maja 28, 2020

"Grób" Max Czornyj

"Grób" Max Czornyj

Autor: Max Czornyj
Tytuł: Grób
Cykl: Liza Langer i Orest Rembert, tom 2
Data premiery: 12.02.2020
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał/thriller

Max Czornyj to drugi po Mrozie najpłodniejszy polski młody pisarz ostatnich lat. Z wykształcenia prawnik, przez kilka lat praktykował prawo w Polsce i Włoszech, a jesienią 2017 roku zadebiutował na polskim rynku kryminalnym pierwszym tomem cyklu o komisarzu Deryle pt. „Grzech”. W ciągu tych trzech lat cykl rozrósł się do 5 tomów, autor wydał jeszcze 3 osobne powieści oraz 2 z cyklu o komisarz Lizie Langer i profilerze Oreście Rembercie, a także kilka opowiadań do zbioru polskich antologii. Ja do tej pory z jego prozą zapoznawałam się w postaci audiobooków, więc „Grób” to pierwsza książka, z którą spotkałam się w tradycyjnej formie. Muszę przyznać, że nie dosyć, że „Grób” był zdecydowanie lepszy niż „Ślepiec” (recenzja – klik!), to i książkę czytało się rewelacyjnie. To dobry, wciągający kryminał!

Akcja powieści rozpoczyna się przerażającym odkryciem w lesie pod Gdańskiem – podczas wykopywania drzew pod nową autostradę robotnicy przypadkowo odkrywają grób, w którym pochowanych zostało kilka ciał. Na miejscu zjawia się komisarz Liza Langer i Orest Rembert, widok jest makabryczny. Szybko okazuje się, że mimo iż ciała wyglądają na świeże, wcale takie nie muszą być – zostały pochowane w ziemi torfowej, która znakomicie nadaje się do mumifikacji. Zostały prawdopodobnie zakopane w okolicy II wojny światowej – nie są to jednak ofiary wojny, a eksperymentów medycznych jakiegoś szalonego naukowca. Sprawa szybko komplikuje się na tyle, że przełożony Lizy pozwala jej się nią zająć. Jednak tylko pod warunkiem, że w tym czasie zajmuje się też pogróżkami, których ofiarą padł okoliczny przedsiębiorca. Co kryje się za obydwoma sprawami? Do jakich wniosków dojdą Liza i Orest?
„Czas zaciera ślady sprawniej niż mafia.”
Książka składa się z króciutkiego prologu, 78 rozdziałów oraz epilogu. Rozdziały podzielone są na dni śledztwa – w sumie jest ich pięć. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, równocześnie obserwuje poczynania Lizy i Oresta, przedsiębiorcy oraz porwanych kobiet. Styl autora jest lekki, książkę czyta się bardzo dobrze i szybko. Dialogi okraszone są sporą dawką fajnego, trochę uszczypliwego humoru, a opisy zbrodni, jak to zawsze u Czornyja bywa, bardzo makabryczne, zahaczające o turpizm.
„Trupy mi nie przeszkadzają. Są mniej problematyczne niż większość ludzi.”
Akcja powieści jest dynamiczna, bohaterowie nie mają wytchnienia, cały czas coś się dzieje, pojawiają się nowe tropy i odkrycia, które trzeba zbadać. Finał jest zwieńczeniem dynamizmu, nie zaskakuje formą – taką kulminacyjną energiczną sceną kończy się wiele tego typu powieści. Nie uważam tego za minus, ot taki charakter gatunku.

Co do bohaterów, to muszę przyznać, że są dużo bardziej sympatyczniejsi niż w tomie pierwszym. Szczególnie Liza – wyszła już z depresji, więc ‘deszczowy pies’, który tak mnie irytował w „Ślepcu” teraz pojawia się sporadycznie. Bohaterka, mimo że dalej mieszka w przyczepie kempingowej i nie ma w życiu w sumie nic do stracenia, to jednak zrobiła się pogodniejsza – ubiera się bardzo oryginalnie, raczy się pysznymi potrawami. Bardzo mi się ta jej strona podobała.
Oryginalnych zachowań wśród bohaterów jest więcej np. Orest ciągle zamiast kawy raczy się yerbą, a przełożony Lizy wciąga tabakę.
Rembert w tym tomie nie ma za wiele miejsca na popisy profilera, ale dobrze sprawdza się jako partner Lizy. Ich relacja też ulega poprawie, Liza nie jest już tak opryskliwa, więc w ich rozmowach dużo więcej jest sympatii i humoru.
„Stara się grać nieporuszonego naukowca z kijkiem w dupie, ale widać, że ma pełne gacie. Nie wiem tylko, czy z radości, czy żalu. Mówię ci, Oreście, wyglądał jak dziki człowiek, któremu pokazano zapałki. Upadło całe jego wyobrażenie o świecie.”
Jeśli chodzi o wątek kryminalny, to skojarzył mi się trochę z „Wyspą Doktora Moreau”, której opis czytałam kilka dni temu – tutaj ingerencja naukowca nie jest jednak międzygatunkowa, a międzyludzka. Część tego wątku autor również oparł o prawdziwą wyprawę badawczą z okresu II wojny światowej, co na pewno dodaje lekturze smaczku.

Ogólnie książkę czytało mi się bardzo dobrze, historia jest mroczna i interesująca. Autor bardzo zgrabnie łączy makabryczne opisy zbrodni z fajnym humorem w dialogach, a całość okrasza dodatkowo ciekawymi, bacznymi spostrzeżeniami odnośnie świata zastanego. Bohaterowie serii są dużo bardziej znośniejsi niż w tomie pierwszym, a ciekawe wstawki na temat jedzenia, ubioru czy kuchni molekularnej, jaką zajmuje się przedsiębiorca, dodają lekturze charakteru. Książkę przeczytałam praktycznie w jeden dzień i już nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po „Klątwę” i „Zjawę” tego autora! Mam też nadzieję, że na kolejne przygody Lizy i Oresta nie będziemy musieli czekać tak długo jak na tom drugi!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Filia Mroczna Strona!

maja 27, 2020

"Zapłacz dla mnie" Piotr Borlik - zapowiedź

"Zapłacz dla mnie" Piotr Borlik - zapowiedź
Czerwiec zapowiada się naprawdę interesująco pod względem czytelniczym! Możliwe nawet, że jeszcze lepiej niż maj! Już za kilka dni, dokładnie 2 czerwca swoją premierę będzie miał najnowszy kryminał Piotra Borlika pt. "Zapłacz dla mnie". Jest to osobna powieść autora, który zasłynął wśród czytelników świetnie przyjętą trylogią o Agacie i Arturze, do której swoją drogą wykupione zostały już prawa do ekranizacji! Moje recenzje wszystkich trzech tomów możecie znaleźć tu: Boska proporcja - klik, Materiał ludzki - klik, Białe kłamstwa - klik. Specjalnie dla fanów bohatera serii Artura Kamińskiego autor stworzył też krótkie opowiadania, które można sobie pobrać za darmo tu - klik. Wszystkie powieści autora ukazały się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Na sopockiej plaży znaleziono ciało brutalnie zamordowanej nastolatki. Z jej łydki wycięto fragment skóry, a pod paznokciami nieżyjącej dziewczyny, uczennicy elitarnego liceum, odkryto naskórek szkolnego kolegi. Chłopak po szybkiej akcji policji trafia do aresztu. Kilka dni później, po dziewiętnastu latach spędzonych w zakładzie karnym, na wolność wychodzi Jakub Ramon, policjant skazany za zabójstwo partnera z patrolu. Zarówno jego proces sprzed niemal dwóch dekad, jak i wcześniejsze zwolnienie warunkowe są owiane tajemnicą. Znikome informacje w gazetach z dawnych czasów i obecny brak zainteresowania tematem mediów każą młodej dziennikarce Aśce Jaworskiej wybadać tę sprawę. Dziewczyna nieświadomie trafia do świata, w którym życie ludzkie jest jedynie towarem. Wbrew ostrzeżeniom, Jaworska coraz głębiej zanurza się w śledztwo i odkrywa powiązania Ramona z morderstwem nastolatki. Tuż po jego zwolnieniu na wolność wychodzi także oskarżony o zabójstwo nastolatek, a sprawą zajmuje się w znany w Trójmieście adwokat kojarzony z półświatkiem. Ambitna dziennikarka jeszcze nie wie, że sama jest tylko pionkiem w rękach ludzi, którzy kryją się w cieniu wydarzeń…

Opis zapowiada kawał dobrego kryminału, prawda? Ja czekam na premierę tym bardziej, bo prócz dobrego wątku kryminalnego autor zapowiedział też, że w książce będzie trochę wstawek kulinarnych, a nawet znajdziemy tam przepis na jedną z potraw, którymi będą raczyć się bohaterowie! Oby tylko składniki nie były bardzo krwawe ;)

Dzięki uprzejmości wydawnictwa mam dla Was już teraz, przedpremierowo, fragment powieści. Wystarczy kliknąć tu - klik!

To co, czekacie na tę powieść równie mocno jak ja? :)


Autor: Piotr Borlik
Tytuł: Zapłacz dla mnie
Data premiery: 02.06.2020
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron:416
Gatunek: kryminał
Książka dostępna jest już w przedsprzedaży.


Zaproszenie!
W dniu premiery we wtorek 2 czerwca o godzinie 19:30 mam zaszczyt zaprosić Was na wywiad, który z Piotrem Borlikiem przeprowadzi Justyna Mazur.
Transmisja online dostępna będzie na moim fanpage'u na fb (tutaj - klik!)
Równocześnie oglądać będzie ją można na fanpage'u Wydawnictwa Prószyński i S-ka, Inverso.pl, Piąte nie zabijaj oraz CI Polsat.

W związku z tym wydarzeniem wydawnictwo przygotowało świetny konkurs - do wygrania aż 10 egzemplarzy "Zapłacz dla mnie" z autografem autora! Szczegóły tu - klik!


A po premierze książki razem z Wydawnictwem Prószyński i S-ka szykujemy dla Was dużą niespodziankę - zatem bądźcie czujni! Obiecuję, że warto!

To co, jesteście zainteresowani? Spotkamy się na fanpage'u we wtorek? :)

maja 27, 2020

"Prawda i kłamstwa" Caroline Mitchell

"Prawda i kłamstwa" Caroline Mitchell

Autor: Caroline Mitchell
Tytuł: Prawda I kłamstwa
Cykl: detektyw Amy Winter, tom 1
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Data premiery: 11.02.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny

„Prawda i kłamstwa” to druga powieść Caroline Mitchell, angielskiej pisarki irlandzkiego pochodzenia, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym. To również książka otwierająca serię o detektyw Amy Winter. Muszę przyznać, że o ile „Milczącej ofiary” – premiery z roku poprzedniego, jeszcze nie miałam okazji przeczytać, to ten cykl zapowiada się naprawdę interesująco.
Caroline Mitchell zdecydowanie wie o czym pisze – jeszcze kilka lat temu pracowała jako śledcza policyjna. Zajmowała się sprawami związanymi z przemocą domową oraz poważnymi przestępstwami o charakterze seksualnym. Teraz jest już pełnoetatową pisarką, która skrzętnie wykorzystuje wiedzę nabytą w poprzednim zawodzie. Szczerze od razu muszę przyznać, że książka mi się podobała i mam nadzieję, że wydawnictwo zdecyduje się na wydanie jej pozostałych powieści. Na ten moment na angielskim rynku jest ich już trzynaście.

„Prawda i kłamstwa” opowiada o losach Amy Winter, detektyw przewodzącej grupie specjalnej specjalizującej się w rozwiązywaniu zbrodni o dużym rozgłosie medialnym. Chwilę temu kobieta pogrzebała swojego ojca, również policjanta i przeniosła się z powrotem do domu rodzinnego, by wspierać matkę w tych trudnych chwilach. Oprócz przeżywanej żałoby Amy będzie musiała stawić czoła innym wyzwaniom – w pracy ma do poprowadzenia trudne dochodzenie dotyczące zaginięcia 15letniej córki prezenterki telewizyjnej. Prawdziwym wyzwaniem będzie jednak sprawa, w którą zaplątana jest prywatnie. Okazuje się, że Amy jest biologiczną córką „Bestii z Brentwood”, małżeństwa, które wiele lat temu zostało skazane za okrutne morderstwa na kilku młodych dziewczynach… Po tylu latach jej biologiczna matka postanawia nawiązać z Amy kontakt – w jaki celu? Co chce przez to osiągnąć? I jak Amy poradzi sobie ze świadomością, że sama jest córką zimnokrwistych morderców?

Książka składa się z prologu, którym jest krótki artykuł prasowy z 1987 roku o „Bestiach z Brentwood”, 70 krótkich rozdziałów oraz epilogu. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, podzielona jest na trzy punkty widzenia: dorosłą Amy, Amy w 1986 roku przed aresztowaniem rodziców oraz porwaną 15letnią Hermione. Styl powieści jest przyjemny, książkę czyta się szybko, łatwo i z dużym zainteresowaniem. Narrator skupia się na emocjach obserwowanych bohaterów, przedstawia dokładnie ich myśli i rozterki.

Mitchell dobrze zbudowała swoje postacie od strony psychologicznej. Postać Amy jest niezwykle ciekawa – to dobra, wychowana w poczuciu sprawiedliwości kobieta, która darzyła swojego ojca naprawdę dużym szacunkiem. Teraz nagle zaczyna walić jej się świat – wracają wspomnienia z dzieciństwa, musi się zmierzyć z tym, skąd pochodzi i rozstrzygnąć czy ważniejsza jest krew czy wychowanie. Boi się też, że ktoś w pracy odkryje jej pochodzenie, tym bardziej że jej biologiczna matka zaczyna ją coraz mocniej osaczać. Lęki i rozterki, z którymi mierzy się bohaterka są przedstawione bardzo realistycznie i ciekawie. Polubiłam tą bohaterkę i bardzo chętnie poczytałabym o jej dalszych losach.
Pomimo mocnej postaci przewodniej, bohaterzy drugoplanowi też wypadają bardzo interesująco. Jest Paddy, policjant, który ma bardzo pogmatwane życie rodzinne i również przechodzi właśnie przez pewne traumatyczne przeżycia. Postać przełożonej Amy również jest dosyć złożona, choć tu, po początkowej sympatii, ostatecznie bardzo ją znielubiłam. Niemniej jednak każdy z bohaterów wywołuje emocje, co oczywiście jest dużym plusem powieści.

Co do samej akcji, to mimo że nie jest specjalnie dynamiczna, wzbudza spore zainteresowanie. Z jednej strony obserwujemy losy porwanej dziewczynki, czujemy jej strach, ale też i determinację, z drugiej cały czas czytelnik zmuszony jest zastanawiać się co knuje biologiczna matka Amy i co ukrywa przed nią jej własna rodzina. Całość wciąga, czyta się naprawdę dobrze. Jedynie zastanawiam się trochę nad ostatnim twistem fabuły – nie jestem pewna czy tu trochę autorka nie przesadziła, może lepiej byłoby dla fabuły, by ten zwrot się nie pojawił?

Warto też wspomnieć o tematach poruszanych w powieści – jest to historia o poszukiwaniu swojej tożsamości, o tym co nas definiuje jako człowieka. Czy ważniejsza jest krew czy wychowanie? Czy ze ‘zlej krwi’ może powstać coś dobrego? Amy od zawsze jak nikt rozumiała psychopatów, dlatego tak szybko zaszła w swojej karierze tak daleko. Czy to, że jest dzieckiem dwójki morderców się do tego przyczyniło?
Osobną kwestią jest też spojrzenie otoczenia na dzieci morderców. Amy bardzo boi się co się wydarzy, gdy jej znajomi, głównie policjanci, dowiedzą się, że jest córką morderców. Ich spojrzenie na nią na pewno ulegnie diametralnej zmianie, czy ktokolwiek dalej będzie ją szanował? Czy dalej będzie mogła pracować w policji? Jeden z bohaterów, jeden z niewielu, którzy dowiadują się o pochodzeniu Amy, nie reaguje na te nowiny pozytywnie, mimo iż z początku wydawał się postacią bardzo inteligentną. Więc jeśli ktoś taki zareagował w tak przykry sposób, jak zareaguje reszta?

Prócz ten głównego tematu sporo jest tu też po poczuciu winy, żalu, przemocy domowej oraz zemście. Autorka w jednej powieści zawarła sporo treści i zrobiła to w bardzo zgrabny sposób – prócz ostatniego twistu nic nie wydaje się być wymyślone na siłę, wszystko ładnie pasuje.

Podsumowując, „Prawda i kłamstwa” to ciekawy, wciągający i zajmujący thriller psychologiczny. Główna bohaterka budzi sympatię, czytelnik obserwując jej rozterki, kibicuje jej, by kobieta ostatecznie zawalczyła o siebie i swoją tożsamość. Intryga kryminalna również jest ciekawa i zaskakująca. Pozostali bohaterowie, których pewnie spotkamy w drugim tomie cyklu, również są oryginalni i świetnie wykreowani. Książkę czytało się szybko i przyjemnie, to dobry i ciekawy thriller psychologiczny poruszający niebanalne i rzadko spotykane tematy.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

maja 26, 2020

"Mord na Zimnych Wodach" Małgorzata Grosman

"Mord na Zimnych Wodach" Małgorzata Grosman

Autor: Małgorzata Grosman
Tytuł: Mord na Zimnych Wodach
Cykl: aspirant Andrzej Fąferek, tom 1
Data premiery: 28.01.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 336
Gatunek: kryminał retro


Z gatunkiem kryminał retro oswajam się powoli. Pamiętam swoje pierwsze podejścia do niego, które miały miejsce kilka lat temu. Nie wypadły one pomyślnie, więc z książek w tym gatunku zrezygnowałam na dłuższy czas. Dopiero jakiś rok temu postanowiłam spróbować ponownie. Tym razem akurat trafiłam na tytuł, który bardzo mnie zaciekawił, a nawet zafascynował. Od tego czasu powoli zapoznaję się z dostępnymi na naszym rynku polskimi kryminałami retro, chociaż nie będę ukrywać, że na tym polu trudno mnie zadowolić – niektóre książki są dla mnie za polityczne, niektórych akcja rozwija się za wolno, by mnie zainteresować. Nie rezygnuję jednak z nowych prób, bo wiem już, że i w tym gatunku mogą się trafić naprawdę dobre czytelnicze perełki.
„Mord na Zimnych Wodach” to debiut literacki Małgorzaty Grosman. Autorka, rodowita bydgoszczanka, przez kilka lat związana była zawodowo z „Gazetą Pomorską”. Jej debiutancka powieść powstała w efekcie fascynacji okresem 20lecia międzywojennego oraz miłością do kryminałów. „Mord na Zimnych Wodach” w dużej mierze oparty jest na faktach historycznych, spora liczba postaci w nim występujących faktycznie żyła w tamtym okresie. Autorka w jednym z wywiadów zdradziła też, że ma już gotowy tom drugi, a trzeci jest w przygotowaniu.

Historia „Mordu na Zimnych Wodach” toczy się w Bydgoszczy w kwietniu 1926 roku. Na wyspie Zimne Wody znalezione zostaje ciało młodej dziewczyny – zmarła w skutek poderżnięcia gardła, a jej ciało odziane tylko w lekką zwiewną sukienkę otoczone zostało kręgiem z żołędzi. Obok wbity w drzewo został nóż z listem miłosnym… Rozwiązaniem sprawy ma zająć się aspirant Fąfelek razem ze swoim zespołem. Czy zbrodnia to wynik namiętności czy może na zimno zaplanowane morderstwo? Czy będą kolejne ofiary? A może już były?

Książka podzielona jest na prolog zatytułowany ‘kilka dni wcześniej’ oraz rozdziały podzielone na dni śledztwa. W sumie jest ich trzynaście. Na końcu wydania znajdziemy również słowniczek gwary bydgoskiej pojawiającej się w powieści, na co koniecznie należy zwrócić uwagę – ja przed lekturą książki nie zaglądałam na koniec, więc denerwowałam się podczas lektury, że słowa, których znaczenia nie znam, nie zostały wyjaśnione w przypisach. Całość zamyka kilka słów od autorki zatytułowane ‘na marginesie’ wyjaśniające co w tej historii jest prawdą historyczną – a jest tego faktycznie sporo!
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, wyjątkiem są fragmenty, w których do głosu dochodzi morderca – te opisane są w pierwszej osobie czasu teraźniejszego. Narrator nie skupia się na nikim szczególnym, obserwuje po równo bohaterów powieści – są fragmenty dotyczące Fąfelka, jego zespołu, a także dziewczyn zamieszanych w zabójstwo, a nawet żony Fąfelka, która niezależnie od męża prowadzi własne osobne śledztwo.
Styl powieści nie należy do najłatwiejszych. Pomijając już to zamieszanie, jakiego doświadczyłam z gwarą bydgoską używaną w tekście, to i tak książki nie czytało się najłatwiej. Początek był dosyć toporny, musiałam się do stylu przyzwyczaić – możliwe, że to też naleciałości gwary bydgoskiej, ale często słowa w zdaniu były poprzestawiane (np. czasownik umieszczony na końcu zdania). Później z biegiem lektury przestałam na to zwracać uwagę, jednak cały czas brakowało mi płynności.

Jak pisałam ze wstępie, część bohaterów faktycznie żyła w tamtych czasach. Na prawdziwych postaciach na pewno oparty jest główny bohater, śledczy prowadzący sprawę aspirant Andrzej Fąfelek i jego żona Katarzyna. Policjant jest bardzo oddany swojej pracy, bardzo zaangażowany w każde śledztwo. Katarzyna jest żoną idealną dla policjanta – rozumie jego zobowiązania i nie robi mu wyrzutów z powodu ciągłej nieobecności. Wręcz sama ma ciągotki detektywistyczne, razem z jedną znajomą przeprowadzają własne śledztwo dotyczące rozprowadzania narkotyków w jednym z popularnych, artystycznych klubów. Ciekawą postacią, której nazwisko również jest prawdziwe, jest morderca. Czytelnik ma okazję podglądać jego myśli, zwierzenia, widzi jego obsesję i przygotowania do ataku. Trochę gorzej wypadają współpracownicy Fąfelka – jest ich kilku i szczerze muszę przyznać, te postacie mocno mi się mieszały. Dopiero pod koniec lektury zaczęłam ich rozróżniać, co raczej nie wpłynęło korzystnie na odbiór całości. Ciężko mi powiedzieć dlaczego tak się stało – może dlatego, że nie byli specjalnie charakterystyczni a wprowadzeni w powieść zostali równocześnie?

Co do akcji powieści, to na pewno smaczku dodają jej wplecione w fabułę wyznania mordercy. Początek powieści dosyć mnie nużył, ciężko było mi się wczuć w klimat powieści. Później było nieco lepiej kiedy akcja zaczęła nabierać rumieńców, ale nie mogę powiedzieć, że książka wciągnęła mnie tak, że nie mogłam jej odłożyć. Intryga z początku wydaje się ciekawa, postać mordercy fascynuje, a końcowe wydarzenia są dosyć dynamiczne, jednak tu też mam uwagę – wydaje mi się, że nie wszystko zostało do końca wyjaśnione, przez co też nie jestem w pełni usatysfakcjonowana tym, jak powieść się zakończyła.

Na co na pewno warto zwrócić w tej historii uwagę? Na pewno na tło historyczne. Autorka musiała przeprowadzić naprawdę szeroki research na temat tamtych czasów, szczególnie jeśli chodzi o sam wygląd miasta Bydgoszczy. Swoją akcję wplata w prawdziwe miejsca, restauracje, hotele czy choćby tytułową wyspę. To samo tyczy się pracy policji – to dopiero pierwsze lata daktyloskopii, pierwsze poręczne aparaty fotograficzne dostępne do użytku mniejszych komend policji. Te fragmenty na temat tamtych czasów budzą prawdziwą fascynację.

Podsumowując, debiut Małgorzaty Grosman nie wypada najgorzej, jednak też daleko mi do zachwytów. Jako że lubię czytać opowieści o dawnych czasach, to na pewno ciekawił mnie sposób przedstawiania życia bohaterów jak i całego miasta Bydgoszczy. Historia ma spory potencjał, jednak przez zamieszanie ze słowniczkiem gwary i nie całkiem płynny styl powieści, a także duże nagromadzenie podobnych bohaterów, nie odebrałam jej tak pozytywnie jak bym mogła. Nie chcę specjalnie książki krytykować, bo widać w niej ogrom pracy, który autorka włożyła w osadzenie akcji w latach 20tych XX wieku i bardzo to doceniam. Jednak również w samym wyjaśnieniu zagadki czegoś mi brakowało, bym mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem zadowolona z lektury. Na ten moment nie wiem czy sięgnę po kontynuację, możliwe, że dam jeszcze temu cyklowi jeszcze jedną szansę – w końcu „Mord na Zimnych Wodach” to debiut, więc pewne błędy są wybaczalne 😉

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

maja 25, 2020

"Lista, która zmieniła moje życie" Olivia Beirne

"Lista, która zmieniła moje życie" Olivia Beirne

Autor: Olivia Beirne
Tytuł: Lista, która zmieniła moje życie
Cykl: Mała czarna
Tłumaczenie: Xenia Wiśniewska
Data premiery: 20.05.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 352
Gatunek: komedia romantyczna

Wydawnictwo Albatros z myślą o swoich czytelniczkach w tym roku stworzyło nową serię – „Mała czarna”. Będzie to zbiór najlepszych komedii romantycznych, które wzruszają i bawią, są urocze i inteligentne. Pierwszym tytułem, który ukazał się pod tym szyldem jest „Lista, która zmieniła moje życie” Olivii Beirne. Autorka mieszka w Londynie, a ta powieść jest jej debiutem literackim. Na angielskim rynku ukazała się już również jej druga książka pt. „The Accidental Love Letter” (pol. Przypadkowy list miłosny), a jako że nie mam wątpliwości, że „Lista…” również u nas okaże się hitem, to mam ogromną nadzieję, że i na drugi tytuł nie przyjdzie nam długo czekać.

„Lista, która zmieniła moje życie” to historia Georgii, 26letniej dziewczyny, która od roku wiedzie jako tako dorosłe życie – wyprowadziła się od rodziców, wynajmuje mieszkanie w Londynie i pracuje jako asystentka rysownika. Jej dni wyglądają mniej więcej tak samo, żyje stabilnie i spokojnie, jednak jest trochę rozczarowana tą dorosłością. Za to jej starsza siostra Amy jest jej przeciwieństwem – rozpiera ją energia, cały czas próbuje czegoś nowego, nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. Sytuacja zmienia się, kiedy u Amy zdiagnozowane zostaje stwardnienie rozsiane – dziewczyna z dnia na dzień traci całą swoją energię, wszystkie swoje siły. Za pół roku kończy 30 lat, a jej ‘lista rzeczy do zrobienia przed 30stką’ ciągle nie jest zrealizowana. Teraz Amy nie ma już na to siły, więc postanawia przekazać ją Georgii – kilka punktów wykreśla, kilka dopisuje, tak by lista była bardziej spersonalizowana, ale by zmusiła Georgię do działania. Georgia nie pała entuzjazmem, jednak zgadza się z miłości do swojej siostry. Czas na zrealizowanie ma do początku grudnia, a lista liczy 10 punktów. Czy Georgia podoła? I co najważniejsze, czy zrealizowanie tych 10 punktów wpłynie znacząco na jej życie?

Książka składa się z 31 rozdziałów. Każdy z nich otwiera jakiś spis – albo aktualizacja listy Georgii, albo lista rzeczy do zrobienia i tym podobne rzeczy. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, narratorem jest Georgia. Styl powieści jest świetny. Lekki, przyjemny i bardzo zabawny. Książkę czyta się szybko i z ogromną przyjemnością.
„To takie niesprawiedliwe. Kiedy jesteś dorosły, oczekuje się od ciebie, że bez żadnych ćwiczeń ani instrukcji będziesz z łatwością wykonywać przeróżne niemożliwe zadania.
Chciałabym wiedzieć, dlaczego nikt nie uczył nas tego w szkole? Muszę ścielić łóżko raz w tygodniu, a wciąż czekam na dzień, kiedy przyda mi się znajomość wszystkich cyfr liczby pi.”
Georgia jest bardzo dobrze wykreowaną bohaterką. To dziewczyna dopiero rozpoczynająca dorosłe życie, trochę nieporadna, trochę niepewna siebie. To marzycielka, jej myśli często odpływają w dziwnych kierunkach. Trochę swoją nieporadnością i oderwaniem od rzeczywistości przypominała mi Bridget Jones, a że Bridget bardzo lubię, to i tu bawiłam się doskonale.
 Jak już pisałam, Georgia nie lubi zmian, więc każdy punkt listy jest dla niej ogromnym wyzwaniem. Podchodzi do tego jednak bardzo pozytywnie, jest zdeterminowana, by listę zrealizować. Na szczęście ma też kilka sprzyjających jej osób wokoło, którzy oferują jej wsparcie.
„Nienawidziłam robić czegokolwiek, co wykraczało poza moją strefę komfortu, miałam trudności nawet z tym, co się w tej strefie znajdowało. Nigdy nie stawiałam sobie żadnych wyzwań ani nie robiłam nic niezwykłego. Po prostu egzystowałam.”
Georgia przedstawia nam wszystko swoimi oczami, bardzo zabawnie komentuje bieżące wydarzenia – przeważnie wynika to z jej nieporadności i lekkiej naiwności, jednak nie jest to denerwujące, wręcz przeciwne – jest naprawdę pozytywnie i zabawnie. Wiele razy podczas lektury parskałam śmiechem, a pod koniec cały czas towarzyszył mi uśmiech na twarzy.
„On mnie zmusi do biegania, prawda? No bo co innego mogłabym robić? Będę musiała truchtać na środku sklepu na oczach tego bardzo atrakcyjnego mężczyzny.No cóż, to chyba koniec. Do widzenia, dumo. Żegnaj, godności. Miło cię było poznać, szacunku do samej siebie.”
Jako że książka to komedia romantyczna, to oczywiście musimy też tu porozmawiać o miłości. Jest jeden niedawno poznany mężczyzna, na którego Georgia chcąc nie chcąc co chwilę wpada. Ich znajomość nie zaczęła się dobrze, więc teraz trudno jej zmienić swoje nastawienie, tym bardziej że on też nie stara się wyjaśnić nieporozumienia. Ich relacja nie jest natarczywa, poprowadzona jest przez pisarkę bardzo zgrabnie i przyjemnie – nie jest specjalnie przesłodzona i nie ma jej dużo, przez co dla mnie było to nie tylko znośne, ale całkiem przyjemne.
„Tak ciężko jest być dorosłym. Każdego dnia mój lunch okazuje się gigantycznym rozczarowaniem i nie mogę za to winić nikogo oprócz siebie.”
Wiadomo, że tego typu książki mają służyć rozrywce. Mają wprawiać w dobry humor, odrywać od rzeczywistości. Ta książka jednak też według mnie niesie coś więcej – na pewno nastawia pozytywnie do zmian, daje na nie energię, nadzieję, że faktycznie coś, czego nigdy wcześniej nie próbowaliśmy, może się udać. Przywraca wiarę we własne siły i możliwości. Bo skoro Georgia dała radę, to dlaczego nie ja?

Podsumowując, książka naprawdę mocno mnie zaskoczyła. Nie byłam pewna czy odnajdę się w tym gatunku, w końcu nieraz pisałam Wam o moim uczuleniu na romanse. Tu na szczęście miłość nie była przesłodzona, a prym wiódł pierwszy człon określenia gatunkowego. Dawno tak dobrze przy książce się nie bawiłam! A nawet, jak zapowiada okładka, również pod koniec przyszło wzruszenie i kilka uronionych łez nad książką. Zakończenie jest bardzo przyjemne, po skończonej lekturze jeszcze długo chodziłam z uśmiechem na twarzy. „Lista, która zmieniła moje życie” to naprawdę przyjemna, ciekawa, zabawna i niesamowicie urocza książka – serdecznie ją Wam polecam – to świetne lekarstwo na poprawę humoru!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 22, 2020

"Wyrwa" Wojciech Chmielarz

"Wyrwa" Wojciech Chmielarz

Autor: Wojciech Chmielarz
Tytuł: Wyrwa
Data premiery: 06.05.2020
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny

Wojciech Chmielarz to ostatnimi laty chyba jedno z najgłośniejszym nazwisk polskiej sceny kryminalnej. Autor debiutował w 2012 roku „Podpalaczem” – pierwszym tomem bardzo entuzjastycznie przyjętym cyklu o komisarzu Mortce. Na ten moment cykl ten liczy 5 części, powstał też cykl gliwicki liczący 2 tomy (ciągle czekamy na obiecany tom trzeci!). Są to klasyczne kryminały. Dwa lata temu pisarz zaskoczył swoich czytelników „Żmijowiskiem”, które wymykało się tej kategorii. Przez wydawnictwo określone zostało jaki thriller psychologiczny, chociaż ja najchętniej określałabym je kategorią filmową – dramat psychologiczny.  I tu zaczął się mały rozłam fanów pisarza – część była rozczarowana, bo oczekiwali kryminału, w których tak świetnie się autor wcześniej sprawdził, a część była zachwycona głębią psychologiczną i dosadnym stylem autora - ja zaliczam się do tej drugiej grupy. Później, rok temu, przyszła pora na „Ranę”, wpisaną w ten sam gatunek literacki. I tu znowu zadania były podzielone, ja jednak uznałam tę książkę za najlepszą w dorobku autora. Poprzeczka więc była postawiona teraz naprawdę, naprawdę wysoko. Czy „Wyrwa” – trzeci thriller psychologiczny, dał radę ją przeskoczyć? Albo choćby dorównać?

Akcja powieści zaczyna się w momencie, gdy Maciek stoi przed przedszkolem – przyszedł odebrać swoją 4letnią córkę Iwonkę. Chwilę temu wrócił z Mrągowa, gdzie dowiedział się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Mężczyzna jest załamany, bije się z myślami jak powiedzieć o tym córkom – ma jeszcze 12letnią Basię. Nie wie jak ma dalej żyć, jak sobie poradzić z poczuciem straty, której kompletnie nie rozumie – Janina, jego żona, przecież miała być pod Krakowem, więc jak to możliwe, że zginęła po drugiej stronie Polski? Co ona tam robiła? Czy możliwe żeby go okłamała? Dlaczego? To jeszcze gorsze niż sama jej śmierć, tak niewiedza, niezrozumienie… Gdy z biegiem czasu śledztwo policji wykazuje jeszcze kilka innych niepokojących spraw, Maciek postanawia, że musi rozwiązać zagadkę śmierci żony – dopiero później może zacząć spróbować na nowo ułożyć sobie życie sam z dziewczynkami…
„Ból jest uczuciem subiektywnym. Nie da się go zmierzyć. Wszystkie opracowane przez medycynę skale są tylko przybliżone. Ja teraz czułem się tak, jakby ktoś wyciął mi kawałek serca.”
Książka podzielona jest na kilka tytułowanych części odnoszących się do wydarzeń lub miejsca, w którym się toczą. Każda część składa się z kilku krótkich rozdziałów. Narracja prowadzona jest przez Maćka w pierwszej osobie czasu przeszłego, jedynie jedna z dalszych części prowadzona jest przez innego bohatera w trzeciej osobie. Styl powieści jest rewelacyjny. Jestem zachwycona tym, jak autor pisze, jak posługuje się słowami, ile potrafi nimi wyrazić. Niby język jest zwyczajny, nic takiego niespotykanego, ale jakoś tak trafia idealnie w punkt – wszystkie uczucia, myśli opisane są nad wyraz trafnie, pisarz wyciska z nich esencję, chwyta w idealnym kadrze. To bardzo dojrzały język, dojrzałe spostrzeżenia. Właśnie tym stylem autor przypomniał mi, dlaczego cały czas mówię, że Chmielarz to mój polski pisarz numer jeden.
„Chciałem umrzeć, ale nie mogłem, bo w domu czekały na mnie dwie córeczki, dlatego chciałem się zabić chociaż na chwilę. Alkohol wydawał się najlepszym rozwiązaniem.”
Historia powieści rozpoczyna się od rozpaczy bohatera. To jak autor opisał tu emocje, jak głęboko uchwycił prawdziwość tych przeżyć, jest dla mnie wręcz niepojęta. Naprawdę, gdybym nie wiedziałam, że autor i jego rodzina mają się dobrze, byłabym naprawdę święcie przekonana, że pisze to z doświadczenia. To jest po prostu niemożliwe, żeby dało się tak uchwycić rozpacz po stracie najbliższej osoby, partnera życiowego, bez faktycznego tego doświadczenia. A jednak Chmielarz potrafi. Te bodajże 1/3 książki wzbudziło we mnie tyle smutku, tylko bolesnych emocji jak chyba jeszcze żadna z książek. Pierwszy raz miałam tak, że tak bardzo odczuwałam to co bohater, że aż z bólu nie mogłam czytać dalej. Musiałam zrobić sobie przerwę w lekturze, trochę się uspokoić. Naprawdę nigdy tak jeszcze nie miałam, żadna z książek tak bardzo mnie nie bolała. Owszem, mam kilka tytułów, podczas, których lektury moje emocje, wzruszenia sięgały zenitu, jednak tak, by odczuwać wręcz fizyczny ból, nie miałam nigdy. Naprawdę nie wiem jak Chmielarz to zrobił, ale gdybym miała ocenić ten kawałek książki dałabym 10/10.
„Tak bardzo chcieliśmy być dorośli i odpowiedzialni, że zapomnieliśmy o tym, czego kiedyś pragnęliśmy. A kiedyś pragnęliśmy przede wszystkim być szczęśliwi.”
Później, po pogrzebie Janiny, jest już trochę spokojniej, przynajmniej jeśli chodzi o emocje, bo akcja dopiero się zaczyna. Bohater przystępuje do prywatnego śledztwa. Podąża kilkami trapami, które prowadzą go w miejsca, o których nigdy by nie pomyślał. Nie chcę zdradzać za dużo, jednak tą część książki również oceniam pozytywnie, historia była ciekawa, prawdopodobna i opisana z wyczuciem.
„Tak łatwo stać się kimś innym z kimś innym. (…) Może wcale nie chodziło o to, że przestaliśmy się kochać, bo ja ją przecież kochałem, a ona, pomimo wszystko, chyba mnie też, tylko nie mogliśmy znieść ludzi, którymi sami się staliśmy.”
Sprawa komplikuje się gdzieś w ostatniej 1/3 książki. Kiedy pojawia się Ułan i Anka, dokładnie w tym miejscu historia jakoś mi się sypie. Miałam wrażenie, że ten fragment jest za bardzo oderwany od realności, za dużo autor nawymyślał, za dużo nakombinował. Rozumiem dlaczego – porusza tu dwa ważne tematy, pierwszego zdradzać nie mogę dla dobra fabuły, drugim jest zemsta – opisał je oczywiście tym swoim świetnym stylem, odczucia bohatera są zrozumiałe i bardzo realne, jednak niestety sytuacja dla mnie taka już nie była. Miałam wrażenie jakbym zaczęła po prostu czytać całkiem inną historię. Nie zgrało mi się to w całość.
„Oboje pragnęliśmy być kimś innym, kimś lepszym. Obojgu nam się to nie udało. Tkwiliśmy na swoich stanowiskach. Trzymaliśmy się ich desperacko, niczym boi ratunkowej na rozszalałym morzu. Zupełni jak nasi znajomi. Wszyscy w podobnej sytuacji, uwiązani pętlą kredytów, przygnieceni tonami zawodowych zobowiązań. Całe pokolenie ludzi, które żyje w przekonaniu, że bycie nieszczęśliwym to ich obowiązek.”
Co do tematów, to prócz tych oczywistych jak trauma po stracie najbliższej osoby, chęć zemsty czy zagubienie i rozpacz, wiele jest tu też o rozczarowaniu życiem. Życiem dorosłym, w roli ojca, męża, partnera, żywiciela rodziny. Dużo tu gorzkich słów, ale jakże prawdziwych. Autor poprzez swojego bohatera przygląda się zwyczajnym ludziom, gdzieś w okolicach trzydziestki - czterdziestki, mających rodziny, stałą pracę, próbujących żyć z dnia na dzień. Ludzi obciążonych problemami życia codziennego, przez które gdzieś tracą całą radość życia, poczucie bycia szczęśliwym. To smutne spostrzeżenia, ale podobno zauważyć problem to już jest krok do poprawy, prawda? Może właśnie to autor chce nam uświadomić.

Podsumowując, „Wyrwa” to pierwsza książka tego autora, z którą mam ogromny problem w ocenie. Z jeden strony uwielbiam styl Chmielarza, a pierwsze 150 stron książki zrobiło na mnie wrażenie piorunujące. Z drugiej strony ostatnie 100-150 stron jakoś kompletnie nie zgrało mi się z całą historią, co bardzo mnie zaskoczyło, niestety nie w pozytywnym sensie. Może autor zaczął po prostu z za wysokiego punktu, by całość utrzymać na równie wysokim poziomie? Nie wiem, ale myślę, że przy tak dobrej literaturze, jaką tworzy Chmielarz, można wybaczyć te jedno niedociągnięcie, każdemu przecież może podwinąć się noga. Ja i tak dalej uznaję go za mojego pisarza numer jeden i z niecierpliwością czekam na kolejną powieść.

Moja ocena: 7,5/10

Książkę odebrałam za punktu w portalu czytampierwszy.pl
Numer akredytacji 04/05/2020

maja 20, 2020

"Teściowe muszą zniknąć" Alek Rogoziński - recenzja premierowa

"Teściowe muszą zniknąć" Alek Rogoziński - recenzja premierowa

Autor: Alek Rogoziński
Tytuł: Teściowe muszą zniknąć
Data premiery: 20.05.2020
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 332
Gatunek: komedia kryminalna

Alek Rogoziński należy do moich ulubionych polskich pisarzy. Jego komedie kryminalne zawsze są przyjemne i zabawne, wiem czego mogę się po nich spodziewać i nigdy mnie nie zawodzą. Wiem, że po przeczytaniu jego książek świat zawsze staje się trochę lepszy, trochę bardziej znośny, bardziej z przymrużeniem oka.
Rogoziński debiutował w 2015 roku powieścią „Ukochana z piekła rodem”. W ciągu tych 5 lat wydał aż 14 powieści, które oczywiście wszystkie przeczytałam, a część z nich miałam nawet okazję recenzować – posty o nich znajdziecie tu na blogu. Alek, prócz humorystycznej dawki w postaci kilku powieści w ciągu roku, zapewnia też swoim czytelnikom nieprzerwanie dobry humor codziennymi zabawnymi postami na swoim profilu facebookowym. To właśnie tam dowiedziałam się, że niedawno zrezygnował już całkiem z pracy dziennikarza, teraz swój czas poświęca tylko na pisanie powieści i spotkania z czytelnikami, co cieszy mnie ogromnie, bo wiem, że dopływ lektur będzie stały 😊

„Teściowe muszą zniknąć” to historia o poszukiwaniu skarbu. Amelia i Janusz, małżeństwo z kilkuletnim stażem, mieszkają w kamienicy w środku Warszawy przy ulicy Emilii Plater. Właśnie zmarł wujek Amelii, który w spadku jej kuzynowi zostawił wskazówki dotyczące wielkiego przedwojennego skarbu ukrytego gdzieś w kamienicy. Małżeństwo postanawia pomóc Sylwestrowi w poszukiwaniach – w końcu to oni znają najlepiej to miejsce i mają do niego stały dostęp. Niestety zagadka nie jest łatwa do rozwiązania, tylko bardziej, że wieść o skarbie roznosi się lotem błyskawicy i w jego poszukiwania wplątuje się coraz więcej osób, nie tylko tych łagodnych i uczciwych… Czy grozi im przez to jakieś niebezpieczeństwo? Sytuacja szybko się zaognia, a do akcji muszą wkroczyć teściowe – mama Amelii - Maja Wrzesińska, wieczna wyzwolona hipiska oraz całkowite jej przeciwieństwo, Kazimiera Niedzielska dewotka i kobieta w swoim przekonaniu nieomylna. Czy kobiety pomogą czy wręcz przeciwnie – tylko skomplikują sytuację? Czy wszyscy wyjdą z tego cało? I czy faktycznie istnieje w tej kamienicy coś takiego jak przedwojenny ukryty skarb?!

Książka składa się z prologu toczącym się we wrześniu 1939 roku oraz 18 rozdziałów i epilogu. Całość poprzedzona jest (jak zawsze u Alka) spisem postaci występujących w książce i już tutaj zaczyna się humor – jest tak zabawnie napisany, że nie sposób się nie uśmiechać. Całość zamknięta jest krótkimi, lecz treściwymi podziękowaniami.
Narrator historii wypowiada się w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje każdego z uwikłanych w historię bohaterów, ale wie zdecydowanie więcej niż oni, czym nieraz dzieli się z czytelnikiem. Styl powieści jest lekki, zabawny, książkę czyta się szybko i z szaloną przyjemnością.

Co do samego humoru, to znajdziemy go tutaj sporo. Narrator nie szczędzi nam uszczypliwych komentarzy na temat postaci oraz zastanej rzeczywistości często odnosząc się do aktualnych tematów zaprzątających polskie media i społeczeństwo. Nie ostaje się nikt, a najwięcej obrywa chyba polityka i cały system działania państwa. To taki trochę czarny humor, ale wszyscy wiemy gdzie żyjemy, więc lepiej się z tego chyba śmiać, niż płakać, prawda? 😊

Oczywiście kłębowiskiem humoru są też postacie – najwięcej z nich znajdziemy w tytułowej parze – Mai i Kazimierze, które przedstawiają sobą skrajnie różne poglądy i przy każdej okazji dają o tym znać. Obydwie kobiety przedstawione są nieco karykaturalnie, co nadaje im mocnego rysu humorystycznego. Niemniej jednak zawierają dużo cechy, które powszechnie znamy, szczególnie Kazimiera reprezentuje wszystkie te starsze panie, które uważają swoich księży proboszczów za świętości, wielce wierzą w słowo boże, jednocześnie pałając nienawiścią do wszystkich tych o nieco bardziej liberalnych poglądach.
„Potem, kiedy czekała na herbatę, podeszła do półek ze starymi książkami, wyciągnęła ‘Akademię Pana Kleksa’ i zaczęła na mnie strasznie krzyczeć, że muszę się tego pozbyć. Powiedziała, że to żydowska opowieść o starym dewiancie, który podaje dzieciom przed snem podejrzane pastylki.”
Maja z kolei to zapalona wojowniczka, częsta uczestniczka czy nawet prowodyrka demonstracji otwarta na cały świat (tylko nie na Kazimierę 😉). To kobieta wyzwolona namawiająca swoje córki do korzystania z uciech cielesnych. To świetne przeciwieństwo do Kazimiery, dobrze balansuje jej głupie komentarze, przez co w całej powieści było zabawnie, a nie irytująco 😊

Nie zabrakło tu też postaci, które już znamy z innych książek autora. Jest oczywiście komisarz Darski, ale nie odgrywa tu specjalnie dużej roli, jest też gangster Tygrys Złocisty, który rolę odgrywa tu dosyć znaczącą. Z nowych postaci ciekawa też była świrnięta sąsiadka Mai i Janusza, a także ksiądz detektyw, którego szczerze bardzo chętnie spotkałabym również w kolejnych książkach autora.

Co do samej historii, to toczy się niespiesznie, ale ciekawie. Przy tak dużej ilości postaci raczej nie sposób prowadzić akcji szybciej, w końcu u każdego dzieje się co innego i trzeba to przedstawić. Wychodzi więc na to, że z kilku osobnych opowieści ostatecznie tworzy się jedna całość, każdy wątek zazębia się z pozostałymi. Jak na komedię kryminalną intryga jest dosyć rozbudowana, niemniej jednak jest sprawnie poprowadzona i wzbudza zaciekawienie.

Podsumowując, „Teściowe muszą zniknąć” to bardzo przyjemna, zabawna i zgrabna komedia kryminalna. Intryga wzbudza zaciekawienie, akcja toczy się na dosyć szeroką skalę, a bohaterowie są oryginalni i zapadają w pamięć. Alek ma dar do opowiadania historii na wiele postaci w taki sposób, że nic się nie miesza i wszystko jest zawsze wciągające, ale i logiczne i jasne. Ja, jak zawsze, jestem z lektury zadowolona i polecam tym, którzy mają ochotę na ciekawą zagadkę, ale nie mają ochoty na mrok i depresję – tu zdecydowanie tego nie znajdziecie – jest lekko, zabawnie i przyjemnie.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.!


maja 19, 2020

"Żywica" Ane Riel

"Żywica" Ane Riel

Autor: Ane Riel
Tytuł: Żywica
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz
Data premiery: 21.01.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 280
Gatunek: thriller

Ane Riel to duńska pisarka, która na swoim koncie ma już trzy powieści. Debiutowała w 2013 roku, dwa lata później wydała „Żywicę”. Rok temu w 2019 roku na duńskim rynku ukazała się jej trzecia książka i mam ogromną nadzieję, że wydawnictwo zdecyduje się, by i ten tytuł wydać w Polsce.
Proza pisarki jest bardzo oryginalna. Cechuje się dziwnością, częstym sięganiem do mrocznych, pokręconych straumatyzowanych umysłów. Jednocześnie jej bohaterowie przedstawieni są z empatią i zrozumieniem. To książki, biorąc za przykład „Żywicę”, które na pewno mocno wyróżniają się na rynku czytelniczym, pozostające na długo w pamięci.
„Żywica” jak na razie jest najgłośniejszym tytułem Riel – została wydana w 26 krajach, zebrała sporo ciekawych i poważanych skandynawskich nagród literackich, a nawet rok temu powstał na jej podstawie film o tym samym tytule. Książka zrobiła i na mnie spore wrażenie, dawno nie czytałam nic tak pokręconego, mrocznego, a zarazem przedstawionego tak zwyczajnie, bez emocjonalnego nacechowania.

Historia „Żywicy” toczy się na duńskiej fikcyjnej wysepce, która kształtem przypomina ciało człowieka – ma część główną, na której ulokowane jest miasteczko, wąski przesmyk nazywany Szyją oraz Głowę, na której żyje jedna rodzina - Haarder. Dziadek Liv, 9letniej dziewczynki, był stolarzem, a gdy zmarł biznes ten przejął jego młodszy syn, Jens, ojciec Liv, a nawet go poszerzył – posadził na Głowie choinki, by co roku w okresie bożonarodzeniowym je sprzedawać. Niestety od kilku lat biznes podupada, Jensa coraz mniej widać na głównej części wyspy. Razem ze swoją rodziną mocno się izoluje, w końcu zjawia się na wyspie, by zgłosić śmierć swojej córki – wszystko wskazuje na to, że dziewczynka utopiła się w morzu. Jednak czy na pewno? Co tak naprawdę dzieje się z Liv? Co dzieje się na Głowie? Dlaczego nikt z mieszkańców tym się nie interesuje? Czy w ogóle na interwencję nie jest już za późno?
„Nie wiem, czy nasze życie nazwać bajką czy dreszczowcem. Może po trosze jednym i drugim? Mam nadzieję, że dostrzeżesz jego baśniowość.”
Książka składa się z kilkunastu tytułowanych rozdziałów. Część z nich przedstawiona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia Liv, część w narracji trzecioosobowej opowiada ogólnie o historii i wydarzeniach z wyspy. Całość poprzetykana jest listami spisanymi dla Liv przez jej matkę. Styl powieści jest oszczędny, spokojny i dosyć neutralny, stojący w mocnym kontraście do tego, o czym opowiada.

Akcja powieści toczy się powolnym, spokojnym rytmem. Czytelnik powoli poznaje całą historię rodziny, sam może pokusić się na ich podstawie do wyciągania wniosków i odkrywania motywacji głównych bohaterów. A nie są to zwyczajny bohaterowie. Ojciec Liv to człowiek głęboko zaburzony, który w odosobnieniu pogłębia się coraz mocniej w szaleństwie. Nikt nie interweniuje, jego żona, matka Liv wspiera go w jego wymysłach, a Liv, jako że od początku wychowywana jest w taki sposób, również odosobniona, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, uważa wszystko za coś całkowicie normalnego. I właśnie to jest najbardziej przerażające – to jak łatwo młody umysł przekonać do swoich racji, nauczyć żyć w taki, a nie inny sposób.
„Od tej pory las był najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Rozumiała, że wszystko powraca. Że kolory po sobie następują: począwszy od jasnozielonego po ciemnozielony, ogniście czerwony po złotobrązowy aż do najczarniejszej czerni. Gleby. Że ziemia musi mieć co jeść, by wypuścić do światła nowe życie. Że po ciemności następuje jasność, po której nadchodzi mrok. Że serca odrastają.”
Rodzina Haarder żyje w zgodzie z naturą. Przy ich skromnym domku rośnie piękny gęsty las pełen zwierząt. Dalej są wrzosowiska, plaża i morze. Ojciec Liv, tak jak wcześniej jego ojciec, uczy ją miłości do lasu, polowań i wykorzystywania wszystkiego, co inni uznają za śmieci. Przez to też zbiera wszystko to, co inni wyrzucają. Tak rozpoczyna się jego zbieractwo, choroba, która z roku na rok coraz mocniej postępuje. Niekontrolowana, a wręcz pobłażana prowadzi do fatalnej katastrofy, a jedyna osoba, która się temu sprzeciwiła, kończy marnie. Coś, co kiedyś mogło być nazywane skromnym życiem w otoczeniu natury, teraz przerodziło się w coś monstrualnego, chorego, przerażającego. Powieść w surowy, ale też bardzo głęboki sposób ukazuje jak postępuje choroba bohatera, odsłania jego skażony umysł. To naprawdę ciekawe studium psychologicznego zatracenia bohatera, a zarazem jego żony i córki, które niejako pozbawione są swojej woli, całkowicie podporządkowują się Jensowi.
„Jens odczuwał wręcz odpowiedzialność za zachowanie rzeczy, których wartości inni nie doceniali. I radość, więź uczuciową z każdym przedmiotem. Ta więź go stymulowała, a próby jej zerwania wykańczały. Czy nawet napełniały lękiem.”
Powieść oczywiście zmusza do wielu refleksji, zadawania pytań nad motywacjami i powodami zachowania głównego bohatera. Co doprowadziło do jego zatracenia? Czy faktycznie jedna nieprzepracowana trauma może doprowadzić do takiej tragedii? Gdzie był ten punkt graniczny, po przekroczeniu którego bohater nie ma już odwrotu do normalnego życia? Gdzie są granice miłości, a gdzie szaleństwa?

Nie chcę za dużo zdradzać z lektury, ale też dawno nie miałam tak, że w sumie powieść wzbudza tyle emocji, że wręcz nie wiem co napisać. Może dalej jestem w lekkim szoku, po szaleństwie, które zostało tam przedstawione. To na pewno książka inna niż wszystkie, mocna, mroczna, dająca do myślenia. Skala choroby psychicznej i jej następstw, kiedy rozrasta się w sposób niekontrolowany jest wręcz nie do pojęcia. Podziwiam autorkę za to, że tak straszną historię przedstawiła w tak zwyczajny, neutralny i naturalny sposób. Naprawdę robi wrażenie.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

maja 18, 2020

"Ktoś tu kłamie" Jenny Blackhurst

"Ktoś tu kłamie" Jenny Blackhurst

Autor: Jenny Blackhurst
Tytuł: Ktoś tu kłamie
Tłumaczenie: Maria Gębicka - Frąc
Data premiery: 06.05.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller

Jenny Blackhurst to jedna z moich ulubionych brytyjskich pisarek lekkich thrillerów psychologicznych. Na swoim koncie ma już 5 powieści. Debiutowała w 2014 roku książką „Tak cię straciłam”, a o premierze z roku poprzedniego pt. ‘Noc, kiedy marła” możecie poczytać tu – klik! „Ktoś tu kłamie” to jej najnowszy thriller, który określiłabym jako coś pomiędzy „Wielkimi kłamstewkami” Moriarty oraz serialem „Gotowe na wszystko”.

Akcja powieści toczy się na bogatym, małym, zamkniętym osiedlu w Cheshire. Rok temu podczas sąsiedzkiej imprezy halloweenowej zmarła w skutek nieszczęśliwego wypadku jedna z mieszkanek – Erica Spencer. Sprawę szybko zamknięto, jednak sąsiedztwo o tym nie zapomniało… Niecały rok później podczas szkolnego pikniku ktoś na facebookowym profilu szkoły zamieszcza post sugerujący, że Erica została zamordowana, a on chce zdemaskować sprawcę. Ogłasza też podcast, w którym w każdym z odcinków będzie odkrywał kolejne tajemnice podejrzanych o to osób. To wąskie grono, 6 najbliższych sąsiadów… Kto kryje się za tym postem? Czy faktycznie coś wie? Co stało się tamtej nocy rok temu? Sytuacja zagęszcza się, gdy najbliższa przyjaciółka zmarłej znika w podejrzanych okolicznościach…

Książka składa się z prologu i epilogu opowiedzianych z perspektywy Erici oraz z 80 bardzo krótkich rozdziałów poprzetykanych treścią podcastu. Narracja w rozdziałach przedstawiona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia każdego z podejrzanych. Styl powieści jest lekki, książkę czyta się szybko i przyjemnie, nie trzeba się wysilać. Jedynie warto szybko przyswoić sobie imiona głównych bohaterów, by się ze sobą nie mieszały się.
„Tak wielu winnych twarzy można spotkać w Seven Oaks, w miejscu, gdzie ziszczają się marzenia i gdzie życie jest bezpieczne. Ale czy jedna z nich jest twarzą mordercy? A jeśli tak, to która?”
Książka od samego początku na zamknięte grono bohaterów. Mamy tu, prócz najbliższej przyjaciółki Erici, młodą mamę bliźniaczek, singielkę prowadzącą własną firmę. Jest znane małżeństwo – Marcus to trener personalny, jego żona Karla to perfekcyjna pani domu. Jest jeszcze mąż zaginionej – Peter, oraz Miranda i Alex – on nieziemsko przystojny, mimo to ciągle w pracy, ona matka dwójki dzieci, która chce uchodzić za perfekcyjną organizatorkę. Jest też mąż Erici z dwójką dzieci oraz oczywiście tajemniczy człowiek prowadzący podcast. Całe te towarzystwo mieszka w bliskiej odległości od siebie, wręcz widzą się z okien własnych domów. Wszyscy kreują się na przyjaciół, spędzają razem czas, ale czy naprawdę są sobie bliscy? Czego nie wiedzą o swoich sąsiadach? Jakie tajemnice skrywają?
To dosyć znany temat – jak dobrze znasz swoich sąsiadów, co kryje się za ścianami ich domów. Historia jest jednak całkiem ciekawie przedstawiona, powoli na jaw wychodzą różne dziwne sekrety, brudy rodzinne. Co stanie się, gdy już nic nie będzie tajemnicą? Czy ci tak zwani przyjaciele będą w stanie dalej żyć obok siebie?

Warto tu też zwrócić uwagę na przedstawienie charakterów postaci – każdy z nich jest inny, odróżnia się na tle pozostałych, myślę, że każdy czytelnik polubi kogoś innego. Niemniej jednak z biegiem lektury autorka odkrywa prawdziwe motywacje i cechy charakterów postaci, przez co ostatecznie każdy z nich może być lepiej zrozumiany niż wydawałoby się na początku. Aż chciałoby się powiedzieć „nie oceniaj książki po okładce” 😉

Ciekawe też było tutaj przedstawienie zamkniętego osiedla jako tego pewnika dającego bezpieczeństwo. Jednak kolejne odkrywanie sekretów, każdy kolejny odcinek podcastu burzy te poczucie u bohaterów, udowadnia, że nawet pod osłoną kamer, na własnym podwórku nic się nie ukryje. Chociaż z drugiej strony w tak bliskiej społeczności chyba niemożliwym byłoby, gdyby żadna z tajemnic w końcu nie wyszła na jaw. Zawsze jest ktoś kto patrzy lub słucha… Ostatecznie jednak mimo wszystko ta dziwna przyjaźń pomiędzy sąsiadami zwycięża, ta wąska grupa osób jest dla siebie wsparciem, stoi za sobą murem gdy jest to potrzebne. Wśród tych tajemnic, kłamstw i niejasności, to bardzo miły, pozytywny akcent.

Na koniec jeszcze wspomnę o wątku z policją – mamy tu też wgląd w śledztwo policyjne – jeden z detektywów badał rok temu sprawę Erici i od początku coś tam się znowu z nią nie zgadza. Drugi to świeżak, który wytrwale dąży do odkrycia prawdy. Mimo że wątek ten nie jest specjalnie rozbudowany, to jest przedstawiony bardzo ciekawie – tu też mocną stroną są na pewno charaktery i sposób przedstawienia postaci.

Ogólnie „Ktoś tu kłamie” to przyjemny, lekki thriller, na jeden – dwa wieczory. Akcja jest ciekawa, ciężka do przewidzenia, historia zaskakuje. Bohaterowie są przedstawienie interesująco, są zdecydowanie bardzo mocną stroną tej historii. Nie wiem czy można się tu pokusić o jakieś przesłanie płynące z książki, niemniej jednak to na pewno dobry relaks. Dostałam to co chciałam i oczywiście będę wypatrywać kolejnej książki tej pisarki.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 15, 2020

"Totalna magia" Alice Hoffman

"Totalna magia" Alice Hoffman

Autor: Alice Hoffman
Tytuł: Totalna magia
Cykl: Practical magic, tom 2
Tłumaczenie: Danuta Górska
Data premiery: 29.01.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura obyczajowa / romans

Alice Hoffman to amerykańska pisarka, która debiutowała w roku 1977. Pisze książki lekkie, kobiece, często ze szczyptą magii. W ten rodzaj wpisuje się jej jedna z najgłośniejszych powieści pt. „Totalna magia”, która swoją oryginalną premierę miała w 1995 roku, a w Polsce pojawiła się dopiero teraz, 25 lat później. Trochę ten fakt dziwi, gdyż w 1998 roku do kin trafiła ekranizacja powieści, która została ciepło przyjęta i do tej pory ma swoim zwolenników. Jednak to nie film, a nowo powstały prequel powieści pt. „Zasady magii”, o których pisałam Wam kilka dni temu (recenzja – klik!) był pretekstem, by w końcu i na naszym polskim rynku pojawiła się „Totalna magia”. Za wydanie tego cyklu odpowiada niezastąpiony Albatros, którego obydwie okładki zachwycają – są piękne, błyszczące, brokatowe. „Zasady magii” w środku też były trochę takie błyszczące, ale czy i „Totalna magia” jest tak urocza jak jej okładka?

Historia zawarta w tej powieści opowiada o dwóch siostrach Owens – Sally i Gillian, które w dzieciństwie straciły rodziców i zamieszkały ze swoimi ciotkami w domku przy ulicy Magnolii w Massachusetts. Dorastały w domu pełnym magii, gdzie nic nie trzeba i nie ma żadnych obowiązków. Sally szybko stała się najbardziej obowiązkową osobą z całej żyjącej rodziny – dbała o dom, posiłki, naukę. Gillian z kolei wyrosła na lekkoducha i uciekła z miasta z jedną z wielu swoich miłości. Przez wiele, wiele lat dziewczyny się ze sobą nie widziały, jednak w końcu nadszedł czas, by ich los ponownie się połączył. Pewnej nocy Gillian staje na progu domu dorosłej Sally, która już wie, że razem z siostrą przyjechały kłopoty większe niż zazwyczaj…  Jednak Sally ma teraz swoje własne życie i dwie nastoletnie córki, za które jest odpowiedzialna. Czy będzie w stanie pomóc siostrze? Czy decyzje podjęte tej nocy pociągną za sobą straszne konsekwencje? Jak potoczą się ich dalsze losy?
„W końcu kłopoty są całkiem jak miłość; przychodzą niezapowiedziane i przejmują władzę, zanim zdążysz się opamiętać czy w ogóle pomyśleć.”
Książka składa się z kilku tytułowanych rozdziałów. Narracja w pierwszym z nich prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, później czas zmienia się na teraźniejszy. Styl powieści jest ciut lepszy niż w „Zasadach magii”, chociaż te zmiany czasu, w których historia jest opisana, trochę wybijały mnie z rytmu. Na szczęście nie ma tu tak wielu powtórzeń jak w poprzedniej historii.

Nie ma również tej mgiełki magii, która w „Zasadach…” tak mi się podobała, stworzyła klimat powieści. „Totalna magia” jest mroczniejsza, chwilami nawet niepokojącą. Opowiada o kilku trudnych tematach takich jak przemoc fizyczna w rodzinie, źle ulokowane uczucie czy wykorzystywanie młodych dziewczyn. Prócz dorosłych już sióstr ważną rolę w powieści pełną też córki Sally – 16letnia Antonia oraz 13letnia Kayle. Obydwie są nastolatkami, obydwie mocno się zmieniają na kartach książki. Rozumiem, że autorka chciała ukazać dojrzewanie dziewczynek, zmianę z dziecka w kobietę, ale za obraz tych zmian obrała 13letnią Kayle. Muszę przyznać, że kłuło mnie to mocno w oczy, częste powtarzanie, że w wieku 13 lat dziewczynka jest już kobietą, epatuje seksualnością i jest pożądana przez wszystkich mężczyzn w okolicy. Trochę to było dla mnie niesmaczne, teraz może faktycznie 13latki wyglądają jak 16latki, ale 25 lat temu chyba tak nie było? Jakoś kompletnie mi ta 13stka nie pasowała w tym co autorka chciała przedstawić. Szkoda, że na swój obiekt przemiany Hoffman nie wybrała starszej Antoni.

Jak pisałam, historia porusza sporo trudnych tematów, na które w swoich życiu mogą natknąć się kobiety – Gillian była bita przez partnera, Kayle ledwo uniknęła gwałtu. To sprawy, o których trzeba mówić głośno, jednak tutaj znowu wydały mi się przedstawione za łatwo i banalnie, w ogóle nie miały głębi, uzasadnienia czy jakiegoś podłoża prawdopodobieństwa. Nie wiem, może w tych kobiecych lekkich lekturach przedstawia się wszystko tak banalnie i jednostronnie, jednak mnie to kompletnie nie usatysfakcjonowało.

Tak jak w „Zasadach magii”, tak i tu miłość jest tym tematem najważniejszym. Każda z bohaterek chce być kochaną i docenianą, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. Mamy Sally, która wiele w przeszłości się nacierpiała, teraz skupia się tylko i wyłącznie na córkach. Jest też Gillian, która przez całe swoje życie podejmowała złe miłosne decyzje. Są też Antonia i Kayle’a, które dopiero mają zacząć odkrywać pierwsze zauroczenia i miłości. Czy dla każdej z nich los szykuje odpowiedniego mężczyznę? Czy siostry w końcu osiągną szczęście?

Prócz pragnienia bycia kochaną i szczęśliwą, znajdziemy tutaj też wiarę w moc krwi. W razie kłopotów bohaterki zwracają się do rodziny, to właśnie na nią mogą liczyć. Rodzina zawsze pomoże, znajdzie wyjście z kłopotów i naprowadzi na właściwą ścieżkę. Nie osądza, mimo iż mogłoby się wydawać inaczej. To węzy krwi są tu najważniejsze. I nawet gdy wydaje się, że więcej z powiązaniami rodzinnymi jest kłopotów niż pożytku ostatecznie wszystko dobrze się układa.
„To tylko świadczy o tym, że nigdy nie można polegać na domysłach - informuje siostrzenicę ciotka Frances. – Po to wymyślono język. Inaczej bylibyśmy jak psy obwąchujące się nawzajem, żeby sprawdzić, na czym stoimy.”
Podsumowując, mimo że w „Totalnej magii” można dopatrywać się wątku kryminalnego i mroczniejszego klimatu, to jednak ich prequel „Zasady magii” podobały mi się bardziej. Tu zabrakło mi magicznej mgiełki, jakiejś jednej spójnej niosącej przesłanie historii i zarysu historycznego. Doceniam, że autorka poprzez lekką lekturę chciała poruszyć trudne tematy przemocy w rodzinie, problemy dojrzewania i przemiany w kobietę, jednak dla mnie to było wszystko za płytkie. Mogę jednak napisać, że podobało mi się ostateczne rozwiązanie problemu i, chyba nie zdradzę żadnej tajemnicy, jak napiszę, że również happy end. Niemniej jednak historia mnie nie urzekła, może osoby zaczytujące się w romantycznych, prostych historiach mogłyby być bardziej usatysfakcjonowane niż ja.

Moja ocena; 5,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 13, 2020

"Zasady magii" Alice Hoffman

"Zasady magii" Alice Hoffman

Autor: Alice Hoffman
Tytuł: Zasady magii
Cykl: Practical magic, tom 1
Tłumaczenie: Danuta Górska
Data premiery: 16.10.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura obyczajowa / fantastyka / romans

Podejrzewam, że wszyscy ze starszego pokolenia znają film „Totalna magia” z Nicole Kidman i Sandrą Bullock z 1998 roku. Nie wszyscy jednak wiedzą, że jest to ekranizacja książki Alice Hoffman o tym samym tytule wydanej w 1995 roku. Teraz, 22 lata później, autorka zdecydowała się napisać prequel historii. To opowieść o ciotkach Gillian i Sally, które przygarnęły je w dzieciństwie. Nie dotarłam niestety do informacji, dlaczego autorka po tylu latach zdecydowała się na powrót do tej historii, a bardzo mnie to ciekawi.
Alice Hoffman to, powtarzając za notką zamieszczoną na pierwszej stronie książki, jedna z najbardziej lubianych amerykańskich pisarek. Na swoim koncie ma już trzydzieści tytułów (w Polsce ukazało się kilka z nich), które przetłumaczone zostały na ponad 20 języków i doczekały się ponad stu zagranicznych wydań. Autorka pisze również książki dla młodzieży, a na podstawie omawianych „Zasad magii” ma powstać serial dla platformy HBO.

„Zasady magii” opowiadają historię rodzeństwa Owensów wychowanych z dala od magicznego domu w Massachusetts przy ulicy Magnolii. Ich matka Susanna odcięła się od swojego dziedzictwa i razem z mężem, psychiatrą zdecydowali się na założenie rodziny w Nowym Jorku. Frany, Jet i Vincent jednak od samego początku wiedzą, że są inni niż pozostałe dzieci. Powoli odkrywają w sobie magiczne moce, a gdy wkraczając powoli w dorosłość dostają zaproszenie na spędzenie lata przy ulicy Magnolii, mają nadzieję na zapoznanie się ze historią swojej rodziny oraz wyjaśnienie o co w tym wszystkim chodzi. Szybko dowiadują się, że od dawien dawna nad rodziną Owensów ciąży klątwa – prawdziwa miłość jest u nich zakazana, ten, w którym Owensówny się zakochają, umrze. Czy to prawda? Niestety szybko przekonają się, że tak. Czy uda się uniknąć działania klątwy, jakoś ją obejść? A może czy możliwe jest w ogóle życie bez miłości?
„Nie wzywajcie ciemności, kiedy nie jesteście przygotowani na konsekwencje.”
Książka składa się z sześciu części: Intuicja, Alchemia, Zaklęcie, Elemental, Grawitacja, Remedium – każda z nich opowiada o pewnej części życia rodzeństwa. Podzielone są na nienumerowane podrozdziały, więc książkę czyta się wygodnie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje wydarzenia z boku. Styl powieści to niestety największy minus jaki mam do zarzucenia tej książce – jest bardzo nierówna, raz czyta się ją z zainteresowaniem, raz trochę męczy. W tym męczących fragmentach jest dużo powtórzeń, zarówno tych samych wyrazów w zdaniu, jak i przypomnień o wcześniejszych zdarzeniach, zdecydowanie za częstych i za szczegółowych. Ogólnie też miałam wrażenie, że czasami zdania są trochę złożone nieporadnie, kulowe stylistycznie. I tu znowu wychodzi kwestia pracy tłumacza – nie wiem na jak dużą ingerencję w tekst tłumacze mogą sobie pozwolić, więc ciężko jest mi określić czy to wina tłumaczenia czy oryginału.
„… Frany doszła do wniosku, że magia niewiele się różni od nauki. Obie szukały sensu tam, gdzie go nie było, światła w ciemności, odpowiedzi na pytania zbyt trudne, żeby śmiertelnicy mogli je zrozumieć.”
Co do samej historii to jest całkiem przyjemna. Zgrabnie łączy magię z opowieścią o dojrzewaniu, miłości, poszukiwaniu szczęścia, poczuciu obowiązku i odczuciu inności, wyalienowania. Każdy z trójki rodzeństwa od początku czuje się inny, wie, że ma moce, których nie mają zwyczajni ludzie. I tak Vincent oczarowuje każdą napotkaną istotę, a siostry wzbudzają zachwyt swoją urodą. Ciężko im odpędzić się od adoratorów, jednak mając wiedzę, iż może im przez to grozić niebezpieczeństwo. Każdy z nich jednak chce żyć normalnie, założyć rodzinę, mieć swoje miejsce na świecie. Każdy z nich ma uczucia, cierpi tak jak inni, a nawet mocniej, mając świadomość ciążącej nad nimi klątwy. Poprzez historię o magii autorka sprytnie opowiada o tym, że każdy człowiek potrzebuje kogoś bliskiego, partnera, uczucia bycia kochanym i jest w stanie dla tej emocji poświęcić wszystko.
„ – Jestem skazana, żeby stracić wszystkich, których kocham – oświadczyła April. – Już o tym wiem. - Oczywiście – potwierdziła Jet spokojnym, wyważonym tonem. – Na tym polega życie.”
Widać też, że prócz warstwy uczuciowej, autorka poświęciła sporo czasu na research odnośnie magii, czarów i wierzeń w moce, jaki powinny posiadać czarownice. Mamy tutaj czarne koty, chowańce, żuczki, kruki. Każdy, w którym płynie krew Owensów, unosi się na wodzie, nie jest w stanie utonąć. Co ciekawsze, wiele tutaj ziołolecznictwa – przy domku przy ulicy Magnolii ciotka rodzeństwa ma duży ogród, w którym znajdują się wszystkie potrzebne rośliny jak szałwia, lawenda, rozmaryn itp. Dla osób zainteresowanych działaniem ziół na pewno będzie to interesujący dodatek.
„Nie była stworzona do takich rzeczy. Pragnęła latać, pragnęła wolności i wolałaby żyć wśród ptaków, rozbić namiot w Central Parku i nie mieć nic wspólnego z rodzajem ludzkim.”
Warto jeszcze wspomnieć, że cała ta opowieść toczy się osadzona w prawdziwej historii Ameryki. Natkniemy się tu np. na wyprawę na księżyc, wojnę w Wietnamie oraz walkę o prawa homoseksualistów. Nie ma tego tutaj może wiele, od czasu do czasu jednak znajdziemy jakiś fakt, który zakorzenia historię w prawdziwym świecie. Możliwe też, że dla mieszkańców Nowego Jorku książka jest jeszcze bardziej prawdopodobna – wiele jest tu wspomnianych ulic i budynków, które istnieją naprawdę.
„… na wszystko są zasady. Po pierwsze, nie rób krzywdy. Musisz o tym pamiętać.”
Podsumowując, „Zasady magii” to lekka, przyjemna historia, opowiadająca o dosyć uniwersalnych zagadnieniach osnutych mgiełką magii. Spodoba się osobom, które chcą się oderwać od rzeczywistości, przenieść na chwilę w świat, gdzie możliwe jest więcej, jednak ze świadomością, że wszystko ma swoje konsekwencje. To również historia miłosna, o ogromnej sile tego uczucia. Żałuję tylko, że styl powieści nie był lepszy, momentami naprawdę mocno kłuł mnie w oczy, przez co przez historię nie byłam w stanie przejść płynnie.  Ja jednak zawsze zwracam dużą uwagę na warstwę językową, ale myślę, że dla tych, dla których nie jest to tak ważne, książka powinna się bardziej podobać.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 11, 2020

"Zatruty ogród" Alex Marwood

"Zatruty ogród" Alex Marwood

Autor: Alex Marwood
Tytuł: Zatruty ogród
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny

Alex Marwood to pseudonim literacki Sereny Mackesy, brytyjskiej pisarki, która debiutowała w roku 1999 powieścią „The Temp” zaliczaną (według autorki błędnie) do ‘chick lit’ (lekkie, pozytywne romantyczne historie). Pod swoim prawdziwym nazwiskiem wydała jeszcze trzy inne powieści, jednak by uciec od skojarzenia z tym gatunkiem, w 2012 roku narodziła się Alex Marwood. Alex pisze powieści mroczniejsze, skupiające się na trudnych zakątkach ludzkiej psychiki. Zbiera też za nie dużo ciekawych nagród m.in. za powieść „Dziewczyny, które zabiły Chloe” zdobyła Nagrodę Literacką Edgara Allana Poe. Aktualnie jest w trakcie pracy nad serialem na podstawie jej przedostatniej książki pt. „Najmroczniejszy sekret”. Jej najnowsza powieść pt. „Zatruty ogród” jest efektem jej fascynacji sposobami funkcjonowania sekt – jak autorka przyznała w jednym z wywiadów, gdy doszło do masowego samobójstwa kultu Jima Jonesa miała 15 lat, więc ta głośna zbrodnia wpisała się w nią na zawsze. Od tego czasu zastanawia ją manipulacja ludzką psychiką i to, jak wiele ludzi poszukuje schronienia w tego typu organizacjach. Ostatnimi laty coraz mocniej autorka odczuwała potrzebę napisania tego typu powieści – zaczęła dostrzegać w wielu kręgach społeczeństwa coraz więcej sposobów myślenia charakterystycznych dla kultów i sekt. To jest jej najpoważniejsza powieść, do której przelała wiele swoich prywatnych obaw.
„Dla nich liczy się tylko przetrwanie. Kiedy nadejdzie koniec, to w ich rękach spocznie przyszłość rasy ludzkiej. Nie ma nic ważniejszego.”
Wrzesień 2016. Na odosobnionej farmie w Walii znalezionych zostaje ponad sto pięćdziesiąt ciał osób należących do sekty Arka. Przyczyna śmierci – zatrucie. Policja szybko stwierdza masowe samobójstwo – historia tragiczna, ale przecież do takich aktów dochodziło też już wcześniej. Ocalało niewielu, w przeważającej liczbie dzieci, w tym Eden i Ilo. Jedyną osobą dorosłą, która ocalała jest Romy, przyrodnia siostra dwójki nastolatków. Romy trafia najpierw do szpitala psychiatrycznego, później do ośrodka przejściowego, aż w końcu otrzymuje własne mieszkanie. Wreszcie. Bo Romy ma sekret, którego dłużej niż nie mogłaby w takim miejscu utrzymywać…
Eden i Ilo trafiają pod opiekę Sary. To ich ciotka, która dopiero po masowym samobójstwie dowiedziała się o ich istnieniu. Kobieta sama nie do końca potrafi poradzić sobie z własnym życiem, jednak poczucie obowiązku w niej zwycięża i przygarnia dzieciaki – czy poradzi sobie z dwójką, która nigdy nie żyła w prawdziwym współczesnym świecie?

Książka podzielona jest na prolog, 56 krótkich rozdziałów i epilog. Akcja złożona jest z dwóch, przeplatających się z sobą planów czasowych – toczy się teraz, pod koniec 2016 po tragedii – te rozdziały nazwane są „wśród Martwych”, oraz od 2001 do 2016 w Arce – to rozdziały „przed końcem”. Rozdziały toczące się teraz przedstawione są z punktu widzenia Sary i Romy w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, rozdziały ‘przed końcem’ z punktu widzenia Romy w pierwszej osobie tego samego czasu. Styl powieści jest lekki, książkę czyta się szybko, wciąga.
„Ogród jest jak społeczeństwo – mawia Ojciec. – Niewyrwany chwasty zduszą pożyteczne rośliny i ukradną im substancje potrzebne do życia. Musimy być czujni. Złe myśli, złe pomysły i źli ludzie, wszystko to zagraża naszemu przetrwaniu.”
Jak wspomniałam, historię poznajemy z punktu widzenia dwóch postaci kobiecych. Jest Romy, której przeżycia związane z sektą odkrywamy wraz z biegiem lektury. To młoda, dwudziestojednoletnia kobieta, która z jakiegoś powodu przeżyła. Do sekty trafiła jako pięciolatka, więc życie w prawdziwym świecie to dla niej coś całkowicie nieznanego. Romy uczy się zachowywać tak by nie wzbudzać ciągłych zdziwień, chociaż sama nadal wierzy w to, co wyznawała cała sekta… Dlaczego Romy przeżyła? I co ukrywa?
Z kolei Sara pozornie jest zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się ze społeczeństwa kobietą. Dwa lata temu rozwiodła się z mężem i wróciła do domu rodzinnego, który nie zbudza w niej wcale ciepłych wspomnień. Jej rodzice należeli do dosyć radykalnego Kościoła, założonego przez jej przodków – żyli w dziwnych warunkach, bez specjalnych wygód, uciech i przyjemności. Takie wychowanie naznaczyło Sarę na całe życie, ona sama ma problemy z okazywaniem uczuć. Teraz pracuje w szkolnej administracji i po prostu egzystuje, dopóki nie pojawiają się w jej życiu Ilo i Eden. Kobieta stara się zapewnić im normalne życie, chce by nauczyli się żyć w społeczeństwie i byli szczęśliwi.

Co do fabuły, to akcja toczy się dosyć powoli. Nie ma tu typowego dla thrillera dreszczyku emocji – jest po prostu dobra, wciągająca historia opowiadająca o życiu w sekcie oraz teoretycznym powrocie do normalności. Te rozdziały opowiadające o życiu w sekcie były ciekawie przedstawione – z punktu widzenia Romy, która wierzy w zasady Arki, więc były one opisane dosyć neutralnie, a nawet pozytywnie. Nie ma tu bezpośrednich zarzutów, chociaż ostatecznie podstawa funkcjonowania tej sekty zostaje zdemaskowana.
Bardziej przerażające są rozdziały dotyczące aktualnych wydarzeń. Romy coś knuje, ma jakiś cel, w końcu ciągle wierzy w to co w Arce, coś chce zrobić, jednak czytelnik długo nie wie co. Raczej nic dobrego. Z drugiej strony mamy dwójkę nastolatków, 15letnią Eden i 13letniego Ilo, którzy nagle trafiają do normalnej szkoły i powinny żyć jak zwykłe dzieciaki. Ten dysonans tego co dla nich jest normalne, a co faktycznie przystoi w naszym społeczeństwie jest ogromny – i czytelnik powoli tego doznaje. To przerażające jak duży wpływ na zachowanie człowieka na wychowanie i jak ciężko później cokolwiek zmienić.

Sekty i kulty to tematy, o których można pisać wielkie prace naukowe. Mają jakieś założenie, które można uznać za prawdopodobne – tu: koniec świata jaki znamy, zagładę ludzkości – i wokół tego budują całą skomplikowaną religię. Przeważnie całość toczy się to wokół jednego człowieka, który jest wielkim przywódcą, któremu oddawana jest cześć. Niestety to nie bajki, a sam fakt, jak łatwo można zmanipulować człowiekiem, który trafił na słaby moment w swoim życiu, nie widzi celu czy przyszłości, jest przerażający. Sporo tu też tematów zahaczających o pojęcie władzy, siły i nierównego podziału ról.
„Nie przemówisz im do rozumu. Próbując, jeszcze bardziej utwierdzasz ich w przekonaniu, że mają rację. Dysonans poznawczy wzmacnia lojalność – nigdy jej nie osłabia.”
Nie chcę pisać za dużo, myślę, że każdy czytelnik będzie miał po tej lekturze własne przemyślenia. To ciekawa i dobra historia, dosyć przerażająca w końcowym wydźwięku. Nie nastawiajcie się na typowy thriller, a będziecie zadowoleni 😊

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!