Autor: S.J. Lorenc
Tytuł: Szmelc
Data premiery: 14.01.2026
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 368
Gatunek: powieść grozy / horror / thriller
S.J. Lorenc na polskim rynku literackim
pojawił się niedawno - debiutował w lutym 2025 thrillerem “Koniec mapy”,
którego akcja toczyła się daleko stąd, aż na Svalbardzie. Teraz, w “Szmelcu”,
swojej drugiej książce, zostaje na terenie znanym mu na co dzień - w Warszawie,
a opowieść opiera o swoją największą pasję - fotografię. W książce pobrzmiewają
też echa z jego ulubionych autorów - Stephena Kinga i Deana Koontza, jak i kina
grozy lat 80-tych i 90-tych XX wieku.
Do Warszawy po dwóch latach nieobecności na
prośbę swojego przyjaciela przyjeżdża Lucjan Stanisławski, w skrócie - Lucy. Okazuje
się jednak, że chyba zjawił się tam za późno – Piotra Zmory nigdzie nie ma. Gdzie
go szukać? W wydawnictwie magazynu modowego Fabryka mówią, że takie zniknęcia
dla Zmory są normalne, dają mu klucz do jego mieszkania i proszą o zastępstwo.
Czemu nie? I tak musi czekać na powrót przyjaciela… Czy jednak faktycznie
wróci? Mijają dni, Zmory nadal nie ma, a Lucy z nudów zaczyna przekopywać jego
mieszkanie… Aparaty analogowe, Polaroidy, ogrom fotografii - coś w tym
wszystkim jest niepokojącego, tylko co? W co wpakował się Zmora i czy
faktycznie ma jeszcze szansę wrócić?
“Nigdy się nie spodziewałem, że pustka może być aż tak przerażająca.”
Książka rozpisana jest na prolog, 54 zdjęcia i
epilog. Zmiana rozdziałów na zdjęcia jest zabiegiem nie tylko czysto językowym
- każde zdjęcie to uchwycone zdarzenie, chwila, które razem wcale nie są
ułożone chronologicznie, a czytanie ich kojarzy się z przeglądaniem
rozrzuconych zdjęć - raz sięgamy po opis chwili z teraz, raz wracamy do
przeszłości, do czasów zanim Lucjan z Warszawy wyjechał. Niektóre chwile to
zdjęcia w pewien sposób zakrzywiające rzeczywistość - coś rozmytego, na granicy
realności i snu. Z jednej strony daje to ciekawy efekt, z drugiej jednak
sprawia, że czytelnik często czuje się zdezorientowany - w jakim czasie
jesteśmy, w jakiej rzeczywistości się znajdujemy?
“Perfekcja jest nudna, życie nie jest doskonałe, niech żyją kurz i pyłki.”
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej
osobie czasu przeszłego, głównie z perspektywy Lucjana, jest jednak od tego
kilka wyjątków. Język dopasowany jest do środowiska, w jakim toczy się akcja -
artystów wszelkiego rodzaju, zatem i imiona, i sposób ich wypowiedzi czasami
odbiegają od tego, z czym spotykamy się na co dzień. Zresztą autor słowa
traktuje bardzo swobodnie - czasami sięga po takie, które wyszły już z użytku,
czasami przekształca je na własne potrzeby. W dialogach czy monologach
pojawiają się przekleństwa, momentami jest ich sporo, są też i nieco
brutalniejsze, bardzo dosadne opisy. Same dialogi w większości wypadają
naturalnie, czasami jednak, gdy rozmowa toczy się pomiędzy dwoma płciami,
wkrada się nutka sztuczności. Nie na tyle, by miało to utrudnić czytanie,
jednak w momentach, gdy jest kumulacja wszystkich “dziwności”, książka budziła
we mnie mieszane emocje.
“Jedni, żeby się wyluzować, szli na wódkę, a on na wywoływacz z utrwalaczem.”
Choć z opisu powieści może wydawać się, że
jest to thriller z elementami kryminału, to jednak nie do końca tak jest.
Historia zaczyna się w sposób spokojny, obyczajowy - w końcu z początku
zniknięcie Zmory nie budzi w nikim dużego zdziwienia, więc czytelnik towarzyszy
Lucjanowi w jego nowej codzienności, styczności z nowymi ludźmi i starymi
znajomymi, którzy sprawiają, że pojawiają się wspomnienia sprzed wyjazdu. A
jednak sam prolog zaczyna się morderstwem, gdzieś więc wątek kryminalny się
czai. Nie jest to jednak typowa intryga dla kryminału - autor bazuje raczej na
powieści grozy, pojawiają się wątki paranormalne, subtelnie fantastyczne, a
realność, jakiej spodziewamy się po kryminale, rozmywa się w onirycznych
fragmentach, które do samego końca trudno jest rozgryźć. Z powieści
obyczajowo-kryminalnej historia przeradza się w coś ulotnego, coś delikatnie
niepokojącego, by za chwilę zmienić się w makabryczny horror - te elementy
gatunkowe raz po raz się przeplatają dając powieść trudną do jednoznacznej kategoryzacji.
“(...) analog, a już nie wspomnę o Polaroidach, to fotografia naturalna, jedyna, która pokazuje rzeczywistość taką, jaka ona jest. Tylko że dziś nikt jej już nie potrzebuje i nie chce oglądać.”
Sama intryga bazuje na starych przesądach,
które pojawiają się w różnych kulturach, na pewnym motywie, który był już w
popkulturze wykorzystany, jednak nie dokładnie w taki sposób, w jaki robi to
tutaj S.J. Lorenc. Jego pomysł jest świeży, a równocześnie fajnie wykorzystuje
kontrast pomiędzy tym, co jest teraz, a tym, co było - tu świat jeszcze z
czasów przełomu ustrojów w Polsce miesza się ze współczesnością, świat
analogiczny ze światem cyfrowym. Rozwiązanie jest dobrze przemyślane i
zaskakujące, a jednak coś w tej fabule było takiego, że sama nie czułam dużej
ciekawości w jaki sposób ta historia się skończy - czy to dlatego, że sięgając
po ten tytuł spodziewałam się intrygi bardziej realistycznej? A może po prostu
zabrakło mi bardziej pogłębionych kreacji postaci, porządku fabularnego? Nie
wiem, niemniej jednak moja ciekawość gdzieś w trakcie lektury się ulotniła.
Tym jednak, co uwagę mocno przyciąga, jest
wątek fotografii - cała fabuła właśnie o niego się opiera, cały świat
przedstawiony to świat przedstawiony oczami fotografa. I to daje bardzo ciekawy
efekt, który nie jest jeszcze w literaturze wyeksploatowany - spojrzenia na
świat w kadrach, w obrazach. Równocześnie dzięki temu opowieść zadaje ciekawe
pytania - czy to, co teraz zwie się fotografią, nadal można uważać za sztukę?
Przy ilości programów do obróbek, całej fotografii cyfrowej, wydaje się, że ta
magia łapania chwili na kliszy już gdzieś przepadła. Bo czym naprawdę jest
fotografia, co ma na celu, gdzie kryje się jej czar, jej magia? To ważny aspekt
tej powieści - ścieranie się plusów i minusów fotografii cyfrowej i analogowej,
wrzucanie zdjęć do programów komputerowych kontra wywoływanie ich w ciemni -
pod tym kątem Lucy i Zmora przedstawiają dwa różne punkty widzenia, obydwoje
jednak zdają się kochać to, co robią - a czytelnicy, którzy podzielają tę
pasję, będą to mocno odczuwać.
“(...) tym Polaroidem, robisz fotę… (...) I drugiej takiej już nigdy, nigdzie nie będzie. To jest tak, jakbyś wziął nożyczki i wyciął kawałek tego, co widzisz. Wyciął, zabrał i schował do kieszeni.”
Wydaje się, że S.J. Lorenc pisząc “Szmelc”
chciał stworzyć coś oryginalnego - bez wątpliwości mu się to udało. To powieść
wymykająca się jednego określeniu gatunkowemu, korzystająca z motywu znajomego,
zakorzenionego w różnych kulturach od dawna, ale ujętego w nieoczywisty sposób
mocno bazujący na polskiej historii. Również i sam język wymyka się schematom,
często wzbudza różne emocje - zaskakuje, szokuje, czasem nawet i obrzydza. Na
uwagę zasługuje też motyw fotografii, który w powieści zajmuje sporo miejsca,
to zarazem hołd dla tej pasji, ale i dysputa o tym, co dzieje się z fotografią
teraz i jak zmienia się w stosunku do tego, co było przed lat. Niemniej jednak
nie jest to powieść idealna - postacie same w sobie nie są specjalnie
dopracowane pod kątem psychologicznym, a fragmentaryczność historii wprowadza w
lekturę chaos. Szokująco brutalne momenty też nie wywołały we mnie entuzjazmu,
nie znalazłam dla nich uzasadnienia. Może to właśnie spowodowało, że gdzieś po
drodze moja ciekawość lekturą się rozmyła? Mimo tych mankamentów cieszę się, że
“Szmelc” pokazał się na naszym rynku - S.J. Lorenc uświadomił mi, jak niewiele
jest powieści, które wykorzystują w fabułach motyw fotografii, który przecież
daje ogromne twórcze możliwości! Zdecydowanie jest to lektura dla tych, którzy
podzielają pasję autora.
Moja ocena: 6,5/10
Recenzja powstała w ramach współpracy z
Wydawnictwem Mięta.
Dostępna jest też w abonamencie
Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz