stycznia 31, 2020

"Berdo" Anna Cieślar - recenzja przedpremierowa

"Berdo" Anna Cieślar - recenzja przedpremierowa

Autor: Anna Cieślar
Tytuł: Berdo
Data premiery: 26.02.2020
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 352

Od czasu założenia bloga większą uwagę przykładam do tego kim jest autor, ile książek ma na swoim koncie i w jakim wydawnictwie je wydaje. Przy debiutach informacji przeważnie jest niewiele, dlatego w takim przypadku często sugeruję się wydawnictwem. Tutaj debiut pisarski Anny Cieślar pt. „Berdo” wydany zostanie nakładem Wydawnictwa Znak, które należy do moich ulubionych. Ufam im, że nie wypuszczą na rynek czegoś, co nie jest co najmniej dobre. Dlatego bez wahania zdecydowałam się na przedpremierową lekturę, która na redakcji wydawnictwa zrobiła ogromne wrażenie. Czy również podzielam ich zachwyty? O tym za chwilę.

Bieszczady, lato. W małej chatce na odludziu żyje 38letni ojciec z 6letnim synem. Ojciec – Berdo, to kłusownik, od jego powodzenia w łowach zależy dalsze funkcjonowanie ich małej rodziny. Chłopiec, Radek, praktycznie cały swój czas spędza z ‘najbliższym sąsiadem’, z Millionen Jahren, który jest dla niego jak dziadek. Z ojcem chłopiec się nie dogaduje, nie rozumie, jak Berdo może mordować zwierzęta, jego ukochane wilki. Berdo też nie zabiega o miłość syna, woli odsyłać go do Millionen Jahrena. Jednak wszystko zmienia się pod wpływem kilku niefortunnych zdarzeń. Berdo z Radkiem ruszają w wędrówkę, która już na zawsze zmieni ich życie, ich wzajemnie postrzeganie.

Książka składa się z 15 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Styl powieści jest niesamowity. Niby prosty, bez specjalnych ozdobników, czy rozbudowanych zdań, ale w tej prostocie piękny. Autorka z gracją łączy słowa, z których wyłaniają się surowe, lecz zachwycające obrazy. Dokładnie takie jak krajobraz, na którym rozgrywa się większa część powieści. Naprawdę czytając tą książkę ciężko mi było uwierzyć, że jest to debiut. Piękny język, trafił prosto w moje serce.

W pierwszej połowie książka akcja toczy się nieśpiesznie. Poznajemy dokładnie jak wygląda codzienne życie dwóch bohaterów, przyglądamy się z oddali im poczynaniom. Tak, z oddali, bo autorka nie jest skora do mówienia wprost, co bohaterowie czują. Oddaje ich tęsknoty, czasem wspomnienia, ale uczuć musimy domyślać się sami. Co nie jest trudne przy tak świetnej narracji. W drugiej połowie ojciec i syn ruszają w drogę i dopiero tu dochodzi do pewnych zmian w ich myśleniu i zachowaniu.
„Czasem przypominał sobie, że w jego bieszczadzkim życiu bywały inne dni; kiedy włóczył się od rana do wieczora tak po prostu, bo las i droga wzywały go, a on chciał odpowiedzieć na wezwanie. Kiedy powracała tęsknota za dzikością i budził się zew. Odzywała się w nim niespokojna część duszy, ta, która nie pozwala mu siedzieć w chacie, kazała ruszać na szlak. Bywało, że wracał po dwóch lub trzech dniach, jakby nigdy nic, na zgrzanym koniu, spocony, ze zmierzwionymi przez wiatr włosami, zmęczony i brudny. Ale szczęśliwy.”
To piękna, ale trudna opowieść. Mówi o mężczyźnie i dziecku, którzy kompletnie nie potrafią się ze sobą porozumieć. Chłopczyk wręcz boi się ojca, a Berdo wygląda na w ogóle niezainteresowanego, raczej nie jest to materiał na ojca. Czego potrzeba by jeden zrozumiał drugiego? Czy w ogóle po 6 latach takiego traktowania da się jeszcze coś w takiej relacji zmienić? Czy w najważniejszej chwili ojciec będzie potrafił podjąć właściwą decyzję?

Przyznam, że przez pierwszą połową trochę nie byłam pewna o co chodzi. Niewiele się działo, ot, dzień jak co dzień dla bohaterów, bez większych emocji i przemyśleń. Druga część powieści jednak wszystko to wyjaśniła, uzasadniła dlaczego początek był taki, a nie inny. Ostatecznie wszystko zgrało się w jedną spójną w pełni uzasadnioną całość.

Nie chcę za wiele zdradzać o bohaterach i ich relacji, by nie odbierać Wam przyjemności z lektury. Na koniec zachwycę się jeszcze tylko pięknem przyrody, oddanej w tej powieści. Większość historii toczy się w dzikich Bieszczadach, gdzie nikt z turystów się nie zapuszcza. Lasy, łąki, góry, wiatr, słońce i dziki zew. Uwielbiam takie klimaty, a to jak autorka je w tej powieści odwzorowała, to naprawdę majstersztyk. Czułam się jakbym tam była, stała na wzgórzu razem z Berdo i delektowała się roztaczającym się zapierającym dech w piersi widokiem. Po prostu piękne.
„Wiatr pochylał ku ziemi trawy połyskujące złotem w promieniach zachodzącego słońca. Targał włosy i wzdymał koszulę na piersi, a Berdo stał i patrzył. Ciągnący się ku wschodowi trawiasty garb połoniny w gasnącym z wolna świetle dnia, wydał mu się litą, brązowozłotą skałą. Las poniżej przywodził na myśl mech, wytrwale i niepostrzeżenie pochłaniający ów kamień, by wreszcie w swoim czasie zamknąć się nad nim zupełnie zielonym kożuchem. On sam stał na wierzchołku, myci niczym mrówka faraona. Pomyślał, że właściwie nie jest niczym więcej.”
Podsumowując, „Berdo” to rewelacyjny debiut literacki. Naprawdę trudno jest mi w ogóle uwierzyć, że jest to pierwsza książka Anny Cieślar. To jak autorka posługuje się słowem, jakie pod jej piórem robi się plastyczne, mądre, acz surowe i proste, jak trafia w serce, tak dokładnie, że nawet się tego nie zauważa, a później nagle orientuje się, że po policzkach płyną łzy, to po prostu jest nie do opisania. Może Anna Cieślar by potrafiła, mi jednak brakuje na to słów 😊 Piękno, dzikość i surowość natury daje ukojenie, a jej mieszkańcy odkrywają przed czytelnikiem swoje małe życia. Historia o ciężkiej relacji pomiędzy tak różnym ojcem a synem jest napisana z wyczuciem, pełna niedomówień i sugestii. Po zakończeniu lektury wszystko nabiera pełni, staje się jedną, spójną i dobrze przemyślaną całością. Ja jestem oczarowana.

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak!



stycznia 28, 2020

"Pokrzyk" Katarzyna Puzyńska

"Pokrzyk" Katarzyna Puzyńska

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: Pokrzyk
Cykl: Lipowo, tom 11
Data premiery: 15.10.2019
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 608

Katarzyna Puzyńska to jedno z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych polskich nazwisk z gatunku kryminału. Autorka debiutowała w 2014 roku pierwszym tomem cyklu o Lipowie pt. „Motylek”. Od tego czasu ukazało się już 11 tomów serii, a od jakiegoś czasu Puzyńska zajęła się też książkami z gatunku literatury faktu o życiu policjantów. Teraz w marcu ukaże się trzeci tom tego cyklu pt. „Policjanci. W boju”. Dodatkowo w roku 2019 autorka razem z wydawnictwem Prószyński i S-ka przeprowadzili bardzo głośną akcję charytatywną dedykowaną wdowom i osieroconym dzieciom policjantów.
Na wstępie od razu muszę przyznać, iż cykl o Lipowie należy do moich ulubionych. Każdego tomu wypatruję z przeogromną niecierpliwością, a pomiędzy tomami mocno tęsknię za klimatem z powieści. Puzyńska tworzy zawsze małe cegiełki, prócz ciekawych i mocno rozbudowach wątków kryminalnych przykłada dużą wagę do psychologii postaci i szeroko ją opisuje.

W „Pokrzyku” Weronika Podgórska szuka w okolicznych wsiach domu dla swojej matki. Podczas poszukiwań trafia do małej wioski Wnyki. Znajduje się tam stary dworek wokół którego krąży klątwa. Ktokolwiek przekroczy jego próg – umrze. Miejscowi mówią też o duchu, który w płonieniach straszy w okolicy...
W tym czasie w Wielkim Leźnie w innym dworku umiera starsza pani. Policja zostaje wezwana, bo prywatny detektyw – były mąż Weroniki widział uciekającą przez okno łazienki byłą komisarz Kopp. Starsza pani zginęła w podejrzanych okolicznościach, prawdopodobnie została zamordowana. To już drugie morderstwo, o które podejrzewana jest emerytowana policjantka - miesiąc temu była ostatnią osobą, która widziała dziennikarkę Joannę Kubiak żywą. Sama Kopp zapadła się pod ziemię, nikt nie wiem gdzie się ukrywa... Czy te dwa morderstwa są powiązane? Czy naprawdę Kopp byłaby zdolna do zabicia człowieka? Jaki związek ze sprawą ma tatuaż dziennikarki? I czy klątwa w dworku we Wnykach jest prawdziwa?

Książka składa się z prologu i 88 rozdziałów. Te podzielone są na 4 części: Piekło, Czyściec, Raj i Pokrzyk. Każdą część otwiera wyznanie mordercy przedstawione jako monolog wewnętrzny bohatera, jedynie czwarta część zbudowana jest trochę inaczej. Rozdziały, tradycyjnie, opatrzone są miejscem, datą i godziną oraz bohaterem, z którego punktu widzenia jest przedstawiony. Narracja jest trzecioosobowa w czasie przeszłym, narrator skupiony jest mocno na tym co czują i przeżywają bohaterowie. Książkę jak zawsze u Puzyńskiej czyta się przyjemnie i szybko.

W „Pokrzyku”, tak jak w każdym poprzednim tomie, poza zagadką morderstwa, która niezwiązana jest bezpośrednio ze znanymi, stałymi postaciami serii, dużo miejsca poświęca się na życie prywatne policjantów i ich rodzin. Tutaj akcja skupia się na Weronice, Danielu i Emilii, którzy znowu wikłają się w miłosne zawiłości. Daniel trwa w trzeźwości, jednak teraz jest już pewny, że to Emilię kocha. Weronika z kolei jest zdeterminowana by zostać mamą w pełnej rodzinie. Emilia jest pełna nadziei na przyszłość, pewna, że w końcu wszystko dobrze się ułoży. Czy faktycznie teraz się uda? Kto z nich znowu ucierpi? Część czytelników zarzuca serii podobieństwa do telenoweli – bohaterowie ciągle się schodzą, rozchodzą, co chwilę mają jakieś romanse i inne zawirowania. Mi to nie przeszkadza, takie są uroki rozbudowanej serii toczącej się na małym terenie. Podoba mi się jak postacie są oddane, ich charaktery są szczegółowo rozrysowane, co nie znaczy, że postępują zawsze mądrze i logicznie. To jednak jeszcze bardziej przybliża ich do postaci rzeczywistych. Każdy z nich ma jakiś bagaż emocjonalny, każdy wiele przeszedł. Po tylu tomach cyklu znam ich już bardzo dobrze, ich zachowanie jest spójne, chociaż nie sądzę, żebym któregoś z głównych bohaterów w prawdziwym życiu mogła polubić. To naprawdę skomplikowane i ciężkie charaktery 😊 No może poza patologiem, do którego od samego początku pałam sympatią 😊

Prócz dobrze znany postaci, czytelnik dostaje tutaj rozbudowaną zagadkę morderstwa. Powiązane jest ono z pewną bogatą rodziną – zamordowana to znana działaczka społeczna na rzecz kobiet. Prywatnie razem z mężem (który umarł kilka dni temu!?) adoptowali trzy dziewczynki i chłopca. Czy jednak są tak dobrzy na jakich się kreują? Co się stało w tej rodzinie? Kto zabił? I co do tego wszystkiego ma Klementyna Kopp? Akcja jest jak zawsze rozbudowana, ale dobrze przemyślana. Wciąga od pierwszej strony, a wstawki bezpośrednio od mordercy dodatkowo tylko zaostrzają ciekawość. Rozwiązanie zaskakujące, finał efektowny.

Kolejny raz Puzyńska udowodniła, że obszerne, rozbudowane wątki kryminalne połączone z psychologiczną głębią znanych bohaterów są jej mocną stroną. Dodatkowo czar małego miasteczka, otoczenie przyrody, lasy, zwierzaki, to wszystko dodaje książce klimatu i uroku. Uwielbiam wracać do Lipowa, chociaż zakończenie całości znowu powala na łopatki – jestem trochę na autorkę zła za tak ogromny zwrot akcji! Były łzy i niedowierzanie, a teraz smutek i lekkie oburzenie. Nie pozostaje mi nic innego jak znowu czekać na tom kolejny. Oby już tym razem w końcu bohaterom się poukładało!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

stycznia 27, 2020

"Osaczona" Tess Gerritsen

"Osaczona" Tess Gerritsen

Autor: Tess Gerritsen
Tytuł: Osaczona
Tłumaczenie: Elżbieta Smoleńska
Data premiery: 06.11.2019
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 240

„Osaczona” to kolejny tytuł z początkowej twórczości Tess Gerritsen zaliczanej do gatunku romansu kryminalnego. W kolejności wydawniczej ukazała się w 1993 roku jako piąta książka z tego cyklu. Nie jest to lektura wymagająca, ot, szybka i lekka rozrywka, jednak ten tytuł na tle pozostałych, które do tej pory czytałam, wypada najlepiej.

Miranda Wood pracuje w lokalnej gazecie, w Maine, jej rodzinnym mieście. Kilka miesięcy wcześniej pomiędzy nią a szefem rozwinął się romans. Richard Tremain pochodzi z bardzo wpływowej rodziny, ma żonę i dzieci, ale na punkcie Mirandy kompletnie stracił głowę. Nie okazał się jednak tak uczciwym człowiekiem jak kobieta myślała, więc po czasie postanowiła zerwać tę zażyłość. Richard jednak nie jest w stanie się z tym pogodzić, ciągle ją nachodzi. Tak też zdarza się feralnej nocy, ale Miranda nie chce się z nim widzieć – wychodzi więc na spacer. Po powrocie zostaje mężczyznę nagiego w sypialni – jest martwy, ktoś go zabił jej własnym kuchennym nożem. Kobieta od razu zostaje oskarżona o tą zbrodnię, mimo że naprawdę jest niewinna, ma przeciw sobie całe miasteczko. W tym samym czasie do rodzinnej posiadłości przyjeżdża brat Richarda, Chase, który nie do końca przekonany jest o winie kobiety...

Książka złożona jest z 15 rozdziałów. Co ciekawe i wyróżniające ją na tle pozostałych tytułów, to to, że przed pierwszym rozdziałem znajdziemy spis postaci powieści. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, najczęściej podąża za Mirandą. Styl pisarki jest lekki, książkę czyta się ekspresowo.

W tym wypadku chyba nie ma sensu skupianie się na dokładnej charakterystyce postaci, bo w tego typu książkach to akurat chyba nie jest najmocniejsza strona. Chociaż postać starszej pani, sąsiadki była rewelacyjna! Ogrodniczka, trochę dziwaczka, trochę samotniczka, skradła wręcz całe show 😉 Podobała mi się też nawet gra pomiędzy Mirandą i Chase’m, którzy mocno opierają się swoim uczuciom. To było dobre rozwiązanie, historia przez to nabierała trochę bardziej realnych kształtów.

Poza tym muszę to wspomnieć o lokalizacji miejsca akcji. To Maine w USA, małe przytulne miasteczko na wybrzeżu oceanu. Domek, którego zamordowany używał jako swojego schronienia, a który swoją drogą sąsiaduje z domem tej introwertycznej sąsiadki, jest bardzo przytulny, klimatyczny. Mogłabym tam zamieszkać. Jak na taką objętość książki to również reakcja społeczeństwa na domniemaną morderczynię jest dobrze opisana.

Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o zawodzie, jaki większość bohaterów wykonuje. Tu akcja krąży wokół gazety, której właścicielem był zamordowany. Mamy korektorów, edytorów, naczelnych. Pracę nad artykułami, śledztwo dziennikarskie – dla mnie jeden z najlepszych tematów, jakie można znaleźć w książkach.

„Osaczona” to książka z gatunku romans kryminalny, więc oczywiście uczucie pomiędzy głównymi bohaterami też musi być, musi być trochę tych romantycznych scen. Jednak nie ma ich wiele i nie są natarczywe, więc nawet dla mnie (przeciwniczki wątków romansowych 😉) nie stanowiły za wielkiego problemu.

Myślę, że mając na uwadze gatunek, czas powstania i docelową grupę odbiorczą książki, to mogę powiedzieć, że jest to dobry przedstawiciel gatunku. Czyta się szybko i przyjemnie, zagadka jest ciekawa, otoczenie świetne. Prócz tych niewielu scen miłosnych, nie mam się do czego przyczepić, a wiadomo, że takie momenty w tym gatunku pojawić się muszą. Żeby podkreślić, że ta książka na tle trzech pozostałych wypada najlepiej, decyduję się na poniższą ocenę, ale przestrzegam, żeby sięgać po nią ze świadomością gatunku i roku powstania!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska!

stycznia 25, 2020

"Bez odwrotu" Tess Gerritsen

"Bez odwrotu" Tess Gerritsen

Autor: Tess Gerritsen
Tytuł: Bez odwrotu
Tłumaczenie: Maria Świderska
Data premiery: 06.11.2019
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 240

Tess Gerritsen to jedna z najpoczytniejszych pisarek thrillerów medycznych na świecie. Jej książki sprzedawane są w ogromnych nakładach, większość trafia na listy bestsellerów. Niewielu jednak wie, że autorka swoją karierę pisarską rozpoczęła od takiego gatunku jak romans kryminalny. Debiutowała w 1987 roku książką „Telefon o północy” (recenzja tutaj– klik!) i trzymała się tego gatunku przez 8 powieści. „Bez odwrotu” zostało wydane trzecie w kolejności, w 1992 roku. Wydaje mi się, że w tej powieści aktorka trochę zmieniła koncepcję książki, co raczej nie przypadło mi do gustu – jak na razie z trzech romansów kryminalnych, które przeczytałam, ta wypada najsłabiej.

Cathy Weaver wybrała się w odwiedziny do swojej ciężarnej przyjaciółki Sarah. Jest ciemno, pada deszcz, dochodzi dwunasta w nocy. Cathy jedzie pustą drogą przeklinając w duchu, że tyle czasu zeszło jej na podróż. Jest już zmęczona, jest jej zimno, marzy o kominku i ciepłym  napoju. Nieoczekiwanie przed maską jej samochodu pokazuje się kształt, Cathy hamuje z całej siły, jednak uderza lekko w przeszkodę. Przerażona wyskakuje z auta – potrąciła mężczyznę. Victor jest przytomny, jednak mocno poszkodowany, Cathy chce go zawiedź do szpitala. Kiedy pomaga mu się podnieść, widzi, że mężczyzna mocno krwawi z ramienia. Okazuje się, że został postrzelony. Co robił o tej porze w lesie? Kto do niego strzelał? I czy pomagając mężczyźnie Cathy nie ściągnie na siebie kłopotów?

Książka złożona jest z prologu i 14 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, główną uwagę skupia na Cathy i Victorze. Styl powieści jest lekki, jednak nie mogę powiedzieć, że książkę czyta się szybko... Odkładałam ją naprawdę wiele razy, przez co czytałam ją trzy razy dłużej niż zakładałam...

W dwóch poprzednich (wcześniejszych) książkach podobało mi się to, że autorka większą uwagę przywiązywałam do wątku kryminalnego niż do romansowego, wszystko było opisane ze smakiem, wyważone. To mam wrażenie, że się trochę pogubiła lub chciała spróbować czegoś innego – według mnie kompletnie się to nie sprawdziło. Wątek romansowy wyskakuje tu cały czas na pierwszy plan, przez co jego banalność i naiwność mocno rzuca się w oczy.

Cathy to kobieta przed 40stką, po rozwodzie, bezdzietna, mimo iż bardzo chciałaby to zmienić. Jest charakteryzatorką filmową i ciągle pracuje razem z byłym mężem. Jej przyjaciółka Sarah też niedawno się rozwiodła, jednak wzięła sprawy w swoje ręce i zaszła w ciążę dzięki nasieniu dawcy z banku spermy. Cathy ją podziwia, ale sama nie odważyłaby się na taki krok. Obydwie kobiety mają obsesję na punkcie macierzyństwa i wielkiej miłości, jednak obie mocno się sparzyły na związkach, o czym cały czas wspominają.
Victor, po nocy w szpitalu, odnajmuje Cathy i od razu para się w sobie zakochuje, po trzech dniach już wyznają sobie wielką miłość. Trochę to naciągane i kompletnie nieżyciowe, nawet jak na ten gatunek literacki.

Co do wątków kryminalnych, to zdecydowanie ich bym tak nie nazwała. To raczej sensacja, para ciągle jest w ruchu, cały czas ucieka przez płatnym mordercą, są pościgi i strzelanki. Tutaj też jest sporo dziwnych, wręcz groteskowych sytuacji, które zdecydowanie nie poprawiają odbioru lektury.

Ogólnie mam wrażenie, że autorka z wszystkim to przesadziła. Jest za bardzo teatralnie, dzieje się za dużo i za szybko. Postacie są płaskie, ich zachowanie bardzo naiwne i na pokaz. Jedyne co mi się tu podobało, to pomysł na fabułę, szkoda tylko że zamiast bardziej rozwinąć ten wątek, autorka wolała się skupić na seksualnych i miłosnych uniesieniach postaci.

Moja ocena: 4/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska!

stycznia 22, 2020

"Maszyny takie jak ja" Ian McEwan

"Maszyny takie jak ja" Ian McEwan

Autor: Ian McEwan
Tytuł: Maszyny takie jak ja
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Data premiery: 02.10.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 352

Ian McEwan to jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk wśród brytyjskiej współczesnej literatury. Autor debiutował w 1975 roku i od tego czasu tworzy nieprzerwanie. Otrzymał wiele wyróżnień i nominacji literackich, w tym Nagrodę Bookera za powieść „Amsterdam”, a spora liczba jego powieści została zekranizowana (kto nie zna filmu „Pokuta”? 😉 )W Polsce, jeśli dobrze policzyłam, ukazało się aż 18 jego opowieści i opowiadań, najnowsze to „Maszyny takiej jak ja”.  Dla mnie to była pierwsza styczność z twórczością autora, przez co nie do końca wiedziałam czego mogę się spodziewać. Żałuję, że nie sięgnęłam po jego powieści wcześniej, nie mogę teraz spojrzeć na tę przeczytaną szerzej, nie mam porównania do innych, ale na pewno zamierzam to nadrobić.

Rok 1982, Anglia, rzeczywistość alternatywna. Alan Turing żyje, woja o Falklandy zakończyła się porażką, a The Beatles po wielu latach milczenia wydali nowy album z udziałem orkiestry symfonicznej. Postęp technologiczny jest dużo bardziej zaawansowany niż w naszych rzeczywistych aktualnych czasach, właśnie na ogólnodostępny rynek zostały wypuszczone pierwsze roboty wyposażone w sztuczną inteligencją wyglądające dokładnie tak jak ludzie. To nowi Adamowie i Ewy. Charlie Friend, trzydziestotrzyletni kawaler, ze spadku po matce nabywa jednego z Adamów. Charlie nie jest bogaty, wręcz przeciwnie, mieszka w malutkim mieszkanku, by przeżyć z miesiąca na miesiąc inwestuje w giełdę, jednak jest fascynacja technologią i sztuczną inteligencją jest tak duża, że na zakup Adama jest w stanie przeznaczyć wszystkie swoje pieniądze. Razem z sąsiadką Mirandą, młodą studentką ożywiają maszynę i kształtują jej osobowość. Czy życie ramię w ramię ze sztuczną inteligencją jest możliwe? Czy Adam jest w stanie funkcjonować jak człowiek? I co to znaczy dla nas, dla prawdziwych ludzi? To tylko kilka z wielu pytań, które stawia nam autor.
„Reklamowano go jako towarzysza, intelektualnego ‘sparingpartnera’, przyjaciela i powiernika, który mógł zmywać naczynia, słać łóżka i ‘myśleć’. Rejestrował i zachowywał w pamięci wszystko, co usłyszał i zobaczył.”
Książka złożona jest z 10 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, narratorem jest Charlie. W powieści nie znajdziemy na pewno pędzącej akcji, dynamicznych, energicznych dialogów. Wydarzenia płyną wolno, a książka po pierwsze skłania do refleksji, porusza tematy i zagadnienia, które wręcz przerażają aktualnością. Styl jest płynny, ale wymagający uwagi, na pierwszych stronach trochę przestraszyłam się dużej wiedzy i mądrości płynącej z kart powieści, jednak szybko przyzwyczaiłam się do tego stylu i ostatecznie książkę czytało się bardzo przyjemnie.

Zawsze im książka jest mądrzejsza, niesie ze sobą dużą wiedzę, zadaje wiele pytań, na które nie zawsze są odpowiedzi, tym bardziej nie wiem co o niej napisać, bo cokolwiek by nie napisała, to i tak nie będzie oddawać natury książki, jej złożoności i głębi. Tutaj nie wystarczy, że opowiem Wam o Charlie’m i Mirandzie, bo to nie o postacie i zagadkę czy akcję chodzi, a o przesłanie i zadawanie pytań. Ale spróbujmy.

McEwan kreśli tutaj obraz społeczeństwa, którego zaawansowanie technologiczne ciągle przekracza nasze rzeczywiste, jednak nie jest to obraz fantastyczny – to na pewno się wydarzy. Już teraz zalewani jesteśmy przez boty, które nie tylko w sieci udają prawdziwe osoby, ale także obsługują rozmowy telefoniczne, umawiają spotkania, rozwiązują proste problemy. Robotyka ciągle również idzie na przód, całe wyposażenie wojskowe oparte o tą dziedzinę wzbudza we mnie przerażenie. To już tylko kwestia czasu aż któraś z firm zbuduje robota wyglądającego jak człowiek. To jest nasza przyszłość i na pewno nie jest ona bardzo odległa. W powieści, głównie dzięki Turingowi, który wprowadził prace nad sztuczną inteligencją na wyższy poziom i udostępnił całe swoje badania bezpłatnie dla wszystkich zainteresowanych, ta przyszłość już nadeszła. Do rąk ludzi oddano maszynę, która nie tylko wygląda jak człowiek, ale zachowuje się jak człowiek, uczy się, myśli, a jak sama twierdzi – również odczuwa. Więc czym różni się od człowieka? Czy można ją traktować na innych prawach niż ludzi? Co czyni nas ludźmi? Biologia? Świadomość? Poczucie własnego ‘ja’? Jaką władzę ma człowiek nad tą maszyną? To że ją kupił pozwala mu decydować o jej losie? Jak nauczyć maszynę nielogiczności człowieka? Czy zemsta czy kłamstwo wykonane w dobrej wierze jest dopuszczalne? Przecież z założenia kłamstwo jest potępiane, prawda? Kto ma rację – człowiek, który nagina swoją rzeczywistość do własnego zdania czy maszyna, która widzi wszystko obiektywnie i nieważne kogo skrzywdzi po drodze dąży do obiektywnej prawy i sprawiedliwości? Czy w ogóle człowiek może zrozumieć postępowanie maszyny, a maszyna człowieka? Czy  w ogóle sztuczna inteligencja jest w stanie funkcjonować obok człowieka? W końcu to człowiek niszczy planetę, więc by uratować ziemię maszyny mogą postanowić zniszczyć te największe zagrożenie dla istnienia Ziemi, prawda? Ile ich może powstać, by nie skrzywdzić człowieczeństwa a mu pomóc? Czy w ogóle człowiek ma prawo o tym decydować? To tylko część pytań, które nasuwają mi się po przeczytaniu tej lektury.
„Już niedługo większość z nas będzie musiała zastanowić się ponownie, po co żyjemy. Nie po to by pracować. Łowić ryby? Uprawiać zapasy? Uczyć się łaciny?”
Prócz rozważań na tematy egzystencjalne McEwan przedstawia też społeczno-ekonomiczne skutki tak zaawansowanej technologii. Przewiduje wielkie bezrobocie, strajki i ostatecznie konieczność przebudowania całego prawa społecznego, na którym opiera się nasze życie. Uświadamia też, że mimo całej tej technologii i umiejętności jej wykorzystywania, zawsze jednak musi być jakiś przegrany. To, że jesteś w stanie korzystać z dostępnych technik i wiedzy, nie znaczy, że jesteś niepokonany.

Ostatnia kwestia, którą chciałabym poruszyć przy tym tytule to efekt motyla. W powieściowej rzeczywistości jeden człowiek, który tam dożył starości, a w prawdziwej rzeczywistości popełnił samobójstwo, spowodował tak duży rozwój technologiczny. To znaczy, że każde istnienie ma znaczenie, każda mała rzecz może doprowadzić do ogromnej zmiany. Jeden człowiek, a wręcz jedna, pozornie nieważna dla świata decyzja może mieć wpływ na tysiące, miliony...

Podsumowując, „Maszyny takie jak ja” to książka poruszająca jeden z najważniejszych tematów aktualnych czasów. Poprzez wydarzenia w fabule zmusza do stawiania pytań, zastanowienia się nad sensem człowieczeństwa i mocy sprawczej człowieka. To książka ważna i mądra, dla czytelnika, który nie szuka w lekturze tylko rozrywki, a chce czegoś więcej.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros!

stycznia 20, 2020

"Ktoś, kogo znamy" Shari Lapena - recenzja przedpremierowa

"Ktoś, kogo znamy" Shari Lapena - recenzja przedpremierowa

Autor: Shari Lapena
Tytuł: Ktoś, kogo znamy
Tłumaczenie: Piotr Kuś
Data premiery: 28.01.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 336

„Ktoś, kogo znamy” to już 6 książka w dorobku kanadyjskiej pisarki Shari Lapeny. Autorka debiutowała w 2008 roku, a światowy rozgłos zyskała 8 lat później książką „Para zza ściany”. Na polskim rynku do tej pory ukazały się trzy thrillery, „Ktoś, kogo znamy” jest czwartym, a jego premiera zapowiedziana jest na 28 stycznia. Osobiście o autorce słyszałam już dawno, jednak aż do teraz nie miałam okazji zapoznać się z jej książkami. Czy jest to nazwisko na które warto zwrócić uwagę?

Historia zawarta w powieści „Ktoś, kogo znamy” toczy się w małym amerykańskim miasteczku. Rok temu w okolicy zamieszkało młode małżeństwo – ona – Amanda - niesamowicie piękna i kusząca, świadoma swoich atutów, on – Robert - uprzejmy i równie przystojny. Prócz jednej powitalnej imprezy raczej trzymali się na uboczu, Amanda jednak pracowała jako freelancer w okolicznych firmach. Teraz, z początkiem października Robert zgłasza jej zaginięcie. Policja jest jednak przekonana, że kobieta zwyczajnie opuściła męża. Sytuacja zmienia się, gdy z okolicznego jeziora zostaje wyłowiony samochód kobiety razem z jej ciałem w bagażniku... Sąsiedzi są przerażeni, większość pewna jest, że odpowiedzialny za to jest Robert.
W tym samym czasie Olivia Sharpe odkrywa, że jej szesnastoletni syn zyskał ostatnio nowe hobby – pod nieobecność właścicieli włamuje się do okolicznych domów i przegląda ich komputery... Kobieta jest wstrząśnięta, razem z mężem od razu zwracają się po poradę do prawnika, jednak w międzyczasie, by uspokoić własne sumienie Olivia robi coś, czego zdecydowanie nie powinna...

Książka kompozycyjnie złożona jest z prologu i 39 krótkich rozdziałów, które podzielone są dodatkowo na osobne sceny oddzielone gwiazdkami. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, wyjątkiem jest prolog i ostatni rozdział, w których wypowiada się morderca w narracji pierwszoosobowej. Pozostała akcja rozłożona jest na kilka osób z sąsiedztwa, które są zaangażowane w obydwie sprawy. Każda scena tyczy się innej osoby, przez co narracja jest w ciągłym ruchu. Przez większą część lektury byłam z niej w miarę zadowolona, dopiero pod koniec zaczęło mi te ciągłe ‘skakanie’ trochę przeszkadzać – scenki wydawały mi się trochę za krótkie. Ogólnie styl jest prosty i przyjemny w odbiorze, nie trzeba się przy nim wysilać.
„— A ja uważam, że to nie on. Robert nie byłby w stanie jej zamordować. Sądzę, że zrobił to ktoś inny. — Kto? — Tego nie wiem. Ktoś obcy… ktoś, kogo nie znamy.”
Jak wspomniałam, bohaterów mamy tutaj kilku. Jest nastolatek uzależniony od dreszczyku emocji i jego dawny przyjaciel, który nie radzi sobie z problemem alkoholowym. Są jego rodzice, którzy nie wiedzą co z tym zrobić. Jest mąż zaginionej, który zachowuje się ciut podejrzenie. Są jego sąsiadki, z których jedna z nich ewidentnie ma też jakąś tajemnicę... W końcu jest też policja, dwójka detektywów, którzy pakują się w te wszystkie sąsiedzkie sekrety. Przez to, że jest ich tylu, nie możemy poznać ich dokładnie, a co za tym idzie nie do końca wiemy czego można się po nich spodziewać. Ogólnie jednak postacie są dobrze i ciekawie poprowadzone, jedynie chwilami miałam wrażenie, że kobiety w tej powieści są bardzo naiwne. Dziwne, bo przecież książkę napisała kobieta.

Co do samej akcji powieści to jest ciekawie poprowadzona. Z każdą stroną na jaw wychodzą nowe sekrety, a my poznajemy myśli i obawy bohaterów. To ciekawy wgląd z małą sąsiedzką społeczność, gdzie pozornie każdy wie o każdym wszystko, a w rzeczywistości jednak każdy okazuje się ślepym na problemy innych.
„Co zrobić, żeby w dzisiejszych czasach dobrze wychować dziecko, skoro wokół jest tyle zła, tyle nienawiści, chociażby w wiadomościach telewizyjnych. Ludzie nie mają żadnego szacunku dla przyjętych zasad.”
W książce jak to w thrillerach około rodzinnych bywa, poruszane są takie tematy jak zaufanie do najbliższej osoby, problemy małżeńskie i rodzicielskie. To co odróżnia tą powieść od pozostałych to właśnie ta mała sąsiedzka wspólnota. Chwilami miałam skojarzenie, że czytam skrzyżowanie „Małych kłamstewek” z „Gotowymi na wszystko”.

Ogólnie książkę czyta się lekko i szybko. Nie wymaga dużej uwagi, ot rozrywka na jeden, maksymalnie dwa wieczory. Akcja jest na tyle ciekawa, że ma się ochotę lekturę kontynuować, ale nie jest aż tak trzymająca w napięciu, by z nerwów obgryzać paznokcie. Ja czytałam książkę w pdfie i nauczona już wcześniejszymi doświadczeniami, wiem, że w papierze lub gotowym ebooku będzie się ją czytać przyjemniej. Nie mogę jednak przymknąć oka na te dwie wymienione wcześniej kwestie, które trochę obniżyły moją przyjemność z lektury, dlatego też minimalnie muszę ocenę za to obniżyć. Na pewno jednak w przyszłości będę chciała sprawdzić pozostałe książki autorki, bo słyszałam o nich wiele dobrego.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

stycznia 18, 2020

"Tatuażysta z Auschwitz" Heather Morris

"Tatuażysta z Auschwitz" Heather Morris

Autor: Heather Morris
Tytuł: Tatuażysta z Auschwitz
Cykl: Tatuażysta z Auschwitz, tom 1
Tłumaczenie: Kaj Gucio
Data premiery: 18.04.2018
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 336

„Tatuażysta z Auschwitz” to książka, o której swego czasu było naprawdę bardzo głośno. Napisana została przez Heather Morris, pochodzącą z Nowej Zelandii, zamieszkującą na stałe w Australii, która w 2003 roku poznała i wysłuchała historii Ludwiga Eisenberga (po wojnie przyjął nazwisko Sokołow), człowieka, który od 1942 roku pełnił rolę tatuażysty w obozie Auschwitz. Jak autorka podkreśla, jest to powieść oparta na prawdziwych wydarzeniach, jednak nie jest to literatura faktu, a raczej zbeletryzowana opowieść o miłości w najmroczniejszych czasach. Wiem, że książce zarzuca się dużo niezgodności i przekłamań historycznych i po części rozumiem te zarzuty – my Polacy historię wywózki Żydów i obozów koncentracyjnych znamy dosyć dobrze, więc mniej więcej wiemy w co wierzyć, a w co nie. Jednak tak książka została przetłumaczona na wiele różnych języków, ruszyła na cały świat, gdzie nie jest tak dobrze znana, przez co dla obcokrajowców może powstać fałszywy obraz tego miejsca. Z drugiej strony na samym początku książki, podkreślone jest, że to fikcja literacka powstała na podstawie relacji więźnia obozu i  myślę, że tak po prostu trzeba ją traktować. My Polacy cały czas do tematu obozów podchodzimy w ogromnym przeczuleniem i zastanawiam się czy nie wyszło tak też i w tym wypadku.

Książka oparta jest na wspomnieniach Lalego (tak mówiono na Ludwiga), Słowaka i Żyda, który w 1942 roku trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Tam po czasie przejął funkcję tatuażysty i zakochał się w jednej z więźniarek – Gicie. W głównej mierze to po prostu historia miłosna dwojga ludzi, który poznali się na najgorszym momencie życia, a mimo tak ogromnej ludzkiej tragedii, ostatecznie spędzili razem całe życie. Poznajemy jak wyglądała codzienność Lalego w obozie, jak pomagał innym dzięki swojej pozycji tatuażysty, jak pomógł Gicie przetrwać piekło.

Historia opowiedziana jest w narracji trzecioosobowej czasu teraźniejszego. Styl jest surowy, prosty. Ewidentnie widać, że książka powstała ze scenariusza, a że autorka zajmowała się wcześniej tym obszarem twórczym. Niestety moim zdaniem te przeobrażenie ze scenariusza w powieść nie wyszło najlepiej, tekst jest skupiony na tym, co miał przekazać film, jest mało literacki.

Książka wydana jest starannie w twardej oprawie, tekst jest przyjemnie rozmieszczony, czyta się łatwo i szybko. Całość składa się z prologu, 28 rozdziałów i epilogu. Przed prologiem znajdziemy kilka słów o tym, ja traktować tą powieść, a po epilogu, w którym poznajemy losy Lalego i Gity już po ich ponownym odnalezieniu aż do ich śmierci, zamieszczone zostało postscriptum (wrażenie autorki z pierwszego spotkania z Lalym), dodatkowe informacje o głównych bohaterach (krótkie notki biograficzne), posłowie napisane przez syna Lalego i Gity oraz podziękowania autorki. Całość zamyka mapka obozu w Auschwitz.

Historii takie jak ta, opartych na prawdziwych wydarzeniach, nie ocenia się łatwo. Ja przy takiej tematyce skupiam się na jej warstwie literackiej, na odczuciach, jakich doświadczyłam podczas lektury. Nie sposób tu oceniać historii, bo nie ja ją przeżyłam, nie ja ją zbadałam, więc nie mnie oceniać co tu jest faktem a co nie. Wierzę, że główny zarys oparty jest na prawdziwej historii i to mi wystarczy.

Jeśli chodzi jednak o warstwę literacką, to nie mogę powiedzieć, że książka mnie zadowoliła. Styl autorki nie przypadł mi do gustu, przez co powieść nie wywołała we mnie za wielu emocji, odczucia bohaterów były potraktowane bardzo wyrywkowo i miałam wrażenie dużego uproszczenia. Najwięcej emocji i łzy w oczach wywołało u mnie dopiero posłowie... „Tatuażysta z Auschwitz” to debiut literacki Morris i niestety bardzo to widać. Zabrakło mi tu głębi, połączenia z lekturą, miałam wrażenie, że narrator opisuje wyrywkowe fakty, który są mu obojętne i nie za bardzo go interesują. Możliwe też, że odzywa się tutaj moja niechęć do wątków romansowych w powieściach, jednak myślę, że głównie chodzi to o to, że zabrakło w książce wyczucia.

Jeśli chodzi o samą historię, to oczywiście jest to piękna opowieść o miłości, która nie tylko odnalazła się w najgorszych czasach, ale i te czasy przetrwała. To wzruszająca opowieść o sile uczucia i ludzkiej dobroci w czasach gdy każdy najmniejszy odruch człowieczeństwa był na wagę złota.

Przez napisaniem tej recenzji szukałam trochę informacji na temat prawdy w tej historii, jednak nigdzie nie znalazłam informacji o kosztownościach, które według powieści gromadził Lale i za które kupował żywność od pracujących w obozie ludzi z okolicznej wioski. W ogóle wydaje mi się, że w porównaniu do innych powieści z literatury obozowej tutaj bohaterowie mieli dużą swobodę poruszania się i interakcji. Nie jestem przekonana czy mogę w to wierzyć, przez co też pewnie książkę odebrałam trochę mniej entuzjastycznie niż inni.

Ogólnie mam mieszane odczucia co do tej powieści. Jasne, temat jest ciężki i poważny, historia piękna, jednak pod względem literackim czegoś mi tu zabrakło. Styl autorki do mnie nie przemówił, historię w większości odebrałam dosyć obojętnie, co przy takiej tematyce jest naprawdę dziwne. Dam autorce jeszcze szansę przy „Podróży Cilki”, kontynuacji „Tatuażysty...”, zobaczymy czy udało jej się poprawić styl i warsztat literacki.

Moja ocena: 6/10

Książka dołączyła do mojej biblioteczki dzięki portalowi czytampierwszy.pl



stycznia 16, 2020

"Złe spojrzenia" Daria Orlicz

"Złe spojrzenia" Daria Orlicz

Autor: Daria Orlicz
Tytuł: Złe spojrzenia
Cykl: Stracone dusze, tom 5
Data premiery: 05.11.2019
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 304

Daria Orlicz to pseudonim kryminalny polskiej pisarki Katarzyny Misiołek, znanej autorki powieści obyczajowych. W przeciągu 13 miesięcy na polskim rynku wydawniczym ukazało się 5 tomów cyklu „Stracone dusze”, w którym autorka odkrywa swoje mroczniejsze oblicze. Każdy tom cyklu jest ze sobą powiązany, bohaterowie znani już od pierwszej książki pt. „Diabelski młyn”, pomimo niewielkich zmian, w każdym tomie odgrywają naprawdę dużą rolę, więc nie radzę akurat w tym przypadku zaczynać cyklu od środka. Na blogu opublikowałam recenzje dotyczące trzeciego tomu pt. „Drapieżcy” (klik!) oraz czwartego pt. „Cudze grzechy” (klik!). Autorka zapowiada, że teraz musi sobie zrobić przerwę od tego cyklu, nie wyklucza jednak, że kolejne tomy powstaną.
Ja, po przeczytaniu tego tomu, zgadzam się co do tego, że przerwa autorce się przyda 😊

W drugi dzień Bożego Narodzenia na cmentarzu zamordowany zostaje jedenastoletni chłopiec, ministrant. Ktoś poderżnął mu gardło. Okoliczni mieszkańcy oskarżają o to młodego księdza, wikarego, który od niedawna sprawuje posługę w ich kościele, a który, jak wszystkim wiadomo, był z chłopcem dosyć blisko. Policja jednak nie ma dowodów na winę księdza, w ogóle poszlak w tym temacie nie ma za wiele... Śledztwo praktycznie stoi w miejscu, kiedy dochodzi do kolejnego zdarzenia – szesnastoletni chłopiec ucieka z poprawczaka, a lekko upośledzona trzydziestoletnia dziewczyna pracująca w kuchni uznana zostaje za zaginioną... Czy sprawy się ze sobą łączą? Kto zabił chłopca? Czy okoliczna ludność ma rację?

Książka składa się z 33 krótkich rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, zawiera sporo zgrabnych dialogów. Książkę czyta się szybko, jest napisana w przejrzystym i przyjemnym stylu. Nie mogę się jednak nie przyczepić do kilku spraw: miałam wrażenie, że w tym tomie bohaterowie zdecydowanie za często sięgają po wulgaryzmy, co mocno kłuło mnie w oczy. Wiem, że od początku cyklu bohaterowie nie byli święci i używali rynsztokowego języka, jednak chyba nie w aż takim natężeniu. W tomie 5. bardzo rzuca się to w oczy. Druga sprawa, która trochę mnie irytowała, to jedno określenie na pogodę – ‘zadymka’. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o jakieś synonimy, bo przy którymś już pojawieniu się tego słowa w tekście zaczyna się mieć na nie lekkie uczulenie...

Miło było spotkać znane postacie, w fabule pewną rolę odgrywają znowu Kiciuś, jego Gosia, Hanka, Ola i Jeremi oraz jak zawsze wspomnienie Bugaja. Pomiędzy postaciami nie dzieje się jednak dobrze i tutaj miałam wrażenie, że konflikty były stworzone trochę na siłę, a późniejsze ich rozwiązanie za błahe. Jednym słowem trochę takie nieżyciowe.
Oczywiście, jak w każdym cyklu, zagadka kryminalna opiera się na nowych postaciach, które na pewno mają potencjał. Niestety, wydaje mi się, że mocno niewykorzystany. Już w poprzednim tomie dostrzegłam, że autorka mnoży w jednej krótkiej książce wątki kryminalne, jednak tam jeszcze to było jakoś uzasadnione i poskładane w całość. Tutaj niestety miałam wrażenie, że autorka ma za dużo pomysłów, ale nie umie ich ciekawie rozwinąć. W jednym krótkim tomie mamy zagadkę z morderstwem chłopca, ucieczką z poprawczaka, morderczynią noworodków plus osobiste problemy przynajmniej dwóch par. Dużo jak na 300 stron, prawda? Szkoda, że autorka nie zdecydowała się po prostu na jeden temat, nie pociągnęła tak zajmującego tematu jak podejście ludzi do wiary, i kościoła, szybkie osądzanie, pozornie szczęśliwe rodziny. Myślę, że gdyby ten tom opierał się tylko na tym jednym temacie, ale bardziej rozwiniętym, plus wątki osobiste znanych bohaterów (też bardziej ograniczone), to historia tylko na tym by zyskała. Tu jednak na każdej stronie niby coś się działo, ale było to bardzo wymieszane i potraktowane po łebkach, na czym ucierpiała całość.

W każdym z tomów autorka poruszała jakiś ważny i aktualny temat. Tutaj podejrzewam, że właśnie tym tematem miał być stosunek do księży, to że teraz wszyscy postrzegani są za pedofilów i innych zwyrodnialców i zapowiadał się naprawdę dobrze i ciekawie. Szkoda, że nie został przeanalizowany głębiej, a problem, który ostatecznie stał za zabójstwem nie został zasygnalizowany wcześniej i nie opisany dokładniej.

Nie będę dzisiaj przedłużać, ze względu na sentyment do serii i jak zawsze przyjemny styl nie oceniam książki najniżej, jednak przez ilość tematów potraktowanych po łebkach, nagromadzenie nieuzasadnionych wulgaryzmów i duże epatowanie seksualnością (na co mam ogromne uczulenie w kryminałach!!!) nie mogę uznać tego tomu za udany. Mam nadzieję, że przerwę w tworzeniu kryminałów autorka poświęci na odpoczynek od mrocznych tematów, a po czasie wróci do nas z ciekawymi, dopracowanymi i przemyślanymi tematami. Cyklu na pewno jeszcze z listy nie skreślam i trzymam kciuki, by autorka wróciła do formy z pierwszych tomów.

Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska!

stycznia 15, 2020

"Zmuszona, by zabić" Rachel Abbott - recenzja przedpremierowa

"Zmuszona, by zabić" Rachel Abbott - recenzja przedpremierowa

Autor: Rachel Abbott
Tytuł: Zmuszona, by zabić
Cykl: Stephanie King, tom 1
Tłumaczenie: Adrian Napieralski
Data premiery: 29.01.2020
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 424

Rachel Abbott to jedno z najpopularniejszych nazwisk brytyjskich autorek thrillerów psychologicznych ostatnich lat. W 2010 roku jej firma, w której zajmowała się mediami interaktywnymi, została sprzedana i od tego czasu autorka poświęciła się pisaniu. W 2011 roku ukazał się pierwszy tom serii o Tomie Douglasie, która na ten moment liczy sobie 9 części. We wrześniu 2018 roku na angielskim rynku ukazał się pierwszy tom nowej serii, której tym razem przewodzić będzie kobieta. U nas w Polsce premiera tego cyklu zapowiedziana jest na 29 stycznia. Ja, dzięki uprzejmości Wydawnictwa, miała okazję przeczytać ją jeszcze przed premierą, z czego bardzo się cieszę, bo od lat chciałam się zapoznać z książkami tej autorki, jednak zawsze wypadało coś pilniejszego. Tym razem jednak ten tytuł miał pierwszeństwo i jedne czego mogę żałować, to to, że nie udało mi się poznać z twórczością Abbott wcześniej.
Tom drugi cyklu o Stephanie King w Anglii planowany jest na kwiecień tego roku i ma nosić tytuł „Zabójcza gra”. Mam nadzieję, że Filia nie karze nam długo na niego czekać!

„... niezależnie od tego, jak blisko kogoś żyjemy, nigdy tak naprawdę nie wiemy do końca, co ma w sercu.”

Anglia, miasteczko kurortowe nad morzem. Przy samym brzegu stoi okazały dom wydrążony w skale. Z jednej strony ma mur bez okien, z drugiej, od strony morza, same okna. Siedząc w przestronnym salonie ma się wrażenie, że siedzi się na plaży. Poniżej parteru dom ma jeszcze dwa piętra wykute w skale, z równe rewelacyjnymi widokami na wodę. Otoczony jest wysokim płotem, przez który nie sposób zajrzeć do środka. To dom pewnej amerykanki, która zginęła w nieszczęśliwym wypadku 3 lata temu. Teraz zamieszkuje go jej mąż, znany i ceniony fotograf, razem ze swoją nową partnerką i matką swojego dziecka – Evie.  Pewnej nocy dochodzi tam do tragedii, na miejsce której zostaje wezwana sierżant Stephanie King. Już samo miejsce zbrodni wygląda przerażająco, a Steph ma ciągle jeszcze w pamięci śmierć amerykanki sprzed lat, do której to właśnie ona również została wezwana... Co się wydarzyło tej nocy?

Książka składa się z prologu, trzech części i epilogu. Część pierwsza i trzecia są mniej rozbudowane, to jakby wstęp i zakończenie, część druga to trzon historii. W części pierwszej dowiadujemy się co działo się przed zbrodnią, w drugiej śledzimy przebieg sprawy na sali sądowej, w trzeciej następuje rozwiązania historii. Całość składa się na 72 krótkie rozdziały, narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Wyjątkiem jest postaci Evie, która wypowiada się w pierwszej osobie. Styl powieści jest przyjemny, książkę czyta się bardzo szybko, do czego na pewno przyczynia się rewelacyjnie rozłożone napięcie, które zapewnia nam autorka. Przez całą lekturę czytelnik wie, że coś jest nie tak, ale historia tak się miesza i zbacza z tropów, że im dalej w lekturę, tym mniej jest się pewnym własnych odczuć. Od razu powiem, że dawno żadna książka nie trzymała mnie w ciągłym napięciu, więc już za to należą się autorce ukłony.

O bohaterce serii, Stephanie King dowiadujemy się niewiele. Nie ona odgrywa tu główną rolę, jednak pojawia się i reaguje w kluczowych dla historii momentach. Na pewno jest wytrwała i uparta, trochę dowiadujemy się też o jej życiu prywatnym, jednak by lepiej ją poznać, trzeba poczekać na kolejne tomy.
Cała historia opiera się tu na trzech postaciach – znanym fotografie Marku, jego siostrze, a zarazem menadżerce Cloe oraz jego partnerce Evie. Ta ostatnia pojawiła się w ich życiu przed rokiem i stopniowa wplotła się w ich życie. Cloe jest od Marka trochę starsza, nie ma własnej rodziny, Mark to jej całe życie, to jego karierze się poświęciła.
 O Marku nie dowiadujemy się bezpośrednio za wiele – znamy go głownie ze zwierzeń Cloe i Evie, które przedstawiają go w skrajnie różnym świetle, przez co czytelnik nie wie, co jest prawdą, a co nie.
Evie z kolei to też trochę tajemnicza postać. Wiemy, że kocha swoją małą córeczkę nad życie, to jej opiece się teraz poświęca. To postać trochę podejrzana, pojawiła się znikąd, namieszała w życiu pozostałych bohaterów, dla otoczenia wydaje się przyjemna i uczciwa, jednak kiedy to właśnie ona dochodzi do głosu, to daje znać czytelnikowi, że ma jakieś tajemnice... O co chodzi? Kim ona jest? Jaką faktycznie rolę w tym wszystkim odegrała? Przez całą powieść przyjdzie nam się nad tym zastanawiać.

Akcja powieści jest ciekawa. Jak pisałam, główny jej trzon toczy się na sali sądowej, co dla mnie jest dużym atutem. Bohaterowie często uciekają się do wspomnień i uczuć z nimi związanych, próbują uzasadnić to co dzieje się aktualnie. Akcja, jak to bywa w thrillerach z gatunku domestic noir, toczy się na niewielkiej przestrzeni i główny nacisk kładzie na zachowanie i psychologię postaci. Dla mnie historia poprowadzona została mistrzowsko, ciągłe napięcie i mieszanie w odczuciach i przeczuciach czytelników naprawdę robi wrażenie.

Całość opiera się na znanych już tematach jak zaufanie do drugiej osoby, z którą dzieli się życie, miłość matczyna i przemoc domowa. Nie ma w nich nic innowacyjnego, jednak przedstawione są ciekawie i zajmująco. Do tego na pewno przyczynia się też narracja, dzięki której czytelnik poznaje wydarzenia z różnych punktów widzenia.

Ogólnie powieść zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Podziwiam autorkę za to jak potrafi zwodzić czytelnika, ja w połowie lektury już naprawdę zaczęłam wątpić w moją intuicję, co nieczęsto mi się zdarza 😊 Jakby nie było rozwiązania zagadki się nie domyśliłam, więc końcówka też mnie zaskoczyła. Lubię, kiedy thriller psychologiczny okazuję się naprawdę wciągającą lekturą, co tutaj bezsprzecznie miało miejsce. Z niecierpliwością czekam na tom drugi i trochę zazdroszczę tym, którzy lekturę tej książki mają jeszcze przed sobą – czeka was kilka godzin naprawdę zajmującej i angażującej lektury!

Moja ocena: 8/10

Ze egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Filia Mroczna Strona!


stycznia 13, 2020

"Człowiek, który był Czwartkiem" Gilbert K. Chesterton

"Człowiek, który był Czwartkiem" Gilbert K. Chesterton

Autor: Gilbert K. Chesterton
Tytuł: Człowiek, który był Czwartkiem
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
Data premiery: 28.11.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 232

Gilbert K. Chesterton to znany brytyjski pisarz z początku XX wieku. Autor debiutował na łamach jednego z popularnych wtedy czasopism w 1900 roku. Od tego czasu aż do swojej śmierci napisał około stu książek, przyczynił się do powstania 200 kolejnych, setki wierszy, 5 sztuk teatralnych i około dwustu opowiadań, w tym jego chyba najsłynniejszy cykl o ojcu Brownie (księdzu – detektywie), co uczyniło go najpłodniejszym pisarzem wszech czasów. Nie zważając na te osiągnięcia, autor uważał się przede wszystkim za dziennikarza – napisał i opublikował ponad 4 tysiące artykułów. Był biegły nie tylko z literatury, ale także z historii, polityki, ekonomii i teologii. Te ostatnie odbiło się dużym echem – Chesterton zaczynał swoją karierę jako agnostyk, później przeszedł na anglikanizm, by w końcu w 1922 roku zdecydować się na katolicyzm, który miał spory wpływ na kształt jego twórczości.
Książka pt. „Człowiek, który został Czwartkiem” światło dzienne ujrzała w 1908 roku. Łączy w sobie wiele tematów, które były bliskie autorowi.

Tytułowy Czwartek tak naprawdę nazywa się Gabriel Syme i jest śledczym policyjnym, który zasila szeregi tajniaków próbujących rozbić ruch anarchistyczny. Gabriel podszywa się pod jednego z anarchistów i dzięki swojej inteligencji i sprytowi zostaje wybrany na członka Najwyższej Rady Anarchistów – rady, która składa się z 7 osób, a każda z nich nosi imię innego dnia tygodnia. Przewodniczy im wielki człowiek, urodzony lider – Niedziela. Gabriel musi zapobiec planowanemu zamachowi na cara i prezydenta Republiki Francuskiej, tak by sam zdołał ujść z życiem, a najlepiej by ostatecznie unicestwił cały anarchistyczny ruch. Czy mu się powiedzie? Jak sam w pojedynkę da radę pokrzyżować plany całego ruchu i Najwyższej Rady?

Książka składa się z 15 rozdziałów, z których każdy nosi tytuł krótki, ale znaczący. Wydana jest bardzo starannie, w twardej oprawie, z obwolutą oraz ciekawą grafiką na okładce.  Mimo niewielu stron niesie ze sobą wiele zajmujących tematów. To taka książka, której nie da się przeczytać jednym ciągiem. Trzeba zrobić przerwę, pomyśleć, odpocząć, by po kilku chwilkach wrócić do niej ze świeżym umysłem i chłonąć dalej każde słowo i każdą scenę.

Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, styl, mimo iż dawny, jest bardzo przyjemny. Książkę wbrew pozorom czyta się szybko i bez problemów.
„Dynamit niszczy dlatego, że się rozszerza, tak samo jak myśl! Mózg człowieka jest bombą!”
Każda scena powieści to istny majstersztyk! Mistrzostwem dla mnie jest scena otwierająca, albo może nawet dwie pierwsze sceny. To co tam się dzieje, te dialogi, wywody oratorskie, ironia, błyskotliwość wypowiedzi naprawdę robią ogromne wrażenie! Na pewno długo tej książki i tych scen nie zapomnę!

„Człowiek, który był Czwartek” to taka opowieść, o której można by napisać prawdopodobnie drugą książkę. Autor, mimo że powieść liczy niewiele stron, wykorzystał każdą z nich maksymalnie. Znajdziemy tutaj świetne, intrygujące postacie, które mocno mieszają w głowie. Sytuacje tak absurdalne i groteskowe, na jakie stać tylko Anglików. To trochę taki Monty Python 😉
„- (...)Nie! Ja może zwariowałem, ale ludzkość na pewno nie.- Wspaniały z ciebie człowiek – powiedział. – Ludzie na ogół uważają, że to inni zwariowali, a u ciebie jest na odwrót.”
W każdym jednym bohaterze i w każdej sytuacji autor zdołał przemycić jakieś większe znaczenie – wiele znajdziemy tu o ruchach i nierównościach społecznych, o stosunku do władzy, arystokratów i bogaczy. Najwięcej jednak jest tu nawiązań do religii, chociaż to znajdziemy chyba głównie w drugiej połowie książki. Z tego też powodu może nie jestem tą lekturą tak zachwycona jak mogłaby być wnioskując po pierwszej połowie, chociaż pomijając już te chrześcijańskie wywody i metafory pod koniec podziało się tam tyle, że dla mnie to było trochę za dużo. Ja jednak też nie jestem wielką fanką Monty Pythona, może po prostu nie do końca wszystko zrozumiałam.

Piszę tyle o absurdzie i Monty Pythonie, że chyba nie muszę dodatkowo podkreślać jak wiele humoru zawartego jest w tej powieści. Bardzo często parskałam śmiechem, a uśmiech nie schodził z mojej twarzy przez całą historię.
„- (...) My nienawidzimy praw, tak samo jak nienawidzimy bezprawia. Zlikwidowaliśmy prawo i bezprawie.- Mam nadzieję, że zlikwidujecie również prawo i lewo (...). Znacznie bardziej mi przeszkadzają.”
Nie przedłużając, ogólnie powiem, że z książką spędziłam naprawdę dobre kilka godzin rewelacyjnej zabawy. Biorąc pod uwagę, że powieść liczy sobie już ponad 110 lat, myślę, że to bardzo dużo znaczy. Styl powieści jest rewelacyjny, tak inteligentny, tak bystry, że po prostu aż brakuje mi słów, by to opisać. To książka, która nie tylko bawi, ale i zmusza do myślenia, a nawet działania. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać, a osoby lubujące się w grotesce i absurdzie myślę, że docenią ją jeszcze bardziej!

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

stycznia 12, 2020

Book tour z "Anonimową dziewczyną"!

Book tour z "Anonimową dziewczyną"!

Pamiętacie jeszcze o „Anonimowej dziewczynie” Pekkanen i Hendricks? To niebanalny thriller psychologiczny z końcówki roku 2019, na okładce którego możecie znaleźć moją rekomendację. Z kolei moją recenzję książki możecie naleźć tutaj (klik!), a dzisiaj przygotowałam dla Was book tour z tym tytułem. Zachęcam do udziału, bo nie dosyć, że książka jest warta przeczytania (zbiera naprawdę dużo entuzjastycznych opinii!), to i taki sposób dzielenia się lekturą i wrażeniami z niej jest całkiem ciekawym przeżyciem! 😊


Zasady uczestnictwa w book tourze:
  1. Książkę możecie trzymać maksymalnie 2 tygodnie od daty jej otrzymania, później wysyłacie ją dalej (adres kolejnej osoby otrzymasz ode mnie lub bezpośrednio od kolejnego uczestnika)
  2. Recenzję/opinię/film (zależy gdzie się udzielacie) proszę zamieście maksymalnie do 3 tygodni od daty otrzymania książki. Oznaczcie mój blog/IG/FB w swoim poście. Będzie mi też bardzo miło jeśli wykorzystacie ktoryś z hastagów: #kryminalnatalerzu, #kryminalnatalerzupoleca, #czytajzkryminalnatalerzu.
  3. Książkę możecie wysłać pocztą, kurierem, paczkomatem – jak Wam i odbiorcy najwygodniej, ważne, żeby przesyłka miała numer, by sie nie zgubiła!
  4. Książka jest do Waszej dyspozycji – możecie po niej pisać, zakreślać, zaznaczać. Proszę jednak o jej poszanowanie, czyli bez gniecienia i rozrywania 😉
  5. Będzie mi miło jeśli zostawicie w książce po sobie ślad – z przodu książki przygotuję do tego miejsce oraz wkleję małą mapkę, na której oznaczymy trasę książki – nie zapomnijcie dorysować swojego punkcika!😊 Będę mogła sobie później powspominać! 😊
  6. Fajnie, jeśli do wysyłanej paczki dorzucicie coś małego od siebie, herbatkę, czekoladkę, cokolwiek by kolejnemu uczestnikowi było miło 😊


Zgłaszać się możecie w komentarzu pod postem tu na blogu, pod postem na IG i FB oraz w prywatnych wiadomościach na IG i FB oraz mailowo: kryminalnatalerzu@gmail.com

Listę uczestników zapiszę w tym poście w okolicy wtorku, środy.

Książka ruszy w podróż prawdopodobnie właśnie w środę 15 stycznia, ale listy uczestników nie zamykam, można zgłaszać się także w trakcie trwanie book toura. Zastrzegam sobie jednak możliwość zamknięcie listy, w chwili kiedy liczba uczestników przekroczy 30 osób.

Myślę, że to wszystko co trzeba było ogłosić, w razie pytań jestem dostępna na IG i FB oraz oczywiście mailowo.


Serdecznie zapraszam do zgłoszeń, a uczestnikom życzę przyjemnej lektury!



Aktualizacja godzina 21:00

Mamy już (jeśli dobrze liczę😉) w sumie 32 uczestników, wiec zgodnie z zapowiedzią zamykam listę! Dzięki za szybką reakcję i dużą liczbę zgłoszeń! Zapraszam też na moje pozostałe 3 bt, do których odnośniki znajdziecie w zakładce na blogu😊



Lista uczestników:
1. @brunettebooks opinia na blogu - klik!
2. @czytamkryminaly opinia na blogu - klik!
3. @szalona_bibliotekarka opinia - klik!
4. @napisane_slowa opinia - klik!
5. @zebookiempodreke opinia - klik!
6. @agataczytaksiazki opinia - klik!
7. @izuu_9_kwpt opinia - klik!
9. @effka.be opinia - klik!
10. @zaczytana_kasiaa opinia - klik!
11.@love_ksiazkowe_lusi
12. @anniapk (książka jest tu od 22.06)
13. @niefikcyjna
14. @zaczytana_panna
15. @annadyczko
16. @onaczytanoca
17. @moniaczytairecenzuje
18. @mojemalezycie
19. @pazurek_czyta
20. @revelacyjna
21. @allbooksinmylife
22. @sivvva85
23. @czerwonakaja
24. @romanwroc
25. @dzuliareads
26. @ksiazka.w.pigulce
27. @kulkikuleczki

stycznia 11, 2020

"Zatrutka" Ewa Przydryga

"Zatrutka" Ewa Przydryga

Autor: Ewa Przydryga
Tytuł: Zatrutka
Data premiery: 20.09.2019
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 360

„Zatrutka” to druga powieść Ewy Przydrygi. Autorka debiutowała w roku 2016 książką „Motyle i Ćmy”. Prywatnie jest nauczycielką i tłumaczką języka angielskiego, lubi podróże. Jej książki określane są jako thrillery psychologiczne, a „Zatrutka” zbiera wiele pozytywnych opinii. Czy i mnie ten tytuł zadowolił?

Historia „Zatrutki” dotyczy Piotra i Ani, młodego małżeństwa, któremu kilka miesięcy temu powiększyła się rodzina – urodziła im się córeczka, Basia. Piotr i Ania znają się od trzech lat, obydwoje są mocno doświadczeni przez życie. Teraz też nie jest im łatwo. Ania cierpi na depresję poporodową. Pewnego ranka Piotr budzi się i nie zastaje jej w domu. Jest karteczka - Ania poszła nad morze. Jej powrót jednak mocno się opóźnia. W końcu Piotr nie wytrzymuje i dzwoni na jej komórkę. Odbiera obca osoba, Ania zniknęła. Po dotarciu na miejsce Piotr znajduje porzucone ubrania, a po jego żonie nie ma śladu. Policja jest przekonana, że kobieta popełniła samobójstwo, jednak Piotr nie dopuszcza do siebie takiej możliwości. Czy ma rację? A może ślepo łudzi się bojąc sprostać prawdzie? Piotr decyduje się na samodzielne podjęcie śledztwa – musi dowiedzieć się co się stało i gdzie jest jego żona.

Książka od strony kompozycji złożona jest z prologu, 24 rozdziałów i epilogu. Wydana została starannie, w środku okładki znajdziemy całkiem przyjemnie wyglądającą mapkę wydarzeń. Mnie okładka do gustu nie przypadła, ale za to grzbiet ma bardzo ładny.



Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, głównym bohaterem jest Piotr. Styl, w jakim napisana jest książka, niestety kompletnie nie przypadł mi do gustu. Jest częściowo przesadnie bogaty w epitety, bardzo rozwlekły i za bardzo szczegółowy, a częściowo, jak dla mnie, za bardzo potoczny. Czytając książkę miałam wrażenie, że autorka jest ode mnie sporo młodsza i bardzo chce przenieść swój codzienny potoczny język na karty powieści. Dla mnie to duży minus, przez całą powieść się męczyłam, bardzo ciężko mi się tę książkę czytało. Zderzenie potoczności i prób nadania językowi ‘poetyckości’ w efekcie spowodowało dosyć karykaturalny wydźwięk.

A jak wypadli bohaterowie? Według mnie niestety też niekorzystnie. Miałam wrażenie, że obydwie główne postacie zebrały wszystkie nieszczęścia świata – ojciec Piotra był hazardzistą i alkoholikiem po czym popełnił samobójstwo zostawiając żonę i dwójkę małych dzieci. Po kilku latach matka i siostra zginęły pod kołami tira na wspólnej wycieczce rowerowej. Z kolei Anię przez całe życie obwinął jej ojciec za śmierć matki, która podczas ciąży zachorowała na raka. Ojciec utonął w żałobie, Anią opiekowała się starsza siostra, ale ta też ją zostawiła, bo uznała Anię za winną innego wypadku... i tak dalej, i tak dalej. Dziwne, prawda? A w chwili gdy się poznali nagle wszystko się zmieniło, Anna stała się całkowicie inną osobą. Według mnie jest to mocno naciągane.
Zachowanie każdego z bohaterów w powieści było mocno przesadne. Cały czas szarpani są dużymi emocjami, które tak jak szybko i bezzasadnie wybuchają, tak szybko się kończą, czy przechodzą w skrajnie drugie. Osoby, który poznały się chwilę temu, już zachowują się jak najbliżsi przyjaciele. Nie będę się już może rozpisywać o ich naiwności...

Teraz akcja. Tutaj też rozczarowanie. Spowalniana przez rozwlekły styl jest w sumie od początku do przewidzenia. Każdego ‘zwrotu akcji’ domyśliłam się dużo wcześniej, nic mnie tu nie zaskoczyło, nic nie zaciekawiło. To po prostu bardzo przewidywalna historia.

Wychodzi na to, że to tyle. Mimo że się starałam, tłumaczyłam sobie, że może sama się źle nastawiam, nie umiałam z książki czerpać przyjemności, a wręcz przez większą część lektury byłam mocno poirytowana. Nie wiem też co w niej tak naprawdę może się podobać, a tym samym  nie rozumiem tych pozytywnych ocen, z którymi się zetknęłam. Dla mnie to była kompletna strata nerwów i czasu, przeczytałam do końca tylko dlatego, że dostałam tą książkę do recenzji, więc musiałam być w stanie coś konkretnego o niej powiedzieć.

Moja ocena: 2/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Novae Res!

stycznia 10, 2020

"I żyli długo i szczęśliwie" C. C. MacDonald - zapowiedź

"I żyli długo i szczęśliwie" C. C. MacDonald - zapowiedź

Pora na pierwszą zapowiedź w tym roku! 12 lutego nakładem Wydawnictwa Otwarte ukaże się thriller obyczajowy autorstwa C.C. MacDonald pt. "I żyli długo i szczęśliwie". Jest to debiut autora, który do tej pory zajmował się aktorstwem i scenografią. Jak poradzi sobie w roli pisarza?

Sobota 09:19 Tamto wczoraj nie powinno się wydarzyć.To była pomyłka. Przepraszam.
Sobota 23:14 Dostałeś moją wiadomość?
Niedziela 03:47 Rozumiem. Nie będę Ci utrudniał życia. Nie bój się xx  

Naomi to nie do końca szczęśliwa mężatka: ma ukochaną córeczkę Prue, ale jej mąż Chris stał się ostatnio irytujący i nieobecny, a do tego od dłuższego czasu nie mogą począć drugiego dziecka, którego Naomi pragnie. Gdy kobieta poznaje Seana, ojca innego dziecka ze żłobka Prue, zaczyna z nim niewinny flirt. Nie umie jednak oprzeć się urokowi mężczyzny, kiedy słyszy: „Powiedz mi, żebym sobie poszedł…”Natychmiast żałuje swojej decyzji.Wyrzuty sumienia męczą ją jeszcze bardziej, gdy odkrywa, że jest w ciąży. Nie wie, kto jest ojcem dziecka, ale zrobi wszystko, by chwila słabości nie zrujnowała jej dotychczasowego życia.Naomi nie przeczuwa jednak, że stała się pionkiem w grze, w której stawką jest szczęście jej rodziny. Czy mimo to uda jej się zapobiec tragedii?


Brzmi ciekawie? Dla mnie tak! Ja już tak naprawdę jestem po lekturze i mogę Wam powiedzieć, że faktycznie jest interesująco. To dobra i przyjemna lektura na kilka relaksujących wieczorów. Więcej o niej napiszę Wam bliżej premiery. Dajcie znać czy jesteście zainteresowani!


Autor: C.C. MacDonald
Tytuł: I żyli długo i szczęśliwie
Tłumaczenie: Monika Bukowska
Data premiery: 12.02.2020
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 406

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży.



stycznia 09, 2020

"Co mówią zwłoki" Sue Black

"Co mówią zwłoki" Sue Black

Autor: Sue Black
Tytuł: Co mówią zwłoki
Tłumaczenie: Adam Wawrzyński
Data premiery: 02.10.2019
Wydawnictwo: Feeria Science
Liczba stron: 416

Autorka książki „Co mówią zwłoki” Sue Black jest jednym z wiodących antropologów sądowych na świecie. Czym dokładnie zajmuje się antropolog sądowy? W skrócie badaniem kości. Na ich podstawie może wywnioskować wiele cech, którymi charakteryzował się żyjący człowiek, a co ważniejsze, dzięki ich zbadaniu często jest w stanie określić jak zginął. Sue Black wywodzi się ze Szkocji, liczy sobie niecałe 60 wiosen i na swoim koncie ma naprawdę pokaźną sumę osiągnięć. Wydała wiele publikacji naukowych, a teraz skusiła się, by napisać książkę o sobie, o swoim zawodzie, swoich doświadczeniach ze śmiercią. Dlaczego ją napisała? Jak sama przyznaje w posłowiu, głównie dla swoich córek, by pozostawić dla nich po sobie ślad, by mogły ją lepiej zrozumieć.

Książka składa się z wstępu, 13 rozdziałów oraz epilogu. Sue Black snuje swoją opowieść stylem bardzo przyjemnym w odbiorze, nawet gdy ucieka się do naukowych zagadnień, tłumaczy je w sposób bardzo przystępny dla laika. Autorka ma bardzo lekkie pióro, nie szczędzi czytelnikowi humoru, czym często udaje jej się rozładować naprawdę ciężkie tematy. Książka we mnie wzbudziła masę emocji, prócz wspomnianego parskania śmiechem, były też łzy, złość i niedowierzanie.



W tych trzynastu rozdziałach autorka porusza bardzo różne tematy. Ja sięgając po lekturę spodziewałam się dokładnych opisów dotyczących jej dnia pracy, może też kilku ciekawszych zagadnień z policyjnych śledztw. Dostałam jednak całkiem co innego. Z początku byłam zdziwiona i, nie będę ukrywać, lekko rozczarowana, jednak z biegiem lektury trochę oczekiwanych zagadnień prześlizgnęło się do tekstu, a dodatek personalny, prywatne wspomnienia i przemyślenia autorki na pewno dodały lekturze głębi. Teraz przy pisaniu recenzji, sprawdziłam jednak jak brzmi oryginalny tytuł i wydaje mi się, że tej rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami co do lektury a samymi wrażeniami z niej można było uniknąć. Po angielsku książka zatytułowana jest „All that remains: a life in death”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Wszystko co zostaje: życie w śmierci”. Myślę, że ten tytuł dużo lepiej oddaje ducha całej książki, od razu sugeruje rozważania na temat życia i śmierci oraz innych zbliżonych tematów.

Co faktycznie dostajemy w tej książce? Wiele prywatnych doświadczeń autorki – Sue Black opisuje jak została antropologiem, wspomina swoje pierwsze sekcje, a głównie podkreśla jak wiele nauczył ją dawca, który zdecydował się na przekazanie swojego ciała na cele naukowe, a na którym ciele razem z partnerem laboratoryjnym uczyli się ludzkiej budowy przez rok. W ciągu całej lektury Black kilka razy powraca do tematu ofiarowania ciała na cele naukowe, podkreśla jak ważne jest, by lekarze i przyszli antropolodzy na początku swojej kariery mieli styczność z prawdziwym ludzkim ciałem – tylko tak są w stanie nauczyć się dokładnie zawodu, a tym samym mogą w przyszłości nie tylko pomóc innym, ale i zmienić oblicze medycyny. Co ważne, autorka cały czas podkreśla, że wszystkie te darowizny traktują z ogromnym szacunkiem, a po skończonej pracy szczątki spalają i organizują im nabożeństwo żałobne.



Sue opowiada też sporo o własnych doświadczeniach śmieci – o swoim dziadku, ojcu, matce, co wtedy czuła, czego  żałuje i jakie te sytuacje wywołały przemyślenia.

Muszę powiedzieć, że autorka przez połowę książki ukrywa jak wiele zrobiła dla rozwoju antropologii oraz w jak wielu przypadkach po prostu pomogła bliskim odnaleźć ciała ich zmarłych. Dopiero w drugiej połowie przyznaje się, że była w Kosowie po wojnie o tej ziemie pomiędzy Turkami a Serbami z końca XX wieku. Pomagała w identyfikacji ofiar tsunami w Tajlandii z 2004 roku. Napisała przełomową książkę dotyczącą rozwoju kości dziecka. Pomogła w ogromnej liczbie spraw policyjnych dotyczących morderstw. Zmusiła rząd brytyjski do wprowadzenia procedur DVI (identyfikacja ofiar katastrofy) oraz jako pierwsza w Anglii i Szkocji zmieniła sposób trwałego przechowywania zwłok – już nie napełnia się ich formaliną, a specjalnym związkiem ‘solankowym’, dzięki czemu zwłoki są bardziej podobne do prawdziwych żywych ciał. Opracowała nowy sposób na identyfikacje pedofilów wykorzystując do tego rozkład żył w dłoniach, co jak się okazuje, jest równie indywidualną cechą co odcisk palca czy wygląd małżowiny usznej. Oczywiście prócz tych wszystkich i pewnie jeszcze większej liczby zasług, o których nie wspomniała, autorka ciągle naucza na szkockim uniwersytecie, a nauczanie ewidentnie ma we krwi. Ci, którzy mogą się od niej uczyć, myślę że dostępują naprawdę wielkiego zaszczytu.

Dodatkowo autorka wzbogaca tą lekturę własnymi przemyśleniami na temat życia i śmierci, z którymi jak najbardziej się zgadzam. Podkreśla, że strach przed śmiercią jest niepotrzebny, w końcu nie ma na świecie nic pewniejszego niż śmierć. Ważne by wykorzystać czas życia najlepiej jak potrafimy, a śmierć potraktować po prostu jako ten ostatni, zwieńczający wszystko etap.

Szczerze jestem z lektury zadowolona. Sporo się dowiedziałam o budowie ciała człowieka, o pracy antropologa sądowego, o postępowaniu w sytuacji katastrofy. Rozmyślałam razem z autorką o znaczeniu życia i śmierci, śmiałam się i płakałam nad jej opisami własnych doświadczeń. Myślę, że wszyscy, których choć trochę interesuje natura, człowiek i kryminologia oraz nie stronią od rozmyślań na określające nasze życie tematy, będą zadowoleni.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Feeria Science!