Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwosoniadraga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwosoniadraga. Pokaż wszystkie posty

września 28, 2026

"Sztab" Moa Berglöf, Joakim Zander

"Sztab" Moa Berglöf, Joakim Zander

Autorzy: Moa Berglöf, Joakim Zander
Tytuł: Sztab
Tłumaczenie: Maciej Muszalski
Data premiery: 16.09.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 400
Gatunek: thriller polityczny
 
“Sztab” to pierwsza wspólna książka Moi Berglöf i Joakima Zandera, która w Szwecji ukazała się w marcu 2025 roku. Obydwoje wykorzystują w niej własne doświadczenia z przeszłości - Joakim Zander z czasów, gdy pracował w Parlamencie Europejskim, Moa Berglöf dziesięciolecie spędzone przy boku Fredrika Reinfeldta i Partii Moderaterna. Dla niej jest to debiut literacki, choć wcześniej napisała już książkę non-fiction. Dla niego to piąty tytuł w dorobku literackim, ale pierwszy pisany w duecie. Książki Zandera są tłumaczone na języki obce, w tym również na polski, jedna z nich pt. “Uczciwe życie” (recenzja - klik!) już została zekranizowana, druga, jego debiut pt. “Pływak” właśnie jest w fazie produkcji.
 
Czasy współczesne, grudzień, Sztokholm. Julia Popović i Alfred Swärd tworzą zgraną parę, od kilkunastu lat wychowują razem dwójkę dzieci. Przez większą część tego czasu Julia skupiała się na swojej karierze dziennikarki politycznej, teraz jednak wdepnęła tam, gdzie nie powinna, przez co została zdegradowana do roli zwyczajnej dziennikarki, choć powód zmiany zataiła przed swoim partnerem. Zatem to dla niego przyszedł teraz czas na rozwój, do którego doszło zaskakująco szybko - jako konsultant PR udzielił wywiadu w telewizji, który zelektryzował media i nie tylko, zainteresował się nim również dział polityki. Został zaproszony na rozmowę do sztabu premiera, podczas której zaoferowano mu rolę rzecznika prasowego. Choć Alfred nigdy nie był tak mocno zaangażowany w politykę jak jego żona, przystaje na propozycję - dzięki temu jego nazwisko stanie się znane w całym kraju, a zatem ofert pracy do końca życia mu nie zabraknie. Od razu jednak zostaje wypchnięty na szeroką wodę - już w Nowy Rok przychodzi mu gasić pierwszy wizerunkowy pożar. W tym czasie Julia dostaje anonimowe zaproszenie na treningi koszykówki - czy to właśnie zwolniona rzeczniczka prasowa, a zarazem powód jej własnej degradacji, która po godzinach trenuje drużynę koszykarską swojego syna, w ten sposób chce dać jej do zrozumienia, że wie coś, co popchnie jej zawieszone śledztwo w sprawie tajemniczych pobytów premiera w Brukseli do przodu? Czyżby jednak szła dobrym tropem przed degradacją? Na razie nic nie jest pewne, musi więc trzymać Alfreda w niewiedzy, gdy on sam stawia pierwsze, naiwne kroki w środowisku, którego brudne gierki są jej od lat dobrze znane…
„- (...) jeśli masz wiedzę, trudniej zaprzeczać (...).
- Już się nad tym zastanawiałem. - odparł Alfred. - To znaczy, że istnieje coś, czemu trzeba będzie zaprzeczać? (...)
- A czy nie zawsze tak jest?”
Książka podzielona jest na sześć części i sześćdziesiąt siedem rozdziałów, które często rozpisane są na krótsze fragmenty. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego w naprzemiennej perspektywie Julii i Alfreda, którzy już po samym sposobie reakcji na zdarzenia, jak i toku myślenia są w stanie pokazać jakimi są ludźmi. Język, jakim narrator się posługuje, jest jasny i przejrzysty, czytelnik nie musi orientować się w tematach politycznych, by w historii się nie pogubić. Książkę czyta się dobrze, jest sporo dialogów, a styl prowadzenia narracji jest swobodny i lekko zadziorny, w odpowiednich momentach podbity małymi uszczypliwościami, dzięki czemu nawet tematy polityczne nie sprawiają przytłaczającego wrażenia.
 
Świat polityki poznajemy równocześnie z dwóch stron: z zewnątrz oczami dziennikarki, która dobrze te środowisko zna, jednak teraz zmuszona jest działać bez zaplecza, jakie oferowała jej zawsze redakcja, i nowicjusza, który zna się na public relations, jednak nigdy jeszcze nie poruszał się wśród polityków. I właśnie dzięki Alfredowi czytelnik nie czuje się zagubiony - możemy wchodzić i odkrywać ten świat razem z nim, może nawet go wyprzedzać, bo Alfred początkowo bardzo łatwo wierzy w przychylność swoich współpracowników. A jednak mimo że w teorii wszyscy grają do jednej bramki, to wcale nie znaczy, że faktycznie ze sobą szczerze współpracują - nawet w jednym sztabie panują układy i układziki, a intrygi i knowania ścielą się zaskakująco gęsto…
„Każdy musi zdecydować, ile jest w stanie udźwignąć. W jakie plotki chce wierzyć, kiedy sprawdzać, ile w nich prawdy, a kiedy zamknąć oczy.”
Historia jednak nie toczy się tempem specjalnie zawrotnym - jest w niej miejsce na wątki prywatne postaci, zwyczajną codzienność Julii i Alfreda, którzy jakoś w tym chaosie próbują wychować dwójkę dzieci i nie stracić siebie samych z oczu. Ich związek przez zmiany zawodowe zaczyna się chwiać, a sekrety, które obydwoje zaczynają gromadzić, coraz mocniej wpływają na sposób ich komunikacji. Gniew, żal, niewypowiedziane pretensje, dziwne godziny pracy Alfreda i zmiana zawodowa Julii mocno oddziałują na ich relację.
 
Ze względu na dwie perspektywy punkty napędzające intrygę są dwa - prywatne śledztwo Julii i strzępy informacji, jakie zaczynają budzić w Alfredzie wątpliwości. Od początku da się wyczuć subtelne fabularne napięcie, które przez sporą część powieści pozostaje na stałym poziomie - coś uwiera, nie jesteśmy jednak pewni co. Intryga zbudowana jest sprawnie, wprowadza istotne, acz niedominujące nad intrygą wątki dotyczące niepokojów współczesnej polityki, a tym, co elektryzuje najmocniej, jest chwiejna relacja Julii i Alfreda. Dopiero z czasem szala zaczyna przeważać na stronę sekretów, jakie skrywa sztab, a akcja znacząco przyspiesza dopiero pod koniec powieści. Kilka dobrych twistów (które najczęściej zachodzą pod koniec każdej z części) angażuje czytelnika na tyle, że chce czytać dalej, a zakończenie, które pozostawia kilka furtek szeroko otwartych sugeruje, że to chyba nie koniec historii Julii i Alfreda.
„To nie paranoja, jeśli czuje się strach przed czymś, co się dzieje naprawdę (...).”
Kreacje głównych postaci są mocną stroną powieści. Alfred jest ujmująco dobry, a Julia wzbudza nieco mniej pozytywne emocje, jej podejście do życia wydaje się bardziej egoistyczne, skupione na karierze, która daje jej poczucie misji, dla której zdaje się, jest gotowa poświęcić wszystko (a zatem czasem pakuje się w sytuacje mocno ryzykowne, takie, w których czytelnik krzyczy: nie idź tam!). Dzięki temu przez sporą część powieści to na jej barkach leży zainteresowanie czytelnika intrygą, jej prywatnym, tajnym śledztwem, a Alfred to po prostu ktoś, komu kibicujemy. Choć to prosta charakterystyka, to jednak obydwoje są w swojej psychologii wiarygodni, przez co ich prywatne i zawodowe zmagania nie pozostawiają czytelnika obojętnym.
 
Akcja powieści rozgrywa się w Szwecji i Belgii, a choć nie miejsca są w niej najważniejsze, to jednak nie przechodzą niezauważone. Autorzy sprytnie wplatają porównanie życia w tych państwach, a wędrówki uliczkami Sztokholmu i Brukseli w zimowej scenerii wypadają bardzo klimatycznie. Mimo typowo miejskiej aury znajdzie się też kilka fragmentów, które zapraszają nas w nieco mniej uczęszczane skandynawskie rejony.
„Jeśli miesiące spędzone w sztabie premiera czegoś mnie nauczyły, to właśnie tego, że nic nie jest takie, jak się wydaje. I nikt nic nie robi z normalnego powodu.”
Po lekturze “Sztabu” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to tylko część historii, jaką zaplanowali Moa Berglöf i Joakim Zander - jest w niej po prostu za dużo pobocznych postaci o pewnej fabularnej niewykorzystanej wadze, pewnych otwartych wątków, by książka miała stanowić jedną, zamkniętą powieść. To byłby po prostu potencjał niewykorzystany! Jako początek serii “Sztab” sprawdzi się dobrze - spokojnie wprowadza czytelnika w świat wielkiej polityki, w której potrzeby społeczne mieszają się z prywatnymi ambicjami polityków. Intryga powieści rozwija się powoli, ale od samego początku w pewien sposób frapuje, a prywatna relacja Alfreda i Julii nadają thrillerowi politycznemu bardzo ludzkie, zwyczajne oblicze. Spodobał mi się też styl, w jakim książka jest pisana - czasami uwaga autorów kieruje się w nieoczywistą stronę, dzięki czemu powaga sytuacji nie zawsze zostaje zachowana. I dobrze, to nadaje historii lekkości!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 18, 2026

"Klan" Carmen Mola

"Klan" Carmen Mola

Autor/ka: Carmen Mola
Tytuł: Klan
Cykl: Elena Blanco, tom 5
Tłumaczenie: Magdalena Olejnik
Data premiery: 09.09.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 480
Gatunek: kryminał
 
Carmen Mola przez pierwsze cztery lata od swojego debiutu na literackiej scenie hiszpańskiej była wykładowczynią akademicką, która chciała zachować anonimowość. Dopiero w 2021 roku, podczas gali, na której wręczano jej nagrodę literacką Wydawnictwa Planeta przerodziła się w… trzech hiszpańskich scenarzystów telewizyjnych, którzy skryli się pod jednym pseudonimem, co wywołało burzę medialną na skalę światową, mimo że wtedy Carmen Mola znana była tylko w Hiszpanii. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło: debiutancka seria kryminalna z Eleną Blanco (recenzje - klik!) została przetłumaczona na kilkanaście języków, doczekała się także serialowej ekranizacji składające się z trzech sezonów. Sama seria liczy pięć tomów i “Klan” jest ostatnim z nich - tomem finałowym, który ostatecznie domyka losy Eleny Blanco i grupy policyjnej BAC. To jednak nie jedyne pozycje w dorobku Carmen Moli - na przestrzeni ostatnich lat autorzy pokusili się także o trzy powieści oddzielne, więc polski czytelnik może odetchnąć! Mimo tego, że “Klan” zwiastuje koniec przygód Eleny, nie oznacza całkowitego rozstania z jej twórcami! Nadzieja na pozostałe tłumaczenia pozostaje!
 
Hiszpania, grudzień. Funkcjonariusz BAC Ángel Zárate w swoim prywatnym śledztwie, które ma na celu ustalenie kto odpowiada za śmierć jego ojca sprzed lat, dociera do Almerii. Czuje, że jest blisko, znalazł kogoś, kto kiedyś współpracował, a może należał do Klanu, organizacji, z ramienia której jego ojciec stracił życie. Niestety wpada w pułapkę, a próba ucieczki kończy się postarzałem na środku ulicy.
Zdjęcia zakrwawionego Záratego trafiają do Eleny Blanco, która mimo burzliwej przeszłości, nadal nie wyzbyła się do niego głębszych uczuć. To jasne, że ten widok wywołuje w niej panikę, a telefon wysłanniczki Klanu, która zdołała wniknąć w szeregi BAC przynosi nadzieję - podobno Zárate przeżył, stał się ich zakładnikiem, o którego obawa ma zmusić Elenę do podjęcia nakazanych przez nich działań … To powoduje lawinę zdarzeń, w której ona zostaje oskarżona o morderstwo, a kierownictwo BAC przejmuje Miriam Vaquero, nikomu do tej pory nieznana funkcjonariuszka policji. Czy to znowu Klan miesza w ich szykach, by uniemożliwić im ujawnienie, jak daleko sięga wpływ tej organizacji i kto za nią stoi?
„Normalne życie dostępne jest tylko dla tych, którzy nie wiedzą, co się dzieje za ich plecami.”
Książka rozpisana jest na cztery części, z których każda opatrzona jest cytatem oraz swego rodzaju prologiem - to cztery fragmenty z przeszłości pisane kursywą, które mają doprowadzić czytelnika do odkrycia, w jaki sposób powstał Klan. Po nich akcja toczy się już w czasach współczesnych, linearnie i rozpisana jest na numerowane sześćdziesiąt osiem kilkustronicowych rozdziałów dodatkowo dzielonych jeszcze na krótsze scenki. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego z kilku perspektyw, które zmieniają się nawet i w trakcie trwania jednej sceny - narrator z łatwością może przemieszczać się pomiędzy jedną postacią i a drugą zdradzając jej emocje i przemyślenia. Styl powieści jest dla Carmen Moli bardzo charakterystyczny - autorzy bardzo często stosują długie zdania, które z początku lektury wymagają chwili przyzwyczajenia, by wkrótce nadać lekturze odpowiednio dynamiczny rytm. Język, jakim autorzy się posługują, jest w pełni zrozumiały, a gdy pojawiają się jakieś hiszpańskie nazwy własne, polska tłumaczka od razu przychodzi na pomoc zamieszczając odpowiednie wytłumaczenie na dole strony w przypisie. Książkę już po pierwszych kilkudziesięciu stronach czyta się bardzo płynnie i szybko.
„Klan przenika do twojego wnętrza tak, że tego nie widzisz, a kiedy chcesz się go pozbyć, jest już za późno: masz przerzuty w całym ciele.”
Mimo że jest to piąty, zamykający serię tom, to mam wrażenie, że autorzy nadal dbają o to, by książkę dało się czytać jak powieść niezależną od pozostałych. Relacje postaci są przypomniane, straty, jakie ponieśli w przeszłości wspomniane są tak, by czytelnik zdawał sobie z nich sprawę, ale równocześnie są na tyle enigmatyczne, by ciekawość poprzednich tomów pobudzić, a nie zaspokoić. Intryga tego tomu mimo tego, że dzieli funkcjonariuszy BAC mocniej niż wszystkie pozostałe, równocześnie daje poczucie wspólnoty - może to te nostalgiczne nastawienie niektórych postaci, ich świadomość, że BAC właśnie kończy swój żywot, daje czytelnikowi dosadnie odczuć, jak wiele ta formacja dla nich znaczyła. Przez to emocje w książce są żywe jak nigdy wcześniej - cały czas drżymy o los postaci, które teraz bez wsparcia całego zespołu, pod wpływem własnej straty czy poczucia zdrady zaczynają swoje decyzje powierzać nie rozumowi, a sercu, co powoduje, że ich los jest jeszcze bardziej niepewny niż do tej pory. Autorzy wystawiają wiarę postaci i czytelnika na próbę, testują lojalność, podrzucając tropy tak, żeby każdy staje się nieobliczalny, każdy staje się podejrzanym.
„BAC się rozpada, to oczywiste, ma wrażenie, że patrzy na gnijący ochłap mięsa. Jeżeli kiedyś byli rodziną, ten czas już minął.”
Intryga od samego początku toczy się tempem dynamicznym, funkcjonariusze BAC walczą o pierwszeństwo z wysłannikami Klanu - która strona lepiej przewidzi działania drugiej, która będzie sprytniejsza, bardziej bezwzględna, która straci za wiele?  Co ciekawe, w “Klanie” zagadka kryminalna nie jest już tak mocno uwikłana w szokującą przemoc, nie ocieka makabrą i brutalnością jak w tomach poprzednich. Oczywiście bywają momenty, w których obrazy przekraczają ludzkie pojęcie, jednak nie są one wyssane z palca, do takich praktyk, jakie są tu opisywane, faktycznie dochodziło, a sama ilość tych obrazów znacząco się zmniejszyła. Tym razem zbrodnia nie szokuje tak często dosadnym obrazem, a przede wszystkim bezwzględnością siatki Klanu, która tak dobrze od lat się maskuje. Fabuła powieści usiana jest większymi i mniejszymi zaskoczeniami, które faktycznie działają, a samo jej zakończenie daje poczucie właściwego, doskonale wyważonego zamknięcia - emocje, jakie wywołuje, nie są przesadzone, autorzy też nie roztkliwiają się nad losem postaci, przez co finał jest taki, jak cała seria - dynamiczny, konkretny, a zarazem satysfakcjonujący.
„Moralność jest jak domek z kart: wyciągniesz jeden element, a wszystko się wali.”
Od pierwszego tomu podobało mi się w tej serii to, że autorzy nie boją się poruszać tematów niewygodnych. W “Klanie” sporo miejsca poświęcają na problem nielegalnych imigrantów z Afryki przedstawiony zarówno do strony tych, którzy wykupują sobie miejsca w nielegalnym transporcie i ryzykują życie, by dostać się do Hiszpanii, jak i tych, którzy te sytuacje wykorzystują dla własnych korzyści. A to wiąże się z obrazem szerszym - autorzy pytają o to, jak funkcjonuje współczesny świat, czy ta równość, która jest nam wpajana, na pewno istnieje? Czy wydaje nam się dlatego, że po prostu patrzymy w inną stronę? Autorzy zwracają uwagę na zasięg władzy tych, którzy mają pieniądze i kontakty, pytają o granice prawa, które tak łatwo przesuwają się dla tych drugich. Czy tak naprawdę każde ze współczesnych państw, a nawet cały świat nie jest w pewien sposób rządzony przez tytułowy Klan?
„Najokrutniejszym i pociągającym za sobą najwięcej ofiar zabójcą jest ten chory i egoistyczny system, nierówność, z której korzystają łowcy fortun i dzięki której grasują dzikie bestie pozbawione skrupułów i litości, bezkarne, bo wszyscy wolą żyć dalej w swoim złotym pałacu, bo w głębi duszy wierzą, że ci zabójcy ich chronią.”
Mimo uniwersalnego wydźwięku w warstwie refleksyjnej, książka doskonale osadzona jest w Hiszpanii. Pomiędzy dynamiczną akcją a niewygodnymi tematami jest miejsce na dobre, hiszpańskie jedzenie, na hiszpańską tradycję i święta. Rodzimym czytelnikom te elementy z pewnością dawały poczucie swojskości, polskim dają wgląd o inną od naszej kulturę. Każdy taki detal witałam z przyjemnością!
„- Czułeś kiedyś, że poniosłeś życiową porażkę?
- Od razu widać, że nie masz dzieci (...).”
“Klan” okazał się zaskakująco trafnym zakończeniem serii z Eleną Blanco, który mniejszym natężeniem makabry odbiega od poprzednich tomów, a mimo to bomba emocjonalna, jaką na czytelnika zrzuca, nie mogła być większa! Idealnie oddane poczucie końca BAC, którego lojalność okazuje się mieć swoje granice, poruszające ludzką bezwzględnością tematy w kontraście z raz po raz pojawiającym się, zaskakującym przejawem dobra i postacie, które poruszają się w granicach moralnej szarości - niektóre nie zauważają nawet, kiedy przychodzą na złą stronę, inne do końca wierzą w sprawiedliwość, tworzą mieszankę fabularną, która pochłania już po przeczytaniu kilkunastu stron i nie chce odpuścić aż do samego, nieoczywistego, a jednak bardzo satysfakcjonującego końca. To świetny finał i tak naprawdę w mojej ocenie najlepszy z tomów serii z Eleną Blanco!
„Jesteśmy po stronie sprawiedliwości, nawet jeśli nie ma ona nic wspólnego z prawem.”
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 31, 2026

"Gwiazda pustyni" Michael Connelly

"Gwiazda pustyni" Michael Connelly

Autor: Michael Connelly
Tytuł: Gwiazda pustyni
Cykl: Harry Bosch, tom 24 / Renée Ballard, tom 5
Tłumaczenie: Mikołaj Kluza
Data premiery: 15.07.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 304
Gatunek: kryminał
 
Michael Connelly od trzydziestu lat żyje z pisania powieści kryminalnych. To właśnie Harry Bosch towarzyszy mu najdłużej, od początku jego pisarskiej drogi, o której marzył już w czasach nastoletnich, a na którą wszedł w ostatniej dekadzie XX wieku, po kilkunastu latach pracy dziennikarskiej specjalizując się spraw kryminalnych. Debiutował w 1992 roku pierwszym tomem serii pt. “Czarne echo” (w Polsce po raz pierwszy wydany został zaledwie trzy lata później), która na ten moment liczy już dwadzieścia pięć tomów (dwudziesty szósty zapowiedziany jest na październik). To jednak nie wszystko - Harry Bosch zebrał wokół siebie tyle ciekawych postaci, że kilkoro z nich doczekało się osobnych serii: jak jego przyrodni brat prawnik Mickey Haller czy policjantka Renée Ballard, z którą dzieli część najnowszych tomów. Ale uniwersum sięga jeszcze dalej - to już nie tylko książki, ale też ich ekranizacje. Już w latach 90. zaczęły powstawać pierwsze filmy w gwiazdorskiej obsadzie, ostatnie kilka lat przyniosło też seriale: z Boschem, z Ballard i Hallerem. Michael Connelly uczestniczy w tworzeniu każdego z nich - jest producentem wykonawczym, przy niektórych również dokłada się do tego, jaki kształt przybiera scenariusz. Można chyba zatem przyjąć, że faktycznie będą to ekranizacje, a nie seriale luźno z książkami powiązane.
W Polsce Michael Connelly wydawany był głównie przez Wydawnictwo Prószyński i Ska i Wydawnictwo Sonia Draga, które jest aktualnym polskim wydawcą autora. Mam nadzieję, że Wydawnictwo szybko wznowi wydawanie pierwszym tomów cyklu - kilka lat temu ukazało się pięć pierwszych, kolejne są jednak w Polsce aktualnie niedostępne. A po pierwszym spotkaniu z tym bohaterem w “Gwieździe pustyni” jestem pewna, że będę chciała tę znajomość kontynuować, ba! nadrobić wszystkie wcześniej wydane tomy.
 
Los Angeles, lato. Na życzenie i za wstawiennictwem radnego Jacka Pearlmana powołany zostaje Zespół do spraw Niewykrytych Zabójstw, któremu przewodzić ma policjantka Renée Ballard. Ogromne ilości spraw wraz z nią przekopywać mają ochotnicy - to emerytowani policjanci, prokuratorzy i cywile. Zespół nie jest duży, a każdy jego członek pojawia się raz w tygodniu, poza Ballard oczywiście. I Harrym Boschem, który niedługo później do nich dołącza. Jego kartą przetargową jest sprawa, która dręczy go od lat - niewyjaśnione morderstwo czteroosobowej rodziny Gallagherów. To możliwość ponownego rozpatrzenia tej sprawy oferuje mu Ballard za pomoc w śledztwie, które ma przesądzić o ich być lub nie być. W śledztwie morderstwa siostry radnego, do którego doszło w latach 90… Czy faktycznie po upływie trzydziestu lat da się jeszcze znaleźć coś nowego, coś, co doprowadzi ich do rozwiązania i skazania winnego?
„(...) szedł wzdłuż regałów, przesuwając palcami lewej dłoni po mijanych grzbietach. Każdy segregator zawierał niewyjaśnione morderstwo. To była dla niego uświęcona ziemia. Biblioteka zaginionych dusz. Zbyt wiele spraw, by mogli je rozwiązać. Zbyt wiele, by mogli ukoić ból.”
Książka podzielona jest na dwie tytułowane części: Biblioteka zaginionych dusz i Uświęcona ziemia oraz epilog. Części rozpisane są na numerowane pięćdziesiąt cztery rozdziały, których narracja toczy się naprzemiennie - raz z perspektywy Boscha, raz z perspektywy Ballard. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, a język, jakim autor się posługuje, jest bardzo przystępny. Zdania są krótkie, spora część akcji rozgrywa się w dialogach, w które sprawnie wplecione są wyjaśnienia policyjnych czy prawnych procedur - autor bardzo pilnuje, by czytelnik dobrze działania policji i ich legalność, zakres rozumiał, równocześnie przedstawiają je tak, by wyszło to jak najbardziej naturalnie - w większości to się sprawdza, może tylko raz czy dwa miałam wrażenie, że dana postać powinna wiedzieć to, co jest jej tłumaczone. Mam wrażenie, że w tekście pojawia się tylko to, co faktycznie niezbędne - nie ma dłużyzn, opisy są esencjonalne, a życie prywatne postaci pozostaje w odległym od śledztw tle. W porównaniu do “Cataliny” (recenzja - klik!), czyli mojego pierwszego spotkania z tym autorem, “Gwiazdę pustyni” czytało mi się jeszcze lepiej, po prostu przez tekst płynęłam.
„- A te kwiaty są niesamowite (...).
- Gwiazdy pustyni (...). Jeden facet mówił mi, że one stanowią dowód na istnienie Boga w tym pojebanym świecie. Są nieugięte, odporne na gorąco i na zimno, na wszystko, co spróbuje je powstrzymać.”
Sprawa, a raczej dwie sprawy kryminalne są bazą i centrum powieści. Obydwie dotyczą przeszłości, jedna dalszej, druga mniej odległej - w rozwiązaniu obydwu pomóc ma nie tylko specjalistyczna wiedza śledczych, ale również postęp techniki. Dzięki temu obydwie skupione są wokół ponownego przeglądania akt, dowodów, ponownego rozpytania świadków - chodzi o to, by na sprawę spojrzeć świeżym okiem. I coś w tych zagadkach jest, coś, co sprawia, że pochłaniają nawet lepiej niż kryminały oparte o śledztwa dotyczące spraw aktualnych. Może chodzi o ten wydźwięk emocjonalny? Próbę znalezienia odpowiedzi na pytania, które od lat dręczą rodziny ofiar? To z takimi osobami Ballard i Bosch muszą się spotykać - bliskich tych, którzy zginęli. To poruszające momenty, a szacunek z jakim podchodzą do nich postacie jasno obrazuje, że i dla śledczych mimo upływu lat znalezienie winnych, wymierzenie sprawiedliwości nadal jest tym, co naprawdę ważne. A może chodzi o tempo? Akcja w takich sprawach nie może toczyć się szybko - musi być czas na zastanowienie, na poszukanie nowych dróg dla śledztwa.
Główną część fabuły pochłania sprawa śmierci siostry radnego - to ta starsza sprawa, przy której można skorzystać z nowych możliwości techniki. Autor wprowadza czytelnika w badania genealogiczne, w techniczne nowinki badania dowodów i tego, jak po kiedyś niemożliwych do zbadania tropach można teraz dość do celu. Sprawa Gallagherów wydaje się dodatkiem, który potrzebuje mniej uwagi fabularnej, ale równie mocno oddziałuje emocjonalnie - nie tylko przez okrucieństwo zbrodni, ale również przez podejście Harry’ego, który wydaje się zdolny do wszystkiego, by w końcu dojść do prawdy. Rozwiązania obydwu spraw są dobrze przemyślane i zaskakujące, autor dobrze wie, jak poprowadzić fabułę tak, by nie stracić uwagi czytelnika ani na chwilę.
„Świat jest pełen gniewu. Ludzie robią rzeczy, jakich się nie spodziewasz. Jakich sami się nie spodziewają.”
Jednak żadna ze spraw nie mogłaby zostać ponownie otwarta, gdy nie ingerencja polityka. I w ten sposób pozornie bezstronne prawo staje się ściśle związane z wpływami politycznymi, z interesami tych, którzy są u władzy. Próby ingerencji w śledztwo, z jakimi musi zmagać się Ballard też wywołują dużo emocji, a równocześnie pobudzają ciekawość - w końcu i za tę kotarę możemy zajrzeć, zobaczyć, jak funkcjonuje cały sztab ludzi zebrany wokół polityka.
„Dziesiątki osób stąpały po posadzce z hiszpańskich płytek, opuszczając Los Angeles albo właśnie do niego przybywając. W dłoniach miały walizki, torby i marzenia.”
Choć to wątki typowo kryminalne stoją na pierwszym miejscu w powieści, świetnie uzupełniającym je dodatkiem są kreacje postaci. Już sam skład Zespołu wzbudza uśmiech na twarzy, a nawet ciche parsknięcia śmiechem, by za chwilę wywołać oburzenie. Ballard stoi naprzeciw prawdziwego wyzwania, by nad taką ekipą zapanować!
Ale właśnie - mimo wszystko to Ballard i Bosch grają tu pierwsze skrzypce. On jest posunięty w wieku, nie może już tyle co kiedyś, choć przecież nadal trzyma się doskonale. Ona wyrozumiała, ale trzymająca się zasad, dobra przyjaciółka i po prostu dobry człowiek. Obydwoje zdeterminowani, by móc powiedzieć rodzinom ofiar: mamy sprawę, wiemy, kto pozbawił waszych bliskich życia.
„Stracił już prawie całkowicie wiarę w ludzką dobroć. Dla niego przemoc nie stanowiła odstępstwa od normy. Ona była normą.”
Przyznam, że jestem pod dużym wrażeniem “Gwiazdy pustyni”. Nie spodziewałam się, że dwudziesty czwarty tom serii może się czytać z taką lekkością i łatwością bez znajomości części poprzednich, że tak łatwe będzie wejście w ten już przecież mocno rozbudowany fabularnie świat. A jednak autor zdaje się stawiać na prostotę: prywatność postaci zostaje na drugim planie, najważniejsze są sprawy kryminalne, które emocjonalnie poruszają. Całości dopełniają umiarkowane tempo akcji, jasność zasad formalnych i próby poradzenia sobie z przeszkodami, a zarazem determinacja postaci, by dojść do sedna sprawy, ale równocześnie zrobić wszystko, jak należy. To przede wszystkim zadanie Ballard, bo Bosch po prostu robi, to co potrafi - angażuje swoją spostrzegawczość, dobry zmysł i dedukcję, a także znajomość ludzkich zachowań, by dojść do sedna sprawy. Teraz pozostaje mi już tylko zapytać - dlaczego za tę serię wzięłam się tak późno?! Już teraz, w tym momencie, chcę więcej!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 09, 2026

"Kwestia winy" Bruce Holsinger

"Kwestia winy" Bruce Holsinger

Autor: Bruce Holsinger
Tytuł: Kwestia winy
Tłumaczenie: Paweł Cichawa
Data premiery: 17.06.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller psychologiczny / obyczajowy
 
Bruce Holsinger jest cenionym amerykańskim profesorem specjalizującym się w średniowiecznej literaturze angielskiej, który równocześnie wykłada współczesną teorię krytyczną. Zdobywca wielu stypendiów, pisze zarówno beletrystykę, jak i dzieła non-fiction. W dziedzinie literatury rozrywkowej debiutował w 2014 roku powieścią historyczną, która rok później doczekała się kontynuacji. Po nich autor skierował swoją twórczość w bardziej współczesną stronę, trudne do jednoznacznego przypisania gatunkowego powieści, których bazą stają się tematy go frapujące. Jak na przykład sztuczna inteligencja i jej koegzystowanie w świecie zwyczajnego człowieka, nad którą pochyla się w swojej najnowszej, piątej książce pt. “Kwestia winy”. W Polsce to dopiero druga powieść z jego nazwiskiem na okładce, która doczekała się tłumaczenia, pierwsza “Szkoła geniuszy” wydana została w 2020 roku.
 
Czasy współczesne, początek wakacji. Pięcioosobowa rodzina Cassidy-Shawów jedzie na ostatni turniej lacrosse’a w tym sezonie. Za kierownicą sterowanego przez AI samochodu siedzi siedemnastoletni Charlie, tuż obok jego ojciec Noah z laptopem na kolanach dopracowuje ostatnie pismo dla klienta przez rozpoczęciem rodzinnego weekendu. Z tyłu siedzą trzy przedstawicielki płci pięknej tej rodziny: Lorelei pracująca nad swoimi kolejnymi projektami dotyczących etyki AI i dwie nastolatki Izzy i Alice. To czas, który każdy poświęca sobie, oczywiście poza Charliem, który powinien pilnować trasy samochodu. Jednak dzieje się inaczej i nagły krzyk jego siostry sprawia, że wykonuje ostry skręt kierownicą, co kończy się wypadkiem, w którym to, że nikt z ich rodziny nie zginął jest prawdziwym cudem. Niestety szczęście nie dopisało drugiemu samochodowi - starsze małżeństwo zginęło na miejscu.
Miesiąc po tym zdarzeniu rodzina Cassidy-Shawów nadal nie doszła do siebie. By złagodzić nastroje, może przepracować to, czego nie udało im się wyjaśnić do tej pory, wybierają się na tydzień nad zatokę Chesapeake. Jednak i to nie idzie zgodnie z ich oczekiwaniami - właśnie rozpoczynają się najgorętsze dni lata, a po przeciwnej stronie zatoki klimatyczne stare zabudowania kupił miliarder, który zrobić z tego miejsca nie tylko betonozę, ale też wszędzie lata helikopterem, który trzęsie im wynajętym domem w posadach. Jak w takich warunkach dojść ze sobą do ładu, jak sprawić, że rodzina pogodzi się z konsekwencjami wypadku i odzyska spokój? Szybko okazuje się jednak, że to nie uciążliwy sąsiad jest największym problemem, a ich własne małe tajemnice.
„Regresja „gdyby tylko”: przygnębiająca, nieskończona, bezowocna, a jednak niemożliwa do uniknięcia – ponure pytania o to, co wszyscy mogliśmy zrobić inaczej.”
Książka rozpisana jest na prolog, pięć tytułowanych części i epilog. Części podzielone są na sześćdziesiąt rozdziałów, które składają się na narrację Noah w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, fragmenty książki Lorelei “Silikonowe dusze. Kwestia winy sztucznych umysłów”, internetowe rozmowy Alice z kimś o imieniu Blair oraz artykuły prasowe czy inne dokumenty oddziałujące na to, jak toczy się akcja. W tym wszystkim to narracja Naoh jest podstawą, pozostałe elementy uzupełniają obraz przez niego przedstawiony. Styl powieści jest płynny, przyjemny w lekturze, dialogi prowadzone są z lekkością, a ciągłość myśli narratora spójna i bardzo w emocjach ludzka. W samej warstwie językowej czuć, że napisał ją ktoś, kto ma szeroki zakres słów, autor jednak trudnymi słówkami się nie popisuje, wszystko wypada bardzo naturalnie.
„Ludzie, którzy zginęli.
Dziwne sformułowanie: rzeczowe, bez moralnego ciężaru i bez wskazania sprawcy. Jeszcze wczoraj mówiła: „Zabiliśmy dwoje ludzi”. Jeszcze wczoraj Drummondowie byli nierozerwalnie z nami związani samą strukturą gramatyczną jej zdania. Teraz to już tylko „ludzie, którzy zginęli”.”
Główny bohater, a zarazem narrator powieści Noah przedstawia nam się jako ta mniej inteligentna połowa w jego związku małżeńskim. Ożenił się z kobietą, która przez światowych specjalistów etyki i AI uznawana jest za geniuszkę, która w tym środowisku przez niektórych traktowana jest jak bożyszcze. A choć ich małżeństwo zdaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna, to czuć też, że Noah jest trochę tą sytuacją zmęczony, sfrustrowany - stara się nieustannie “iść na rękę” żonie, co ostatnio bardzo często obraca się przeciwko niemu. To skomplikowana i niejednoznaczna postać, która tymi ciągłymi próbami “ułatwiania” życia, czyli zwyczajnymi przemilczeniami, na pewno nie wzbudza zaskarbia sympatii czytelnika. Ale to nie o sympatię przecież w tej powieści chodzi, a o dobrą historię i tematy, jak dzięki niej porusza.
„(...) chciałem gwarancji, pewności już na starcie, że wszystko mu się uda. Że nie będzie musiał liczyć na szczęście ani wygrać na loterii, tak jak ja. Że nigdy nie znajdzie się w sytuacji, w której to wszystko mogłoby po prostu wyślizgnąć mu się z rąk.”
Akcja powieści prowadzona jest tempem spokojnym, początkowo historia kieruje się w stronę obyczajową, rodziny próbującej pogodzić się z konsekwencjami zdrowia fizycznego i psychicznego po wypadku, za który nie wiadomo kto ponosi odpowiedzialność. Dopiero gdzieś w okolicy połowy powieści tempo akcji przyspiesza, pojawiają się znaczące twisty fabularne, które są charakterystyczne dla gatunku thrillera i które sprawiają, że mimo wakacyjnego klimatu (w końcu rzecz dzieje się latem nad zatoką, po której w tę i z powrotem śmigają na deskach i w kajakach bohaterowie), napięcie odczuwalnie wzrasta. Im dalej w fabułę tym bardziej wikłamy się w sieć kłamstw, których ujawnienie może mieć nieprzewidywalne konsekwencje. Finał powieści jest ciekawy, kieruje myśli w całkowicie inną stronę - pochyla się mocno na zagadnieniami AI.
„Ta cała sztuczna inteligencja jest jak karta „wyjdź z więzienia na wolność”.”
Bo choć przez całą powieść sztuczna inteligencja jest w rzeczywistości postaci obecna, to jednak przez większą jej część pozostaje w tle. Dopiero pod koniec jasno wybrzmiewa kwestia odpowiedzialności, kwestia tego, czy w ogóle jest możliwe, by mieć pewność, że stworzona przez człowieka, ale podejmująca własne decyzje AI, będzie czynić dobro, kiedy nieraz człowiek sam dobra wybrać nie potrafi. Autor bardzo dobrze przedstawia zagadnienia, z jakimi teraz globalnie się mierzymy - przedstawia świat, w którym rozwój AI wydaje się nieunikniony, na który jednak ludzie nie są gotowi. Poprzez swoją nieświadomość, niezrozumienie funkcjonowania AI, poprzez brak odpowiedniego prawa regulującego życie ze sztuczną inteligencją. Choć dylematy moralne pozostają, autor jasno obrazuje jedno - AI będzie nam w życiu towarzyszyło, więc bez względu na to, jak bardzo będziemy temu przeciwni, jak bardzo będziemy chcieli się od tematu trzymać z dala, to i tak się będzie dziać. A czy odwracając wzrok nie szkodzimy przyszłości? Czy pozwalając, by temat AI pozostawał w rękach tych, którzy działają z pobudek technologicznych czy finansowych, nie przyzwalamy na to, by zapominano o wartościach? Żebyśmy tylko nie obudzili się, kiedy będzie już na to za późno.
„Programujemy system, dajemy mu prawo do tłumaczenia naszych dylematów moralnych, a następnie uruchamiamy przyciskiem. A potem ufamy.”
Przez większą część lektury jest to jednak opowieść o rodzinie, o relacjach, o tych cienkich połączeniach pomiędzy jej członkami, którzy lawirują pomiędzy prawdą a kłamstwem. Każdy z nich skrywa więcej sekretów niż można przypuszczać, każdy stawia czytelnika przed pytaniem o swoje własne relacje rodzinne, przemilczenia i ustępstwa. Przyglądamy się dynamice związku partnerskiego, w którym jedna strona emocjonalnie czuje się od drugiej gorsza, a może po prostu niepewna, relacjom rodzeństwa i dzieci z rodzicami, lękom rodziców, którzy tak bardzo chcą dla swoich dzieci dobrze, że nie dostrzegają, że ich troska może przynieść skutek odwrotny, spowodować, że dziecko wkraczające w dorosłość, zamiast wejść w nią gładko, zachłyśnie się możliwością decydowania o sobie. Autor mocno bazuje na rodzicielskich wysiłkach zapewnienia dzieciom lepszego startu w życie niż mieli oni sami, jednak robiących to za pomocą pieniędzy, nie rozmowy. Ale czy lepsza szkoła, większa liczba zajęć, czy dobry sprzęt mogą nauczyć, jak radzić sobie z problemami, dylematami moralnymi?
„(...) czas się pogodzić ze straszną prawdą. Nie zdołamy kontrolować naszych dzieci, a tym bardziej chronić. Skutecznie. W pełni. (...) Bo nikt nie zdoła zapewnić dzieciom bezpieczeństwa na zawsze, nawet ty, Danielu. Nie pomogą żadne pieniądze, żadna liczba ochroniarzy ani aplikacji śledzących w smartfonach. Nieważne, jak dobry jest twój algorytm, nie ochronimy ich przed wszystkim. Po prostu się nie da.”
Tytułowa kwestia winy rozpatrywana jest więc na dwóch głównych poziomach: kto ponosi winę za przewinienie wchodzącego w nastoletniość dziecka - ono czy rodzic? I kto ponosi winę, gdy w konsekwencji działań maszyny sterowanej przez AI dochodzi do katastrofy? W jaki sposób w kategorii AI mówić o winie?
„Możemy być wszyscy ubezpieczeni od aresztowań, pozwów, upokorzenia czy publicznego uznania winy. Ale ciężar odpowiedzialności pozostaje i ściska gardło.”
Bruce Holsinger stworzył powieść na miarę naszych czasów, która dosadnie uświadamia, że choć nie zdajemy sobie jeszcze z tego sprawy, żyjemy w całkiem innej rzeczywistości niż jeszcze dekadę temu. W rzeczywistości, w której część funkcji, część decyzji (!) oddajemy maszynom uczącym się samodzielnie, a więc takim, które w jakiś sposób same podejmują decyzje. Autor pyta o wszystko, co w ten świecie ważne: moralność, odpowiedzialność, decyzyjność. To jednak dzieje się na tle historii uniwersalnej, historii o rodzinie, w której dzieci są dziećmi, a rodzice próbują się zatroszczyć o dobro rodziny i siebie nawzajem tak, jak potrafią najlepiej. Tylko czy czasami chęć uchronienia drugiej osoby przed bólem na dłuższą metę może podziałać krzywdząco? To zmuszająca do wielu ciekawych refleksji powieść prowadzona spokojnym tempem i mimo wszystko z przyjemnie wakacyjnym klimatem. Poproszę o więcej książek Holsingera w polskim tłumaczeniu!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 30, 2026

"Pojedynek" Krzysztof Domaradzki

"Pojedynek" Krzysztof Domaradzki

Autor: Krzysztof Domaradzki
Tytuł: Pojedynek
Data premiery: 10.06.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 456
Gatunek: powieść sensacyjna
 
Krzysztof Domaradzki pytany o to, czym się zajmuje, odpowiada “piszę, piszę i jeszcze raz piszę”. I wcale tym stwierdzeniem nie przesadza, choć swoje pisanie uprawia na wielu różnych poletkach. Jest autorem powieści kryminalnych i sensacyjnych, książek biznesowych, artykułów prasowych (od ponad dekady związany z Forbesem) i audioseriali. Nie może więc narzekać na brak różnorodności! Czytelnicy, który znają jego twórczość beletrystyczną też nie - bo choć autor debiutował kryminalną trylogią, to jednak od tego czasu z każdą kolejną książką skutecznie nas zaskakuje. W ostatnich latach jego powieści coraz mocniej skłaniają się w sensacyjną, ale nie całkiem typową stronę - raczej nawiązują do starych filmów/komedii gangsterskich, w których ton historii dyktuje sposób jej opowiedzenia. “Pojedynek” to najnowsza z nich.
 
Nigdy nie wiesz, kogo wpuszczasz do swojego domu… Może to właśnie Johnny? Oficjalnie zajmuje się stolarką, przychodzi do domu, robi meble czy inne przedmioty użytkowe na wymiar - nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, a co najważniejsze, jest naprawdę dobry w swoim fachu. W drugim też, tym, dla którego stolarstwo jest tylko przykrywką - bo Johnny, czyli Jan Zarwa wykorzystuje swój oficjalny fach, by okradać klientów. I robi to tak, że podejrzenia nigdy nie padają na niego… Może jednak przecenia swój spryt? W końcu trafia na klienta, który tak jak on, bardzo lubi zachowywać pozory. Tyle że Stefan para się czymś jeszcze gorszy - on zabija ludzi. Na zlecenie. Ale też i takich, którzy przypadkiem dowiadują się za wiele - dokładnie tak, jak Johnny.
“Mówi się, że jeśli jesteś w czymś dobry, nie powinieneś robić tego za darmo. Ja byłem dobry we wchodzeniu ludziom do głów. Problem w tym, że nikt nie chciał mi za to zapłacić.
Dlatego zacząłem wchodzić ludziom do domów.”
Książka rozpisana jest na prolog, siedem tytułowanych części składających się na dwadzieścia siedem rozdziałów i epilog. Każdy rozdział dzielony jest na krótsze scenki, każda zmiana narracji zaznaczona, a częstotliwość zmiany dopasowana jest do tempa akcji - im tempo szybsze, tym częstsze zmiany. Narratorów jest trzech (Johnny, Stefan i policjantka Ryfka) i każdy z nich wypowiada się w pierwszej osobie czasu przeszłego. Każdy jednak ma swój własny styl wypowiedzi, który sporo o nim mówi. Fragmenty pisane z perspektywy Johnny’ego pisane są językiem potocznym, w którym dość często pojawiają się dosadne sformułowania (nie tylko przekleństwa), choć ta potoczność wynika tylko z doboru słów, to nie mowa rynsztokowa, a wypowiedzi bystrego, inteligentnego, niegłupiego faceta, który w doborze słów się nie patyczkuje. Stefan z kolei posługuje się nieco bardziej rozmyślnym słownictwem, a cechą charakterystyczną jego narracji jest to, że dość często przewijają się przez nią fragmenty fikcyjnych podcastów o seryjnym brytyjskich mordercach. Ryfka z kolei lubi zmiękczenia, przez co wizerunek dobrej cioci, który przypisał jej Johnny, dobrze do niej pasuje. Bez względu jednak na spersonalizowany styl narracji, całość wypada spójnie, czuć, że słowo jest autorowi posłuszne, bardzo plastyczne, a zarazem posługuje się nim naturalnie, swobodnie. To jedna z tych książek, w których wyczuwa się, że autor z pisania miał dużą frajdę. Widać też, że dużą uwagę przywiązuje do każdego otwarcia narracyjnego każdego kolejnego fragmentu – są zaskakujące, często w wydźwięku uniwersalne i znaczące. Mocno wyczuwalne jest też to, że autor dobrze rozpoznaje się w popkulturze, sposób narracji mocno kojarzył mi się z filmami gangsterskimi sprzed lat, komedii pomyłek typu dawny Guy Ritchie.
“Nic nie zmienia się równie spektakularnie jak nasze oczekiwania względem dzieci.
Na początku chcemy, żeby były zdrowe, żeby jadły, żeby spały, żeby srały. Nic nadzwyczajnego. Ale mija kilka lat i zaczynamy komplikować im życie. Chcemy, żeby były roztropne. Wykształcone. Odpowiedzialne. Chcemy, żeby były zadbane. Żeby się nas słuchały. Żeby nie spotykały się z tą czy tamtym. Żeby poszły do roboty. Żeby odeszły z roboty. Żeby przynosiły pieniądze do domu. Żeby pieniędzy z domu nie wynosiły. Żeby nie ćpały. Żeby w końcu nie ćpały za dużo.
Można od tego ocipieć.
I wiele dzieci cipieje.”
Na pierwszy rzut oka, powieść to po prostu dobra, sensacyjna, napisana z domieszką czarnego humoru rozrywka. To dynamiczna akcja za to odpowiada, jednak historia nie byłaby tak dobra, gdyby nie dokładnie dopracowane kreacje postaci, przede wszystkim dwóch męskich bohaterów. Pozornie są do siebie podobni - w końcu obydwaj łamią prawo i krzywdzą przy tym ludzi. A jednak bardziej od siebie różnić się nie mogą. Johnny to sprytny “dobry” przestępca - w swoich oczach działa w dobrej wierze, a swoje ofiary wybiera skrupulatnie nigdy nie celując w ludzi bez winy. Jest bardzo ludzki w swoich wyborach, w swoich emocjach, w postrzeganiu samego siebie, dzięki czemu, mimo swojej profesji, wydaje się czytelnikowi bliski, zrozumiały. Nie brakuje mu jednak rysu zbawcy świata, ale ograniczającego się do pojęcia jego własnej rodziny.
“Od początku zbierałem kasę z myślą o tym, aby któregoś dnia część zostawić Frankowi i Karolinie, a część wydać na swoją ucieczkę. Zakładałem, że mogę zostać do tego zmuszony. Że noga może mi się powinąć. Że wszystko może się kiedyś spierdolić. Ale nie zakładałem, że może się spierdolić tak bardzo.”
Za to Stefan to jednoznaczny czarny charakter. Zimny, wyrachowany, podejmujący decyzje zgodne ze swoją pozbawioną emocji logiką. Jest uważny, a skoro obrazu nie zaciemniają mu emocje, bardzo łatwo jest mu “czytać” ludzi. Początkowo wydaje się, że jego wizerunek ociepla poszukiwanie miłości, jednak szybko okazuje się, że te wątki są tylko po to, by pokazać czytelnikowi w pełni jego charakter. Wplątując takie postacie w intrygę powieści autor analizuje ciekawy temat, rozrysowuje ich mechanizmy podejmowania decyzji, które działają w całkowicie inny sposób. Warstwa psychologiczna tych postaci dopracowana jest więc na najwyższym poziomie!
“Niektórych drażnią ludzie, którym jadaczka się nie zamyka, ale ja mam dokładnie odwrotnie. Uwielbiam słuchać tych, którym się wydaje, że mają coś do powiedzenia, że są tacy ciekawi. Podobają mi się ich pewność siebie, wiara we własny intelekt, przekonanie o wyjątkowości. Odkąd pamiętam, miałem słabość do jednostek nierozumiejących swojego miejsca na świecie.”
Mniej uwagi przyciąga Ryfka - pojawia się późno, zajmuje mniej miejsca w fabule, a jej historia nie jest tak dramatyczna jak obydwu panów. Mimo tej swojej zwyczajności jednak też potrafi zaskoczyć! 
“Ludzie wierzą, bo chcą wierzyć. Bo wygodnie jest wierzyć. Bo wiara dodaje otuchy. Zdejmuje z nas odpowiedzialność. Zwalnia z obowiązku samodzielnego myślenia.”
Wśród postaci pojawia się też dziecko. To Franek, kilkuletni syn Johnny’ego, który pełni kilka ciekawych funkcji. To nie tylko pewne uzasadnienie jego działań, ale też i kontrast w postrzeganiu świata. Franek do życia podchodzi prosto, widzi je takim, jakie jest, choć interpretuje je z dziecięcą naiwnością jeszcze nienapiętnowaną przykrymi doświadczeniami, jakich nabieramy z życiem. Ale czy właśnie kontrastowo do Franka, dorośli nie mają tendencji do nadmiernego komplikowania spraw? Czy przez swoje oczekiwania i wyobrażenia, nie zaciemniają sobie celu, tego, co naprawdę ważne?
“Świat zbyt często robił mnie w chuja, żebym mógł uwierzyć w czyjekolwiek dobro.”
Sama intryga powieści, jak wskazuje tytuł, opiera się na zasadzie pojedynku - raz jeden bohater odbija atak, drugi atakuje, by za chwilę zamienić się miejscami. Akcja toczy się szybko, dzieje się dużo, jak w sensacyjnym filmie, a dodatek czarnej komedii sprawia, że i rozlew krwi jest konkretny. Autor nie ma litości do swoich postaci, ich kolejne “dobre” decyzje okazują się czymś całkowicie odwrotnym. Każda scena daje wrażenie dobrze przemyślanej, choć przyznam, że po pewnym czasie tempo akcji i kolejne przepychanki bohaterów (choć logicznie prowadzą do finału i są do niego potrzebne) zaczynają działać odwrotnie i zamiast tempo nakręcać, zaczynają się lekko dłużyć. Mimo dużego dopracowania fabularnego miałam też wrażenie malutkiej nieścisłości w jednej scenie - nic wielkiego, nawet nie można mówić o merytorycznym błędzie, a jednak coś nie do końca mi w pełni zagrało.
“Czas to złośliwy skurwiel. Kiedy go potrzebujesz, potrafi sprawić, że godziny mijają w mniej niż sześćdziesiąt minut, minuty w mniej niż sześćdziesiąt sekund, a pojedyncze sekundy pędzą zbyt szybko, żeby w ogóle dało się je zarejestrować. A kiedy go nie potrzebujesz, kiedy chcesz, aby się skończył, aby minuta upłynęła w góra trzydzieści sekund, to zaczyna się wlec jak skazaniec na szubienicę.”
Pod szybką akcją zapewniającą dobrą rozrywkę kryje się jednak też coś więcej. Historia o wyborach, których konsekwencji nie jesteśmy w stanie przewidzieć, o losie, który tak lubi śmiać się z naszych planów, udowadniając swoją wyższość tym mocniej, im mocniej staramy się mu przeciwstawić i przejąć kontrolę. Czym jednak jest los jak nie kumulacją decyzji naszych, decyzji innych i po prostu zbiegów okoliczności? Decyzji, które bez względu na to, jak mocno staramy się to sami przed sobą zamaskować, są niestety zawsze mocno egoistyczne…
 
W “Pojedynku” Krzysztof Domaradzki serwuje czytelnikowi to, co w jego twórczości najlepsze - świetny, swobodny i plastyczny styl, niebanalny pomysł na intrygę rodem z dawnych komedii gangsterskich, dynamiczną, sensacyjną, a równocześnie dobrze opracowaną, logiczną i momentami całkiem nieźle zaskakującą fabułę, jak i bardzo interesujące kreacje postaci, w których mocną stroną jest warstwa psychologiczna, motywacje i mechanizmy ich zachowań. To historia, przy której można się trochę pośmiać, która w odpowiednich chwilach trzyma w napięciu lub zmusza do szybkich refleksji - a raczej zasygnalizuje temat do przemyślenia po lekturze, bo tempo akcji nie pozostawia miejsca, by zatrzymać się na dłużej. Niewielkie uwagi, jakie zebrałam podczas lektury na pewno nie wypłynęły na to, że bawiłam się przy tym tytule naprawdę dobrze, a filmowy styl sprawił, że przypomniały mi się stare, dobre czasy, kiedy jeszcze można było trafić na naprawdę błyskotliwe filmy!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 12, 2026

"Miss Bee i duch ambasady" Alessia Gazzola

"Miss Bee i duch ambasady" Alessia Gazzola

Autorka: Alessia Gazzola
Tytuł: Miss Bee i duch ambasady
Cykl: Miss Bee, tom 3
Tłumaczenie: Joanna Kluza
Data premiery: 27.05.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 320
Gatunek: powieść obyczajowa / historyczna / cozy mystery
 
Alessia Gazzola to znana włoska autorka literatury kobiecej, która tworzy już od piętnastu lat, od niecałej dekady zajmuje się tym w pełni zawodowo. Na koncie ma ponad dwadzieścia powieści, a jej debiutancka seria o medyczce sądowej (z którą dzieli wyuczony i przez kilka lat praktykowany zawód) doczekała się serialowej adaptacji. Sukces krajowy zagwarantował jej również zainteresowanie za granicą, choć w Polsce długo była autorką mało znaną. Dopiero pod koniec roku 2025 Wydawnictwo Sonia Draga podjęło się publikacji jej najnowszej serii z Miss Bee (recenzje - klik!), która trochę z jej twórczości się wyróżnia - to nie typowy chick lit, raczej powieść, w której wątki historyczne, obyczajowe i kryminalne splatają się w jedno. Aktualnie seria na polskim rynku liczy trzy tomy, na rynku włoskim cztery, premiera piątego zapowiedziana jest na jesień tego roku. Warto też wspomnieć, że Alessia Gazzola w tym roku odwiedziła Polskę - pojawiła się wiosną na Targach Książki w Poznaniu.
 
Londyn, marzec 1925 rok. Dwudziestokilkuletnia Włoszka Beatrice Bernabò po rozczarowaniu miłosnym, jakiego doświadczyła zimą, podjęła pracę we włoskiej ambasadzie. Nie jest to coś, co mogłoby ją uszczęśliwić, jednak dzień w dzień zjawia się za swoim biurkiem - dzięki temu jej ojciec jest spokojniejszy, a ich życie finansowe łatwiejsze. Po kilku miesiącach od zatrudnienia w końcu zaczyna się coś dziać! Przyjeżdża kilku gości z Włoch, w tym syn ambasadora z narzeczoną i dyrektor florenckiej galerii w poszukiwaniu zaginionej rzeźby. Jednak to nie ich wizyta wzbudza sensację, a dziwne zjawiska, które w tym czasie zaczynają niepokoić gości… Czyżby legenda o duchach w ambasadzie była prawdziwa? Beatrice w to nie wierzy, więc w sprawę angażuje znajomego komisarza Archera Blackburna, które wydaje się jej coraz bliższy. Ona jednak nadal nie potrafi zapomnieć o hrabim Warthmore, choć on dał jej jasno do zrozumienia, że nigdy nic ich nie połączy.
 
Książkę otwiera cytat z “Pani Bovary” i spis postaci w powieści występujących. Historia rozpisana jest na 27 tytułowanych rozdziałów i epilog, wszystkie pisane są w narracji trzeciosobowej czasu przeszłego, a perspektywą wiodącą jest ta przedstawiona oczami Beatrice. Język powieści jest delikatnie stylizowany odpowiednio do czasu akcji, co przejawia się nie tylko w specyficznych słówkach (w pełni jednak do współczesnego czytelnika zrozumiałych), ale też w dialogach, sposobie, w jaki zwracają się do siebie postacie, jak choćby równolatki rozmawiające na pan/pani i podkreślające właściwe funkcje czy tytuły szlacheckie. Autorka ma specyficzny styl budowy zdań, do czego trzeba przywyknąć, wpaść w rytm lektury, by ta mogła toczy się sprawnie. Kiedy już się to stanie, lektura okazuje się lekka i przyjemna.
“- (...) Ale nawet sobie nie wyobrażasz, co się wydarzyło w ambasadzie.
- Moja wyobraźnia tu nie wystarczy, twoje życie to jak powieść przygodowa.”
Każdy tom serii, choć połączony postaciami i ich nieustannie zmieniającymi się relacjami, stanowi historię odrębną - przede wszystkim w kontekście kryminalnym, przez co czytelnik do lektury serii może dołączyć w wybranym przez siebie momencie. Tom trzeci “Miss Bee i duch ambasady” zdaje się wracać do proporcji fabularnych, jakie prezentował tom pierwszy - przeważają wątki obyczajowe, romansowe i historyczne nad kryminałem. Ten ostatni pojawia się w historii dość późno, stanowi raczej motyw poboczny, który spina historię w jedną, zamkniętą całość. Mimo to zagadka prowadzona jest sprawnie i ciekawie, autorka dobrze osadza ją w czasach, w których toczy się akcja, ale też sprawnie manipuluje granicą pomiędzy tym, co realne, a tym, co pozostaje w strefie nadprzyrodzonej.
“Na własnej skórze doświadczała, że śledzenie jest nawet bardziej skomplikowane i pełne napięcia niż w powieściach kryminalnych.”
Wraz z kryminałem, na uwagę zasługują wątki historyczne i obyczajowe, które mocno bazują na podziałach, jakimi wtedy rządziło się społeczeństwo. Nierówności i dyskryminacje są tutaj spotykane na każdym kroku i nie oszczędzają tak naprawdę nikogo: dotyczą płci, obywatelstwa, majątku i statusu społecznego. Nie inaczej jest z wątkiem historycznym, dla którego nie bez znaczenie jest narodowość Beatrice i jej rodziny. Bo choć historia toczy się w jeszcze ciągle bezpiecznej Anglii, to w ich kraju pochodzenia czuć już ten coraz wyraźniej do głosu dochodzący polityczny niepokój. Rodzina Beatrice może mieszkać w Anglii tylko dlatego, że jej ojciec został oddelegowany na angielską uczelnię, problem w tym, że właśnie teraz kończy mu się kontrakt. I to on dobrze wie, że sytuacja jest poważna, nieustannie staje przed moralnymi dylematami - czy udawać, że przystaje na faszystowską politykę swojego kraju, czy jednak żyć w zgodzie z sobą, ale tym samym może narazić się na karny powrót do kraju? Beatrice i jej siostry mają w tym czasie na głowie inne problemy, ciągle wydaje się, że groza sytuacji politycznej jeszcze do nich tak do końca nie dotarła.
“Dla niego Anglia była więcej niż snem, była miejscem, które zaspokajało wszelkie wymagania intelektualne i osobiste.”
Bo siostry Bernabò zajęte są własnymi problemami. Starsza siostra Beatrice przechodzi okres załamania po tym, jak o włos uniknęła śmierci. Na jej przykładzie obserwujemy z czym w ówczesnych czasach zmagały się kobiety, jaki wstyd musiały w sobie nosić, choć tak naprawdę nie były niczemu winne. Beatrice z kolei zmaga się z rozczarowaniem miłosnym, w którym powinności klasowe zwyciężyły nad uczuciem. Bee to kobieta silna i wolna, zdająca się wyprzedzać swoje czasy, która jednak nie jest nieczuła na męskie zainteresowanie…
“Jakież błędy czasem się popełnia, gdy człowieka zaślepią przekonania, których świadomie nie chce podważać.”
I tak przechodzimy do wątku romansowego, który w tym tomie jest wyjątkowo wyraźny, tak naprawdę niewiele jest tu scen, który wydają się go pozbawione. Choć romanse nie są ostentacyjne (przynajmniej w większości), to jednak są stale wyczuwalne w gestach, spojrzeniach, krążącej pomiędzy dwójką ludzi energii. Beatrice to w końcu młoda kobieta, która ciągle jeszcze nie doświadczyła wielkiej miłości, a choć dobrze wie, że nie ma co liczyć na romans jak z książek Jane Austen (których, swoją drogą, nie cierpi), to jednak ciągle tli się w niej nadzieja, że uczucie potrafi zwyciężyć wszystko.
“To nie jest trudne: dokonujesz wyboru i się go trzymasz. I usiłujesz nie dręczyć osoby, która musiała ów wybór zaakceptować.”
“Miss Bee i duch ambasady” to powieść, z którą miło spędzi się niezobowiązujący wieczór, pozycja, którą przyjemnie jest poczytać w przerwie na kawę - nie trzeba się przy niej nadmiernie skupiać, nie trzeba śledzić z uwagą każdego detalu fabularnego, by wyciągnąć z niej zwyczajną przyjemność lektury. Pod tym kątem powieść dobrze wpisuje się w gatunek, w którym autorka czuje się najlepiej - lekką powieść kobiecą, w której warstwa obyczajowa i romansowa absorbują uwagę czytelnika. Jednak mimo to nie da się nie zauważyć, że głębiej kryje się coś jeszcze - dobry wątek kryminalny i historyczny, który mimo lekkiego wydźwięku całości, jasno obrazuje grozę sytuacji politycznej, społecznej, jaka w 1925 roku w środowisku włoskich emigrantów była już bardzo wyraźnie wyczuwalna. Prywatnie trochę żałuję, że w tym tomie wygrał romans nad kryminałem, mimo to doceniam zaangażowanie, z jakim autorka odwzorowuje cały ten międzywojenny świat. A teraz czekam, gdzie z Miss Bee spotkamy się w tomie czwartym jej przygód!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!