czerwca 18, 2019

"Pchła" Anna Potyra - zapowiedź patronacka

"Pchła" Anna Potyra - zapowiedź patronacka

Jest mi niezmiernie miło ogłosić, iż 9 lipca nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka ukaże się świetny kryminał autorstwa Anny Potyry pt. "Pchła", który obejmuję swoim patronatem. To mój pierwszy patronat, więc jest to dla mnie bardzo ważna premiera. Prócz mojego logo na tyle okładki, na skrzydełku znajdziecie też moją rekomendację. Bardzo się z tego cieszę i mam nadzieję, że razem ze mną będziecie wypatrywać premiery!

Demony przeszłości powracają.
 Wigilia Bożego Narodzenia. Ulice Warszawy pustoszeją, mieszkańcy zaszywają się w zaciszu swych domów, by zasiąść przy świątecznych stołach. Jednak nie wszyscy. Adam Lorenz, komisarz Wydziału Zabójstw, dostaje wezwanie. W jednym z mieszkań zostaje zastrzelony młody mężczyzna. Miejsce zbrodni nie przypomina niczego, z czym Lorenz spotkał się podczas wieloletniej pracy w policji. Morderstwo wydaje się bardzo szczegółowo zaplanowane. Nie ma żadnych śladów. Nie ma podejrzanych. Nie ma motywu. Jedynym punktem zaczepienia jest stara fotografia pozostawiona przez zabójcę.
 Do pomocy w śledztwie zostaje przydzielona profilerka Iza Rawska. Wspólnie z Lorenzem usiłuje odgadnąć, jaka historia kryje się za popełnioną zbrodnią. Nie mogą przypuszczać, że to dopiero jej początek…


Brzmi intrygująco, prawda? A ja już teraz mogę Was zapewnić, że faktycznie jest! Książka wciąga, akcja gna na przód, bohaterowie są ciekawi i nieszablonowi. Do tego przez aktualne wydarzenia przeplata się wątek z przeszłości sięgający aż II Wojny Światowej. Czytałam z wypiekami na twarzy!
Dla autorki jest to też pierwszy kryminał, wcześniej pisała książki dla dzieci i jedną lekką komedię. Tym bardziej czapki z głów, Pani Anno - dobra robota! 
To jak, zainteresowani? 


Autor: Anna Potyra
Tytuł: Pchła
Data premiery: 09.07.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 360
Okładka: miękka ze skrzydełkami




czerwca 17, 2019

"Gitara i inne demony młodości" Bogusław Chrabota

"Gitara i inne demony młodości" Bogusław Chrabota
Jutro premierę będzie miała bardzo ciekawa książka od Wydawnictwa Zysk i S-ka. "Gitara i inne demony młodości" to najnowsza powieść Bogusława Chraboty. 

Historia o młodości i przyjaźni zrodzonej w industrialnych krajobrazach Nowej Huty i mieszczańskim Krakowie. Ta książka to wbrew pozorom pełnokrwista powieść, choć nie ucieka od wszechobecnych na jej stronach wątków biograficznych. Autor wychowywał się na pograniczu dwóch kompletnie różnych wszechświatów – Nowej Huty i Krakowa. A jednak w tej książce splatają się w jedną całość. Arka Pana jest przedmurzem Piwnicy pod Baranami i Collegium Novum. Środowisko „Tygodnika Powszechnego” nie koliduje z obrazami nowohuckiego socrealizmu. Na kartach książki pojawiają się cienie Wisławy Szymborskiej, Kornela Filipowicza, Marka Grechuty, Kory i Manaamu. A wszystko spaja serdeczna przyjaźń kilku nastolatków, ich marzenie o karierze muzycznej i legendarna gitara Defil Carioca. Symbol, marzenia i pamiątka.


To będzie moja pierwsza styczność z autorem, więc jestem bardzo ciekawa czy przypadnie mi do gustu! Autor urodził się i wychował w Krakowie, jest poetą, dziennikarzem, publicystą, autorem piosenek, uwielbia blues i muzykę etniczną. Odbył też kilka podróży na Bliski Wschód, z których powstał tom esejów. Książkę planuję czytać na samym początku lipca, więc w drugim tygodniu miesiąca wypatrujcie recenzji!


Autor: Bogusław Chrabota
Tytuł: Gitara i inne demony młodości
Data premiery: 18.06.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 280




czerwca 17, 2019

"Nigdzie indziej" Tommy Orange

"Nigdzie indziej" Tommy Orange

Autor: Tommy Orange
Tytuł: Nigdzie indziej (ang. There there)
Tłumaczenie: Tomasz Tesznar
Data premiery: 04.06.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 392

„Nigdzie indziej” to debiutancka powieść Tommy’ego Orange, amerykańskiego autora indiańskiego pochodzenia. Jest to debiut zachwycający, który odbił się naprawdę głośnym echem w USA, a najlepszym dowodem tego jest nominacja książki do Nagrody Pulitzera. Otrzymała też kilka ciekawych nagród literackich, innych nominacji również było kilka. Książka jest współczesną rozbudowaną powieścią o aktualnej kondycji rdzennych Amerykanów żyjących w amerykańskich miastach. O ich współczesnym życiu, problemach, rozterkach na tle tradycji i historii tego ludu. Powieść wielka i ważna.
Autor, tak jak bohaterowie powieści, wychował się w mieście Oakland w Kalifornii i należy do grupy plemion Czejenów i Arapahów z Oklahomy. Trzy lata temu ukończył studia na Instytucie Sztuk Indian Amerykańskich, w czerwcu 2018 roku „Nigdzie indziej” ukazało się na rynku amerykańskim. Autor jest w trakcie pisania kolejnych powieści, miejmy nadzieję, że szybko uda mu się skończyć, bo ja już ustawiam się do nich w kolejce!
„To miasto to jedyny dom jaki znam. Nigdzie indziej nie dałbym rady.”
„Nigdzie indziej” opowiada historię 12 osób. Każda z nich wybiera się na wielki zjazd plemienny w Oakland. Ale nie tylko to ich łączy. Każda z tych osób ma swoje korzenie w plemieniu Czejenów, a ich historie przeplatają się ze sobą, łączą się w jedną całość. Czytelnik poznaje jak wygląda aktualne życie miejskich Indian, jak sobie radzą i z jakimi problemami się borykają. Wszystko to sprawdza się do wielkiego finału, który ma miejsce właśnie na stadionie w Oakland podczas wspomnianego zjazdu...
„... w tej chwili Manny nie jest ani tu, ani tam; jest gdzieś pośrodku, pomiędzy dwoma światami; gdzieś, gdzie człowiek może przebywać tylko wtedy, kiedy nie może być nigdzie indziej.” 
Kompozycyjnie książka podzielona jest na prolog, gdzie autor przybliża nam pokrótce i dosyć wyrywkowo całą historię Indian, począwszy od kolonizacji aż po aktualne czasy. Część główna powieści podzielona jest na 4 części, a każda z nich na osoby, za którymi podąża narracja. W drugiej części znajduje interludium, przerywnik opowiadający historię i znaczenie zjazdów plemiennych. Każda z części oraz interludium opatrzone są cytatami oraz grafiką łapacza snów. Z kolei każda osoba zaznaczona jest grafiką piórkiem. Od razu wspomnę też ogólnie o wydaniu – książka została wydana w twardej oprawie, jej wydanie, jak zresztą zawsze u Wydawnictwa Zysk i S-ka, jest bardzo staranne. Tak wydaną książkę czyta się z ogromną przyjemnością.
Książka zaliczana jest do literatury pięknej, jej język jest poetycki, dużo w niej przemyśleń i świetnie uchwyconych spostrzeżeń, które aż proszę się o cytat. Narracja dostosowana jest do każdego z bohaterów, prowadzona jest w sposób bardzo różny, głównie jest trzecioosobowa, ale znajdziemy też miejsca z narracją w pierwszej i w drugiej osobie. Czasy narracji też są różne, opowieść toczy się zarówno w czasie teraźniejszym jak i przeszłym. Na pewno nie wpływa to negatywnie na odbiór, myślę, że jest wręcz odwrotnie. Całość jest naprawdę dobrze i rzetelnie przemyślana.
„Nic jednak nie jest pierwotne i oryginalne, wszystko wywodzi się z czegoś, co było wcześniej; z czegoś, co kiedyś też nie istniało. Wszystko jest jednocześnie nowe, a zarazem skazane na zapomnienie. Dzisiaj przemierzamy więc autobusami, pociągami i samochodami wielkie równiny z betonu; jeździmy ponad nimi i nawet pod nimi. W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swojej ziemi. Ta ziemia jest wszak wszędzie – lub nigdzie.”
Jak już wspomniałam przy opisie książki, bohaterów powieści jest wielu. Każdego z nich poznajemy dosyć dobrze, mimo że wypowiadają się tylko kilka razy. Bohaterowie są różnej płci, różnego wieku. Zajmują różne stanowiska, mają różne doświadczenia. Poprzez każdą z nich poznajemy dokładniej życie miejskich Indian, w każdej historii znajdziemy doświadczenia całego ludu, który przeżył i dalej przeżywa naprawdę dużo. Poznajemy intelektualistów, artystów, alkoholików, dilerów, starców, którzy walczyli w amerykańskich wojnach, a nawet dzieci, które pomimo braku nauk o swoim pochodzeniu, gdzieś w głębi siebie mają je wyryte. Każda z tych postaci tchnie dużo życia w karty powieści, każda z nich mocno zapada w pamięć.
„Może którego dnia zrobię coś takiego, że wszyscy o mnie usłyszą. Być może dopiero wtedy zacznę naprawdę żyć. Być może wtedy wszyscy będą w stanie na mnie patrzeć, bo nie będą mieli innego wyjścia.”
Poprzez historię postaci autor podkreśla główne problemy nękające miejską rdzenną ludność Ameryki. Przez większą część bohaterów przewija się problem alkoholizmu. W każdej z tych rodzin ktoś albo jest uzależniony, albo ponosi konsekwencje takiego uzależnienia (jak np. chłopiec cierpiący na alkoholowy zespół płodowy).
„Niektórzy z nas przez cały czas mają takie poczucie, jakby zrobili coś złego. Jakbyśmy to my sami byli czymś złym. Jakbyśmy się bali, że zostaniemy ukarani za to, kim jesteśmy gdzieś w głębi duszy; tą istotą, którą chcielibyśmy nazwać, ale nie potrafimy. Właśnie dlatego się ukrywamy. Pijemy alkohol, ponieważ on pomaga nam czuć się tak, jakbyśmy mogli wreszcie być sobą i niczego już się nie bać. Ale pijąc go, karzemy też samych siebie.”
Równie poważnym problemem są narkotyki. Część z nich albo jest uzależniona tak jak od alkoholu, albo diluje. Wiąże się to oczywiście z różnymi porachunkami, ludzie tracą życie, bo ktoś wziął i nie zapłacił, zużył czy ukradł.
Trzecim poważnym problemem są samobójstwa. Nie tylko wśród dorosłych, a szczególnie wśród nastolatków. Dzieci, które nie widzą dla siebie przyszłości, które patrząc na swoich rodziców i otoczenie, nie widzą w takim życiu sensu. Cześć historii rozgrywa się na konferencji dotyczącej właśnie tego problemu, pada tam kilka naprawdę mocnych słów.
Czwartym istotnym problemem jest bezrobocie. Niewielu z bohaterów udało się zrobić w życiu karierę, większość z nich to kierowcy, sprzątacze, dozorcy itp. Często też tracą pracę przez nałogi i tak zatacza się błędne koło... Książka mocno naświetla wszystkie te problemy, autor potrafi naprawdę dogłębnie poruszyć czytelnikiem i otworzyć oczy wiele kwestii.

 

Ciężko jest opisać taką powieść. To co tutaj napisałam, nie porusza nawet w połowie tego, co książka naprawdę oddaje. Poprzez te historie, powieść porusza w czytelniku najgłębiej ukryte struny emocji, wzrusza, otwiera oczy, daje do myślenia. Jest pełna emocji, nie tylko tych smutnych, ale i tych pozytywnych. Znajdziemy tu przyjaźń, miłość, wiarę, nadzieję. Ale jest też rozczarowanie, depresja, walka z własnymi demonami. Całkowicie zgadzam się z Atwood, która na okładce głosi, że jest to „zachwycający debiut!”. Jest to powieść kompletna. Nic dodać, nic ująć.

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!



czerwca 16, 2019

Tagliatelle z zielonych szparagów

Tagliatelle z zielonych szparagów

Składniki (2 porcje):
  • 3-4 gniazda pełnoziarnistego makaronu tagliatelle
  • Pęczek zielonych szparagów
  • 3-4 plasterki szynki parmeńskiej/szwarcwaldzkiej/innej ulubionej surowej suszonej
  • 2 ząbki czosnku
  • pełna garść listków bazylii
  • 4 łyżki oliwy
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki wody
  • sól, pieprz
  • tarty parmezan do posypania


Przygotowanie (20min):
Szparagom odłamujemy zdrewniałe końcówki (same łamią się w odpowiednim miejscu), myjemy, osuszamy, odcinamy główki i odkładamy je na bok. Obieraczką julienne do warzyw kroimy pozostałe łodygi na cienkie paski.
Makaron gotujemy al dente w osolonej wodzie według instrukcji na opakowaniu (przeważnie o 9 minut).
Przygotowujemy bazyliowe pesto: 1 ząbek czosnku obieramy, rozmiatamy i wrzucamy razem z umytą bazylią do blendera. Dodajemy 3 łyżki oliwy i 2 łyżki wody, solimy i pieprzymy. Całość blendujemy.
Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy. 1 ząbek czosnku obieramy, rozgniatamy i wrzucamy na patelnię. Szynkę kroimy na kawałki i dorzucamy do czosnku, smażymy 1-2 minuty. Dodajemy szparagi razem z główkami, 1 łyżkę masła, solimy i pieprzymy, podsmażamy od czasu do czasu mieszając 3-4 minuty, aż szparagi lekko się zarumienią, ale pozostaną jeszcze chrupiące. Dodajemy odcedzony makaron, pesto bazyliowe, całość dokładnie mieszamy. Wykładamy na talerze, posypujemy parmezanem, podajemy – smacznego!

Źródło przepisu: kwestiasmaku.com, przepis zmodyfikowany



czerwca 15, 2019

"No, Asiu!" Marika Krajniewska

"No, Asiu!" Marika Krajniewska

Tytuł: No, Asiu!
Cykl: Och, Elvis!, tom 2
Data premiery: 13.02.2019
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 328

„No, Asiu” to drugi tom cyklu przygód Joanny, dyrektorki domu spokojniej starości „Patrycja” i jej podopiecznych. Pierwsza część cyklu „Och, Elvis!” miała swoją premierę latem roku 2018. Już teraz planowany jest trzeci tom pt. „hej, mała!” – jego premiera planowana jest na sierpień tego roku. Z założenia książka ma być lekką, zabawną obyczajówką. Autorka Marika Krajniewska urodziła się i wychowała w Petersburgu, od 20 lat związana jest z Polską, w swojej twórczości czerpie z obydwu kultur. Ma na swoim koncie już kilka powieści, a jej debiutem był „Papierowy motyl” z 2009 roku.

Akcja powieści „No, Asiu!” rozpoczyna się od powrotu Pawła do Polski. Mężczyzna razem ze swoją córką zatrzymują się w osobnym mieszkanku w domu spokojnej starości „Patrycja”. Pomiędzy zabieganiem o względu dyrektorki Joanny, Paweł szybko dogaduje się ze staruszkami i oferuje im swoje usługi krawieckie. Jego przygody splatają się z historią dwóch zwariowanych staruszek Marii i Genowefy, które znowu pakują się w kłopoty.... A w tym wszystkim, chcąc nie chcąc, uczestniczy Joanna....

Kompozycyjnie książka składa się z prologu i 20 rozdziałów. Każdy z nich opatrzony jest cytatem z piosenek Elvisa Presleya. Co mnie urzekło, to sposób oddzielania scen w rozdziałach – zamiast zwykłych gwiazdek mamy nutki 😊 Wygląda to bardzo przyjemnie. Narracja powieści prowadzona jest w 3 osobie czasu przeszłego, narrator podąża na zmianę za głównymi bohaterami powieści. Jest wszystkowiedzący, więc dzieli się z czytelnikiem odczuciami i emocjami postaci przedstawianej.

Tytułową bohaterką jest Joanna. Kobieta 35letnia, która ciągle mieszka razem z matką. Joanna nigdy nie miała szczęścia w miłości, co matka notorycznie jej wypomina, ubolewając, że jej córka nadal jest niezamężna. Joanna żywi uczucia do Pawła, ale okazuje to w bardzo szczeniacki sposób – robi ciągłe uniki, ucieka, zamyka drzwi przed nosem i ogólnie udaje. Szczerze nie polubiłam się z bohaterką, zastanawiam się jakim cudem tak niedojrzała osoba została dyrektorem domu spokojnej starości, bo w jej zachowaniu nie znalazłam za grosz odpowiedzialności i dojrzałości. Kobieta nie ma własnego zdania, ciągle chowa się za kimś innym, a do tego przezwisko „Mała Mi”, prócz oczywiście niewielkiego wzrostu, według mnie nie ma z bohaterką nic wspólnego.

Obiektem westchnień i uników Joanny jest Paweł. Podejrzewam, że ta postać też już pojawiła się w pierwszej części, której nie czytałam, więc z tej wiem tylko tyle, że Paweł dosyć dawno temu przeprowadził się z Warszawy do Petersburga i teraz zdecydował się na powrót. Ma córkę, około 10letnią, która nigdy nie była w Polsce, Paweł wychowywał ją sam. I znowu – Paweł ma bardzo dziecinne zachowania, jego córka jest zdecydowanie doroślejsza od niego. Mężczyzna jest krawcem, chociaż raczej pewnie powinnam powiedzieć projektantem mody. Kocha te zajęcie, nic innego robić nie umie. Pisze też wiersze, których w tym tomie obiektem westchnień jest Joanna, niestety według mnie bardzo kiepski z niego poeta...

Dużo ciekawszymi postaciami są dwie starsze panie, które pełnią rolę przyszywanych cioć dla Pawła. Genowefa jest bardzo uduchowiona, czerpie z natury pełnymi garściami, tuli się do drzew, by poczuć się lepiej. Jest też uzdolniona plastycznie, maluje na kamieniach, które również służą jej w celach terapeutycznych. Jest osobą wesołą i bardzo pozytywną, chętną do pomocy innym. Jej przyjaciółką jest Maria, którą w tym tomie poznajemy dosyć dokładniej. Maria też kiedyś zajmowała się szyciem, teraz zostało jej uwielbienie do niebanalnych ubrań. Jest bardziej racjonalna i mocniej stąpa po ziemi od Genowefy. W tym tomie kilka rozdziałów poświęconych jest retrospekcjom z życia Marii – czytelnik przenosi się w lata 80te do Nowego Jorku, gdzie przeprowadziła się Maria razem ze swoim mężem Michałem. Te wybiegi w przeszłość są pewnym wytłumaczeniem tego, co aktualnie dzieje się z bohaterkami.
„Nie zaglądać w przeszłość, ani w przyszłość. Teraźniejszość musiała jej wystarczyć.”
Przez powieść przewija się jeszcze sporo różnych postaci, trochę staruszków, trochę dzieci, ale to są już postacie drugoplanowe. Ewidentnie postacie te miały mieć podłoże humorystyczne.

Język powieści jest dziwny. Coś było bardzo nie tak ze składnią zdania, często czasownik występował całkowicie na końcu, co raczej zaburzało odbiór powieści. Ogólnie część zdań była dla mnie mocno niezrozumiała, nie wiem co autorka miała na myśli. Ciężko to wytłumaczyć, ale jakby utarte frazesy był rozbite czy niedokończone i na ich podstawie autorka próbowała stworzyć jakieś nowe zdania... No niestety kompletnie to do mnie nie trafiło.

Tak samo nie mogę powiedzieć, że humor powieści był dla mnie zabawny. Żarty i humorystyczne sytuacje były bardzo dziecinne, wszystko to mnie raczej dziwiło i irytowało niż śmieszyło. Tak samo nie jestem w stanie zrozumieć postępowania i zachowania bohaterów. Wszyscy zachowywali się dosyć niepoważnie i to nie w tym zabawnym tego słowa znaczeniu....

Jedyne co trochę ratowało sytuację, to te retrospekcje z czasów młodości Marii. Czytelnik przenosi się z bohaterką na przedmieścia Nowego Jorku i klimat tych wspomnień jest bardzo przyjemny, mimo że nie opisuje on wesołych wspomnień.

Podsumowując, muszę przyznać, że książka mnie mocno rozczarowała. Sięgnęłam po nią trochę przez przypadek i gdyby nie to, że jest to książka do recenzji, to raczej bym jej nie doczytała do końca. Wszystko w tej powieści mnie drażniło, irytowało i przez dużą jej część po prostu nie wiedziałam o co autorce chodziło. Chciałabym powiedzieć, że książka może się spodobać wielbicielom lekkich obyczajówek, ale niestety przez tą składnie zdania uważam, że dla każdego czytelnika książka może być ciężka w odbiorze.

Moja ocena: 3/10

Książkę zyskałam dzięki portalowi czytampierwszy.pl
www.czytampierwszy.pl





czerwca 13, 2019

Orzeźwiający napój rabarbarowy

Orzeźwiający napój rabarbarowy


Składniki (2l napoju):
  • 2l wody
  • 100g białego cukru (jeśli napój ma być kwaskowaty) lub 150g (jeśli napój ma być słodko-kwaśny)
  • ok. 500g rabarbaru (świeży lub mrożony)
  • kilka gałązek mięty


Przygotowanie:
Wodę razem z cukrem zagotowujemy w dużym garnku. Wrzucamy rabarbar z miętą (wcześniej myjemy, rabarbar świeży kroimy na średniej wielkości kawałki), doprowadzamy do wrzenia i odstawiamy do ostudzenia. Napój przelewamy przez sitko, pozostały rabarbar lekko odciskamy. Napój wkładamy do lodówki na kilka godzin. Nalewamy do szklanek i delektujemy się chłodnym orzeźwieniem!

Źródło przepisu: Kuchnia Polska według Pawła Małeckiego, wyd. Kuchnia Lidla, przepis zmodyfikowany

czerwca 12, 2019

"Podejrzany na wieki wieków" Jacek Getner

"Podejrzany na wieki wieków" Jacek Getner

Tytuł: Podejrzany na wieki wieków
Cykl: Na wieki wieków, tom 1
Data premiery: 15.03.2019
Wydawnictwo: Zakładka
Liczba stron: 246

„Podejrzany na wieki wieków” to najnowsza komedia kryminalna autorstwa Jacka Getnera. Autor ma na swoim koncie już kilkanaście pozycji literackich, najbardziej znany jest jednak z serii o Panie Przypadku, która w ty momencie liczy już 7 tomów! Jak dla mnie to było jednak pierwsze spotkanie z twórczością Pana Getnera, i szczerze muszę powiedzieć, że wcześniej o autorze nie słyszałam...
Jacek Getner, gdy nie pisze książek, to pisze dialogi do polskich seriali i gier komputerowych. Na swoim koncie ma już np. Daleko od noszy, Klan czy Wiedźmin 2. Kiedyś jego głównym źródłem utrzymania była praca na stanowisku copywritera, i takim też zawodem obdarował bohatera „Podejrzanego na wieki wieków” Bazylego Jacaka.

Akcja „Podejrzanego na wieki wieków” rozpoczyna się od rozmowy wspomnianego już Bazylego z jego aktualnym zleceniodawcą, prezesem Dropesztu – firmy produkującej pasztety. Rozmowy to za dużo powiedziane, Bazyli wygłasza wściekły monolog, po czym odkrywa, że odwrócony do niego tyłem prezes jest martwy. Bohater panikuje i ucieka z miejsca wydarzeń. Policja tego samego dnia zaczyna go szukać, a Bazyli zasięga pomocy u swojej partnerki Barbary. Kobieta daje mu schronienie i obiecuje, po jego usilnych namowach, że sama znajdzie prawdziwego mordercę. Co nie jest takie łatwe, podejrzanych jest dużo, a Barbara, jako że jest dyrektorem w bardzo poważnej firmie, to notorycznie cierpi na brak czasu. Do tego policja, w osobie przystojnego podkomisarza Martusia,  ciągle depcze jej po piętach...

Kompozycyjnie książka podzielona jest na 40 krótkich rozdziałów. Każdy z nich opatrzony jest własnym tytułem. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, podąża za kilkoma bohaterami powieści. Książkę czyta się w tempie ekspresowym, miałam ją tylko zacząć, a przeczytałam całą na raz 😊 Styl narracji jest bardzo lekki, zabawny, można się przy nim całkowicie zrelaksować.

Głównym bohaterem powieści jest wspomniany już Bazyli Jacak. Freelancer, copywriter, mężczyzna po 30tce, którzy ciągle mieszka z matką i buja w obłokach. To właśnie on jest tytułowym podejrzanym. Przez całe życie jest podejrzany, mimo że nigdy nie zawini, jakimś dziwnym zrządzeniem losu zawsze pierwsze dowody wskazują na niego. Wszyscy w jego otoczeniu są już przyzwyczajeni do takiego obrotu sprawy, także nawet podejrzenia o morderstwo nikogo z nich nie dziwią – wiedzą od razu, że bohater jest niewinny. Bazyli jest człowiekiem bardzo kreatywnym, niestety kompletnie oderwanym od rzeczywistości. Ot, artysta.
„A który z wielkich pisarzy był odpowiedzialnym mężczyzną? Jeśli się chce tworzyć wielkie rzeczy, trzeba zapomnieć o byciu odpowiedzialnym. Trzeba wszystko burzyć, dekonstruować, zaczynać od nowa, przerywać na nice, nie liczyć się z otoczeniem, tylko tworzyć!”
Jego partnerką jest Barbara Kotula. Poważna kobieta, która całe życie miała problem ze znalezieniem partnera, więc z braku laku zostaje przy Bazylim, chociaż powoli zaczyna tracić nadzieję, że mężczyzna w końcu wydorośleje i się jej oświadczy. Basia nigdy nie życiu nie przeczytała żadnego kryminału, za to z uwielbieniem czytuje romanse, co po części chyba wpływa na jej postrzeganie świata.

Zamordowanym jest prezes Brzózka, bardzo ciekawa postać. Człowiek, który mocno skąpi na reklamę, na złość żonie koniecznie chce udowodnić, że właśnie reklama nie ma wpływu na sprzedaż. Dlatego też aktualnie firma zaczyna borykać się ze spadkiem zainteresowania nabywców ich produktem. Z natury Brzózka czyje się sarmatą, uwielbia broń białą, szermierkę, nawet w jego gabinecie nad biurkiem wiszą dwie szable, którymi chwali się każdemu, kto się u niego zjawia i z równie wielką chęcią wpycha je wszystkim do ręki.

Równie ciekawą postacią jest matka Bazylego. Pojawia się tylko raz czy dwa, ale jest to naprawdę świetna kreacja. Malarka, amatorka jasnowidzenia, która bez przeszkód potrafi wyczuć aurę człowieka. Jej rozmowa z policją jest jedną z najzabawniejszych scen w całej powieści!
„Zycie jest takie szare, czasem warto je trochę ubarwić”.
Przez książkę przewija się jeszcze wiele bohaterów i każdy z nich jest wart uwagi. Ja jednak odsyłam Was do książki, a tutaj tylko zaznaczę, że autor potrafi naprawdę dobrze uchwycić charaktery ludzkie – wiadomo, jak to w komedii, są one trochę przerysowane i podkoloryzowane, ale jak na tak mało rozbudowaną książkę, są naprawdę świetnie zarysowane. W dialogach możemy też zaobserwować, że autor dobrze zna się na relacjach damsko-męskich – potrafi uchwycić wszystkie te małe niuanse, które nieraz doprowadzają do szału w związku – to co kobiety sugerują, a mężczyźni nie potrafią uchwycić i tym podobne szczegóły. Bardzo to wszystko jest życiowe.

Co do samego stylu prowadzenia narracji – książka składa się głównie z dialogów lub monologów wewnętrznych bohaterów. Na początku trochę to było dziwne, ale szybko się przyzwyczaiłam i myślę, że to właśnie taki styl nadaje tempa i dynamizmu powieści.

Prócz sporej dawki humoru, w książce znajdziemy sporo ciekawostek z życia copywritera. Autor dokładnie opisuje jak wygląda praca w agencji reklamowej, jak to wszystko wygląda od podszewki i oczywiście nie skąpi sarkazmu i krytyki. Muszę przyznać, że czytałam te fragmenty z bardzo dużym zainteresowaniem.

Na koniec jeszcze powiem o kilku ciekawostkach z książki – dużo jest dziwnych, śmiesznych nazwisk np. Smyk, Całus, Martuś. W powieści kilka razy przewijają się inne tytuły autora, co jest bardzo fajnym zabiegiem, bo tworzy całość z dorobku autora. No i na końcu, co ważne dla książkoholików, przez powieść często przewija się właśnie czytanie książek. Bohaterowie czytają, mówią o nich, nawiązują do książek w swoich rozmowach. Miłośnicy książek na pewno to docenią.

Jedyne co mnie rozczarowało w powieści to zakończenie. Tutaj autor trochę przeczy swoim świetnie zbudowanym charakterom postaci, jak dla mnie ich działania były dziwne i nieuzasadnione, kompletnie nie zgrały się z wcześniejszym przedstawieniem bohaterów. Ale to tylko taka mała uwaga, ogólnie książkę czyta się bardzo lekko i szybko, jest idealną rozrywką na wieczór lub dwa.

Moja ocena: 6,5/10

Książkę zyskałam dzięki portalowi czytampierwszy.pl

www.czytampierwszy.pl







czerwca 12, 2019

"Dziennik kata" John Ellis

"Dziennik kata" John Ellis

Autor: John Ellis
Tytuł: Dziennik kata
Cykl: Rozmowy z katem, tom 2
Tłumaczenie: Grzegorz Kołodziejczyk
Data premiery: 30.04.2019
Wydawnictwo: Aktywa
Liczba stron: 290

„Dziennik kata” to drugi tom z cyklu „Rozmowy z katem”. O pierwszym „Spowiedź polskiego kata” pisałam niedawno (tutaj!). „Dziennik kata” jest jednak całkowicie różny od pierwszego. Nie znajdziemy tutaj suchych faktów i obszernej wiedzy na tematy pokrewne, a wspomnienia pierwszego kata Wielkiej Brytanii. Dziennik John Ellis spisał (czy bardziej podyktował) już na emeryturze, bo jak sam mówi, podczas pełnienia swojego urzędu gdy tylko raz udzielił wywiadu do gazety, to przysporzyło mi to wiele nieprzyjemności. Ellis funkcję kata sprawował 23 lata (1901-1924) podczas których wykonał wyroki na 203 skazańcach.

Książka podzielona jest na przedmowę, 11 rozdziałów i epilog. W każdym z rozdziałów Ellis opisuje 2-3 zbrodniarzy, czyli dokładnie relacjonuje przebieg zbrodni i zatrzymania, po czym przechodzi do opisu swoich spostrzeżeń i relacji z egzekucji. Często też autor wtrąca swoje zdanie na ten temat, nie stroni od wyrażania swoich opinii. Prócz opowieści w książce zamieszczone też są czarno-białe fotografie skazańców oraz kilka przytoczonych listów do kata. Ogólnie, pomijając fakt, że jest to opis zbrodni i śmierci wielu skazańców, to książkę czyta się bardzo lekko – jak stare, angielskie klasyczne opowiadania. Sam Ellis jest człowiekiem bardzo spokojnym i na kartach powieści to naprawdę czuć. Jakby tego było mało to książka opisuje czasy mojej ukochanej Anglii z początku XX wieku, więc nie mogę powiedzieć nic innego, jak to, że czytałam ją naprawdę z dużą przyjemnością. W końcu pomiędzy tymi wszystkim zbrodniami, wyrokami i egzekucjami, przewijają się też elementy życia codziennego.

Co wiemy o samym kacie? John Ellis wywodził się z bogatszej rodziny robotniczej – jego ojciec prowadził swój własny zakład fryzjerski. John miał go kiedyś przejąć, jednak nie był to tego skory...
„... przerażony perspektywą,  że zawodowy trud mojego życia odmierzany będzie liczbą strzyżeń i goleń, postanowiłem uciec.”
W tym czasie trochę tułał się po świecie, pracował w fabrykach, poznał swoją przyszłą żonę. I zgłosił swoją kandydaturę na kata. Miał wtedy 22 lata i jak sam przyznaje pomyślał, że jest to
„robota w sam raz dla mnie”
jednak nie potrafił powiedzieć dlaczego. W końcu wrócił do rodzinnej miejscowości i otworzył swój własny zakład fryzjerski. Tak więc pierwszy angielski kat był na co dzień fryzjerem. Często przyjmował klientów, którzy byli bardziej zainteresowani egzekucjami niż strzyżeniem. Jednak John niechętnie odpowiadał na pytania z tym związane, uważał, że nie jest to temat do nagłaśniania.

Ogólnie John Ellis był niesamowicie opanowanym, współczującym i humanitarnym katem. Zwracał uwagę na każdą jedną drobnostkę, by ta nie zakłóciła przebiegu egzekucji. Bardzo zależało mu na czasie, zawsze dążył do tego, żeby wyrok wykonać jak najszybciej. Czasami zajmowało to naprawdę kilka sekund mierzonych od wyjścia skazańca z celi do zawiśnięcia.
„W całym moim życiu nikogo nie sponiewierałem. Moja koncepcja tej roboty polega na tym, żeby załatwić rzeczy najprędzej jak się da, bo tak jest najlepiej dla wszystkich zainteresowanych”.
Ellis przedstawia czytelnikowi cały przebieg egzekucji – od dnia poprzedniego, bo zawsze dzień wcześniej popołudniu zjawiał się w zakładzie karnym i omawiał całe wydarzenie z naczelnikami i lekarzami. Zdradza czytelnikowi co wtedy się działo, co robił i po co. Tak samo dokładnie opisuje wszystkie swoje czynności, które wykonywał rano w dniu egzekucji i sam jej przebieg. Wszystko miało u niego swoją kolejność, każde działanie było szybkie i uzasadnione. Chwilami nawet dziwiła mnie jego empatia i współczucie do skazańców – mimo tego, że w większości uważał ich za winnych popełnionych morderstw, to jednak traktował ich bardzo po ludzku.
„Nawet najokrutniejszy morderca zasługuje na współczucie rano w dniu egzekucji.”
Sama nie wiem czy byłabym w stanie mieć tyle wyrozumiałości dla morderców. A John Ellis miał. Więc mimo swojej funkcji, ciężkiego i dosyć mrocznego zawodu ( w końcu pozbawiał ludzi życia) z kart książki powstaje obraz człowieka dobrego, bardzo empatycznego i spokojnego.
„...choć nigdy nie wstydziłem się tego, że jestem katem, nie pragnąłem też osobistych hołdów za to, że kogoś powiesiłem. Zawsze uważałem siebie za skromne narzędzie prawa.”
Prócz podejścia Ellisa do sprawy, czytelnik może też sporo dowiedzieć się o przebiegu procesu i traktowaniu skazańca przez pracowników więzienia. Szokiem dla mnie było to, jak szybko przebiegał cały proces, w kilka dni, a czasami nawet godzin sąd z ławą skazywał lub uniewinniał oskarżonego. Tak samo apelacje były rozpatrywane w tempie ekspresowym, dosłownie kilku dni. W aktualnych czasach ciężko to sobie wyobrazić, teraz procesy i odwołania mogą ciągnąć się latami.
Skazaniec, po ogłoszeniu wyroku śmierci, był traktowany bardzo opiekuńczo i łagodnie. Miał przy sobie cały czas dwóch strażników, którzy, prócz pilnowania skazańca, mieli za zadanie zabawiać go rozmową, by nie myślał za dużo o wyroku. Jego cela była zawsze położona bardzo blisko miejsca egzekucji, tak by skazaniec miał jak najkrótszą drogę do szubienicy. Dosłownie kilka kroków. Wszyscy zarządzający więzieniem jak i lekarz mieli na uwadze dobro skazańca, traktowali go z dobrocią. Bardzo to wszystko humanitarne, ciężko sobie wyobrazić, że nie pałali nienawiścią do skazańców – w końcu przecież, by dostać wyrok skazujący na śmierć, musieli pozbawić życia innego człowieka, czasami w sposób naprawdę makabryczny. Więc ten spokój i równowaga, wzgląd na dobro skazańca są bardzo ciekawym i teraz chyba nieczęsto spotykanym podejściem.

Podsumowując, „Dziennik kata” jest całkowicie inną lekturą niż „Spowiedź polskiego kata”. Książkę, mimo tematu, czyta się bardzo lekko, szybko i z zaciekawieniem. John Ellis tak jak do samych egzekucji, tak do swojego dziennika bardzo się przyłożył, widać, że zadbał o każdy szczegół opowieści. Nie znajdziemy tutaj brutalnych opisów, wszystko jest spokojne, stonowane i mocno humanitarne. No i dla mnie świetnym dodatkiem były szczegóły z życia codziennego w Anglii początku XX wieku. Nie mogę nic książce zarzucić, a autora podziwiam za jego ludzkie podejście do skazańców. Naprawdę nie wiem czy ja byłaby w stanie okazać tyle spokoju i zrozumienia co on.
„Zawsze byłem przekonany, że za wykonanie egzekucji na skazańcu nie ponoszę większej odpowiedzialności niż sędzia, który odczytał wyrok śmierci” 
Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Aktywa!

czerwca 12, 2019

"Martwy sad" Mieczysław Gorzka - zapowiedź

"Martwy sad" Mieczysław Gorzka - zapowiedź

Dokładnie za tydzień swoją premierę będzie miała debiutancka powieść Mieczysława Gorzki pt. "Martwy sad". Jest to klimatyczny kryminał, podczas czytania którego poczujecie dreszcze na plecach! 

Jakie tajemnice kryje przykościelny sad?Komisarz Marcin Zakrzewski zostaje w środku nocy wezwany do brutalnego morderstwa na jednym z osiedli na obrzeżach Wrocławia. Podczas pościgu za zabójcą słyszy od niego tajemniczy przekaz: „Widziałem, jak diabeł chodzi tam na palcach”. Te same niepokojące słowa usłyszał trzydzieści lat wcześniej z ust brata bliźniaka, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Zakrzewski postanawia wrócić do sprawy z przeszłości. Szybko odkrywa, że spokojna podwrocławska wieś, z której pochodzi, od wojny jest milczącym świadkiem zaginięć także innych dzieci. Te tragiczne zdarzenia łączą się z kolei z morderstwami popełnionymi obecnie. Czy to możliwe, żeby ten sam sprawca działał nieprzerwanie od siedemdziesięciu lat? Powrót do wspomnień z dzieciństwa okazuje się dla policjanta prawdziwym koszmarem, rozgrywającym się tu i teraz. Wkrótce musi walczyć o życie nie tylko swoje, ale i bliskich mu osób. Morderca staje się jego cieniem i zdaje się wiedzieć o nim wszystko...



Autor na co dzień jest właścicielem firmy zajmującej się księgowością i podatkami, ale pisanie zawsze było jego największą pasją. Do tej pory pisał do szuflady, teraz w końcu nadszedł czas na jego pierwszą wydaną powieść! "Martwy sad" jest pierwszym tomem cyklu "Cienie przeszłości" więc jest na co czekać!




Autor: Mieczysław Gorzka
Tytuł: Martwy sad
Cykl: Cienie przeszłości, tom 1
Data premiery: 19.06.2019
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 416




czerwca 08, 2019

"Trauma" Max Czornyj

"Trauma" Max Czornyj

Tytuł: Trauma
Cykl: komisarz Eryk Deryło, tom 4
Data premiery: 24.04.2019
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 400
Audiobook wydany przez Wydawnictwo Filia i Storyside, 8h 17min, czyta Robert Jarociński

   „Trauma” to 4 tom przygód komisarza Eryka Deryły autorstwa Maxa Czornyja. Autor debiutował w 2017 roku pierwszym tomem cyklu pt. „Grzech” i od razu jego powieść została ciepło przyjęta przez czytelników. Ciepło to może nie do końca dobre słowo jeśli mowa o autorze, bo znany jest raczej z tego, że lubuje się w bardzo dosadnych i mocno realistycznych opisach zbrodni i trupów. Autor urodził się i studiował prawo w Lublinie i właśnie w tym mieście umieszcza akcje swoich powieści. Jak twierdzi, pisze tak by samemu przy pisaniu odczuwać emocje, uważa że jeśli jego coś będzie obrzydzać czy wzbudzać dreszcze, to tak samo będzie z czytelnikiem.

   Akcja „Traumy” rozpoczyna się od dziwnego maila, który zostaje wysłany do redakcji lubelskiej gazety. List został wysłany z maila nieżyjącego już pracownika redakcji, mówi coś o Grze w szczęście, w której będą ginąć ludzie. Sprawa ta trafia w ręce komisarza Eryka Deryły i nowej pracownicy lubelskiej policji Tamary Haler. Szybko zaczynają pojawiać się ofiary gry, a morderca wymyśla nowe sposoby na przyciągnięcie uczestników...

Kompozycyjnie powieść składa się z 96 krótkich rozdziałów. Narracja prowadzona jest w 3 osobie czasu przeszłego, głównie podąża za komisarzem Deryło, ale nie tylko – śledzimy też mordercę, dziennikarkę do której dociera mail, jak i przyszłe ofiary. Język jest prosty, styl szybki, chociaż mimo pędzącej akcji autor zdołał zawrzeć w powieście sporo różnych ciekawostek, które świadczą o ogólnym zasobie wiedzy autora.

Głównym bohaterem jest dobrze już znany czytelnikowi komisarz Eryk Deryło. Bystry, inteligenty, ale i porywczy starszy pan, chociaż nie zachowuje się jak taki. Mógłby już pójść na emeryturę, ale ciągle jest pełny werwy i energii do pracy. Po niedawnej tragedii jaka go spotkała, w sumie tylko to mu zostało. Nałogowo składa origami, teraz już nie znajduje ukojenia w kiedyś tak kochanej muzyce.

Nową postacią jest Tamara Haler. Przeniesiona niedawno do Lublina, mogłaby być córką Deryło i czasami tak ją bohater właśnie traktuje. Jest bystra, spostrzegawcza, specjalizuje się w psychologii, to ona kreśli profil mordercy. Nałogowo zjada draże, które zastępują jej papierosy. Jeździ na motorze, co bardzo nie podoba się Deryle.

Znaną postacią z wcześniejszych tomów jest też Brzeski, który również pomaga w śledztwie. Młody, ambitny, ma dziecko w drodze.
Szczerze w powieści się tyle działo, że nie zwracałam aż takiej uwagi na bohaterów, co zawsze, nie wiem, może to tylko moje niedopatrzenie, ale nic więcej ciekawego nie umiem na ich temat powiedzieć...

Styl prowadzenia narracji bardzo przypomina mi prozę Mroza. Jest dużo ciekawostek wplecionych w rozmowy, książka porusza ważny i aktualny temat, humor jest trochę uszczypliwy i ironiczny. Co Czornyja jednak wyróżnia to bardzo szczegółowe, obrazowe opisy otoczenia. Jego sposób przedstawienia bardzo kojarzy mi się z turpizmem, uwielbieniem brzydoty, każdy taki opis wywołuje ciarki.

Początkowe działania mordercy, film na żywo, skojarzyły mi się z „Behawiorystą” Mroza. Ale autor poszedł dalej, morderca do swojego planu wykorzystuje też stworzoną przez siebie aplikację. Tym samym powieść porusza temat rzeczywistości wirtualnej, to jak ludzie się w niej zachowują, to że dla dużej grupy osób to, co jest w komputerze jest tylko wirtualne, nie potrafią tego przenieść na życie rzeczywiste. W powieści narrator często przytacza komentarze zamieszczane pod filmami czy artykułami, które jednoznacznie świadczą o tym, że dla ludzi siedzących po drugiej stronie monitora to tylko zabawa, nie rzeczywistość.

Drugim ważnym tematem powieści jest dawstwo narządów. Nawet w posłowiu autor przybliża ten temat, zaznaczając jak istotna jest to kwestia. Przedstawia nam poglądy kościoła na przekazywanie narządów, krytykując podejście katolików, którzy chowają się za pozornie chrześcijańskimi wartościami. Mówi o tym jak mało ludzi wciąż decyduje się na oddawanie organów, naświetla i dobrze przedstawia problem. Jestem ciekawa czy ktoś czytając tą książkę zmienił na ten temat zdanie.

Jako że list mordercy przychodzi do redakcji gazety, to tym samym autor zapewnia sobie kolejny ciekawy temat. Mówi kilka słów o aktualnej kondycji prasy polskiej.

   Ogólnie książka mi się podobała. Prócz wartkiej i wciągającej akcji, autor zdołał też przemycić zarówno mało znaczące ciekawostki z życia wzięte, jak i te całkiem poważne tematy. Dla mnie to była głównie dobra rozrywka, stęskniłam się już za komisarzem Deryło, więc dobrze było znowu posłuchać o jego przygodach. Lektura łatwa, szybka i niewymagająca.

Moja ocena: 7/10


czerwca 06, 2019

Makaron ze szpinakiem i wędzonym łososiem

Makaron ze szpinakiem i wędzonym łososiem

Składniki (2 porcje):
  • 2 porcje pełnoziarnistego makaronu tagliatelle (ok. 200g)
  • 150-200g szpinaku (może być mrożony)
  • 2 ząbki czosnku
  • 150g wędzonego łososia (ja używam wędzonego na gorąco, w jednym kawałku)
  • 3 łyżki śmietany 30% lub 36%
  • 1 łyżka masła
  • cytryna do skropienia

Przygotowanie (15min):
Makaron gotujemy al dente w osolonej wodzie zgodnie z instrukcją na opakowaniu (przeważnie 8 minut). Jeśli używamy mrożonego szpinaku to rozmrażamy go na patelni. Łososia pozbawiamy skóry i kroimy na średniej wielkości kawałki. Czosnek obieramy i rozgniatamy. Na patelni rozgrzewamy masło, dodajemy czosnek, chwilkę podsmażamy, dodajemy łososia i znowu chwilkę smażymy. Dodajemy szpinak i odcedzony makaron, polewamy śmietaną i dokładnie mieszamy. Wykładamy na talerze, skrapiamy cytryną i podajemy, smacznego!

Źródło przepisu: kwestiasmaku.com, przepis zmodyfikowany