kwietnia 27, 2020

"Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

"Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

Autor: Nadia Szagdaj
Tytuł: Sprawa pechowca
Cykl: Kroniki Klary Schulz, tom 1
Data premiery: 16.10.2019
Wydawnictwo: Dragon
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał retro

Życie Nadii Szagdaj mocno związane jest ze sztuką i szeroko pojętą kulturą. Z wykształcenia jest wiolonczelistką i śpiewaczką operową. Z pasji pisarką. Zajmuje się również fotografią i filmem. Od lat zafascynowana dawnym Wrocławiem, daje temu obraz we wszystkich swoich powieściach. Debiutowała w 2009 roku powieścią fantasy, w 2013 roku rozpoczęła cykl Kronik Klary Schulz – kryminałów retro z akcją osadzoną w początkach XX wieku. Od tego czasu o bohaterce ukazały się jeszcze 4 powieści oraz 2 osobne, niepowiązane thrillery dziejące się współcześnie. Przy okazji zmiany wydawcy cykl o Klarze został wznowiony w nowej szacie graficznej, na ten moment ponownie wydane zostały dwa pierwsze tomy serii. „Sprawa pechowca” jest tomem otwierającym cały cykl. W swoich zbiorach mam już też drugi tom, którego recenzja ukaże się niebawem.

„Sprawa pechowca” rozpoczyna się w 1910 roku w breslauskiej operze. Podczas sztuki „Czarodziejski flet” Mozarta dochodzi do spektakularnego morderstwa. Odtwórca roli Papagena, który w sztuce ma podjąć nieudaną próbę samobójczą, zostaje powieszony na oczach publiczności. Na miejscu jest Klara Schulz ze swoim mężem, lekarzem, dzięki czemu już na wstępie ma wstęp za kulisy. Sprawę oczywiście przejmuje policja, jednak śledztwo prowadzą tak nieudolnie, że po kilku dniach do Klary zgłasza się partner zamordowanego z prośbą po przeprowadzenie prywatnego śledztwa. Klara jest mocno podekscytowana, to jej pierwsze duże zlecenie, od wyników którego zależy jej dalsza kariera detektywistyczna. Czy Klara zdoła rozwiązać zagadkę morderstwa nim zabójca uderzy ponownie?

Książka składa się z trzynastu różnej długości rozdziałów. Poprzetykane są zdjęciami starego Wrocławia oraz wycinkami z tytułowych Kronik Klary. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, główne podąża za bohaterką. Styl powieści wzbudził we mnie mieszane odczucia. Z jeden strony mocno skupia się na opisach dawnego Wrocławia, co oczywiście zaliczam na plus. Widać, że autorka spędziła długie godziny w archiwach, zrobiła naprawdę bogaty research. Z drugiej strony jednak coś mi nie pasowało w warstwie językowej wypowiedzi bohaterów. Język z jednej strony stara się naśladować styl dawnych powieści, tak by było lekko i powabnie, z drugiej chwilami bohaterowie wypowiadają się bardzo współcześnie, co kompletnie nie zgrywa się z dawnym klimatem. Im dalej w lekturę tym większy zgrzyt z tego powodu czułam. Mam jednak nadzieję, że w dalszych tomach udało się autorce wypracować jakiś balans, w końcu „Sprawa pechowca” to dopiero druga jej książka, pierwsza napisana w takim stylu.

Skupmy się teraz na chwilę na plusach powieści. O jednym już wspomniałam – to świetnie przedstawiony dawny Wrocław z początku XX wieku. Opisy budynków, ulic, parków, restauracji są bardzo szczegółowe i klimatyczne, widać, że autorka mocno się tym fascynuje. Dodatkowo kilka fotografii zamieszczonych w odpowiednich miejscach dodaje książce na atrakcyjności.

Druga sprawa, która wzbudziła mój entuzjazm, to osadzenie akcji w operze, w środowisku artystycznych. Tu też razem z bohaterką zwiedzamy wnętrze gmachu opery, poznajemy się trochę na zwyczajach panujących w tych kręgach. Ponadto w tekście widać wielka miłość autorki do muzyki, którą ubiera w zgrabne słowa.
„Głosy śpiewaków sprawiły, że na chwilę, chcąc nie chcąc, uległa unoszącemu się w powietrzu czarowi muzyki, która od lat wabiła prostotą i wdziękiem. Schematyczność i przewidywalność kompozycji Mozarta przywodziła jej na myśl miłosne uniesienia. Logika była tu taka sama. Mimo ich powtarzalności i świadomości ich konsekwencji wciąż chciało się je przeżywać od mowa. Podobnie było z Mozartem – wciągał, więził na zawsze i nigdy się nie nudził. A był taki prosty i przewidywalny.”
Trzecim plusem jest wyposażenie Klary w ogromną determinację. Początek XX wieku to były czasy, kiedy kobiety chętniej widziano na drugim planie, w roli pań domów czy gospodyń. Klara jednak nie jest skora do siedzenia w domu, ona chce być policjantką, a jak się nie da to detektywką. Od postaci bije bardzo mocny feminizm pod względem równouprawnienia.
„Zastanawiała się – choć czasem powtarzała sobie w duchu, że to głupie – czy ta prosta dziewczyna nie ma przypadkiem lepszego życia od niej. Bez konwenansów, opinii, potrzeby podobania się na każdym kroku bogatym znajomym męża. Bez ironii i obłudy, jaka panowała w tak zwanych wyższych sferach.”
Jednak w większości Klara wzbudza we mnie negatywne odczucia. Kompletnie się z nią nie polubiłam, mimo że starałam się jej impulsywne zachowanie tłumaczyć młodym wiekiem, to jednak z biegiem lektury to nie wystarczyło. Klara jest ogromną egoistką, cały świat musi się kręcić wokół niej. Jest też głupio uparta i lekkomyślna. Mimo że podstawy postaci są dobre – Klara ma 25 lat, od 5 lat jest mężatką i matką, jej mężem jest szanowany lekarz, a dnie spędza, jeśli nie na śledztwie, to na malowaniu. Dawno temu przeżyła wielką tragedię, co przeważyło szalę o jej przyszłym zawodzie. Jej ojciec jest emerytowanym policjantem, który nie tylko jej pomaga, ale i użycza własnych znajomości. Potencjał postaci jest więc ogromny, jednak okropny charakter, w który wyposażyła ją autorka, spowodował, że z czasem książkę czytało mi się już naprawdę bardzo ciężko. Miałam ochotę potrząsnąć bohaterką, wytknąć jej głupotę, lekkomyślność i egoizm. Dawno żadna postać mnie tak nie irytowała jak Klara. Tutaj też jednak mam nadzieję, że może w dalszych tomach kobieta trochę dojrzeje i jej charakter się utemperuje.

Co do samej sprawy, akcji powieści, to pomysł był ciekawy, ale też wydaje mi się, że poszedł trochę w przesadę. Nie mogę tu zdradzić za dużo, by nie ułatwić Wam rozwiązania zagadki, ale były momenty, gdy morderca epatował przesadną brutalnością, a śledztwo Klary kompletnie nie poruszało się do przodu z… no właśnie, bez powodu. Trochę się tych małych wpadek nazbierało i znowu im dalej, tym mocniej były one zauważalne.

Ogólnie mam bardzo mieszane odczucia co do tej powieści. Nie jestem pewna czy dotarłabym do rozwiązania zagadki, gdyby to nie był egzemplarz recenzencki – tak mocno Klara mnie ostatecznie irytowała. Doceniam jednak umieszczenie akcji w środowisku artystycznym, odniesienia do muzyki i cudowny, klimatyczny stary Wrocław. Po drugi tom sięgam w nadziei, iż autorka już się trochę wyrobiła w stylu, a Klara dojrzała. Mam nadzieję, że tym razem się nie zawiodę.

Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Dragon!

kwietnia 25, 2020

"Wrzask" Izabela Janiszewska

"Wrzask" Izabela Janiszewska

Autor: Izabela Janiszewska
Tytuł: Wrzask
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał

„Wrzask” Izabeli Janiszewskiej to kolejny polski debiut kryminalny wydany nakładem Wydawnictwa Czwarta Strona Kryminału, co moim zdaniem, jest gwarancją przynajmniej dobrej, jak nie bardzo dobrej lektury. Z każdym kolejnym tytułem przekonuję się, że mogę im ufać, bo oni dobrze wiedzą jak powinien wyglądać rasowy kryminał.
I tak też jest i tym razem. Literacką debiutantką jest Izabela Janiszewska, matka, żona, dziennikarka prasowa i telewizyjna. Z tematami, które porusza w swojej pierwszej książce (głównie mam tu na myśli sponsoring) spotkała się już wcześniej, przy okazji swoich dziennikarskich reportaży. Teraz zabiera głos w beletrystyce, poprzez bardzo popularny gatunek literacki opowiada o krzywdach i wpływach wychowania i społeczeństwa na poszczególne jednostki.
„Jakie to uczucie, gdy krzyczysz, a twój głos wpada w próżnię?”
Historia „Wrzasku” rozpoczyna się od morderstwa. Bruno Wilczyński, detektyw warszawskiej policji zostaje wezwany do potencjalnego samobójstwa. Młoda dziewczyna, w dużym, przestronnym apartamencie została znaleziona martwa. Wygląda na to, że zażyła tabletki i popiła alkoholem. W mieszkaniu brak jakichkolwiek śladów osób trzecich, ale Bruno ma przeczucie, że z tą śmiercią wiąże się coś dużo głębszego, sięgającego wielu lat wstecz… W tym samym czasie Larysa, bardzo specyficzna dziennikarka, wpada na trop brutalnego sponsora, który wykorzystuje studentki. To ktoś przy władzy, z dużym zapleczem finansowym i znajomościami, kto myśli, że może krzywdzić innych do woli. Larysa ma swoje zdanie na ten temat, postanawia odkryć kim jest ten człowiek i napisać na jego temat duży artykuł. Czy te dwie sprawy się łączą? Czy bohaterowie dadzą radę rozwiązać obydwie zagadki? I czy świat w końcu usłyszy wrzask?!

Książka dzieli się na ‘wcześniej’ i ‘teraz’. ‘Wcześniej’ to krótki prolog, ‘teraz’ to część główna powieści. Nie ma podziału na rozdziały, jest podział na sceny, przedstawione z punktu widzenia trzech postaci: Larysy, Brunona i Emilii. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Styl jest lekki i przyjemny, widać, że autorka od lat na co dzień ma do czynienia ze słowem pisanym, posługuje się nim sprawnie, nie ucieka w wulgaryzmy czy potoczności. Książkę czyta się dobrze, historia wciąga.

Bohaterowie „Wrzasku”, jak to często w kryminałach bywa, są mocno poturbowani przez życie, niosą ze sobą naprawdę spory bagaż ciężkich przeżyć i doświadczeń. Jest dziennikarka, która za wszelką cenę dąży do ujawnienia krzywd i ich sprawców, nie waha się i nie boi konsekwencji. Jest opryskliwa i bezpośrednia, zdecydowanie nie można nazwać jej miłą.
„Wszystkie jej reportaże dotykały tematów przemocy seksualnej, przemocy domowej, krzywdzenia dzieci i mężczyzn wykorzystujących swoja pozycję, by poniżać kobiety.”
Bruno z kolei ukrywa się za sarkazmem i głupimi komentarzami, robi z siebie macho, pozuje na twardziela, który zawsze wie najlepiej. Na ich tle mocno wyróżnia się trzecia bohaterka: Emilia, dobra żona, matka, która w pewnym momencie zaczyna mieć dziwną obsesję, ma wrażenie, że ktoś ją obserwuje…. Ta postać ciągle zbija z tropu, ciekawi najmocniej, gdyż do końca nie wiadomo jak jej historia wiąże się z pozostałą dwójką. Muszę przyznać, że od początku to właśnie ona wzbudzała we mnie największe zainteresowanie.

Akcja powieści skupia się na dwóch śledztwach – dziennikarskim i policyjnym. Każde z nich toczy się swoim tempem, nie znajdziemy tu jednak dzikich pościgów – tu główną rolę gra dedukcja, poszukiwanie i odkrywanie nowych faktów, logiczne myślenie. Według mnie, jak na debiut, historia poprowadzona jest bardzo dobrze, całość trzyma w napięciu, powoli odkrywa kolejne karty. Oczywiście, jak wspomniałam, jest to rasowy kryminał, więc znajdziemy tu wiele znanych już czytelnikowi zabiegów. Nie uważam tego za minus. Czytelnicy są teraz przyzwyczajeni do tego, że coś musi być inne, musi szokować, wychodzić poza ramy. Myślę jednak, że trzymanie się określonych ram też może być dobre, zapewnić znaną i pewną rozrywkę, ale i nieść odpowiednie przesłanie.
„Tylko ona mogła zrozumieć, że niekiedy emocjonalny ból jest tak bardzo trudny do zniesienia, że jesteś w stanie posunąć się do wszystkiego, by go zatrzymać. Znała chwile, w których wewnętrzny krzyk rozsadzał bębenki, a wtedy była gotowa pokruszyć świat na kawałki, by go zagłuszyć. Zatrzymać wrzask.”
Tutaj tym przesłaniem, tematem, który zaprząta całą historię, jest krzywda jaką ludzie są w stanie wyrządzać innym. Poczynając od tej fizycznej, bezpośredniej przemocy, aż po zwyczajne zbagatelizowanie problemu, brak reakcji, często nawet wyrażone odruchowo, bez wcześniejszego zastanowienia. To historia o tym, jak duży wpływ na człowieka ma otoczenie, wychowanie i sposób jego traktowania. Kiedy człowiek przez całe życie jest źle traktowany, poniżany, czy po prostu niezauważany, ignorowany, jego psychika ulega znaczącej zmianie. Poczucie krzywdy, niezrozumienia, które może przerodzić się w albo całkowite zamknięcie od świata zewnętrznego, odseparowanie się od wszystkiego grubym murem, albo przerodzić się w tytułowy wrzask, złość na świat tak wielką, że nie ma już od niej odwrotu. Podoba mi się, że książka porusza takie tematy, to sprawy, o którym należy mówić głośno i często, by ludzie zaczęli reagować na krzywdy innych, by wzbudzić w nich więcej empatii, więcej zaangażowania w świat, a także uświadomić jak ważne jest pozbywanie się swoich własnych złych emocji na bieżąco, nie kumulowanie ich w sobie. By wyrzucić z siebie wrzask, póki nie jest na to za późno, by przywrócić równowagę psychiczną. Jestem ciekawa w ilu czytelników książka wzbudzi chwilę refleksji, chwilę na zastanowienie się nad sobą i swoim zachowaniem wobec najbliższych.
„Tak bardzo chciałaby przyznać się do wszystkiego, do jednego małego błędu, przez który stała się kłębkiem nerwów. Los otwierał przed nią furtkę do wyznania. Zapraszam i kusił, by uwolniła tajemnicę, która trawiła ją od środka. Jakby słyszała szept: „zrób to, później będzie tylko trudniej”. A mimo to nie potrafiła odpuścić kontroli, bała się, że konsekwencje będą jak tajfun, który nie wybiera ofiar, pochłania je bez względu na czystość sumienia i rodzaj intencji. Ale najbardziej obawiała się, że wrzask, który przez cały czas dusiła w sobie, wydostanie się na zewnątrz, a wtedy wszyscy zobaczą, kim jest naprawdę.”
Na koniec jeszcze jeden temat, który mi się podobał. Poprzez Larysę, dziennikarkę, autorka dała nam wgląd w życie prasy, redakcji. Dzięki temu mogła poświęcić chwilę na zastanawianie się nad sytuacją prasy we współczesnych czasach, pokazać jak zmienia się jej charakter i jak zawód dziennikarza może wyglądać w najbliższej przyszłości. Nie ma tego może dużo, ale można to potraktować jako ciekawostkę – mnie temat dziennikarstwa i słowa pisanego zawsze mocno interesuje, więc i tutaj byłam zadowolona z tych kilku wstawek.

Podsumowując, „Wrzask” to dobry kryminał. Ma wszystko to, co książka w tym gatunku posiadać powinna, niesie też dobre przesłanie. Ja oczywiście mam małe uwagi co do relacji dwóch głównych bohaterów, ale ci co znają ten blog dłużej, wiedzą, że na wszelkie wątki romansowe w kryminałach mam po prostu uczulenie. Ogólnie jestem z lektury zadowolona, Janiszewska zrobiła dobre wejście na naszą polską scenę kryminalną, na pewno z chęcią przeczytam o dalszych losach dwójki głównych bohaterów, które, swoją drogą, podobno mają ukazać się w niedalekiej przyszłości.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona Kryminału!


kwietnia 22, 2020

"Siostra Słońca" Lucinda Riley

"Siostra Słońca" Lucinda Riley

Autor: Lucinda Riley
Tytuł: Siostra Słońca
Cykl: Siedem Sióstr, tom 6
Tłumaczenie: Anna Esden - Tempska
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 672
Gatunek: literatura obyczajowa

Lucinda Riley to brytyjska pisarka irlandzkiego pochodzenia. Literacko debiutowała w 1996 roku, wcześniej zajmowała się aktorstwem. Na polski rynek wkroczyła jakieś 15 lat później, ale o jej nazwisko zrobiło się tak naprawdę głośno dopiero przy serii „Siedem Sióstr”. To niesamowita saga rodzinna, której każda część zabiera czytelnika na inny kontynent, zaznajamia z inną historią z przeszłości. Przygotowanie każdego tomu wymaga od autorki naprawdę potężnego researchu, każda z nich poprzedzona jest półrocznym pobytem w opisywanym miejscu i zaznajomieniem się z jego historią. Prawa do ekranizacji serii zostały już wykupione.
Ja na cykl natknęłam się przypadkowo, w połowie roku 2018. Przeczytałam tom pierwszy i przepadłam. Od tego czasu z niecierpliwością wyczekiwałam każdej jednej publikacji autorki, a cyklu o Siostrach szczególnie. Teraz, przy szóstym tomie, mogę powiedzieć, że jest to moja ulubiona seria, a Lucinda to zdecydowanie jedna z moich ulubionych zagranicznych autorek. Boję się chwili, kiedy na rynku ukaże się siódmy, ostatni tom – naprawdę nie chcę, by seria się kończyła!

Cykl „Siedem sióstr” opowiada historię sześciu sióstr, które w dzieciństwie adoptowane zostały przez Pa Salta, ich ojca, z różnych części świata. Każda z nich na inne korzenie, inny kolor skóry, ale wszystkie wychowały się w pięknej dużej prywatnej posiadłości nad Jeziorem Genewskim.  Teraz, gdy każda z nich jest już dorosła, dni Pa Salta dobiegły końca. Każdej ze swoich córek zostawił spadek - list i współrzędne geograficzne miejsca, w którym je znalazł. Teraz każda z nich może odkryć własne korzenie, poznać własną historię, by się odnaleźć i móc budować nowe, dorosłe życie.
Tom szósty pt. „Siostra Słońca” dotyczy opowieści o szóstej siostrze, Elektrze. To dwudziestokilkuletnia dziewczyna, modelka o hebanowej skórze, którą zna cały świat. Miesza w Nowym Jorku, ale tak naprawdę nie ma swojego miejsca na ziemi. Smutki i złości tłumi używkami. To chyba najbardziej pogubiona z sióstr, która od samego początku nie była tak zżyta z pozostałymi.  Teraz musi w końca zdecydować, czy chce walczyć o siebie i swoją przyszłość czy się poddać. W zrozumieniu siebie pomoże jej historia z przeszłości, która sięga lat 30tych XX wieku, pewnej bogatej białej arystokratki i Wesołej Doliny w Kenii. Czy Elektrze uda się znaleźć sens życia i szczęście, którego tak usilnie szuka?
„Greckie słowo na bursztyn to electron, a legenda mówi, że w tym kamieniu zostały uwięzione promienie słońca. Pewien grecki filozof zauważył, że jeśli pociera się o siebie dwa kawałki bursztynu, z tarcia tworzy się energia… Nie mogłabyś mieć bardziej odpowiedniego imienia.”
Książka składa się z 54 rozdziałów, które podzielone są naprzemiennie na historię Elektry i Cecily. Narracja Elektry jest pierwszoosobowa, historii Cecily przedstawiona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Obydwie historie poznajemy poprzez oczy bohaterek, widzimy to co one, znamy ich odczucia i emocje nimi targające.
Styl Lucindy jest niepowtarzalny. Można by pomyśleć, że każda książka zbudowana na podobnej zasadzie (historia współczesna i dawna), dążąca w sumie do tego samego, czyli znalezienia szczęścia i zrozumienia swojego istnienia i sensu życia, z czasem może wydać się powtarzalna, nieoryginalna i ostatecznie dosyć nużąca. Nic bardziej mylnego. Autorka ma niesamowity dar, zamienia każdą z tych historii w piękną baśń o poszukiwaniu tego co ważne. To, jak zachwyca się krajobrazami, jak oddaje charakter miejsc, poprzez prywatna opowieść bohaterów opowiada o ważnych wydarzeniach z historii świata, za każdym razem mnie zdumiewa. Nikt nie potrafi pisać tak jak ona. Każda z tych historii jest pełna emocji, aż kipi. Ten tom jest mi szczególnie bliski, prócz Star, Elektra jest mi chyba najbliższa, mimo iż w poprzednich tomach nie miałam nawet takich podejrzeń. Ale tak jest właśnie z Lucindą – każdą siostrę odkrywa nam od nowa, tłumaczy ich zachowania, pokazuje, że pierwsze wrażenie przeważnie jest mylne, by kogoś zrozumieć, trzeba go poznać.
„To fascynujące, że tak wielu z nas marzy o sławie. Z doświadczenia wiem, że przynosi ona często jedynie nieszczęście. Ludzie myślą, że sława da im prawo do robienia i zdobywania wszystkiego, co im się tylko zamarzy, tymczasem tracą najcenniejsze, co mamy… swoją wolność.”
Historia tego tomu zaznajamia nas z wydarzeniami z okresu II wojny światowej na terenach Afryki. Wiele dowiadujemy się o białym człowieku, który kolonizuje tamte tereny, a także trochę o zwyczajach tamtejszych plemion Masajów. Jednym okiem spoglądamy też na lata 60te XX wieku w Ameryce, gdzie rozgrywała się walka o równość ras i prawa Afroamerykanów. Część historii poznajemy oczami białej kobiety, część czarnej, obydwie, według mnie, oddane są bardzo rzetelnie i prawdopodobnie. Jak przy każdym z tomów, tu też wiele się dowiedziałam o dawnych czasach, odkrywałam historię z ogromnym zainteresowaniem. Ta powieść pozwala inaczej spojrzeć na własne życie, docenić to co się ma i w jakim czasie żyje.
„…kiedy patrzyłam przez okno na światełka w dole, które musiały być Ameryką Południową, myślałam sobie, że przecież ja się o to nie prosiłam. Mnóstwo celebrytów, których poznałam, mówiło mi, że od dziecka marzyli o bogactwie i sławie. Ja marzyłam tylko o świecie, w którym nie czułabym się obca, gdzie byłabym u siebie, Tylko tego zawsze chciałam.”
Oczywiście czasy współczesne również niosą swoje problemy. Elektra boryka się z uzależnieniami, poczuciem bezsensu i brakiem swojego miejsca w życiu. Muszę przyznać, że po Star, to właśnie Elektrę rozumiem najmocniej, jest drugą siostrą, która jest mi bardzo bliska. Książkę zaczynałam czytać w podobnym nastroju co Elektra, smutna, trochę pogubiona i przytłoczona. Jednak z biegiem lektury historia przyniosła mi spokój, poczułam się dużo lepiej, inaczej spojrzałam na własne życie. Nie wiem czy jakakolwiek inna seria ma na mnie taki wpływ co ta, szczerze - nie wydaje mi się. Lucinda czaruje słowem, czaruje opowieścią i wartościami, które ze sobą niesie.
„Szkoda tylko, że tracimy poczucie więzi społecznych, Dorastałam w angielskim miasteczku, gdzie wszyscy wszystkich znali. Pamiętam, że kiedy zmarł tata, wspierali mamę. Mogła liczyć na sąsiadów. Ja też. Teraz jest inaczej. Szwendamy się po świecie. Nie mamy poczucia przynależności. Do miejsca czy jakiejkolwiek osoby. To pewnie jeden z negatywnych skutków globalizacji. Ilu masz przyjaciół, którym naprawdę ufasz?”
To co tu opowiedziałam, to ledwie początek rozmyślań o tej powieści. Nie będę jednak przeciągać, chciałabym, żeby każdy z Was odkrył osobno dzieje sześciu sióstr, a wszystkim tym, którzy tę przygodę mają jeszcze przed sobą, trochę zazdroszczę. Na koniec może warto jeszcze wspomnieć o pięknym wydaniu – Albatros zawsze wydaje ładne książki, ale ta seria prezentuje się szczególnie. Małe graficzne dodatki w środku, cudowne kolorowe okładki i baśniowe wyłożenie w środku naprawdę robią duże wrażenie. Uwielbiam patrzeć na te książki stojące na półce.

Podsumowując, to był naprawdę mocny i wstrząsający tom. To, co przeżywa bohaterka, to chyba najbardziej ekstremalne przeżycia z całej szóstki. Niesamowite jest to, jak autorka potrafiła się wczuć w Elektrę, jak świetnie oddała emocje nią targające. Historia z przeszłości jak zawsze jest ciekawa i pouczająca, a całość piękna i baśniowa. Tym, co jeszcze nie mieli przyjemności zapoznać się z serią, za całego serca polecam nadrobić, a ja będę teraz trwać w oczekiwaniu na tom siódmy, ostatni – bardzo mnie ciekawi, jak historia zostanie wyjaśniona, ale naprawdę, naprawdę nie chcę, by się kończyła…

Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!

kwietnia 21, 2020

"Ekstradycja" Remigiusz Mróz

"Ekstradycja" Remigiusz Mróz

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Ekstradycja
Cykl: Joanna Chyłka, tom 11
Data premiery: 25.03.2020
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 512
Gatunek: thriller

Remigiusza Mroza chyba nie trzeba przedstawiać żadnemu z polskich czytelników. Jego książki wzbudzają bardzo skrajne emocji, autor ma zarówno swoich zatwardziałych fanów jak i tych stojących po przeciwnej stronie barykady. Nie można mu jednak odmówić konsekwencji i systematyczności – to chyba najpłodniejszy polski współcześnie żyjący pisarz, co roku na rynku pojawiają się przynajmniej 4 nowe tytuły jego autorstwa. Od 2013 roku, kiedy debiutował powieścią „Wieża milczenia”, wydał prawie 40 książek plus kilka opowiadań do polskich antologii. Jednym z najbardziej znanych, a na pewno najdłuższym jego cyklem, jest seria o Joannie Chyłce, warszawskiej prawniczce. Seria liczy już 11 tomów i nie zapowiada się, by miała się skończyć. Doczekała się również jako pierwsza ekranizacji – trwają prace nad ekranizacją tomu trzeciego, wcześniejsze dwa dostępne są na player.pl.
Jeśli chodzi o moja prywatne podejście do powieści Mroza to oficjalnie przyznaję, iż lubię jego książki. Nie jest to może szczyt finezji, nie szukam tu wartości literackich, a traktuję je jako dobrą rozrywkę. Wiem, że jak tylko sięgnę po książkę autora, to nie będę mogła się oderwać, póki nie skończę, moja głowa będzie w pełni pochłonięta przez fabułę powieści, a to chyba o czymś świadczy.

„Ekstradycja” toczy się kilka miesięcy po wydarzeniach z „Wyroku”. Chyłka po ucieczce z transportu więziennego zapadła się pod ziemię. Kordian jest zrozpaczony, poświęcił kilka miesięcy na próbę jej odnalezienia, niestety bezskutecznie. Teraz, otumaniony lekami i alkoholem, próbuje jakoś egzystować – by nie wyrzucili go z pracy zgadza się podjąć obrony Ukraińca Witalija Demczenko, który po wybudzeniu z półtorarocznej śpiączki ma stanąć przed sądem za potrójne brutalne morderstwo. Problem z tym, że mężczyzna niczego nie pamięta, a jego żona zarzeka się, że całą noc byli razem… Czy naprawdę Witalij jest niewinny? Jeśli tak, to dlaczego akurat on został wybrany na ofiarę? Kim naprawdę jest prawdziwy morderca? I najważniejsze: gdzie jest Chyłka?!

Książka składa się z 4 tytułowanych rozdziałów i epilogu. Każdy z rozdziałów podzielony jest na kilkanaście krótkich podrozdziałów, które opatrzone są miejscem wydarzeń. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, głównie podąża za Kordianem i Joanną. Styl powieści jest lekki i potoczny, nie stroni od ironii i humoru. Książki Mroza słyną między innymi z tego, iż autor często ucieka się do naszego współczesnego świata, robi częste nawiązania do tego, o czym aktualnie szumią media, do popularnych filmów, seriali czy muzyki. Często z tych realnych wydarzeń Chyłka sobie żartuje, co jest naprawdę fajnym akcentem – to taki komentarz do otaczającej nas rzeczywistości oczami fikcyjnej postaci.
„ – Jego sąsiadka widziała, jak wypada z balkonu – rzucił. – A w trakcje sekcji potwierdzono tożsamość.- No i? Wszystkie nowe telewizory podobno są smart, ale spróbuj znaleźć taki, który jest naprawdę inteligentny i zwiększa głośność, kiedy wpieprzasz coś chrupiącego.- A co ma jedno do drugiego?- To, że kilkunastoletni licealista potrafi bez problemu znaleźć najlepszego dealera, a policja nie.- Chyłka…- Dążę do tego, że są we wszechświecie rzeczy, które nie działają tak, jak powinny. I takie, których nie sposób pojąć.”
Autor przyzwyczaił nas też do szybkich, niespodziewanych zwrotów akcji, co jakiś czas czytelnik zostaje wbity w fotel –biegu fabuły książek Mroza naprawdę nie da się przewidzieć. Tutaj oczywiście nie mamy wyjątków, również mamy tu trochę zaskoczeń, jednak muszę przyznać, że jak na to, co Chyłka już przeżyła, ten tom jest bardzo normalny. I to jest zdecydowanie plus tej powieści. W końcu Chyłce i Kordianowi zaczyna się układać, w końcu zaakceptowali swój związek i się z niego cieszą. Przyjemnie widzieć, że bohaterowie, do których od 10 tomów jestem przywiązana, w końcu ze sobą nie walczą, a wręcz mocno się wspierają. To bardzo miłe.

Dodatkowo, mimo iż sprawa dotyczy po części Langera, nie znajdziemy tu rozwiązań nie z tej ziemi – wszystko jest, jak na Mroza, bardzo realne, co nie często się zdarza, więc tym bardziej jestem to w stanie docenić. Tu bardziej chodzi o potyczkę na sali sądowej, o ciekawe pomysły i argumenty, dobre śledztwo, przedstawienie sprawy prawdopodobnej pod względem prawniczym, niż o niesamowite zwroty akcji i wydumane zaskoczenia. Bardzo mnie to wszystko miło zaskoczyło.
„W idealnym świecie Witalij broniłby się sam i nikt by się temu nie dziwił. W tym świecie jednak ktoś wymyślił odrębny język, którym musisz posługiwać się w sądzie, przez co każdy oskarżony potrzebuje tłumacza. My jesteśmy tymi tłumaczami.”
Oczywiście jak to u Mroza bywa, prócz lekkich dialogów nawiązujących do aktualnych rzeczywistych wydarzeń, autor poprzez historię poruszaną w powieści, wspomina o ciekawych i równie aktualnych problemach dotyczących Polski. Tu głównym tematem na pewno jest stosunek do napływowych Ukraińców, którzy w Polsce szukają pracy i schronienia.

Ostatnią sprawą, która nasuwa mi się do wspomnienia, jest fakt, że wszystkie powieści autora to takie jedno uniwersum. Coraz częściej autor lokuje bohaterów znanych z innych swoich powieści w pozornie obcych im historiach. Tutaj spotykamy się pośrednio z Osicą, a bezpośrednio z prokurator Dominiką Wardyś – Hansen znanych z serii o Forście. To fajny zabieg, daje wrażenie pełności świata fikcyjnego całego uniwersum Mroza.

Podsumowując, „Ekstradycja” to naprawdę dobry tom. Na tle pozostałych jest w miarę spokojny i normalny, czym autor dosyć mnie zaskoczył, bo dotychczas jego pomyły zawsze były dosyć ‘kosmiczne’. Tutaj, oczywiście jak na tego autora, rozwiązania są dosyć prawdopodobne i nieudziwniane. Dialogi jak zawsze cięte, tematy aktualne i ciekawe, historia prywatna Chyłki i Kordiana w końcu przyjemna! To było naprawdę miłe zaskoczenie, i tak jak przy dziewiątych tomie chciałam, by autor zbliżał się już do końca serii, tak teraz na nowo moja ciekawość została rozbudzona. Już nie mogę się doczekać, co nam autor zaserwuje w tomie kolejnym. Oby coś na podobnym poziomie co „Ekstradycja”.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona Kryminału!


kwietnia 18, 2020

"Reputacja" Marcin Kiszela

"Reputacja" Marcin Kiszela

Autor: Marcin Kiszela
Tytuł: Reputacja
Data premiery: 12.02.2020
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 304
Gatunek: thriller

Marcin Kiszela to polski pisarz, który bardziej znany jest pod nazwiskiem Dawida Kain. Jako ten wydał wiele opowiadań, kilka powieści w gatunku fantastyka, groteska i literatura grozy. Pod prawdziwym nazwiskiem, przed „Reputacją”, pojawiała się tylko jedna powieść pt. „Ostatni prorok”, która również kategoryzowana jest jako powieść fantastyczna. Wychodzi na to, że „Reputacja” to debiut autora w gatunku thriller.
Kiszela prywatnie jest również tłumaczem i scenarzystą gier komputerowych, większość czasu spędza w świecie wirtualnym.

Historia „Reputacji” kręci się wokół postaci Mileny Bilkiewicz, wielkiej gwiazdy shock – popu. Pewnej nocy, Alicja, jej przyjaciółka i specjalistka od kreowania reputacji, dostaje powiadomienie o nowym filmiku Mileny do akceptacji. Okazuje się, że nie jest to film nakręcony przez Milenę – ona leży związana, a jakiś mężczyzna wymachuje nożem, grozi, że ją zabije, jeśli widzowie nie pomogą mu odnaleźć syna, którego Milena rzekomo porwała. Alicja nie chce nagłaśniać sprawy, postanawia, że sama, posiłkując się siłami zespołu opiekującego się Mileną, znajdzie jej porywacza. Dlaczego mężczyzna porwał Milenę? Czy faktycznie artystka nie jest tak kryształowa na jaką się kreowała? I czy Alicji uda się uwolnić Milenę zanim komuś stanie się krzywda?
„Mógł nie wiedzieć nikt na świecie, ale ja byłam jej najbliższa, naprawdę mi ufała. Ode mnie zależała jej reputacja, a dla Mileny reputacja była dużo ważniejsza niż życie. Nie, proszę pana, wcale nie przesadzam. Kiedyś powiedziała, że wolałaby dostać raka, niż przeżyć śmierć medialną. Dla kogoś, kto nie żyje przed kamerami, to zawsze będzie abstrakcja, ale tacy jak Milena egzystują w całkowicie innej sferze, proszę mi wierzyć.”
Książka podzielona jest na prolog (Intro), 4 części nazwane tytułami płyt artystki (Uprowadzenie, Interpretacje, Światła, Krawędź) oraz epilog (Outro). Każda z części podzielona jest na fragmenty opowiadane przez kilku bohaterów – główną narrację wiodą jednak dwie osoby: Alicja i Szymon. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, jest zbudowana dosyć ciekawie – bohaterowie opowiadają o kluczowych wydarzeniach fikcyjnemu autorowi książki, który chce opisać co się wtedy wydarzyło. W związku z tym narracja stylizowana jest mowę, opowieść ustną, nie słowo pisane – zdania są dłuższe, z wtrąceniami, chwilami to taki potok słów. To całkiem ciekawy zabieg, nadaje lekturze oryginalności i atrakcyjności.

Jako że bohaterów poznajemy tylko poprzez ich własne postrzeganie, tak naprawdę nie wiadomo co dzieje się tak naprawdę. Alicja wydaje się rzetelnym źródłem informacji, była najbliżej Mileny i to właśnie ona zdecydowała się o poszukiwaniach na własną rękę. To od niej dowiadujemy się, że mimo iż kobiety były blisko, tak naprawdę znała Milenę jako osobę żyjącą w teraźniejszości, nie wiedziała nic o jej przeszłości. Milena odcięła się do tego grubą kreską, chociaż z piosenek, które tworzyła, można było wywnioskować, że jako dziecko musiała wiele przejść. Czy było to coś, co teraz może jej zagrozić?
Drugi bohater, Szymon, jest jakby przeciwieństwem Alicji. Ewidentnie ma problemy psychiczne, wierzy, że w dzieciństwie był porywany przez kosmitów. Jaka trauma się za tym kryje? Co musiało się stać, że aż tak zmieniło jego psychikę?
„ – A piąteczki by szefowa nie miała? No chore dziecko zbieram. (…)- A na co chore to pana dziecko? – spytałam, licząc że tamten przestanie pieprzyć i powiem wprost, że zbiera na wino, piwo czy wódeczkę.- Dorosłość, psze pani. Ciężka choroba, okropna, zabić mnie próbuje, zamordować, ale ja się jej już czterdziesty rok nie daję.”
Akcja poprowadzona jest spójnie, w miarę równym tempem. Książkę czyta się dobrze, chociaż czasami miałam wrażenie, że przy kwestiach Szymona, autor trochę za mocno popłynął. Ostatecznie też nie wszystko zostało wyjaśnione, czytelnik części wydarzeń musi się domyśleć, co mnie nie całkiem usatysfakcjonowało, bo nie jestem pewna co faktycznie to autor miał na myśli.

Książka porusza kilka ciekawych tematów. Pierwszy, oczywisty, jest o kreowaniu drugiego życia w wirtualnej rzeczywistości. Czy teraz, w dobie Internetu i mediów społecznościowych, tak naprawdę jesteśmy w stanie poznać drugiego człowieka? Media społecznościowe stwarzają możliwości, by stać się tym kim chcemy, lepszą wersją siebie, którą pokazujemy światu. To co dzieje się po cichu w domu, tego nikt nie widzi, nikt o tym nie wie. Wydaje się, że kogoś znasz, ale czy faktycznie tak jest?
„Wszystkim się wydaje, że znają Milenę i rozumieją, i że ją kochają tak mocno, jak ona ich. Ale – no właśnie – to od początku była iluzja. Wiem, o czym mówię, bo przez długie lata zajmowałam się tym, jak była postrzegana. Pielęgnowałam prawdziwość tej sztucznej, choć wiarygodnej kreacji. Ci wszyscy fani… oni widzieli i słyszeli wyłącznie to, co ja zdecydowałam się puścić w obieg.”
W powieści autor w sposób ciekawy porusza też temat psychozy. Na postaci Szymona możemy obserwować jak ona postępuje i, jak w dobie Internetu, łatwo jest ją pogłębić. W końcu w sieci możemy znaleźć potwierdzenie na wiele teorii, które stworzyły równie pokręcone umysły, jak i bezpośrednie wsparcie, tych którzy w to wierzą.
„Myślał, że gdy to zrobi, ból się skończy. To częsty błąd. Ból się nigdy nie kończy, Marcinku, śmierć to tylko sposób redystrybucji cierpienia, ono wtedy przechodzi na innych.”
W powieści zawarty jest jeszcze jeden ważny temat, który często przewija się w tego typu literaturze, jednak nie będę zdradzać jaki, bo to dopiero powiedziane jest na końcu i też nie całkiem jasno. Nie chcę psuć zaskoczenia.

Ogólnie, książka ma swoje plusy i minusy. Czyta się dobrze, historia jest interesująca i nieoczywista. Narracja poprowadzona jest oryginalnie, tematy poruszane aktualne i ciekawe. Zabrakło mi tu jednak jasnego przekazu, jakiś konkretnych wyjaśnień, bym mogła stwierdzić, że wiem co autor chciał ostatecznie przekazać. Książka ma potencjał, ale jednak, bym mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że była to dobra lektura, trochę mi tu czegoś zabrakło. Nie przekreślam jeszcze autora, możliwe, że przy okazji kolejnej premiery sprawdzę, czy zrobił jakiś postęp.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.!


kwietnia 17, 2020

"Chłopcy, których kochano za mocno" Kazimierz Kyrcz Jr.

"Chłopcy, których kochano za mocno" Kazimierz Kyrcz Jr.

Autor: Kazimierz Kyrcz Jr.
Tytuł: Chłopcy, których kochano za mocno
Cykl: Dziewczyny, które miał na myśli, tom 2
Data premiery: 20.01.2020
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 384
Gatunek: kryminał

O Kazimierzu Kyrczu Jr. przeczytałam po raz pierwszy na profilu facebookowym Wojciecha Chmielarza przy okazji premiery „Chłopców, których kochano za mocno”. Autor zachwalał książkę jako mroczną i brutalną, zmieniającą spojrzenie na polską policję. Napisał nawet swoje polecenie na jej okładkę. Jako że Chmielarza cenię, jest w końcu moim ulubionym polskim pisarzem z gatunku thriller/kryminał, to zdecydowałam się na lekturę polecanej książki przekonana, że skoro dostała takie polecenie, to musi być naprawdę dobra. O tym czy faktycznie tak było, napiszę za chwilę. Teraz szybkie spojrzenie na samego autora.
Kazimierz Kyrcz Jr. jest oficerem krakowskiej policji. Debiutował w wieku 34 lat zbiorem opowiadań „Piknik w piekle” napisanym we współpracy z Dawidem Kainem. Od tego czasu autor podjął się jeszcze kilku podobnych współprac, wydał wiele zbiorów i osobnych opowiadań. 9 lat później w 2013 roku autor wydał swoją pierwszą samodzielną powieść pt. „Podwójna pętla”. Oprócz tego debiutu i „Chłopców, których kochano za mocno” na rynku ukazała się jeszcze książka „Dziewczyny, które miał na myśli”, która jest początkiem historii kontynuowanej w „Chłopcach…” oraz dwa zbiory opowiadań. Pisze w gatunkach kryminał, fantastyka i horror, a jego książki tłumaczone są na 4 języki: angielski, rosyjski, czeski i słowacki. Jest też współzałożycielem zespołu rockowego Lusthaus.

Historia „Chłopców, których kochano za mocno” kręci się wokół Kuby Szpikulca, mordercy prostytutek. Policja właśnie dostała zgłoszenie do kolejnej jego ofiary znalezionej w okolicy kościoła w jednej z dzielnic Krakowa. Ekipa zajmująca się tropieniem Szpikulca pod przewodnictwem Edyty Fortuny ma bardzo trudne zadanie – jakiś czas temu do mediów dostał się przeciek o podpisie Kuby, jaki wykonuje na ciałach swoich ofiar, przez co teraz policja dostaje sporo mylnych zgłoszeń, w których przypadkowi zabójcy posługują się jego znakiem, by zmylić tropy. Czy tak jest w tym przypadku? Jak policjanci znoszą presję pościgu za tak brutalnym i nieuchwytnym mordercą? Czy w końcu im się to uda? Wyjdą z tego bez szwanku?

Książka składa się z 59 rozdziałów podzielonych na 6 tytułowanych części oraz epilogu. Rozdziały są krótkie, każdy opatrzony jest cytatem z jakiegoś znanego serialu telewizyjnego. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, skupia się na każdym z bohaterów mniej więcej po równo. Książkę czyta się szybko, niestety nie mogę powiedzieć, że łatwo, bo gdzieś 1/3 dialogów powieści nie zrozumiałam wcale. Wydaje mi się, że jest to styl, który trafi tylko w wąski krąg odbiorców, ludzi obracających się w podobnych kręgach co autor, posługujących się podobnymi zwrotami – zakładam, że to język policyjny, choć oczywiście mogę się mylić. W każdym razie bohaterowie powieści często posługiwali się jakby szyfrem, do którego nie znam klucza, przez co meritum mi umykało.
„Co niedzielę chodzili na dworzec. Tam ojciec dawał mu grosik. Tytus kładł go na torach i czekali, aż przejedzie po nim jakiś pociąg. Nic nie mogło się równać z frajdą, jaką sprawiało sprawdzanie, w co zamieni się moneta. Blaszki spod kolejowej pracy miały różne kształty i wielkości. Nie znalazłoby się dwóch identycznych.
Możliwe, że właśnie tamte zabawy wykształciły w Marchwicy przekonanie, że choć ludzie wyglądają podobnie, tak naprawdę nie pasują do siebie.”
Historia zaczyna się mocno i brutalnie. Pierwszy rozdział zastanawia i szokuje, zapowiada mocno pokręcona lekturę i wgląd z bardzo skrzywdzony, psychopatyczny umysł. Niestety na tym się kończy. W powieści jest ogromna liczba postaci, każda opowiada jakąś swoją historię, a jest ich tak dużo, że nie wiadomo kto jest kim i o co im chodzi. Czytałam książkę bez znajomości tomu poprzedniego, ba, wcześniej nawet nie wiedziałam, że jest to kontynuacja, ale nie wydaje mi się, żeby nawet znajomość „Dziewczyn...” Specjalnie zmieniła ten odbiór. Za dużo opowieści, za dużo historii, za dużo bohaterów w jednym, przez co każdy jest potraktowany wyrywkowo, na czym traci cała powieść.
„Marzył, by ktoś powiedział mu, że nie warto się martwić, bo wszystko się ułoży. Że będzie dobrze. Bzdura. Nie będzie. Już nigdy. Najchętniej wyszedłby ze swojej głowy, gdyby tylko miał dokąd pójść.”
Muszę też przyznać, że jest to jedna z najbardziej przygnębiających książek jakie ostatnio czytałam. Świat, który przedstawia nam narrator, jest zły do szpiku kości. Tu każdy jeden człowiek zdolny jest do zabójstwa bez wyrzutów sumienia (oprócz jeden policjantki), każdy dba tylko o siebie, brak tu jakiejkolwiek empatii i zrozumienia. Tu każdy jest po prostu zły. Niektórzy są psychopatami, niektórzy mordercami, niektórzy chyba po prostu szaleni. Zagęszczenie morderców i zbrodniarzy na tak małej przestrzeni jest po prostu przesadnie ogromne. Jedyną ostoją jako takiego człowieczeństwa jest tu policja, a przynajmniej jej część, która i tak radzi sobie średnio.
Książkę czyta się na pewno lepiej, gdy jest się w podłym nastroju – niestety po jej lekturze podły nastrój tylko się pogłębia.
„Nie znał wielu takich piosenek. Wiadomo, o wiele łatwiej nagrać jakiegoś smęta, nadającego się jako podkład do otwarcia sobie żył, niż pogodny numer, dający choćby odrobinę nadziei na pozytywny obrót spraw.”
Podsumowując, książka kompletnie nie trafiła w mój gust czytelniczy. Jak pisałam, myślę, że może ona trafić w bardzo wąskie grono odbiorców, policjantów, którzy posługują się podobnym językiem, mają podobne poczucie humoru. Dla mnie tu było za mrocznie, za dużo, za bardzo ironicznie i za duże pomieszanie wątków. Gdyby to nie była książka do recenzji, nie doczytałabym jej do końca.

Moja ocena: 3/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska!

kwietnia 16, 2020

"Czas burz" Charlotte Link

"Czas burz" Charlotte Link

Autor: Charlotte Link
Tytuł: Czas burz
Cykl: Czas burz, tom 1
Tłumaczenie: Anna Makowiecka - Siudut
Data premiery: 15.01.2020
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 576
Gatunek: powieść obyczajowa / historyczna

Charlotte Link zaliczana jest do najpopularniejszych niemieckich pisarzy. Swoja pierwszą powieść napisała w wieku 16 lat, wydała 3 lata później. Od tego czasu na rynku pojawiło się ponad dwadzieścia powieści jej autorstwa, większość od razu trafiła na światowe listy bestsellerów, powstało też kilka seriali na podstawie jej twórczości. Znana jest głównie z thrillerów psychologicznych i powieści kryminalnych, więc saga rodzinna, której „Czas burz” jest tomem pierwszym, wyróżnia się na tle jej pozostałych jej książek. Dla mnie, mimo że nazwisko autorki obce mi nie było, właśnie „Czas burz” było pierwszym zetknięciem z jej twórczością – zaczęłam więc nieszablonowo, ale jestem z tego wyboru w pełni usatysfakcjonowana.

Powieść rozpoczyna się w przededniu I wojny światowej. Felicja to młoda, 18letnia dziewczyna, Niemka, która każde wakacje spędza wspólnie z rodziną w ich dworku w Prusach Wschodnich. Jej dziadkowie mieszkają tam na stałe, posiadłość jest duża. Dziewczyna wiedzie spokojne, beztroskie życie, kompletnie nie interesuje się polityką, w przeciwieństwie do Maksyma, który owładnięty jest socjalistycznymi ideami. Wszystko zmienia się, gdy wybucha wojna – mężczyźni zostają powołani do wojska, kobiety szukają schronienia. Jak odnajdą się w tej wojennej zawierusze? Jak żyć, gdy wkoło ludzie umierają dla ideałów? Teraz już nic nie będzie takie samo, życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni… Jak w tym wszystkim odnajdzie się Felicja? Co się stanie z jej rodziną?

Książka składa się z czterech części – każda to inny etap w życiu Felicji. Części podzielone są na rozdziały, te na nieznaczone podrozdziały, książkę czyta się szybko i przyjemnie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, skupia się na najbliższych Felicji oraz, oczywiście, na niej samej. Powieść napisana jest z rozmachem charakterystycznym dla rodzinnych sag wojennych – jest w niej dużo uczuć, emocji, wzruszeń. Tło historyczne wydaje się oddane naprawdę bardzo dobrze – całość przedstawiona jest oczami niemieckiej arystokracji, którzy zamieszkują Prusy Wschodnie, czyli aktualnie naszej polskie obszary, więc dla polskiego czytelnika to nie lada gratka.
„Bo cóż mogło być piękniejszego na ziemi niż te łagodne wzgórza, życiodajne łąki, głębokie, ciemne lasy i rozległe jeziora pod niebem, które nigdzie w Europie nie było taki niebieskiej jak tu? O co walczyć, jak nie o te bezkresne pola z żytem kołyszącym się na wietrze, jak nie o stuletnie dęby, których nie mogło objąć dziesięciu ludzi? Każdej wiosny, kiedy słychać było krzyk dzikich gęsi, Ferdynand pojmował z całą, tak obcą jego naturze pokorą, że możliwość życia tutaj to łaska niebios.”
Prócz bogactwa historycznego, jakie niesie powieść (które swoją drogą napisane jest w sposób bardzo przystępny – naprawdę wiele dowiedziałam się z niej na temat historii I wojny światowej i sytuacji po jej zakończeniu) dostajemy świetną, niebanalną historię życia kobiety, która w tempie ekspresowym musiała porzucić swoje dotychczasowy sposób bycia, przestać być zarozumiałą arystokratką i odnaleźć się w nowej, smutnej i ponurej rzeczywistości. To właśnie Felicja przechodzi na przestrzeli 16 lat największą przemianę, z dosyć naiwnej, bogatej panny, staje się dojrzałą kobietą, która nie tylko zarządza, jak żadna inna kobieta w tamtych czasach, majątkiem, ale też przeżywa kilka miłości i rozczarowań.
„Uważałem cię za taką samą lalkę, jaką jest twoja przyjaciółka Linda. Ale ty nie jesteś lalką. Jesteś egocentryczna i samolubna, nie uznajesz żadnych ideałów, świat, który cię otacza, kompletnie cię nie obchodzi, a jeśli się w cokolwiek angażujesz, to masz na uwadze tylko swój własny interes. I muszę przyznać, moja droga, że wtedy wykazujesz upór i odwagę, choć zupełnie nie bierzesz pod uwagę zdanie swoich bliźnich.”
To intrygująca postać, z początku naprawdę ciężka do polubienia, jednak z biegiem wydarzeń czytelnik poznaje ją lepiej, zaczyna dostrzegać cechy, które zmieniają jego spojrzenie. Felicja to kobieta szukająca – miłości, spokoju, szczęścia, zaspokojenia potrzeby bycia szanowaną, ale i docenianą – nie czuje się dobrze w roli zwyczajnej pani domu, jej do szczęścia trzeba więcej. Wyzwań, emocji, ciągłego mierzenia się z samą sobą. Tak jak z początku raczej nie pałałam do niej sympatią, traktowałam ją z pobłażaniem, tak ostatecznie zaczęłam je kibicować. To świetna, wielowymiarowa postać.
„Myślę, że to zawsze w niej tkwiło. Pewna potrzeba imponowania, także sobie samej, trochę żądzy władzy, ale także silna konieczność opiekowania się słabszymi. I skłonność do niewłaściwego lokowania swych uczuć. Jest też w niej idealistyczne pragnienie bycia dobrą, czułą i tkliwą, które zawsze stało w sprzeczności z jej wyczuciem realności świata, miłością do siebie samej i ironią. To kobieta pełna przeciwstawieństw, która chyba nie może prowadzić normalnego, zwykłego życia.”
Prócz dobrego tła historycznego i ciekawych, wciągających perypetii rodziny Felicji, książka porusza także temat bezsensu wojny. Całość widzimy oczami zwyczajnych ludzi, który nie są specjalnie zaangażowani w politykę, a jednak w czasie wojny zostają wciągnięci w tą machinę. Tyle ofiar, tyle niewinnych żyć zginęło dla jednej idei. Po co? Czy było warto? Wojna o władzę, wpływy, ziemię, bogactwa, wojna, którą wywołuje jeden człowiek u władzy, a za którego decyzję giną miliony. Jaki to ma sens? Czytelnik cierpi razem z bohaterami, przeżywa ich tragedie i ofiary, które zabiera wojna. A nawet gdy walki zostają zakończone, co zostaje? Cały świat trzeba budować od nowa.
„I obraz, która ta wojna malowała przed oczami wszystkich: żołnierz, patrzący zmęczonym wzrokiem spod stalowego hełmu gdzieś przed siebie, z niemym pytaniem: ‘Za co właściwie oddaję swoje życie?’.”
Prócz wojny dostajemy tutaj też duży wgląd w rosyjską, komunistyczną rewolucję. Maksym, pierwsza miłość Felicji, jest socjalistą i przyjeżdża do Rosji, by walczyć o zmianę w podziałach społecznych. Tu też widzimy jak początkowa wojna o równość przeradza się w walkę o władzę. Całość oglądamy z dwóch stron – oczami Maksyma, która walczy o lud, oraz oczami Felicji, arystokratki, którą lud zaczyna nienawidzić. To ciekawy, pełny obraz, dający wgląd w tamtą sytuacje oraz zmuszający do przemyśleć, co warto poświęcić w imię wyższego dobra i do czego to wszystko prowadzi.
„Wojna przewróciła świat do góry nogami i każdego dnia jakaś cząstka przeszłości odchodziła w zapomnienie. Przyszłość także nie wyglądała obiecująco i jedyne, co pozostawało, to teraźniejszość, te szybko mijające chwile, których znikomość odczuwał niemal każdy, a które przecież także nie dawały poczucia bezpieczeństwa.”
Warto też wspomnieć, że okres po I wojnie światowej był okresem wielkich przemian. Zmieniają się wspomniane już podziały społeczne, kobiety walczą o swoje prawa, zmienia się kultura i zachowanie. Z przyjemnością obserwowałam to na tle życia Felicji.

Nie przedłużając, „Czas burz” to saga rodzinna napisana z dużym rozmachem. Sporo znajdziemy tu wydarzeń historycznych, a także wciągające losy rodzinne, którym przewodzi oryginalna indywidualistka Felicja. Na początku lektury miałam pewne obawy co do stylu, jest dosyć patetyczny, ale ogólnie dobrze zgrywa się z całą powieścią. Z wypiekami na twarzy śledziłam dalsze losy bohaterów, wyniosłam też sporo wiedzy na temat tamtych czasów – jestem w pełni usatysfakcjonowana i czekam na tom drugi!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont!

kwietnia 15, 2020

"Wotum" Maciej Siembieda

"Wotum" Maciej Siembieda

Autor: Maciej Siembieda
Tytuł: Wotum
Cykl: Jakub Kania, tom 3
Data premiery: 11.03.2020
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 392
Gatunek: powieść sensacyjna/thriller

Maciej Siembieda zalicza się do grona moich ulubionych polskich pisarzy. Na każdą jego powieść czekam z ogromną niecierpliwością, wypatruję nowych wpisów autora w mediach społecznościowych, a teraz czekam na każde kolejne opowiadanie z serii #setkadokawy – opowiadanie na sto słów, krótka forma literacka w dobie koronawirusa.
Siembieda przez przeszło 30 lat prowadził dziennikarskie śledztwa historyczne. To szanowany dziennikarz, który kilka razy został nagrodzony tak zwanym polskim Pulitzerem, czyli nagrodą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w kategorii reportaż. Teraz, niejako na emeryturze, przerabia swoje najciekawsze śledztwa na powieści – nikt tak jak on nie łączy prawdy z fikcją, w jego powieściach te dwie płaszczyzny przenikają się nieustannie.
Na mnie jak na razie największe wrażenie z beletrystycznego dorobku autora zrobił zeszłoroczny „Gambit” – to historia wielowymiarowa, pełna, piękna i wzruszająca. (recenzja – klik!). Książki z cyklu o Jakubie Kani, detektywie z IPN-u są trochę inne – bardziej sensacyjne, z większym humorem, powiedziałabym, że trochę lżejsze. Nie znaczy to, że są gorsze – nie, po prostu są inne.

„Wotum” skupia się na wątku najsłynniejszego polskiego sakralnego obrazu – Czarnej Madonny. W grudniu 2012 na obraz przeprowadzony zostaje zamach – gdyby nie szyba pancerna, zainstalowana przed obrazem na chwilę przed tym wydarzeniem (przypadek?) to zostałby zniszczony na zawsze. Definitor zakonu paulinów jest przekonany, że za tym wszystkim stoi tajna sekta, sięgająca czasów potopu szwedzkiego, która nie uznaje dewocjonaliów. Ze swoimi podejrzeniami zgłasza się do Jakuba Kani, prosi go o pomoc w rozwiązaniu zagadki. Kuba początkowo niechętny w końcu ulega definitorowi i jak zawsze w pełni poświęca się śledztwu. Gdzie go ono zaprowadzi? Czy tajna sekta faktycznie istnieje? I co do tego wszystkiego ma kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej z pewnej wsi na Opolszczyźnie, która objęta jest ścisłą tajemnicą?
„Jeśli rzeczywiście ludzie pochodzą od małpy, to prokurator Jakub Kania pochodził od beagle’a, a raczej – biorąc pod uwagę skłonność do nadwagi – od basseta. Kiedy trafił na ślad, nie dało się go zatrzymać, a że nikt jeszcze nie wymyślił sposobu, jak przekonać rasowego psa gończego, by usiadł spokojnie i podjął trop za cztery dni, Kuba musiał pojechać w Wigilię do biblioteki. Nawet kosztem złamania przyrzeczenia. Po prostu musiał.”
Książka składa się z prologu, pięciu części i epilogu. Każdy z rozdziałów podzielony jest na rozdziały opatrzone datą i miejscem wydarzeń. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, głównie skupia się na postaci Kuby, bacznie obserwuje jego zachowania i myśli, jest wszystkowiedząca.
O stylu autora mogłabym napisać prawdziwą epopeję. Nikt nie pisze z takim pazurem, z takim zamiłowaniem a zarazem zrozumieniem słowa. Siembieda bawi się językiem, nie stroniąc od humoru. To prawdziwa przyjemność czytać jego powieści, z „Wotum” nie było inaczej. Mogłabym się założyć, że nawet o najnudniejszej czynności na świecie, autor potrafił by napisać tak, że czytałoby się z zapartym tchem. Z gracją sięga po morze środków stylistycznych, nie boi się ożywiać takie przedmioty jak ekspres do kawy czy drukarkę. Przede wszystkim widać, że pisanie to dla autora niesamowita frajda, czuć to na każdej stornie, a czytelnik dzięki temu razem z autorem bawi się znakomicie.

Co do samej fabuły, to, jak zawsze u autora w cyklu o Kani, jest dużo wątków sensacyjnych, które wydają się wręcz nieprawdopodobne, ale podszyte są prawdziwymi wydarzeniami. Pełno to spisków, intrygi i tajemnic, nie sposób się nudzić, a każdą stronę czyta się w pełnym skupieniu, by nie uronić ani jednego szczegółu.

Nie byłabym też sobą, gdybym nie wspomniała o bohaterach. Jakub Kania to całkowite przeciwieństwo znanych nam detektywów. Nie pije (a przynajmniej nie w nadmiernych ilościach), wiedzie spokojne rodzinne życie z uroczą partnerką i dwoma córkami przy boku, nie ma większych problemów egzystencjalnych, a jego środowiskiem naturalnym jest kuchnia i restauracja. Jak sam twierdzi, jego mózg działa na cukier, więc nie odmawia sobie serniczka czy innych słodkości. Chodzi w czerwonym swetrze, który wcale nie skrywa jego brzuszka. To bohater, którego chyba nie da się nie polubić, a ja lubię go tym bardziej, bo podzielam jego kulinarno-degustacyjne pasje 😊
„Doznania kulinarne u większość ludzi budzą błogą beztroskę, u niego natomiast wywoływały produkt uboczny: niezwykła jasność myślenia. Logika Kuby współgrała z jego przewodem pokarmowym. Po kotlecikach jagnięcych z rozmarynem, jakie zjadł przed kwadransem, mógłby wytłumaczyć teorię względności swojej młodszej córce.”
W tym tomie znajdziemy też mocno rozwinięty wątek relacji Kuby z jego ojcem, zrozumiemy jego przeszłość i podejście do rodziny. Z wszystkich trzech opowieści o tym bohaterze, ta chyba najmocniej zagłębia się w jego prywatną historię.

Ostatnią sprawą, o której koniecznie muszę tu wspomnieć, jest temat dzieł sztuki, ich kradzieży, podróbek i innych tajemnic z nimi związanych. To wdzięczny temat, dla mnie każda książka, która w jakikolwiek nawiązuje do sztuki, a szczególnie do malarstwa, jest fascynująca, z tą nie było inaczej. Tu poznajemy historię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a także ogólnie losy sztuki sakralnej – temat, który raczej nieczęsto przewija się w literaturze. Tym mocniej go tutaj doceniam, bo oczywiście większość tylko opowieści oparta jest na prawdzie.

O książce mogłabym jeszcze długo pisać, ale myślę, że najważniejsze punkty udało mi się już przytoczyć. Nie przedłużając – „Wotum” to świetna powieść sensacyjna, którą czyta się z ogromną przyjemnością. Historia wciąga tym mocniej, iż swoje fundamenty zawdzięcza faktom, prawdziwym historiom, które autor odkrywał lata temu w czasach swojej kariery dziennikarza śledczego. Do tego dokładamy dobry humor i umiłowanie słowa pisanego i mamy książkę, która na rynku literatury rozrywkowej zajmie naprawdę wysokie miejsce. Ja oczywiście już teraz czekam na kolejną powieść autora, chociaż wiem, że na stworzenie tak dobrej, przemyślanej i dopracowanej w każdym calu historii na pewno przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Niemniej jednak – warto!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Agora!

kwietnia 11, 2020

Book tour z "Trzynaście" zakończony! - podsumowanie

Book tour z "Trzynaście" zakończony! - podsumowanie

Dzisiaj przychodzę do Was z pierwszym takim postem - w tym tygodniu wróciła do mnie pierwsza book tourowa książka! Akcja była szybka, ale z założenia właśnie tak miało być! Nasz specjalny egzemplarz "Trzynaście" Steve'a Cavanagha ruszył w świat 28 lutego, przemierzył Polskę wzdłuż i wszerz i po 39 dniach wrócił do mnie! Poniżej możecie zobaczyć sobie mapkę z jego podróży:



Książka wróciła w świetnym stanie, za to z wieloma śladami obecności mojej Wielkiej Piątki. Dziewczyny zostawiły po sobie ślad na początku książki:



A także nie skąpiły komentarzy i zaznaczeń w czasie lektury!

"To jest ten moment, gdy już na 100% wiem wszystko. Zobaczymy czy autor mnie zaskoczy."
"OMG! Bolą mnie mięśnie od samego czytania."
Trafny komentarz w dobie koronawirusa ;)
Wstyd się przyznać, ale to byłam ja! Czytało się świetnie :)

Każda z uczestniczek była zadowolona, każda wystawiła książce opinię na IG, portalu lubimyczytac.pl oraz księgarni internetowej empik.com



Pierwszym śmiałkiem w tej ekspresowej akcji była @bookngirl - o książce napisała tak:
Dobry prawniczy thriller. Na początku może trochę się ciągnie ale jak już akcja rusza to nie można się od niej oderwać.
Pełna opinia: https://www.instagram.com/p/B9e4X_lBlfW/
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4908242/trzynascie/opinia/56880510#opinia56880510



Druga w kolejności do czytania zasiadła @miss.libro, której również książka mocno się spodobała!
Nie będziecie jeść, nie będzie spać, będziecie olewać zaloty swojej drugiej połówki. I wiecie co? Na koniec autor i tak Was wyroluje!
Pełna opinia: https://www.instagram.com/p/B-HYNxphSDq/ 
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4908242/trzynascie/opinia/57493049#opinia57493049
I jeszcze mały dodatek: https://www.instagram.com/p/B93he4iBQt0/



Po tak entuzjastycznej opinii, książka trafiła do @booki_zrywac, która powiedziała tak:
Nie jestem mega znawca powieści kryminalnych, ale ta od samego początku mnie zelektryzowała. Książka trzyma w napięciu od samego początku i nie puszcza aż do ostatniej strony. 
Pełna opinia:https://www.instagram.com/p/B-AXTPcKDRY/
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4908242/trzynascie/opinia/57163311#opinia57163311


Czwartym uczestnikiem naszej ekspresowej zabawny była @napisane_slowa. Jej też książka się spodobała!
Powiem szczerze, podeszłam do książki trochę sceptycznie. Przecież prawie wcale się nie zdarza, żeby opisy i zachęty z okładki faktycznie gwarantowały dobrą zabawę. I jakie było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłam że faktycznie tak jest! Książkę czyta się rewelacyjnie.
Pełna opinia: https://www.instagram.com/p/B-fCPP0q4hw/
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4908242/trzynascie/opinia/57493519#opinia57493519



Podróżniczą przygodę "Trzynaście" zakończyło u @bookmaania - i nie zgadniecie - też się podobało! :) 
Mamy tutaj do czynienia z bardzo dobrze skonstruowanym kryminałem prawniczym. A główny bohater to naprawdę rasowy adwokat, bardzo dobrze stworzona charakterystyczna postać.
Pełna opinia: https://www.instagram.com/p/B-1LSUBhaTH/
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4908242/trzynascie/opinia/57496339#opinia57496339


Ostatecznie książka wróciła do mnie, dzięki czemu mogę Wam teraz zaprezentować efekt końcowy book touru. Muszę przyznać, że naprawdę ogromnie cieszę się, że każda uczestniczka była z lektury zadowolona, całość akcji przebiegła bardzo sprawnie, nie miałyśmy po drodze żadnych problemów. Nawet pandemia nam nie straszna! Za wszystkie emocje, za poświęcony czas i cudowne opinie dziękuję najmocniej każdej jednej uczestniczce! Dziękuję też, że zgłosiłyście się do takiego ekspresowego wyzwania! Było świetnie, dzięki!



Book tour zorganizowałam we współpracy z Wydawnictwem Albatros, któremu serdecznie dziękuję za zaufanie i specjalny książkowy egzemplarz.

kwietnia 09, 2020

"Trzynaśc13" Steve Cavanagh

"Trzynaśc13" Steve Cavanagh

Autor: Steve Cavanagh
Tytuł: Trzynaśc13
Cykl: Eddie Flynn, tom 4
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Data premiery: 12.02.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 448
Gatunek: thriller prawniczy

Steve Cavanagh to irlandzki pisarz I prawnik. Debiutował w 2015 roku pierwszym tomem cyklu o przygodach byłego oszusta, aktualnie prawnika Eddiego Flynna. Ten tom, zarówno jak i kolejny, w Polsce ukazał się w 2016 roku nakładem wydawnictwa Filia. Później u nas na 3 lata o autorze zrobiło się cicho – dopiero latem rok temu wydawnictwo Albatros zdecydowało się na wydanie jego książki spoza serii pt. „Wkręceni” (recenzja klik!). Teraz w lutym na naszym rynku ukazał się czwarty tom przygód prawnika i muszę przyznać, że to była niezwykle emocjonująca lektura. Szczerze polubiłam się z Eddiem i mam ogromną nadzieję, że Albatros zdecyduje się na wznowienie 3 poprzednich części (a raczej dwóch i pierwsze wydanie trzeciego tomu, gdyż do tej pory nie został przetłumaczony na polski). Jeśli poprzednie 3 części są równie dobre jak ta, to naprawdę dziwi mnie, dlaczego o tym pisarzu jest tak cicho. Jak głosi tył okładki, i ja się z tym zgadzam, jest godnym następcą Johna Grishama.

Historia tej powieści toczy się głównie na sali sądowej. Przed sądem staje młody, bardzo popularny aktor Robert Solomon, który został oskarżony o zamordowanie z zimną krwią swojej nowo poślubionej żony oraz ochroniarza. Eddie Flynn, prawnik zajmujący się małymi sprawami marginesu społecznego, w ostatnim momencie zostaje poproszony o dołączenie do sztabu prawników dużej firmy prawniczej zajmującej się sprawą aktora. Mężczyzna po spotkaniu z oskarżonym przystaje na ofertę. Rozpoczyna się gra, wyścig o niewinność Roberta. Jednak nikt z prawników nie wie, iż gra jest nierówna – prawdziwy morderca jest na sali sądowej, obserwuje wszystko i niepostrzeżenie wpływa na tok rozprawy… Kto wygra? Sprawiedliwość czy przebiegłość? Czy Eddie, mimo ogromnej manipulacji ze strony mordercy, jest w stanie udowodnić niewinność aktora? I jak to możliwe, że nikt nie widzi nic podejrzanego w zachowaniu jednego z uczestników rozprawy?
„To może być najsprytniejszy i najbardziej wyrachowany zabójca w historii Biura.”
Książka składa się z prologu i 5 części – każda to jeden dzień tygodnia poczynając od poniedziałku. Rozdziały są króciutkie, jest ich 73, a narracja naprzemienna – raz obserwujemy wydarzenia oczami Eddiego w narracji pierwszoosobowej, raz oczami mordercy w narracji trzecioosobowej. Książkę czyta się w tempie ekspresowym, historia wciąga tak, że naprawdę ciężko jest ją odłożyć. Ja zrobiłam to tylko raz na jakieś 2 godziny, a i tak w przerwie myślałam tylko o akcji powieści. Po skończeniu również jeszcze długo się nad nią zastanawiałam. Cavanagh jest mistrzem suspensu, twistów w akcji, co chwilę zaskakuje, więc czytelnik naprawdę nie jest w stanie przewidzieć czego się można spodziewać. Styl autora jest bardzo przyjemny, dynamiczny i momentami bardzo zabawny.
„I codziennie próbowałem jakoś odkupić swoje winy. Wiedziałem, że gdybym odszedł i przestał pomagać ludziom, wytrzymałbym jakieś pół roku, ale później znowu zacząłbym to odczuwać. Poczucie winy było tatuażem o wadze stu kilogramów. Dopóki walczyłem dla klientów, w których wierzyłem, powoli zrzucałem ten ciężar. Potrzebowałem czasu, by pozbyć się go całkowicie.”
Każdy z głównych bohaterów stworzonych przez autora jest rewelacyjną postacią. Eddiego wręcz pokochałam, jestem naprawdę ogromnie ciekawa jego wcześniejszych losów. Kiedyś był oszustem i został o coś oskarżony – postanowił bronić się sam i sprawę wygrał. Później za namową sędziego, który prowadził tą sprawę, poszedł na prawo, zdał potrzebne egzaminy i od tego czasu broni tych, którzy jego zdaniem są niewinni. Mężczyzna na mocny kodeks moralny, jest sprytny, ale i współczujący.
„Obrońcy występujący w sprawach kryminalnych podobnie jak policjanci przyzwyczajają się do widoku gwałtownej śmierci, brutalności, którą wypisujemy nawzajem na swoich ciałach. To ludzka rzecz. Jeśli robisz coś wystarczająco często, przestajesz dostrzegać w tym to samo znaczenie, nie przejmujesz się tym tak samo jak za pierwszym razem.Ja nie przywykłem do widoku gwałtownej śmierci. Modliłem się, bym nigdy nie przywykł, bo wtedy umarłaby ważna cząstka mojego człowieczeństwa, której nie mógłbym już odzyskać. A potrzebowałem jej. Potrzebowałem tego bólu. Mężczyzna i kobieta zostali wyrwani z tego świata – odebrano im wszystko, co mieli w tym życiu, i całą ich przyszłość. W mojej głowie rozbrzmiewało tylko jedno słowo. Niewinni. Niewinni. Niewinni. Niczym sobie nie zasłużyli na taki los.”
Jego przeciwnikiem jest morderca – Joshua Kane. To wytrawny gracz, psychopata, niesamowicie inteligentny. Przez rzadką genetyczną chorobę mężczyzna nie odczuwa w ogóle bólu, co robi z niego praktycznie terminatora. Jakby tego było mało jest świetnym naśladowcą, a lata praktyki zrobiły z niego wręcz mistrza w tej dziedzinie.
„Nie żywił żadnych uczuć w stosunku do ludzi. Pojęcia takie jak empatia czy więzi międzyludzkie były mu zupełnie obce. Uważał, że nie potrzebuje takich rzeczy. Nie musiał wczuwać się w sytuację innych, bo na świecie nie było nikogo takiego jak on. Górował nad wszystkimi. Był wyjątkowy.”
Obydwie postacie są niesamowicie fascynujące, budzą w czytelniku naprawdę wielką ciekawość. Z jednej strony dobry i inteligentny prawnik, z drugiej bezwzględny, bezuczuciowy morderca. To naprawdę mistrzowska walka.

Co do akcji, to jak pisałam wcześniej, mocno zaskakuje. Autor wodzi czytelnika za nos, dzieje się dużo, wszystko jest spójne i logiczne, wymaga skupienia na szczegółach. Ja nieraz wracałam kilka kartek wcześniej, żeby sprawdzić jakieś drobnostki. Takie lektury lubię, które w pełni wymagają zaangażowania czytelnika.
„Znałem pary gliniarzy. Dobrych. I wiedziałem, że ci dobrzy nienawidzą tych, którzy manipulują przy dowodach, by dowieść swojej racji, nawet bardziej niż adwokatów.”
Oczywiście, wraz z biegiem akcji, autor porusza istotne tematy, takie jak sprawiedliwość a wymiar sprawiedliwości, niesłusznie skazani czy korupcja wśród policji, jak i karierowicze w prokuraturze i w kancelariach adwokackich. Jest sporo o nierównym podziale społecznym, a amerykańskim śnie i oczywiście najważniejsze – wartość pieniądza, pogoni za bogactwem. Tematy ciekawe i sprytnie wplecione w fabułę – nie ma długich wywodów, nic tutaj nie nuży, a motywacje i zachowanie bohaterów są bardzo rzetelnie uzasadnione.

Ogólnie „Trzynaśc13” to książka, która wkręca się w mózg czytelnika tak mocno, że nie da się jej za szybko pozbyć. Z jednej strony wzbudza ogromną ciekawość, z drugiej chciałoby się lekturę przedłużać w nieskończoność. Ja zawsze lubiłam prawnicze tematy, rozgrywki na salach sądowych – to dostajemy grę mistrzowską. Jestem w pełni usatysfakcjonowana i już teraz chcę więcej!

Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

kwietnia 07, 2020

"Niebo na uwięzi" Christine Leunens

"Niebo na uwięzi" Christine Leunens

Autor: Christine Leunens
Tytuł: Niebo na uwięzi
Tłumaczenie: Mariusz Warda
Data premiery: 21.01.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 360
Gatunek: literatura obyczajowa

Christine Leunens ma na swoim koncie trzy powieści wydane w latach 1999 – 2004. „Niebo na uwięzi” to ostatnia z nich i zarazem jedyna, która ukazała się w Polsce. W roku 2019 (u nas styczeń 2020) doczekała się ekranizacji, a raczej zainspirowała powstanie filmu Taika Waititi pt. „Jojo Rabbit”. Książka to, jak opisuje ją wydawnictwo, porywająca powieść psychologiczna, która nie stroniąc o czarnego humoru, odsłania najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy. Czy zgadam się z tym stwierdzeniem? W większości, bo mimo iż za wiele humoru w niej się nie dopatrzyłam, to jednak zagadnienia, które powieść porusza są mocno niejednoznaczne i trudne.

Historia „Nieba na uwięzi” toczy się głównie w drugiej połowie nad 40tych XX wieku na terenach Austrii. Johannes Betzler to chłopiec, który w dniu wybuchu II wojny światowej ma 11 lat. Przez nazistowskie szkolne nauczanie i wpływ kolegów zapisuje się do Jungvolk, później po 4 latach do Hitlerjungend. Rodzice nie interweniują, pozwalają kształcić poglądy chłopca szkole i zewnętrznym wpływom. W 1943 roku Johannes pada ofiarą wojny – jego najlepszy przyjaciel Kippi traci życie, a sam Johannes część ręki oraz kość policzkową przez wybuch jednej z bomb. Po tym wypadku wraca do domu, gdzie jego rodzice, a szczególnie matka, zachowują się nad wyraz dziwnie. W końcu chłopiec odkrywa, że w ich domu ukrywa się młoda żydówka. Jest to początek wewnętrznego ścierania się jego poglądów, a także uczuć, których nigdy by się po sobie nie spodziewał. Tak zaczyna się jego nowa walka, miłość i obsesja. Co się stanie z dziewczyną? I co będzie po wojnie? Jak zachowa się Johannes?

Książka składa się z króciutkiego wstępu oraz 28 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, historię opowiada Johannes. To swego rodzaju jego spowiedź, opowieść o kłamstwach, jego początkach i motywacjach – poprzez te wyznania liczy na zrozumienie, odkupienie, nowy początek.
Styl książki jest charakterystyczny dla tego typu powieści – zmyślonych biografii, z tym że tu okres obejmuje tylko część życia chłopca. Poznajemy go, gdy jest w wieku około 10letnim, całość kończy się w 1949 roku, gdy bohater mam zaledwie 22 lata. Poprzez jego oczy poznajemy świat – ludzi, otoczenie, jak i jego własne postrzeganie świata i odczucia.

Na początku powieści widzimy wszystko oczami chłopca – rok przed rozpoczęciem II wojny światowej program nauczania w szkole nagle ulega zmianie – to czego do tej pory się uczyli zostaje uznane za przestarzałe, teraz do głosu dochodzą naziści. Poplecznicy Hitlera, ludzie u władzy wykorzystują naiwne, młode spojrzenie na życie, podejście małych dzieci, które wierzą, że to czego uczą ich w szkole musi być prawdą. Dzieci nie podważają podziału na rasy, tego że to właśnie oni są lepsi od innych, a zabijacie słabych i innych ras jest jak najbardziej poprawne, a wręcz pożądanie.
„Nasz przywódca pouczył nas, że powinniśmy się doskonalić na tyle, aby być w stanie uderzyć głową dziecka o ścianę bez żadnych skrupułów. Uczucia były najniebezpieczniejszym wrogiem ludzkości. Aby zostać lepszymi ludźmi, musieliśmy wznieść się ponad wszystko i zabić każdego, kto na to zasługuje.”
Oddanie życia za Hitlera, czy jego odebranie innym jest to do czego są podobno stworzeni. To właśnie takie przedstawienie sprawy, wiara tych małych dzieci w prawość ich nazistowskich nauczycieli, było dla mnie pierwszym wielkim szokiem.
 „Otworzyłem oczy w dobrze znanej mi sypialni i dookoła siebie zobaczyłem wszystkie te przedmioty, które zawsze się w niej znajdowały. Kłopot polegał na tym, że ten koszmar wcale mi się nie przyśnił, więc chcąc się zbudzić, zmusiłem się do snu na jawie. Tym samym stworzyłem sen, którego już nigdy nie będę w stanie oddzielić od prawdziwego życia.”
Później, gdy Johannes ponosi w wojnie obrażenia i wraca do domu, zaczyna się główna problematyka historii. Wszystko to, czego do tej pory się nauczył, w to co wierzył, zostaje zakwestionowane przez codzienne, zwyczajne życie. Tym bardziej, że Elsa, żydówka, którą jego rodzice ukryli w domu zaczyna wzbudzać w nim dziwne odczucia. Chłopiec się zakochuje, w kimś, kto przecież według Hitlera w ogóle nie powinien istnieć. I tu zaczyna się jego obsesja, wręcz szaleństwo, chore i psychopatyczne postrzeganie miłości. Wraz z biegiem coraz dramatyczniejszych wydarzeń Johannes i Elsa zaczynają tworzyć toksyczny związek, który dla nich obydwojga staje się więzieniem, choć pozornie przecież nim nie jest.
„Najbardziej skrytym, najpotężniejszym darem, który ofiarowano człowiekowi, nie jest samo życie, ale zdolność przycinania go w umyśle, dopasowywania w sercu, dbania o wszystkie gałęzie, które powinny otrzymać i otrzymywały życie ze skrawków woli, wycinków duszy. To tam ukryte jest drzewo życia zaszczepione w każdym człowieku.”
Zastanawiam się skąd autorka wzięła taki pomysł na powieść. Ukrywanie żydów to oczywiście temat powszechnie znany i nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie to co dzieje się po wojnie, do czego te ukrywanie prowadzi. To naprawdę chora, patologiczna sytuacja, dla mnie dosyć niepojęta. Autorka w powieści porusza takie zagadnienia jak kłamstwo w dobrej wierze, w co może się przerodzić, jak bardzo egoistyczne odczucia mogą zawładnąć człowiekiem, zniszczyć życie dookoła, kiedy egoista tak naprawdę nie widzi w nich nic złego, jest w stanie wszystko sobie dobrze wytłumaczyć.
„Wielkie niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą kłamstwo, nie polega nawet na tym, że jest ono nieprawdą, ale że staje się realne w umysłach innych ludzi. Ów przekaz ucieka z uścisku kłamcy niczym nasiona unoszące się na wietrze, kiełkujące własnym życiem w najmniej oczekiwanych miejscach, aż pewnego dnia kłamca uświadamia sobie, że podziwia samotne, a mimo to zdrowe drzewo, wyrosłe na zboczu jałowego klifu. Może ono w tym samym stopniu zasmucić, co zadziwić.”
Postępowanie głównego bohatera z kartki na kartkę było coraz mniej normalne, coraz bardziej szalone. Byłoby to dziwne, jest dziwne dla zwyczajnego człowieka, jednak przecież faktycznie takie rzeczy się dzieją, prawda? Było już kilka spraw nagłaśnianych przez media. Nie mogę zdradzić nic więcej, by nie odkryć za wiele z fabuły, która właśnie przez to, w jakim kierunku się toczy, jest mocno zaskakująca.

Kłamstwo, prawda, miłość, zależność, obsesja i uzależnienie to kilka z tych głównych tematów nad jakimi zastanawia się autorka poprzez tą powieść. To przerażające jak jedno egoistyczne kłamstwo może się rozrosnąć, do czego doprowadzić, jak bardzo zmienić życie innych. To o czym tu wspominam to oczywiście wierzchołek góry lodowej, myślę, że każdego czytelnika książka zmusi do własnych przemyśleń, może innych refleksji.
„… obserwuję niebo przez to okno, a ktoś z sąsiedztwa również może na nie spoglądać, ale każdy ma swój niepowtarzalny widok zamknięty w jego własnej ramie okiennej. Niniejszy kawałek przestworzy to moje życie, moja cząstka nieba, to co zostało mi dane. Jest ona niczym obraz osobiście namalowany dla mnie przez Boga. Rozumiesz?Nie, nie rozumiałem.”
Podsumowując, to wstrząsająca i mocna historia. Poprzez to, że początkowo powieść przedstawiona jest oczami dziecka, tym mocniej szokuje i uświadamia rzeczy, o których nie myślało się wcześniej. Im głębiej w lekturę, im Johannes i Elsa robią się starsi, tym trudniej było mi ich zrozumieć, miałam wrażenie, że zaczęli popadać w szaleństwo. Czy to efekt jednego kłamstwa i jego konsekwencji? Niezdrowej fascynacji? Wychowania? Czegoś, co oboje w końcu biorą za miłość? Pewnie tak, ja jednak jestem w szoku jak autorka była w stanie to tak realistycznie opisać. Brawo, na mnie zrobiło to piorunujące wrażenie.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!