Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Zimne wybrzeża
Data premiery: 12.11.2025
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura piękna / powieść
szpiegowska
W tym roku Szczepan Twardoch świętuje
dwudziestolecie twórczości - w 2005 roku na rynku ukazał się jego pierwszy
zbiór opowiadań “Obłęd rotmistrza von Egern”, pierwsza powieść pojawiła się dwa
lata później. Rok 2005 jest jednak dla autora z jeszcze jednego powodu znaczący
- to wtedy po raz pierwszy udał się na Spitsbergen, gdzie odnalazł dziwny
spokój i od tego czasu raz po raz tam wraca. Z inspiracji tej wyprawy powstała
właśnie jego czwarta powieść pt. “Zimne wybrzeża”, która po raz pierwszy wydana
została w 2009 roku przez Wydawnictwo Dolnośląskie. Teraz, szesnaście lat i
milion sprzedanych egzemplarzy książek ze nazwiskiem Twardocha później, “Zimne
wybrzeża” ukazują się jeszcze raz, w nowej szacie graficznej, wydane przez
aktualnego wydawcę autora i mam wrażenie, że teraz są jeszcze bardziej aktualne
niż były, gdy wydane zostały po raz pierwszy. Choć przecież akcja tej powieści
rozgrywa się w 1957 roku…
“Jest coś takiego jak literackie kłamstwo (...). Ale nie polega na tym, że w powieści opisane są rzeczy, które się nigdy nie wydarzyły. Polega to na tym, że z tych fikcyjnych wydarzeń czy bohaterów, które składają się na książkę, wynika jakaś fałszywa rzeczywistość. Ale jestem pewien, panie Sammling, że w fikcji czasem zawrzeć można taką prawdę o świecie, której nie da się wyłożyć wprost.”
Arktyka, wyspa Spitsbergen, lato 1957 roku. Do
norweskiego miasteczka Longyearbyen przylatuje sześć osób: piątka Norwegów i
John William Smith, który tak doskonale wtapia się w tło, jak jego popularne
imię i nazwisko. Ze sobą ma niewiele - brytyjski paszport, zdjęcie kobiety,
kilka numerów telefonów, karabin. Od razu po przylocie udaje się do burmistrza
miasteczka, ten kieruje go do jego miejsca zakwaterowania. Smith chodzi,
poznaje wyspę i jej mieszkańców, aż w końcu burmistrz zaprasza go do siebie -
dostał informację, że w polskiej stacji polarnej położonej w Hornsund zaginął
naukowiec, a że Smith i tak chciał się tam udać, burmistrz zaprasza go, by
pojechali razem i przy okazji pomogli w poszukiwaniach… Co wydarzyło się na stacji
w czasie pierwszej polskiej całorocznej misji na Spitsbergen? Kim tak naprawdę
jest John Smith i jaki jest jego cel przyjazdu na wyspę? I czy na pewno jego
przeszłość zahartowała go na tyle, by był w stanie przetrwać w tak surowych,
arktycznych warunkach?
Książka rozpisana jest na prolog i 19 różnej długości rozdziałów, a nowe wydanie dodatkowo zamyka posłowie Łukasza Jana Berezowskiego, w którym osadza “Zimne wybrzeża” w światowej ówczesnej sytuacji politycznej i analizuje na tle całej twórczości Twardocha. Rozdziały powieści liczą różną liczbę stron, przeważają jednak takie, które mają ich kilkanaście bądź kilkadziesiąt i jest to tekst ciągły. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, które nieraz ujawnia czytelnikowi informacje, zanim sam Smith do nich dotrze. Czas powieści jest nielinearny, bo choć zdarzenia toczą się w kolejności chronologicznej, to jednak historia pełna jest opowieści i wspomnień z przeszłości - przede wszystkim tej skupionej wokół II wojny światowej, jednak nie tylko, w których cofamy się nawet o dwieście lat. Styl powieści jest dla dla Twardocha charakterystyczny - literacki, w którym nawet zwyczajne, a wręcz tragiczne zdarzenia opisane są w sposób nieoczywisty:
“(...) uśmiechnął się, lecz nie był zbyt zadowolony z prezentu. Nie żeby nie lubił whisky, bardzo lubił, dużo bardziej niż samogon albo wódkę, whisky smakowała antykomunistycznie, reakcyjnie, musiał zatem lubić whisky. Nie lubił po prostu, kiedy ktoś mu się odwdzięcza, wolał być wierzycielem wdzięczności.”
Książka rozpisana jest na prolog i 19 różnej długości rozdziałów, a nowe wydanie dodatkowo zamyka posłowie Łukasza Jana Berezowskiego, w którym osadza “Zimne wybrzeża” w światowej ówczesnej sytuacji politycznej i analizuje na tle całej twórczości Twardocha. Rozdziały powieści liczą różną liczbę stron, przeważają jednak takie, które mają ich kilkanaście bądź kilkadziesiąt i jest to tekst ciągły. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, które nieraz ujawnia czytelnikowi informacje, zanim sam Smith do nich dotrze. Czas powieści jest nielinearny, bo choć zdarzenia toczą się w kolejności chronologicznej, to jednak historia pełna jest opowieści i wspomnień z przeszłości - przede wszystkim tej skupionej wokół II wojny światowej, jednak nie tylko, w których cofamy się nawet o dwieście lat. Styl powieści jest dla dla Twardocha charakterystyczny - literacki, w którym nawet zwyczajne, a wręcz tragiczne zdarzenia opisane są w sposób nieoczywisty:
“(...) miesiąc później mina przeciwpiechotna, niemiecka zresztą, rozerwała go na dwa osobne kawałki i żaden z nich nie był w stanie samodzielnie podtrzymać ciągłości istnienia Heinricha Dunckera jako istoty ludzkiej.”
momentami wymagający od czytelnika wiele -
zdania są długie, skomplikowane, pełne informacji politycznych i obco
brzmiących słów (najczęściej rusycyzmów), by zaraz przerodzić się w sprawnie
rozpisany dialog, czy krótkie, wyraziste opisy. Język, jakim autor się
posługuje, trudno uznać za codzienny - czuć w nim dużą wiedzę historyczną,
polityczną i specjalistyczną. Nie jest to więc książka, którą można czytać w
kolejce do lekarza czy w podróży do pracy - wymaga uwagi, skupienia i
możliwości wejścia w ten specyficzny rytm lektury.
“Smith przyzwyczaił się do marszu i po dwóch kwadransach zdołał osiągnąć to specyficzne odrętwienie, które pamiętał z treningów w Szkocji - idzie się, nogi przestawiają się same, krok niezbyt szybki, oczy wbite w ziemię, wzrok przesuwa się po gruncie bez żadnej refleksji, a w głowie żadnej myśli, nic. Nie czuje się wtedy zmęczenia ani znudzenia, człowiek staje się zwierzęcy trochę bardziej niż zwykle, idzie tak, jak bizon przemierza prerię, nie rozmyślając przecież o kolorze nieba i traw. Jest w tym zwierzęctwie pewna nauka, nauka o człowieku i jego fizyczne kondycji. I dobra sala wykładowa dla tej nauki to Arktyka, jedyna część ziemi, którą człowiek nigdy nie końca nie zawładnął, ostatni kawałek świata, po którym musi chodzić uzbrojony nie przeciwko innemu człowiekowi, lecz stworzeniom potężniejszym od rodzaju ludzkiego (...).”
O “Zimnych wybrzeżach” mówi się w kategorii
thrillera szpiegowskiego, jednak sama nie posuwałabym się aż tak daleko. Choć
faktycznie intryga bazuje na pewnej szpiegowsko-kryminalnej zagadce, to jednak
nie ona jest tutaj ważna. Tu najważniejsze są te same Zimne Wybrzeża, samo
miejsce akcji, które możemy poznać od każdej możliwej strony. Spitsbergen to arktyczna
wyspa, która należy do Norwegii, praktycznie cała jest skuta lodem. Życie na
niej do łatwych nie należy, to przecież sam lód i woda - i my ze Smithem te
tereny przemierzamy. Obserwujemy krajobraz, jego przenikliwy chłód odczuwalny
nawet latem i białe noce. Jego faunę i florę, której wola przetrwania zachwyca.
Książka pełna jest opisów tego krajobrazu, jego przejmującej surowości.
Jednak Spitsbergen to nie tylko krajobraz, nie
tylko niedźwiedzie polarne, foki i ptaki. To też ludzie, którzy w tym jednym
miejscu tworzą bardzo barwną i dziwną społeczność. Bo choć Spitsbergen należy
do Norwegii, to narodowości jest tam wiele - w czasie, gdy toczy się akcja
powieści znajdują się tam Norwegowie, Rosjanie, Polacy i Smith, który choć
posługuje się angielskim paszportem, mówi, że jest Austriakiem. Każda z tych
narodowości ma swoją osadę, każda jest tam w jakimś celu - Norwegowie mają tam
swoją kopalnię, reszta znajduje się tam w celach naukowych, choć czy na pewno?
Tak naprawdę to miejsce ścierania się wpływów i ambicji różnych krajów, które
zdają się chcieć czegoś więcej. A zatem jest to wyspa pełna tajemnic, potencjalnych
szpiegów i potencjalnych zdrajców.
“To było obrzydliwe. I wcale nie dlatego, że to ja pociągnąłem za cyngiel, raczej dlatego, że nie zrobiłem tego wcześniej. I że pozwoliłem, żebyście nadali pozory jakiejś zasranej legalności temu, co było zwierzęcą koniecznością: zabij, jeśli chcesz żyć.”
Mimo tego, że głównym bohaterem jest Smith, to
jednak mam wrażenie, że każda z pojawiających się tam postaci na chwile kradnie
uwagę czytelnika. Z każdym bohaterem przychodzi jego historia - wtedy akcja się
zatrzymuje, a czytelnik może poznać życiorys postaci, w którym czasy II wojny
światowej i te zaraz po niej odgrywają znaczącą rolę. Każdy jest tu w jakiś
sposób polityczny uwiązany, każdy ma w swojej przeszłości jakieś grzechy, które
zagoniły go na tę wyspę.
“Ze Spitsbergenu kolonię karną chcieli zrobić Anglicy, tyle że wszyscy więźniowie wymarli pierwszej zimy (...). Teraz też brakuje chętnych do pracy tutaj mimo wysokich pensji. Dlatego, panie Smith, kiedy ktoś podpisuje kontrakt, nie pytamy go o przeszłość.”
W tym wszystkim Smith pozostaje bardzo długo
bohaterem niejasnym - towarzyszymy mu w jego wędrówkach tak naprawdę niewiele o
nim wiedząc. I w tym jest spory urok powieści, te powolne odkrywanie historii
głównego bohatera, jego psychologicznej i nacjonalnej głębi.
“W każdym razie swoboda i bezpretensjonalność, z jaką Sammling przyszedł do nieznajomego obcokrajowca, aby porozmawiać o książkach, bardzo się Smithowi podobała - mały Norweg miał cechę u górnika zaskakującą, przekonanie, iż intelektualne poszukiwanie prawdy w pełni usprawiedliwia towarzyską niezręczność, jaką w istocie była ta wizyta.”
Wspomniana już intryga szpiegowska jest
szkieletem powieści, tym kręgosłupem, który pozwala stać się wszystkim
opowieściom i ludziom Spitsbergen zamieszkującym jedną spójną powieścią, w
której surowość i prostota natury przeciwstawiona jest ludzkim, a może przede
wszystkim narodowościowym ambicjom. Niemniej jednak sama zagadka jest prosta,
klasyczna, ale zamyka ją dość niejednoznaczny twist. Przyznam, że momenty, w
których pojawia się mikro śledztwo nieco mnie ożywiały, wyprowadzały z tego
transu, w który wprowadza wędrówka przez surowy krajobraz i mroczne ambicje.
“Boże, jak on tego nienawidził! Tej odwiecznej polskiej obawy przed czynem, tego strachu przed każdą, nawet najbardziej uzasadnioną przemocą, tych filtrów, które wszyscy zakładali sobie na oczy, aby widzieć rzeczywistość nie taką, jaka była lub jest w istocie, tylko taką, jaką widzieć by woleli.”
W “Zimnych wybrzeżach” piękny, acz surowy i
groźny krajobraz zdaje się wyciągać z ludzi ich zwierzęce instynkty. Tu liczy
się przetrwanie - dosłowne, ale i metaforyczne - przetrwanie w kraju, do
którego po krótkim pobycie na wyspie przecież trzeba wrócić. Kraju, dla którego
w jakiś sposób trzeba się zasłużyć, bo to on jest tutaj wartością nadrzędną,
dla której pojedyncze istnienia nie mają znaczenia. Każdy więc musi udowodnić,
że jest inaczej, że na swoje istnienie faktycznie zasługuje.
“Żal nawet, dobry muzyk z niego był (...). Ale taka jest logika historii. Jednostka niczym.”
W tekście czuć ogromną wiedzę autora w
zakresie historii i polityki, ale i miłość, jaką czuje do tego miejsca - opisy
tamtejszego krajobrazu naprawdę zachwycają. To moje ulubione fragmenty tej
powieści, która momentami stanowi wyzwanie, zachęcam jednak, by się z nim
zmierzyć - takiej literackiej, arktycznej przygody nie zapewni nam żaden inny
polski autor!
Moja ocena: 7,5/10
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.
Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!
.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz