Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwomarginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwomarginesy. Pokaż wszystkie posty

lipca 03, 2026

"Zabójczy potencjał" Hannah Deitch

"Zabójczy potencjał" Hannah Deitch

Autorka: Hannah Deitch
Tytuł: Zabójczy potencjał
Tłumaczenie: Tomasz Macios
Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 336
Gatunek: powieść kryminalna / obyczajowa
 
“Zabójczy potencjał” to przesiąknięty popkulturą debiut literacki Hannah Deitch. Na rynku anglojęzycznym dostępny jest od ponad roku, w tym czasie doczekał się już kilku tłumaczeń, jak i ważnego wyróżnienia literackiego - został nominowany do Nagrody Edgara Allana Poego w kategorii Debiut Roku. Nie jest to jednak pierwsza próba literacka tej autorki - od zawsze wiązała swoją przyszłość ze słowem pisanym, studiowała anglistykę i dziennikarstwo, była redaktorką czasopism artystycznych, a jej artykuły ukazywały się w znanych magazynach z Los Angeles, gdzie obecnie mieszka. Aktualnie pracuje nad swoją drugą książką.
 
Los Angeles, czasy współczesne, 11 grudnia. Evie Gordon jak co niedzielę zjawia się pod jednym z imponujących domów LA - jest korepetytorką przygotowującą do egzaminu SAT (odpowiednik polskiej matury), a jej klientela to ludzie bardzo zamożni. Tak jak Victorowie. On związany jest z branżą finansową, ona byłą aktorką. I to ich Evie znajduje martwych w ogrodzie, gdy przeszukuje pusty, ale otwarty dom, w którym nikt się nie odzywał… Spanikowana, kierowana instynktem, najpierw chce stamtąd uciec, potem zadzwonić na policję, jednak właśnie wtedy słyszy, że ktoś cicho woła, prosi o pomoc. Ktoś, kto schował się przed sprawcą? Okazuje się, że to kobieta w podobnym jej wieku, związana i zamknięta w cuchnącej komórce. Po uwolnieniu jej już mają wychodzić, ale wtedy zjawia się nastolatka, w wyniku nieporozumienia atakuje kobiety, przez co kończy z rozbitą głową na podłodze. Teraz już naprawdę muszą uciekać! I to raczej nie na policję, bo milcząca kobieta raczej nie jest w stanie zeznawać, a Evie przecież właśnie niechcąco kogoś zabiła… Najpierw ucieczka, potem plan!
„Jak się znika? Jakie nowe wymiary istnienia mogłabym osiągnąć jako duch? Niezależna od niczego i nikogo. Wolna, by robić wszystko, co zechcę.
Wszystko, oprócz widywania swojej rodziny. Przyjaciół. Osób, które znałam i kochałam. Nie istniałabym już jako istota społeczna. Nigdy nie mogłabym pójść do restauracji ani kina, ani do baru, obserwować życia wirującego wokół mnie, uczestniczyć w nim. Nigdy nie mogłabym żyć wśród innych ludzi. Cały mój potencjał zostałby zmarnowany.”
Książka rozpisana jest na trzy tytułowane części podzielone na pięćdziesiąt rozdziałów pisanych w narracji pierwszoosobowej czasu przeszłego przez Evie. Pod koniec powieści dochodzi do niej drugi narracyjny głos, co nie jest w żaden sposób wyjaśnione, jednak można się zmiany narratora domyślić z kontekstu. Język, jakim narratorka się posługuje, jest przystępny, codzienny, ale użyty w ciekawym stylu, który podąża za rwącym potokiem myśli bogatej wyobraźni narratorki, co ma swoje odwzorowanie w rytmie zdań, interpunkcji - czasami cały akapit to jedno długie zdanie, które jednak czytelnika nie męczy, wypada naturalnie, płynnie. Ze względu na typ narracji historia zbudowana jest w dużej mierze z opisów - nie tylko zdarzeń, ale właśnie też przebiegu myśli, przemyśleń i wyobrażeń postaci.
Czasem myślę, że głos jest nawet bardziej zrozumiały niż słowa. Poprzedza słowa, których większość z nas i tak nie potrafi używać, niezależnie od wielkości własnego słownika czy liczby przeczytanych książek. Kto kiedykolwiek mówi dokładnie to, co jest właściwe? Ale głos to surowiec. Coś pierwotnego. Drżenie, szept, załamanie. Jeśli umiesz słuchać, mówi dostatecznie dużo.”
Nie da się nie dostrzec dużego wpływu popkultury na tę opowieść. Stare dobre filmy, w których motywem przewodnim jest podróż, ucieczka przed policją, życie poza prawem są tutaj bazą, inspiracją dla historii współczesnej, w której intryga kryminalna zdaje się tylko pretekstem do rozliczenia się z kilkoma ciekawymi tematami. Akcja powieści toczy się przyjemnie dynamicznie, ale jej tempo nie jest zawrotne, po pierwszym zrywie emocje zdają się lekko wyciszać, a historia przybiera obyczajowo-romantyczne tony, by raz po raz uraczyć jakimś pomniejszym twistem, który ponownie nadaje lekturze bieg, zmusza bohaterki do zmiany kierunku ucieczki. Akcja dobrze jest prowadzona, autorka w odpowiednim momencie serwuje kolejne zwroty fabularne, które prowadzą nas do tego ostatniego, tego, który przysłowiowo zostawia szczękę na podłodze. I wtedy tempo akcji się zmienia - powieść już nie jest powieścią drogi, kieruje się w stronę refleksyjną, psychologiczną, przesiąkniętą tęsknotą tak silną, że wszystkie inne barwy i emocje zwyczajnie znikają.
„To wszystko było takie niesprawiedliwe. Dlaczego się tu znalazłam? Dlaczego właśnie mnie to spotkało? Owszem, nie jestem święta. Ale czy naprawdę do tego miało sprowadzić się całe moje życie? Czy właśnie to było zawsze moim przeznaczeniem? Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej. Mniej bym się uczyła. Mniej pracowała. Mniej czasu spędzała z dala od ludzi, których kochałam.”
Zmuszając swoje bohaterki do nieprzemyślanej ucieczki, autorka tworzy opowieść o przyjaźni, o siostrzeństwie dusz, o budzącym się zaufaniu, przygląda się, jak rodzi się bliskość, czym się żywi i jak prowadzi do przekonania, że można za drugą osobę oddać życie. To równocześnie też historia miłosna, w której dużo uwagi poświęca się cielesności. Jednak tym, co wydaje się tu najważniejsze, to oczekiwania. Oczekiwania, jakie od początku życia względem nas ma świat. I tu najważniejsza jest kreacja Evie. Kobiety, która od malutkości była pozytywnie motywowana, która przez całe życie czuła, że ktoś za nią stoi, ktoś ją wspiera, ktoś wierzy w jej potencjał. Tak naprawdę wierzyli wszyscy prowadząc ją przez kolejne etapy edukacji, kolejne prestiżowe szkoły. Po przecież nauka gwarantuje dobry start, pozwala w przyszłości coś osiągnąć, daje wielkie perspektywy. I tu wyobrażenia o przyszłości muszą zderzyć się z rzeczywistością. Bo Evie mimo świetnego wykształcenia nie ma satysfakcjonującej, dobrze płatnej pracy, mieszkanie dzieli ze współlokatorami i ledwo wiąże koniec z końcem. Gdzie ten amerykański sen? W którym miejscu coś poszło nie tak? Dlaczego tak skrzętnie i z dużym wysiłkiem budowane życie zamiast wystartować do wielkości, zostało w pasach startowych? Jak wiele w tym winy nas samych, społeczeństwa, stopnia zamożności?
„W czasach, kiedy skończyłam studia, bogactwo przybrało inną, bardziej nieuchwytną formę. Wydawało się kobietą w kocich okularach przeciwsłonecznych, z apaszką na szyi, femme fatale, seryjną morderczynią: stało się, innymi słowy, wielką tajemnicą. Tą wielką tajemnicą.”
Zarówno finanse, jak i postrzeganie społeczeństwa odgrywają w tej opowieści równie istotną rolę. Podczas podróży kobiet poznajemy dwie historie życia, dwóch osób w podobnym wieku, które jednak potoczyły się całkiem inaczej. Na którym pułapie zamożności zmieniają się priorytety? W którym momencie ścieżki przyszłości się zamykają, a w którym otwierają? Podczas tej ucieczki obserwujemy reakcję mediów, społeczeństwa, które nie szuka prawdy, które zadowala się szybkim osądem, do którego tak naprawdę nie ma podstaw. To, co widzą inni, przecież nijak odnosi się do tego, co zdarzyło się naprawdę, a jednak tyle wystarczy, by urządzić medialną nagonkę, by wzbudzić sensację, a zarazem ukierunkować całe społeczeństwo - po chwili przecież wszyscy już wiedzą, Evie jest morderczynią. To gorzki obraz tego, jak łatwo przypisujemy łatki, jak łatwo budujemy potwory.
„(…) gdy nie masz pieniędzy, zmienia się nie tylko sposób, w jaki myślisz, w jaki jesteś postrzegana, w jaki poruszasz się po świecie. Zmienia się sama przestrzeń. Żyjesz pod zupełnie innym niebem. Inne jest twoje słońce. Twoje światło księżyca. To, co dla nich jest światłem, dla ciebie jest ciemnością, a może też być na odwrót.”
W swoim debiucie Hannah Deitch pokazuje, że ma coś do powiedzenia o czasach, w których przyszło nam żyć. Konfrontuje oczekiwania względem przyszłości z faktem, że nie zawsze każdy jest w stanie to osiągnąć, że miejsca u szczytu są jednak policzone. Choć czy tak naprawdę warto o nie walczyć? Czy Victoriowie byli szczęśliwi? A może to bliskość z drugim człowiekiem, jest tym, co naprawdę ważne? Nie opinia społeczna, nie dopasowanie się do standardów? Warstwa fabularna powieści mocno osadzona jest na znajomych motywach popkultury, jest sprawnie prowadzona, choć momentami lekko naiwna i wydaje się, że czasami niepotrzebnie mocno skręca w stronę romansu - choć pewnie czytelnicy sięgający też i po ten gatunek nie będą mieli nic przeciwko. Na pewno nie jest to typowy thriller czy kryminał - to raczej coś dla miłośników powieści drogi, historii zmuszających do refleksji, a równocześnie pisanych z lekkością i dynamizmem.
„Przez całe życie wyobrażałam sobie, że istnieją wybory, mapa z tysiącem możliwych dróg. Mogłam wybrać właściwą albo niewłaściwą – najczęściej wybierałam tę drugą – ale wybór należał do mnie. Tej nocy nie było mapy. Została tylko jedna samotna droga z jednym samotnym końcem: drzwiami klatki, i nie miałam dokąd iść, tylko prosto ku nim.”
Moja ocena: 7,5/10

 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

maja 15, 2026

"Lázár" Nelio Biedermann

"Lázár" Nelio Biedermann

Autor: Nelio Biedermann
Tytuł: Lázár
Tłumaczenie: Danuta Fryzowska
Data premiery: 06.05.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 328
Gatunek: literatura piękna
 
“Lázár” szturmem podbił światowy rynek książki! W oryginale wydany w 2025 roku, do teraz wydany został już w ponad 25 krajach, a autor przemierza państwa i kontynenty w trasie promocyjnej spełniając swoje wielkie marzenie. Zaskakujący jest z pewnością jego wiek - Nelio Biedermann aktualnie ma zaledwie 23 lata, a “Lázára”, swoją drugą książkę!, rozpoczął pisać w wieku lat 16. Inspiracją do jej powstania były opowieści, jakim raczyli go jego dziadkowi pochodzący z węgierskiej arystokratycznej rodziny, emigranci, którzy w latach 50. XX wieku przybyli z Węgier do Szwajcarii. Biedermann już teraz okrzyknięty został wielkim pisarzem nowego pokolenia, a to przecież dopiero początek (miejmy nadzieję!) jego literackiej drogi.
 
Węgry, początek XX wieku. Niedaleko miasta Pecz, pośrodku głębokiego lasu stoi zamek rodu Lázárów, którzy żyją tam od wieków. Właśnie na świat przyszedł kolejny męski potomek - najstarszy syn, drugie dziecko Sándora i Márii, chłopczyk o przezroczystej skórze. Wraz z siostrą Iloną wychowywani są w zimnym, arystokratycznym chowie, pomiędzy starymi portretami przodków, którzy bacznie przyglądają się ich dojrzewaniu. W mroku węgierskiego lasu, który skrywa niejedną przerażającą tajemnice… I tak płyną lata, a świat zaczyna się zmieniać - nadchodzi I wojna światowa, upadek monarchii, II wojna światowa, a ród Lázárów trwa.
"On też nic nie robi, nic nie mówi, tylko myśli o tym, jak wydostać się z tej pułapki, którą sam na siebie zastawił. Z tego obcego życia, w które zanurkował, kiedy jego własne wymknęło mu się z rąk."
Książka rozpisana jest na sześć tytułowanych części i 59 krótkich rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu mieszanego - w większości przeszłego, który w specyficznych, kluczowych momentach zmienia się na teraźniejszy. Narrator bacznie obserwuje kolejne pokolenia rodu Lázárów, oddaje ich poczynania i wewnętrzne emocje, choć nie towarzyszy im bez ustanku - w końcu na trzystu stronach zawarta została opowieść rozciągnięta na niecałe sześćdziesiąt lat, więc relacja z życia każdego pokolenia jest raczej epizodyczna, wybiórczo skupiona na poszczególnych fragmentach. Styl powieści jest ciekawy - subtelnie poetycki, czasami samymi słowami nadaje powieści mroczny, gotycki klimat baśniowości, w której nie brakuje fragmentów pisanych wierszem, choć przede wszystkim wyraźnie zauważalne jest to w pierwszej połowie powieści. Później już doświadczenia wojenne przynoszą inną powagę, w której nadal poetyckość jest wyczuwalna, jednak nie przybiera już tak eksperymentalnej formy. Sposób przedstawienia historii jest przede wszystkim opisowy, dialogi pojawiają się bardzo rzadko, jednak sama uświadomiłam sobie to dopiero po zakończonej lekturze, nie można więc mówić, że typowego stylu narracji powieści tutaj brakuje. Słowa dobrane są z dużym wyczuciem, to one w dużej mierze odpowiadają za nastrojowość powieści, a równocześnie są tak dopasowane, że cała historia jest bardzo płynna. Zaskakująco dojrzały, ciekawy i przyjemny styl dla tak młodego autora, w którym nie znalazłam tak naprawdę żadnych potknięć.
“Sierpniowe wieczory były niebieskie. Kładły się na polach niczym znużeni włóczędzy, osiadały w zamkowym parku, pod wierzbą płaczącą na brzegu małego jeziora, wypoczywały na łóżkach, sofach, grubych dywanach i w fotelach, jakby miały za sobą długą podróż. Jakby przybyły z daleko, z odległego, samotnego królestwa. Bardziej samotnego niż upadająca monarchia.”
Mam wrażenie, że książkę można podzielić na trzy osobne opowieści, każdą o kolejnym pokoleniu Lázárów. Każda z nich ma swój oddzielny klimat, oscyluje wokół innych wydarzeń. Pierwsza przybiera mroczny wydźwięk baśni, w której oniryczna fantazja miesza się z realnością. Stary zamek pełen duchów przodków położony pośrodku lasu, wokół którego narosły różne legendy, który skrywa w sobie sekrety niedostępne dla ludzkiego oka. To w takim otoczeniu dorastają Lajos i jego siostra Iwona, którzy błąkają się po tych zimnych korytarzach pozostawieni sami sobie.
Życie jednak ulega ciągłej zmianie i tak też dzieje się ze stylem narracji i światem, na tle którego historia rodu Lázárów się rozgrywa. Przychodzi I i II wojna światowa, która odbiera magię postrzegania rzeczywistości, która staje się tak dramatyczna, że nie ma w niej już miejsca na baśniowość.
"Lajos myślał nawet, że stary dawno już zmarł i nikt się nie zorientował, tyle że nie potrafi ł się rozstać z pracą, więc po prostu dalej robił swoje jako duch. Lilly uważała, że to bzdura, ale ona nie była z urodzenia jedną z Lázárów, więc nie wiedziała, jak zawzięte potrafią być duchy w tej rodzinie."
Rys historyczny tej powieści jest bardzo wyraźny, poprzez losy rodu Lázárów, autor dokładnie obrazuje dramat XX wieku, jakiego doświadczyły Węgry, jakiego doświadczył tak naprawdę cały świat. Jednak mimo tego, że wojenne czasy często są w literaturze poruszane, to przyznam, że z taką perspektywą jeszcze się nie spotkałam. Zdarzenia historyczne są obrazem upadku arystokracji, która z początku XX wieku dawała poczucie, że jest ciągle w rozkwicie, by za kilkanaście lat pokazać, jak niewiele jakiekolwiek tytuły w nowym świecie znaczą. Autor uważnie przygląda się przemianie postaci, które od zawsze uważane były za wielkich panów, nagle stają się ludźmi jak każdy inny. Jak taka nagła zmiana wpłynie na poszczególne pokolenia? Ich reakcja, próba dostosowania się do nowej rzeczywistości oddana jest z zaskakującą czułością.
“(...) a przecież w przeciwieństwie do niego jego ojciec wskutek wywłaszczenia stracił nie tylko przyszłość, ale i też wszystko, czym był -
Przez całe życie był kimś i nie musiał w tym celu nic robić, przez całe życie ludzie brali z niego przykład, szanowali go i podziwiali - a potem, ni stąd, ni zowąd, stał się wrakiem człowieka(...).”
Jednak nie tylko czułość jest sposobem na wyrażenie przemiany postaci. Są momenty, w których narrator dla postaci jest bezlitosny, zimnym okiem oddaje ich prywatne, małe dramaty. Bo choć wiek XX dla całego świata był naprawdę traumatyczny, to nie zabrakło w nim uniwersalnych przeżyć. I tak na tle historii kolejne pokolenia Lázárów przeżywają swoje pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, wielkie nadzieje i zderzenia z twardą rzeczywistością, z którą bez dobrego zaplecza psychologicznego tak trudno sobie poradzić. I tu dobrze oddana jest różnica pokoleń, w której poczynamy od naprawdę zimnego wychowania, by wraz z kolejnymi latami i potomkami ten wizerunek rodziny powoli zaczął się ocieplać.
“Może człowiek jednak nie jest tą samą osobą przez całe życie, pomyślała. Może jest się różnymi osobami, które myślą inaczej, czują inaczej i wyglądają inaczej, i łączy je tylko to samo nazwisko.”
Poza uniwersalnymi życiowymi przystankami, dużo refleksji przynoszą też fragmenty toczące się na tle II wojny światowej, która wikła Lázárów w odmętach faszyzmu, a choć wcale go nie wyznają, to jednak żyją w kraju, który do nazistów się przyłączył. Dylematy moralne, odwaga i tchórzostwo po raz kolejny obrazują różnicę pokoleń, inne podejścia, dla których tytuł arystokratyczny miał bardzo różne znaczenie.
“Ci ludzie (..) mieli własne życie, które mimo wszystko nie różniło się zbytnio od jego życia. A jednak zawsze liczyło się to, które było jego własne.”
Jest jednak w tej powieści coś, co nadaje jej innego wydźwięku. To coś jest ukryte między wierszami, sygnalizowane krótkimi stwierdzeniami. Mianowicie autor nadaje swoim postaciom świadomość, że są tylko tworem literackim zdanym na łaskę pisarza, który musi ich ciężko doświadczać, by wyciągnąć z nich emocjonalną głębię. To bardzo subtelny, acz intrygujący smaczek.
“Co robi pisarz, (...) jeśli nie pozbawia swoich postaci prawa do samostanowienia? Stawia im na drodze wojny, przyprawia je o depresję albo wyrywa im z objęć ich pierwszą miłość. Toż to jawna dysproporcja sił, jak między sprawcą a ofiarą, nawet jeśli w zmyślonym świecie. Postacie nie mogą się bronić, pisarz robi z nimi, co chce, każde im cierpieć i żywić daremną nadzieję, by upewnić się co do swojej wyższości.”
Bez najmniejszych wątpliwości mogę stwierdzić, że “Lázár” to dobrze skrojona, zaskakująco dojrzała i doskonale zbudowana powieść, która na tle wydarzeń światowych oddaje emocje uniwersalne. Subtelnie podlana nutą mrocznej baśniowości jest opowieścią o rodzie, który poprzez urodzenie miał wyższą pozycję społeczną niż pozostali mieszkańcy Węgier, a przez to przez kolejne wojny i zmiany ustrojów zaliczył tym głośniejszy upadek. Jak ważna jest historia przodków, tradycja w zmieniającym się świecie? Nelio Biedermann nie ukrywa, że dobrze czuje się oddając perspektywę młodych, a tu ma do dyspozycji trzy pokolenia, które doskonale obrazują upływ czasu, zmieniające się nastroje społeczne i postrzeganie świata. Początkowa obawa, że przez osadzenie aż sześćdziesięciu lat na zaledwie trzystu stronach powieści da wrażenie historii powierzchownej, rozmywa się bezpowrotnie w chwili, gdy Lajos z siostrą wkraczają w wiek dorosły - to oni wraz z późniejszym potomstwem mocno zostają w pamięci, może dlatego, że przez doświadczenia historyczne musieli porzucić swój baśniowy las? Ciekawa, oryginalna i momentami mocno poruszająca proza, która mam nadzieję, nie okaże się tylko jednym złotym strzałem - oby Nelio Biedermann faktycznie okazał się wielkim pisarzem młodego pokolenia.
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

maja 06, 2026

"Tam, gdzie zmrok zapada szybciej" Wojciech Chmielarz

"Tam, gdzie zmrok zapada szybciej" Wojciech Chmielarz

Autor: Wojciech Chmielarz
Tytuł: Tam, gdzie zmrok zapada szybciej
Data premiery: 22.04.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 632
Gatunek: powieść grozy
 
Wojciech Chmielarz już od dobrych kilku lat jest jednym z najpopularniejszych autorów polskiej literatury kryminalnej. Zdobył wszystkie najważniejsze gatunkowe nagrody, doczekał się trzech ekranizacji z gwiazdorską obsadą oraz superprodukcji audio, jego książki tłumaczone są na inne języki (najwięcej pojawia się na rynku francuskim). Na koncie ma ponad dwadzieścia solowych powieści, trzy pisane w duecie, nie brakuje też opowiadań wydawanych w polskich antologiach. Swoją karierę rozpoczynał gatunkiem rasowego kryminału, by z czasem poszerzyć repertuar o thrillery i powieści sensacyjne. Z tego jest znany, w tych gatunkach sprawdza się znakomicie. Ale czasem pojawiają mu się w głowie historie, które potrzebują innej oprawy… Tak było w 2014 roku z postapokaliptyczną “Królową głodu”, i tak jest teraz z “Tam, gdzie zmrok zapada szybciej” - powieścią, która przypisana została do gatunku horroru, najobszerniejszą książką w jego kilkunastoletniej twórczości.
 
Podkarpacie. Niedaleko granicy z Ukrainą, w punkcie przecięcia się dwóch górskich dolin położone jest małe miasteczko Pasło, które w swojej historii ma kilka głośnych wzlotów i kilka bolesnych upadków. Właśnie nadciąga listopad, ale w tym roku niesie on nie tylko szybko zapadające wieczory i chłód. Nadchodzi coś, czego nie sposób będzie kontrolować, coś, co bardzo umiejętnie zacznie wyciągać z ludzi to, co w nich najgorsze…
Na razie jednak mieszkańcy zaprzątnięci są swoimi małymi, codziennymi dramatami. Jak Szwed, przyjezdny sprzed kilku lat, który szybko się ożenił i żonę stracił, a teraz traci też nadzieję, że kiedykolwiek uda mu się dojść do porozumienia z jej osiemnastoletnią córką. Jak Tamara, która mieszka z mężem matki, do którego czuje tylko gorycz, a czasem wręcz nienawiść. Jak Sylwia, która szuka na dnie butelki wyjaśnienia, dlaczego jej własny syn nie chce utrzymywać z nią kontaktu. Czy każdy z mieszkańców Pasła ma w zanadrzu takie prywatne tragedie? Czy to przez nie do wioski nadciągnęło skoncentrowane zło?
“Żyjesz jej życiem, nie swoim. Albo raczej jakąś atrapą jej życia.”
Książka rozpisana jest na cztery części i epilog. Każda z części dzielona jest na osobno numerowane, krótkie, najczęściej kilkustronicowe rozdziały, w których jest miejsce zarówno na dialogi, jak i opisy wewnętrznych rozterek postaci. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy kilku postaci, co z początku wymaga od czytelnika pewnej uwagi (każdy z kilku pierwszych rozdziałów dotyczy innej osoby), z czasem jednak narracja się stabilizuje, a na przód wysuwają się dwie główne, podstawowe postacie. Historia toczy się w dwóch planach czasowych, teraz w listopadzie, w Paśle i w przeszłości, w większości w Warszawie, dzięki czemu czytelnik poznaje pełną historię jednej z głównych postaci. Czasy są jasno rozdzielone, rozpisane naprzemiennie na części. Styl powieści jest charakterystyczny dla ego autora, czuć w nim dużą swobodę językową i elastyczność, dzięki której każda scena jest odpowiednio poprowadzona - sceny z zabarwieniem gangsterskim są dynamiczne, sceny grozy wprowadzają napięcie, a przeważające w powieści momenty osobistych dramatów buzują od trudnych emocji. Dialogi prowadzone są naturalnie, słownictwo jest codzienne, dopasowane do sytuacji, raczej niewiele jest przekleństw. Książkę czyta się płynnie, bez jakichkolwiek językowych potknięć czy chwil zawahania.
“Wiedziała, że źle robi, ale z każdym wypowiedzianym słowem nakręcała się coraz bardziej, nie potrafiła przestać. (...) Miała po prostu taki dzień, kiedy potrzebowała kogoś skrzywdzić, a ona zwyczajnie jej się nawinęła.”
Bez względu na gatunek, w którym akurat pisze Wojciech Chmielarz, jeszcze jedno (poza samym stylem) jest zawsze stałe: psychologiczna strona powieści, głębokie i niejednoznaczne kreacje postaci. Nie brakuje więc tego i w “Tam, gdzie zmrok zapada szybciej”, gdzie nie ma bohaterów jednoznacznie dobrych i złych, bo każdy składa się z wieku skumulowanych przez lata elementów. Elementów znajomych, emocji, potknięć i bólu, który w jakimś stopniu w swoim życiu odczuwał każdy z nas. Każda z postaci rozgrywa swój własny dramat, buduje wieżę krzywd, która z każdą dołożoną cegiełką staje się coraz mocniejsza. I tak umacniają się w swoim bólu, nie dają mu ujścia, jednocześnie tworząc wokół siebie mur, który dla innych jest coraz trudniejszy do przebicia. To historia ludzi skrzywdzonych i krzywdzących, którzy z biegiem lat coraz mocniej gubią się w labiryncie przemilczeń, rozczarowań i kłamstw. Ach, ile razy w trakcie lektury miałam ochotę złapać postacie za ramiona, spojrzeć w oczy i powiedzieć: mów, co leży ci na sercu! Ale czy nie tacy wszyscy jesteśmy? Zamiast rozwiązywać codzienne małe niesnaski, wolimy odpuścić, po czym nagle okazuje się, że nagromadziło się już ich tyle, że droga do porozumienia wydaje się już po prostu za długa, za kręta, za trudna do przebycia? To prowadzi do kumulacji, do narastających złych emocji, które na potrzeby intrygi wykorzystuje autor. Tu narosłe krzywdy przeradzają się w nienawiść, a to sprawia, że wystarczy jedno popchnięcie, jeden szept, by doszło do tego, co najgorsze…
“Z doświadczenia wiedział, że nie ma co tracić czasu na gadanie, kiedy wszystko, co było do powiedzenia, zostało już powiedziane.”
I właśnie na takim subtelnym pchnięciu bazuje znaczna część intrygi fabularnej. Tak zaznacza się w tu groza - jej elementy, nieśmiałe głosy przewijają się tak naprawdę od samego początku powieści, jednak przede wszystkim są pretekstem do tego, by pogadać o tej brzydkiej, ale bardzo ludzkiej stronie uczuć i emocji. Raz po raz gdzieś przemyka jakiś cień, jakiś szept, jakaś twarz, by za chwilę ponownie skryć się w cieniu uwypuklając ludzkie postacie. Z czasem groza spina się powoli w całość - z krótkich, pozornie nieznaczących wielu informacji, ale rozłożonych z przemyślaną starannością, by w finale przejąć dowodzenie. To wtedy wychodzi na wierzch, wątki o zabarwieniu paranormalnym stają się alegorią do rozwiązania emocji postaci kumulowanych przez całą opowieść. Te ostatnie sto stron, poprzez zmianę nacisku z subtelnej na dosłowną grozę, trochę wybija się z rytmu całej opowieści, przybiera raczej nie groźne, a sensacyjne nuty, w których znane elementy gatunkowe wydają się dość powierzchowne, ale mimo wszystko ze sobą spójne i zgodne z lokalnymi legendami, krążącymi w tym rejonie, w którym toczy się akcja powieści.
“Pozostał przepełniony goryczą mężczyzna, wysuszony i ponury. Jeden z tych, którzy idą przez życie, kalecząc wszystko wokoło, i nawet tego nie zauważają, bo są zbyt skupieni na sobie. A całe zło, które wyrządzają, osadza się na ich skórze i wypala ją jak krople kwasu.”
Bo tak naprawdę wszystko właśnie od miejsca się zaczyna. Fikcyjne Pasło położone jest w jak najbardziej realnym Podkarpaciu, w miejscowości, jakich wiele. Małomiasteczkowy klimat od pierwszych stron jest wyraźnie wyczuwalny, to miejsce z jednej strony spokojne, gdzie wszyscy dobrze się znają, z drugiej funkcjonujące w wypracowanych, ale nie do końca moralnie właściwych trybach. Tu jedni mieszkańcy stoją wyżej od innych, mogą pozwolić sobie na dużo więcej wiedząc, że bardzo łatwo ujdzie im to na sucho, bo nikt nie jest na tyle odważny, by się temu sprzeciwić. Tuż obok ludzi jest natura, ciemne lasy, puste łąki, po których w nocy hula nie tylko wiatr... To bardzo klimatyczne połączenie!
“Czasami, jak sobie o tym wszystkim myślę… O wierzeniach Bojków i tych upiorach, propastnykach, didkach. O opowieściach Łemków i ich baczach, którzy walczyli ze złymi duchami. O tym, ile tutaj przez lata krwi przelano. Bo to przecież było pogranicze, różne strasznie rzeczy się działy. U nas, na Podkarpaciu, może być tak, że ta granica jest cieńsza i stąd tyle tych dziwnych wydarzeń.”
“Tam, gdzie zmrok zapada szybciej” Wojciecha Chmielarza to nie typowy horror, którego zadaniem jest przestraszyć. To opowieść, w którym groza budowana jest przede wszystkim w ludzkich kreacjach postaci, które same siebie doprowadziły do miejsca, gdzie wystarczy jeden podszept diabełka na ramieniu (który objawia się tutaj fizycznie), by stoczyć się w przepaść, z której nie ma już powrotu. Tu intencje są rozpatrywane opacznie, bo zabrakło rozmowy. Tu łatwiej jest milczeć, znosić frustrację i ból w milczeniu, niż spróbować go rozpracować, podzielić z kimś, kto może zrozumieć. To powieść złożona z dramatów rodzinnych, dobrze rozpisanych wątków obyczajowych i psychologicznych, w których od czasu do czasu do głosu dochodzą elementy gangsterskie i ubrana w sensację groza. Bogaty, ale przemyślany miks, w którego centrum stoi zwyczajny, zagubiony człowiek. To książka, która dostarcza przyjemności z lektury, ale równocześnie skłaniająca do przemyśleń, jak każdy z nas odbiera rzeczywistość - czy na pewno w naszym życiu jest miejsce na obwinianie innych? Czy warto uciekać się do przemilczeń czy obietnic wypowiedzianych pod wpływem chwili, zamiast po prostu szczerze porozmawiać?
“Pomyślał, że całe życie nienawidził świata wokół, nie rozumiejąc, że tak naprawdę nienawidzi siebie.”
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Okładka miękka ze skrzydełkami:

Okładka twarda z barwionymi brzegami:



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

kwietnia 24, 2026

"Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału" Susanne Lieder

"Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału" Susanne Lieder

Autorka: Susanne Lieder
Tytuł: Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału
Tłumaczenie: Barbara Niedźwiecka
Data premiery: 08.04.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 320
Gatunek: powieść biograficzna
 
Susanne Lieder to niemiecka autorka powieści kryminalnych, historycznych i biograficznych. Miłość do książek przejawiała już jako dziecko, w wieku nastoletnim zdecydowała, że chce zostać pisarką, musiały jednak minąć jeszcze trzy dekady zanim wzięła się za to na poważnie. Dd roku 2012 pisaniem zajmuje się zawodowo, tworzy dla kilku wydawnictw i pod kilkoma pseudonimami: Anne Seiler, Romy Seidel, Kristina Lüding to wszystko Susanne Lieder. Jej powieści tłumaczone są na ponad dziesięć języków, jednak na rynku polskim na razie pojawiła się tylko dwa razy - w roku 2024 z powieścią biograficzną “Astrid” opartą o postać pisarki Astrid Lindgren i dwa lata później z “Agathą Christie. Narodziny królowej kryminału”.
 
Francja, rok 1908. Osiemnastoletnia Agatha Christie przebywa w Paryżu ze swoją matką, uczy się śpiewu i gry na fortepianie - to w końcu czasy, kiedy etykieta społeczna jest ciągle bardzo istotna, a młoda kobieta raczej przygotowywana jest na ozdobę i gospodynię domu niż na oddzielny byt. Na szczęście matka Agathy jest wyrozumiała - wie, że dziewczyna musi wkrótce znaleźć kandydata na męża, ale nie chce by jej córka wychodziła za kogoś, kogo nie będzie kochać… Jak z tej młodziutkiej, całkiem zwyczajnej dziewczyny narodziła się kobieta, która zmieniła postrzeganie literatury kryminalnej w oczach całego świata? Z jakimi doświadczeniami, emocjonalnymi przeżyciami ta przemiana się wiązała?
“– Ty i tata tworzyliście wspaniałe małżeństwo, prawda? Pełne ciepła, miłości i zrozumienia. Potrafiliście śmiać się razem i z siebie. Byliście sobą zainteresowani. Ja też chcę takiego związku, nie rozumiesz tego? Chcę mężczyzny, który będzie mnie dostrzegał.
Matka ponownie westchnęła, a potem skinęła głową.
– Rozumiem cię, Agatho, naprawdę bardzo dobrze cię rozumiem. Chcę tylko, żebyś miała zapewniony byt.
– Nie chcę mieć tylko zapewnionego bytu, chcę być szczęśliwa.”
Książka rozpisana jest na prolog i cztery części, a wszystkie krążą wokół roku 1926, który dla Agathy przyniósł najwięcej szokujących, trudnych przeżyć. W prologu historia toczy się w jej domu rodzinnym na moment po śmierci matki i we trzech pierwszych częściach, na samym ich końcu, zawsze do tego samego momentu wracamy. Każda z części rozpisana jest na lata, pierwsze trzy toczą się pomiędzy 1908 a 1926, ostatnia część opisuje lata 1927 i 1928. Każda część rozpisana jest na numerowane, kilkustronicowe rozdziały, w których zmiany miejsca akcji i czasu są jasno sygnalizowane. Rozdziały dzielone są dodatkowo na krótsze fragmenty, a akcja powieści, poza przeskokami do roku 1926, który jest jej centrum, toczy się w miarę linearnie, choć niekoniecznie płynnie - autorka raczej przeskakuje do najważniejszych wydarzeń z życia Agathy Christie, które w jej ocenią ją ukształtowały. Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy Agathy, przez co autorka pozwala sobie na interpretację uczuć, jakie w jej ocenie Agatha czuła. To na emocjach Lieder się skupia, przedstawiając zdarzenia jako punkty istotne, ale traktowane jako pretekst do przeanalizowania zmian emocjonalnych, jakie na przestrzeni dwudziestu lat ukształtowały z młodziutkiej panny na wydaniu królową kryminału. Styl, w jakim prowadzona jest narracja, pasuje do powieści obyczajowo-historycznej, jest płynny i przyjemny.
 
Rok 1926 był rokiem granicznym dla Agathy Christie, rokiem, który podzielił jej życie na dwa etapy - z młodej, niedoświadczonej dziewczyny marzącej o romantycznej miłości powstała kobieta twardo stąpająca po ziemi, która wierzy w swoje możliwości i ma odwagę odkrywać świat na własny rachunek i na własnych zasadach. To rok, w którym stało się coś, czego nigdy badaczom Agathy Christie nie udało się wytłumaczyć, to wtedy na ponad tydzień zaginęła, ale Lieder nie stara się tego tłumaczyć, po prostu ten etap pomija, jak zrobiła to sama Christie w swojej “Autobiografii”. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym czasie Agatha Christie przeszła ogromny wstrząs i właśnie dlatego ten czas jest dla powieści Lieder centrum - to wychodząc z tego punktu poznajemy kim Agatha była wcześniej i jak ponownie wróciła do życia.
“Być może o to chodziło: o wolność. Wolność, która nie oznacza, że człowiek może robić, co chce, bez żadnych ograniczeń. Tylko że ma swobodę podejmowania właściwych lub niewłaściwych decyzji.”
Dwadzieścia lat, w czasie których działo się tak dużo. Nie tylko w życie samej Agathy, ale również na świecie. Początek XX wieku rządził się starymi prawami, kiedy to zasady etykiety, debiuty towarzyskie młodych panien, bale, na których poznawało się przyszłych mężów były momentami, wokół których kręciło się życie młodych dziewczyn i ich matek. To wtedy obserwujemy osiemnastoletnią Agathę, która nie miała jeszcze wtedy sprecyzowanego celu w życiu. Później przyszły zawirowania polityczne, aż w końcu wybuchła I wojna światowa, który postawiła cały świat na głowie. Autorka te zdarzenia oddaje przez pryzmat postaci, jednak ich waga jest wyraźnie odczuwalna - strach o los i bezpieczeństwo najbliższych były w czasie wojny stale w życiu bohaterki obecne.
 
Na tle zdarzeń historycznych, przechodzimy z bohaterką wszystkie ważne momenty w jej młodym życiu - naukę w Paryżu, pierwszą wycieczkę do Egiptu, poznanie przyszłego męża, ślub, perypetie małżeńskie aż do rozwodu. Pomiędzy tym pojawia się potrzeba tworzenia, a autorka sprawnie interpretuje emocje, jakie Agatha na początku swojej pisarskiej kariery mogła odczuwać. Strach, niepewność, w końcu ekscytację i niedowierzanie - to wszystko oddaje przyjemnie, jak i całkiem prawdopodobnie.
 
Bo choć to życie prywatne Agathy Christie jest w tej powieści dla autorki najważniejsze, to nierozerwalnie wiąże się z narodzinami światowej sławy pisarki. Jak wyglądały początki, dlaczego to właśnie kryminał, gdzie Christie zdobywała wiedzę, doświadczenia do pisania potrzebne - to wszystko tu jest. Jest też interpretacja jej procesu twórczego z lekkim wątkiem fantastycznym - a przynajmniej sama go tak odczytuję, kto wie, może pisarze uznają go za prawdopodobny.
“Pisanie opowiadań stało się taką samą częścią jej życia jak dla innych dziewcząt haftowanie powłoczek czy obrusów. Nie tylko lubiła to robić, ale czuła też, że to zajęcie jest integralną częścią jej osobowości. Nie mogła się już bez tego obejść. Potrzebowała pisania, aby być kompletną. Sama się tego najmniej spodziewała. Myślała, że chodzi tylko o dobrą zabawę i zabicie czasu. Ale ten etap miała już dawno za sobą.”
Sama kreacja Agathy, choć bazuje na faktycznych zdarzeniach z jej życia, które autorka zaczerpnęła z “Autobiografii” oraz innych źródeł historycznych (brakuje mi ich spisu na końcu książki!), jest jednak fikcyjna. Kto wie, co Agatha naprawdę myślała, co przesuwało się przez jej głowę przy poszczególnych zdarzeniach? Autorka jednak sprawnie obraz swojej bohaterki buduje – jest to obraz spójny, ale nie statyczny, w końcu kto z nas nie ulega w trakcie życia przemianom? Zgrabnie wplata w kreację postaci to, co faktycznie o Christie wiadomo, z tym, co jej samej się wydaje. Powstaje z tego przyjemna, całkiem prawdopodobna kreacja.
 
“Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to powieść, którą najlepiej traktować w kategorii historii obyczajowo-historycznej o młodej kobiecie, która przypadkowo odkrywa, jak bardzo kocha pisać, tworzyć historie. To postać fikcyjna, to interpretacja tego, jaka Agatha Christie mogła naprawdę być, wytwór fantazji autorki, dobrze oparty na tym, co o Christie faktycznie wiadomo. Dzięki temu z powieści można dowiedzieć się kilku ciekawych faktów z życia królowej kryminału, ale też wyciągnąć pewne wartości uniwersalne o życiu, które toczy się sobie tylko znanym rytmem, a człowiek może mieć tylko i wyłącznie odwagę, by czerpać garściami z tego, co przynosi. Czy tak robiła Agatha Christie? Na pewno, w końcu bez takiej umiejętności nie mogłaby osiągnąć nieśmiertelności, jaką swoimi powieściami, jak i swoją własną kreacją kobiety przełomowej sobie zapewniła. Książka Susanne Lieder dobrze sprawdzi się wśród czytelników, którzy niechętnie sięgają po typowe biografie, a mimo wszystko chcieliby się też czegoś o Christie dowiedzieć.
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 31, 2026

"Zima pożegnanych" Anna Kańtoch

"Zima pożegnanych" Anna Kańtoch

Autorka: Anna Kańtoch
Tytuł: Zima pożegnanych
Cykl: Krystyna Lesińska, tom 4
Data premiery: 11.03.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 312
Gatunek: powieść kryminalna
 
Anna Kańtoch to autorka, która na polskim rynku książki działa już od ponad dwudziestu lat. Początkowo przez pierwszą dekadę tworzyła w jednym gatunku literackim, pisała powieści i opowiadania fantastyczne. Po kryminał sięgnęła później - dokładnie dekadę temu, w 2016 roku ukazał się jej debiut w tym gatunku pt. “Łaska”. Od tego czasu w jej twórczości fantastyka przeplata się z kryminałem, a obydwie odsłony autorki cieszą się dużą popularnością, co widać nie tylko w ilości czytelników, chętnych, by czytać jej prozę, ale również w nagrodach literackich, jakie na przestrzeni lat zdobyła. Jedną z powieści, jakie zostały w ten sposób wyróżnione, jest “Wiosna zaginionych”, laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru, pierwszy tom serii z Krystyną Lesińską, która na przestrzeni 2020-2022 roku przybrała formę trylogii. I istniała duża możliwość, że na trzech tomach przygody Krystyny się zakończą, czego autorka przed czytelnikami nie kryła, choć pozostawiała ich z iskierką nadziei twierdząc, że nie planuje więcej tomów, ale też nie wyklucza… Dopiero po czterech latach od premiery tomu trzeciego pt. “Jesień zapomnianych” seria z Krystyną Lesińską, której tytuły noszą nazwy kolejnych pór roku, w końcu doczekała się zakończenia, na które tak czekaliśmy. “Zima pożegnanych” jednak odbiega formą budowy powieści od wcześniejszych trzech, co jasno wskazuje, że jest dopowiedzeniem, ale też można ją traktować jak historię oddzielną.
 
Połowa grudnia, czasy współczesne, Katowice. Dni zbliżającej się do 80-tki Krystyny Lesińskiej, emerytowanej policjantki, płyną spokojnym rytmem, który zakłóca jej młody sąsiad, Miłosz Najder. To dziwny człowiek, bardzo nachalny, pozornie niesympatyczny, jednak, gdy przyjrzeć mi się bliżej, widać, że to po prostu społeczna nieporadność. Miłosz ma dla niej zagwozdkę - kilka dni temu dostał mail bez tekstu, tylko z nagraniem, na którym ktoś filmuje kobietę idąc za nią przez las, a ona raczej nie jest tego świadoma. Choć wygląda to niepokojąco, to Krystyna nie jest w stanie nic z tym zrobić - nie wiedzą przecież gdzie ten film został nagrany, ani nawet jak nagrana kobieta wygląda, bo w żadnym kadrze nie widać jej twarzy. Jednak gdy kolejnego dnia przychodzi drugie nagranie, na którym w tle widać coś więcej, Krystyna zaczyna działać - z pomocą wnuczka zawęża miejsce nagrania, a Miłoszowi każe na mail odpisać. Zanim jednak sprawa posunie się do przodu, nadchodzą święta, a z nimi choroba Krystyny, która zlekceważyła swoje przeziębienie, przez co trafiła do szpitala…
Dwa miesiące później odzywa się do niej siostra Miłosza. Informuje, że chłopak nie żyje, w Wigilię zjawił się u jakiejś obcej dziewczyny i pozabijali się nawzajem. Krystyna łączy to z nagraniami i SMSem, jaki Miłosz wysłał jej w Wigilię, w którym pisał, że chyba wie, jak może tę kobietę uratować. Decyduje się więc przyjrzeć się tej sprawie, bo i ona nie jest przekonana o winie Miłosza.
“Jest coś podniecającego w takim czajeniu się w mroku, kiedy ludzie nie mają pojęcie, że ich obserwujesz. To poczucie władzy może uzależniać (...).”
Książka rozpisana jest na prolog, osiem tytułowanych rozdziałów i epilog. Każdy rozdział bardziej przybiera formę części, każdy dzielony jest na krótsze, kilkustronicowe, a czasami nawet kilkuzdaniowe scenki. Akcja powieści w całości toczy się współcześnie i linearnie (prócz prologu, który opisuje zdarzenie z Wigilii, by w rozdziale pierwszym ruszyć od połowy grudnia), co wyróżnia ten tom z pozostałych trzech tej serii. Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z dwóch perspektyw (trzech, jeśli liczyć prolog), a sam narrator jest wszechwiedzący - wie, jak opowieść się potoczy i jak się zakończy, choć swoją wiedzą się nie popisuje. Styl powieści można potraktować jako cechę charakterystyczną dla Anny Kańtoch - w bardzo spokojny, wyważony sposób autorka buduje klimat niepewności, subtelnego niepokoju, w którym granica między fikcją literacką a naszą realnością zdaje się zacierać. Język powieści jest przyjemny, uniwersalny, bez przekleństw, a choć słowa nie są wydumane, to autorka składa je z literackim zacięciem - trafne porównania, zaskakujące skojarzenie, nieoczywiste metafory sprawiają, że już sama warstwa językowa daje czytelnikowi dużo przyjemności. W dialogach i spostrzeżeniach można też dopatrzeć się subtelnego humoru, lekko ironicznych spostrzeżeń, które są przenikliwe w swojej prawdziwości, a zarazem ujęte tak, że przyznaję się do kilkukrotnego parskania śmiechem.
“Na czubku jej głowy chwiał się niedbale zawiązany kucyk, który jeszcze bardziej wyciągał jej sylwetkę w górę, tak że Małgorzata Kerc, spowita w czerwoną indyjską suknię, wyglądała jak postawiony z wściekłością wykrzyknik.”
Mimo tego, sama zagadka kryminalna jest jak najbardziej poważna. Już po zawiązaniu akcji można się domyśleć, że motyw obserwowania, stalkingu będzie odgrywał w powieści pewną rolę. Anna Kańtoch, tak jak lubi najbardziej, zaprasza nas po raz kolejny do niewielkiej społeczności, do rodziny i przyjaciół zamordowanej Doroty, która wydaje się kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa jej i Miłosza. Wraz z biegiem lektury poznajemy kolejne fakty z życia dziewczyny, a poprzez rozmowy z całym jej otoczeniem obraz robi się pełny, ale jednak kanciasty na brzegach - coś nie pasuje, tylko co? Akcja powieści toczy się spokojnie, w klasycznym stylu, w pełnym skupieniu na zagadce, choć nie brakuje w niej motywów współczesnych - Krystyna chętnie korzysta z internetowych umiejętności wnuka, sama również przeszukuje internet, media społecznościowe. Jednak tę współczesność łączy z klasyką - z chodzeniem i rozpytywaniem, z uruchamianiem kontaktów, by dowiedzieć się jak najwięcej. I choć długo nie wiadomo w jakim kierunku opowieść zmierza, to już od początku czuć, że jest to coś, czemu warto poświęcić uwagę - ten klimat powieści, pytania, jakie podsuwa fabuła sprawiają, że trudno jest się od tej historii oderwać.
“(...) wszystko to w pierwszej chwili wydawało się nie takie, jakie powinno być, choć gdyby ktoś ją zapytał, nie potrafiłaby wyjaśnić, na czym polega różnica. Znajoma przestrzeń przypominała obrażonego kota, któremu po powrocie trzeba dać chwilę, nim znów zacznie się łasić do nóg.”
Autorka jednak nie stosuje literackich trików, nie pozwala swojej wyobraźni popłynąć w kierunkach nierealnych - ta powieść jest tak mocno zakorzeniona w naszej realności, jak tylko się da. A to znaczy, że zbrodnia jest nie rozrywką, a dramatem osób, które były ofiarom najbliższe. Tu na każdym kroku spotykamy się ze smutkiem i żałobą, z niedowierzaniem i niezgodą na pogodzenie się ze śmiercią Doroty. Ale gdzie w tym wszystkim jest Miłosz? Autorka bardzo mocno skupia się na postaciach, na ich emocjach, które oddane są perfekcyjnie.
“- (...)Po czyjej pani właściwie jest stronie? Bo chyba nie kobiet.
- Jeśli już jestem po czyjejś stronie, to tylko ofiar.”
W tej historii są dwie postacie wiodące - Krystyna i przyłączający się do jej śledztwa początkujący pisarz Olgierd. Każdy z nich ma swoje życie prywatne, każdy jest postacią budzącą sympatię, choć w całkiem inny sposób. Olgierd rozczula swoją zagmatwaną relacją z kotami ciotki, której mieszkaniem zajmuje się podczas jej pobytu w szpitalu. Krystyna z kolei jest sobą – ci, co znają ją z poprzednich tomów, znają też jej profesjonalizm, jej przenikliwość i upartość w dążeniu do prawdy. Jednak autorka nie ignoruje jej wieku - choć Krystyna dobrze radzi sobie ze sprzętem, to jednak fizycznie czuć już jej starzejące się ciało, które nie chce jej pozwalać na tak wiele, jak kiedyś. Jej duch jest żywy, jest ciekawy, ale ciało zaczyna momentami niedomagać.
“- Zdaje sobie pani sprawę, że tak naprawdę to wszystko może prowadzić donikąd? Że w gruncie rzeczy ta sprawa może być dokładnie tak prosta, na jaką wygląda? Czasem rzeczy są po prostu tym, czym się wydają.
- Wiem. Zdaję też sobie sprawę z tego, że jestem starą kobietą, która przywitałaby z chęcią odrobinę ekscytacji w swoim nudnym życiu i może dlatego jest skłonna dopatrywać się tajemnic tam, gdzie ich nie ma.”
“Zima pożegnanych” to historia, w której nic nie jest tym, co wydaje się na pierwszy rzut oka. To pierwsze założenia, te najprostsze, te, które nieraz przyjmujemy przeglądając artykuły w sieci czy media społecznościowe pokazują, jak bardzo człowiek może się mylić, a tym samym krzywdzić innych. Autorka pokazuje, że każdy tak naprawdę jest w stanie przejść od słowa do czynów, a słowa często maskują coś innego niż faktycznie znaczą. Anna Kańtoch po raz kolejny pokazuje, że zakamarki ludzkich dusz nie mają przed nią tajemnic, a jej talent literacki doskonale jej spostrzeżenia oddaje - z lekkością, a zarazem ciężarem trafności. Przyznam jednak, że tym razem sama zagadka kryminalna budzi we mnie mieszane odczucia - jest świetnie prowadzona, ale nie czuję po jej rozwiązaniu satysfakcji. Ale może nie powinnam? Bo Anna Kańtoch mocno trzyma się w tej powieści realności, a przecież w prawdziwym życiu rzadko kiedy finał jest dokładnie taki, jakiego sobie życzymy…
“Jeśli już czytam kryminały, to wolę te w staroświeckim stylu. Bywają naiwne, ale jako rozrywka nieźle się sprawdzają. Poza tym podoba mi się, powiedzmy, ich moralna prostota. Sprawca zostaje złapany i stosownie ukarany, zakłócona zbrodnią równowaga zostaje przywrócona i wszystko kończy się dobrze. Miło byłoby, gdyby tak samo funkcjonował prawdziwy świat.”
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 28, 2026

"Przemienienie" Szczepan Twardoch

"Przemienienie" Szczepan Twardoch
 

Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Przemienienie
Data premiery: 11.02.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 336
Gatunek: thriller szpiegowski
 
Od dobrych kilku, a nawet kilkunastu lat Szczepan Twardoch uznawany jest za ważny głos literatury polskiej - wielokrotnie nagradzany, tłumaczony na inne języki, ekranizowany zarówno na małym ekranie, jak i w teatrze, z ponad milionowym nakładem książek sprzedanych na koncie. W jego literackiej biografii znaleźć można kilkanaście powieści i kilka zbiorów opowiadań, a każdy kolejny tytuł odbija się głośnym echem na polskim rynku, jak choćby “Null” z 2025, który właśnie zdobył statuetkę Bestsellerów Empiku. Ale nie zawsze tak było, kiedyś przecież i Twardoch nie był aż tak znany. Teraz, dzięki Wydawnictwu Marginesy, możemy wrócić do jego początków - w poprzednim roku wydana ponownie została jego czwarta powieść pt. “Zimne wybrzeża” (recenzja - klik!) z roku 2009, a ten rok zaczynamy od powieści jeszcze wcześniejszej, trzeciej w dorobku pisarza z 2008 roku pt. “Przemienienie”.
 
Pierwsza dekada drugiego tysiąclecia. Komisarz Świetlik zjawia się na miejscu potencjalnej zbrodni. Ofiarą padł ksiądz Poniński, człowiek postępowy, znany z artykułów, jakie pisał do “Tygodnika”. Nie jest jednak jasne, czy ksiądz popełnił samobójstwo czy jednak ktoś mu w odejściu z tego świata pomógł - pistolet leży tak, jakby wypadł mi z ręki, jednak dziura po kuli znajduje się na samym środku czoła. Po oględzinach Świetlik coś znajduje - to rozładowany dyktafon. Czyżby ksiądz nagrał swoje ostatnie spotkanie, czy to taśma z zapisem jego morderstwa? Po powrocie do komendy Świetlik przesłuchuje nagranie - to zapis spotkania z Antonim Szarzyńskim, który spotkał się z księdzem, by opowiedzieć mu historię sprzed dwudziestu lat... Zaczyna się ona pierwszego sierpnia 1985 roku, kiedy Antoni, dwudziestokilkulatek, właśnie rozpoczął swój pierwszy dzień służby w IV Wydziale Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Katowicach. Co takiego wydarzyło się w tamtym roku, że w konsekwencji dwadzieścia lat później dobry ksiądz stracił życie?
 
Książka rozpisana jest na prolog, 7 rozdziałów i epilog, a nowe wydanie z 2026 zamyka trzydziestostronicowe posłowie, którego autorem jest historyk Sebastian Rosenbaum (to tekst mocno akademicki, pełen analizy historycznej porównującej ówczesną rzeczywistość z prozą Twardocha, który uświadamia, jak bardzo “Przemienienie” było zaangażowane w tematykę poruszaną w czasie jej pierwszego wydania). Rozdziały książki są długie i nie są dzielone na krótsze fragmenty, pisane jednym ciągiem mogą dać wrażenie, że tekst czyta się dłużej niż inne powieści tych samych rozmiarów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, prolog i epilog osadzone są w pierwszej dekadzie XXI wieku, a wszechwiedzący narrator oddaje historię z perspektywy komisarza Świetlika. Wszystkie siedem rozdział to rok 1985 i historia pisana z perspektywy Antoniego Szarzyńskiego. Styl powieści jest specyficzny dla autora - sposób budowy zdań może przypominać strumień świadomości, to długie opisy i analizy emocji oraz zdarzeń pisane z zacięciem przyjemnie literackim, które z jednej strony zachwyca poetyckimi porównaniami, metaforami, by za chwilę przywrócić do rzeczywistości dialogami, w których słowa do wyszukanych nie należą, a przekleństwa i dosadne opisy mocno osadzają w szarości śląskiego życia. To styl pełen spostrzeżeń, może nawet dygresji, które mocno wpływają na mniejszą dynamikę akcji od tej, jaką nadają faktycznie zdarzenia. Z pewnością ten rodzaj narracji trzeba po prostu poczuć, wyczuć jej rytm - dla jednych czytelników może to być nużące, dla innych (w tym mnie) zachwycające. Niemniej jednak nawet nowe wydanie książki Twardocha nie jest pozbawione niewielkich potknięć - pojedyncze literówki, powtórzenie refleksji czy niewielka nieścisłość fabularna sprawiły, że nie mogę powiedzieć, że jest to powieść doskonała, ale mimo to nadal temu bliska.
Na koniec analizy językowej wróćmy jeszcze do dialogów, bo tak kryją się ciekawe stylizacje. Największą uwagę przyciągają wypowiedzi pisane gwarą śląską (która wraz z wtrąceniami obcojęzycznymi nie jest tłumaczona, co może stanowić mały problem dla tych, którzy jej nie znają) czy grasejowanie (wymawianie “r” w sposób gardłowy) pewnego hrabi, jednak stylizacji tak naprawdę jest więcej. Autor doskonale oddaje mowę poszczególnych grup społecznych, wieków i zawodów - rozmowy pomiędzy funkcjonariuszami prawa państwowego czy kościelnego są całkowicie inne. To kolejny element stylu autora, dzięki czemu całość wypada tak dobrze.
“Nie rozumiał, jakim cudem ludzie mogą się skarżyć na samotność, nie rozumiał, po co szukają permanentnego towarzystwa. Przecież i tak każdy człowiek zawsze jest sam ze swoim bólem i ze swoim orgazmem - chociażby leżał właśnie na kobiecie, to jednak ona nie czuje tych samych spazmów. A ludzie, zamiast się tą samotnością delektować, próbują ja zagłuszyć, siedzą razem w domach i paplają, a przecież każdy ma w głowie taki mur, którego nie da się sforsować. Ludzie nie mogą zrosnąć się mózgami, nie mogą połączyć swoich myśli, swojej świadomości, samotność jest więc naturalnym stanem człowieka.”
Jednak styl, niezależnie od tego, jak dobry by nie był, potrzebuje odpowiedniej historii. Fabuła tej powieści oparta jest o postać młodego Antoniego Szarzyńskiego, jednostkę według niego samego wyjątkową. I faktycznie tę wyjątkowość czuć, choć z biegiem lektury zmienia się skala, w jakiej się ją postrzega. Antoni to rozbudowana kreacja - początkowo poznajemy go jako ambitnego młodego mężczyznę, który składa się z kontrastów: służy komunistycznej Polsce, a nosi się w stylu amerykańskim, do tego słucha zagranicznej punkowej i rockowej muzyki, a i z biegiem lektury okazuje się, że niekoniecznie ustrój w jakim żyje, jest tym, co sam wyznaje. To człowiek, który do tego, kim jest, doszedł dzięki sobie samemu i swego rodzaju szczęściu, a przynajmniej tak uważa - wychowany w domu dziecka w wieku nastoletnim znalazł się pod opieką milicjanta, który pokierował jego dalszym życiem, pełniąc rolę jego mentora. Teraz ma swoje mieszkanie, szybkie, zagraniczne auto, pieniędzy ile tylko chce i urodę, dzięki którego każda kobieta może być jego. Początkowo jest to postać, do której można zapałać sympatią, jednak z czasem poznajemy jego prawdziwe oblicze… Oblicze, które sporo wyjaśnia, a równocześnie jest motorem napędowym całej intrygi. Jego indywidualizm, brak moralnych zasad, a równocześnie późniejszy moment tytułowego przemienienia wpisują go w formę pewnego rodzaju mściciela. Jest to więc postać odpowiednia dla gatunku thrillera szpiegowskiego, samotny wilk, który działa tylko z sobie znanych pobudek, ale przełożony na realia Polski końca czasów PRL-u.
“(...) przemyślał na nowo to przekonanie, które wcześniej traktował jak aksjomat, i zdziwił się, jak mógł tak długo wyobrażać sobie, że w świecie jest jakaś równowaga sprawiedliwości. Byli przecież tacy, którym w dzieciństwie wydarzyło się takie samo nieszczęście jak jemu, a reszta ich życia nie była serią sukcesów, lecz dalszych pogłębianiem porażki (...). Dopiero wtedy, również na studiach, przestał myśleć, że może być ktoś lub coś, co decyduje, komu jak się wiedzie; teraz był pewien, że nie ma niczego poza przypadkiem.”
Intryga powieści oparta jest o wątek pracy SB, a mówiąc dokładnie, o inwigilację duchownych. Już pierwszego dnia Antek ma za zadanie opracować plan nakłonienia gliwickiego księdza do współpracy z ich wydziałem - mamy więc tajne służby, tajniaków, donosicieli i grę na dwa fronty, a to daje kolejne składniki potrzebne do stworzenia powieści szpiegowskiej. Od samego początku intryga prowadzona jest sprytnie, choć wtedy jeszcze tego tak się nie dostrzega, wprowadzenie jest jednak koniecznie, by z czasem docenić jej wielowymiarowość, każdy najmniejszy element fabularny, który razem daje poczucie roboty koronkowej. W powieści nie brak scen akcji, wielkich pościgów i tajnych operacji, które powodują szybsze bicie serca.
“(...) opinie innych na jego temat nie miały dlań znaczenia. To nie była poza, nie musiał dusić w sobie wściekłości, kiedy słyszał, że ktoś mówi o nim coś złego. Rozważał i analizował – (...) ogólnie rzecz biorąc, to, czego wymagał od niego ten ktoś, od kogo coś zależało. Jeśli zaś źle mówił o nim chłopak albo dziewczyna, kolega ze szkoły albo z bidula, to dla Antka było to tak samo obojętne, jakby ktoś powiedział, że nie lubi pomidorówki. Nie chował nawet urazy, bo za co?”
Jednak i intryga nie robiłaby aż takiego wrażenia, gdyby nie to, że osadzona jest w prawdziwych realiach ówczesnych czasów. Powtarzając za Rosenbaumem: autor doskonale zna realia pracy SB, zarówno operacyjnej, jak i papierkowej. Bo choć to fikcja literacka, to całe jej tło oddane jest jak najbardziej realistycznie. Sposób działania SB, metody inwigilacji i pozyskiwania nowych źródeł, relacje władzy świeckiej i duchownej, a cała śląska codzienność mimo tego, że jest tłem historii fikcyjnej, to tak naprawdę jest bardzo realna. Co więcej, pierwsze wydanie książki miało miejsce, kiedy w Polsce głośno mówiło się o działaniach SB i ich “współpracy” z duchowieństwem. Książka zatem w dwójnasób wpisuje się w to, co dla Polski było, a może nadal jest ważne.
 
Mówiąc o tle, nie sposób nie wspomnieć o Katowicach i jego okolicach. Myślę, że książkę można by potraktować jak mapę, jak przewodnik po Katowicach późnych lat 80. - autor z dokładnością opisuje trasy, którymi porusza się Antoni, oddaje klimat odwiedzanych miejsc i ludzi po drodze spotykanych. Ważny jest też rozgłos pomiędzy mieszkańcami Górnego Śląska, tymi, którzy mieszkali na tych ziemiach od dawna, a tymi, którzy sprawdzili się tam dopiero w czasach powojennych. Co więcej rozgłos ten wyjątkowo mocno podkreślony jest pomiędzy zwyczajnymi mieszkańcami, obywatelami Polski, a służbami SB, z których nikt tak naprawdę nie był faktycznym Ślązakiem, co tym bardziej zaostrzało obopólną nienawiść.
“(...) chociaż spacer zajmował prawie godzinę, a wahająca się wcześniej między słońcem a deszczem aura podjęła wreszcie decyzję i przez cały czas lało, jakby Bóg miał już dosyć lat osiemdziesiątych i postawił uraczyć je potopem. Już gdzieś tam, w Kędzierzynie i Opolu, Odra wzbierała i podtapiała domy. Antek bawił się myślą o potopie, nie miałby nic przeciwko wyginięciu całej ludzkości, kiedy ostałby się jeno jakiś jeden Noe, na przykład rolnik spod Kolna albo z Chin czy jakiś Indianin z Boliwii.”
Podsumowując, “Przemienienie” to ambitny thriller szpiegowski przeniesiony w realia Polski końca czasów PRL-u. To tajne operacje i wielkie pościgi rozgrywające się na ulicach Górnego Śląska pogrążone w dymie z kopalnianych kominów, smogu i szarości komunistycznej codzienności, z której chce się zwyczajnie uciec. Historia oparta jest o wielowątkową intrygę, w której nie brakuje miejsca na motywy lekko kryminalne i romansowe, a choć autor lubi czasem napisać coś dosadnie, to jednak nie przekracza granic dobrego smaku. Kreacja głównego bohatera jest świetnie dopracowana, kontrast, jaki skrywa się w tej postaci, daje do myślenia - czy to nie przez sprzeczne emocje, jakich czytelnik doświadcza obserwując jego poczynania? To powieść, w której widać pasję i wiedzę, wyczucie w jej przekazywaniu w fikcyjnej formie i stylu, który choć niektórym może wydać się rozwlekły, ma swój rytm, ma swoją logikę, w której zawarte są ciekawe, czasami kontrowersyjne spostrzeżenia. Mimo wszystko, nie jest to powieść bez wad, jednak patrzę na nią przez pryzmat Twardocha jakiego znamy teraz - poważanego, nagradzanego, od którego oczekuje się więcej od innych. Jednak “Przemienienie” to książka sprzed osiemnastu lat, trzecia pozycja w jego karierze, a jeśli tak na nią spojrzeć, to naprawdę robi duże wrażenie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 20, 2026

"Drzewa" Percival Everett

"Drzewa" Percival Everett

Autor: Percival Everett
Tytuł: Drzewa
Tłumaczenie: Tomasz Macios
Data premiery: 28.01.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura piękna
 
Percival Everett to zeszłoroczny zdobywca Nagrody Pulitzera, dzięki której w końcu doczekał się tłumaczenia na język polski. Oczywiście jego pierwszym tytułem na naszym rynku była książka nagrodzona pt. “James”, która nadal pozostaje najnowszą jego powieścią. Teraz na polskim rynku pojawił się po raz drugi, tym razem z książką z 2021 pt. “Drzewa”, która znalazła się na krótkiej liście nominowanych do Nagrody Bookera, jak i zdobyła dwa inne nagrody literackie.
Na rynku anglojęzycznym Percival Everett obecny jest od lat 80. XX wieku i choć podobnie jak S.A. Cosby większość swoich historii osadza na południu Stanów Zjednoczonych, porusza tematy rasy i tożsamości, to jednak robi to w całkowicie innym stylu. Sam o sobie mówi, że jest patologicznym ironistą, często ucieka się w swoich powieściach do satyry, a równocześnie eksploruje różne gatunki, takie jak: thriller, kryminał czy western. I to wszystko czuć w “Drzewach”.
 
Czasy współczesne, niewielkie miasteczko na Południu Stanów Zjednoczonych, Money w Missisipi. W dzielnicy białej hołoty dochodzi do bestialskiego morderstwa: zginął biały mężczyzna, niespecjalnie społeczeństwu przydatny, krętacz i miłośnik piwa, ale jednak mąż i ojciec. Na miejscu zbrodni to nie jedyne znalezione ciało - obok niego leżał czarnoskóry mężczyzna, nieco mniejszy, niższy, ale potraktowany również bardzo brutalnie. Na miejscu zjawia się lokalna policja, która nigdy z czymś takim nie miała do czynienia. Oczywiście, jak to na Południu, jest nieco do czarnoskórej ofiary uprzedzona - to chyba sprawca, prawda? Ale dlaczego wygląda znajomo? Po oględzinach miejsca zbrodni obydwa ciała zostają zabrane do kostnicy, a tam… jedno z nich znika, by za chwilę pojawić się na drugim miejscu podobnej zbrodni. Takiej sprawie na pewno lokalna, uprzedzona rasowo policja nie podoła! Na miejsce zjawiają się funkcjonariusze z Biura Śledczego Missisipi, Ed i Jim, obydwoje czarnoskórzy, którzy mają rozwikłać o co w tej sprawie chodzi. Jak się szybko okazuje, to dopiero początek - zarówno morderstw, jak i ludzi ściągających do Money.
“- Agentka specjalna FBI Herberta Hind.
- Panie, zmiłujże się, wszędzie agenci. Strach otworzyć lodówkę.”
Książkę otwiera cytat Ulyssesa Simpsona Granta, prezydenta USA i dowódcy Armii Unii podczas wojny secesyjnej oraz hasło “Powstańcie” - czy można je traktować jako podtytuł powieści? Rozpisana jest na 108 króciutkich rozdziałów, niektóre liczą kilka stron, inne jedną, a najkrótszy to zaledwie zdanie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, narrator oddaje historię z kilku perspektyw, zarówno mieszkańców Money, jak i przyjezdnych. W tekście pojawiają się też wtrącenia jak np. relacje z dzienników telewizyjnych, wypowiedzi polityków czy konferencji prasowych, jest też spis nazwisk osób czarnoskórych, które straciły życie z powodu swojej rasy, a później również odwrotnie. Przede wszystkim jednak autor opiera swoją historię na dialogach, które w ironiczny sposób naśladują mowę regionalną - mówiąc bezpośrednio, wypowiedzi większości mieszkańców Money stylizowane są na mowę wieśniaków, szyk zdań i same słowa są poprzekręcane. Oczywiście, gdy akcja przenosi się gdzie indziej, wtedy zmienia się też mowa na zwyczajną, codzienną, kiedy indziej znowu na mocno naszpikowaną przekleństwami. Język jest żywy, użyty karykaturalnie (co często wprowadza wydźwięk humorystyczny), ale z dużą konsekwencją i wyczuciem. Zdania budowane są szybko, są krótkie, dobrze oddają dynamizm akcji powieści.
“- (...) Jak to jest napisane w dobrej książce, kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.
- Co to za dobra książka? - zapytała Charlene. - “Broń i amunicja”?
- Nie, Biblia, bezbożnico.”
Fabuła jest nieźle pokręcona, to tak naprawdę gotowy scenariusz na film z gatunku starych czarnych komedii kryminalnych - zbrodnie są brutalne, nikt nie wie o co chodzi, wydaje się, że w intrygę wplatane są wręcz paranormalne elementy. Nagle wszyscy zjeżdżają się do Money, później wszyscy rozpierzchają się po kraju, dzieje się dużo i szybko, a poziom zakręcenia intrygi sięga zenitu, a może nawet czasem go przebija - czy to dobrze? To zależy od czytelnika, jedno jest pewne - do intrygi zagadki kryminalnej na pewno nie można podchodzić całkiem serio.
“(...) pełno tam tępych białych wieśniaków, którzy utknęli w epoce sprzed wojny secesyjnej i są żywym dowodem na to, że chów wsobny nie prowadzi do wyginięcia (...).”
A czemu ona tak naprawdę służy? Rozliczeniu się z problemem rasowym, z tematem, który kilka lat temu ponownie wzburzył nie tylko Amerykę, ale i cały świat. Chodzi o zabójstwa osób czarnoskórych ze względu na rasę. To problem, który ciągnie się w Ameryce od wieków, a jednak ciągle nie został zażegnany. Zbrodnie, które nie zostały rozliczone, w których winni nie zostali ukarani - to je tutaj jedna z postaci porównuje do ludobójstwa.
“Wszyscy mówią o ludobójstwach na całym świecie, ale kiedy ludzie są zabijani powoli przez sto lat, nikt tego nie zauważa. Tam, gdzie nie ma masowych grobów, nikt nie widzi ludobójstwa. Amerykańskie oburzenie jest zawsze na pokaz. Ma datę ważności.”
Przede wszystkim temat podziałów rasowych ciągle żywy jest na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie autor osadza akcję swojej powieści. A choć charakter tego obszaru oddaje w krzywym zwierciadle, a zatem przerysowuje i ujednolica, ale jednak opiera na nastrojach, jakie można w społeczeństwie wyczuć.
Niemniej jednak jego karykaturalna kreska jest ostra, ale też i zabawna - obraz białych wieśniaków oddany na początku powieści wzbudza w czytelniku wesołość, o ile oczywiście ten ma świadomość, że nie powinien traktować warstwy fabularnej ze śmiertelną powagą.
“- Zastanawiam się, dlaczego teraz - powiedziała Gertruda.
- Ten biedny chłopiec został zlinczowany sześćdziesiąt pięć lat temu. Może duchy miały już dość - stwierdziła Mama Z.
- Dopiero co powiedziała pani, że nie wierzy w duchy - zdziwił się Ed.
- Nigdy nie mówiłam, że się nie mylę.”
Autor jednak nie tylko problem rasizmu zarysowuje, ale też się z nim rozprawia. W końcu jest to też historia o wymierzeniu zemsty, o oddaniu pięknym za nadobne. I to mnie w tej powieści zastanawia - czy faktycznie chodzi w niej o zemstę, o te tytułowe hasło “powstańcie”? Czy może jednak przewrotnie ukazuje, że pragnienie zemsty konflikt tylko zaostrza, że przemoc nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem? To warte refleksji, a każdy czytelnik z pewnością dojdzie do własnych wniosków.
“-Myślisz, że biali po prostu boją się czarnych mężczyzn?
-Myślę, że to sport.”
Na koniec zwróćmy uwagę na tytułowe drzewa i samą okładkę polskiego wydania, która wydaje mi się bardzo znacząca. Drzewa są tu symbolem krzywdy, gołe gałęzie w tytule budzą smutek i grozę, ale jednak nie są całkiem martwe - wydały owoce, nowe życie. Czy to alegoria losu czarnoskórych prześladowanych przez białych? A może relacji pomiędzy rasami? Kolory okładki też wydają się ważne: czarny to kolor skóry, zielony kolor nadziei, czerwony przelanej krwi… Choć nie mam w zwyczaju analizować okładek, ta jest tak wymowna, że narzuca to sama!
“- Nieznany mężczyzna to imię i nazwisko - powiedziała stara kobieta. - W pewnym sensie bardziej niż jakiekolwiek inne. Odebrany im trochę więcej niż życie.”
Podsumowując, “Drzewa” Percivala Everetta to ciekawe doświadczenie literackie. Powieść, którą można połknąć na raz, ze względu na dużą ilość dialogu, jak i sam prosty, mimo że stylizowany język, czyta się ją po prostu bardzo szybko - tu pewnie też należy się pochwała dla tłumacza i redakcji, dzięki którym tekst tak doskonale wpasował się w polskie standardy językowe. Fabularnie mocno zahacza o czarny, prześmiewczy kryminał, który kieruje się wręcz w stronę groteski - akcja jest dziwna, z jednej strony prosta, z drugiej ilość udziwnień zaskakuje, co może być przez czytelników odebrane różnie, ważne jednak, by pamiętać, że tej warstwy powieści nie należy brać całkiem serio. Na serio są tematy, które intryga porusza - kwestia rasizmu tak dobrze w społeczności Stanów Zjednoczonych zakorzeniona, która nawet teraz ma się całkiem dobrze, niestety w smutnym tego słowa znaczeniu. A samo zakończenie? Jest dziwne, w mojej ocenie, nacechowanym pacyfistycznym podejściem, można je odbierać dwojako. Czy skuszę się na kolejne książki autora, jeśli zostaną po polski przetłumaczone? Prawdopodobnie tak.
“Jeśli chcesz poznać miejsce, rozmawiasz z jego historią (...).”
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!