Autorka: Carmen Mola
Tytuł: Matki
Cykl: Elena Blanco, tom 4
Tłumaczenie: Magdalena Olejnik
Data premiery: 18.02.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 464
Gatunek: kryminał
Carmen Mola na hiszpańskim rynku książki
pojawiała się w 2018 roku z pierwszym tomem serii mrocznych kryminałów noir z
inspektor Eleną Blanco pt. “Cygańska narzeczona”. Przez cztery pierwsze lata
kariery literackiej nie udzielała wywiadów, nie pojawiała się na żadnych
wydarzeniach kulturowych, co tłumaczone było potrzebą zachowania anonimowości.
W 2021 roku sytuacja jednak uległa zmianie, Carmen Mola otrzymała nagrodę
literacką Premio Planeta, jedną z najważniejszych nagród na rynku hiszpańskim
za powieść “Bestia” (nieprzetłumaczona do tej pory na polski). Przyszła zatem
pora ujawnienia, a świat literacki mocno się zdziwił - zamiast jednej kobiety,
na scenie pojawiło się trzech mężczyzn: Jorge Díaz, Agustín Martínez i Antonio
Mercero, scenarzystów telewizyjnych. Ta informacja wywołała coś na kształt
skandalu i obiegła cały świat, bez względu jednak na odzew, na pewno nie
podziałało to dla powieści podpisanych Carmen Mola negatywnie. Teraz, po ośmiu
latach od debiutu, na wspólnym koncie tych autorów jest sześć powieści:
“Bestia” i pięć tomów zamkniętej już serii z Eleną Blanco.
W Polsce seria Carmen Moli debiutowała we
wrześniu 2022 roku i w niewiele ponad rok urosła do trzech tomów (recenzje – klik!), za to na czwarty, najnowszy na naszym rynku, musieliśmy czekać prawie
trzy lata! Kiedy zatem doczekamy się tomu kończącego serię?
Madryt, październik. Od wydarzeń z “Małej”
minęło kilka dobrych miesięcy, jednak nikt z zespołu BAC, czyli Specjalnej
Brygady Śledczej, o tamtych tragicznych wydarzeniach nie zapomniał. Zárate i
Elena oddalili się od siebie, sama Elena myśli o adopcji dziecka, które wtedy
udało im się ocalić, co choć daje jej nowy cel, wcale nie zmniejsza wyczerpania,
jakie czuje codziennie będąc szefową BAC. Wychodząc z ośrodka opieki, który
odwiedza, by zacieśnić relacje z potencjalnie wkrótce adoptowanym dzieckiem,
odbiera telefon - to wezwanie na nowe miejsce zbrodni. Zbrodni prawdziwie
makabrycznej… Na jednym z madryckich parkingów w szemranej dzielnicy zamknięty
w dużym dostawczym samochodzie był mężczyzna. Mężczyzna, któremu ktoś wyciął
narządy wewnętrzne, a w ich miejsce włożył płód dziecka. Co to wszystko ma
znaczyć, kto dopuściłby się takiego bestialstwa? Gangi przecież w taki sposób
nie działają, ta zbrodnia pozostaje bez podpisu. Ale dlaczego została
popełniona i kim są ofiary - bo przecież to nie tylko mężczyzna, ale i
nienarodzone dziecko…
“Czy człowiek może przezwyciężyć swoje błędy i powrócić do punktu, w którym zboczył z drogi?”
Książka rozpisana jest na cztery części, z
czego każda składa się z cytatu, czegoś na kształt prologu, w którym
przytaczana jest historia Violety oraz kilkunastu rozdziałów - każdy jest
numerowany, w sumie jest już 68. Same rozdziały bywają dzielone również na
krótsze scenki, jednak ich długość nie jest przytłaczająca - każdy liczy
dosłownie kilka stron. Narracja pisana jest z kilku perspektyw postaci
stających po dobrej stronie prawa w trzeciej osobie czasu teraźniejszego.
Zdania, z których powieść jest zbudowana, są krótkie, treściwe, ale również i
bogate w lokalne szczegóły - autorzy zabierają nas w dzielnice Madrytu (i nie
tylko), do których samemu strach się zapuszczać. Poprzez połączenie czasu
teraźniejszego z krótkimi zdaniami lektura może wymagać przyzwyczajenia -
przyznam, że trudno było mi początkowo złapać jej rytm, co trochę mnie nużyło,
dopiero w okolicach połowy książki, gdy akcja przyspieszyła, styl narracji
przestał odciągać moją uwagę. Warto też zaznaczyć, że tłumaczka dba o to, by
polski czytelnik nie miał trudności ze zrozumieniem o czym w tekście mowa -
wszystkie nazwy własne, skróty itp. tłumaczone są przypisem.
“Nagle Elenie strasznie chce się płakać, sama nie wie czemu. Robi jej się wstyd. Wie, że byłoby to jak szlochanie na filmie o nieskomplikowanej fabule, nakręconym specjalnie po to, żeby wyciskać łzy, ale to normalne życie, które ją otacza, obojętne wobec tragedii, która na pewno rozgrywa się teraz w rodzinie Beira, sprawia, że rośnie jej gula w gardle. Myśli o życiu, które ucieka niezauważone, aż potem nagle jest za późno. Nagle już nie ma szansy na śmiech i pocałunki.”
“Matki” to czwarty tom serii, jednak sprawa
kryminalna, jaką opisuje, to osobna historia, można więc czytać go od
pozostałych tomów niezależnie. Oczywiście trzeba mieć wtedy świadomość, że
książka lekko spoileruje wydarzenia z tomów poprzednich, szczególnie z “Małej”,
która czasowo w linii chronologii powieści jest najbliższa. Ci jednak, którzy
serię znają, nawet po tak długiej przerwie, dostrzegą jak dużą zmianę przeszła
główna bohaterka. Jeszcze niedawno Elena swój ból chowała za butelkami grappy,
karaoke i seksem z nieznajomymi, teraz w końcu się z nim oswoiła,
zaakceptowała, wchłonęła. Już nie szuka przygód i szaleństw, teraz chce po
prostu kochać i być kochaną, móc się kimś opiekować, mieć za kogo walczyć, kogo
bronić. Może brzmi to górnolotnie, niemniej przemiana jest prawdziwa -
czytelnik podczas lektury czuje tę smutną rzeczywistość Eleny, którą jest
zwyczajnie zmęczona, którą rozjaśnić chce oferując pomoc i samą siebie małej
istocie niemającej poza nią nikogo. I tak Elena po latach tęsknoty za swoim
synem, na nowo przygotowuje się do zostania matką…
“Czuje się bezmiernie znużona. Nie dlatego, że ma za sobą ponad trzydzieści godzin bez snu, po prostu jej odporność jest na wyczerpaniu. Zbyt wiele koszmarów. Czuje, że czara się przepełniła, że nie pomieści już w pamięci więcej obrazów (...).”
Bo właśnie to matki są w centrum tej powieści.
Ich więź z dzieckiem bez względu na sposób i powód poczęcia, bez względu na to,
czy dzieci są z nich zrodzone czy przygarnięte, są siłą a zarazem słabością,
która może zostać wykorzystana w najbardziej brutalny sposób. Nie brak też i
rodzicielstwa, a wręcz rodziny w innej formie: każda taka więź jest rozpatrzona,
przeanalizowana. Carmen Mola wychodzi poza ramy normalności, wykrzywia relacje,
wynosi je daleko poza granice prawa, przedstawiając jest ekstremalnie
wynaturzone - czy to pokręcony sposób, by czytelnik zaczął dostrzegać
szczęście, jakim otacza się na co dzień?
“- Chciałabym pokładać równie wielkie zaufanie w rodzinie jak ty.- To dlatego, że sama nie mam rodziny. - Hakerka się śmieje. - Nie miałam okazji się do niej rozczarować.”
Drugim ważnym tematem powieści stojącym na
równie z więziami rodzinnymi są ludzi u władzy, którzy zaczynają wierzyć, że
mogą wszystko. Wątek korupcji w policji, tajnych akcji i podwójnych agentów
stoi na równi z wątkiem rodziny, a dzięki temu, że ich historie się
przeplatają, czytelnik przez cały czas czuje wewnętrzny niepokój, lekkie
zdenerwowanie.
“Przypominają się jej słowa, które wypowiedział w swoim gabinecie Beltrán: “Nie uważam ich za złych policjantów, ale nie uświadamiają sobie, że to nie do nich należy wymierzanie sprawiedliwości”. Czy przekroczyli już tę granicę? Musiałaby być hipokrytką, by się tego wypierać. (...) To tylko jeden mały kroczek poza granicę, ale gdy już się go robi, coraz łatwiej będzie robić następne.”
Równocześnie w powieści nie brak społecznego
tła Madrytu, autorzy przeganiają nas po drabinie klasowej, odwiedzamy
najbogatsze domy Hiszpanów u władzy, by za chwilę dać się pochłonąć biedzie,
brudowi i mrokowi. Gangi i ich nielegalna działalność, ludzie pozornie dobrzy,
którzy przez brak godnych warunków popełniają naprawdę złe czyny, ludzie
popchnięci do ostateczności - raz za razem Mola czytelnikiem wstrząsa, coraz
mocniej wsysa w miejsca, w których brud, czy to dosłowny, czy metaforyczny
przesłania najmniejszy promyk słońca.
“Ma już dosyć okrucieństwa, które zalewa świat przez egoizm, przez niezdolność do postawienie się w cudzej sytuacji, przez obojętność mężczyzn chodzących na dziwki, bezduszny wyzysk ze strony pracodawców, tych wszystkich, którzy domagają się swoich rzekomych praw, nie zważając na środki konieczne do ich zapewnienia.”
Poza Madrytem przedstawionym pod kątem zasobu
portfela i władzy, do głosu dochodzi tu jeszcze jeden wyznacznik - religia.
Hiszpania mimo tego, że z założenia jest krajem katolickim, to jednak teraz
pełna jest emigrantów - czy to z Ameryki Południowej, czy Afryki, gdzie
wierzenia są całkiem różne od tych, które sami w Polsce dobrze znamy.
Najmocniej w tej historii autorzy czerpią z wierzeń Joruby, a boginią, która
najczęściej się tu przewija jest Iyami Osoronga - to ciekawostka, coś, co może
pobudzić czytelnika, by na własną rękę odkrywał więcej, bo choć imię bogini
jest nam (prawdopodobnie) nieznane, to już jej atrybuty czy samo znaczenie są
tożsame z tym, co możemy znaleźć w innych religiach. A skoro wierzenia podobne,
choć inaczej nazwane, to czy fanatyzm również może przybierać znajomą formę?
“Nie proszę, abyście to zrozumieli, ale uszanujcie nasze tradycje. Wydają się wam dziwne, lecz zapewniam was, że kiedy przyjechałem do tego kraju, też dziwiło mnie to, co robicie z Matką Boską i świętymi…”
Sama intryga powieści początkowo toczy się
tempem umiarkowanym - fragmenty Violety są dla czytelnika bardzo enigmatyczne,
nie wiadomo, jak łączą się z resztą, a akcja zamiast przyspieszać, każe nam
snuć się ciemnymi uliczkami Madrytu. Jednak to potrzebne zawiązanie akcji,
które wkrótce przeradza się w coś więcej, akcja przyspiesza, twisty zaczynają
zaskakiwać, a poszczególne kropki, które do tej pory wydawały się nieznaczące,
zaczynają się łączyć. Napięcie wyraźnie wzrasta, a zaciekawienie okazuje się
tak duże, że książkę trudno jest odłożyć. Choć autorzy korzystają ze znanych
zagrań, to jednak nie tworzą kalkowego kryminału - nurt intrygi wyszukuje sobie
swój własny korytarz, korytarz metaforycznie głęboki, bo motywujący do
rozważenia wielu różnych zagadnień. Nie jestem jedynie pewna jak odnieść się do
zakończenia, które zdaje się kierować historię znowu w znajome rejony - to
jednak wyjaśni się w tomie piątym i mam nadzieję, że i w nim autorom uda się
uniknąć powielania schematów!
“Odwaga i podejmowanie pewnego ryzyka są w porządku, ale trzeba też wiedzieć, kiedy odwaga staje się brakiem odpowiedzialności. Widziałem wielu, którzy zginęli, bo nie umieli wycofać się w porę (...).”
“Matki” to powieść kryminalna, szokująca
brutalnością zbrodni, jednak nie taplająca się z radością w tej makabrze. Tutaj
ogrom przemocy jest fabularnie i tematycznie uzasadniony, a opisy, choć mogą
szokować, to nie szokują makabrą samą w sobie, a po prostu makabrycznym
pomysłem na zbrodnię. Choć sama nadmiernie brutalnych kryminałów nie lubię, to
po raz czwarty przy tej serii mówię, że w jej wypadku ma to sens, wstrząsa, ale
we właściwy celu. Carmen Mola snuje opowieść na wielu poziomach, wychodzi poza
ramy klasycznego kryminału, znajduje też miejsce na rozbudowane wątki
obyczajowe, psychologiczne, społeczne. A choć tym razem nie od początku byłam w
stanie wgryźć się w rytm lektury, to ostatecznie nie narzekam - intryga mnie
porwała i trzymała długo w satysfakcjonującym napięciu. Mam nadzieję, że tom
piąty pojawi się na polskim rynku wkrótce, chciałabym też bardzo, by i powieść
osobna pt. “Bestia” trafiła na nasz
rynek. Proza Carmen Moli wydaje się trudna do podrobienia, autorzy wypracowali
dla siebie bardzo oryginalny styl.
Moja ocena: 7,5/10
Recenzja powstała w ramach współpracy z
Wydawnictwem Sonia Draga.
Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz