian spodziewają się wizyty rodziców, jednak ich plany krzyżuje… trup Świętego Mikołaja pod ich własną choinką! Jak to się stało, że tam umarł?! Kto ukrywa się pod jego strojem? Jak wszedł do mieszkania? I najważniejsze – kto go zabił?! Na szczęście komisarz Darski jest na miejscu, więc zaraz się wszystkim zajmie…
 
Książka składa się z prologu, 11 rozdziałów i epilogu. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje naprzemiennie każdego z bohaterów powieści i przedstawia czytelnikowi ich punkt widzenia. Styl, w jakim napisana jest książka, jak zawsze jest lekki i przyjemny, pełen humoru. Narrator nie szczędzi nam uszczypliwych komentarzy na temat postaci, bogato oddaje ich myśli krążące po głowie. Często też nawiązuje do wydarzeń z naszej rzeczywistości, do tematów, jak i do postaci i wydarzeń ze swoich poprzednich książek. Oczywiście nie będzie to przeszkodą dla zrozumienia fabuły dla czytelników, którzy po raz pierwszy spotykają się z tym autorem, a dla fanów to dodatkowa atrakcja. Humor znajdziemy również w dialogach i sytuacjach, jest też sporo dygresji, głównie w przemyśleniach postaci – z początku wystraszyłam się, że może ich być za dużo, ale po drugim rozdziale wszystko zostało wyważone.
„Zabierz tę misę do kuchni i powiedz Frankowi, że jeśli znowu zepsuje smak ratatouille’a, to przejdzie do historii jako kulinarny van Gogh. Za trzy kwadranse ma tu stać przede mną arcydzieło, po spróbowaniu którego nawet Magdzie Gessler wyprostowałyby się loki z wrażenia. Już! Odmarsz!”
Jak zawsze u Alka bohaterów mamy sporo. Cała akcja toczy się w jednej kamienicy i w jej okolicy, grono podejrzanych jest zamknięte. Żeby czytelnik nie pogubił się z początku kto jest kim, mamy przygotowaną z przodu ściągawkę krótko i zabawnie opisującą każdą z występujących postaci. Oprócz Darskiego i Betty wszyscy bohaterowie pojawiają się po raz pierwszy, każdy jest ciekawy, przyjemnie przedstawiony – choć oczywiście niepozbawiony wad, które najczęściej, jak to w komedii bywa, są lekko wyolbrzymione. Mamy tu np. nawiedzoną artystkę, która na co dzień prowadzi sklep z fajerwerkami, maga – wróżbitę, który, co prawda daru widzenia nie posiada, ale bardzo się stara, i (co jest chyba nowością!) dwójkę nieletnich bohaterów – Pola i Kacper mają po 8 lat, w Morderczym nudzą się niemiłosiernie, przez co ich udział w śledztwie jest tu kluczowy. Nie wiem jak autor podczas pisania (chyba też? W końcu przyznaje się, że jest fanem Chmielewskiej), ale ja, gdy czytałam o ich przygodach, cały czas miałam w głowie Janeczkę i Pawełka, małoletnich bohaterów cyklu komedii kryminalnych Joanny Chmielewskiej, tym bardziej że również tu towarzyszył im pies. To bardzo miłe nawiązanie! Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o postaci, która rozbawiła mnie najmocniej! Okazało się, że Tygrys Złocisty, warszawski gangster znany z kilku wcześniejszych powieści Rogozińskiego, ma brata w Morderczym! Więcej nie powiem, żeby nie psuć niespodzianki tym, którzy znają Tygrysa 😉 Jego brat to równie oryginalna i zabawna postać!
„Darski poczuł się trochę bezradny.
- Co, co? – bardziej jęknął, niż zapytał.
- No, czy ma pan jakieś pytania? – Pola popatrzyła na niego ze zdziwieniem. – Pan chyba nie jest mądry, prawda?
W każdych innych ustach zabrzmiałoby to impertynencko, ale akurat w tym przypadku owa wypowiedź miała wydźwięk jedynie szczerej troski.”
Jeśli chodzi o intrygę kryminalną, to nie jest ona specjalnie skomplikowana, jednak namnożenie postaci i wspomniane już częste dygresje budują wokół niej pełną otoczkę, tak że ciężko wpaść na jej rozwiązanie przed finałem. Który swoją drogą jest bardzo spektakularny! W książce, prócz małego hołdu dla Chmielewskiej, znajdziemy też trochę innych nawiązań – już choćby sam tytuł nasuwa na myśl film, który nieodłącznie kojarzy się ze świętami 😊 Zamknięte grono podejrzanych nawiązuje do klasyki kryminału, jest tu też pewna scena z komedii romantycznych. Ogólnie książka jest na tyle zajmująca, że podczas lektury nawet nie zastanawiałam się nad typowaniem mordercy, a na tyle lekka, że nie trzeba się przy niej wysilać – tylko śmiać i relaksować.
„Kwadrans później zziajany i spocony Darski dokładnie pojął, dlaczego prace domowe, a szczególnie te kuchenne, nazywane są przez płeć piękną ‘robotą na pełny etat’, i doszedł do wniosku, że łapanie bandytów to pikuś w porównaniu ze skoordynowaniem wszystkich czynności dotyczących obiad.”
Ogólnie „Nieboszczyk sam w domu” to naprawdę przyjemna, lekka komedia kryminalna, pełna zabawnych sytuacji, komentarzy i nawiązań do świata rzeczywistego. Mimo wielości bohaterów, każdy z nich jest na tyle charakterystyczny, że po pierwszym zapoznaniu już się ich nie miesza. Fabuła zahacza o wiele ciekawych tematów, intryga jest w miarę prosta i nieskomplikowana, acz i tak moim zdaniem trudna do odgadnięcia. Fajnym dodatkiem było wprowadzenie postaci dziecięcych i brata Tygrysa, oczywiście też pojawienie się na miejscu Darskiego, co prawda nikogo nie dziwi, ale czytelnik może też ujrzeć go trochę w innym świetle niż dotychczas. Podsumowując jestem z lektury zadowolona, dostałam to czego się spodziewałam – dobrą, lekko ironiczną rozrywkę na dwa – trzy wieczory. „Nieboszczyk sam w domu” to na pewno ciekawa i inna od większości dostępnych na rynku historia świąteczna! 😊
 
Moja ocena: 7/10
 
Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia Mroczna Strona!


Książka dostępna jest też w abonamencie