października 05, 2023

"Bielma" Michał Śmielak

"Bielma" Michał Śmielak

Autor: Michał Śmielak
Tytuł: Bielma
Cykl: Kosma Ejcherst, tom 2
Data premiery: 26.09.2023
Wydawnictwo: Initium
Liczba stron: 352
Gatunek:  thriller / kryminał
 
Michał Śmielak na polskim rynku książki rozgościł się zaledwie dwa lata temu, w 2021 roku, a już na koncie ma osiem powieści, dziewiątą zapowiedzianą na listopad. Jest autorem trzech cyklów kryminalnych i trzech powieści osobnych, a każda z nich podobno charakteryzuje się mrocznymi kryminalnymi tematami równoważonymi dobrym humorem i lekkością pióra. Ja czytałam cztery z nich i potwierdzam – przy każdej bawiłam się znakomicie. „Bielma” to tom drugi serii z Kosmą, pierwszy tom „Wnyki” z 2021 roku (druga książka autora!), ale spokojnie można je czytać niezależnie od siebie.
 
W okolicach malutkiej bieszczadzkiej wioski Bielma od pewnego czasu dochodzi do dziwnych zdarzeń – jakaś pseudozakonnica głosi, że rozmawia z Bogiem, że Jezusek z Maryją wychodzą do niej z lasu. Figurka Matki Boskiej płacze krwią, a były kościelny w momencie próby samobójczej doznał objawienia - teraz rozmawia z Bogiem i naucza, jest prorokiem spod Świętej Lipy. W związku z tym Kościół wysłał już dwóch księży na miejsce w celu zbadania tych wszystkich cudów – jeden ksiądz zrzucił sutannę, drugi zginął śmiercią podejrzaną. Mówią przypadkową, ale czy na pewno? Biskup Kawędzki, prywatnie wuj Kosmy, wysyła go do zbadania tej tajemniczej śmierci i przyjrzeniu się temu, co rozgrywa się  Bielmach. Kosma niechętnie, ciągle jeszcze obolały po zdarzeniach z Wnyk, które pozostały mi na czole głęboką bliznę, ale jedzie. Może w Bieszczadach, na Podlasiu znajdzie nie tylko rozwiązanie zagadki, ale i spokój ducha?
„(...) w Bielmach zło wcale nie czeka, aż zapadnie zmrok, żeby wziąć się do roboty.”
Książka składa się z 17 rozdziałów i epilogu. Rozdziały toczą się naprzemiennie – współcześnie i w czasach po zakończeniu II wojny światowej, te współczesne są dłuższe. Każde rozpisane są na króciutkie podrozdziały, dzięki czemu książkę czyta się wygodnie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, w czasach współczesnych podąża za Kosmą, przedstawia historię z jego punktu widzenia. Styl powieści jest bardzo charakterystyczny dla autora – bogaty w spostrzeżenia natury społecznej oraz humor, lekko uszczypliwy, szczególnie zamieszczony w dialogach.
„- Brak mi do pana słów.
- Mało się czyta, to i słownictwo ubogie.”
Język jest codzienny, potoczny, ale niespecjalnie bogaty w przekleństwa, jest ładnie, poprawnie gramatycznie i po prostu przyjemnie.
„Przekleństwo w jej ustach zabrzmiało jakoś nienaturalnie, jakby z ust pluszowego misia wypadł kamień.”
Mimo tego, że Kosma jest postacią serii, to nie odczułam tutaj braku znajomości tomu pierwszego. No, oczywiście jest to postać na tyle sympatyczna i do tego charakterna, że chciałoby się jednak poznać jego wcześniejsze przygody, może tam było coś więcej o jego przeszłości?, ale rozważam to w kwestii ciekawostek, nie braku. W tym tomie Kosma przedstawia nam się jako człowiek prawy, który nie musi wierzyć w Kościół i Boga, by być po prostu dobry, przedstawiać dobre wartości. Jest skupiony na swojej pracy, jest śledczym z wysłannictwa Kościoła, dokładny, lubi drążyć. Tym jednak, co zapada najbardziej w pamięć, jest nie sam Kosma, a Kosma w przyjaźni z księdzem Kacprem. To jego przyjaciel z czasów seminarium, który choć teraz jest już po święceniach, ma swoją parafię, to nie zrobił się wcale świętoszkowaty, a wręcz odwrotnie – ma bardzo zdrowe podejście do życia i swojej posługi. Pod płaszczykiem ciągłego humoru w rozmowach z Kosmą przemyca istotne tematy dotyczące wiary i kondycji Kościoła w Polsce i nie tylko. Ich dialogi to prawdziwe mistrzostwo, nie da się na nich nie śmiać, nie da się nie kiwać głową na znak zgody z przedstawianymi argumentami.
„- Będę się za ciebie modlił – powiedział.
- Modlitwa – westchnął Kosma. – Najlepszy sposób, aby nie robiąc kompletnie nic, sprawiać wrażenie, że się pomaga.”
No właśnie, bo książka to thriller / kryminał, ale tak trochę na wesoło, a przed wszystkim, mam wrażenie, że jest to książka po to, by pogadać o kwestiach wiary. O tym jak mocno Kościół stał się instytucją, w której liczą się pieniądze, o tym, jak ludzie ślepo wierzą w to, co im się mówi. Wierzyć można, na pewno są osoby, którym to pomaga czuć się lepiej, ale czemu od razu muszą wierzyć ślepo? Autor trochę się tu z tym tematem rozprawia biorąc na tapet przekręty związane z cudami i objawieniami. Solidnie wszystkie te procesy psychologiczne tam zachodzące tłumaczy, więc nie jest to po prostu krytyka, a coś, co powinno zmusić do zastanowienia nad tematem.
„Czy komukolwiek zależy na prawdzie? Katolicy, jak to oni: wierzą. Kościół tradycyjnie: dystansuje się od sprawy. Niewierzący oczywiście śmieją się z zabobonu. Jeśli wykryję oszustwo, to katolicy i tak to zignorują, bo im dowody niepotrzebne, liczy się wiara, choć szukają dowodów nieustannie. Jeśli potwierdzę brak oszustwa, to niewierzący tego nie uznają, bo i tak wiedzą swoje. Błędne koło wzajemnej ignorancji i zapatrzenia w siebie.”
Historia toczy się w bardzo pięknym, klimatycznym miejscu. Mała społeczność, zamknięta na obcych, która we wspomnieniach ma bardzo traumatyczne przeżycia – po II wojnie światowej właśnie na tych terenach dochodziło do wielkich przesiedleń, do akcji Wisła. Autor po to w historię współczesną wplata tą z czasów powojennych, by uświadomić czytelnikom, jak skomplikowaną historię mają tamte rejony, jak mocno tamte wydarzenia siedzą w mentalności tamtejszych mieszkańców. Góry, lasy, cisza i spokój, ale pod tą sielskością ukrywają się historie tragiczne.
„- (...) Z tego, co wiem, to mieszkańcy Bielm umieją trzymać język za zębami. Zmowa milczenia potrafi być naprawdę potężna. Proszę mi uwierzyć.
- Wiara. Nadzieja.
- Tylko miłości brak.
- Jest za to śmierć.”
Oczywiście te historie z dawnych czasów są też istotne dla intrygi kryminalnej. Ta zaczyna się spokojnie, Kosma niby przyjeżdża zbadać sprawę śmierci księdza, ale najpierw przygląda się temu prorokowi spod Lipy, rozmawia, a przynajmniej próbuje rozmawiać z mieszkańcami. Dopiero gdzieś tak w 1/3 książki akcja zaczyna nabierać tempa, pewne wydarzenie sprawia, że Kosma zaczyna dynamiczniej prowadzić śledztwo. Historia, intryga jest dobrze wymyślona, w sumie poprowadzona tak, że myślę, że nie ma szans, by ktoś domyślił się rozwiązania samodzielnie. To dobra, zajmująca historia kryminalna.
„Ludzie nigdy nie chcieli wierzyć w to, że ich sąsiad, znajmy czy członek rodziny mógł kogoś zabić albo samem stać się ofiarą. Przestępstwa były gdzieś daleko, miały swoje miejsce w kronikach kryminalnych lokalnych gazet, czasem w telewizyjnych wiadomościach, ale nie w rodzinnym domu czy nawet miasteczku. Zabił? Niemożliwe, był uśmiechnięty, miły, zawsze ‘dzień dobry’ mówił, pomógł odśnieżyć podjazd, przyniósł pomidory z działki, tak lubił dzieci. Jakby setki drobnych wydarzeń wpisanym w bycie człowiekiem negowały to jedno zdarzenie czyniące kogoś potworem.”
Zastanawiam się jak krótko określić „Bielma”, by oddać ich charakter. To ciężkie, bo książka bogata jest w ciekawe elementy, które mocno do lektury przyciągają. Jest klimatyczne miejsce z zamkniętą społecznością, jest zbrodnia kontra sielska natura. Jest sympatyczny główny bohater, śledczy, któremu czytelnik kibicuje i którego rozmowy nasycone są dobrym, acz uszczypliwym humorem. Jest zagadka kryminalna, może przez część historii w tle, ale książka porusza tyle ciekawych tematów, że to kompletnie nie przeszkadza. Tematów jest w niej tyle, że można by rozmawiać o nich przez długie godziny. A mimo to historia jest lekka, przyjemna, daje uczucie odprężenia. Niesamowicie dobrze się przy niej bawiłam i liczę, że Kosma wkrótce do nas powróci – ostatnie zdania tej historii sugerują, że tak będzie. Ja już czekam!
„Musimy jeść, dlaczego więc z tego największego przymusu nie uczynić sztuki? Dlaczego mamy dać się zamknąć w kulinarnym więzieniu tygodniowego rytmu rosołu, pomidorowej mielonych i schabowych?”
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Initium.

Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 05, 2023

"Zamęt" Vincent V. Severski

"Zamęt" Vincent V. Severski

Autor: Vincent V. Severski
Tytuł: Zamęt
Cykl: Sekcja, tom 1
Data premiery: 18.04.2018
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 528
Gatunek: powieść szpiegowska
 
Vincent V. Severski to jeden z tych autorów, którzy swoje doświadczenie zawodowe przekuwają w powieści. Severski jest byłym oficerem polskiego wywiadu, który służył na różnych szczeblach i w różnych krajach pod polskim sztandarem przez prawie 30 lat. W roku 2007 odszedł ze służby, a w 2011 roku debiutował swoją pierwszą powieścią szpiegowską. Na ten moment na swoim koncie ma dwa bardzo popularne cykle: Nielegalni i Sekcja, i dwie powieści osobne – jedną biografię i jedną osobną powieść szpiegowską wydaną w roku 2022. Myślę też, że nie rozminę się z prawdą, gdy stwierdzę, że to on na polskiej scenie króluje wśród współczesnych autorów tego gatunku. Ja długo opierałam się znajomości z jego piórem, w końcu powieść szpiegowska to nie całkiem mój gatunek, ale w końcu teraz, po ponad dekadzie jego istnienia na polskim rynku książki, uległam. W ramach akcji #miesiączamętu (IG klik!, FB klik!) zamierzam zapoznać się z całą serią Sekcja i już po lekturze tomu pierwszego mogę z czystym sumieniem przyznać – to był naprawdę dobry pomysł!
 
Czasy współczesne. W Pakistanie talibowie urządzają zorganizowany napad na hotel – jest już po sezonie, zatem turystów nie jest wielu. Biorą ze sobą czwórkę zakładników różnych narodowości, szybko okazuje się, że wśród nich jest polski przedsiębiorca. Wśród służb polskich wybucha panika, nikt nie wie co robić, jakie podjąć kroki. Czy w ogóle jest szansa na uratowanie mężczyzny? Największą nadzieję Agencja Wywiadowcza pokłada w tajnej grupie Sekcja: to piątka tajnych agentów, której tożsamości nikt nie zna, która działa niekoniecznie zgodnie z prawem... Pod przewodnictwem Romana Leskiego, do akcji wkraczają Grek Dima, Monika, Ela i Witek. Muszą zorientować się w sytuacji, zrozumieć dlaczego w ogóle do tego porwania doszło i oczywiście zrobić wszystko, by porwany Polak wrócił bezpiecznie do domu. Bo jest on zdecydowanie kimś więcej niż podano do wiadomości publicznej...
 
Książka składa się z dokładnie 100 bardzo króciutkich rozdziałów opisujących wydarzenia naprzemiennie z punktu widzenia kilku postaci. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, narrator podąża za Moniką, Dimą, Romanem, porwanym Polakiem, agentem Braunem, który jest ich oficjalnym kontaktem w Pakistanie oraz kilkoma agentami znajdującymi się w Agencji w Polsce. Narrator skupia się na dynamice zdarzeń, ale i nie zapomina o postaciach – nieraz wspomina o ich emocjach, gestach, przemyśleniach. Styl powieści jest zaskakująco dobry, Severski ewidentnie ma pisarskie zacięcie, dobre wyczucie, posługuje się językiem prosto, a jednak tak, że nawet najnudniejsza scena (gotowanie jajka!) zdaje się fascynująca. To niełatwe, niewielu pisarzy wzbudza we mnie takie emocje na poziomie stylu – Severskiemu się to udało!
„(...) najniebezpieczniejszy jest szpieg, który okłamuje sam siebie.”
Myślę, że kluczem sukcesu tej książki (może w ogóle książek Severskiego?) jest to, że nie skupia się tylko na intrydze, ale i na postaciach, które z przyjemnością czytelnik poznaje bliżej, poznaje fakty z ich przeszłości, historie bardzo ludzkie, pełne emocji, jakie znamy. Najważniejsi są tu oczywiście członkowie Sekcji – w tym tomie bliżej poznajemy się z Moniką, Dimą i Romanem. Ten ostatni to tak zwany tata, który pełni nad nimi pieczę. Człowiek spokojny, wyważony, niesamowicie bystry i spostrzegawczy (wątek z jego śledztwem wewnętrznym opisany jest genialnie, z nieoczywistymi detalami!). Monika i Dima to jego gwiazdy. On pół Polak, pół Grek, kilka lat życia spędził w Rosji, dzięki czemu ma tam teraz sporo przydatnych znajomości. Zostaje więc wysłany na własną misję wykorzystania tych znajomości, ma spróbować dowiedzieć się czegoś od Rosjan, którzy powinni dobrze orientować się w zamiarach Pakistańczyków. My w tym czasie poznajemy historię jego rodziny i jego własną, historię trzech kobiet jego życia. Monika z kolei to bardzo artystyczna dusza, która w czasie, gdy nie pełni akurat tajnej misji, prowadzi galerię sztuki. Skrycie kocha Dimę, ale aktualnie jest w związku z prawnikiem, który jak na jej potrzeby kocha ją za mocno. Monika to wolny duch, nie lubi ograniczeń, lubi działać nieskrępowanie, podejmować szybkie, intuicyjne decyzje. A intuicję ma naprawdę do pozazdroszczenia! Mimo że te postacie to tajni szpiedzy skrywający swoją tożsamość, to jednak ukazani są jako zwyczajni ludzie – jest scena, w której jeden z nich jest spanikowany, bo nigdy wcześniej nie musiał mierzyć do człowieka z broni. Takie sceny, takie zwyczajne emocje, nadają bohaterom pełni.
„U taty spotykało się pięć osób, czyli Sekcja. (...) W dokumentach Agencji Wywiadu każdy z czterech oficerów Sekcji, miał tylko swój kryptonim, który zabezpieczał jego status prawny. Prócz pułkownika Romana Leskiego nic nie mogło ich łączyć z Agencją. (...) Tę nieistniejącą formalnie jednostkę polskiego wywiadu powołano w 1991 roku. Miała ona zajmować się sprawami, których nie da się rozwiązać legalnie, a które wymagają użycia specjalnych środków i metod, nie zawsze zgodnych z prawem.”
Co do postaci związanych z Agencją, to przyznam, że z początku ich relacje mi się trochę mieszały, ich funkcje i wpływy w sumie lekko mieszałam do końca. Nic w tym dziwnego, na polityce i tajnych akcjach się nie znam, a ilość postaci na początku może faktycznie delikatnie przytłoczyć. Jednak to wrażenie szybko mija, a późniejsze moje małe zmieszanie raczej nie wpłynęło na odbiór lektury – mogło też być wynikiem tego, że po prostu książkę czytałam bardzo szybko.
„Są dwa rodzaje szpiegów, uważał. Tacy, którym wydaje się, że są najlepsi, i tacy, którzy myślą, że im się uda. Jedni i drudzy się mylą, bo obu gubi to samo – arogancja.”
Jeśli chodzi o akcję powieści, to odpowiednio do standardów tego gatunku, dzieje się dużo, wiele na raz, bardzo szybko. Kiedy już czytelnik zorientuje się kto jest kim i w jakim miejscu się znajduje zaczyna się mocno wkręcać w akcję, która nieraz kończy się cliffhangerami, a krótkie naprzemienne rozdziały podsycają tylko to uczucie dynamizmu. Dodatkowo przedstawienie perspektywy porwanego Polaka, którego poznajemy na moment przed porwaniem, gdy odczytuje tajemniczą wiadomość, sprawia, że od początku wyczuwamy w historii drugie dno. Czy uda się Sekcji dojść do tej głęboko skrywanej prawdy? W powieści nie brakuje scen typowo dynamicznych, jest trochę strzelanek czy innych bójek, ale każda z nich opisana jest realnie – nie mamy tu akcji amerykańskiej gdzie bohaterowie zdają się mieć nadprzyrodzone moce. Tu ważny jest spryt, uwaga i spostrzegawczość postaci, co od razu sprawia, że cała historia nabiera prawdopodobieństwa i jest dla nas po prostu ciekawa.
 
Akcja powieści toczy się w różnych krajach, bohaterowie spotykają się z różnymi ludźmi, różnych narodowości, różnych agencji, postaciami dobrymi, złymi i trudnymi do określenia. Jest różnorodnie, ale przede wszystkim z wyczuciem. Gdzieś tam w tle pojawiają się fakty z historii prawdziwej, zakładam też, że sposób działania (lub może bardziej niedziałania?) służb oddany jest dokładnie i zgodnie ze stanem faktycznym.
„Cały ten zamęt powoduje jeszcze większy zamęt, jakby się rozmnażał czy multiplikował (...).”
Nie wiem czy w powieści szpiegowskiej też nadal ważne na tyle, by o nich pisać, są tematy do refleksji, jakich da się w nich dopatrzeć. Ja jednak lubię szukać w literaturze jakichś ogólnych przesłanek, dlatego i tu dopatrzyłam się kilku: po pierwsze w momencie porwania jest gdzieś fragment o tym, że w Polsce znowu zacznie się palenie kebabów – czyli problem generalizowania, arab to arab i wszyscy myślą tak samo, skoro jeden robi coś złego, to odpowiedzą za to ci, którzy żyją w naszym kraju. Po drugie fajnie przedstawione jest podejście szefa porywaczy do religii islamskiej. Są też tematy ogólne – zdrady, chciwość, egoizm, niespełnione miłości, zaufanie nieodpowiednim ludziom. To wszystko oczywiście jest w tle, ale fajnie, że jest – dzięki temu powieść staje się pełna.
„(...) my tu na dole nie musimy się oszukiwać, nie jesteśmy politykami ani szefami wywiadów. Oni tam rozmawiają innym językiem, pierdolą o przyjaźni i zaufaniu, ale to my dajemy dupy za ich chore ambicje i decyzje w jakimś zasranym Pakistanie czy Afganistanie (...).”
Podsumowując, „Zamęt” to książka, która może z początku trochę wystraszyć objętością i ilością postaci się w niej pojawiających. Jednak to wrażenie bardzo szybko się rozmywa dzięki bardzo sprawnym posługiwaniem się słowem autora, szybkiej akcji i pełnokrwistymi, wielowymiarowym kreacjom postaci. Zanim się spostrzeżemy sami zostajemy uwikłani w ten zamęt, kibicujemy bohaterom i razem z nimi szukamy niespójności w wydarzeniach, które obserwuje cały świat. Nie jest to książka w której zależności pomiędzy agencjami różnych krajów i polityka przytłaczają – są, w tym gatunku być muszą, ale są jasno wyjaśnione i nie dominują nad resztą. Może sama gdzieś tam zgubiłam mały wątek czy dwa, ale jak na powieść szpiegowską to z pewnością jest jeden z najciekawszych tytułów jakie czytałam w swoim życiu. Cieszę się, że już za kilka dni poznam kolejne przygody członków Sekcji!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarna Owca w ramach akcji #miesiączamętu.

Dostępna jest też w abonamencie 

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 03, 2023

"Ukryte na widoku" Jeffrey Archer

"Ukryte na widoku" Jeffrey Archer

Autor: Jeffrey Archer
Tytuł: Ukryte na widoku
Cykl: detektyw William Warwick, tom 2
Tłumaczenie: Justyna Zgierska
Data premiery: 26.10.2021
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 312
Gatunek: powieść detektywistyczna / kryminalna
 
Jeffrey Archer to brytyjski autor powieści kryminalnych i sensacyjnych, który publikuje od końcówki lat 70tyh XX wieku. Jego książki wydawane są w ponad setce krajów, tłumaczone na około 50 języków, sprzedały się w prawie 300 milionach kopii. Wiele z jego książek zostało zekranizowanych, a największą popularnością, przynajmniej jeśli chodzi o rynek polski, cieszy się cykl Kroniki Cliftonów. Ja jednak na zapoznanie z piórem autora wybrałam jego najnowszy cykl o detektywie Williamie Warwicku. Ukazuje on się u nas od 2020 roku, po jednym tomie na rok, jednak ja sięgnęłam po niego dopiero teraz, gdy na horyzoncie pojawiła się zapowiedź tomu czwartego pt. „Po moim trupie”, który ukazać na się dokładnie za tydzień, 10 października. Cieszę się, że czytam serię jednym ciągiem i po kolei, choć za mną dopiero dwa tomy! Od razu też zaznaczam – kolejność chronologiczna przy tej serii będzie najlepsza, przynajmniej jeśli chodzi o te dwa pierwsze tomy, gdyż już wiem, że opisują po części sprawy mocno ze sobą powiązane. Piszę „najlepsza”, bo w tomie drugim jest ekspresowy skrót kwestii opisanych w „Nic bez ryzyka” (recenzja – klik!), więc jeśli ktoś bardzo chce, to prawdopodobnie da się też czytać bez jego znajomości.
 
Historia „Ukryte na widoku” rozpoczyna się od razu po wydarzeniach z tomu pierwszego. William Warwick właśnie zdał egzamin na detektywa sierżanta i zostaje przydzielony do nowego wydziału – teraz zajmować się będzie przestępstwami skupionymi wokół narkotyków. Podczas jednej z akcji przypadkowo trafia na swojego dawnego znajomego z podstawówki, który raczej nie darzy go sympatią: William ujawnił jego kradzieże ze sklepiku szkolnego, przez co chłopak wyleciał. Teraz zajmuje się dilowaniem, co William wykorzystuje – oferuje mi pomoc w zamian za kilka informacji. Informacji, które mają im pomóc zamknąć największego gracza na rynku produkcji narkotyków oraz oszusta Faulknera, którego Williamowi do tej pory nie udało się wpakować do więzienia. Szybko się okazuje, że żadna z tych spraw nie będzie specjalnie prosta, a William po raz kolejny będzie potrzebował swojego ojca i siostry na sali sądowej.
 
Książka składa się z 28 rozdziałów opisujących historię rozpoczynającą się w kwietniu 1986 i trwającą prawie rok. Rozdziały podzielone są na scenki, co nadaje książce dynamizmu, a czytelnikowi pozwala na wygodną lekturę. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, który w większości wypadków podąża za Williamem. Styl powieści jest bardzo przyjemny, taki klasyczny, lekki z nutkami humoru w dialogach, przez co całość czyta się niezwykle przyjemnie. Język jest odpowiednio dostosowany, nie musi być specjalnie postarzany, po prostu jest elegancki. Bardzo lubię tak pisane lektury!
 
Choć na tylnej stronie okładki książki widnieje zdanie, które otwierało tom pierwszy („To nie jest powieść detektywistyczna, to jest opowieść o detektywie...”), to jednak w tym tomie sprawy kryminalne grają pierwsze skrzypce, życia prywatnego Williama w porównaniu do tomu pierwszego jest mniej, choć oczywiście nie znika całkowicie – jest trochę o rozwoju jego związku z Beth, William wkracza na nową drogę w życiu prywatnym, przygotowuje się do nowych ról. A jednak to praca jest tym, co mocno go zaprząta. Beth zdaje się to rozumieć, ale czy da radę wytrzymać tak przez całe życie? William, mimo niskiego stopnia i młodego wieku, mocno angażuje się w śledztwa, a że jest człowiekiem bystrym i inteligentnym, to faktycznie odgrywa w nich znaczącą rolę. Jest dobrym detektywem podążającymi za ideami – w tym tomie po raz pierwszy mocno zderzy się z rzeczywistością, przekona, że nawet po stronie dobrych znajdą się czarne owce.
W „Ukryte na widoku” pojawia się również nowa postać w zespole, Paul Adaja, który reprezentuje mniejszości etniczne. Wraz z siostrą Williama, która jest osobą homoseksualną (i w tym tomie jej partnerka już jest trochę bardziej widoczna) podkreślają sytuację takich mniejszości w Anglii lat 80tych. To wątki poboczne, ale dla współczesnego czytelnika ważne i zauważalne.
 
Intryga kryminalna wydaje się być podzielona na dwie – w pierwszej połowie skupiamy się głównie na Faulknerze, który w poprzednim tomie dokonywał przekrętów ze sztuką, teraz próbują go zamknąć przez narkotyki. To wytrawny, sprytny gracz, z szemranym prawnikiem ,więc bardzo trudno ich pokonać. Ich przepychanki słowne w sądzie są naprawdę fascynujące! Druga sprawa skupiona jest na baronie narkotykowym i tu już mamy typową pracę śledczą - jest długa obserwacja, tropienie, w końcu wielka dynamiczna finalna akcja. Obydwie historie ładnie się zgrywają, a to, że przyglądamy im się od początku do końca, od pierwszego zgłoszenia do ogłoszenia wyroku na sali sądowej, jest dla mnie naprawdę dużym plusem powieści. Historia, mimo że prowadzona tempem spokojnym, wciąga i ciekawi, czyta się z przyjemnością.
 
Jeffrey Archer po raz kolejny zdołał stworzyć przyjemną klasyczną powieść detektywistyczną z pasującą do tego delikatną nutką sensacji w czasach, gdy większość autorów stawia na współczesny, mocny i szokujący kryminał. Z „Ukryte na widoku” wylewa się wręcz ta brytyjska dusza, ten świetny klimat, który sprawia, że historię z książki ogląda się w wyobraźni jak stary, angielski film. Mimo że sama lubię serie, których tomy można czytać oddzielnie, to tu kontynuacja wątku z „Nic bez ryzyka”, ciągła obecność historii związanej z przekrętem dotyczącym sztuki, znajomości postaci z tamtymi bohaterami z tym związanymi, sprawdziła się naprawdę dobrze, daje poczucie jednej całości, ciągłości historii. Może trochę zabrakło mi tu większego nacisku na życie prywatne bohatera, ale i tak bawiłam się naprawdę dobrze! I cieszę się, że zaraz sięgnę po kolejne tomy, jestem ogromnie ciekawa dalszych przygód bohatera!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Domem Wydawniczym Rebis.

Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 03, 2023

"Cipher" Isabella Maldonado

"Cipher" Isabella Maldonado

Autor: Isabella Maldonado
Tytuł: Cipher
Cykl: agentka FBI Nina Guerrera, tom 1
Tłumaczenie: Szymon Kołodziejski
Data premiery: 23.08.2023
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 352
Gatunek: thriller sensacyjny / kryminał
 
Isabella Maldonado, zanim rozpoczęła w 2017 roku swoją przygodę z pisaniem, była agentką FBI. Przez lata pracowała na wielu różnych stanowiskach służb specjalnych, zaczynała jako policjantka, a skończyła jako koordynatorka grupy do zadań specjalnych. Zaszła daleko, mimo że startowała w czasach, gdy nie stawiano aż tak jak teraz na równość płci, a jako latynoska kobieta w FBI na pewno nie miała łatwo. Teraz od kilku lat swoje doświadczenia ubiera w fikcję literacką i sprzedaje jako thrillery. Na swoim koncie ma już trzy serie, ta o Ninie to środkowa z nich. Na rynku amerykańskim tom pierwszy ukazał się już trzy lata temu i od razu Netflix wykupił prawa do jego ekranizacji – w roli głównej ma wystąpić Jennifer Lopez. Aktualnie cykl liczy trzy tomy, zatem jest szansa, że polski czytelnik szybko doczeka się kontynuacji.
 
Historia „Ciphera” zaczyna się, gdy w czasie codziennej przebieżki Nina Guerrera, młoda 27letnia agentka FBI zostaje napadnięta w parku przez dwójkę chłopaków – jeden ją atakuje, drugi całe zajście nagrywa. Atakujący jednak ewidentnie nie wiedział kogo bierze na cel, Nina bardzo szybko go obezwładnia, a nagranie z całym zajściem trafia do sieci. Kolejnego dnia zostaje wezwana do swojego szefa, który informuje ją, że sprawa stała się bardzo medialna. Ważne jest jednak to, co znaleźli na miejscu dzisiejszego morderstwa – młoda szesnastoletnia latynoska została znaleziona w kontenerze na śmieci, a w ustach miała kartkę z wiadomością do Niny. Która, jak wszystko na to wskazuje, została napisana przez mężczyznę, który porwał są jedenaście lat temu. Przez kilka godzin się na nią znęcał, gwałcił, aż w końcu udało jej się uciec. Teraz przyszedł czas wyrównania rachunków. Ówczesny porywacz teraz stał się mordercą i pragnie zemsty na Ninie. Zaczyna się więc między nimi gra, którą obserwować będzie cały świat... Kto wyjdzie z niej zwycięsko? Czy Nina, mimo traumy poniesionej jedenaście lat temu, teraz będzie w stanie pokonać demony z przeszłości?
„Powstrzyma go. Albo zginie, próbując.”
Książka składa się z 51 krótkich rozdziałów, które opatrzone są określeniem czasu i miejsca w momencie, gdy coś z tych wyznaczników się zmienia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, który chętnie opisuje nie tylko zdarzenia, ale i odczucia postaci – a historię przedstawia z punktu widzenia Niny, która okazyjnie przetykana jest narracją z perspektywy mordercy. Styl powieści jest dynamiczny, zdania krótkie, rytmiczne, język potoczny, choć nie jest specjalnie naszpikowany wulgaryzmami. Można powiedzieć, że język nie wchodzi w drogę historii, tu liczy się dynamika, a nie poetyckie słownictwo.  
 
Czytelnik poznaje Ninę w momencie, gdy w wieku 17 lat zjawia się na rozprawie o usamodzielnienie. Wtedy też, by odciąć się od wszystkiego złego, co spotkało ją w przeszłości, zmienia nazwisko: z takiego oznaczającego nadzieję, na takie oznaczającego walkę. Bo wtedy, po ucieczce od Ciphera, Nina zdecydowała, że sama o siebie zadba, sama zawalczy o siebie. I jej się to udało. Dziesięć lat później jest już agentką FBI, ma swoje mieszkanie i bliskich znajomych, którzy są dla niej jak rodzina. Jest dużo silniejsza, odporniejsza, potrafi odpierać ataki. Ale czy jest na tyle silna, by dać radę zmierzyć się z własnym oprawcą, który ponownie na nią poluje? Dla niej te śledztwo to nie tylko wyścig z czasem, z mordercą, ale i z samą sobą. Podczas jego trwania Nina przechodzi sporą przemianę. Wszystko to jest w książce odpowiednio zasygnalizowane, choć nie dogłębnie analizowane.
 
W śledztwie towarzyszy Ninie trójka specjalnie dobranych agentów – jest kobieta od cyberprzestępczości i dwóch profilerów, jeden, z którym Nina kiedyś się zetknęła, ale ich spotkanie nie przebiegło w miłej atmosferze. Teraz, przy najważniejszej dla niej sprawie, musi współpracować z trójką nieznanych sobie osób. Postać Wade’a, tego, który zaszedł jej kiedyś za skórę, jest całkiem dobrze oddana, on też podczas tej sprawy jest testowany.
No i jest morderca, psychopata owładnięty obsesją na punkcie Niny. Tym, co mocno śledczym utrudni zadanie, to jego ponadprzeciętna inteligencja – sam szykuje Ninie zagadki szyfrem (stąd pseudonim Cipher, co po angielsku oznacza szyfr, szyfrowanie), a i robi z tego swego rodzaju grę ze światem – wykorzystuje media, by zaangażować w to osoby całkowicie postronne, tak zwanych widzów. To człowiek, który pragnie sławy, pragnie, by o nim mówiono. Co zrobi więc, by odegrać się na Ninie? Jaki jest jego plan?
 
Jak już wspomniałam, historia jest dynamiczna, cały czas coś się dzieje, a Nina wraz ze współpracującymi z nią agentami przemierza kraj, latając co chwilę w inne miejsce w ślad za tropem Ciphera. Nie jest to łatwe, bo mężczyzna z nimi gra, cały czas doskonale przewiduje ich ruchy. Początek historii jest bardziej kryminalny, badamy sprawę morderstwa, przeglądamy dowody, robimy ogląd miejsca zbrodni. Później jednak robi się coraz mocniej sensacyjnie, aż do finału rodem z kina akcji. Ci, którzy lubią takie dynamiczne historie, skupienie na akcji, będą na pewno zadowoleni. Sama wolę trochę bardziej spokojnie, ale z solidnymi kreacjami psychologicznymi – tu trochę mi tego zabrakło.
 
W książce napisanej przez byłą agentkę FBI liczyłam na smaczki z pracy w tej agencji, jednak okazało się, że wszystko, co można o nich powiedzieć, już znałam z filmów i innych powieści. Tak samo było z charakterystyką psychologiczną mordercy – nie znalazłam tu nic nowego, jednak czytelnicy, którzy nie są aż tak mocno zaznajomieni z thrillerami i kryminałami, w których zaburzenia psychologiczne sprawców są oddane dokładnie, na pewno znajdują tu sporo ciekawostek.
„FBI to organizacja, w której większość wciąż stanowią biali mężczyźni. Kiedy mnie przyjmowali, niewiele kobiet pracowało jako pełnoprawne agentki. Wyobraź sobie, jak zareagowali na czarnoskórą kobietę. Podobnie jak ty, pracowałam ciężej niż inni, żeby udowodnić swoją wartość. Stacjonowałam na gównianych posterunkach, brałam gówniane sprawy i używałam gównianego sprzętu, ale schowałam dumę do kieszeni i po latach pracy zdobyłam pozycję, dzięki której mogłam przecierać szlaki innym.”
Dla mnie wiec „Cipher” jest książką mocno sensacyjną, mocno nastawioną na rozrywkę. Mamy silną bohaterkę wspieraną przez zespół, która musi stanąć naprzeciw groźnego przeciwnika z przeszłości. Obydwoje ćwiczą sztuki walki i do takiej walki właśnie stają. Nie jest to książka, która wiele od czytelnika wymaga, oparta jest raczej na znanych już motywach, choć fajnie obrazuje rolę kobiet i osób kolorowych w strukturach FBI. Podoba mi się podkreślanie siły bohaterki, mimo że przecież walczy tu nieraz z własnymi słabościami, a tym samym dodaje siły czytelnikom. Nie jestem pewna czy ilość jej traum z przeszłości nie jest trochę za duża, ale na pewno wystarczy ich jeszcze na kolejne tomy. A czy po nie sięgnę? Może tak, jeśli będę potrzebowała nieco amerykańskiej rozrywki 😉
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Świat Książki.

Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 03, 2023

Kilka pytań do... Olgi Rudnickiej, autorki cyklu komedii kryminalnych z Matyldą Dominiczak

Kilka pytań do... Olgi Rudnickiej, autorki cyklu komedii kryminalnych z Matyldą Dominiczak

Kiedy zrodził się pomysł na cykl komedii kryminalnych z Matyldą w roli głównej, co znaczy "Między młotem a imadłem" dla kreacji postaci Matyldy, co Olga Rudnicka myśli o Tomczaku, jak zareagowała redaktorka autorki na finał tomu poprzedniego, co w planach literackich autorki znajduje się w najbliższej kolejce i na jaką jesienną premierę czeka z niecierpliwością?
Zapraszam na rozmowę z Olgą Rudnicką!

fot. Tatiana Jachyra
Olga Rudnicka notka biograficzna:
ur. 1988, autorka poczytnych powieści kryminalnych. Wielbicielka koni, psów i gryzoni. Wolny czas najchętniej spędza na łonie natury. Po wielu latach wewnętrznych zmagań polubiła kawę, do hipokryzji nie zamierza się przekonać.

Kryminał na talerzu: Właśnie na naszym rynku zagościł siódmy tom serii komedii kryminalnych z detektywką Matyldą Dominiczak pt. „Między młotem a imadłem”, która jest najdłuższą z serii w całym Pani dorobku literackim. Nie znudziła się Pani jeszcze główna bohaterka? Ile jeszcze tomów ma Pani zaplanowanych?

Olga Rudnicka: Matylda nie może się znudzić. Na pewno nie mnie. Mam nadzieję, że i Czytelnicy są podobnego zdania. To postać, która się zmienia, ewoluuje, uczy się na błędach, co nie zmienia faktu, że wciąż popełnia nowe, ale tym bardziej bawi i intryguje. Jednakże na jakiś czas robię przerwę od Matyldy, by dać szansę nowym postaciom, które narodziły się w mojej głowie i wręcz biją się o szansę wypłynięcia na szerokie wody. Obecnie nie mam zaplanowanego ani nowego tomu przygód Matyldy, ani też długości przerwy. Czas pokaże, kiedy do niej wrócę, a wrócę na pewno. 


Matylda to postać, która pojawiła się po raz pierwszy na drugim planie w „Byle do przodu” z 2018 roku. Czy już pisząc tę powieść wpadła Pani na pomysł, by uczynić ją główną bohaterką całej serii czy nastąpiło to dopiero po wydaniu książki?

Matylda Dominiczak powstała na potrzeby „Byle do przodu”. W trakcie pisania stwierdziłam – „ale fajna babka, szkoda jej na jeden raz”, ale nie miałam jeszcze planu cyklu powieściowego. Kiedy poprawiałam tekst przed oddaniem do redakcji – po wielokroć! – i wciąż coś poprawiałam, dopisywałam, okazało się, że dopiski dotyczą w znacznej mierze właśnie Matyldy, która zaczęła się trochę szarogęsić i wtedy podjęłam decyzję. To nie koniec. To dopiero początek. Matylda Dominiczak to babka z ikrą – pokaże, na co ją stać. Matylda dostała już jakiś miniżyciorys w „Byle do przodu”, więc tworząc „Oddaj albo giń!” cofnęłam się te kilka lat wstecz z jej życiem. W końcu nie urodziła się z licencją detektywa w ręce. 


Ten tom dosyć mocno powiązany jest z poprzednim, pod tytułem „Wadliwy klient”, który zakończyła Pani tak, że wielu czytelników sprawdzało kilka razy, czy to na pewno koniec. Nie bała się Pani tego zabiegu? Przyznam, że był ryzykowny, sama nie umiałam uwierzyć, że tak nas Pani zostawiła…

Oj, bałam, i to jak. Zwłaszcza jak moja ukochana redaktorka powiedziała: - Olga, pisz szybko, bo Czytelnicy cię zlinczują. Pomyślałam wówczas, że może przesadziłam. Ale w tamtym momencie czułam, że tak właśnie muszę. Skończyć powieść mocnym uderzeniem. Już wówczas miałam pomysł na kolejną część Matyldy i musiała być powiązana z „Wadliwym klientem”. Matylda potrzebowała silnego bodźca, by znaleźć w sobie odwagę, która była potrzebna jej do wyplątania się z tego światka, który wyciągał po nią szpony. Moja pani detektyw posiada silnie rozwiniętą inteligencję emocjonalną, również praktyczną, nie do końca uświadamia sobie procesy zachodzące w jej głowie, ale okazuje się, że ten aspekt docenia więcej osób niżby sobie życzyła. Nie zapominajmy też, że Matylda, którą poznaliśmy była istotą dość naiwną, wierzącą w dobro i aniołki. Jej ścieżka zawodowa, gdy spotkała się z tą niefajną częścią ludzkiej natury powoduje, że zaczyna błądzić w szarej strefie, ale to było za mało, musiałam postawić ją w sytuacji, która spowoduje, że wyjdzie ze swojej strefy komfortu. Musiało to być coś strasznego, drastycznego, a że to komedia kryminalna, nie mogłam zabić nikogo jej bliskiego, choć przyznaję, że przez moment rozważałam Romana jako denata, a pochowanie żywcem świetnie wpasowywało się w kanon traumatycznego przeżycia. 


W tomie najnowszym mamy dwie intrygi kryminalne – tę z poprzedniego i nową, skupioną na wojnie gangów. Matylda zdaje się coraz mocniej wikłać w mafijne porachunki, choć sama tego nie chce. Czy w kolejnych tomach nadal będzie się Pani skupiać na tych sprawach czy może powoli będziemy od gangusów odchodzić? W końcu sześć lat później w „Byle do przodu” zajmowała się całkiem cywilnymi sprawami.

Jak mówiłam przed chwilą – Matylda została zmuszona do dokonania życiowego wyboru, moralnie niejednoznacznego, ale takiego, który pozwoli jej się uwolnić spod wpływów tych grup. Nie wiem jeszcze czy kolejna część, która powstanie gdzieś w odległej przyszłości, będzie dotyczyła tej wojny gangów, czy pchnę akcję kilka lat do przodu, i wydarzenia te będą gdzieś daleko poza nią. Być może sama Matylda podejmie decyzję mieszając mi szyki, jak niejednokrotnie już to bywało.


A właśnie, jak już jesteśmy przy datowaniu, to skoro teraz w „Między młotem a imadłem” jesteśmy w roku 2012, to ciekawi mnie Pani research – musi się Pani bardzo pilnować, żeby pamiętać, że akcja toczy się dekadę wcześniej? Dużo się w tym czasie w takiej zwyczajnej codzienności zmieniło?

Tak, to prawda. Sprawdzałam sporo informacji, co w którym roku obowiązywało, jak np. uzyskanie licencji detektywa. W tamtym czasie, gdy  Matylda zmieniała swoją ścieżkę zawodową konieczne było zdanie egzaminu państwowego, obecnie wystarczy zrobienie kursu. Rzecz jasna nadal trzeba być niekaranym i spełnić inne wymagania, ale w zakresie różnic, musiałam Matyldę wysłać do szkoły. Co jeszcze? O, Ksawery Grom jest wielbicielem nowych aut, więc nie mogłam dać mu super fury z 2020 roku tylko sprawdzić, czym jeździło się w 2012 przykładowo. Sprzęt, którym posługuje się Matylda – sprawdzałam, co już było na rynku, gdy Matylda stawiała pierwsze kroki w zawodzie. Komedia kryminalna rządzi się swoimi prawami, ale piramidalnych głupot nie chciałam popełniać. 


Oprócz postrzelonej, lekko zbzikowanej, ale uroczej w tym swoim szaleństwie i słowotoku Matyldy, mocno charakterystyczną postacią jest też Tomczak. Czy dobrze się Pani bawi pisząc jego kwestie? To starszy pan, raczej gbur, który ma poglądy mocno… mizoginistyczne. 

Tak, uwielbiam komisarza Tomczaka.  To wredny ramol, który mentalnie utknął w czasach „milicji”, i za nic nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości. Z jego punktu widzenia dużo spraw było „wtedy” prostszych. Kieruje się własnym poczuciem sprawiedliwości jak choćby pokazanie przemocowemu mężowi, że i on może „spaść ze schodów”. Czasami trudno odmówić mu racji, co nie oznacza, że należy przyklaskiwać przemocy. Co do mizoginizmu… Komisarz Tomczak nawet nie dałby rady przeliterować tego słowa, ale fakt, w jego opinii kobiety powinny rodzić dzieci i stać przy garach, ale! Podkochuje się w Salomei Gwint, która jest kobietą silną, niezależną, stojącą na czele firmy detektywistycznej. Cechuje go bezgraniczne wręcz uwielbienie dla Matyldy – mimo początkowych narzekań – i jej mamy, choć dla każdej z nich z innych powodów. Przy tym całym biadoleniu komisarza jak to kobiety przestały być kobietami nie da się ukryć, że to utajony pantoflarz.


Przyznam, że za każdym razem, gdy czytam kolejny tom chciałabym, żeby był trochę dłuższy. Czy nie kusi Pani, że czasem skumulować w jednym tomie to, co mogłoby być w dwóch, napisać trochę więcej tych stron?

Rzecz w tym, że to niekończąca się historia. Obawiam się, że nie dałabym rady skończyć powieści, a Czytelnik przez nią przebrnąć, gdyby jednak mi się udało. W trakcie pisania mam już pomysły na kolejne wątki, kolejne powieści, powstałaby „księga tysiące i jednej nocy” w nowej odsłonie. 


Chętnie bym Panią wypytała o wszystkie dalsze plany literackie, jakie tylko Pani ma, ale ograniczmy się do dwóch pytań. Kiedy kolejny tom Matyldy i co może nam Pani z niego zdradzić?

Jak już mówiłam robię przerwę od Matyldy dla nowych bohaterów. Nie wiem jak długo ta przerwa potrwa, ale to na pewno nie koniec przygód mojej detektyw. Proszę się nie obawiać. „Między młotem a imadłem”  to nie pożegnanie, to szansa dla Matyldy na coś zupełnie nowego. 
Ale jeszcze nie wiem co. 


I czy planuje Pani może jakoś niedługo napisać powieść oddzielną, tak zwane stand-alone?

Tak i to bardzo niedługo. Mam fajny pomysł na intrygę, zarysowanych wstępnie bohaterów, ale jeszcze trochę musi mi się to w głowie uleżeć, zanim przystąpię do pisania. W tej chwili pracuję jeszcze nad powieścią, której domagają się Czytelnicy, czyli wraca nam dzielnie zwalczająca pecha Tekla. I zasadniczo mam zamiar na jakiś czas skończyć z cyklami. No chyba, że wpadnie mi do głowy jakaś „superwoman” na miarę Matyldy to wtedy przemyślę sprawę cyklu. Na razie tyle o moich planach. 


Teraz pogadajmy trochę ogólniej, tę część zacznijmy od pytania Patronów mojego bloga. Na swoim koncie ma Pani już 26 książek, to naprawdę piękny dorobek! Ale jak długo zajmuje Pani napisanie jednej? Czy zawsze mniej więcej tyle samo czasu potrzeba, czy bywa różnie?

Każda powieść to kilka miesięcy pisania, co nie oznacza, że w głowie nie pracuję nad tym już wcześniej. Często podczas pracy nad bieżącym tekstem jednocześnie robię notatki do czegoś co powstanie dopiero w przyszłości. Obecnie wydaję dwie lub trzy powieści rocznie, i staram się utrzymać to tempo pisania. 


Który etap tworzenia i wydawania książki lubi Pani najbardziej, a który najmniej?

Ojej… Nie lubię promocji. Uwielbiam Czytelników i spotkania z nimi, ale wywiady, kamera, nagrywanie filmików to coś czego zdecydowanie nie lubię, co mnie paraliżuje, język mi się plącze, nigdy nie wiem co mam powiedzieć, a podobno na co dzień buzia mi się nie zamyka. Jakoś mało medialna jestem w tym medialnym świecie. Co do samego tworzenia – lubię moment, w którym trzymam książkę w ręce. Taka pachnąca, świeżutka, nowiutka, jeszcze niedostępna w księgarniach, ale już MOJA. To taki widoczny efekt mojej paromiesięcznej pracy. Lubię proces tworzenia bohaterów, nie przepadam za researchem. Często jest żmudny, monotonny i pracochłonny. Godzina poszukiwania i czytania informacji, żeby napisać jedno zdanie. Albo wykreślić kilkanaście stron, bo okazuje się, że Rudnicka sobie, a rzeczywistość sobie. 


Ma Pani jakieś rytuały towarzyszące codziennemu pisaniu?

Kocyk i pokrzywa w dzbanku. Pracuję w pozycji półleżącej, schowana pod kocykiem, z laptopem na kolanach, popijam herbatę z pokrzywy i skoro zdarza zasypiać mi się podczas pracy, to chyba lepiej, że zdarza mi się to w łóżku niż przy biurku. Praca przy biurku mimo ergonomicznego krzesła i innych cudeniek, jakoś mi nie sprzyjała. Powstawały napięcia, ból kręgosłupa, a ta na pozór nie sprzyjająca pracy biurowej pozycja jakoś mi służy. Mam teorię, że jestem już tak krzywa, że z prawidłową pozycją mi nie po drodze. To chyba działa na zasadzie, która kiedyś obiła mi się o uszy podczas wizyty u fryzjera – że czasami trzeba ciąć krzywo, żeby włos układał się prosto. 


Od zawsze chciała Pani pisać na wesoło? Co Pani w ogóle myśli o gatunku jakim jest komedia kryminalna?

Zasadniczo marzył mi się straszny kryminał, ale zdaje się, że to, co lubię czytać, a to co piszę, to dwie różne rzeczy i może lepiej, żeby tak pozostało. Komedia kryminalna jeszcze kilkanaście lat wcześniej kojarzyła mi się wyłącznie z Joanna Chmielewską i  nigdy nie sądziłam, że moje nazwisko będzie z nią łączone. Jest to największy komplement, jaki mogłabym usłyszeć. Obecnie na rynku jest coraz więcej autorów gustujących w komedii kryminalnej, co bardzo mnie cieszy, bo jest to znak, że mamy zapotrzebowanie na tego typu gatunek wśród naszych odbiorców. 


Jak wygląda Pani biblioteczka, jakich książek, gatunków, autorów znajdziemy w niej najwięcej?

Kryminał. Thriller. Horror. Mieczysław Gorzka, Anna Kańtoch, Kasia Puzyńska, Jakub Żulczyk, Magda Stachula, Stephen King, Tess Gerritsen, Dean Kontz, mogłabym wymieniać jeszcze wielu pisarzy, ale w tej chwili to moi ulubieńcy. Przede mną „Holly” Stehena Kinga i czekam na listopad, gdy ukaże się horror jednej z moich ulubionych polskich pisarek. „Bezgłos” jest już w zapowiedziach i dzień, w którym książka dotrze do mojego domku będzie świętem. Może zamiast pokrzywy zaparzę meliskę. Kto wie czy się nie przyda. 


Poza czytaniem książek, co jeszcze Panią relaksuje?

W moim życiu niewiele się zmienia – nadal kocham konie, spacery z psem w lesie, ostatnimi czasy zostałam szczuromaniakiem – mam pięć szczurków. Grono odwiedzających mnie znajomych ostatnio zaczęło się zmniejszać, choć szczurza ekipa jest taka towarzyska. Zakładam, że ma to związek z sofą, którą mi zjadły i tej wersji będę się trzymać. 


A może poleci nam Pani jakiś film, serial, dobrą, niedawno odkrytą książkę?

Serial to „Bates Motel”. Był taki creepy! Główna rola męska była genialna! Nie wiem kto był bardziej szalony – mama czy syn, ale tego nie dało się przestać oglądać. Z nowości, które ostatnio połknęłam to „Poszukiwacz zwłok” Mieczysława Gorzki i autor otrzymał od razu dożywotnie miejsce na mojej półce. Wciągnęły mnie też powieści Juana Gomeza – Jurado i to cała trylogia. A z filmów? Nic nie przychodzi mi do głowy. Więcej czytam niż oglądam, więc kiepski ze mnie „polecacz”. 


I ostatnie, obowiązkowe pytanie na moim blogu: co najbardziej lubi Pani jeść?

Żelki!!! 


Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów w karierze pisarskiej!

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 02, 2023

"Sekret pacjentki" Loreth Anne White

"Sekret pacjentki" Loreth Anne White

Autor: Loreth Anne White
Tytuł: Sekret pacjentki
Tłumaczenie: Ewa Ratajczyk
Data premiery: 27.09.2023
Wydawnictwo: Mando
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller psychologiczny
 
Loreth Anne White to kanadyjska nagradzana autorka, która na nasz rynek zawitała w 2021 roku, kilka lat po swoim debiucie z thrillerem „Nasze idealne małżeństwo”. Wtedy na swoim koncie miała już całkiem solidną liczbę tytułów powieści kryminalnych, a wcześniej jeszcze, przed roku 2015, pisała romanse, od których zaczęła przygodę z literaturą. Teraz, ponad dziesięć lat od debiutu, na swoim koncie ma kilka poważnych nagród literackich i ponad 3 miliony sprzedanych egzemplarzy. Polski czytelnik, mimo że ma zaledwie trzy tytuły (i to dopiero od kilku dni!) do wyboru, też bardzo sobie jej prozę szanuje. Ja spotkałam się z nią po raz pierwszy niecały rok temu, przy drugiej polskiej premierze pt. „Miasteczko Twin Falls” (recenzja – klik!). I „Sekret pacjentki” ma kilka wspólnych z nią punktów – jak choćby fakt, że fikcja literacka podparta została historią prawdziwą...
 
Fabuła „Sekretu pacjentki” toczy się w małej kanadyjskiej miejscowości położonej tuż przy klifie, tuż przy morzu i zaczyna w dniu, w którym życie mieszkańców zmieniło się na zawsze. Psychoterapeutka Lily od momentu pobudki jest bardzo niespokojna, a jednak przyjmuje normalnie pacjentów... To znaczy stara się, ale nie może się skupić, jej dotychczasowe życie legło w gruzach. Po jednej sesji decyduje, że musi odwołać spotkania, wtem zauważa męża, który wraca z przebieżki – zachowuje się dziwnie, nie ma na sobie kurtki, choć poranek mroźny, biegnie do szopy, za chwilę do domu. Zaraz też słychać sygnał policji – to pod ich dom podjeżdżają radiowozy. Jej mąż Tom twierdzi, że znalazł na plaży ciało kobiety, nieżywej, prawdopodobnie spadła z klifu. Sprawą zajmuje się detektywka, która od pewnego czasu prowadzi śledztwo w sprawie zabójcy biegaczek – dlaczego ona, czy te sprawy mogą się ze sobą łączyć? Kim jest martwa kobieta i czy ktoś stoi za jej śmiercią? I dlaczego Tom zachowuje się tak dziwnie?
„Każdy człowiek jest zdolny do najbardziej ohydnych rzeczy, jeśli zaistnieją odpowiednie okoliczności, jeśli towarzyszy mu odpowiednia narracja.”
Budowa książki jest dosyć skomplikowana do opisania, jednak podczas lektury nie powoduje to zamieszania, czytelnik bez problemu odnajduje się w treści. Po pierwsze: akcja podzielona jest na „wtedy” i „teraz”. Rozdziały „wtedy” mają określenia czasowe oraz odliczają dni do śmierci kobiety z plaży. Rozdziały „teraz” dzieją się już po znalezieniu ciała. Jest więc podział na czas. Jest też podział na postacie – przede wszystkim historię poznajemy z perspektywy Lily i śledczej Rue, jednak nie tylko – pojawiają się też rozdziały z perspektywy męża Lily, ich sąsiadki, ich córki, jak i syna ofiary. Pomiędzy tym rozdziałami są jeszcze są jeszcze „kręgi na wodzie”, które toczą się teraz i w jednym rozdziale ukazują losy kilku postaci oraz są jeszcze rozdziały „porwanie. Historia kryminalna” opisujące zbrodnię sprzed lat – to ta oparta jest na historii prawdziwej. Wszystko to pojawia się naprzemiennie, dzięki czemu powoli, ale skutecznie budujemy pełen obraz zdarzeń – i tych, które podprowadziły do nocy, podczas której zginęła kobieta, i tych opowiadających o skutkach jej śmierci. Narracja prowadzona jest trzeciej osobie czasu teraźniejszego z perspektywy opisywanej postaci, chyba że chodzi o rozdziały zatytułowane „porwanie” – te pisane są na kształt artykułu do gazety, w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego. Język powieści jest bardzo przystępny, narrator skupia się na oddaniu emocji postaci, zatem często przedstawia ich gesty i myśli, których nie wypowiadają na głos. Dialogi rozpisane są sprawnie, całość czyta się lekko, bez problemów, płynnie, a czas teraźniejszy podbudowuje uczucie niepokoju i dynamiki – czytelnik ma wrażenie, że już zaraz coś się stanie.
„Praca terapeutki przypomina detektywistyczne poszukiwanie wskazówek do rozwiązania zagadki, przyczyn „problemu”, jakim w tym wypadku jest sklepowa kradzież. To problem skłania człowieka do podjęcia terapii, gdy już dłużej nie może dać sobie z nim rady. Problem jest na ogół oczywisty, lecz jego powody bywają tajemnicą nawet dla samego pacjenta, skrywają się głęboko w podświadomości.”
Historia zaczyna się dosyć kameralnie, spokojnie i przez połowę powieści właśnie w taki sposób się toczy – poznajemy się z postaciami, z ich emocjami i tajemnicami, o których powoli zaczynają nam opowiadać. Jednak im lepiej je poznajemy, tym sytuacja się zagęszcza, nagle, z jednego podejrzanego, robi się ich co najmniej kilku. Zatem kto tak naprawdę miał motyw? Kto był zdolny do zbrodni? W imię czego? I kto teraz na ten temat kłamie? Wydaje się, że kłamią wszyscy, więc w jaki sposób odkryć, kto kłamie akurat na samego aktu zabójstwa? Autorka bardzo sprytnie buduje napięcie – gdzieś w połowie powieści okazuje się, że nagle nie możemy się doczekać, kiedy wszystkie karty zostaną odsłonięte. Jest kilka solidnych twistów, dobrze umotywowanych psychologicznie, przez to na mnie zrobiły naprawdę duże wrażenie.
„Zanim pojawiła się Arwen, było tu spokojnie. Wszyscy skutecznie ukrywali swoje mroczne rodzinne sekrety za sztucznymi uśmiechami. Arwen wstrząsnęła ich klatką. Szczury zaczęły biegać i atakować się nawzajem.”
Poprzez rozbudowane kreacje postaci, autorka porusza sporo ciekawych do rozważeń problemów. Mamy matkę, która za wszelką cenę chroni swoje dzieci – jak daleko rodzic jest się w stanie posunąć, by zapewnić im spokojne dzieciństwo? Mamy zbuntowaną nastolatkę, która im mocniej rodzice naciskają, tym mocniej im się przeciwstawia – gdzie jest granica? Czy to nienawiść prawdziwa czy jednak zwyczajny bunt nastoletni? Jest też chłopak, który na nowo musi się odnaleźć w miasteczku pełnym obcych – czy nie powinien mieć normalnego, beztroskiego dzieciństwa? Są też pacjenci psychoterapeutki, którzy sporo mówią o winie i karze, o utajonej zbrodni i próbie odkupienia za grzechy przeszłości. Tylko czy naprawdę wszystko da się odkupić? Czy wszystkiego, co złe, faktycznie się żałuje? Czy każdy człowiek jest się w stanie zmienić? Na pewno jeśli chce, jest na to większe prawdopodobieństwo, ale co z tymi, co cały czas udają?
„Jej życiowym celem jest pomaganie innym w radzeniu sobie z psychicznymi przeciwnościami, pokazywanie, że potworne doświadczenia z przeszłości nie muszą oznaczać nieodwracalnego zniszczenia. Jej celem, w każdej godzinie każdego dnia, miesiąca, roku, jest nieustanne udowadnianie, że można świadomie zmieniać swoją narrację, zastępować dawne schematy. Że człowieka nie musi definiować przeszłość. Ani genetyka. Że ludzie mogą się zmienić.”
Mam wrażenie, że postacie są tylko nośnikiem ważnych do analizy tematów, choć ich kreacje oczywiście są dokładne i rozbudowane. Nie będę jednak ich w tej recenzji analizować, powiem tylko, że historia w sumie skupia się na czterech zamieszanych w sprawę rodzinach, a my poznajemy ich zarówno ich oczami, jak i oczami osób trzecich.
„Ludzie są istotami strasznie złożonymi. Czasami nie ma prostych, podręcznikowych odpowiedzi. Czasami ludzie tak na siebie wpływają, że wspólnie doprowadzają do katastrofy.”
Na początku recenzji wspominałam o podobieństwach do „Miasteczka Twin Falls”. Jest ich więcej niż tylko oparcie historii o zbrodnię prawdziwą – jest małe miasteczko, zamknięta, pełna tajemnic społeczność, sposób rozpisania i narracja również są do siebie zbliżone. A jednak „Sekret pacjentki” dotyka innych tematów, które oddane są pod względem psychologicznym dokładnie, ale i oryginalnie, zaskakująco, przez co pojawiają się te wspomniane twisty fabularne. Książka na pewno spodoba się tym, który lubią małe społeczności pełne tajemnic, akcję spokojną, skupioną na psychologicznych kreacjach postaci. Dla mnie finał był mocny, wstrząsający i wywołał u mnie sporo refleksji. Lubię takie książki!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.

Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!