października 30, 2020

"Coraz większy mrok" Colleen Hoover

"Coraz większy mrok" Colleen Hoover

Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Coraz większy mrok
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Data premiery: 19.06.2019
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 318
Gatunek: thriller psychologiczny
 
Amerykańska pisarka Colleen Hoover od kilku lat podbija listy bestsellerów. Do tej pory jej gatunkami literackimi były romanse i powieści young adult, teraz zdecydowała się na coś innego – thriller. Książka „Coraz większy mrok” oryginalnie ukazała się w 2018 roku najpierw jako sam ebook – Hoover wydała go pod swoją marką, chciała w ten sposób odróżnić ten tytuł od innych swoich powieści. U nas w Polsce książka ukazała się pod szyldem Wydawnictwa Otwarte, więc niejako odwrotnie – nie znajdziecie jej na Legimi – największej platformie z ebookami i audiobookami.
Mnie to nazwisko jest od dawna znane, ale tylko z opowieści. Widziałam wiele czytelniczek zachwycających się prozą Hoover. W związku z tym, kiedy tylko dowiedziałam się, że autorka pokusiła się o thriller na naszym rynku reklamowany z dopiskiem ‘psychologiczny’ wiedziałam, że to w końcu dobry moment, żeby zapoznać się z jej piórem. A skoro książka nie jest dostępna na Legimi, to zgłosiłam swój udział w Book tourze u @wroclawianka.czyta (IG).
 
„Coraz większy mrok” to historia Lowen, 30letniej mało popularnej pisarki. Właśnie zmarła jej matka, więc po roku przerwy kobieta w końcu chce wrócić do pracy – wręcz musi, bo jej finanse są w fatalnym stanie, grozi jej eksmisja z mieszkania. Na szczęście razem ze swoim agentem zostają zaproszeni na spotkanie do dużego wydawnictwa – okazuje się, że jedna z ich najpopularniejszych pisarek thrillerów miała wypadek samochodowy i ktoś za nią musi dokończyć serię, z której zasłynęła. Tym zastępstwem ma być Lowen, której książki podobno bardzo podobały się Verity. Lowen nie jest przekonana do tego pomysłu, jednak gdy mąż pisarki Jeremy, z którym kobieta od razu czuje dziwne wibracje, oferuje jej większą gażę, kobieta w końcu się zgadza. Kilka dni po spotkaniu wybiera się do okazałego domu pisarki, by przeprowadzić research w jej notatkach. Od początku czuje, że coś w tej rodzinie jest nie tak, a gdy w jednej z szuflad znajduje kopię autobiografii Verity, ciekawość zwycięża i Lowen powoli zaczyna odkrywać ich sekrety… Co się stało w tym domu? Jaki mrok kryje się w tych ścianach?
 
Książka składa się z 25 rozdziałów poprzetykanych kilkoma rozdziałami z autobiografii Verity. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu teraźniejszego przez Lowen, a w autobiografii w pierwszej osobie czasu przeszłego przez Verity. Styl jest prosty, niewymagający, niemniej jednak te rozdziały z autobiografii są dosyć wulgarne, bardzo często pojawiają się mało wyszukane przekleństwa. Książkę czyta się szybko, nie potrzeba do niej specjalnego skupienia.
 
Niestety okazuje się, że wydawnictwo Otwarte wprowadziło czytelników w błąd – książka, która u nas reklamowana była jako mroczny thriller psychologiczny, okazała się w głównej mierze romansem. Z elementami thrillera. Po krótkim researchu odkryłam, że właśnie tak była reklamowana na rynku amerykańskim – jako ‘romantic thriller’. Gdybym o tym wiedziała, to albo w ogóle nie sięgnęłabym po ten tytuł, albo czytałabym go z innym nastawieniem. Kierując się jednak okładkowym polskim określeniem liczyłam na thriller psychologiczny i srogo się zawiodłam. Dlaczego?
 
Książka tak naprawdę kojarzy mi się z pierwszym powieściami Tess Gerritsen – tam też na pierwszy plan wysuwał się banalny wątek romansowy, zastawiając ten kryminalny w tyle. Tutaj Lowen zakochuje się w mężu Verity, pod jej dachem, na parterze, gdy Verity leży sparaliżowana na piętrze, Lowen bezwstydnie podrywa jej męża. Jako że narracja przedstawiona jest z punktu widzenia młodej pisarki, to dobrze znamy jej myśli. Niestety kobietą raczej nie szarpią wyrzuty sumienia, więc nie jest to bohaterka, którą da się polubić. Jest mocno egoistyczna, a momentami wręcz głupia – przejawia się to na przykład w momencie, kiedy jedzie do domu Verity szukać jej zarysów kolejnych tomów serii bez znajomości tomów wcześniejszych. Czy to jest profesjonalne podejście pisarki, która serio traktuje tak poważne zadania? Niestety raczej nie. Takich sytuacji jest dużo więcej.
 
Niestety autobiografia Verity wypada jeszcze gorzej. Nie dosyć, że jest mocno wulgarna, to jeszcze przesycona seksem i jego opisami. Nie chciałam czytać romansu czy erotyku, więc już od pierwszych stron lektura mnie zniesmaczyła.
 
Jak wspomniałam, wątek zagadki, mrocznej tajemnicy trzyma się raczej z boku. Jako że fabuła toczy się niejako na dwóch planach czasowych – aktualnie, gdy w domu jest Lowen i w przeszłości, dzięki autobiografii Verity, to mamy dwa źródła wzbudzające, przynajmniej teoretycznie, niepokój. Podczas wizyty Lowen, Verity jest sparaliżowana, jej aktywność mózgu, jak wynika z badań, jest bardzo niska. Lowen jednak zauważa dziwne sytuacje, z których można by wyciągnąć wnioski, że Verity jest jednak bardziej świadoma. Czy Lowen się to wszystko zdaje? Czy tak przejawiają się jej głęboko ukryte wyrzuty sumienia?
W autobiografii wątek mający wzbudzać niepokój dotyczy również Verity, jednak tylko razem niepokoi nas jej psychika. Od początku kobieta przejawia dziwną obsesję na punkcie Jeremy’ego, chce jego miłości i uwagi tylko dla siebie. Widać w niej rysy socjopatyczne, a może wręcz psychopatyczne, co tylko z każdym kolejnym rozdziałem się pogłębia. Co się stanie gdy ich rodzina się powiększy? Czy Verity będzie w stanie podzielić się miłością Jeremy’ego czy, tak jak Lowen od początku podejrzewa, prowadzi to wszystko do fatalnej katastrofy?
 
Ogólnie niestety nie mogę powiedzieć, że książka mi się podobała. Szkoda, że jej kategoryzacja nie była lepiej dopasowana, gdyż przeświadczenie, że mam w rękach thriller psychologiczny, wpłynęło na odbiór tej lektury. Jak dla mnie było w niej za dużo wątków romansowych, wulgaryzmów i seksu, za mało tajemnicy i niepokoju. To co miało mnie niepokoić wywołało raczej pobłażliwy uśmiech, zagadka dla takich wyjadaczy kryminalnych jak ja jest na tyle łatwa, że można ją rozwiązać wręcz na samym początku książki, gdy Lowen odkrywa autobiografię. Bohaterowie są bardzo banalni, płascy, przez co wzbudzili we mnie niechęć – ich życie toczy się tylko wokół romansów. To po prostu nie była książka przeznaczona dla mnie, kompletnie w żaden sposób nie wpisuje się w mój gust czytelniczy. Fani romansów i erotyków powinni być zadowoleni.
 
Moja ocena: 4/10
 
Za możliwość wzięcia udziału w book torze oraz zapoznania się z lekturą dziękuję @wroclawianka.czyta!

października 29, 2020

"Żniwa zła" Robert Galbraith - maraton czytelniczy #czytamgalbraitha

"Żniwa zła" Robert Galbraith - maraton czytelniczy #czytamgalbraitha

 

Autor: Robert Galbraith
Tytuł: Żniwa zła
Cykl: Cormoran Strike, tom 3
Tłumaczenie: Anna Gralak
Data premiery: 02.10.2019
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 496
Gatunek: kryminał
 
„Żniwa zła” to trzeci tom cyklu kryminalnego o detektywie Cormoranie Strike, weteranie wojennym, który w wyniku zamachu stracił część nogi. Autorem cyklu jest Robert Galbraith, pod którego pseudonimem kryje się jedna z najpopularniejszych brytyjskich pisarek J.K. Rowling. Książka oryginalnie ukazała się w 2015 roku, na polskim rynku wydana po raz pierwszy była na początku 2016 roku. Ja dzięki wyzwaniu czytelniczemu (klik!) organizowanemu przez Wydawnictwo Dolnośląskie z okazji zbliżającej się premiery tomu piątego, miałam teraz okazję zapoznać się z całą serią. Recenzje dwóch wcześniejszych tomów znajdziecie tu – „Wołanie kukułki” klik! I tu – „Jedwabnik” klik!
 
Od wydarzeń z tomu drugiego minęło kilka miesięcy, sytuacja agencji detektywistycznej Strike’a ma się całkiem dobrze. Robin i Cormoran często mijają się w biurze wybierając się na kolejne obserwacje. Pewnego dnia Robin zmierzając do agencji pod drzwiami zostaje kuriera – przekonana, że to jej jednorazowe aparaty na ślub odbiera paczkę bez większego namysłu. W agencji okazuje się jednak, że to zdecydowanie inny rodzaj przesyłki – ktoś przysłał jej uciętą kobiecą nogę i dołączył do tego kartkę z fragmentem piosenki, który matka Cormorana miała wytatuowany na ciele… Detektyw wzywa na miejsce policję i od razu podsuwa im kilku podejrzanych typów z jego przeszłości, którzy mogliby się pokusić o tak makabryczny pakunek… Policja jednak postanawia iść swoim tropem, więc Cormoran i Robin rozpoczynają własne śledztwo. Nie wiedzą tylko, że to Robin od początku jest narażona na ogromne niebezpieczeństwo… Kto wysłał im tę paczkę? I co chyba ważniejsze – czyja to noga?!
 

Książka składa się z 62 rozdziałów. Każdy z nich opatrzony jest fragmentem piosenki z dorobku rockowej grupy Blue Öyster Cult – myślę, że w tych cytatach można się dopatrywać zapowiedzi wydarzeń z rozdziałów, które poprzedzają. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, innowacją w tym tomie jest okazyjne oddanie głosu mordercy, więc narrator nie koncentruje się tylko na Robin i Strike’u, ale i na czarnym charakterze. Styl powieści jest przyjemny, spokojny, skupiony na detalach i budowaniu klimatu. Mimo że akcja nie pędzi na łeb na szyję, to historia mocno ciekawi, a dodatkowo świetny klimat Londynu i małych brytyjskich wiosek sprawiają, że książki nie chce się odkładać.
 
Od razu trzeba przyznać, że tom „Żniwa zła” to tom najbliższy bohaterom – w końcu poznajemy ich tak naprawdę od strony prywatnej. Poprzez przesyłkę, która powiązana jest z matką Cormorana poznajemy całą jego historię – wrogów jakich zebrał sobie w przeszłości, przez co lepiej poznajemy też jego charakter – wszystkie te wydarzenia są dokładnie opisane, więc czytelnik może z tego wyciągnąć sporo własnych wniosków. Dowiadujemy się jak wyglądało życie Strike’a jako nastolatka i jego późniejsza kariera w wojsku, a także jakie uczucia te wydarzenia budziły i budzą dalej w tej postaci.
Robin też nie pozostaje w tyle. W końcu czytelnik dowiaduje się dlaczego kilka lat temu przerwała studia psychologiczne, możemy ją też teraz obserwować jak zachowuje się w sytuacji zagrożenia. I to nie tylko ze strony mordercy – Robin aktualnie przechodzi wiele w swoim życiu prywatnym, jej związek z Matthew doświadcza kolejnych turbulencji i nie jest pewne czy się po nich podniesie.
Warto też zaznaczyć, że relacja Robin i Cormorana przechodzi na inny poziom. Każde z nich czuje się coraz mocniej związane z tym drugim, bardzo dobrze się rozumieją i dbają o dobro partnera. Ich relacja przedstawiona jest bardzo dobrze, nie ma tu zbędnego przesłodzenia czy przesadzenia, jest tak jak mogłoby być w życiu prawdziwym. Podkreślam to przy każdym tomie tego cyklu, ale zrobię to znowu – autorka naprawdę ma dar do kreowania rewelacyjnych postaci. Ja w tym tomie związałam się z tą główną dwójką tak, że nawet pojawiali się w moich snach 😉
„… aż za dobrze wiedziała, dlaczego ludzie boją się mówić, przyznawać, że coś im zrobiono, gdyż potem muszą wysłuchiwać, że ta haniebna, straszliwa prawda to wytwór ich chorej wyobraźni.”
Co do postaci mordercy i całej intrygi kryminalnej, to muszę przyznać, że i tu autorka nie zawodzi – cały czas utrzymuje stałe napięcie, ciekawość czytelnika, morderca jest bardzo przekonywujący i zarazem mocno tajemniczy. Powoli odkrywa przed nami swój sposób myślenia i motywy nim kierujące. Po raz pierwszy w tym cyklu dostajemy też postać seryjnego mordercy – Rowling wywiązała się z tego zadania świetnie – naprawdę dobrze weszła w umysł tej postaci!
 
Warto też podkreślić, że autorka nie boi się poruszać tematów wzbudzających kontrowersje, tematów trudnych, które nie często przewijają się przez powieści, a które jednak towarzyszą nam w aktualnych czasach. I tak jak w tomie pierwszym sporo uwagi poświęciła bohaterom czarnoskórym, w tomie drugim jedna z postaci była transseksualna, tak tutaj przewija się kilka postaci cierpiących na apotemnofilię, czyli niechęci do którejś ze swojej kończyn. Sama nigdy nie słyszałam o takim zaburzeniu, a autorka przedstawia temat w naprawdę ciekawy, szeroki i nieoceniający sposób. Rowling poprzez swoje kryminały, stara się poszerzać wiedzę i horyzonty swoich czytelników – ode mnie dostaje duży plus za odwagę.
 
Oczywiście, jak od początku podkreślam, seria jest bardzo klimatyczna. Tym razem po części wracamy do klimatów z tomu pierwszego – Londyn przedstawiony jest jako miasto, w którym ściera się bogactwo z biedą, miasto perspektyw, ale też takie, w którym utrzymanie się jest trudniejsze niż w innych. Razem z bohaterami odwiedzamy angielskie puby, obserwujemy ulice i biedniejsze dzielnice. Poza tym bohaterowie biorą nas też na wycieczkę na obrzeża Anglii, do małych miejscowości z pogranicza Szkocji i miasteczek pracowniczych, w których żyje się inaczej niż w stolicy. Autorka świetnie przedstawiła te różnice, co dodatkowo uatrakcyjnia lekturę.
„Piękno można znaleźć prawie wszędzie, jeśli człowiek przystanie, żeby się rozejrzeć, lecz codzienna walka o przetrwanie sprawie, że łatwo zapomnieć o istnieniu tego zupełnie darmowego luksusu.”
Muszę przyznać, że ten tom podobał mi się chyba nawet bardziej niż tom pierwszy. Owszem, było brutalne morderstwo, nawet niejedno, ale poprzez oddanie głosu mordercy ma to nieco inny wymiar niż w tomie drugim, na co wtedy trochę narzekałam. Ogromnie cieszę się, że tak dobrze udało nam się w końcu poznać głównych bohaterów, że autorka skupiła się zarówno na ich przeszłości jak i aktualnych przeżyciach prywatnych – teraz czuję, że dobrze ich znam i zdecydowanie nie chcę się z nimi rozstawać. Trzeba też przyznać, że Rowling rozpisuje wszystko bardzo realnie – nie przyspiesza czasu jak to robi część autorów, u niej akcja rozgrywa się na przestrzeni miesięcy, co jest bardziej prawdopodobne, bliższe realnemu śledztwu. Mogłabym jeszcze dużo pisać i dużo chwalić, ale myślę, że tyle wystarczy by zachęcić Was do samodzielnej lektury. To naprawdę świetny tom, chyba mogę powiedzieć, że z tych trzech pierwszych najlepszy!


Moja ocena: 8/10
 
Za egzemplarz książki i audiobook do recenzji oraz możliwość objęcia akcji czytelniczej patronatem dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu!
Książka dostępna jest też w abonamencie 

października 27, 2020

"Spica" Tomasz Białkowski - recenzja premierowa

"Spica" Tomasz Białkowski - recenzja premierowa

 

Autor: Tomasz Białkowski
Tytuł: Spica
Cykl: Iga Spica, tom 2
Data premiery: 27.10.2020
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 336
Gatunek: kryminał

Tomasz Białkowski to nazwisko w prozie polskiej, które jakoś do tej pory mnie omijało. Kompletnie nie wiem dlaczego, bo to autor nietuzinkowy, który zdecydowanie zasługuje na większy rozgłos i zapamiętanie.
Debiutował już w 2001 roku opowiadaniem „Chłód”, rok później wydał zbiór opowiadań „Leze”. Później przyszedł czas na powieści – „Zmarzlina” z 2008 roku to chyba jego najbardziej poważany tytuł, otrzymał za niego Nagrodę Literacką Warmii i Mazur „Wawrzyn 2008” (tą nagrodę otrzymał również w 2012). W 2012 roku rozpoczął swoją pierwszą serię kryminalną o dziennikarzu śledczym Pawle Werens, a w 2014 roku ukazała się pierwsza książka o tłumaczce Idzie Spica pt. „Powróz”. Teraz po sześciu latach Iga Spica powraca w powieści pt. „Spica”. Przed jej lekturą nie miałam pojęcia czego się spodziewać, autor był mi nieznany, a po tytuł sięgnęłam za namową wydawnictwa. Czy było warto? Oj tak!

W małej wiosce pod Olsztynem dochodzi do dziwnego zdarzenia. W kościele przed ołtarzem nad ranem zostają znalezione nieprzytomne kobiety. Są nagie i jest z nimi mały chłopiec. Na miejscu zjawia się policjant starszy aspirant Antoni Styczeń, miejscowy dzielnicowy. Szybko okazuje się, że chłopczyk to jego syn, a w gronie nieprzytomnych kobiet była jego żona. Śledztwo oczywiście przyznane zostaje odpowiedniemu wydziałowi, a Antoni jest odsunięty od sprawy. Nie przyjmuje jednak tego do wiadomości, postanawia na własną rękę dowiedzieć się co się działo z jego żoną.
W tym czasie do okolicznego hotelu przyjeżdża Iga Spica, tłumacz przysięgły. Wynajął ją deweloper, który ma umówione spotkanie z bogatym niemieckim klientem, który chce kupić okoliczną wyspę. Czas spędzony w małej wiosce Iga chce również wykorzystać, by spotkać się z medium, jasnowidzem polecanym przez jej przyjaciółkę do kontaktu ze swoim zmarłym synem. Co te dwie pozornie różne sprawy mają ze sobą wspólnego? Co faktycznie wydarzyło się tamtej nocy w kościele? I co do tego wszystkiego ma pewien niepokojący obraz malarski, który co chwilę przewija się w tej historii?

Książka składa się z 66 krótkich rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, przedstawiona jest z punktu widzenia trzech postaci: Igi, Antoniego i zajmującego się śledztwem podkomisarza Adamczyka. Styl pisarza jest bardzo ciekawy. Uważny, skupiony na wielu detalach otoczenia. Zdania są krótkie, proste, oszczędne. Historia toczy się powoli, z początku niewiele wiadomo, wszystko jest niejasne, dopiero z biegiem historii zaczyna się powoli po kolei klarować. Jako tako, bo dużo zależy tu od skupienia i uwagi czytelnika.

Postacie tej powieści są oryginalne i dosyć mroczne. Iga to kobieta po czterdziestce, która jakiś czas temu w tragicznych okolicznościach straciła swojego jedynego syna. To rozsypało jej życie na tysiąc kawałków, sama też została tragicznie naznaczona krwawą szramą na szyi. Zachowanie jej jest dziwne, nie do końca zrozumiałe, to kobieta pełna bólu i traum.
„Tak naprawdę jej odczuwanie ogranicza się do zdolności odbierania kilku bodźców. Słyszy, widzi, węszy. Lecz to wcale nie oznacza, że czuje coś więcej niż kształt przedmiotów, które dotyka opuszkami palców, liże językiem, miażdży zębami. Albo wdycha zapachy ludzi nie czując ich wewnętrznego ciepła. Obserwuje ich ciała, w których widzi jedynie skomplikowaną mieszaninę mięśni, kości, narządów i żył zalanych lepką cieczą. Iga jest martwa. Zabito ją dawno temu.”
Z kolei Antoni Styczeń to lokalny policjant, który nie marzy o niczym innym jak o wyrwaniu się z tego miasteczka. Studiuje zaocznie prawo, mieszka z matką, bo żona nie chce go już znać, żąda rozwodu. Co wyróżnia Antoniego to jego wzrost – liczy ponad 2 metry, jest olbrzymem na tle okolicznej społeczności. To człowiek dobry, ale wytrwale dążący do celu, uparty, który również skrywa sporo blizn.
Trzecia główna postać powieści to podkomisarz Adamczyk. Laluś, który obnosi się swoimi pieniędzmi, innych traktuje z góry. Ambitny i nieprzyjemny. Ale czy na pewno? Nawet w takiej postaci autor potrafił zawszeć ciekawą, tragiczną historię, która przypomina o tym, by nikogo nie osądzać z góry.

Co do samej historii, to jak wspomniałam jest dosyć tajemniczo. Jest jakaś mała wioska na Warmii, dziwna wysepka, okoliczni tajemniczy mieszkańcy i ten obraz, który przeplata się co chwilę przez karty powieści. Bardzo lubię, gdy powieść krąży wokół dzieł sztuki, szczególnie obrazów, więc i tutaj ta tajemnica wzbudziła mój zachwyt. Obraz Pottera jest dziwny i niepokojący, a wydarzenia, które zaczynają rozgrywa się we wsi, są dziwnie z nim powiązane…

Koniecznie trzeba tu też wspomnieć o miejscu akcji. Jak wspomniałam to malutka wioska pod Olsztynem. Życie w niej toczy się powoli, inaczej. Autor oddał jej klimat doskonale, jest mrocznie, tajemniczo, duszno. Okoliczna wyspa i jezioro ją otaczające dodatkowo podbudowują klimat, dzięki któremu powieść tak wciąga.

Podsumowując, „Spica” to kryminał nietuzinkowy, zaskakujący i dziwnie wciągający. Autor udowadnia, że nawet w tak popularnym gatunku może powstać coś innego, nieszablonowego i artystycznego. Całość powieści nawiązuje motywami do klasyki kryminału – toczy się jako tako w zamkniętej społeczności, od początku mamy ograniczoną ilość wplątanych w historię bohaterów. Poprzez tragizm postaci nasuwa mi nawet skojarzenia z tragedią grecką – to co mogło się potoczyć źle, właśnie tak się potoczyło. To naprawdę coś innego na polskim rynku kryminałów, coś dla uważnego i bardziej wymagającego czytelnika. Ja jestem zdecydowanie na tak!

Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

października 27, 2020

"Potwory" Anna Potyra - zapowiedź patronacka

"Potwory" Anna Potyra - zapowiedź patronacka

Oto zapowiedź, na którą czekałam od początku tego roku! Tom drugi kryminalnego cyklu o detektywie Adamie Lorenzie pt. "Potwory" pióra genialnej Anny Potyry! Jego premiera zapowiedziana jest na 1 grudnia, a ja już teraz mogę Wam powiedzieć, że jest na co czekać - książkę już miałam przyjemność przeczytać i objęłam ją swoim patronatem medialnym!

W warszawskim lasku miejskim zostają odnalezione zwłoki kobiety. To wschodząca gwiazda polskiej sceny operowej. Piękna, młoda i utalentowana. I... poliamorystka. Uważała, że można kochać więcej niż jedną osobę, że pozostawanie w związkach otwartych może je wzbogacać. Nie miała wrogów, wszyscy mówią o niej dobrze. A jednak została brutalnie zamordowana...
Obraz miejsca zbrodni nie pozostawia wątpliwości. Takiego czynu mogła dokonać jedynie osoba ogarnięta szałem nienawiści. Tylko do kogo była ona skierowana? Do zamordowanej kobiety, dlatego że jej talent był dla kogoś zagrożeniem? Dlatego że była wyznawczynią poliamorii, czy do kobiet w ogóle?
Czy odkrycie sekretów życia śpiewaczki pozwoli wyjaśnić tajemnicę jej śmierci? A może w Warszawie zaczęła grasować bestia, dla której zabicie drugiego człowieka nie znaczy nic w obliczu zaspokojeniu chorych popędów?
Śledczy ścigają się z czasem, pełni obaw, że ta zbrodnia jest tylko początkiem krwawej serii...
Tylko, że nic w tej sprawie nie jest tym, na co wygląda.

 
Półtora roku temu autorka debiutowała na naszym rynku literatury kryminalnej książką "Pchła" (recenzja - klik!), która została naprawdę entuzjastycznie przyjęta nie tylko przez czytelników, ale i krytyków. Kilka razy przypadkiem trafiłam na audycje radiowe o niej opowiadające, książka dostała też wiele różnych nominacji do nagród, a ostatnio nawet jedną udało jej się wygrać. Autorka już wtedy zapowiadała, że kolejny jej kryminał ukaże się w przyszłym roku, więc ja już od stycznia czekałam tych wieści. Przyszło mi czekać nieco dłużej, bo do końca tego roku, ale naprawdę było warto - "Potwory" udowadniają, że Potyra zdecydowanie wie jak napisać zajmujący kryminał! Ja przeczytałam go w jeden dzień - po prostu nie dałam rady książki odłożyć. Mam nadzieję, że i Wy równie mocno co ja nie umiecie doczekać się tej premiery! Dajcie znać czy czekacie!



Autor: Anna Potyra
Tytuł: Potwory
Cykl: Adam Lorenz, tom 2
Data premiery: 01.12.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: ok. 400
Gatunek: kryminał

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży.

października 23, 2020

"Martwa góra. Historia tragedii na Przełęczy Diatłowa" Donnie Eichar

"Martwa góra. Historia tragedii na Przełęczy Diatłowa" Donnie Eichar


Autor: Donnie Eichar
Tytuł: Martwa Góra. Historia tragedii na Przełęczy Diatłowa
Tłumaczenie: Piotr Cieślak
Data premiery: 08.09.2020
Wydawnictwo: Bezdroża
Liczba stron: 264
Gatunek: literatura faktu / reportaż

Zagadka śmierci dziewięciorga turystów w 1959 roku na Przełęczy Diatłowa na zboczu uralskiej góry Chołatczachl od 61 lat jest jedną z największych tajemnic w turystyce górskiej. Na przestrzeni lat powstało wiele różnych teorii tłumaczących dlaczego cała grupa doświadczonych turystów pewnej lutowej nocy wybiegła z własnego namiotu nie w pełni ubrana i nigdy do niego nie wróciła. Powstało wiele publikacji, książek i filmów dokumentalnych na ten temat. Głównie zajmowali się nim nasi europejscy dziennikarze, jednak w 2010 roku zainteresował się nim też amerykański producent filmów dokumentalnych Donnie Eichar. Przez trzy lata badał tą historię, odbył dwie podróże do Rosji, jedną połączoną z zimową wyprawą na Chołatczachl. Z jego badań powstała książka „Martwa Góra. Historia tragedii na Przełęczy Diatłowa” wydana oryginalnie w 2013 roku, a teraz w końcu przetłumaczona na język polski. Ja od dawna jestem zafascynowana tym tematem, przeczytałam na ten temat już kilka książek, ostatnio też zrecenzowałam jedną z nich tutaj (recenzja – klik!). Teraz przyszła pora spojrzeć na tragedię amerykańskim okiem.

Książka podzielona jest na 28 rozdziałów, rozłożonych na trzy osie czasowe – aktualne lata opisujące badania i wyprawy autora, styczeń/luty 1959 roku opisujący wyprawę turystów i luty – maj 1959 - poszukiwania i śledztwo w sprawie ich śmierci. Te trzy osie cały czas przeplatają się ze sobą, co prawdopodobnie ma wzbudzić większy dynamizm i zaciekawienie czytelnika. Ogólnie widać, że książka pisana jest przez twórcę filmów dokumentalnych – zwraca uwagę na szczegóły, przebieg wydarzeń opisuje bardzo filmowo. Momentami wydawało mi się to zbędne – jak na przykład opis zachwytu dzieci w szkole nad turystami przed ich wyruszeniem w odludną trasę. Może chodziło o to, by nie powtarzać w kółko faktów, które już dobrze znamy, a skupić się na tych nawet nieznaczących, ale nieczęsto pojawiający się w takich publikacjach szczegółach. W każdym razie dla osób znających dobrze historię wydarzeń z 1959 roku raczej w tych rozdziałach nic specjalnie wnoszącego nową wiedzę nie będzie, ale rozdziały opisujące badania autora już zdecydowanie mocno ciekawią.

Zastanówmy się może czym książka się wyróżnia. Na pewno tymi wspomnianymi podróżami autora – podczas drugiej z nich, nie tylko wybiera się na miejsce zdarzenia i skrupulatnie to opisuje, ale także spotyka się osobiście z Jurij Judinem – dziesiątym uczestnikiem wyprawy, który z powodów zdrowotnych w ostatnim momencie zawrócił. Autor przeprowadza z nim wiele rozmów, część zamieszcza w swojej książce – żałuję, że nie było tych fragmentów więcej, ale jednak doceniam, że były w ogóle. Jurij raczej niechętnie podchodził do dziennikarzy, we wcześniejszych książkach nie spotkałam się z jego wypowiedziami, więc tutaj na pewno te fragmenty stanowią na plus publikacji.

W książce znajdziemy też dużo fragmentów z dzienników turystów, masę zdjęć i różnych powiązanych z wyprawą i śledztwem rysunków. Autor spotkał się też z jedną z sióstr zamarłych i jej wypowiedzi także przytoczył.

Na pewno w książce też ciekawi samo podejście autora do sprawy. Eichar wychował się w słonecznej Kalifornii, więc rosyjska zima to było dla niego pojęcie dosyć abstrakcyjne. Fajnie i z humorem opisał swoje przygotowania do wyprawy, próby dogadania się z Rosjanami i ogólnie całą relację z podróży.

Po niej jednak przyszła kolej na postawienie własnej hipotezy. Co ciekawe, autor odrzuca wszystkie, jak on to nazywa, ‘teorie spiskowe’, a winą obarcza warunki pogodowe. Nie będę może dokładnie przedstawiała tu jego teorii, jeśli jesteście ciekawi, zachęcam do samodzielnego sięgnięcia po lekturę 😊 W każdym razie jego hipotezy wcześniej nie znałam, jednak nie mogę powiedzieć, żeby mnie przekonała – za dużo moim zdaniem jest w niej przypadku i nieścisłości.

Ogólnie jednak muszę przyznać, że cieszę się, że po książkę sięgnęłam – Eichar zapewnia nam trochę inne spojrzenie na tragedię z 1959 roku opisując własne wyprawy i badania. Autor nie skupia się na tych sprawach co wszyscy, podchodzi do opisu wyprawy i późniejszych wydarzeń z punktu widzenia nieoceniającego obserwatora. Książkę czyta się dobrze, ma też dobre podsumowanie na końcu w postaci spisu osób i osi wydarzeń z roku 1959. Mimo że teoria mnie nie przekonała, to nie uważam bym czas poświęcony książce zmarnowała – dobrze było poznać i taki punkt widzenia. Oczywiście nadal mój głód na ten temat nie został zaspokojony, czekam na kolejny ciekawy reportaż.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Bezdroża!



października 22, 2020

"Paradoks" Artur Urbanowicz

"Paradoks" Artur Urbanowicz

Autor: Artur Urbanowicz
Tytuł: Paradoks
Data premiery: 16.09.2020
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 592
Gatunek: thriller / literatura grozy / science fiction

Artur Urbanowicz jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych polskich pisarzy w gatunku literatury grozy. Debiutował w roku 2016 powieścią „Gałęziste”, która rok temu została ponownie wydana przez Wydawnictwo Vesper (recenzja – klik!). Na swoim koncie ma jeszcze trzy powieści – „Grzesznika”, „Inkuba” (recenzja – klik!) i oczywiście „Paradoks”. Jest kilkukrotnym laureatem Złotego Kościeja i Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. W „Paradoksie” autor ewidentnie wiele czerpie z własnego doświadczenia – z wykształcenia jest matematykiem, z charakteru perfekcjonistą...

Podobnie jest z Maksem, głównym bohaterem powieści – Maks mam 22 lata i jest studentem trzeciego roku matematyki. Jest też chorobliwym perfekcjonistą – musi zawsze być najlepszy, najefektywniejszy i najmądrzejszy. Do życia podchodzi z matematyczną precyzją, co niestety mocno odbija się na jego życiu prywatnym – ciężko dogadać się z ludźmi, kiedy cały czas wytyka im się nieścisłości i podchodzi się do nich z poczuciem wyższości… Maks jest również mocno krytyczny wobec siebie – nieustannie wytyka sobie najmniejsze błędy, przez które nie czuje się perfekcyjny. Jego obsesja na tym punkcie jest mocno nacechowaną złą energią oraz złością, chłopak nie potrafi odpuszczać. Jego życie płynie dosyć stałym rytmem do 25 stycznia, gdy policja zatrzymuje go za nieprawidłowe przejście przez drogę – policjanci mówią, że już wczoraj zwracali mu na to uwagę, jednak Maks jest przekonany, że nic takiego nigdy się nie wydarzyło… Kiedy wokół niego zaczyna się dziać coraz więcej tak dziwnych zdarzeń, chłopak zaczyna podejrzewać, że chodzi za nim ktoś kto wygląda i się za niego podaje… Czy faktycznie ktoś taki istnieje czy to po prostu kolejny etap obsesji i paranoi bohatera?
„Obsesję człowieka zawsze można wykorzystać jako jego słabość.”
Książka składa się z prologu i czterech tytułowanych części, które dzielą się na rozdziały i podrozdziały – te opatrzone są datą oraz dniem tygodnia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, w większości skupia się na Maksie, w mniejszości na detektywie zajmującym się jego sprawą i dwóch innych osobach. Styl powieści jest ciekawy – dużo tu dialogów, dużo przemyśleń i matematyczno-logicznych zagadnień, nie brakuje też akcji. Książkę, mimo tych matematycznych wstawek, czyta się naprawdę dobrze, wszystko jest zrozumiałe, a fabuła rozłożona jest tak, że już od początku dziwnie wciąga. Szczerze – mimo tych 600 stron najchętniej przeczytałabym książkę na jeden raz! Niestety brak czasu mi na to nie pozwolił, więc przez cztery czy pięć dni myślami byłam cały czas przy Maksie i jego paradoksach 😊 Naprawdę ciężko jest się od tej fabuły uwolnić 😊

Ciężko też o niej pisać nie zdradzając kluczowych informacji, więc podejrzewam, że ta recenzja długa nie będzie. Po pierwsze warto oczywiście zwrócić uwagę na rewelacyjną postać głównego bohatera – pewnie każdy z nas gdzieś tam bardziej lub mniej posiada gen perfekcjonizmu, chęć pracy nad sobą i poszanowania dla własnego czasu. U Maksa jednak nie jest to chęć zdrowa. U niego wszystko jest mocniej, z większą intensywnością – jego pragnienie perfekcyjności staje się niezdrową obsesją, która prowadzi do innych zaburzeń, czy to obsesyjno-kompulsywnych czy jeszcze poważniejszych. Maks nie jest otwarty na nowe doświadczenia, nie ma dla siebie wyrozumiałości – nie rozumie, że człowiek nie może być perfekcyjny. Coraz mocniej zatraca się we własnym dążeniu do doskonałości, po drodze gubiąc wszystko inne, nawet zrozumienie samego siebie. Mimo tak ogromnego natręctwa, nie jest jednak w stanie nie popełniać błędów – to w końcu cecha ludzka. On jednak nie umie tego zaakceptować, co tylko powoduje w jego głowie coraz większy bałagan, co prowadzi do dużo poważniejszych konsekwencji… Na jego przykładzie możemy zobaczyć do czego prowadzi chorobliwa perfekcja, możemy się uczyć, że obsesyjne dążenie do doskonałości w byciu najlepszym uczniem czy pracownikiem nie idzie w parze z innymi, równie ważnymi częściami życia. Przez to człowiek traci powiazanie z innymi ludźmi, nawet z tymi, którzy z założenia są z nim związani genetycznie. A kto chciałby być całkiem sam na świecie? Samotny w wielkim, pełnym ludzi mieście? Nie da się żyć bez drugiego człowieka, a by żyć z kimś, trzeba się nauczyć tolerancji i wybaczania błędów nie tylko sobie, ale i innym. Maks tego nie rozumie i ponosi tego konsekwencje.
“Jak to jest, że traktujemy obcych lepiej niż bliskich, których w założeniu mamy kochać? Dlaczego kiedy przyzwyczajamy się do czegoś, przestajemy to doceniać?”
I tutaj trochę już jestem zablokowana, bo nie za bardzo mogę napisać o czymkolwiek innym, tak by nic z fabuły nie zdradzić. I w książce po części właśnie o to chodzi – cały czas nie wiadomo jakie jest rozwiązania zagadki, bo zagadka po części kryminalna oczywiście jest tu obecna. Autor bardzo sprytnie rozłożył wszystkie wskazówki, wszystkie tropy, tak że od samego początku lektury czujemy niepokój, wiemy że coś jest nie tak, tylko oczywiście nie wiemy co. Wraz z biegiem lektury te uczucia się nasilają, bohater plącze się w coraz to nowe dziwne sytuacje, które powodują tylko większy mętlik w naszej głowie. Nigdy bym nie powiedziała, że książka opowiadająca o naprawdę niesympatycznym matematyku może być tak ogromnie wciągająca!

Oprócz analizy ludzkiej psychiki pod względem dążenia do perfekcji, związków społecznych i rodzinnych, autor porusza tu też pewien temat z zagadnień filozoficzno-fizycznych. Niestety nie mogę dokładniej powiedzieć o co chodzi, jednak temat ten jest naprawdę świetnie przemyślany i prosto czytelnikowi wytłumaczony.

Recenzja miała nie być długa, zatem pora kończyć. Żałuję, że nie mogę Wam o książce opowiedzieć więcej, bo jest w niej tyle tematów wartych poruszenia! Niestety gdybym o nich wspomniała, mogłabym Was zasugerować część rozwiązań, a samodzielne do nich dochodzenie jest połową frajdy z tej powieści. Ogólnie jest to książka rewelacyjna pod względem spojrzenia na człowieka i jego charakter. Akcja rozpisana jest tak, że nie sposób ją odłożyć – cały czas dzieje się coś na tyle dziwnego, że od razu chcemy wiedzieć o co chodzi. W porównaniu z poprzednimi książkami autora, ta jest dużo bliższa realności, jeśli przy powieści z wątkami sf można tak powiedzieć 😊 Nie ma tu jednak czarownic, czy leśnych duszków, jest coś, co jest dużo bardziej prawdopodobne. Według mnie, wpośród tych trzech książek Urbanowicza, które miałam okazję czytać, ta jest zdecydowanie najlepsza! Proszę więcej tego typu powieści!

Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Vesper!



października 21, 2020

"Śmiech ma po matce. Tajemnice genów" Carl Zimmer

"Śmiech ma po matce. Tajemnice genów" Carl Zimmer


Autor: Carl Zimmer
Tytuł: Śmiech ma po matce. Tajemnice genów
Cykl: Zrozum
Tłumaczenie: Mateusz Fafiński
Data premiery: 12.08.2020
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 640
Gatunek: literatura popularno-naukowa

Carl Zimmer to amerykański dziennikarz i autor książek popularno-naukowych. Na swoim koncie ma już 13 tytułów, „Śmiech ma po matce” to jego ostatnia książka – została wydana w 2018 roku. Na co dzień pisuje felietony we własnej kolumnie w New York Times, często publikuje też w National Geographic, The Atlantic i Wired. Jego dziennikarski dorobek liczy już setki artykułów, jest też laureatem nagrody Stephen Jay Gould Prize przyznawanej corocznie ludziom, którzy znacząco przyczynili się do popularyzowania i wyjaśniania ogółowi zagadnień z ewolucji i ogólnie pojętej biologii.
Na polskim rynku „Śmiech ma po matce. Tajemnice genów” to pierwsza książka tego autora. Na wstępie warto zwrócić uwagę na angielski tytuł tej publikacji, gdyż moim zdaniem zdecydowanie lepiej oddaje to, co w niej znajdziemy. „She has her mother’s lough: The powers, perversions and potential of heredity” (pol. Śmiech ma po matce: siła, wypatrzenia i potencjał dziedziczności) zwraca uwagę na ostatnie słowo – dziedziczność – i nie chodzi tutaj tylko o dziedziczność genetyczną – autor temat pojmuje szerzej. Mnie zmylił polski tytuł, spodziewałam się w książce znaleźć wiedzę na temat samych genów i ich przekazywania kolejnym pokoleniom, myślałam, że nauczę się dokładnie jak to na poziomie DNA się odbywa, a w książce temat potraktowany był raczej ogólnie – po prostu ta publikacja skupia się na pojęciu szerszym niż same geny. Myślę, że jest to ważna informacja przez rozpoczęciem lektury, a gdy już ją znamy, możemy przejść do ogólnego omówienia książki.

Książka składa się z prologu, pięciu części podzielonych na 19 rozdziałów, podziękowań, słowniczka, przypisów, bibliografii i notki o autorze. Te ostatnie pięć członów zajmuje około 1/5 całości. Książka napisana jest przyjemnym, w większości zrozumiałym językiem, autor często odnosi się do własnej rodziny, własnych korzeni i własnych doświadczeń. Zagadnienia wytłumaczone są w sposób przystępny, wszystkie teorie poparte przykładami eksperymentów naukowych, przez co książka nabiera kształtu opowieści o postępach w odkryciach ludzkości.

Każdy z rozdziałów opowiada o nieco innym zagadnieniu, jednak nie można odmówić książce tego, że w przeważającej większości skupia się właśnie na tych tytułowych genach, z tym że nie tylko tych ludzkich. W pierwszej części zatytułowanej „Dotyk na policzku” znajdziemy rys historyczny – jak dziedziczność była rozumiana przez wieki. Jest tu trochę o Darwinie i o prawie Mendla. Poświęcamy też uwagę naukowcom z XIX i początków XX wieku, eugenice, wpływie środowiska i pierwszym odkryciom związanym z dziedziczeniem genów.

Część druga zatytułowana „Niesforne DNA” przygląda się już stricte genom. Zaczynamy od samego początku życia na Ziemi, poprzez tłumaczenie na poziomie komórkowym jak dochodzi do przekazywania genów przez ssaki, aż po wyjaśnienia jak pojmowana była genealogia, gdy nie było jeszcze do niej odpowiednich badań. Sporo jest tu też o dawnym postrzeganiu ras, aż w końcu dochodzimy do czasów współczesnych i analizie DNA pod względem genetycznej dziedziczności wywodzącej się aż od czasów sprzed Homo sapiens. Poznajemy wskaźnik odziedziczalności i przyglądamy badaniom próbującym odkryć geny odpowiadające za wzrost i inteligencję – te dwie cechy wyglądają na jedne z najmocniej skomplikowanych w całym genomie ludzkości, ciągle nie odkryto jeszcze wszystkich genów za nie odpowiadających, zależności między nimi, a także wpływie środowiska na ich rozwój.

W części trzeciej pt. „Rodowód w nas” głównie skupiamy się na genetycznych anomaliach – by je zrozumieć najpierw obserwujemy proces przekazywania chromosomów i podział komórek w początkowej fazie życia, później skupiamy się na ich mutacjach – odkrywamy tu takie pojęcia jak ludzkie mozaiki czy chimery.

Część czwarta „Inne drogi” opowiada o wspólnym funkcjonowaniu komórek z bakteriami, wpływie środowiska i zdolność człowieka do nauki.

Część piąta ostatnia pt. „Rydwan słońca” dotyczy już bardzo aktualnych zagadnień dotyczących ingerencji w geny i DNA – autor zastanawia się gdzie jest etyczna granica w tej ingerencji, przedstawia zagrożenia i korzyści związane z dalszym rozwojem badań nad genetyką, a także podkreśla, że człowiek nie zostawi po sobie tylko potomstwa, ale i kulturę i dziedzictwo ekologiczne.

Ogólnie, dosyć żałuję, że na początku lektury nie byłam świadoma tego, że jest to książka o ogólnie pojętej dziedziczności. Część pierwsza jest mocno wprowadzająca, a druga rozpoczyna się dosyć skomplikowanym zagadnieniem początków życia – w pierwszych jej rozdziałach trochę się pogubiłam, nie wszystko rozumiałam i zaczęłam zastanawiać się czy części dalsze równie będą tak zawiłe, jako iż zakładałam, że będziemy się przyglądać pod lupą genom i DNA. Gdybym w tym momencie wiedziała, że książka skupia się na ogólnie pojętej dziedziczności, na jej anomaliach, możliwościach i wpływie środowiska pewnie nie przejęłabym się mocno tymi rozdziałami. Ja jednak w tym momencie zrobiłam sobie przerwę i bałam się do książki wrócić. Na szczęście gdy już mu się to udało, to okazało się, że kolejne rozdziały części drugiej i wszystkich kolejnych są już w pełni zrozumiałe i naprawdę zajmujące. Oferują wgląd w możliwości naszego DNA i stawiają naprawdę ważne i aktualne pytania. Temat dziedziczności przedstawiony jest naprawdę mądrze i szeroko, autor nie ocenia, ale zwraca uwagę na ważne, istotne pytania i kwestie. Przypomina też, że tak naprawdę znajomość DNA i genomu jest bardzo świeża, dopiero w drugiej połowie XX wieku ta gałąź nauki zaczęła się tak naprawdę rozwijać… Naprawdę dużo się z tej książki dowiedziałam, czuję, że jestem teraz bardziej świadoma tego, w którym kierunku idzie świat pod względem zmian genealogicznych. To bardzo dobra, mądra publikacja, na którą warto poświęcić czas – owszem, tematy są skomplikowane, ale przedstawione na tyle zrozumiale, poparte tyloma eksperymentami, że z pewnym skupieniem na lekturze można je sobie w pełni przyswoić. Poza ogólną wiedzą jest to też książka mocno uświadamiająca jak dalsza ingerencja w DNA naszej Ziemi może wpłynąć na przyszłość planety. Z ostatnimi rozdziałami powinien się zapoznać każdy człowiek na Ziemi.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Poznańskie!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

października 19, 2020

"Jedwabnik" Robert Galbraith - maraton czytelniczy #czytamgalbraitha

"Jedwabnik" Robert Galbraith - maraton czytelniczy #czytamgalbraitha

 

Autor: Robert Galbraith
Tytuł: Jedwabnik
Cykl: Cormoran Strike, tom 2
Tłumaczenie: Anna Gralak
Data premiery: 02.10.2019
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 480
Gatunek: kryminał

„Jedwabnik” to drugi kryminał pióra Roberta Galbraitha, a tak naprawdę J. K. Rowling, która ukryła się pod tym pseudonimem. O motywach, które kierowały autorką, by stworzyć pisarza Galbraitha opowiadałam przy okazji recenzji tomu pierwszego, do której Was odsyłam – klik! Wcześniej pisałam też już o wyzwaniu czytelniczym #czytamgalbraitha, któremu mam przyjemność patronować i dzięki któremu w ogóle zdecydowałam się na lekturę tej serii (klik!). Nie przedłużając zatem przejdźmy do omówienia „Jedwabnika”.

Historia tego tomu zaczyna się osiem miesięcy po „Wołaniu kukułki”. Agencja detektywistyczna Strike’a w tym czasie stała się bardzo popularna – detektyw część zleceń, ze względu na brak czasu, musi odrzucać. Jest już też coraz bliżej wygrzebania się z dołka finansowego, choć ciągle jeszcze musi decydować się na te bardziej dochodowe zlecenia. Wyjątkiem jest sprawa Leonory Quine – kobieta zastaje Strike’a po którejś z rzędu nieprzespanej nocy i zdenerwowanego zachowaniem jednego z bogatszych klientów, więc ten niewiele myśląc sprawę Quine przyjmuje. Kobieta prosi go, by odnalazł jego męża – pisarza. Nie chce zawiadamiać policji, bo nie jest to takie pierwsze zniknięcie. Nawet jest przekonana, że wie, gdzie Owen może być. Szybko okazuje się, że sprawa wcale nie jest tak łatwa jak się wydawało – Owena nigdzie nie ma, okazuje się też, że w swoim środowisku ma zdecydowanie więcej wrogów niż przyjaciół, a i gdyby tego było mało, jest też problem z opłaceniem zlecenia… Czy mimo to Strike będzie kontynuował dochodzenie? I gdzie tak naprawdę jest pisarz – czy faktycznie sam gdzieś się zaszył, najpewniej z nową kochanką, czy może grozi mu niebezpieczeństwo?

Książka pod względem struktury wygląda nieco inaczej niż tom pierwszy – nie ma podziału na części, rozdziały są dużo krótsze i każdy z nich opatrzony jest cytatem. Razem jest ich równo 50. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. W stylu również zauważyłam kilka różnic – wypowiedzi postaci, które dzięki swojej różnorodności zrobiły na mnie takie wrażenie w tomie pierwszym, teraz już tak różnorodne nie są. Tak samo nie zauważyłam wcześniej, żeby myśli Strike’a były pisane jako wtrącenia, najczęściej w dialogach, w nawiasie – może gdybym całą książkę czytała to nie kłuło by mnie to tak w oczy, ale pierwsze 2/3 słuchałam w formie audiobooka, a dopiero 150 ostatnich stron czytałam i mocno ta kwestia mi się wtedy w oczy rzuciła. Oczywiście książka wciąga i czyta się ją przyjemnie, jednak pod względem strukturalnym wolałabym rozłożenie przetestowane w tomie pierwszym – było przyjemniejsza, a i seria jako całość zachowałaby spójność.

Mimo braku, lub mniejszej różnorodności w wypowiedziach postaci, to jednak nie można autorce odmówić, że kreacje bohaterów nadal są jej mocną stroną. Każda z występujących w tym tomie postaci jest naprawdę świetnie przemyślana i opisana – nie będę ich z osobna wymieniać, bo jest ich sporo, ale wszystkie naprawdę zapadają w pamięć – każda jest inna i mocno charakterystyczna, choć niekoniecznie łatwa do polubienia 😊
Inaczej pod względem budzenia sympatii jest z dwójką głównych bohaterów – Strike już nie martwi się aż tak mocno o finanse, jednak teraz boryka się z większymi problemami zdrowotnymi – tu widać ciąg wydarzeń z tomu pierwszego, które następstwem jest właśnie aktualna niedyspozycja bohatera.  To na co czekałam, to lepsze poznanie Robin i na szczęście w tym tomie faktycznie to dostajemy. Robin ukazuje się tu nie tylko jako zaradna i uprzejma, taktowna osoba, ale i kobieta z mocnym charakterem, zaskakująca i dążąca do realizacji własnych marzeń.

Fabuła akcji tego tomu osadzona jest w londyńskim środowisku literacko-wydawniczym. Czytelnik przez to ma niejako wgląd w to jak proces powstawania książki wygląda od wewnątrz, choć wydaje się, że jest to obraz dosyć przekoloryzowany, przedstawiony niejako w krzywym zwierciadle. Niemniej jednak sprytnie zwraca uwagę na kilka ważnych aktualnie kwestii - między innymi chodzi o łatwość w publikowaniu swoich tekstów – już nie tylko poziom wydawanych przez wydawnictwa książek jak dużo niższy niż kiedyś, książek na rynku jest naprawdę dużo, to jeszcze ci, których wydawnictwa odrzucają, mogą samodzielnie wydawać własne ebooki. Wiele racji jest w tych spostrzeżeniach zawartych w powieści.

Ściśle związana z literaturą jest też intryga kryminalna – właśnie na najnowszej powieści zaginionego pisarza oparta jest zbrodnia. Nie jest to jednak literatura wybitna, a wydaje się, że wręcz przeciwnie – pewna dziwnych metafor i nacechowania seksualnego, pod którymi ukrywa się krytyka wszystkich osób ze środowiska pisarza, które są mu albo bardzo bliskie, albo zaszły mu kiedyś za skórę. To książka przesadzona i brutalna, którą sama omijałabym szerokim łukiem, więc jej ścisły związek z fabułą nie całkiem przypadł mi do gustu. Niemniej jednak nie sądzę, żeby wszyscy czytelnicy odnieśli takie wrażenie jak ja, a poza tym warto jest po prostu docenić autorkę za odwagę – to coś skrajnie innego od jej wcześniejszych powieści, jak sama wspomniała w posłowiu, chciała się zmierzyć z brutalną zbrodnią i cel na pewno osiągnęła.

W książkach tego cyklu ważną rolę odgrywa sam Londyn i klimat w powieści panujący. W „Jedwabniku” akcja toczy się niespiesznie, głównie składa się z rozmów i przesłuchań znajomych zaginionego. Razem z bohaterami przemierzamy zimny, listopadowo-grudniowy Londyn, tym razem głównie siedzimy w różnego typu restauracjach. Jedne są bardziej tradycyjne, inne mniej, ale każda z nich ma swój urok. Uwielbiam Rowling za ten niespieszny, angielski klimat. Wydaje się, że właśnie umiejętność jego budowania, prócz rewelacyjnych kreacji postaci, jest jej ogromnym talentem.

Ogólnie, w porównaniu do „Wołaniu kukułki”, „Jedwabnik” podobał mi się troszkę mniej – nie znaczy to jednak, że jest to zła książka. Wręcz przeciwnie – na pewno wyróżnia się spośród innych dostępnych na naszym polskim rynku – takiego klimatu nigdzie indziej nie znajdziecie! Doceniam to, że autorka chce się sprawdzać w różnych rozwiązaniach fabularnych, biję jej brawo za odwagę. Oczywiście książka jako kryminał jest naprawdę ciekawa, rozwiązania zagadki oczywiście się nie domyślałam, choć gdy już wszystkie karty zostały odkryte – pukałam się w głowę – przecież tyle było tropów po drodze! Jednak podczas lektury były one tak skrzętnie poupychane, tak zawoalowane, że nie byłam w stanie poskładać tego sama w całość. Klimat i postacie rewelacyjne – już nie mogę się doczekać lektury tomu trzeciego!

Moja ocena: 7,5/10


Za egzemplarz książki i audiobooka do recenzji, a także za możliwość objęcia całej akcji czytelniczej patronatem dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

października 13, 2020

"Życie za życie" Alex Dahl

"Życie za życie" Alex Dahl

 

Autor: Alex Dahl
Tytuł: Życie za życie
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Data premiery: 29.07.2020
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 408
Gatunek: thriller psychologiczny / obyczajowy

Alex Dahl to amerykańsko-norweska autorka, która aktualnie swój czas dzieli pomiędzy Londyn a Oslo. Debiutowała w 2018 roku powieścią, która nie ukazała się w Polsce, pt. „The Boy at the door” (pol. Chłopiec u drzwi) – została przetłumaczona na jedenaście języków I była nominowana do CWA New Blood Dogger Award.  W 2019 roku w oryginale ukazała się „The heart keeper”, która została przetłumaczona na polski jako „Życie za życie”. W tym miesiącu na rynku angielskim na ukazać się trzecia książka autorki i mam nadzieję, że Wydawnictwo Filia również zdecyduje się ją wydać, bo o ile „Życie za życie” ciężko określić stuprocentowym thrillerem, to jednak nie mogę zaprzeczyć, że była to ciekawa lektura.

Historia powieści swój początek ma w lipcu 2018 roku, gdy życie dwóch rodzin zmieniło się diametralnie. 5letnia córka Alice umarła pogrążając całą rodzinę w żałobie. Z kolei 7letnia córka Iselin dostała nowe życie – przeszczepiono jej serce zmarłej, przez co po całym swoim krótkim życiu spędzonym w chorobie, w końcu może zacząć żyć jak normalne dziecko. Kilka miesięcy po tym wydarzeniu, Alice dalej nie może otrząsnąć się ze swojej tragedii, spędza dnie nafaszerowana lekami i ze nieodłączną szklanką alkoholu w ręce. Szuka obecności córki w jej dawnym pokoju, odwiedza jej konika i miejsce, w którym zginęła. Ze stuporu wyrywa ją jej nastoletni pasierb, który zainteresowany tematem przeszczepów podsuwa jej artykuł o pamięci komórkowej. Czy możliwe by przeszczepione serce jej córki przeniosło jakąś jej część do dziewczynki, która te serce otrzymała? Czy możliwe by choć najmniejszy kawałek istoty jej córki nie umarł? Zdesperowana kobieta zrobi wszystko, by przekonać się czy na te pytania może otrzymać odpowiedź twierdzącą…
„Serca to dzikie stworzenia, dlatego nasze żebra to klatki.”
Książka podzielona jest na trzy części, które rozdzielają fabułę na trzy etapy – w pierwszej zawiązanie akcji, dalej jej rozwój, aż do wielkiego finału. Całość składa się z 65 rozdziałów i epilogu, które rozdzielone są na dwóch narratorów: Iselin i Alice. Obydwie kobiety wydarzenia przedstawiają nam z własnego punktu widzenia w narracji pierwszoosobowej czasu teraźniejszego. Styl jest przyjemny, książkę czyta się szybko i bez problemów.

„Życie za życie” określone zostało jako thriller psychologiczny. Nie całkiem mogę się z tym zgodzić, bo mimo iż postacie pod względem psychologicznym są naprawdę dobrze zbudowane, intryga mająca wzbudzić w czytelniku niepokój i napięcie jest odsunięta na dalszy plan, na pierwszym raczej plasuje się sprawa bardziej obyczajowa, jak przeżywanie żałoby i niemożność pogodzenia się z losem. Dlatego wydaje mi się, że trafniejszym określeniem będzie dramat lub thriller obyczajowy, które sugeruje mniejsze napięcie niż thriller psychologiczny.

Nie można jednak książce odmówić, że jest to ciekawa pozycja. Po pierwsze kwestia przeżywania żałoby. Uczucia Alice, kobiety, której córka zginęła, są oddane rewelacyjnie. Czytelnik aż czuje jej ból, jej zagubienie, jej ogromne cierpienie a zarazem obowiązek trwania przy rodzinie – w końcu oprócz zmarłej córki ma jeszcze męża i pasierba, o których musi się zatroszczyć. Sama pogrążona w ogromnej rozpaczy pilnuje męża, który załamał się równie mocno. Gdy kobieta dowiaduje się o pamięci komórkowej nadzieja na to, że coś z jej córki przetrwało aż się z niej wylewa, ogarnia ją paranoja, skupia się tylko na tym celu, nie patrząc na cokolwiek innego. To świetny obraz kobiety pogrążającej się w psychozie, widzimy jak jedna tragedia i zafiksowanie się na jednym temacie prowadzą do zaburzeń psychicznych. Naprawdę udana postać!

Po drugie książka jest ciekawa pod względem głównego tematu, który spaja całą fabularną koncepcję czyli przeszczep oraz pamięć komórkowa. To temat już nieraz poruszany w popkulturze, nie tylko w książkach, ale i filmach. Co prawda kwestia przenoszenia istoty dawcy do biorcy jest jednak ciągle kwestią bardziej fantastyczną, jednak już sama pamięć komórkowa i waga, jaką należy przykładać do decyzji o zostaniu dawcą organów już fantastyczna nie jest. Książka przybliża nam jak wiele można zmienić poprzez ofiarowanie potrzebującemu organu do życia, gdy zmarłemu przecież nie jest już on do niczego potrzebny. Na przykładzie małej Kai widzimy jak z dziecka, które nie wstawało się z kanapy, staje się wesołą i ruchliwą dziewczynką. Myślę, że temat przeszczepów i dawstwa organów ciągle poruszany jest za mało, ciągle niewystarczająca ilość ludzi się nad nim zastanawia. Może ta książka zmusi kogoś do kilku przemyśleń i zmiany swojego nastawienia, bo prócz dostarczenia rozrywki mówi o sprawach naprawdę ważnych.
„… dawcą powinna być każda rozumna osoba. Nigdy nie potrafiłam pogodzić się z faktem, że zdrowe narządy są palone albo kremowane, podczas gdy czekający na listach do przeszczepu ludzie umierają z braku narządów.”
Na koniec wspomnę o jeszcze pewnym mniej ważnym szczególe, ale który sprawił, że książkę czytało się przyjemniej. Obydwie bohaterki mają naprawdę fajne zawody – Alice to dziennikarka, która w młodych latach zjeździła świat wzdłuż i wszerz, a Iselin jest artystką, malarką, ilustratorką, która po latach przerwy właśnie zaczyna zmieniać swoją pasję w źródło zarobkowania. Obydwa zawody według mnie są niezwykle ciekawe, więc każdy fragment o nich wspominający czytałam z przyjemnością.

Co do intrygi w powieści, tak jak już wspomniałam jest ona raczej na dalszym planie. Dopiero w trzeciej części coś zaczyna się dziać, jest trochę akcji, wydarzenia toczą się szybko. W pozostałych dwóch częściach skupiamy się raczej na aspektach psychologicznych postaci, obserwujemy jakie zmiany zachodzą w ich życiu. Dla mnie na pewno nie jest to nic zniechęcającego, a wręcz odwrotnie, wolę dobry wgląd w psychikę od szybkich akcji, ale myślę, że warto to w recenzji zaznaczyć.

Ogólnie, książka mi się podobała. Porusza ważny temat dawstwa organów i pokazuje jak obsesja na punkcie jednej myśli może doprowadzić do szaleństwa i tragedii. Postacie, szczególnie pogrążona w żałobie Alice przedstawione są bardzo realnie, czytelnik wręcz czuje ich emocje. Jako thriller pełen napięcia książka raczej się nie sprawdzi, ale czyta się ją bardzo dobrze, i mimo naprawdę smutnego tematu, całkiem przyjemnie. Myślę, że o ile Wydawnictwo zdecyduje się wydać kolejne książki autorki, to na pewno trafią na moją listę do przeczytania.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia Mroczna Strona!


Książka dostępna jest też w abonamencie 

października 08, 2020

"Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi" Ina Nacht

"Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi" Ina Nacht

 

Autor: Ina Nacht
Tytuł: Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi
Cykl: Seria z Kotliny Kłodzkiej, tom 1
Data premiery: 14.09.2020
Wydawnictwo: Stara Szkoła
Liczba stron: 276
Gatunek: kryminał

Ina Nacht, to nowe nazwisko, a dokładniej pseudonim literacki na polskim rynku kryminalnym. „Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi” jest debiutem autorki, w przygotowaniu jest już jej kolejna książka, której premiera została nieco odłożona ze względów na panującą pandemię.

Sonia i Kaja, życiowe partnerki razem z dwójką swoich psów przenoszą się z dużego miasta do wioski w Kotlinie Kłodzkiej. Jest lato, pogoda sprzyja, dziewczyny są zadowolone. Ich nowe miejsce zamieszkania to malutka wieś, wkoło praktycznie nikogo nie ma, w oddaleniu tylko kilka sąsiednich domów. Jest to rodzinna miejscowość Kai, z której wyjechała przy pierwszej nadążającej się okazji. Teraz odziedziczyła dom po ciotce i zdecydowały się z Sonią na życiową zmianę. Mają tu spokój i ciszę, Kaja jest malarką, więc potrzebuje swojej ostoi, Sonia jest tłumaczką, więc może pracować z każdego miejsca na świecie, byleby miała dostęp do Internetu. No cóż, tutaj raz jest, raz go nie ma… Od razu po przeprowadzce Kaja zostawia Sonię na miejscu, a sama wybiera się za granicę na jakąś ważną konferencję. Sonia przyzwyczaja się do miejsca, oswaja się z nim, jednak sielanka nie trwa długo – jeden z jej psów, w rozkopanym podjeździe znajduje woreczek z kośćmi. Są ludzkie. Sonia razem z sąsiadem wzywają policję, która obawia się, że można tę sprawę powiązać z niedawnym zaginięciem młodej turystki w tych okolicach… Czy faktycznie są to ‘świeże’ kości? I co to za dziwny, pełen symboli woreczek? I dlaczego ktoś zakopał go na podjeździe dziewczyn?
„Jesień w tym regionie rzeczywiście była okresem, w którym przestępczość rosła. Było to zjawisko niespotykane w skali kraju.”
Książka składa się z nienumerowanych rozdziałów rozdzielonych na Sonię, policjantkę Karinę i wydarzenia z roku 1994. Narracja prowadzona jest przez te trzy bohaterki w pierwszej osobie czasu teraźniejszego. Styl powieści jest poprawny, nie sprawia problemów, książkę czyta się szybko.

Bohaterki zapowiadają się całkiem ciekawie. Karina to młoda policjantka, która po znajomości załatwiła sobie miejsce w dziale kryminalnym. Niestety wszyscy o tym wiedzą, więc dziewczyna nie ma łatwego życia. Z kolei Sonia i Kaja są przedstawicielkami rzadko spotykanymi w tym gatunku homoseksualistkami, żyją razem, co na wsi powinno powodować problemy, ale nic takiego się nie dzieje. Ogólnie doceniam, że autorka chciała się wyrwać ze schematu i swój kryminał oddała całkowicie w ręce kobiet, miałam jednak wrażenie, że stosunki Soni i Kai są pisane nieco na siłę – to jak się do siebie zwracały, jak często podkreślały swoją miłość na całe życie wydawało mi się nieco sztuczne. Pomysł na postacie kobiecie doceniam – z wykonaniem wyszło trochę gorzej, a im dalej w lekturę, tym postacie zachowują się coraz dziwniej – zabrakło mi tu głębi psychologicznej, były dosyć mało wiarygodne, co dosyć często zauważam w debiutach – postacie za szybko podejmują decyzje, robią dziwne rzeczy, co raczej mocniej odrywa je od rzeczywistości – nikt w prawdziwym życiu się tak nie zachowuje.
„W tej dolinie mieszka ciemność. To, co się tu stało, jest tutaj zagnieżdżone i nie może opuścić tego miejsca. W tych stronach źle mieszkać samemu.”
Zdecydowany plus należy się za osadzenie akcji w Kotlinie Kłodzkiej i klimat temu towarzyszący. Jest mroczny, pusto, mglisto, stara sąsiadka przestrzega przed dziwnymi cieniami, jakby demonami. Na wsi, w tak mrocznych deszczowych klimatach łatwo w to uwierzyć, szczególnie że dookoła pojawiają się dziwne znaki… Czy zło jest tu namacalne? Wydaje się, że tak.
Warto też zwrócić uwagę na nawiązania do wierzeń słowiańskich i dużą rolę sztuki, malarstwa. Wydarzenia z 1994 roku kręcą się wokół obrazów, Sonia na stychu też znajduje jakieś dziwne, niepokojące malunki, ewidentnie cała zagadka jest z tym jakoś powiązana. Podkreślam, że ten wątek zdecydowanie nadaje lekturze klimatu i wzbudza niepokój i zarazem ciekawość.
„Wszystko jest tutaj za ciężkie, opada jak mgła. Kiedy się na to natkniesz, to uważaj. Bo stanie za tobą i już cię nie opuści.”
Wątek kryminalny zapowiada się ciekawie, trop prowadzi do okolicznego hotelu, w którym sztuka słowiańska odgrywa dużą rolę. Niestety zakończenie mocno mnie rozczarowało, wszystko podziało się za szybko i za mało wiarygodnie.

Muszę wspomnieć jeszcze o jednym wątku, który mocno mnie drażnił – gdzieś w połowie jedna z dziewczyn zostaje zgwałcona. Rozumiem, że autorka chciała w powieść wpleść poważny problem, z którym boryka się duża liczba kobiet, niestety nie zrobiła tego za umiejętnie. Kobieta, która została zgwałcona, całkowicie rozjechała się jako postać pod względem psychologicznym, jej zachowanie było tak nierealne, że aż śmieszne, kompletnie nie pasowało do tej postaci. Bardzo żałuję, że autorka wplotła w fabułę ten wątek, powieść przez to naprawdę dużo w moich oczach straciła.

Ogólnie jednak znalazłam tu sporo plusów jak miejsce akcji, świetny mroczny klimat, czy choćby rozdzielenie akcji na dwa plany czasowe. Jest tajemnica, jest sztuka, są wierzenia słowiańskie – to wszystko na plus. Warto jednak na przyszłość popracować nad głębią psychologiczną postaci, może warto dodać kilka stron, ale bardziej uwiarygodnić decyzje przez nie podejmowane. Warto też dokładniej sobie powieść rozpisać, by była bardziej wyważona – tu zakończenie było za szybkie i wydawało się nie do końca przemyślane. Jako że jest to debiut to w kredycie zaufania oceniam łagodniej niż zrobiłabym to przy kolejnej powieści.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję autorce i wydawnictwu Stara Szkoła!


października 07, 2020

"Medalion z bursztynem" Anna Klejzerowicz

"Medalion z bursztynem" Anna Klejzerowicz

 

Autor: Anna Klejzerowicz 
Tytuł: Medalion z bursztynem
Data premiery: 18.08.2020
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 324
Gatunek: kryminał

Anna Klejzerowicz debiutowała pod koniec roku 2009 zbiorem opowiadań, około miesiąca później ukazała się jej pierwsza powieść. Od tego czasu pula jej publikacji znacząco wzrosła do kilkunastu powieści i kilku zbiorów antologii. Pisarka urodziła się w Gdańsku, związana jest z Teatrem Atelier w Sopocie. Pisze kryminały, powieści obyczajowe i opowiadania grozy.
Mimo bogatego dorobku nie miałam wcześniej okazji zapoznać się z twórczością pisarki – „Medalion z bursztynem” był zatem dla mnie dużą niewiadomą. Sama ta książka po raz pierwszy na rynku ukazała się 5 lat temu, w 2015 roku nakładem Wydawnictwa Filia. Teraz Wydawnictwo Replika, z którym autorka od kilku lat współpracuje, pokusiło się o drugie wydanie tej powieści.

Historia „Medalionu z bursztynem” rozpoczyna się w momencie, gdy Ewa wraz ze swoim mężem Andrzejem biorą się w końcu za sprzątanie mieszkania odziedziczonego po babce Ewy – minął już rok od jej śmierci, więc w końcu trzeba zdecydować, co z mieszkaniem zrobić. Podczas porządków Andrzej w szufladzie starej komody znajduje grubą kopertę – jest w niej list oraz piękny medalion z bursztynem. List został spisany ręką babci w 1960 roku, czyli ponad 50 lat wcześniej… Zdradza w nim prawdziwe nazwisko swojej córki, a zarazem matki Ewy, przekazuje naszyjnik jako jej dziedzictwo i sugeruje, że w książce (córka będzie wiedziała w której) znajdzie całą swoją historię. Ewa zafascynowana sprawą postanawia odkryć prawdziwe korzenie swojej matki, a zarazem swoje własne, rozpoczyna prywatne śledztwo, w którym ma pomóc jej znajomy dziennikarz. Niestety sprawa jest mocno utrudniona, matka Ewy nie jest skora do współpracy, a dostępnych informacji brak. Wszystko komplikuje się jeszcze mocniej, kiedy dziennikarz po telefonie, iż coś odkrył, ginie w wypadku samochodowym, podobno był mocno pijany. Z tym że jego partner twierdzi, że mężczyzna od lat nie pił… O co w tej sprawie chodzi? Czy po tylu latach naprawdę nadal może grozić Ewie niebezpieczeństwo?

Książka składa się z prologu, trzech części i epilogu. Każda z nich rozpoczyna się krótkim fragmentem z lat okołowojennych, później w zdecydowanie większej części skupia się na aktualnych wydarzeniach. Rozdziałów w całości jest siedemnaście, każdy z nich jest tytułowany, w większości dotyczą śledztwa Ewy, jednak kilka razy wypowiada się też sam morderca w narracji pierwszoosobowej czasu teraźniejszego. Pozostałe rozdziały przedstawione są w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego.
Ze stylem w powieści mam lekki problem, jakoś nie umiałam się do niego przez całą lekturę przekonać, miałam wrażenie, że jest trochę jakby za szybki, skupia się na wyrywkowych sytuacjach, nie miałam wrażenia pełności. Tak samo z dialogami – wydawały mi się dosyć nienaturalne, długie monologi i urywane rozmowy, które w rzeczywistości wyglądałyby całkiem inaczej. Najgorzej jednak według mnie wypadały rozdziały, w których wypowiada się morderca – były bardzo wulgarne i w większości wszystko się w nich powtarzało – wiem, że z tą wulgarnością to był specjalny zabieg, jednak mimo tej świadomości, moja irytacja przy tych fragmentach sięgała zenitu. Były mocno przesadzone, bardzo nieprawdopodobne.

Książkę przeczytałam całą, bo, muszę przyznać, że ciekawość jak zagadka zostanie rozwiązana zwyciężyła wszystkie minusy powieści. Kim jest morderca? Dlaczego zabija? Co tak naprawdę wydarzyło się podczas wojny i kilka lat później? To faktycznie wzbudza zainteresowanie, chociaż zakończenie i tak wypada tak jak cała książka – po prostu średnio. Niemniej jednak ta tajemnica, zagadka, cały zamysł intrygi muszę uznać za duży plus.

Z przeprowadzeniem śledztwa już jednak nie było tak kolorowo. Ewa jest postacią bardzo nieporadną, chwilami miałam wrażenie, że kobieta po prostu nie myśli. Chce prowadzić śledztwa, chce w nim uczestniczyć, ale dziennikarz, partner tego zmarłego, który ostatecznie się do niej przyłącza, praktycznie robi wszystko sam.
Tak samo relacja Ewy z matką – rozumiem, że miała być przedstawiona jako ciężka, postać matki była zimna i nieczuła, jednak również i ten wątek prezentuje się nieco nierealnie – w połowie książki ni z tego ni z owego ich relacje nagle się zmieniają. Relacja ta jest potraktowana bardzo fragmentarycznie i jej rozwój jakby nie ma motywów – coś nagle się dzieje w ogóle bez powodu. Ogólnie przy całej fabule miałam takie wrażenie, jakby autorka chciała zmieścić za dużo na za małej ilości stron, przez co każdy wątek potraktowany był po macoszemu.

Ogólnie nie mogę powiedzieć, że jestem z lektury zadowolona. Męczył mnie styl, męczyli bezbarwni bohaterowie. Jedyne co przekonało mnie do przeczytania książki, to ciekawa zagadka z lat wojennych, która jednak i tak została rozwiązana tak sobie. Szkoda, bo temat zdecydowanie ma potencjał, gdyby tak więcej nad nim popracować, mogłoby wyjść z tego coś ciekawego. Tu jednak było za dużo, za bardzo fragmentarycznie i po prostu za sztucznie. Raczej już nie zdecyduje się na kolejną książkę autorki.

Moja ocena: 5/10


Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Replika!

Książka dostępna jest też w abonamencie