listopada 26, 2024

Book tour z "Obserwatorem śmierci"!

Book tour z "Obserwatorem śmierci"!
Dobry, rozrywkowy kryminał, ale podszyty sporą ilością wiedzy i wartymi refleksji tematami? Tak, Chris Carter tak potrafi! Aktualnie mija już miesiąc od premiery jego najnowszej książki na polskim rynku, a także od jego wizyty w Polsce. Sporo czytelników już się z "Obserwatorem śmierci" zapoznało i mimo iż tym razem lektura nie jest bardzo krwawa, to i tak zbiera naprawdę wysokie oceny! Bardzo mnie to cieszy, bo wiecie, że według mnie wcale nie o krwawość w kryminałach chodzi 😉

Bez względu na to, czy znacie pióro autora czy nie, po "Obserwatora śmierci" możecie śmiało sięgnąć, a dzisiaj chcę Wam to ułatwić - zapraszam na book tour z tym tytułem! Komu przypadnie do gustu ta lektura? Na pewno fanom kryminałów rozpisanych na króciutkie, usiane cliffhangerami rozdziały - uwaga, grozi nieumiejętnością odłożenia książki przez skończeniem! Z mocno zagadkową zbrodnią i dopracowanymi motywacjami, których odkrycie powoduje prawdziwy wstrząs, a później też zmusza do własnych refleksji. Tak naprawdę myślę, że jest to książka dla fanów każdego typu kryminału - każdy znajdzie w niej coś dla siebie!

A jeśli chcielibyście poczytać o niej więcej przed zgłoszeniem, to zapraszam na moją recenzję - klik!

Zasady uczestnictwa w book tourze:
  1. Książkę możecie trzymać maksymalnie 2 tygodnie od daty jej otrzymania, później wysyłacie ją dalej (adres kolejnej osoby otrzymasz ode mnie lub bezpośrednio od kolejnego uczestnika)
  2. Recenzję/opinię/film (zależy gdzie się udzielacie) proszę zamieście maksymalnie do 3 tygodni od daty otrzymania książki. Oznaczcie mój blog/IG/FB oraz Wydawnictwa Sonia Draga w swoim poście, wykorzystajcie któryś z hasztagów: #kryminalnatalerzu, #kryminalnatalerzupoleca, #czytajzkryminalnatalerzu, a jeśli platforma, na której publikujecie, na to nie pozwala, to po prostu wspomnijcie, że jest to książka czytana w ramach book touru organizowanego przez kryminalnatalerzu.pl.
  3. Książkę możecie wysłać pocztą, kurierem, paczkomatem – jak Wam i odbiorcy najwygodniej, ważne, żeby przesyłka miała numer, by się nie zgubiła! Jej numer po wysłaniu od razu koniecznie wyślijcie do mnie!
  4. Książka jest do Waszej dyspozycji – możecie po niej pisać (doradzam, by używać czegoś wyraźniejszego niż ołówek), zakreślać, zaznaczać. Proszę jednak o jej poszanowanie, czyli bez gniecenia i rozrywania 😉
  5. Będzie mi miło jeśli zostawicie w książce po sobie ślad – z przodu książki przygotuję do tego miejsce oraz wkleję małą mapkę, na której oznaczymy trasę książki – nie zapomnijcie dorysować swojego punkcika! Będę mogła sobie później powspominać! 😊
  6. Do wysyłanej paczki dorzućcie coś od siebie (herbatkę, coś słodkiego czy tym podobne przyjemności), tak by kolejnemu uczestnikowi było miło.

Zgłaszać się możecie w komentarzu pod postem tu na blogu, pod postem na IG i FB oraz w prywatnych wiadomościach na IG i FB oraz mailowo: kryminalnatalerzu@gmail.comKolejność uczestnictwa zapisywać będę według kolejności zgłoszeń (oczywiście później uczestnicy mogą dogadać zmiany w kolejności między sobą).

Listę uczestników zapiszę w tym poście w środę.
Książka ruszy w podróż najpóźniej w środę czwartek, ale listy uczestników nie zamykam, można zgłaszać się także w trakcie trwanie book toura. Zastrzegam sobie jednak możliwość zamknięcie listy, w chwili kiedy liczba uczestników przekroczy 30 osób.
W book tourze nie będą uwzględniane osoby, które trzy razy przekroczyły terminy wysyłki książki lub trzy razy nie wystawiły opinii w moich wcześniejszych BT.


Zachęcam też do udostępniania wiadomości o book tourze na swoich profilach - wystarczy, że udostępnicie post o bt, który ukazał się u mnie na IG i FB, a także do polubienia profili wydawnictwa i moich własnych 😊


W razie pytań jestem dostępna na IG i FB oraz oczywiście mailowo.


Serdecznie zapraszam do zgłoszeń, a uczestnikom życzę przyjemnej lektury!




Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

Lista uczestników:
1. @zbrodniaiksiazkara 
2. @strefabooki 
3. @zaczytana_daria 
4. @po_prostu_o_ksiazkach 
5. @mirkowo3 
6. @milosniczka.kavy 
7. @koszmarrrna_czytelniczka 
8. @kobiecym.okiem
9. @justyna6353 
10. @iter_per_libros  
11. @_za.czytana.bella_ 
12. @nieuleczalna_ksiazkara 
13. @sylwiaaa 
14. @madzulas 
15. @kasienkaj7 
16. @zaczytana_panna 
17. @marza.czyta 
18. @just_to_books 
19. @izabelawatola (31.07-28.08)
20. @zafascynowana.ksiazkami_ (książka jest tu od 30.08)

listopada 26, 2024

"Wilczyca" Mieczysław Gorzka - zapowiedź patronacka

"Wilczyca" Mieczysław Gorzka - zapowiedź patronacka
Już jutro 27 listopada czeka nas ostatni wysyp nowości roku 2024. Wśród nich znajdziemy wiele interesujących tytułów, ale dzisiaj chciałam zwrócić Waszą uwagę na jeden z tych naprawdę szczególnych - na "Wilczycę" Mieczysława Gorzki, której Kryminał na talerzu ma przyjemność patronować!

Komisarz Laura Wilk czuje się bezsilna wobec działań bezwzględnego zabójcy znanego jako Poltergeist. Niespodziewanie otrzymuje wsparcie od młodszego aspiranta Dominika Bielczyka specjalizującego się w ściganiu seryjnych morderców. Ich współpraca nie układa się jednak pomyślnie, a dzielący ich mur braku zaufania i głęboko skrywanych tajemnic z dnia na dzień staje się coraz grubszy. W międzyczasie zabójca uderza bezpośrednio w Laurę Wilk, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację.
Aby zrozumieć przyczyny swoich problemów psychicznych, Ariel Lesiecki postanawia powrócić do czasów dzieciństwa spędzonego we wsi Wątlica. Z przerażeniem odkrywa prawdę i po raz kolejny musi walczyć o życie, mając za przeciwnika bezwzględnego mordercę.
Wciągnięci w trudny do przewidzenia wir wydarzeń, Lesiecki i Wilk trafią do miejsca, gdzie narodził się Poltergeist. A on już na nich czeka…
"Wilczyca" to drugi tom serii kryminalnej, kontynuacja przygód policjantki Laury Wilk zwanej Wilczycą oraz psychologa Lesieckiego, których czytelnicy mogą już znać z "Poszukiwacza Zwłok" (recenzja - klik!). A jeśli nie, to mocno polecam tę lekturę uzupełnić - w tomie drugim śledczy ściągają cały czas tego samego nieuchwytnego seryjnego mordercę, warto więc zatem poznać w pełni ten wątek, choć oczywiście jeśli będziecie chcieli sięgnąć po tom drugi oddzielnie, to zabronić Wam tego nie mogę 😉 Akcja "Wilczycy" porywa od pierwszej strony, autor przeskakuje w czasie i ukazuje historię z perspektywy Laury i Lesieckiego, a obydwoje w tym tomie pakują się w nie lada tarapaty... Zajmująca akcja, świetnie utkana, wielowątkowa intryga i solidne twisty fabularne to coś, co sprawia, że tych pięciuset stronach nawet się nie zauważa, a po przeczytaniu ostatniej strony od razu chce się więcej! Zdecydowanie wyborna lektura na jesienno-zimowy czas!

Autor: Mieczysław Gorzka
Tytuł: Wilczyca
Cykl: Wilk i Lesiecki, tom 2
Data premiery: 27.11.2024
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 528
Gatunek: kryminał 

A dzień po premierze z jej okazji odbędzie się w Warszawie spotkanie z autorem książki - Mieczysławem Gorzką! 
Nie trzeba być jednak warszawiakiem, by w nim uczestniczyć, ba! możecie się wtedy znajdować po drugiej stronie Polski,  a i tak wziąć w nim udział - zapowiedziana jest transmisja online. Szczegóły wydarzenia tu - klik!


Książka w sprzedaży dostępna jest w dwóch wersjach: w miękkiej oprawie ze skrzydełkami oraz twardej z barwionymi brzegami.


We współpracy patronackiej z Wydawnictwem Czarna Owca.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!
 

listopada 25, 2024

"Srebrna kość" Andrij Kurkow

"Srebrna kość" Andrij Kurkow

Autor: Andrij Kurkow
Tytuł: Srebrna kość
Cykl: Tajemnice Kijowa, tom 1
Tłumaczenie: Agnieszka Matkowska
Data premiery: 06.11.2024
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 280
Gatunek: powieść kryminalna / historyczna / groteska
 
Andrij Kurkow to ukraiński pisarz i scenarzysta filmowy cieszący się sporą sławą nie tylko na swoim rodzimym rynku, ale także na Zachodzie - jego proza ceniona jest m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii. Tworzy od początku lat 90tych ubiegłego wieku, na koncie ma sporą liczbę powieści, z których najbardziej znane są “Kryptonim ‘Pingwin’”, “Jimi Hendrix we Lwowie” i “Srebrna kość” (obydwie z nominacjami do Nagrody Bookera) oraz “Szare pszczoły” (z nominacją do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus). Tłumaczony jest na ponad dwadzieścia języków, aż osiem jego książek doczekało się ekranizacji. W Polsce jego publikacje wydawana są już od dwóch dekad, przetłumaczonych zostało dziesięć tytułów, z czego “Srebrna kość” to jego powieść najnowsza, pierwszy tom cyklu kryminalnego Tajemnice Kijowa, który równocześnie jest moją pierwszą stycznością z jego piórem.
 
Marzec 1919 rok, Kijów, bardzo niespokojny politycznie czas. Chwilę temu zakończyła się I wojna światowa, teraz trwa rewolucja bolszewicka - na ulicach pełno jest kozaków, czerwonoarmistów i innych zabijających się nawzajem i przypadkowych ludzi. Taką uboczną ofiarą pada ojciec Samsona Kołaczki, który w ostatnim heroicznym czynie odepchnął syna na tyle, by ten mógł ujść z życiem, szabla ledwo go dotknęła, odcięła mi prawe ucho. I tak Samson, młody chłopak, został sam. Po otrząśnięciu się z szoku, schowaniu odciętego ucha i skorzystaniu z pomocy lekarza wraca do domu, gdzie w przeciągu kilku kolejnych dni nachodzą go czerwonoarmiści, w końcu się do niego wprowadzając. Przecież komunistycznie rzecz ujmując, jeden człowiek nie może mieszkać w tak wielkim mieszkaniu sam, prawda? Samson przez kolejny splot wypadków dostaje zatrudnienie w milicji, a nabierając doświadczenia w sprawach kryminalnych, zaczyna baczniej obserwować swoich lokatorów… Czy oni czegoś przypadkiem nie knują?
 
Książka rozpisana jest na 43 rozdziały i epilog, całość zamknięta jest mapką ówczesnego Kijowa, dzięki czemu czytelnik może podróżować po mieście mając przed oczami jego dokładny rozkład. Rozdziały są kilkustronicowe, czasem dzielone również na mniejsze fragmenty. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy Samsona, jednak narrator skupia się raczej na tym, by relacjonować to, co się dzieje, nie na emocjach postaci. Styl powieści jest ciekawy, głównie pod tym kątem, że postacie mówią… wykrzyknikami! Daje to bardzo dziwny efekt, sama miałam wrażenie, że bohaterowie cały czas do siebie krzyczą, więc ich rozmowy, przez sam jeden powtarzalny znak interpunkcyjny robią się mocno ekspresyjne. Trzeba też chwili, by się do tego przyzwyczaić, bo jednak nie jest to zapis normalny, później jednak zaczyna to działać dość komicznie. Książkę czyta się bardzo sprawnie, a lekki, ironiczny styl autora, sprawia, że trudna sytuacja społeczno-polityczna ówczesnych lat nie wpływa na czytelnika przytłaczająco.
“(...) czy całkiem niedawna przeszłość naprawdę może wydawać się aż tak odległa, jakby z przeczytanych książek, a nie własna?”
To może właśnie na tym na początku się skupmy - na tej sytuacji społeczno-historycznej, politycznej, bo tak naprawdę wszystko to, co dzieje się w trakcie trwania tej historii w tle, ma dla niej kolosalne znaczenie - dlatego sama, przy określeniu gatunkowym dorzuciłam powieść historyczną. Jeszcze niedawno w kraju rządził car, po czym przyszła wojna, teraz rewolucja, a to sprawiło, że bardzo różne ugrupowania zaczęły ze sobą walczyć. W jednym krótkim momencie władza zmieniała się kilka razy, za każdym razem, jak to na wojnach bywa, dając mocno oberwać tym, którzy żyli sobie nikomu nie wadząc. I tak teraz mamy Samsona, który jeszcze niedawno żył sobie w dobrze sytuowanej rodzinie, z ojcem księgowym, który się o wszystko troszczył. Samson uczył się na elektryka, ale przyszła wojna i świat stanął na głowie. Nagle z młodego nietroszczącego się o nic chłopaka, niemającego w niczym doświadczenia (nie wspominając nawet o tak “babskich” sprawach jak pranie i gotowanie!), staje się głównym i jedynym członkiem swojej rodziny. I autor mocno te jego oderwanie od rzeczywistości podkreśla już na samych pierwszych stronach powieści - dopiero po jakimś czasie od śmierci ojca, zapytany przez sąsiadkę, uświadamia sobie, że przecież musi zacząć skądś brać pieniądze… I właśnie na zasadzie absurdu, autor bardzo dosadne oddaje koszmar życia w tamtym okresie. W tle głód, morderstwa, kradzieże, grabienie mienia, a na linii pierwszej - Samson, który kompletnie nie rozumie zależności politycznych, więc po prostu leci z tym, co mu życie przynosi…
“- A pan, Samsonie, czym się zajmuje?
- No właśnie, przeżywam nieszczęścia, które się na mnie zwaliły (...).”
I właśnie na przypadku się ta historia opiera. Samson, tak jak jego imiennik biblijny, dostaje pewną siłę, której brakuje innym śmiertelnikom, choć nie jest ona tak dosłowna, a sam Samson tak zaradny… I właśnie przez tę, nazwijmy to umiejętnością, zaczyna drążyć pewien trop kryminalny - bo co innego miałby robić? Pracy jako elektryk nie dostanie, a że przypadkiem trafił do milicji, w której też nie dostaje żadnego konkretnego polecenia, to co mu szkodzi trochę potropić? Intryga kryminalna toczy się tempem spokojnym, bo też nie ona jest tu najważniejsza, tu króluje absurd codzienności, a śledztwo to po prostu jego kolejny przejaw i kolejna okazja do oddania ówczesnego kolorytu Kijowa. Sama zagadka ma w sobie ciekawe momenty, a jej rozwiązanie doskonale pasuje do całościowego klimatu powieści.
“A ja zasadniczo jestem specjalistą od elektryczności, a nie od morderstw, ale tak się jakoś złożyło…”
Żeby powieść była pełna, to dostajemy też w niej subtelny wątek miłosny - Samson poznaje (znowu nie sam o to zabiega) dziewczynę i trzeba mu przyznać - tę znajomość podtrzymuje, ba, nawet chyba stara się ją rozwijać. I tutaj mamy nieco komizmu, bo przecież Samson i w sprawach romantycznych kompletnie się nie orientuje, ale wątek ten wprowadza taki ciepły, zwyczajny element - z Samsona robi zwyczajnego, ale i pełnego kultury młodego człowieka, a to dalej nadzieję, że jeszcze kiedyś wyjdzie na ludzi...
“Wydaje mi się, że ważne jest, aby przechować jakieś historie rodzinne! Aby ciepło pozostawało w duszy.”
Podsumowując, “Srebrna kość” na rynku powieści kryminalnej jest czymś rzadko spotykanym. To historia pełna groteski i absurdu, ale czy o tak chorych sytuacjach, jak ta z Kijowa z 1919 da się mówić inaczej? Da się, ale byłoby bardzo smutno, a czasami chore sytuacje chyba lepiej jest po prostu wyśmiać. I tak robi Andrij Kurkow bawiąc się głównym bohaterem - nadaje mu lekko nadprzyrodzone cechy, które robią z niego dobry materiał na śledczego. Cóż kiedy on jednak jest elektrykiem, a nie śledczym? Taka rzeczywistość - trzeba się przestawić. Zatem podążamy tropem zbrodni, uparcie, i po wybojach, po omacku, no bo przecież Samson kompletnie nie wie co robić - to nie czasy, gdzie każdy dzięki powieściom kryminalnym i serialom jest już trochę detektywem…. I choć autor nie skupia się specjalnie na psychologii postaci, sama intryga kryminalna też nie jest na pierwszym miejscu, to jakoś tak operuje tą uwagą czytelnika, że lektura zajmuje, a po jej zakończeniu chce się więcej. To kiedy te drugie śledztwo Samsona?
“-(...) nagle zdał sobie sprawę, że czasem myślenie przeszkadza, Można zrobić coś ważnego tylko dokładnie wtedy, kiedy nie myślisz!”
Moja ocena: 7/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Oficyną Literacką Noir sur Blanc.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 24, 2024

Kilka pytań do... Juliusza Machulskiego, autora "Nikczemnego narratora"

Kilka pytań do... Juliusza Machulskiego, autora "Nikczemnego narratora"
Jak wyglądałby "Nikczemny narrator", gdyby powstał i został wydany w latach 90-tych ubiegłego wieku, czym tak naprawdę jest scenariusz do filmu głównego bohatera książki, z którym on wraca do Polski, a czytelnik można go poznać na jej ostatnich stronach, co jest trudniejsze - napisać powieść czy scenariusz filmowy, jaka jest różnica w tworzeniu filmów teraz a trzydzieści lat temu, jaki tytuł Juliusz Machulski wymienia na pytanie o film, który jest kwintesencją lat 90-tych i jak nazywać się będzie trzecia jego powieść?

Zapraszam na rozmowę z Juliuszem Machulskim!

Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Juliusz Machulski notka biograficzna:
Urodzony w 1955 roku w Olsztynie. Polski reżyser, scenarzysta, producent filmowy, dramaturg, a teraz także pisarz. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim oraz reżyserię w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, a także w CalArts w Kalifornii. Jeden z najbardziej znanych twórców polskiego kina. To jemu zawdzięczamy filmy Vabank, Seksmisja, Kingsajz, Déjà vu, Szwadron, Kiler, Pieniądze to nie wszystko, Vinci, Ile waży koń trojański, Kołysanka, Volta. Przez ponad 30 lat prowadził Studio Filmowe „Zebra”, gdzie wyprodukował między innymi: Psy, Dług, Dzieci i ryby, Dzień świra, W ciemności oraz seriale: Kuchnia polska, Matki, żony i kochanki, Mały Zgon. Ma swoją gwiazdę w Alei Gwiazd na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. 

Kryminał na talerzu: Jak to się stało, że nasz słynny twórca filmowy Juliusz Machulski wziął się za pisanie powieści? Przyznam, że przy „Wiszącej małpie” myślałam, że to Pana zajęcie, które ma rozwiać nudy emerytury, ale teraz media huczą o tym, że właśnie kręci (albo raczej nagrywa!) Pan „Vinci 2”, więc moja teoria legła w gruzach 😊

Juliusz Machulski: Zawsze uważałem się za opowiadacza historii. Zacząłem od opowiadania filmami, ale zawsze miałem chęć napisać powieść. Stało się to możliwe dopiero jak miałem więcej czasu. Zamieniłem opowiadanie filmowe na literackie. Obie narracje są mi bliskie, choć podczas pisania powieści czuję się bardziej niezależny niż podczas kręcenia filmów. Nie obchodzą mnie aktorzy, budżet, pogoda itp. Prawdopodobnie zająłem się reżyserią, żeby nikt mi nie zepsuł tego co napisałem.


W posłowiu „Nikczemnego narratora” pisze Pan, że powieść ta była w Pana głowie już w latach 90-tych, wtedy, kiedy faktycznie toczy się akcja powieść, ba! już chyba coś Pan zaczął pisać… A jednak dopiero teraz finalna wersja trafiła w nasze ręce. Dlaczego ta historia na ujrzenie światła dziennego musiała czekać aż trzydzieści lat?

Nie tyle powieść była w głowie, tylko kilka rozdziałów zostało napisanych. Nie napisałem więcej, bo okazało się, że po powrocie z USA w 1993 zajęty prowadzeniem studia Zebra i realizowaniem swoich i nie tylko swoich filmów, kompletnie nie będę miał czasu na pisanie. Te kilkadziesiąt stron napisanych ponad trzydzieści lat temu cierpliwie czekało, aż wrócę do zaczętej narracji, a przedtem napisałem jeszcze powieść „Wisząca małpa”.


Akcja „Nikczemnego narratora” mocno osadzona jest w środowisku filmowym, jej narratorem jest scenarzysta i autor powieści kryminalnych, który właśnie zjawił się w Polsce z nadzieją na podpisanie umowy na realizację filmu według jego scenariusza. A czym tak naprawdę różni się stworzenie powieści od napisania scenariusza?

Pisanie scenariusza jest pozornie łatwiejsze od pisania powieści, bo tylko szkicuje się akcję zostawiając na przykład charakterystykę postaci do wypełnienia przez aktorów. W scenariuszu nie pisze się w zasadzie o wyglądzie miejsc, na ogół też nie ma miejsca w filmie na monolog wewnętrzny bohaterów. Nie wiemy co myślą. W powieści jest dużo łatwiej pogłębiać postać pisząc o tym, co myśli. Zwłaszcza gdy, tak jak ja, lubi się prowadzić narrację w pierwszej osobie.
W dodatku autor ma do dyspozycji wyobraźnię czytelnika. To czytelnikowi zostawia się wyobrażenie o opisywanym świecie. W filmie przedstawia się widzowi własne gotowe wyobrażenie o opowiadanej historii.

Kamil Hubeny, nasz główny bohater i narrator, ma przy sobie scenariusz do filmu „Torsje”, z którym również czytelnik może się zapoznać – to ostatnie sto stron książki. Czy jest to tekst, który powstał tylko i wyłącznie na potrzeby „Nikczemnego narratora”?

Nie. To jest tekst, który napisałem podczas mojego pobytu w Nowym Jorku w 1993 roku.
Początkowo miał to być film, który nakręcę po powrocie ze Stanów, lecz w momencie szukania finansowania filmu „Torsje” pojawiła się propozycja zrobienia serialu „Matki, żony i kochanki”. No i odłożyłem „Torsje” ad kalendas graecas. Czekały, aż się doczekały. W powieści mój bohater chodzi ze scenariuszem „Torsji” pod pachą zachęcając do niego kolejnych producentów i dużo się o tym scenariuszu mówi. Pomyślałem, że byłoby fair wobec czytelnika podarować mu ten scenariusz do przeczytania.


Na pierwszych stronach powieści Kamil wspomina, że w samolocie do Polski jeszcze nad tym scenariuszem pracował i jest bardzo dokładnie określone na czym – mianowicie jest to Smith Corona Personal World Processor wraz z drukarką. Zakładam, że i Pan swego czasu na takowym urządzeniu pracował, więc może opowie nam Pan o nim trochę więcej? Duży to był przeskok z pracy na zwyczajnej maszynie do pisania?

Smith Corona PWP był takim proto-laptopem, który ułatwiał pracę ogromnie, szczególnie edytowanie tekstu. Maszyna do pisania była przy nim jak drezyna przy pociągu albo hulajnoga przy motocyklu.
Ale dziś Smith Corona w porównaniu z systemem Word jest mocno przestarzała. Nie miała pamięci na dysku, tylko dyskietki, na których zapisywało się treść z ograniczeniem ilości znaków, a te dyskietki, gdy wprowadzało się je do PWP, często się zacinały. Tak że Word i Mac to następny skok do przodu w stosunku do Smith Corony.


Tak samo jak Kamil Hubeny, tak i Pan w latach 90-tych przebywał w Stanach wykładając na amerykańskiej uczelni. Ciekawią mnie Pana wrażenia z tego okresu, jak duża była różnica w tym, jak kręciło się filmy (już od samej tej technicznej strony) w Stanach, a jak w Polsce? W końcu Polska wtedy, po wyjściu z PRL-u, dopiero otwierała się na nowinki technologiczne z Zachodu.

Filmy kręci się wszędzie podobnie. W zasadzie na planie obowiązują te same zasady. Tam oczywiście jest to wygodniej zorganizowane, o czym stanowi wysokość zachodnich budżetów. Wszystkie nowinki techniczne można było już wtedy w 1993 sprowadzać do Polski, jeśli się miało pieniądze. Sam użyłem po raz pierwszy w polskim filmie (1991) „Louma Crane” – supernowoczesny kran zdjęciowy – który był dla mnie dostępny jedynie dlatego, że film „VIP” był koprodukcją polsko-francuską.


A jak duża różnica jest pomiędzy robieniem filmu w latach 90-tych a teraz? Kiedy to dawało więcej frajdy?

W sumie niewielka, nie licząc tego, że dziś filmów nie kreci się na taśmie światłoczułej, tylko na cyfrze. Nie trzeba się liczyć z taśmą, która zawsze była najdroższą pozycją w budżetach filmów w latach 90-tych. Można robić o wiele większą ilość dubli niż wtedy, ale ten medal ma dwie strony, bo czasu w dniu zdjęciowym jest tyle samo, a może nawet mniej niż wtedy, bo filmy kręci się szybciej. Dla mnie przynajmniej, frajda zawsze zależała nie od technicznych nowości, tylko od scenariusza i aktorów. 


W „Nikczemnym narratorze” bardzo mocno osadza nas Pan w tej rzeczywistości filmowej lat 90-tych. Co chwilę wymienia Pan jakichś twórców filmowych, tytuły filmów. Nie ukrywajmy – to były niesamowite czasy dla kina, w końcu były już jakieś możliwości techniczne, a rynek nie był tym nośnikiem popkultury tak mocno zalany jak teraz, więc była jeszcze duża przestrzeń do tego, by zrobić coś nowego. Złote czasy dla kina, zgodzi się Pan z tym?

Tak. To była złota era kina, która obawiam się już się nie powtórzy. Dziś narracyjną funkcję kina przejęły seriale na platformach streamingowych. Łatwiej zawrzeć epicką opowieść w dwunastu niż dwóch godzinach. Nawet w Polsce udaje się od czasu do czasu zrealizować ciekawy serial. I niektóre z nich realizacyjnie nie odbiegają od zachodnich standardów, choć często mam wrażenie, że scenariusze do nich pisze sztuczna inteligencja.


Dążyłam jednak w tym zagajeniu do tego, by zapytać Pana o jeden tytuł, o taki film, który według Pana jest kwintesencją kina lat 90-tych.

Trudno mi znaleźć jeden tytuł. Na pewno postacią, która zostanie w historii kina jak wcześniej Orson Welles i jego „Obywatel Kane”, to Quentin Tarantino a szczególnie „Pulp Fiction”.
Były też świetne filmy braci Cohen („Fargo”), czy Michaela Manna „Gorączka”. Komedie „Dzień świstaka” czy „Upadek”. Jak widać nie przychodzą mi do głowy żadne europejskie. 


Znowu trochę zboczyliśmy z tematu książki na film, wróćmy więc do „Nikczemnego narratora”. Dlaczego narrator jest nikczemny?

Bo taki się urodził? Zawsze ciekawszy jest bohater, który nie jest superkryształowy. 
A poza tym jak ktoś przeczyta powieść, to dowie się, że są tam postaci bardziej nikczemne niż tytułowy narrator.


Czy dużo zmieniał Pan w pomyśle z lat 90-tych teraz, przed wydaniem powieści?

W pomyśle powieści z 1993 Kamil dopiero szykował się do wyjazdu do USA, teraz powieść zaczyna się, gdy on wraca. I jeśli dobrze pamiętam, to nie miał być kryminał. Raczej powieść obyczajowa. Ja zresztą lubię łączenie jednego z drugim. Pisanie standardowych kryminałów, gdzie jedynym problemem jest „kto zabił i dlaczego?” mnie nie interesuje.


A czy pamięta Pan jeszcze tę pierwszą myśl, pierwszy impuls, z którego powstał pomysł na tę powieść?

Nie. Chyba impulsem było po prostu to, że chcę napisać powieść. Jak już powiedziałem początkowo miała być to powieść obyczajowa, dopiero po napisaniu „Małpy” zdecydowałem się, że to będzie kryminał. 


Czy jako reżyser i scenarzysta do pisania powieści siada Pan z gotowym planem fabularnym?

Zarówno do pisania scenariusza filmowego, jak i do powieści trzeba mieć „plan podróży”. Trzeba znać przede wszystkim końcową stację, do której zmierzamy. Inaczej, szczególnie w przypadku powieści, można tak jechać bez końca.


Ulubiony moment tworzenia powieści i ten najmniej lubiany?

Wszystko, co związane z pisaniem powieści, mi się podoba. Nie mam nielubianego momentu. Pisanie powieści zostawia więcej przestrzeni niż pisanie scenariusza, a przede wszystkim nie ma ograniczeń. Scenariusz zawsze pisze się z myślą jego zrealizowaniu i odpadają już na wstępie drogie budżetowo pomysły, takie, na jakie można sobie pozwolić w Hollywood, bo wiadomo, że na polskim rynku nie znajdzie się tyle pieniędzy.


Czy szykuje Pan dla nas już trzecią powieść? Jeśli tak, to może nam coś Pan z niej mógłby już zdradzić, jakaś mała zapowiedź?

Tyle tylko, że już mam tytuł: „Zakurzone dziecko” i że jej akcja także będzie się działa w czasie analogowym, a więc przed telefonami komórkowymi i Internetem.


Zakładam, że filmów w swojej domowej biblioteczce ma Pan ilość ogromną, a jak z książkami? Co najchętniej czyta Pan w wolnej chwili?

Książek mam kilka razy więcej niż filmów, choć filmów mam kilkaset.


Mamy film, mamy książkę – to coś, co dostarcza nam rozrywki, ale dla Pana to też przecież praca. Zatem w jaki sposób się Pan relaksuje?

Czytając książki i oglądając filmy właśnie. A ostatnio pisząc powieści. 


I na koniec obowiązkowe pytanie na moim kulinarno-kryminalnym blogu – co najbardziej lubi Pan jeść?

Sushi.


Serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas!

Wywiad przeprowadzony w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 23, 2024

"Mary Shelley. Narodziny Frankensteina" Anne Eekhout

"Mary Shelley. Narodziny Frankensteina" Anne Eekhout

Autor: Anne Eekhout
Tytuł: Mary Shelley. Narodziny Frankensteina
Tłumaczenie: Olga Niziołek
Data premiery: 13.11.2024
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 336
Gatunek: powieść grozy / biograficzna / fantastyczna
 
Anne Eekhout to holenderska autorka, która na polskim rynku po raz pierwszy pojawiła się dopiero teraz, z książką “Mary Shelley. Narodziny Frankensteina”, choć debiutowała już dekadę temu. Jej powieści cieszą się dobrymi opiniami, otrzymują nagrody i tłumaczone są na kilkanaście języków. Aktualnie na koncie ma pięć tytułów: trzy powieści skierowane do dorosłych, jedną dla czytelników nastoletnich oraz jedną dla dzieci. “Mary Shelley. Narodziny Frankensteina” to czwarta z nich, która na rodzimym rynku autorki wydana została w 2021 roku.
 
Mary Shelley nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. Uznawana jest za prekursorkę powieści science fiction, jest matką Frankensteina, który wydany po raz pierwszy 1818 nie spotkał się ze specjalnie ciepłym odzewem, ale który ostatecznie stał się powieścią mającą wpływ nie tylko na literaturę, ale i na całą popkulturę. Podobnie jak jej matka, była feministką, choć w epoce romantyzmu swoje wartości wyrażała nieco inaczej niż robi się to współcześnie. Sama po raz pierwszy więcej o jej życiu czytałam w biografii jej i jej matki “Buntowniczki” Charlotte Gordon (recenzja - klik!), z której zresztą korzystała też Anne Eekhout tworząc swoją własną powieść…
 
Rok 1812, młoda, 14-letnia Mary Shelley zostaje wysłana przez swojego ojca do Szkocji na kilkumiesięczny pobyt w rodzinie Baxterów dla podratowania swojego stanu zdrowia - Mary cierpi na egzemę, która dotknęła całe jej ramiona. Baxterowie są dla niej obcy, ale od początku wydają się nastawieni do niej bardzo przyjaźnie - może dlatego, że łączy ich wspólne doświadczenie utraty matki? Żona pana Baxtera i matka ich czwórki dzieci zmarła niedawno, ciągle jeszcze pogrążeni są w żałobie, co najmocniej wydać po Isabelli, dziewczynie 2 lata od Mary starszej, z którą miała nadzieję się zaprzyjaźnić. Dziewczyna jednak całe dnie spędza w swoimi pokoju, Mary więc korzysta samotnie z uroków Szkocji i cieszy się pieszymi wędrówkami po mglistych polach oraz wieczorami z rodziną, podczas których opowiadają sobie wymyślone historie…
Cztery lata później te lato przychodzi do niej we wspomnieniach w chwili, gdy nad Jeziorem Genewskim, już jako w pełni dorosła osoba, partnerka i matka, wraz z przyjaciółmi podczas jednego z burzowych wieczorów podejmuje się wyzwania napisania powieści grozy. To wtedy odżywają zasłyszane historie, jak i niepokojące doświadczenia, które do teraz plączą się w jej głowie.
“Byłam z siebie dumna, bo wymyśliłam coś, co dało innym przyjemność. Wzięłam ułamek rzeczywistości, obracałam go i rozciągałam, dopóki nie stał się czymś więcej niż to, co naprawdę się zdarzyło. Czymś więcej niż prawdą.”
Historia zawarta w powieści toczy się naprzemiennie: raz w 1812 roku, raz w 1816, co jest w tekście jasno i wyraźnie (nawet graficznie!) zaznaczone. Rozdziały toczące się w 1812 roku określane są datą, stylizowane są na formę zapisu wspomnień, może pamiętnika prowadzone w narracji pierwszoosobowej czasu przeszłego. Rozdziały toczące się w 1816 roku są tytułowane (nienumerowane), pisane w narracji trzecioosobowej czasu teraźniejszego, choć i w tych fragmentach narrator ma pełny dostęp do emocji bohaterki. Język powieści jest stylizowany na taki, jakim wtedy postacie mogły się posługiwać, długość zdań oddaje charakter przeżyć - w momentach, gdy emocje nabierają rumieńców, zdania są dłuższe, po prostu dzielone przecinkiem, co nadaje powieści pędu. Mimo lekkiej stylizacji czytelnik nie ma problemu ze zrozumieniem tekstu, czyta się łatwo i przyjemnie.
“(...) chciała wiedzieć, jak mieszkamy w Londynie, co sądzę o księgarni i czy lubię czytać.
- Wprost za tym przepadam - odrzekłam. - To moje ulubione zajęcie.
Co nie do końca jest prawdą. Najbardziej lubię dumać, fantazjować, ale tego oczywiście nie mogłam powiedzieć.”
Już na pierwszych kartach powieści da się wyczuć dosyć mroczny, klaustrofobiczny klimat - z jednej strony mamy Jezioro Genewskie i lato bardzo kapryśne, które sprawia, że postacie siedzą głównie w domu - są świece, kominek, leje się wino, a towarzystwo artystyczne targane jest bardzo żywymi emocjami. Z drugiej strony jest Szkocja - rezydencja położona pośrodku niczego, wokół tylko pola i skały, które dają piękny, acz surowy klimat. To, co dzieje się nad Jeziorem Genewskim raczej przez całą powieść jest stałe, jednak klimat wizyty Mary w Szkocji nieustannie się zmienia…
“Dostrzegam jednak swoje coraz głębsze zainteresowanie własnym światem. Swoimi snami, koszmarami, marzeniami na jawie. Widzę, że autorzy moich ulubionych książek mają umysły działające jak mój - łączą rzeczy, których nigdy wcześniej nie łączono, których może nie należy łączyć.”
Z biografii Mary autorka do swojej książki wzięła w sumie tylko podstawowe fakty. W 1812 roku Mary miała lat 14 i pojechała w odwiedziny do Baxterów do Szkocji, gdzie najbliższa wiekiem była jej Isabella. Na tym w sumie zgodność biograficzna tych fragmentów się kończy, fakty zarówno z pobytu, jak i historii szkockiej rodziny zostały ponaciągane i zmienione. Bardziej bliższe realności są fragmenty z 1816 roku, tam przebieg pobytu, towarzystwo (wspomniałam, że mocno artystyczne: jest jej partner poeta Percy Shelley, jest lord Byron i John Polidori, późniejszy autor opowiadania „Wampir”, którego zainspirowało do pisania te same wzywanie, które stało się motywacją dla powstania “Frankensteina”), jak i przeżycia Mary z przeszłości, które wtedy ją w snach dręczyły (śmierć jej pierwszego dziecka, lęk o drugie, które zresztą też towarzyszyło jej w tej podróży) są udokumentowanymi faktami z jej biografii. Autorka dba też, by codzienność postaci, jaką tam prowadzą, zachowała zgodność historyczną, mimo że dosyć fragmentaryczną.
“(...) starzy ludzie mają w myślach węzły, w których bezustannie grzęzną.”
Fragmenty poświęcone pobytowi w Szkocji są dużo bardziej fantastyczne, to one zawierają tę historię gotycką, pełną niepokojów i wątków romansowych - w ten sposób autorka zdaje się wyrażać dojrzewanie Mary, ten wiek, ten okres, w którym emocje i hormony buzują, wyobraźnia jest żywa, a ciało zaczyna dawać sygnały, że i ono ma pragnienia. I tu autorka zaczyna bardzo klimatycznie, od przeróżnych opowieści, w których realność miesza się z bujną wyobraźnią Mary. Im dalej w lekturę, tym powieść robi się coraz bardziej zagmatwana, pojawiają się dosyć dosłownie traktowane wątki romansowe, pojawiają się sny i wizje, które nie wiadomo czym tak naprawdę są. Widać w nich dużą inspirację samym Frankensteinem, widać w nich wpływ szkockich legend i innych opowieści o zmorach, czarownicach i złych duchach, jak i ówczesnych powieści gotyckich.
“Każde zdarzenie wciąż na nowo tworzy samo siebie, w niemal identycznych proporcjach, z niemal identyczną surowością, w niemal identyczny sposób. Jedyna różnica polega na tym, że za pierwszym razem zdarzenie przychodzi z zewnątrz, wnika do głowy i już nie odchodzi, jest opowiadane na nowo, imitowane, zamieniane w opowieść.”
W pierwszej połowie powieści autorka kieruje uwagę czytelnika na ciekawe zagadnienia - pojawiają się rozmowy o granicy między prawdą a fikcją, o tym czy opowieści stworzone przez wyobraźnię mają w sobie jakąś prawdę czy są po prostu kłamstwem. Są rozmowy o elektryczności, o impulsach dających życie, o nowinkach technologiczno-medycznych i religii. Jest także sporo o żałobie, o radzeniu sobie z nią, a może i nieradzeniu, o samym zdrowiu psychicznym. W drugiej połowie tematy, które można traktować uniwersalnie, zaczynają się rozmywać, zaczynają rządzić instynkty, mroczne, seksualne.
“Czy żałoba to miejsce pośrednie między pragnieniem zachowania a pragnieniem utraty? Między pragnieniem pamiętania a pragnieniem zapomnienia?”
I właśnie to mi w książce nie odpowiadało. Historia zaczęła się mocno klimatycznie, baśniowo, dobrze mi się ją czytało, dobrze się przy niej relaksowałam. Opowieści ze Szkocji snute przy kominku, wędrówki po pustkowiach, podczas których Mary wypatrywała (czasami i wypatrzyła) potworów z tych opowieści były mocno pasjonujące. Później jednak autorka odważyła się na bardziej fantastyczne wizje przeplatane mocnymi wątkami romansowymi skupionymi na cielesności, co zaburzyło mój odbiór, gdyż sama jednak wolę bardziej subtelne sceny i mniej wyraźną granicę pomiędzy tym, co realne, a tym, co nie. Myślę więc, żeby docenić w pełni tę powieść trzeba lubić wyraźne wątki romansowe i dosyć odważne wizje kierujące się w stronę mrocznej fantastyki.
“-Zgroza może stać się grozą, tylko wówczas (...) gdy napawa nas nią coś prawdziwego, czyż nie?”
Podsumowując, do powieści Anne Eekhout pt. “Mary Shelley. Narodziny Frankensteina” należy podejść jak do impresji na temat powstania wizji Frankensteina w głowie Mary zbudowanej na szkielecie powieści gotyckiej z bogatym wątkiem mrocznej fantastyki i romansu. Autorka biorąc sobie za punkt wyjścia dwa zdarzenia biograficzne Mary Shelley łączy jej opowieść o Frankensteinie z wpływami legend szkockich budując coś niepokojącego, oderwanego od rzeczywistości, gdzie sny i wizje halucynogenne mocno mieszają nie tylko w głowie samej Mary, ale i w głowie czytelnika. Powieść jest duszna, jest pełna niezrozumiałych dla dojrzewającej bohaterki emocji, co czytelnik czuje bardzo wyraźnie. Ważne jest, by czytelnik wiedział po co sięga, gdyż sama liczyłam na większe osadzenie historii na zdarzeniach prawdziwych, przez co czułam się finalnie lekturą rozczarowana. Mam więc nadzieję, że to, co tu napisałam, pomoże trafić książce do tych, którzy będą mogli docenić ją mocniej ode mnie.
 
Moja ocena:6/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 22, 2024

"Klub Dzikiej Róży" Kate Quinn

"Klub Dzikiej Róży" Kate Quinn

Autor: Kate Quinn
Tytuł: Klub Dzikiej Róży
Tłumaczenie: Agnieszka Szmatoła i Marta Zielińska
Data premiery: 13.11.2024
Wydawnictwo: Mando
Liczba stron: 512
Gatunek: powieść obyczajowa / historyczna
 
Kate Quinn jest jedną z zagranicznych autorek, które nie tworzą w gatunku kryminalnym, a jednak i tak ich nowości zawsze wskakują na moją listę. Jej specjalnością są powieści historyczne o silnych kobietach, które w jakiś sposób zaznaczyły swoją obecność na kartach historii. “Klub Dzikiej Róży”, czyli jej najnowsza powieść, jest pod tym względem nieco inna, bo nie ma tej jednej przewodniej bohaterki wzorowanej na postaci prawdziwej. Jest kilka, a każda jest postacią fikcyjną, choć zbudowaną z elementów zgodnych z prawdą historyczną.
Proza Kate Qiunn na polskim rynku pojawiła się w roku 2020, pierwszą powieścią, jaka w się u nas ukazała była “Sieć Alice” (recenzja - klik!). “Klub Dzikiej Róży” to piąty jej tytuł dostępny dla polskiego czytelnika.
 
Święto Dziękczynienia, rok 1954, Waszyngton, Pensjonat dla panien Dom pod Dziką Różą. Podczas kolacji, którą urządziły sobie pensjonariuszki wraz z kilkorgiem swoich znajomych, doszło do tragicznych zdarzeń - ktoś został zamordowany. Na miejscu zjawia się policja, od razu podejrzewa mężczyzn o szemranej przeszłości… a nikt nie zwraca uwagi na siedem kobiet stojących z boku i roniących łzy. Co wydarzyło się tamtej nocy? By to odkryć, musimy cofnąć się o cztery lata i przyjrzeć się każdej mieszkance Domu pod Dziką Różą…
 
Książka rozpisana jest na prolog, 7 części podzielonych na coś na kształt 9 dużych rozdziałów i epilog. Każda część wygląda podobnie - zaczynamy określeniem czasu, w którym zaznaczone jest jak dużo musimy się cofnąć obierając Dzień Dziękczynienia za punkt zero. Po nim mamy fragment listu Grace skierowany do Kitty, w którym wspomina o postaci, której poświęcony będzie cały ten jeden duży rozdział. Postaci mamy dziewięć - siedem kobiet i dwie postacie męskie. W każdym rozdziale znajdziemy nie tylko historię danej osoby, ale także przepisy kulinarne na dania, które przez powieść się przewijają. Każdy rozdział kończy się też fragmentem z Dnia Dziękczynienia 1954, dzięki czemu dowiadujemy co dzieje się w pensjonacie po tragicznym zdarzeniu. Na samym końcu książki znajdziemy notkę od autorki, w której wyjaśnia co jest prawdą, a co fikcją i na jakich historiach zbudowała opowieść o swoich powieściowych bohaterach.
“Wyglądała na jakieś trzydzieści pięć lat (wystarczająco dużo, by mieć ciekawą przeszłość)”
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego we fragmentach, w których opisywane są historie postaci. Fragmenty z Dnia Dziękczynienia 1954 opisywane są z punktu widzenia Domu pod Dziką Różą w narracji trzecioosobowej czasu teraźniejszego. Zabieg ten z początku może wydać się nieco dziwny, ale też uzasadniony - nieraz mówi się “gdyby ściany mogły mówić”, czy “gdyby ściany miały oczy” - tuta zatem mają. Uosobienie domu ma sens, ma dobre uzasadnienie dla historii jako wybór środka narracji. Tych fragmentów oczywiście objętościowo jest mniej w porównaniu do historii postaci. W tych narrator nie szczędzi nam opisów przeżyć opisywanych bohaterów, ich emocji. Powieść bogata jest w dialogi, które prowadzone są sprawnie, z lekkością, a w czasie których często padają hasła warte zastanowienia. Całość czyta się szybko, bez potknięć, wygodnie.
“- Serweciara obedrze cię ze skóry (...). Żadnych zwierząt.
- Ale ten dom ich potrzebuje. Wszystkie domy ich potrzebują, jeśli mają być czymś więcej niż tylko budynkami.”
Siedem kobiet, każda inna. Każda żyjąca po części samotnie, w trudnych latach 50-tych, każda z jakichś powodów znalazła się właśnie w tym miejscu, w pensjonacie prowadzonym przez jeszcze jedną samotną kobietę. Właścicielka jednak do przyjemnych osób nie należy, jest matką dwójki dzieci - nastoletniego syna i trochę młodszej córki - o które niespecjalnie dba. My ich historię na wstępie poznajemy z perspektywy jej syna. Później przechodzimy do historii lokatorek. To kobiety różnych narodowości, w różnym wieku, o różnych zawodach i stopniach zamożności. Tą, która spięła jest wszystkie razem jest Grace, która do domu wprowadziła się w 1950 roku. Grace to kobieta ciepła, przy której bardzo łatwo się otworzyć, która zawsze wie, jak zareagować, co zrobić w danej sytuacji. To taki anioł stróż tego miejsca i tych kobiet, które pod jej skrzydłami zaczynają otwierać się na innych. Mamy tu sekretarkę, starszą panią pracującą w bibliotece, młodą matkę, złodziejkę, nauczycielkę WF-u i kobietę nieprzyjemną o silnych przekonaniach. Jedne są przesadnie przyjazne, drugie odwrotnie, a my poznając ich historie, przekonujemy się do nich, zaczynamy rozumieć... Każda ta kreacja jest solidnie przemyślana, każda w inny sposób odnosi się do ówczesnej rzeczywistości.
“Nie wiedziała, kiedy zadurzyła się w nim po uszy.
- Tak bardzo uważałam - wyszeptała do swojej szklanki. - Psiakrew, oparzyłam się raz i obiecałam sobie, że nigdy więcej. A teraz siedzę pośrodku kolejnego ogniska.”
Bo poprzez historie tych kobiet autorka porusza tematy, które wtedy dręczyły amerykańskie społeczeństwo. Jest to czas świeżo po II wojny światowej, czas, kiedy Stany uwikłały się w kolejną wojnę - koreańską, prowadziły testy nuklearne i walczyły z komunizmem w swoich szeregach. Czas wielu niepokojów społecznych, czas, gdy wszystkie dyskryminacje miały się dobrze. Cały ich ładunek przekazany jest przez bohaterki, które jedyne czego chcą, to wieść dobre, spokojne życie. Ale aktualnie nie jest to wykonalne - społeczeństwo jest biedne, a samotne kobiety nie zawsze mają jak zarobić. Zasady społeczne dopiero zaczynają się zmieniać, na razie jednak panuje jeszcze spory konserwatyzm, a więc brakuje tego poczucia wolności, że można wszystko, co tylko się chce. Autorka nieraz podkreśla, że Ameryka to miał być kraj możliwości, niestety wygląda na to, że nie dla wszystkich - każda z bohaterek niesie jakiś bagaż skrzywdzenia, który nie pozwala jej na otworzenie się przed drugim człowiekiem. A co ciekawe, to, co zawarte w tym bagażu, to często są to historie prawdziwe.
“Możliwości to coś, co ci się przydarzyło, lecz kolejną szansę musiałaś sobie wywalczyć.”
Autorka w genialny sposób łączy ogromną ilość tematów - historycznych, społecznych, czy po prostu ludzkich. Nie brakuje tu przemocy w stosunku do kobiet, nie brakuje tematów związanych z problemami z młodym rodzicielstwem - depresją poporodową czy próbą przeciwstawienia się kolejnym poczęciom, mimo iż przecież prawo takiej kontroli zabrania. Mamy zaskakujące zawody, mamy historie z II wojny światowej, które szokują. Są i opowieści miłosne, również zaskakujące konserwatyzmem, ale cóż… takie to były przecież czasy. Jest i o homoseksualizmie, i o przestępczości, wyzysku kobiet. Każda bohaterka niesie sobą kilka wartych rozważenia zagadnień.
“(...) u samego zarania jest napisane, że nie jesteśmy idealni, że mamy do czego dążyć. (...) Większość królestw bądź krajów mówi po prostu “rządzimy, bo jesteśmy silniejsi”, albo “rządzimy, bo jakiś bóg cisnął piorunem i tak zarządził”. My jesteśmy krajem, który powiedział: “Oto my. Żyjmy według tych zasad i stawajmy się lepsi w dążeniu do nich”.”
Wydawać by się mogło, że autorka przygotowała tutaj laurkę dla Ameryki - dobrych kilka razy podkreśla wolność i możliwości, jakie kraj zapewnia. Jednak to tylko pierwsze wrażenie - jeśli spojrzeć głębiej, to nie brakuje i krytyki, jak i zagadnień, które można traktować dużo bardziej uniwersalnie.
“- Można się przyzwyczaić.
- Do szczęścia też, przynajmniej niektórzy potrafią. (...) Powinnaś spróbować - rzuciła. (...)
- Spróbować czego?
- Szczęścia. (...) To taki sam wybór jak każdy inny. Możesz też zdecydować, że pozostaniesz złą, a kiedy będziesz zła odpowiednio długo, to stanie się drugą naturą, wygodnym szlafrokiem. Ale w końcu zorientujesz się, że masz tylko ją, że nie masz w szafie niczego innego do włożenia. A wtedy, wtedy pozostaje nosić ten szlafrok, póki nie zmienisz go na całun…”
A co z tym morderstwem? Na pewno nie nazwałabym książki kryminałem, mimo iż do rozwiązania zagadki tego jednego wieczoru cały czas się kierujemy. Zbrodnia jest tragicznym wynikiem doświadczeń, jakie zebrały bohaterki przez lata mieszkania w Domu pod Dziką Różą, a przynajmniej tak można wnioskować patrząc na sposób w jaki zbudowana jest ta książka - w końcu po coś każdą z postaci poznajemy, ją i ludzi, którzy krążą wokół niej, a pośrednio dzięki temu także relacje, jakie na przestrzeni lat rozwijały się w grupie lokatorek. Rozwiązania zagadki zbrodni częściowo zaczęłam się po czasie domyślać, ale nie ma to znaczenia - ważne jest tutaj przesłanie, które jest idealne na nasze czasy. Przypomina o tym, że człowiek bez względu na kraj, w jakim żyje, w jakim się wychował, jest jednostką oddzielną, ma swój rozum i podejmuje swoje decyzje, narodowość o tym nie decyduje, nie określa kim człowiek tak naprawdę jest, a zatem nie należy go poprzez to oceniać. To ważna uwaga zarówno odnosząca się do lat 50-tych XX wieku, ale równie ważna i teraz, kiedy znowu radykalne przekonania czy dążenia możnych innych krajów powodują konflikty.
“ - Prawo nie jest doskonałe, ale można je udoskonalać. Odrzuć ten pomysł, a będziemy pluć na nasze fundamenty.
- Nie bądź pompatyczna, Tipperary. Jesteś na to zdecydowanie za młoda.
- Dobrze, może to i brzmi pompatycznie. Ale i tak w to wierzę. Bo jeśli nie będziemy mieć prawa, to pozostaje tylko siła. A wtedy kobiety cierpią zawsze, a nie tylko często (...).”
“Klub Dzikiej Róży” to powieść, która wzbudziła mój ogromny respekt do autorki. Bo tym razem nie skupiła się na jednej historii, jednej opowieści. Dała nam ich aż dziewięć, a każda zbudowana jest z dużą rozwagą, jest dopracowana i niesie sobą coś innego, ale równie ważnego do oddania charakteru tego, jak żyło się w Stanach w latach 50-tych w warstwie dosłownej, ale i tego, co cały czas jest, co się dzieje w warstwie bardziej refleksyjnej, uniwersalnej. Równocześnie jest to opowieść o tolerancji, o przyjaźni, o tym, co znaczy rodzina - niekoniecznie ta pochodząca z więzi krwi. Powieść bogata w smaki, pełna dań, jedzenia, którym raczą się członkinie Klubu Dzikiej Róży, a które pełni tę funkcję łącznika, tego, co otwiera ludzi na siebie. Bardzo przyjemna, mądra powieść obyczajowo-historyczna z domieszką elementu kryminalnego.
“Rodzina. Czy tym właśnie był Klub Dzikiej Róży?”
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Mando.

Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 22, 2024

"Ulice ciem" Katarzyna Puzyńska - zapowiedź ambasadorska

"Ulice ciem" Katarzyna Puzyńska - zapowiedź ambasadorska
W poprzednich latach w listopadzie było już czuć na rynku książki zbliżającą się przerwę świąteczną, to, że wydawnictwa spowalniają - oczywiście ukazywały się nowości, ale już ten jesienny szał premier był za nami. W tym roku jak inaczej - ilość nowości jest ogromna, a więc prawdopodobnie pomoc w wyborze książek, na które warto zwrócić uwagę będzie wskazana? Już spieszę z informację, że już w ten wtorek 26 listopada premierę będzie miała historia kryminalna inna niż wszystkie - to "Ulice ciem" Katarzyny Puzyńskiej! 

Warszawa dziś. Zofia myśli, że czeka ją bardzo samotne Boże Narodzenie. Wędrując po mieście, trafia do tajemniczej księgarni. Jej właściciel twierdzi, że ma szczególny dar, dzięki któremu może obdarować każdego klienta taką opowieścią, jakiej ten w swoim życiu akurat potrzebuje. Dziewczyna niezbyt wierzy w takie rzeczy, ale ulega czarowi księgarza i przyjmuje od niego ofiarowany dar. Spotkało ją coś bardzo złego i teraz sama zaczęła pisać powieść. Ma nadzieję, że lektura ofiarowanej książki podziała na nią oczyszczająco. Wkrótce odkrywa, że pomiędzy oboma tekstami istnieje dziwne powiązanie. A uroczy wcześniej księgarz pokazuje zupełnie inną twarz…
Warszawa 1939. Wojna wisi w powietrzu, ale mieszkańcy stolicy nadal starają się korzystać z upalnego lata. Jednakże nie dla wszystkich jest ono piękne. Bo choć ulice Śródmieścia toną w kwiatach, w kawiarniach kusząco pachnie kawą, a z dansingów słychać porywające rytmy, to na Woli i w Dzielnicy Północnej nie dzieje się dobrze. Zginęło kilkanaście prostytutek. W obliczu nadchodzącej wojny władze ignorują zniknięcia kobiet, które nazywają upadłymi, więc jedna z nich, Mańka, postanawia działać. Cztery jej koleżanki zniknęły, a tropy prowadzą do bardzo wysoko postawionego mężczyzny. W sprawę zamieszany zdaje się być również pewien księgarz, który oferuje darmowe opowieści.
„Ulice ciem” to nie tylko pełen tajemnic krwisty kryminał. To również klimatyczna wycieczka po dawnej Warszawie, z jej kolorytem i różnorodnością.
A przede wszystkim czarodziejska historia o magii książek!
W czym kryje się jej niezwykłość? Po pierwsze, autorka zabiera nas w wycieczkę po Warszawie na moment przed wybuchem II wojny światowej, ale jest to wycieczka do ciemnej strony miasta, tych dzielnic, w których pełno było typów szemranych... Po drugie, równocześnie toczy się historia współczesna, lekko magiczna, z pewną młodą dziewczyną, która walczy o usamodzielnienie, a która odkrywa właśnie czar literatury... Po trzecie, język jest dopasowany do bohaterów, stylizacja z roku 1939 Was zaskoczy! Po czwarte, to po prostu opowieść o magii literatury.,.. czy trzeba nam coś więcej?

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: Ulice ciem
Data premiery: 26.11.2024
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 512
Gatunek: kryminał magiczny

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży.
W miękkiej oprawie:

W twardej oprawie z barwionymi brzegami:


We współpracy ambasadorskiej z Wydawnictwem Prószyński i S-ka


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!