Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwoakurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwoakurat. Pokaż wszystkie posty

lipca 22, 2026

"Grób Maggie" David Sodergren

"Grób Maggie" David Sodergren
Autor: David Sodergren
Tytuł: Grób Maggie
Tłumaczenie: Anna Standowicz-Chojnacka
Data premiery: 01.07.2026
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 320
Gatunek: horror
 
Choć David Sodergren polskim czytelnikom znany jest dopiero od roku (recenzja wydanego wtedy “Haar” - klik!), na rynku anglojęzycznym może poszczycić się już niezłą kolekcją powieści! Po raz pierwszy wydany został w 2018 roku i od tego czasu ukazało się już kilkanaście jego książek. Jego stałym źródłem inspiracji są krwawe horrory z końca XX wieku, które w dzieciństwie namiętnie oglądał, a w późniejszych latach to film i fotografię wybrał sobie na kierunek studiów. Od zawsze związany ze Szkocją, lubi osadzać historie w lokalnym folklorze, czemu wyraz daje bardzo wyraźnie w “Grobie Maggie”. To jego czwarta powieść w kolejności wydania, która na rynku anglojęzycznym dostępna jest od 2020 roku.
 
Górzyste obszary północnej Szkocji, małe, praktycznie wymarłe miasteczko Auchenmullan, które aktualnie zamieszkuje dokładnie czterdzieści siedem osób. Wśród nich jest czwórka nastolatków, którzy właśnie skończyli liceum: Beth, Alice, Grady i Steve. Trochę w wyboru, a trochę z przymusu przyjaźnią się od dawna, choć ostatnio ich przyjaźń zeszła na mniej uczęszczane tory - Alice dwa miesiące temu urodziła dziecko, a związek Beth i Grady’ego zaczął się rozpadać. W piątkowy wieczór znowu siedzą w lokalnej kręgielni - bo gdzie indziej mogliby siedzieć i pić piwo? Jednak ten wieczór wydaje się inny niż wcześniejsze - w powietrzu czuć jakąś dziwną atmosferę niepokoju, napięcia, o czym jednak zapominają, gdy w drzwiach staje obca dziewczyna. To przyjezdna, która chce poznać atrakcje tego miejsca - a skoro w Auchenmullan nic się nie dzieje, to Beth, Grady i Steve zabierają ją na okoliczną górę, na grób Maggie, czarownicy, która zginęła w 1657 roku. To na jej legendzie się wychowali, nie sądzili jednak nigdy, że tak naprawdę to coś więcej, niż tylko legenda… Bo tej nocy Maggie pokaże swoją moc.
 
Książka rozpisana jest 32 rozdziały, które często dzielone są na krótsze fragmenty pisane z kilku naprzemiennych perspektyw. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy kilku postaci, wśród których najczęściej przewija się Beth. Narrator ma wgląd w myśli postaci, które od czasu do czasu pojawiają się cytowane kursywą. Styl powieści jest prosty, zdania krótkie, język dopasowany do potrzeb - bywają dialogi usiane przekleństwami, opisy, które budzą obrzydzenie. Język jest nośnikiem historii, to nie on ma przyciągać uwagę, jednak musi być użyty poprawnie i płynnie, by tę niewidzialną funkcję powieści sobie zapewnić.
„Uderzyło ją, że współczesne życie polegało na tym, że ludzie ciągle tylko mówią, mówią i mówią, a nikt tak naprawdę nie słucha.”
Przyglądając się tej najbardziej podstawowej warstwie fabularnej, dostajemy horror z rodzaju slashera - jest ktoś, kto poluje, sporo postaci w trakcie historii ginie w męczarniach. W męczarniach opisywanych w stylu gore, czyli bardzo krwawych, makabrycznych, przedstawionych tak, że momentami robi się niedobrze. To po prostu konwencja, z którą autor radzi sobie dobrze - mam wrażenie, że te sceny przybierają komiksową formę, są przerysowane, jakby takie nie do końca serio.
„(…) jak dotąd nic jej nie zatrzymało. Była jak zabójca z jakiegoś głupiego slashera.”
Niemniej jednak w “Grobie Maggie” wybujała w tym wątku fantazja autora przez długą część powieści utrzymywana jest na wodzy - miałam wrażenie, że przez dwie trzecie historii takich scen faktycznie budzących niesmak było bardzo niewiele, może z dwie? Dopiero w finałowej rozgrywce robi się gęsto od latających części ciała i płynącej krwi, a przez plastyczne opisy wszystkie te sceny wręcz wypalają się w wyobraźni. Nie budzą jednak przerażenia, raczej tylko obrzydzenie, przez co nie w tych fragmentach czytelnik będzie odczuwał lęk. Ale nie jest to książka tej emocji całkowicie pozbawiona - muszę przyznać, że przed wielkim makabrycznym finałem autor świetnie buduje napięcie. Dobrze gra otoczeniem, porą doby i roku nadając powieści ten odpowiedni klimat grozy - było kilka scen, które akurat pochłaniałam późną nocą, przez co efekt grozy, tego niepokoju, oczekiwania aż stanie się coś złego, był dla mnie mocno odczuwalny.
 
Intryga powieści jest dobrze zbudowana. Oczywiście bazą jest założenie, że ktoś ucieka, ktoś goni, jednak ważny jest cel, cała otoczka fabularna z tym związana. I tu autor sięga do niechlubnej przeszłości świata, ale i własnej lokalnej historii. Bo Maggie Wall faktycznie kiedyś żyła i faktycznie została zamordowana w związku z oskarżeniami o czary - a przynajmniej takie informacje zawarte są na jej grobie. Choć pozornie intryga na tej postaci zbudowana wydaje się całkiem jasna, to jednak autor ma dla czytelnika pewną niespodziankę pod koniec, której nie przewidziałam, a która mocno wpływa na to, jak całą powieść się postrzega. To dobre zagranie!
„Nie miała wyboru, jak tylko grać narzuconą jej rolę. Taka była z niej wiedźma, jak z ziemniaka słońce, ale strach, jaki wzbudzały w ludziach jej rzekome moce, stał się jej jedyną szansą na wyjście cało z opresji.”
Tym jednak, co faktycznie mnie urzekło, jest sam klimat miejsca. Mała miejscowość, w której każdy zna każdego, a jednak która jest aż napęczniała od tajemnic. Tu każde miejsce wiąże się z jakimś wspomnieniem, a równocześnie jest pozbawione perspektyw na przyszłość. Wymarłe, prawie opuszczone, bardzo statyczne, a może po prostu staczające się w dół. Bliskość natury, lasy, góry, jezioro nadają złowieszczy charakter - w końcu wędrówka po ciemnym lesie późną jesienią i późną nocą może być naprawdę przerażająca.
„– Kurwa, tu nic nie ma poza paroma pieprzonymi drzewami – powiedziała Amerykanka.
Beth niemal się uśmiechnęła.
Chyba tobie się tak wydaje.
Ale dla Beth to było jak album ze zdjęciami, jak dziennik. Historia jej życia.”
I to w takim miejscu mieszka czwórka wchodzących w dorosłość nastolatków, którzy utknęli w szarości życia, w marazmie codzienności. Brak pomysłu na życie, zniechęcenie, strach przed nowym trzyma ich tutaj, przy rodzicach, a umiejętność odkładania podejmowania ważnych decyzji na jutro, zakłamywania samego siebie, że wcale nie jest tak źle mieszkać w miejscu pełnym wspomnień, pozwalają trwać nadal bez żadnego planu. Autor doskonale uchwycił ich charaktery, ich sposób myślenia i emocje.
 
Mimo wyrazistej warstwy fabularnej, pod nią kryje się wiele ciekawych tematów wartych refleksji. To nie tylko przywiązanie do miejsca i strach przed nieznanym, ale też siła i odwaga, by walczyć o to, co się kocha, o to, co dla nas ważne. To opowieść o sile matczynej miłości, o krzywdach, których nie pogrzebie żadna ilość ziemi, o ciągłej walce egoizmu, lęku i tego, co słuszne.
„Czy na tym właśnie polegało rodzicielstwo? Na tym, że miłość i strach zbijają się w jedną małą kulkę niewyobrażalnego stresu?
Pewnie tak.”
“Grób Maggie” to bardzo specyficzna lektura. Świetny klimat małej szkockiej miejscowości, dzika natura i wątek dawnych legend, starych opowieści o niebezpiecznych czarownicach nadają historii wrażenie baśniowości, filmowości. Fabuła pozornie prosta szykuje dla czytelnika dobre zaskoczenie, a makabra zdaje się tylko środkiem do celu, formą zabawy stylem, pod którą kryje się opowieść o tym, co ważne i o tym, co haniebne. Autor dobrze manipuluje emocjami czytelnika raz wzbudzając niesmak, a już za chwilę współczucie. Mimo własnej niechęci do motywów gore, dobrze bawiłam się przy tej lekturze!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Książka w trzech formatach (papier, ebook i audiobook) dostępna jest na stronie muza.com.pl
- na hasło KRYMINALNATALERZU10 10% taniej (dotyczy całego asortymentu sklepu)!

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 11, 2026

"Kiedy wilk wróci do domu" Nat Cassidy

"Kiedy wilk wróci do domu" Nat Cassidy

Autor: Nat Cassidy
Tytuł: Kiedy wilk wróci do domu
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Data premiery: 27.05.2026
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416
Gatunek: horror
 
Od kilku lat w USA nazwisko Nata Cassidy’ego jest coraz mocniej rozpoznawalne - pisze książki i sztuki teatralne, które nie tylko zachwycają publiczność, ale również zdobywają nagrody. Za jego właściwy literacki debiut uznaje się powieść “Mary” (recenzja - klik!) z 2022 roku, która w Polsce wydana została trzy lata później, dzięki czemu polski czytelnik nie musiał długo czekać na kolejną - niewiele ponad miesiąc później ukazała się u nas druga książka autora pt. “Pisklęta” (recenzja - klik!). Jego trzecia powieść “Kiedy wilk wróci do domu” z 2025 (w Polsce wydana teraz) jest swoistym dopełnieniem dwóch poprzednich tytułów - sam autor mówi, że to trylogia dokumentująca straty w jego życiu. Książki jednak fabularnie nie są ze sobą powiązane, choć w najnowszej można znaleźć mocno epizodyczne nawiązanie do “Mary”.
 
Los Angeles, czasy współczesne. Trzydziestokilkuletnia Jess podczas swojej stałej nocnej zmiany w lokalnym barze przypadkowo podczas sprzątania łazienki kłuje się w palec pozostawioną tam przez kogoś igłą. Przerażona nawet nie rejestruje swojego powrotu do domu, prowadzi samochód na autopilocie trasą, która jest wyryta w jej pamięci. Dopiero po chwili przychodzi otrzeźwienie - przecież powinna jak najszybciej udać się do szpitala! Ale trasy nadal nie zmienia, wchodzi do domu, a tam słyszy dziwne dźwięki dobywające się z podwórka. Tam w krzakach znajduje małego pięcioletniego chłopca, ewidentnie czymś przerażonego. Zabiera go więc do siebie do domu, a gdy niedługo później w jej ogrodzie zjawia się mężczyzna budzący w oczach dziecka paniczny strach, już wie, że musi go chronić. Nie zdaje sobie jednak sprawy ogromu zagrożenia, z jakim przyjdzie im się zmierzyć. Bo te zagrożenie, to nie zwyczajny człowiek, a prawdziwa bestia żądna całego morza krwi.
“- Nie wiem, co robić. Wszystko jest… popsute. Ja jestem popsuty.
- Tak. (...) Znam to uczucie. Czasami myślę sobie, że na tym polega życie.
- Nienawidzę tego! (...).
- Nie mów tak. Dopóki żyjesz, jest…
- Co? (...)
- Nadzieja. Czas. Możliwość, że się polepszy.”
Książka rozpisana jest na cztery tytułowane i opatrzone cytatami części - pierwsze trzy składają się na 56 rozdziałów, ostatnia to kilkanaście stron zakończenia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego z kilku perspektyw, choć tą nadrzędną jest perspektywa Jess. Styl powieści jest bardzo swobodny, autor posługuje się językiem plastycznie, ugniata go na kształt swoich potrzeb. Sceny dynamiczne, czasami uzbrojone w makabrę, są mocne, brutalne, nie brakuje w nich przekleństw, wyrazistych słów, krótkich zdań. Sceny, w których przychodzi czas na zastanowienie, nabierają nuty poetyckości, w której powtarzalność słów, zwrotów, zaczynanie zdań od nowej linijki, użyte są z uwagą. Mam jednak wrażenie, że w całym tekście polski czytelnik może się natknąć na dość dziwne sformułowania (np. “mówić ogródkami” zamiast “ogólnikami”, “najwyższa ochota” zamiast “największa”), tyle że tak do końca w książce z angielskiego tłumaczonej nie da się stwierdzić (bez dysponowania oryginałem oczywiście) czy jest to innowacja autora, czy niefortunne sformułowania tłumaczenia. Poza tymi przystankami, reszta historii wypada płynnie, a lektura upływa sprawnie.
“Powinna wreszcie zrozumieć, że śmierć to śmierć to śmierć to śmierć, czyhająca za każdym rogiem, czająca się jak drzewa w gęstym lesie.
Powinna zrozumieć, że nikt nie zostanie oszczędzony.
Powinna zrozumieć, że wilk zawsze zjawia się w domu. Albo wręcz po prostu cały czas tam jest.”
Cała opowieść bazuje na bajce o wilku i trzech świnkach, która opisana jest w mocno współczesnej, momentami bardzo makabrycznej wersji. Jej postaciami pierwszoplanowymi są Jess i chłopiec, którzy uciekają, i wilk, który ich goni. Wilk niesie zniszczenie, a uciekający muszą znaleźć sposób na zapewnienie sobie bezpieczeństwa. To baza, pod którą skrywa się wie tematów wartych analizy. O tym jednak za chwilę, najpierw przyjrzyjmy się samej fabule. A ona jest dynamiczna, jest makabryczna, jest pełna nawiązań do książek, filmów i seriali, mocno czerpie z dobrodziejstw popkultury, klasyki gatunku horroru, fantasy. Sceny dynamiczne są intensywne, na kształt wielkich hollywoodzkich produkcji. Sporo w niej symbolizmu, sporo wizji rodem z najgorszych sennych koszmarów, w których prawa natury nie obowiązują. Choć w poprzednich książkach autor też korzystał z pewnych nadprzyrodzonych zjawisk, tutaj ta fantastyka jest najbardziej wyrazista, a szybkość akcji sprawia, że nie ma aż tylko przystanków na wrażenia ogólne, refleksje.
“Nigdy by nie zauważyła, jak przerażająca jest większość telewizyjnej zawartości, gdyby nie musiała spojrzeć na nią oczami wrażliwego dziecka.”
Jednak obraz to tylko warstwa wierzchnia, która dobrze oddaje siłę wyobraźni. Bo wyobraźnia ma tutaj ogromne znaczenie. Jej bezkres, jej moc, jej wpływ na to, jak postrzegamy rzeczywistość, jak odbieramy codzienność i wszystko, co po drodze nas spotka. Ważne jest też rozróżnienie tego, jak działa wyobraźnia dziecka a dorosłego, w jaki sposób w zależności od wieku odbieramy innych, interpretujemy emocje. Emocje bardzo skrajne, poczynając od szczęścia, radości, miłości po ten najgorszy, najbardziej paraliżujący strach. I to drugi ważny punkt tej powieści. Strach, lęk. Autor bardzo dokładnie przygląda się, w jaki sposób ta emocja potrafi zawładnąć dzieckiem i dorosłym, w jaki sposób się pogłębia, jak wraz z nieograniczoną wyobraźnią potrafi niszczyć to, co dobre. Nie brakuje tu prób poradzenia sobie z lękiem, ale też refleksji nad tym, czy tak naprawdę lęku da się w ogóle pozbyć. Czy życie nie wiąże się nierozerwalnie z tą emocją? Czy nie polega nie na tym, by lęku się wyzbyć, a by odpowiednio na niego reagować, przekształcać go w pozytywną moc? Ale czy to jest w ogóle możliwe?
“- To takie łatwe! “Przestań się bać!”... kazałaś mi. Byłem tylko małym dzieckiem, ty jesteś dorosła. Nie powinnaś mieć z tym problemu!
Ależ dorośli nie mają takich mocy, chce go przekonać Jess. Nasze strachy są zbyt wielkie. Zbyt bezkształtne. Nie tak proste jak potwór w ciemnościach. Niepewność. Lęk. Trauma. Kariera. Naciski społeczne. Pieniądze. Miłość. Polityka. Tożsamość. Zdrowie. Hipochondria. Jak zwalczyć takie strachy? Jak…”
Trzecim ważnym zagadnieniem powieści jest wątek ojcostwa. Co zwróciło moją uwagę, jak niewiele jest powieści poruszających ten temat. Dlaczego ojców uważa się za mniej ważnych od matek? Wydaje się, że w relacji rodzic - dziecko to oni mają trudniej, trudniej jest im znaleźć właściwe sobie miejsce. To ojcowie często są nieobecni, odseparowani, czasami w ogóle ich nie ma, a czasami nawet jeśli są, nie są w stanie poradzić sobie z emocjami dziecka. Kobietom w jakiś sposób przeważnie wychodzi to lepiej. Ale co jest lepsze - ojciec nieobecny, czy ojciec, który nie potrafi uporządkować emocji - swoich i dziecka? Oczywiście to wszystko to pewna generalizacja, niemniej jednak ma swoje podstawy w rzeczywistości.
“Mężczyzna będzie miał jeszcze wiele okazji, aby pokazać swoje prawdziwe oblicze - spieprzyć wszystko, wściec się, zniecierpliwić, zacząć użalać się nad sobą. Jeśli faktycznie jest potworem, potwory się nie zmieniają.
Ale ojcowie czasem tak. Prawda? Czasem…”
W tym wszystkim jednak nie brak miłości rodzicielskiej. Miłości, która przedstawia się bardzo różnie. Może być uczuciem cudownym, w którym jest miejsce na zrozumienie, bezpieczeństwo i po prostu przyjaźń. Ale może być też koszmarem niezrozumienia, uwiązania, w którym brak możliwości znalezienia wspólnego języka staje się czymś, co negatywnie naznacza na całe życie. Jest też jeszcze jedna strona medalu - co, kiedy tej miłości zabraknie? Jak przejść taką żałobę?
“(...) choć dzieci są niezwykle skłonne do strachu - nic nie może się równać z siłą ich miłości. Prawda?
Ona też kiedyś taka była. Kochała tak mocno, że czuła fizyczny ból, gdy jej uczucia nie były odwzajemnione.”
Bez wątpliwości ilość wątków do refleksji w tej historii robi wrażenie, wróćmy jednak jeszcze na chwilę do bazy, do elementów fabuły, do postaci. Bo i tu autor gra na pewnych kulturowych, a raczej popkulturowych stereotypach. Były wojskowy, agenci FBI, aktorka, dziecko - to postacie, które przewijają się przez kultowe filmy i seriale gatunku grozy. Zresztą widoczne jest to nie tylko w postaciach, ale i detalach fabularnych - powtarzalnych gestach, pewnych zachowaniach, decyzjach, które popychają do przodu akcję. Autor ewidentnie bawi się gatunkiem i robi to w sposób bardzo sprawny, choć mam wrażenie, że momentami zdarza mi się nieco za mocno naciągać fabułę, jak choćby w postaci chłopca, który nawet, jeśli dużo w swoim pięcioletnim życiu przeszedł, to i tak czasami reaguje nie całkiem odpowiednio do wieku.
“Sekunda wiary.
Nieskażonej przez doświadczenie. Czy to w ogóle realne? Żyć na tym świecie i nie bać się ani trochę? Czuć turbulencje i nie wyobrażać sobie, że samolot runie? Mieć jako osoba nadzieję równie silną jak dziecięce przerażenie?”
Nat Cassidy niewątpliwie ma dar snucia opowieści, które bazując na pewnych założeniach gatunkowych pod warstwą fabularną zdają się skrywać problemy społeczne, które w jakiś sposób dotyczą każdego z nas. Autor nie ukrywa, że te trzy jego powieści: “Mary”, “Pisklęta” i “Kiedy wilk wróci do domu”, to jego sposób na poradzenie sobie z własnymi emocjami, własnymi przeżyciami, sposób na ich uporządkowanie, ale są to emocje uniwersalne, które prawdopodobnie każdy z nas na jakimś etapie swojego życia odczuje. W “Kiedy wilk wróci do domu” to strach, ten wszechogarniający, paraliżujący, który odczuwany w latach dziecięcych wywołuje reakcje fizjologiczne, w latach dorosłych paraliżuje emocjonalnie, decyzyjnie. To także opowieść o relacji rodzic-dziecko, przede wszystkim ojciec-dziecko, relacji często pomijanej, a równocześnie tak trudnej do jasnego określenia. To wszystko ubrane jest w dynamiczne, nadprzyrodzone motywy, głęboko zakorzenione w naszej popkulturze, z której autor czerpie garściami. Ale robi to w sposób charakterystyczny, świeży i przekonujący. To powieść mocna, czasami w swojej makabrze wręcz obrzydliwa, a równocześnie emocjonalnie poruszająca.
“Kto jest bohaterem twojej historii?”
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Książka w trzech formatach (papier, ebook i audiobook) dostępna jest na stronie muza.com.pl
- na hasło KRYMINALNATALERZU10 10% taniej (dotyczy całego asortymentu sklepu)!

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

kwietnia 15, 2026

"Malorie" Josh Malerman

"Malorie" Josh Malerman

Autor: Josh Malerman
Tytuł: Malorie
Cykl: Bird Box, tom 2
Tłumaczenie: Filip Sporczyk
Data premiery: 08.04.2026
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść grozy / postapo
 
Josh Malerman to autor powieści grozy, który na rynku amerykańskim znany jest już od ponad dekady, dokładnie od roku 2014, kiedy to ukazał się jego debiut pt. “Nie otwieraj oczu” (recenzja - klik!). Książka bardzo szybko przyciągnęła uwagę czytelników i krytyków, a nawet filmowców - Netflix wykupił prawa do jej ekranizacji i cztery lata po jej wydaniu ukazał się film. Jednak to nie zamknęło historii, jaką autor w niej opowiedział - jak sam przyznaje, pewien wątek przy pracy nad wersją finalną musiał wyciąć, by kilka lat później do niego powrócić. I tak w 2020 roku ukazała się kontynuacja “Nie otwieraj oczu” pt. “Malorie”. Oczywiście to nie jedyne książki, jakie autor napisał, teraz na koncie ma kilkanaście wydanych tytułów, udziela się też w innych obszarach sztuki - jest muzykiem, producentem i reżyserem filmowym.  
W Polsce jednak jedno nazwisko długo pozostało anonimowe. Chwilę po ekranizacji “Nie otwieraj oczu” wydany został jej pierwowzór i na tym się skończyło. Dopiero w 2025 roku, gdy Wydawnictwa Muza i Akurat rozpoczęły swoją nową serię grozy, jego nazwisko powróciło - i tak niecały rok później możemy się delektować już jego trzema tytułami: “Coś się dzieje w naszym domu” (klik), nowym wydaniem “Nie otwieraj oczu” i od tygodnia również “Malorie”.
 
Stan Michigan, od zagnieżdżenia się dziwnych stworów na Ziemi minęło siedemnaście lat, a jednak nadal ludzkość nie wynalazła sposobu, jak sobie z nimi radzić - ludzie nadal muszą żyć z zamkniętymi oczami, w strachu przed morderczym szaleństwem, do którego doprowadza za każdym razem jeden rzut oka na stwora. Malorie od dziesięciu lat zamieszkuje opuszczoną bazę wraz z dwójką swoich dzieci, szesnastolatków Olimpią i Tomem. Ich życiem rządzą ścisłe zasady, ciągłe “nie”, “nie wolno”, “to niebezpieczne”. Każdy dźwięk nadal w Malorie wywołuje strach, który stara się przenieść na dzieci - jeśli się nie boją, to mogą popełnić błąd, który będzie kosztować ich życie. I tak, gdy pewnego dnia na progu ich domu zjawia się mężczyzna, który twierdzi, że chodzi po kraju, spisuje ludzi, nazwiska i ich historię, Malorie krzykiem go przegania. A jednak za namową jej dzieci coś im zostawił - to kopia jego dzieła. Kiedy Malorie rusza na obchód, by sprawdzić, czy są już bezpieczni, czy mężczyzna na pewno sobie poszedł, jej dzieci siadają do lektury - a tam znajdują nie tylko informacje, jak radzą sobie inni ludzie, ale też nazwisko, które nie powinno się tam znaleźć. To coś, o czym Malorie musi wiedzieć, coś, co stanie się powodem, dla którego po tylu latach zacznie zastanawiać się nad ponownym ruszeniem w drogę…
“Pod opaską nie ma przeszłości i teraźniejszości. Linearność czasu gdzieś się zagubiła.”
Książka rozpisana jest na cztery tytułowane części, które składają się na trzydzieści jeden rozdziałów pisanych z kilku perspektyw: wiodąca nadal jest Malorie, jednak towarzyszą jej w tym również Tom i Olimpia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, jednak i tak jest to narracja wychodząca z wewnątrz - świat przedstawiony jest subiektywnie z perspektywy wspomnianych osób, tym, co czytelnika zaprząta, są ich myśli i reakcje na otoczenie i zdarzenia, jakie ich spotykają. Narracja prowadzona jest z ogromnym wyczuciem, w taki sposób, że najmniejszy gest wywołuje napięcie - autor tak buduje nastrój grozy, że strach jest na każdej ze stron powieści wręcz namacalny. Jak to robi? Na pewno spora w tym zasługa języka, budowy zdań - w odpowiednich momentach krótkie, urwane wypowiedzi dobrze podsycają nastrój. Język jest bardzo plastyczny, doskonale oddaje emocje - czasami padają mocne słowa, czasami pisane są dużymi literami, czasami przeszłość miesza się z teraźniejszością, a wspomnienia nie chcą zamknąć się we właściwej szkatułce pamięci. Ten napływ, wszystko to, co dzieje się w głowach postaci, doskonale, w perfekcyjnym rytmie oddają słowa.
“Ale czym jest szaleństwo (...) jeśli nie przeciwieństwem tego, co zwykłe?”
A z językiem, z narracją opowieści, nierozerwalnie związane są postacie, które swoimi zmysłami oddają nam to, czego same doświadczają. I te kreacje robią w powieści wrażenie największe - autor doskonale oddaje nie tylko charakter człowieka, który od dawna żyje w ciągłym napięciu, ciągłym strachu, pod dyktando obcych sobie zasad, ale też oddaje różnice pokoleniowe, które są nieodłączną częścią świata, tu jednak potraktowaną bardzo dosłownie - każde młode pokolenie ma wrażenie, że żyje w innym świecie niż rodzice, w tym wypadku autor przełożył to jeden do jednego, Tom i Olimpia faktycznie żyją w całkowicie innej rzeczywistości niż ich matka, gdy była w tym samym wieku. Każda myśl postaci, każda emocja, jaką czytelnikowi przekazuje wydaje się bardzo realna, podczas lektury ani na moment nie miałam wrażenia sztuczności - a oddać emocje są tak żywe, a czasami wręcz paraliżujące, jak tu, to nie lada sztuka.
“Wszyscy opierają swoje bezpieczeństwo na czyjejś teorii na temat tego, co jest bezpieczne, a co nie.”
Różnice pokoleniowe to tak naprawdę baza tej powieści. To na jej kartach zderza się doświadczenie Malorie z żywiołowością, z naturalnym buntem młodzieńczym, który wyraźnie przejawia Tom. Olimpia jest dużo bardziej racjonalna, ostrożna, mniej entuzjastyczna, wydaje się ostoją, a może mostem, który nieraz na powrót łączy jej lekko paranoiczną matkę z wyrywającym się do działania i wprowadzania zmian Tomem. Tom, jak wiele młodych ludzi, czuje potrzebę zmiany, chce być samowystarczalny, chce decydować o swoim życiu. W końcu zbliża się już do pełnoletności, może już sam wyciągać wnioski, prawda? Jego wyrywność stoi w kontraście do Malorie, która do teraz walczy z koszmarem wspomnień, która jest panicznie ostrożna - w końcu na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za życie nie tylko swoje, ale też dwójki młodych ludzi, to ona musi im przekazać wszystko, co wie, jak żyć bezpiecznie. Dla niej to niezbędne środki ostrożności, dla Toma paranoja. Wydaje mi się, że ten świat, jaki Malerman tu przedstawia, może być zwyczajną metaforą relacji rodzic - dorastające dziecko. Rodzic stara się przecież zawsze uchronić swoje dziecko przed niebezpieczeństwami świata - w tej powieści po prostu robi to dosłownie.
“Czy urodziłeś się w tym świecie, czy nie, ciągle słyszysz, jak było przedtem. A wtedy? Chcesz tego doświadczyć na własnej skórze.
Chcesz to zobaczyć.”
Poprzez tę opowieść autor zdaje się zadawać pytanie, co jest istotą życia - samo przetrwanie czy jednak doświadczenie tego życia w pełni? To mocno frasuje Toma, który całe swoje szesnastoletnie życie spędza pod dyktando surowych zasad, w których nie ma miejsca na przyjemności, jest tylko i wyłącznie ciągła czujność. Czy takie życie jest warte życia? Szczególnie kiedy nie wiadomo, czy przyszłość może przynieść coś innego?
“Na świecie są inni, którzy myślą tak jak on. Wiedzą, że szesnaście lat szybko przerodzi się w trzydzieści dwa, a trzydzieści dwa w sześćdziesiąt cztery, a… a potem… a potem całe życie przemknie zmarnowane, wyssane przez bezduszne, paranoiczne zasady narzucone przez te cholerne stwory!”
Fabuła powieści tak naprawdę do skomplikowanych nie należy, jednak to emocje postaci, ich dylematy sprawiają, że robi się w pełni absorbująca. Historia dobrze zgrana jest z “Nie otwieraj oczu”, a równocześnie bazuje na innych założeniach emocjonalnych, przez które nie wydaje się jej kalką. Czytelnik przez całą powieść utrzymywany jest w napięciu, autor perfekcyjnie ocenił, w których momentach potrzebne są twisty fabularne, by czytelnik ani na moment nie tracił uwagi. Sam finał może wywołać różne emocje, niemniej jednak w porównaniu do tempa całej powieści wydaje się dość szybki, jak zadanie, które autor po prostu chce odhaczyć. Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć - pasuje on do całości i dobrze historię Malorie i jej dzieci zamyka. To całkiem satysfakcjonujące zakończenie.
“Jak daleko trzeba iść, by dotrzeć do spokoju ducha? Zawsze “jeszcze trochę dalej”.”
“Malorie” to powieść, która, jak mi się wydawało, nie mogła się udać - przecież pomysł na “Nie otwieraj oczu” był tak oryginalny, że trudno byłoby zbudować autorowi coś podobnego, a równocześnie nadal absorbującego. A jednak mu się udało. Historia jest świetnym dopełnieniem losów postaci poznanych w jego debiucie, a mimo osadzenia w tym samym świecie, wydaje się inna - lęk pozostał ten sam, jednak środek ciężkości położony jest gdzie indziej. Teraz ciężar emocjonalny to nie odpowiedzialność młodej kobiety za dwójkę małych dzieci w nowym dla niej świecie, a kobiety mocno przez życie doświadczonej, która próbuje znaleźć sposób, by dotrzeć do dwójki młodych ludzi, którzy z natury są w wieku, w jakim muszą się buntować. Tu lęki wszystkich rodziców stają się realne - niebezpieczny świat naprawdę jest morderczy, więc jak pozwolić tym młodym ludziom żyć po swojemu? Josh Malerman po raz trzeci zaskoczył mnie tym, jak z abstrakcyjnego pomysłu może zrobić fabułę pochłaniającą, trzymającą w napięciu tak, że kartki podczas lektury przewracały mi się same, serce biło w tempie szaleńczym, by za chwilę wzruszyć mnie do łez. Tak, Josh Malerman to mistrz budowania napięcia poprzez genialne kreacje psychologiczne postaci! Kiedy następna jego książka na polskim rynku i dlaczego tak późno? ;)
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

stycznia 27, 2026

"Nie otwieraj oczu" Josh Malerman - recenzja przedpremierowa

"Nie otwieraj oczu" Josh Malerman - recenzja przedpremierowa
 

Autor: Josh Malerman
Tytuł: Nie otwieraj oczu
Cykl: Bird Box, tom 1
Tłumaczenie: Filip Sporczyk
Data premiery: 28.01.2026
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 320
Gatunek: cosmic horror / postapo
 
Josh Malerman to jeden z członków zespołu rockowego High Strung, który w czasie tras koncertowych napisał wiele powieści, zanim jednak odważył się pomyśleć o ich wydaniu, minęło trochę czasu. Stało się to w 2014 roku z historią skategoryzowaną jako cosmic horror - podgatunek grozy, w którym tym, co przeraża, jest coś niepojętego i niezrozumiałego dla ludzkości. To właśnie “Nie otwieraj oczu”, książka, która szybko okazała się sensacją na rynku anglojęzycznym, doczekała się nagród i ekranizacji, ukazała się na Netflixie pod koniec roku 2018. Choć może bardziej odpowiednim określeniem będzie “oparta o”, bo sam film mocno odbiega od oryginału, o czym dopiero teraz mogłam się przekonać! Książka “Nie otwieraj oczu” w Polsce ukazała się po raz pierwszy po premierze filmu, w 2019 roku i długo była jedyną powieścią Malermana dostępną na naszym rynku. W końcu zmieniło to Wydawnictwo Akurat, które w poprzednim roku wydało najnowszą powieść autora “Coś się dzieje w naszym domu” (recenzja - klik!), teraz wznowiło “Nie otwieraj oczu”, a już na kwiecień zapowiedziało kontynuację tej historii w powieści “Malorie” (w oryginale wydaną w 2020 roku).
 
Przedmieście Detroit, październik. Od ponad czterech lat zbliżająca się do 30-tki Malorie jest zamknięta w jednym domu. Mieszka tam z dwójką swoich dzieci, teraz czterolatków, które wyszkoliła tak, że słyszą każdy szmer. Bo słuch jest im ogromnie potrzebny - właśnie postanowiła, że to dzisiejszego ranka ruszają w drogę, która może okazać się dla nich zabójcza, ale, jeśli się im powiedzie, w końcu poprawi warunki ich życia i zmniejszy natężenie strachu, które tak dotkliwie odczuwają mieszkając samotnie. Szkopuł w tym, że całą trasę muszą pokonać ufając tylko swojemu słuchowi - pod żadnym pozorem nie mogą otworzyć oczu, bo tam, na zewnątrz, czai się coś, co, gdy tylko znajdzie się w zasięgu wzroku, powoduje utratę zmysłów i szaleńczą, bezwzględną śmierć. A przecież Malorie zrobiła już tak wiele, by w trójkę przeżyli… Czy teraz naraża ich niepotrzebnie na śmierć? Czy mają jednak szansę osiągnąć swój cel?
“Po latach powtarzania, jak ważne jest słuchać, jak wielkie znaczenie ma nadstawianie uszu, czasami wydaje jej się, że dzieci potrafią usłyszeć nawet jej myśli.”
Książka rozpisana jest na czterdzieści trzy rozdziały, w większości pisane z perspektywy Malorie w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego. Akcja toczy się w dwóch naprzemiennych czasach: teraz, podczas ich wyprawy oraz pięć lat wcześniej, w chwili, gdy Malorie odkryła, że jest w ciąży, a równocześnie świat zaczął coraz głośniej huczeć o niewytłumaczalnych, agresywnych przypadkach morderstw i samobójstw. Książka pisana jest prostym językiem, krótkimi zdaniami, a myśli, które Malorie wypowiada w swojej głowie, są pisane kursywą. A jednak w tym prostym stylu autora jest coś takiego, że książkę czyta się z zadziwiającą szybkością i płynnością - dzięki czemu te trzysta stron można połknąć dosłownie w ciągu jednego dnia.
 
Wygląda na to, że Josh Malerman już od swojego debiutu doskonale operuje emocjami czytelnika. “Nie otwieraj oczu” zbudowane jest tak, że po początkowym niepokoju, odczuwamy coraz większy strach - jednak nie jest on wywoływany czymś fizycznym, namacalnym, a wręcz odwrotnie, tym, czego nie widać, czymś, czemu nie można ufać, czymś, co wywołuje w ludziach potworne zmiany prowadzące do śmierci wszystkich, którzy są wokoło. Autor doskonale opisuje sytuacje grozy, w których każdy szmer, każdy głośniejszy oddech, przyprawia o palpitację serca. Historia, która podzielona jest na dwa czasy naprzemiennie się ze sobą przeplatające, dobrze utrzymuje ciekawość czytelnika: rozdziały z Malorie przeprawiającej się przez rzekę wraz z dziećmi są krótka, pełne matczynego strachu, a pomiędzy nią poznajemy jak w ogóle cała ta sytuacja się zaczęła i jak to się stało, że Malorie została sama z dwójką małych dzieci w domu od dawna naznaczonym przerażającym rozlewem krwi…
 
Tutaj strach nie bierze się jednak z makabry, brutalności. Tu ma on podłoże psychologiczne. Autor doskonale oddaje ludzki charakter w sytuacji kryzysowej, w sytuacji, gdy życie ludzkości jest zagrożone - teraz, kiedy w pamięci ciągle jeszcze mamy pandemię koronawirusa ten strach jest dla nas dużo łatwiejszy do wyobrażenia. Podczas naszej pandemii jednak, choć baliśmy się nieustannie o zdrowie najbliższych, mogliśmy się wspierać, działać razem, w sytuacji, którą wymyślił Malerman, każdy może okazać się śmiertelnym zagrożeniem. Bo jak wiedzieć, komu ufać, kiedy nie można patrzeć? Jak żyć, w ciągłym poczuciu zagrożenia, strachu, że to, co niewiadome, jednak przedrze się do domu i spowoduje śmierć tych, na których zależy nam najbardziej?
 
 
Kiedy ludzkość staje w obliczu takiego kryzysu, są dwa wyjścia - walczyć albo uciekać, starać się coś zrobić, albo zostać w tym miejscu, w którym się jest. Bo czy nie lepsze więzienie znane niż potencjalna, ale mocno niepewna wolność? Dylemat Malorie jest jednak jeszcze głębszy, bo tam, gdzie się udaje, wcale nie czeka na nich wolność prawdziwa - to po prostu większa szansa na przeżycie. A czy coś takiego warte jest narażania jej własnych dzieci, które i tak nie znają życie innego niż te samotne, w zamkniętym, ciemnym domu? W retrospekcjach z kolei przyglądamy się grupie ludzi, którzy obrazują różne podejścia - jedni szukają nowych rozwiązań, drudzy poddają się po prostu nowej sytuacji, istnieją, bez próby poprawy własnej sytuacji. Które podejście jest lepsze, bardziej odpowiedzialne, właściwsze?
“Czas w zasadzie przestał mieć znaczenie, ale jego upływ i liczenie dni sprawia, że zachowujemy rutynę. Przypomina o życiu, które wiedliśmy wcześniej.”
Wyprawa Malorie to równocześnie też pytania o macierzyństwo. Macierzyństwo w świecie, w których dzieci, by zagwarantować im przetrwanie, trzeba tresować, jak psy. Czy coś takiego nie odczłowiecza, czy w takich warunkach można w ogóle mówić o miłości matczynej? Malorie nie potrafi pozbyć się tego pytania z głowy: czy jestem dobrą matką? Czy w ogóle utrzymywanie dzieci przy życiu w takiej sytuacji jest czymś, co faktycznie powinno się zrobić? A może ich śmierć byłaby darem łaski? Bo co to za życie, w którym cały czas spędzać trzeba w zamknięciu, w ciemności, bez możliwości doświadczenia tego cudu świata, w jakim jeszcze tak niedawno żyła ich matka?
 
Choć historia z biegiem fabuły się rozwija, a do ciągłego napięcia czytelnik mimo wszystko w jakiś sposób się przyzwyczaja, zainteresowanie przez całą lekturę zostaje utrzymane na wysokim poziomie. Twisty fabularne, pełne napięcia sceny są dawkowane odpowiednio tak, że nie doświadcza się tu uczucia przesytu, a finalne rozwiązanie, choć racjonalnie można jest podawać w wątpliwość, jest tak podane, że w żadnym razie się go nie kwestionuje - bo tak naprawdę nie ono jest ważne, a emocje z jakimi się wiąże, emocje, jakie przedstawiają sobą w danym momencie postacie.
 
Przyznaję, że jestem pod wrażeniem, że już w swojej pierwszej wydanej powieści Josh Malerman tak doskonale operuje napięciem, uczuciem niesprecyzowanego lęku - choć niewiele horrorów wzbudza we mnie faktyczny lęk, podczas lektury tego ciemną nocą naprawdę bałam się wstawać z łóżka. Co więcej, tym, co ten lęk wzbudza, nie są tak naprawdę potwory, a coś, niesprecyzowanego, coś, co jakoś na człowieka wpływa - czy to stwory, czy coś niewidzialnego, czy jeszcze coś innego? Nikt tak naprawdę tego nie wie, a przez to strach jest jeszcze większy, bo przecież skąd mamy spodziewać się zagrożenia? W takiej sytuacji każdy najmniejszy szmer jest potencjalnym zagrożeniem, a to sprawia, że żyje się w ciągłym napięciu. Autor doskonale oddaje te emocje, przez co czytelnik cały czas zastanawia się, jak sam postąpiłby w takiej sytuacji? W poczuciu zagrożenia, w grupie, w samotności? Historia jest dobrze rozpisana, dobrze zbudowana, tak że ani na moment nie nudzi, co sprawia, że lektura upływa w tempie ekspresowym. Josh Malerman już drugi raz zaskoczył mnie swoją twórczością i już nie mogę doczekać się, kiedy zrobi to ponownie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 26, 2025

"Slewfoot" Brom

"Slewfoot" Brom

Autor: Brom
Tytuł: Slewfoot. Opowieść o wiedźmie
Tłumaczenie: Anna Standowicz-Chojnacka
Data premiery: 12.11.2025
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 512
Gatunek: folkowy horror historyczny / fantastyka
 
Brom to nazwisko i przydomek amerykańskiego szeroko uzdolnionego artysty Gerarda Broma. Już pod koniec lat 80-tych XX wieku Brom zaczął swoją działalność jako ilustrator - początkowo pracował dla dużych amerykańskich koncernów, kilka lat później zaczął kierować się w stronę tego, co faktycznie sprawia mu frajdę - w stronę mrocznej fantastyki. Swoje talenty wykorzystywał w różnych dziedzinach: grach planszowych i komputerowych, filmach, a także w powieściach grozy, które zaczął pisać w pierwszych latach tego tysiąclecia. Każda jego książka to niepowtarzalna przygoda, każda osadza się w nieco innym nurcie, ale każda charakteryzuje się pełną oprawę graficzną jego autorstwa. “Slewfoot” to jego szósta z siedmiu do tej pory wydanych powieści, w oryginale ukazała się w 2021 roku, a na polskim rynku jest pierwszą, która zapoznaje nas z twórczością tego autora.
 
Północny-wschód Ameryki, Nowa Anglia, osada Sutton, wiosna 1666 roku. Dwa lata temu do tamtejszej purytańskiej społeczności dołączyła młoda Abitha - przypłynęła ze starego kontynentu, by zawrzeć związek małżeński z Edwardem, jednym z tutaj mieszkających mężczyzn. Ich małżeństwo pozbawione jest pasji, która tak tępiona jest wśród purytanów, a jednak Edward jest dla Abithy dobry, co sprawia, że zaczynają tworzyć parę na równych zasadach - w zaciszu swojego oddalonego od reszty społeczności domu. A kiedy już są o krok od spłaty farmy, na której mieszkają, już za moment mają zyskać własną ziemię, coś się dzieje - najpierw znika ich kozioł Samson, a później ginie sam Edward. Obydwu zabrała ciemna jaskinia, w której Abitha wyczuwa mroczne moce - coś tam nabiera kształtów, coś budzi się do życia…
 
Książka rozpisana jest na szesnaście rozdziałów toczących się na przestrzeni sześciu miesięcy i epilog. Każdy z rozdziałów dzielony jest na krótsze fragmenty, a perspektyw jest kilka - zarówno tych magicznych, jak i ludzkich: są przedstawiciele leśnego ludku, jest istota zwana przez nich Ojcem, a przez Abithę Samsonem, jest i sama Abitha, jak i inni mieszkańcy wioski - przede wszystkim znienawidzony przez nią szwagier Wallace. Narracja każdego z nich prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, oddaje nie tylko zdarzenia, ale i emocje, i myśli postaci. Język powieści jest bardzo subtelnie stylizowany na taki, jakim posługiwano się dawniej, jednak zmiana jest naprawdę niewielka, to zaledwie kilka inaczej brzmiących czy zapisanych słów. W żadnym razie nie utrudnia to odbioru lektury, całość czyta się bardzo gładko, bez rytmicznych potknięć. Początkowo może fragmenty nasycone wątkami magicznymi wymagają nieco więcej skupienia, później jednak i one przybierają bardzo łatwo przyswajalną formę - kiedy już wiemy mniej więcej kto jest kim i co się dzieje.
 
Na wstępie wspomniałam, że autor dba również o stronę graficzną powieści, nie inaczej jest przy tym tytule - każdy rozdział otwiera niewielka grafika, każde oznaczenie strony ozdobione jest grafiką oka, a podział scen w rozdziałach grafiką pająka. W samym środku powieści znajduje się wklejka z pełno stronicowymi ilustracjami głównych bohaterów powieści. Wszystkie ilustracje utrzymane są w gotyckim, mrocznym stylu.
“(...) czasami bywa wiele prawd.”
W “Slewfoot” autor łączy ze sobą dwa światy: świat ludzki dobrze osadzony w realiach historyczno-religijnych i świat magiczny, świat prastarych istot. Do takiego połączenia świetnie wybrał czas, bo to właśnie wtedy kultura rdzenna mieszała się z kulturą najeźdźców, białych ludzi. To oni przejęli tę ziemię we władanie, zniszczyli życie, jakie funkcjonowało tam dotychczas, wyparli starą wiarę. W czasie, kiedy toczy się akcja, Ameryka była jeszcze ciągle kolonizowana, pionierzy osiedlali się na obcych terenach i próbowali uprawiać tamtejszą niechętną temu ziemię. I właśnie na takich terenach powstało Sutton, a farna Abithy i jej męża okupiona została ciężko pracą, by faktycznie dało się coś na niej hodować. Niemniej jednak uwagę czytelnika przyciąga coś mocniej – te żelazne zasady, jakimi kieruje się społeczność purytanów. To bardzo skrajny odłam religii chrześcijańskiej, gdzie kobiety traktowane są jak ludzie niższej kategorii, nie mają głosu, muszą ukrywać swoje ciała, których pokazanie choć skrawka od razu uznawane jest za zachętę do grzechu…
“Próbuję postępować właściwie… tylko jakże trudno stwierdzić, co jest właściwe.”
I właśnie w takim świecie żyje Abitha, młoda dziewczyna, którą matka zachęcała do własnej indywidualności, do czerpania z życia radości. Abitha wierzy w Boga, a jednak nie potrafi podporządkować się zasadom społeczności, które uważa za niepotrzebnie krępujące - bo co z tego, że spod czepka wystaje jej kosmyk włosów? Ta dziewczyna chce się czuć wolna, chce o sobie decydować, jednak ani miejsce, ani czasy jej w tym nie sprzyjają…
“Na świecie jest tyle radości, trzeba ją tylko znaleźć.”
Przyznam, że postać Abithy nasunęła mi na myśl Hioba. Po śmierci Edwarda doświadczana jest na wiele sposobów, a jednak jej duch pozostaje czysty. Abitha posiada tę nadzwyczajną zdolność oddzielenia ludzi od religii i choć ludzie ją raz za razem rozczarowują, to wiary w Boga nie traci. Jej podejście jest otwarte, nastawione na czynienie dobra, na czerpanie dobra z natury. Tylko że w tamtych czasach mogło to być uznane za czary… Abitha nie ucieka też przed swoją cielesnością, nie traktuje ciała jako coś od ducha odrębnego, grzesznego. Wśród takiej społeczności, w ogóle w czasach, w jakich autor ją osadził, prezentuje sobą bardzo nowoczesne podejście. A jednak to, co są spotyka, to, co czynią jej inni ludzie, sprawia, że zaczynamy się zastanawiać ile człowiek jest w stanie znieść, do jakiej skrajności nienawiść i egoizm innych może człowieka popchnąć i czy tak naprawdę każdego można złamać?
“Niestety nigdy nie wiesz, że to najlepsze czasy, póki nie miną, póki ich nie stracisz. (...) Nic nie trwa wiecznie, nawet księżyc i gwiazdy.”
Obok Abithy występuje Samson/Ojciec, istota magiczna, która ukazuje się w postaci czegoś na kształt kozła. I choć wszystkie jego atrybuty wskazują na to, że to sam diabeł, to jednak nie jest to postać dogłębnie zła. To istota pełna skrajności, zdolna i do miłości, i do najwyższego okrucieństwa. Równocześnie jest zagubiona, niepełna, ciągle szukająca odpowiedzi na to, kim jest, szukająca w swojej duszy tego zła, które wskazywałoby na diabła, a jednak go tam nie znajdująca - woli czynić dobro, mimo że przecież czasem zabija. Ale czy robi to, bo chce, czy w imię wyższego dobra? Samson obok restrykcyjnych purytan przynosi do powieści temat wiary - to postać ciągle się zastanawiająca. Kim jest bóg, a kim diabeł? Co to znaczy dobro, a co znaczy zło? I co przynosi, co daje wiara?
“- Czy bóg może być jednocześnie pogromcą i pasterzem? Może nagradzać i dręczyć? Czy też wasz bóg czyni jedynie dobro?
Abitha już miała odpowiedzieć, że tak, lecz przypomniała sobie treść trzymanej na kolanach księgi.
- Nie, chyba nie. Nas Pan, Bóg, zatopił cały świat i sprowadził nań plagi, a tych, którzy go obrażają, skazuje na wieczne męki. Być może wszystko zależy od tego, jak się definiuje dobro.”
To dwie postacie pierwszoplanowe, głębokie pod względem psychologicznym, mimo okoliczności nie pozwalające się wpisać łatwo w schemat. Reszta jest już bardzo oczywista do przypisania pomiędzy dobrem a złem, a wyjątkowo jasny jest czarny charakter powieści - to Wallace, człowiek przesiąknięty egoizmem, manipulator, który potrafi naginać innych do swojej woli. Piękne słówka i chciwość niestety prowadzą wszystkich do prawdziwej katastrofy…
“Jeśli ostatnią rzeczą, którą zrobi przed śmiercią, będzie zabicie tego nikczemnika, to umrze szczęśliwa.”
W powieści ważna jest też sama natura, przyroda. To ta ziemia, którą człowiek próbuje zawłaszczyć, sobie podporządkować. We wspomnieniach leśnych ludków doświadczamy okrucieństwa człowieka, tej chęci posiadania, która niszczy wszystko. A czy nie lepiej byłoby świat traktować jak jedność, jak jeden żywy organizm, w którym każdy ma rację bytu? To najważniejszy wydźwięk tej powieści.
“Prawda, którą wówczas ujrzała, w końcu stała się dla niej jasna jak słońce. ‘Wszystkie te oczy, wszyscy ci bogowie są częścią tego samego. Matka Ziemia, Chrystus, wszystkie religijne sekty z całego świata, słońce, ziemia, planety, księżyc, gwiazdy, ludzie i zwierzęta, bogowie i diabły, wszystkie istnienie. Wszystko jest jednym!’”
Poza jasnymi refleksjami wynikającymi z fabuły powieści, w „Slewfoot” można zajrzeć głębiej, potraktować metaforycznie – bo czyż nie jest to przypowieść o miłości? Czy oddanie komuś serca nie jest aktem wiary? Czy pojawiające się tu czary, to nie po prostu uniesienia miłosne? Relacja Abithy z Samsonem, ich naprzemienne niepewności i wahanie można zinterpretować jako rozterki, do których dochodzi w każdym związku. Sam finał też dobrze wpisuje się w tę interpretację.
“(...) Jak mam nie być nieufna, jak mam się nie bać, że diabeł bądź demon z ciebie? Że jeśli dam ci z siebie zbyt wiele, to posiądziesz mą duszę? Czyż nie jest to słuszne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że sam nie wiesz, kim jesteś?”
“Slewfoot” z osadzonej w czasach kolonialnych biblijnej hiobowej opowieści przeradza się w historię o magii i zemście. Zemście, do której popycha sam człowiek swoją hipokryzją, chciwością i egoizmem. Autor zgrabnie łączy wątki magiczne z historycznymi mocno podlewając to wszystko tematyką wiary - pyta czy żelazne zasady na pewno są tym, czym powinna się religia charakteryzować, czy może jednak otwartość i dobro powinny być tym, co niezależnie od wyznawanej religii, powinno ludzi napędzać. To magiczna opowieść niosąca uniwersalne refleksje, ale i momentami przerażająca - nie brak w niej dziwności, w niektórych momentach wręcz makabry. Wszystko to oparte jest o znane motywy - w końcu mściciele, czarownice i diabelskie kozły to coś, co wszyscy dobrze znamy, a jednak poprzez połączenie historii i magii sprawia, że opowieść nie daje wrażenia powtarzalności, a budowania czegoś nowego z tego, co znane. Choć sama nadal uważam, że wątki fantastyczne i motyw krwawej zemsty to nie do końca moja bajka, to jednak doceniam kunszt i wyobraźnię autora, i z pewnością będę wypatrywać polskiego tłumaczenia jego pozostałych powieści!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 07, 2025

"Diabeł i pani Davenport" Paulette Kennedy

"Diabeł i pani Davenport" Paulette Kennedy
Autorka: Paulette Kennedy
Tytuł: Diabeł i pani Davenport
Tłumaczenie: Ewa Skórska
Data premiery: 22.10.2025
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść grozy / thriller psychologiczny / historyczny
 
“Diabeł i pani Davenport” to trzecia z czterech książek amerykańskiej autorki Paulette Kennedy, które ukazały się na jej rodzimym rynku, jednak pierwsza jaka została przetłumaczona na polski. Jej debiut z 2021 roku zdobył nagrodę HNS Review Editor's Choice Award, a każdy z tytułów został doceniony przez największe czasopisma literackie. Autorka dobrze czuje się w powieściach o charakterze gotyckim, jest zapaloną miłośniczką historii, a gdy już zgłębia się w badania nad interesującym jej tematem, oddaje mu się w pełni i po prostu znika na co najmniej kilka godzin… “Diabeł i pani Davenport” to historia osadzona w jej rodzinnych okolicach, w Ozarks, w latach 50-tych XX wieku. Mocną inspiracją do jej powstania była twórczość Shirley Jackson, Daphne du Maurier też odcisnęła na niej swój ślad.
 
Jesień rok 1955, niewielka miejscowość Myrna Grove w Ozarks. 27-letnia Loretta od jedenastu lat jest żoną Paula, wykładowcy specjalizującego się w naukach biblijnych na pobliskim uniwersytecie. Prowadzą pobożne życie, mają dwójkę dzieci, którymi głównie zajmuje się ona, mąż, jak na ówczesne standardy, zapewnia rodzinie potrzebne finanse. Teraz jednak Loretta się rozchorowała, mąż musiał zająć się przez kilka dni dziećmi, co wywołało w nim wyraźną irytację. Choroba jednak przyniosła coś nowego - Loretta zaczyna słyszeć czyjś głos, kogoś, kogo nie ma… Po konsultacji z lekarką, zostaje skierowana do doktora specjalizującego się w parapsychologii, jednak Paul od razu to wyśmiewa, to przecież nie jest zgodne z jego wizerunkiem poważnego wykładowcy, jak i ich własną wiarę. To grzech! Loretta jednak coraz wyraźniej coś słyszy i widzi, aż w końcu orientuje się, że kontaktuje się z nią zaginiona przed kilkoma dniami dziewczyna, wskazuje, gdzie leży jej ciało… Kiedy jej wizja się potwierdza, Loretta nabiera przekonania, że jest to dar, który może być przydatny, jednak by trzymać go w ryzach potrzebuje pomocy z zewnątrz - a taką może dać jej tylko polecony psycholog.
“Pomyślała o tym, co napisała dzisiaj rano, o wszystkich swoich najlepszych słowach, które, złączone w całość, tworzyły drogę: drogę, która pewnego dnia zaprowadzi ją w nowe miejsce.”
Książka rozpisana jest na 39 rozdziałów, których akcja toczy się głównie w jesienno-zimowych miesiącach, 2 interludia oraz epilog, a na koniec dostajemy jeszcze kilka słów od autorki o podstawach literackich i historycznych, jakie posłużyły jej do powstania tej powieści. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego w rozdziałach i w czasie teraźniejszym w interludiach - całość oddana jest z perspektywy Loretty z budzącą podziw psychologiczną głębią. Język, jakim powieść jest pisana, jest subtelnie stylizowany na ten, jakim posługiwano się w ówczesnych czasach, z zachowaniem form grzecznościowych i innych charakterystycznych cech widocznych szczególnie w dialogach. Mimo to książkę czyta się bardzo płynnie, bez najmniejszych potknięć, a dialogi wypadają bardzo naturalnie. Kiedy historia skupia się na psychologicznych aspektach można wręcz zapomnieć, że akcja nie toczy się współcześnie, kiedy z kolei uwaga przenosi się na detale codzienności, realność tamtych lat jest wręcz uderzająca.
“(...) to, co dzieje się w pani domu, nie jest ani dobre, ani normalne, i powinna pani o tym wiedzieć. Jest “normalne” tylko dla pani, ponieważ jest pani przyzwyczajona i nie zaznała niczego innego.”
Mimo że książka wydana została w serii grozy, to jednak nie można uznać jej za typowego przedstawiciela tego gatunku. Tutaj paranormalne umiejętności, które objawiają się głównej bohaterce są tylko pretekstem, a nawet zwyczajną metaforą cichej rozpaczy codzienności kobiet żyjących w toksycznych związkach nie tylko w czasach, w których toczy się akcja, ale i teraz, współcześnie. Zresztą i w samym wątku paranormalnym, autorka bazuje na zbrodniach prawdziwych - w tej okolicy w Ozarks faktycznie doszło do wielu niewyjaśnionych zbrodni na kobietach, a to właśnie z nimi kontaktuje się Loretta. Groza jest tutaj więc bardzo subtelna, przez większą część czasu praktycznie niezauważalna…
“(...) teraz widziała duchy takimi, jakimi były naprawdę: skrzywdzeni ludzie, którzy potrzebowali jej pomocy.”
No chyba że mówimy o grozie, jakim jest życie w toksycznym, rozpadającym się, przepełnionym niezrozumieniem i egoizmem z jednej strony, z drugiej uległością związku. Zaczyna się niepozornie, główna bohaterka nawet nie zauważa, że w takim żyje, czytelnik też z początku nie dostrzega czerwonych flag. Bo przecież to jej normalna, zwyczajna codzienność, prawda? Dopiero po ujawnieniu się jej mocy, dopiero gdy zaczyna szukać dla siebie pomocy, jej postrzeganie się wyostrza, a my dokładnie zgłębiamy się w kolejne fazy związku przemocowego, w którym to niekoniecznie przemoc fizyczna jest tym, co wyrządza najwięcej psychologicznych szkód. Autora dba o każdy detal, tłumaczy dokładnie każdą decyzję głównej bohaterki tak, że czujemy jej wszystkie emocje - a nie są to emocje dobre.
“Ludzie często zakładali, że uśmiech oznacza szczęście. A przecież uśmiech może być również maską. Lepszą niż taka z papieru albo plastiku.”
Ale i na dobro w jej życiu jest przecież miejsce. Sama, dzięki swoim nowym zdolnościom, może pomagać innym, może pomagać policji w nierozwiązanych dotąd sprawach, przynieść rodzinom zmarłych czy zaginionych ukojenie. To subtelny wydźwięk kryminalny tej powieści, ale ważny, bo dzięki temu bohaterka zaczyna rozumieć, że i ona ma coś temu światu do zaoferowania. A to znaczy, że musi o siebie walczyć.
“Jak to możliwe, że nie widziała wcześniej głębi swojego nieszczęścia? Jak to możliwe, że te wszystkie, tak podobne do siebie taka, tak szybko upłynęły? Kiedy pogodziła się z zanegowaniem jej własnych pragnień, z frymarczeniem swoimi zasobami. Jej ciało stało się jedyną walutą w małżeństwie z człowiekiem, którego, jak się zdawało, przez większość czasu po prostu irytowała.”
Kreacja psychologiczna Loretty nie jest nachalna, ale perfekcyjnie skonstruowana. To przecież młoda kobieta, która w związek i dorosłe życie weszła, kiedy sama była dzieckiem. Jej przeszłość jest skomplikowana, pełna poplątanych emocji, dzięki którym tym bardziej rozumie, co czują kobiety, które się z nią na poziomie spirytualnym kontaktują. Jednak teraz to przede wszystkim matka, której dobro dzieci jest najwyższym priorytetem. Która nieustannie zastanawia się, czy to, co robi, faktycznie jest tym, na co zasługują jej dzieci. To kolejne spojrzenie na toksyczny związek, w który uwikłane są przecież również i dzieci.
“Zawsze zaczyna się od kontroli: finansów, decyzyjności, czasu. Potem ograniczenia stają się coraz bardziej ekstremalne, aż wreszcie mogą doprowadzić do śmierci. Musi pani zdać sobie z tego sprawę.”
Większą część historii można określić jako dramat bądź thriller obyczajowy - towarzyszymy Loreccie w jej życiu, w jej codzienności, obserwujemy zmagania z nowymi umiejętnościami i to, jak w końcu zyskuje coraz większą samoświadomość jako kobieta. A jednak podskórnie czuć w tej historii cały czas niepokój - o jej los, o to, jak potoczy się jej życie. A kobieta w latach 50-tych XX wieku w Ameryce, miała zdecydowanie więcej przeszkód do pokonania niż teraz… Książka wzbudza ogromnie emocje, szokuje, wzrusza, sprawia, że czytelnik czuje się przez opowieść pochłonięty całkowicie, a to, co faktycznie znajduje się dookoła niego, znika.
“I poczułam współczucie dla duchów. Przeżywanie jeszcze raz tego wypadku, ze świadomością, że nie mogę zrobić nic, by go powstrzymać… Pewnie tak właśnie się czują, kiedy widzą cierpienie swoich bliskich. Nic dziwnego, że niektórzy z nich wpadają w desperację i zaczynają walić w garnki i patelnie. Nigdy nie czułam aż takiej bezradności.”
Tło historyczne jest równie ważne. Autorka zbadała dokładnie każdy aspekt życia kobiety zajmującej się dziećmi i domem w latach 50-tych XX wieku. Jakie miała możliwości, jakie prawa, jakie obowiązki. Co mogła, co musiała, co mógł w jej sprawie zrobić mąż. Jak wyglądała opieka psychologiczna tamtych lat, jak mocno wiara mogła ingerować w codzienne życie. Całe tło zbudowane jest na tym, co faktycznie kiedyś istniało, każdy detal oddany jest dokładny, oddany z precyzją i uwagą. I to robi wrażenie.
“- To prawda, dzieci wszystko komplikują. Człowiek czuje, że musi się starać, dbać o małżeństwo. Właśnie dla dzieci. (...)
-Wybacz, jeśli nie powinnam się wtrącać, Loretto, ale czy trwanie w nieszczęśliwym małżeństwie naprawdę będzie dla nich takie dobre? Czy nie powtórzą tych samych wzorców, gdy założą własne rodziny?”
“Diabeł i pani Davenport” to powieść, po skończeniu której trudno jest uspokoić emocje. Która porusza tak szerokie spektrum tematów, która jest tak dopracowana psychologicznie, ale i historycznie, że nie sposób w kilku akapitach omówić wszystkiego, co sobą niesie, jednocześnie nie zdradzając z fabuły za wiele. To historia o zwyczajnej kobiecie, która nagle orientuje się, że może wcale taka zwyczajna nie jest, że może jednak ma coś światu do zaoferowania. A czy nie jest to coś, co każda z nas powinna sobie uświadomić? Czy w latach 50-tych, czy teraz, nie musimy się godzić na usuwanie się w cień i zapominanie o siebie po to, by nie inny mieli miejsce na własne przerośnięte ego, a wręcz nie powinnyśmy tego robić. “Diabeł i pani Davenport” to książka wielowymiarowa, której warstwy można odczytywać i dosłownie, i metaforycznie. To opowieść o rozpadzie, zniszczeniu i powstaniu na nowo. Powieść grozy, powieść obyczajowa i historyczna, thriller psychologiczny, kryminał i dramat rodzinny. Coś, po co warto sięgnąć niezależnie który z tych wymienionych gatunków lubi się najbardziej. Na mnie dopracowanie każdego szczegółu powieści zrobiło ogromne wrażenie, wzbudziło w mnie takie emocje, że długo nie mogłam się jeszcze uspokoić po zakończeniu lektury, mimo tego, że autorka dała nam kilka ostatnich rozdziałów na wyciszenie. Świetna, poruszająca, głęboka psychologicznie historia! To kiedy polskie tłumaczenie którejś z pozostałych książek Pauletty Kennedy?
“(...) za długo byłam zagubiona w pragnieniach, w potrzebach innych ludzi.”
Moja ocena: 8,5/10 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!