maja 22, 2020

"Wyrwa" Wojciech Chmielarz

"Wyrwa" Wojciech Chmielarz

Autor: Wojciech Chmielarz
Tytuł: Wyrwa
Data premiery: 06.05.2020
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny

Wojciech Chmielarz to ostatnimi laty chyba jedno z najgłośniejszym nazwisk polskiej sceny kryminalnej. Autor debiutował w 2012 roku „Podpalaczem” – pierwszym tomem bardzo entuzjastycznie przyjętym cyklu o komisarzu Mortce. Na ten moment cykl ten liczy 5 części, powstał też cykl gliwicki liczący 2 tomy (ciągle czekamy na obiecany tom trzeci!). Są to klasyczne kryminały. Dwa lata temu pisarz zaskoczył swoich czytelników „Żmijowiskiem”, które wymykało się tej kategorii. Przez wydawnictwo określone zostało jaki thriller psychologiczny, chociaż ja najchętniej określałabym je kategorią filmową – dramat psychologiczny.  I tu zaczął się mały rozłam fanów pisarza – część była rozczarowana, bo oczekiwali kryminału, w których tak świetnie się autor wcześniej sprawdził, a część była zachwycona głębią psychologiczną i dosadnym stylem autora - ja zaliczam się do tej drugiej grupy. Później, rok temu, przyszła pora na „Ranę”, wpisaną w ten sam gatunek literacki. I tu znowu zadania były podzielone, ja jednak uznałam tę książkę za najlepszą w dorobku autora. Poprzeczka więc była postawiona teraz naprawdę, naprawdę wysoko. Czy „Wyrwa” – trzeci thriller psychologiczny, dał radę ją przeskoczyć? Albo choćby dorównać?

Akcja powieści zaczyna się w momencie, gdy Maciek stoi przed przedszkolem – przyszedł odebrać swoją 4letnią córkę Iwonkę. Chwilę temu wrócił z Mrągowa, gdzie dowiedział się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Mężczyzna jest załamany, bije się z myślami jak powiedzieć o tym córkom – ma jeszcze 12letnią Basię. Nie wie jak ma dalej żyć, jak sobie poradzić z poczuciem straty, której kompletnie nie rozumie – Janina, jego żona, przecież miała być pod Krakowem, więc jak to możliwe, że zginęła po drugiej stronie Polski? Co ona tam robiła? Czy możliwe żeby go okłamała? Dlaczego? To jeszcze gorsze niż sama jej śmierć, tak niewiedza, niezrozumienie… Gdy z biegiem czasu śledztwo policji wykazuje jeszcze kilka innych niepokojących spraw, Maciek postanawia, że musi rozwiązać zagadkę śmierci żony – dopiero później może zacząć spróbować na nowo ułożyć sobie życie sam z dziewczynkami…
„Ból jest uczuciem subiektywnym. Nie da się go zmierzyć. Wszystkie opracowane przez medycynę skale są tylko przybliżone. Ja teraz czułem się tak, jakby ktoś wyciął mi kawałek serca.”
Książka podzielona jest na kilka tytułowanych części odnoszących się do wydarzeń lub miejsca, w którym się toczą. Każda część składa się z kilku krótkich rozdziałów. Narracja prowadzona jest przez Maćka w pierwszej osobie czasu przeszłego, jedynie jedna z dalszych części prowadzona jest przez innego bohatera w trzeciej osobie. Styl powieści jest rewelacyjny. Jestem zachwycona tym, jak autor pisze, jak posługuje się słowami, ile potrafi nimi wyrazić. Niby język jest zwyczajny, nic takiego niespotykanego, ale jakoś tak trafia idealnie w punkt – wszystkie uczucia, myśli opisane są nad wyraz trafnie, pisarz wyciska z nich esencję, chwyta w idealnym kadrze. To bardzo dojrzały język, dojrzałe spostrzeżenia. Właśnie tym stylem autor przypomniał mi, dlaczego cały czas mówię, że Chmielarz to mój polski pisarz numer jeden.
„Chciałem umrzeć, ale nie mogłem, bo w domu czekały na mnie dwie córeczki, dlatego chciałem się zabić chociaż na chwilę. Alkohol wydawał się najlepszym rozwiązaniem.”
Historia powieści rozpoczyna się od rozpaczy bohatera. To jak autor opisał tu emocje, jak głęboko uchwycił prawdziwość tych przeżyć, jest dla mnie wręcz niepojęta. Naprawdę, gdybym nie wiedziałam, że autor i jego rodzina mają się dobrze, byłabym naprawdę święcie przekonana, że pisze to z doświadczenia. To jest po prostu niemożliwe, żeby dało się tak uchwycić rozpacz po stracie najbliższej osoby, partnera życiowego, bez faktycznego tego doświadczenia. A jednak Chmielarz potrafi. Te bodajże 1/3 książki wzbudziło we mnie tyle smutku, tylko bolesnych emocji jak chyba jeszcze żadna z książek. Pierwszy raz miałam tak, że tak bardzo odczuwałam to co bohater, że aż z bólu nie mogłam czytać dalej. Musiałam zrobić sobie przerwę w lekturze, trochę się uspokoić. Naprawdę nigdy tak jeszcze nie miałam, żadna z książek tak bardzo mnie nie bolała. Owszem, mam kilka tytułów, podczas, których lektury moje emocje, wzruszenia sięgały zenitu, jednak tak, by odczuwać wręcz fizyczny ból, nie miałam nigdy. Naprawdę nie wiem jak Chmielarz to zrobił, ale gdybym miała ocenić ten kawałek książki dałabym 10/10.
„Tak bardzo chcieliśmy być dorośli i odpowiedzialni, że zapomnieliśmy o tym, czego kiedyś pragnęliśmy. A kiedyś pragnęliśmy przede wszystkim być szczęśliwi.”
Później, po pogrzebie Janiny, jest już trochę spokojniej, przynajmniej jeśli chodzi o emocje, bo akcja dopiero się zaczyna. Bohater przystępuje do prywatnego śledztwa. Podąża kilkami trapami, które prowadzą go w miejsca, o których nigdy by nie pomyślał. Nie chcę zdradzać za dużo, jednak tą część książki również oceniam pozytywnie, historia była ciekawa, prawdopodobna i opisana z wyczuciem.
„Tak łatwo stać się kimś innym z kimś innym. (…) Może wcale nie chodziło o to, że przestaliśmy się kochać, bo ja ją przecież kochałem, a ona, pomimo wszystko, chyba mnie też, tylko nie mogliśmy znieść ludzi, którymi sami się staliśmy.”
Sprawa komplikuje się gdzieś w ostatniej 1/3 książki. Kiedy pojawia się Ułan i Anka, dokładnie w tym miejscu historia jakoś mi się sypie. Miałam wrażenie, że ten fragment jest za bardzo oderwany od realności, za dużo autor nawymyślał, za dużo nakombinował. Rozumiem dlaczego – porusza tu dwa ważne tematy, pierwszego zdradzać nie mogę dla dobra fabuły, drugim jest zemsta – opisał je oczywiście tym swoim świetnym stylem, odczucia bohatera są zrozumiałe i bardzo realne, jednak niestety sytuacja dla mnie taka już nie była. Miałam wrażenie jakbym zaczęła po prostu czytać całkiem inną historię. Nie zgrało mi się to w całość.
„Oboje pragnęliśmy być kimś innym, kimś lepszym. Obojgu nam się to nie udało. Tkwiliśmy na swoich stanowiskach. Trzymaliśmy się ich desperacko, niczym boi ratunkowej na rozszalałym morzu. Zupełni jak nasi znajomi. Wszyscy w podobnej sytuacji, uwiązani pętlą kredytów, przygnieceni tonami zawodowych zobowiązań. Całe pokolenie ludzi, które żyje w przekonaniu, że bycie nieszczęśliwym to ich obowiązek.”
Co do tematów, to prócz tych oczywistych jak trauma po stracie najbliższej osoby, chęć zemsty czy zagubienie i rozpacz, wiele jest tu też o rozczarowaniu życiem. Życiem dorosłym, w roli ojca, męża, partnera, żywiciela rodziny. Dużo tu gorzkich słów, ale jakże prawdziwych. Autor poprzez swojego bohatera przygląda się zwyczajnym ludziom, gdzieś w okolicach trzydziestki - czterdziestki, mających rodziny, stałą pracę, próbujących żyć z dnia na dzień. Ludzi obciążonych problemami życia codziennego, przez które gdzieś tracą całą radość życia, poczucie bycia szczęśliwym. To smutne spostrzeżenia, ale podobno zauważyć problem to już jest krok do poprawy, prawda? Może właśnie to autor chce nam uświadomić.

Podsumowując, „Wyrwa” to pierwsza książka tego autora, z którą mam ogromny problem w ocenie. Z jeden strony uwielbiam styl Chmielarza, a pierwsze 150 stron książki zrobiło na mnie wrażenie piorunujące. Z drugiej strony ostatnie 100-150 stron jakoś kompletnie nie zgrało mi się z całą historią, co bardzo mnie zaskoczyło, niestety nie w pozytywnym sensie. Może autor zaczął po prostu z za wysokiego punktu, by całość utrzymać na równie wysokim poziomie? Nie wiem, ale myślę, że przy tak dobrej literaturze, jaką tworzy Chmielarz, można wybaczyć te jedno niedociągnięcie, każdemu przecież może podwinąć się noga. Ja i tak dalej uznaję go za mojego pisarza numer jeden i z niecierpliwością czekam na kolejną powieść.

Moja ocena: 7,5/10

Książkę odebrałam za punkty w portalu czytampierwszy.pl
Numer akredytacji 04/05/2020

maja 20, 2020

"Teściowe muszą zniknąć" Alek Rogoziński - recenzja premierowa

"Teściowe muszą zniknąć" Alek Rogoziński - recenzja premierowa

Autor: Alek Rogoziński
Tytuł: Teściowe muszą zniknąć
Cykl: Teściowe, tom 1
Data premiery: 20.05.2020
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 332
Gatunek: komedia kryminalna

Alek Rogoziński należy do moich ulubionych polskich pisarzy. Jego komedie kryminalne zawsze są przyjemne i zabawne, wiem czego mogę się po nich spodziewać i nigdy mnie nie zawodzą. Wiem, że po przeczytaniu jego książek świat zawsze staje się trochę lepszy, trochę bardziej znośny, bardziej z przymrużeniem oka.
Rogoziński debiutował w 2015 roku powieścią „Ukochana z piekła rodem”. W ciągu tych 5 lat wydał aż 14 powieści, które oczywiście wszystkie przeczytałam, a część z nich miałam nawet okazję recenzować – posty o nich znajdziecie tu na blogu. Alek, prócz humorystycznej dawki w postaci kilku powieści w ciągu roku, zapewnia też swoim czytelnikom nieprzerwanie dobry humor codziennymi zabawnymi postami na swoim profilu facebookowym. To właśnie tam dowiedziałam się, że niedawno zrezygnował już całkiem z pracy dziennikarza, teraz swój czas poświęca tylko na pisanie powieści i spotkania z czytelnikami, co cieszy mnie ogromnie, bo wiem, że dopływ lektur będzie stały 😊

„Teściowe muszą zniknąć” to historia o poszukiwaniu skarbu. Amelia i Janusz, małżeństwo z kilkuletnim stażem, mieszkają w kamienicy w środku Warszawy przy ulicy Emilii Plater. Właśnie zmarł wujek Amelii, który w spadku jej kuzynowi zostawił wskazówki dotyczące wielkiego przedwojennego skarbu ukrytego gdzieś w kamienicy. Małżeństwo postanawia pomóc Sylwestrowi w poszukiwaniach – w końcu to oni znają najlepiej to miejsce i mają do niego stały dostęp. Niestety zagadka nie jest łatwa do rozwiązania, tylko bardziej, że wieść o skarbie roznosi się lotem błyskawicy i w jego poszukiwania wplątuje się coraz więcej osób, nie tylko tych łagodnych i uczciwych… Czy grozi im przez to jakieś niebezpieczeństwo? Sytuacja szybko się zaognia, a do akcji muszą wkroczyć teściowe – mama Amelii - Maja Wrzesińska, wieczna wyzwolona hipiska oraz całkowite jej przeciwieństwo, Kazimiera Niedzielska dewotka i kobieta w swoim przekonaniu nieomylna. Czy kobiety pomogą czy wręcz przeciwnie – tylko skomplikują sytuację? Czy wszyscy wyjdą z tego cało? I czy faktycznie istnieje w tej kamienicy coś takiego jak przedwojenny ukryty skarb?!

Książka składa się z prologu toczącym się we wrześniu 1939 roku oraz 18 rozdziałów i epilogu. Całość poprzedzona jest (jak zawsze u Alka) spisem postaci występujących w książce i już tutaj zaczyna się humor – jest tak zabawnie napisany, że nie sposób się nie uśmiechać. Całość zamknięta jest krótkimi, lecz treściwymi podziękowaniami.
Narrator historii wypowiada się w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje każdego z uwikłanych w historię bohaterów, ale wie zdecydowanie więcej niż oni, czym nieraz dzieli się z czytelnikiem. Styl powieści jest lekki, zabawny, książkę czyta się szybko i z szaloną przyjemnością.

Co do samego humoru, to znajdziemy go tutaj sporo. Narrator nie szczędzi nam uszczypliwych komentarzy na temat postaci oraz zastanej rzeczywistości często odnosząc się do aktualnych tematów zaprzątających polskie media i społeczeństwo. Nie ostaje się nikt, a najwięcej obrywa chyba polityka i cały system działania państwa. To taki trochę czarny humor, ale wszyscy wiemy gdzie żyjemy, więc lepiej się z tego chyba śmiać, niż płakać, prawda? 😊

Oczywiście kłębowiskiem humoru są też postacie – najwięcej z nich znajdziemy w tytułowej parze – Mai i Kazimierze, które przedstawiają sobą skrajnie różne poglądy i przy każdej okazji dają o tym znać. Obydwie kobiety przedstawione są nieco karykaturalnie, co nadaje im mocnego rysu humorystycznego. Niemniej jednak zawierają dużo cechy, które powszechnie znamy, szczególnie Kazimiera reprezentuje wszystkie te starsze panie, które uważają swoich księży proboszczów za świętości, wielce wierzą w słowo boże, jednocześnie pałając nienawiścią do wszystkich tych o nieco bardziej liberalnych poglądach.
„Potem, kiedy czekała na herbatę, podeszła do półek ze starymi książkami, wyciągnęła ‘Akademię Pana Kleksa’ i zaczęła na mnie strasznie krzyczeć, że muszę się tego pozbyć. Powiedziała, że to żydowska opowieść o starym dewiancie, który podaje dzieciom przed snem podejrzane pastylki.”
Maja z kolei to zapalona wojowniczka, częsta uczestniczka czy nawet prowodyrka demonstracji otwarta na cały świat (tylko nie na Kazimierę 😉). To kobieta wyzwolona namawiająca swoje córki do korzystania z uciech cielesnych. To świetne przeciwieństwo do Kazimiery, dobrze balansuje jej głupie komentarze, przez co w całej powieści było zabawnie, a nie irytująco 😊

Nie zabrakło tu też postaci, które już znamy z innych książek autora. Jest oczywiście komisarz Darski, ale nie odgrywa tu specjalnie dużej roli, jest też gangster Tygrys Złocisty, który rolę odgrywa tu dosyć znaczącą. Z nowych postaci ciekawa też była świrnięta sąsiadka Mai i Janusza, a także ksiądz detektyw, którego szczerze bardzo chętnie spotkałabym również w kolejnych książkach autora.

Co do samej historii, to toczy się niespiesznie, ale ciekawie. Przy tak dużej ilości postaci raczej nie sposób prowadzić akcji szybciej, w końcu u każdego dzieje się co innego i trzeba to przedstawić. Wychodzi więc na to, że z kilku osobnych opowieści ostatecznie tworzy się jedna całość, każdy wątek zazębia się z pozostałymi. Jak na komedię kryminalną intryga jest dosyć rozbudowana, niemniej jednak jest sprawnie poprowadzona i wzbudza zaciekawienie.

Podsumowując, „Teściowe muszą zniknąć” to bardzo przyjemna, zabawna i zgrabna komedia kryminalna. Intryga wzbudza zaciekawienie, akcja toczy się na dosyć szeroką skalę, a bohaterowie są oryginalni i zapadają w pamięć. Alek ma dar do opowiadania historii na wiele postaci w taki sposób, że nic się nie miesza i wszystko jest zawsze wciągające, ale i logiczne i jasne. Ja, jak zawsze, jestem z lektury zadowolona i polecam tym, którzy mają ochotę na ciekawą zagadkę, ale nie mają ochoty na mrok i depresję – tu zdecydowanie tego nie znajdziecie – jest lekko, zabawnie i przyjemnie.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.!


maja 19, 2020

"Żywica" Ane Riel

"Żywica" Ane Riel

Autor: Ane Riel
Tytuł: Żywica
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz
Data premiery: 21.01.2020
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 280
Gatunek: thriller

Ane Riel to duńska pisarka, która na swoim koncie ma już trzy powieści. Debiutowała w 2013 roku, dwa lata później wydała „Żywicę”. Rok temu w 2019 roku na duńskim rynku ukazała się jej trzecia książka i mam ogromną nadzieję, że wydawnictwo zdecyduje się, by i ten tytuł wydać w Polsce.
Proza pisarki jest bardzo oryginalna. Cechuje się dziwnością, częstym sięganiem do mrocznych, pokręconych straumatyzowanych umysłów. Jednocześnie jej bohaterowie przedstawieni są z empatią i zrozumieniem. To książki, biorąc za przykład „Żywicę”, które na pewno mocno wyróżniają się na rynku czytelniczym, pozostające na długo w pamięci.
„Żywica” jak na razie jest najgłośniejszym tytułem Riel – została wydana w 26 krajach, zebrała sporo ciekawych i poważanych skandynawskich nagród literackich, a nawet rok temu powstał na jej podstawie film o tym samym tytule. Książka zrobiła i na mnie spore wrażenie, dawno nie czytałam nic tak pokręconego, mrocznego, a zarazem przedstawionego tak zwyczajnie, bez emocjonalnego nacechowania.

Historia „Żywicy” toczy się na duńskiej fikcyjnej wysepce, która kształtem przypomina ciało człowieka – ma część główną, na której ulokowane jest miasteczko, wąski przesmyk nazywany Szyją oraz Głowę, na której żyje jedna rodzina - Haarder. Dziadek Liv, 9letniej dziewczynki, był stolarzem, a gdy zmarł biznes ten przejął jego młodszy syn, Jens, ojciec Liv, a nawet go poszerzył – posadził na Głowie choinki, by co roku w okresie bożonarodzeniowym je sprzedawać. Niestety od kilku lat biznes podupada, Jensa coraz mniej widać na głównej części wyspy. Razem ze swoją rodziną mocno się izoluje, w końcu zjawia się na wyspie, by zgłosić śmierć swojej córki – wszystko wskazuje na to, że dziewczynka utopiła się w morzu. Jednak czy na pewno? Co tak naprawdę dzieje się z Liv? Co dzieje się na Głowie? Dlaczego nikt z mieszkańców tym się nie interesuje? Czy w ogóle na interwencję nie jest już za późno?
„Nie wiem, czy nasze życie nazwać bajką czy dreszczowcem. Może po trosze jednym i drugim? Mam nadzieję, że dostrzeżesz jego baśniowość.”
Książka składa się z kilkunastu tytułowanych rozdziałów. Część z nich przedstawiona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia Liv, część w narracji trzecioosobowej opowiada ogólnie o historii i wydarzeniach z wyspy. Całość poprzetykana jest listami spisanymi dla Liv przez jej matkę. Styl powieści jest oszczędny, spokojny i dosyć neutralny, stojący w mocnym kontraście do tego, o czym opowiada.

Akcja powieści toczy się powolnym, spokojnym rytmem. Czytelnik powoli poznaje całą historię rodziny, sam może pokusić się na ich podstawie do wyciągania wniosków i odkrywania motywacji głównych bohaterów. A nie są to zwyczajny bohaterowie. Ojciec Liv to człowiek głęboko zaburzony, który w odosobnieniu pogłębia się coraz mocniej w szaleństwie. Nikt nie interweniuje, jego żona, matka Liv wspiera go w jego wymysłach, a Liv, jako że od początku wychowywana jest w taki sposób, również odosobniona, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, uważa wszystko za coś całkowicie normalnego. I właśnie to jest najbardziej przerażające – to jak łatwo młody umysł przekonać do swoich racji, nauczyć żyć w taki, a nie inny sposób.
„Od tej pory las był najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Rozumiała, że wszystko powraca. Że kolory po sobie następują: począwszy od jasnozielonego po ciemnozielony, ogniście czerwony po złotobrązowy aż do najczarniejszej czerni. Gleby. Że ziemia musi mieć co jeść, by wypuścić do światła nowe życie. Że po ciemności następuje jasność, po której nadchodzi mrok. Że serca odrastają.”
Rodzina Haarder żyje w zgodzie z naturą. Przy ich skromnym domku rośnie piękny gęsty las pełen zwierząt. Dalej są wrzosowiska, plaża i morze. Ojciec Liv, tak jak wcześniej jego ojciec, uczy ją miłości do lasu, polowań i wykorzystywania wszystkiego, co inni uznają za śmieci. Przez to też zbiera wszystko to, co inni wyrzucają. Tak rozpoczyna się jego zbieractwo, choroba, która z roku na rok coraz mocniej postępuje. Niekontrolowana, a wręcz pobłażana prowadzi do fatalnej katastrofy, a jedyna osoba, która się temu sprzeciwiła, kończy marnie. Coś, co kiedyś mogło być nazywane skromnym życiem w otoczeniu natury, teraz przerodziło się w coś monstrualnego, chorego, przerażającego. Powieść w surowy, ale też bardzo głęboki sposób ukazuje jak postępuje choroba bohatera, odsłania jego skażony umysł. To naprawdę ciekawe studium psychologicznego zatracenia bohatera, a zarazem jego żony i córki, które niejako pozbawione są swojej woli, całkowicie podporządkowują się Jensowi.
„Jens odczuwał wręcz odpowiedzialność za zachowanie rzeczy, których wartości inni nie doceniali. I radość, więź uczuciową z każdym przedmiotem. Ta więź go stymulowała, a próby jej zerwania wykańczały. Czy nawet napełniały lękiem.”
Powieść oczywiście zmusza do wielu refleksji, zadawania pytań nad motywacjami i powodami zachowania głównego bohatera. Co doprowadziło do jego zatracenia? Czy faktycznie jedna nieprzepracowana trauma może doprowadzić do takiej tragedii? Gdzie był ten punkt graniczny, po przekroczeniu którego bohater nie ma już odwrotu do normalnego życia? Gdzie są granice miłości, a gdzie szaleństwa?

Nie chcę za dużo zdradzać z lektury, ale też dawno nie miałam tak, że w sumie powieść wzbudza tyle emocji, że wręcz nie wiem co napisać. Może dalej jestem w lekkim szoku, po szaleństwie, które zostało tam przedstawione. To na pewno książka inna niż wszystkie, mocna, mroczna, dająca do myślenia. Skala choroby psychicznej i jej następstw, kiedy rozrasta się w sposób niekontrolowany jest wręcz nie do pojęcia. Podziwiam autorkę za to, że tak straszną historię przedstawiła w tak zwyczajny, neutralny i naturalny sposób. Naprawdę robi wrażenie.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

maja 18, 2020

"Ktoś tu kłamie" Jenny Blackhurst

"Ktoś tu kłamie" Jenny Blackhurst

Autor: Jenny Blackhurst
Tytuł: Ktoś tu kłamie
Tłumaczenie: Maria Gębicka - Frąc
Data premiery: 06.05.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller

Jenny Blackhurst to jedna z moich ulubionych brytyjskich pisarek lekkich thrillerów psychologicznych. Na swoim koncie ma już 5 powieści. Debiutowała w 2014 roku książką „Tak cię straciłam”, a o premierze z roku poprzedniego pt. ‘Noc, kiedy marła” możecie poczytać tu – klik! „Ktoś tu kłamie” to jej najnowszy thriller, który określiłabym jako coś pomiędzy „Wielkimi kłamstewkami” Moriarty oraz serialem „Gotowe na wszystko”.

Akcja powieści toczy się na bogatym, małym, zamkniętym osiedlu w Cheshire. Rok temu podczas sąsiedzkiej imprezy halloweenowej zmarła w skutek nieszczęśliwego wypadku jedna z mieszkanek – Erica Spencer. Sprawę szybko zamknięto, jednak sąsiedztwo o tym nie zapomniało… Niecały rok później podczas szkolnego pikniku ktoś na facebookowym profilu szkoły zamieszcza post sugerujący, że Erica została zamordowana, a on chce zdemaskować sprawcę. Ogłasza też podcast, w którym w każdym z odcinków będzie odkrywał kolejne tajemnice podejrzanych o to osób. To wąskie grono, 6 najbliższych sąsiadów… Kto kryje się za tym postem? Czy faktycznie coś wie? Co stało się tamtej nocy rok temu? Sytuacja zagęszcza się, gdy najbliższa przyjaciółka zmarłej znika w podejrzanych okolicznościach…

Książka składa się z prologu i epilogu opowiedzianych z perspektywy Erici oraz z 80 bardzo krótkich rozdziałów poprzetykanych treścią podcastu. Narracja w rozdziałach przedstawiona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia każdego z podejrzanych. Styl powieści jest lekki, książkę czyta się szybko i przyjemnie, nie trzeba się wysilać. Jedynie warto szybko przyswoić sobie imiona głównych bohaterów, by się ze sobą nie mieszały się.
„Tak wielu winnych twarzy można spotkać w Seven Oaks, w miejscu, gdzie ziszczają się marzenia i gdzie życie jest bezpieczne. Ale czy jedna z nich jest twarzą mordercy? A jeśli tak, to która?”
Książka od samego początku na zamknięte grono bohaterów. Mamy tu, prócz najbliższej przyjaciółki Erici, młodą mamę bliźniaczek, singielkę prowadzącą własną firmę. Jest znane małżeństwo – Marcus to trener personalny, jego żona Karla to perfekcyjna pani domu. Jest jeszcze mąż zaginionej – Peter, oraz Miranda i Alex – on nieziemsko przystojny, mimo to ciągle w pracy, ona matka dwójki dzieci, która chce uchodzić za perfekcyjną organizatorkę. Jest też mąż Erici z dwójką dzieci oraz oczywiście tajemniczy człowiek prowadzący podcast. Całe te towarzystwo mieszka w bliskiej odległości od siebie, wręcz widzą się z okien własnych domów. Wszyscy kreują się na przyjaciół, spędzają razem czas, ale czy naprawdę są sobie bliscy? Czego nie wiedzą o swoich sąsiadach? Jakie tajemnice skrywają?
To dosyć znany temat – jak dobrze znasz swoich sąsiadów, co kryje się za ścianami ich domów. Historia jest jednak całkiem ciekawie przedstawiona, powoli na jaw wychodzą różne dziwne sekrety, brudy rodzinne. Co stanie się, gdy już nic nie będzie tajemnicą? Czy ci tak zwani przyjaciele będą w stanie dalej żyć obok siebie?

Warto tu też zwrócić uwagę na przedstawienie charakterów postaci – każdy z nich jest inny, odróżnia się na tle pozostałych, myślę, że każdy czytelnik polubi kogoś innego. Niemniej jednak z biegiem lektury autorka odkrywa prawdziwe motywacje i cechy charakterów postaci, przez co ostatecznie każdy z nich może być lepiej zrozumiany niż wydawałoby się na początku. Aż chciałoby się powiedzieć „nie oceniaj książki po okładce” 😉

Ciekawe też było tutaj przedstawienie zamkniętego osiedla jako tego pewnika dającego bezpieczeństwo. Jednak kolejne odkrywanie sekretów, każdy kolejny odcinek podcastu burzy te poczucie u bohaterów, udowadnia, że nawet pod osłoną kamer, na własnym podwórku nic się nie ukryje. Chociaż z drugiej strony w tak bliskiej społeczności chyba niemożliwym byłoby, gdyby żadna z tajemnic w końcu nie wyszła na jaw. Zawsze jest ktoś kto patrzy lub słucha… Ostatecznie jednak mimo wszystko ta dziwna przyjaźń pomiędzy sąsiadami zwycięża, ta wąska grupa osób jest dla siebie wsparciem, stoi za sobą murem gdy jest to potrzebne. Wśród tych tajemnic, kłamstw i niejasności, to bardzo miły, pozytywny akcent.

Na koniec jeszcze wspomnę o wątku z policją – mamy tu też wgląd w śledztwo policyjne – jeden z detektywów badał rok temu sprawę Erici i od początku coś tam się znowu z nią nie zgadza. Drugi to świeżak, który wytrwale dąży do odkrycia prawdy. Mimo że wątek ten nie jest specjalnie rozbudowany, to jest przedstawiony bardzo ciekawie – tu też mocną stroną są na pewno charaktery i sposób przedstawienia postaci.

Ogólnie „Ktoś tu kłamie” to przyjemny, lekki thriller, na jeden – dwa wieczory. Akcja jest ciekawa, ciężka do przewidzenia, historia zaskakuje. Bohaterowie są przedstawienie interesująco, są zdecydowanie bardzo mocną stroną tej historii. Nie wiem czy można się tu pokusić o jakieś przesłanie płynące z książki, niemniej jednak to na pewno dobry relaks. Dostałam to co chciałam i oczywiście będę wypatrywać kolejnej książki tej pisarki.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 15, 2020

"Totalna magia" Alice Hoffman

"Totalna magia" Alice Hoffman

Autor: Alice Hoffman
Tytuł: Totalna magia
Cykl: Practical magic, tom 2
Tłumaczenie: Danuta Górska
Data premiery: 29.01.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura obyczajowa / romans

Alice Hoffman to amerykańska pisarka, która debiutowała w roku 1977. Pisze książki lekkie, kobiece, często ze szczyptą magii. W ten rodzaj wpisuje się jej jedna z najgłośniejszych powieści pt. „Totalna magia”, która swoją oryginalną premierę miała w 1995 roku, a w Polsce pojawiła się dopiero teraz, 25 lat później. Trochę ten fakt dziwi, gdyż w 1998 roku do kin trafiła ekranizacja powieści, która została ciepło przyjęta i do tej pory ma swoim zwolenników. Jednak to nie film, a nowo powstały prequel powieści pt. „Zasady magii”, o których pisałam Wam kilka dni temu (recenzja – klik!) był pretekstem, by w końcu i na naszym polskim rynku pojawiła się „Totalna magia”. Za wydanie tego cyklu odpowiada niezastąpiony Albatros, którego obydwie okładki zachwycają – są piękne, błyszczące, brokatowe. „Zasady magii” w środku też były trochę takie błyszczące, ale czy i „Totalna magia” jest tak urocza jak jej okładka?

Historia zawarta w tej powieści opowiada o dwóch siostrach Owens – Sally i Gillian, które w dzieciństwie straciły rodziców i zamieszkały ze swoimi ciotkami w domku przy ulicy Magnolii w Massachusetts. Dorastały w domu pełnym magii, gdzie nic nie trzeba i nie ma żadnych obowiązków. Sally szybko stała się najbardziej obowiązkową osobą z całej żyjącej rodziny – dbała o dom, posiłki, naukę. Gillian z kolei wyrosła na lekkoducha i uciekła z miasta z jedną z wielu swoich miłości. Przez wiele, wiele lat dziewczyny się ze sobą nie widziały, jednak w końcu nadszedł czas, by ich los ponownie się połączył. Pewnej nocy Gillian staje na progu domu dorosłej Sally, która już wie, że razem z siostrą przyjechały kłopoty większe niż zazwyczaj…  Jednak Sally ma teraz swoje własne życie i dwie nastoletnie córki, za które jest odpowiedzialna. Czy będzie w stanie pomóc siostrze? Czy decyzje podjęte tej nocy pociągną za sobą straszne konsekwencje? Jak potoczą się ich dalsze losy?
„W końcu kłopoty są całkiem jak miłość; przychodzą niezapowiedziane i przejmują władzę, zanim zdążysz się opamiętać czy w ogóle pomyśleć.”
Książka składa się z kilku tytułowanych rozdziałów. Narracja w pierwszym z nich prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, później czas zmienia się na teraźniejszy. Styl powieści jest ciut lepszy niż w „Zasadach magii”, chociaż te zmiany czasu, w których historia jest opisana, trochę wybijały mnie z rytmu. Na szczęście nie ma tu tak wielu powtórzeń jak w poprzedniej historii.

Nie ma również tej mgiełki magii, która w „Zasadach…” tak mi się podobała, stworzyła klimat powieści. „Totalna magia” jest mroczniejsza, chwilami nawet niepokojącą. Opowiada o kilku trudnych tematach takich jak przemoc fizyczna w rodzinie, źle ulokowane uczucie czy wykorzystywanie młodych dziewczyn. Prócz dorosłych już sióstr ważną rolę w powieści pełną też córki Sally – 16letnia Antonia oraz 13letnia Kayle. Obydwie są nastolatkami, obydwie mocno się zmieniają na kartach książki. Rozumiem, że autorka chciała ukazać dojrzewanie dziewczynek, zmianę z dziecka w kobietę, ale za obraz tych zmian obrała 13letnią Kayle. Muszę przyznać, że kłuło mnie to mocno w oczy, częste powtarzanie, że w wieku 13 lat dziewczynka jest już kobietą, epatuje seksualnością i jest pożądana przez wszystkich mężczyzn w okolicy. Trochę to było dla mnie niesmaczne, teraz może faktycznie 13latki wyglądają jak 16latki, ale 25 lat temu chyba tak nie było? Jakoś kompletnie mi ta 13stka nie pasowała w tym co autorka chciała przedstawić. Szkoda, że na swój obiekt przemiany Hoffman nie wybrała starszej Antoni.

Jak pisałam, historia porusza sporo trudnych tematów, na które w swoich życiu mogą natknąć się kobiety – Gillian była bita przez partnera, Kayle ledwo uniknęła gwałtu. To sprawy, o których trzeba mówić głośno, jednak tutaj znowu wydały mi się przedstawione za łatwo i banalnie, w ogóle nie miały głębi, uzasadnienia czy jakiegoś podłoża prawdopodobieństwa. Nie wiem, może w tych kobiecych lekkich lekturach przedstawia się wszystko tak banalnie i jednostronnie, jednak mnie to kompletnie nie usatysfakcjonowało.

Tak jak w „Zasadach magii”, tak i tu miłość jest tym tematem najważniejszym. Każda z bohaterek chce być kochaną i docenianą, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. Mamy Sally, która wiele w przeszłości się nacierpiała, teraz skupia się tylko i wyłącznie na córkach. Jest też Gillian, która przez całe swoje życie podejmowała złe miłosne decyzje. Są też Antonia i Kayle’a, które dopiero mają zacząć odkrywać pierwsze zauroczenia i miłości. Czy dla każdej z nich los szykuje odpowiedniego mężczyznę? Czy siostry w końcu osiągną szczęście?

Prócz pragnienia bycia kochaną i szczęśliwą, znajdziemy tutaj też wiarę w moc krwi. W razie kłopotów bohaterki zwracają się do rodziny, to właśnie na nią mogą liczyć. Rodzina zawsze pomoże, znajdzie wyjście z kłopotów i naprowadzi na właściwą ścieżkę. Nie osądza, mimo iż mogłoby się wydawać inaczej. To węzy krwi są tu najważniejsze. I nawet gdy wydaje się, że więcej z powiązaniami rodzinnymi jest kłopotów niż pożytku ostatecznie wszystko dobrze się układa.
„To tylko świadczy o tym, że nigdy nie można polegać na domysłach - informuje siostrzenicę ciotka Frances. – Po to wymyślono język. Inaczej bylibyśmy jak psy obwąchujące się nawzajem, żeby sprawdzić, na czym stoimy.”
Podsumowując, mimo że w „Totalnej magii” można dopatrywać się wątku kryminalnego i mroczniejszego klimatu, to jednak ich prequel „Zasady magii” podobały mi się bardziej. Tu zabrakło mi magicznej mgiełki, jakiejś jednej spójnej niosącej przesłanie historii i zarysu historycznego. Doceniam, że autorka poprzez lekką lekturę chciała poruszyć trudne tematy przemocy w rodzinie, problemy dojrzewania i przemiany w kobietę, jednak dla mnie to było wszystko za płytkie. Mogę jednak napisać, że podobało mi się ostateczne rozwiązanie problemu i, chyba nie zdradzę żadnej tajemnicy, jak napiszę, że również happy end. Niemniej jednak historia mnie nie urzekła, może osoby zaczytujące się w romantycznych, prostych historiach mogłyby być bardziej usatysfakcjonowane niż ja.

Moja ocena; 5,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 13, 2020

"Zasady magii" Alice Hoffman

"Zasady magii" Alice Hoffman

Autor: Alice Hoffman
Tytuł: Zasady magii
Cykl: Practical magic, tom 1
Tłumaczenie: Danuta Górska
Data premiery: 16.10.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura obyczajowa / fantastyka / romans

Podejrzewam, że wszyscy ze starszego pokolenia znają film „Totalna magia” z Nicole Kidman i Sandrą Bullock z 1998 roku. Nie wszyscy jednak wiedzą, że jest to ekranizacja książki Alice Hoffman o tym samym tytule wydanej w 1995 roku. Teraz, 22 lata później, autorka zdecydowała się napisać prequel historii. To opowieść o ciotkach Gillian i Sally, które przygarnęły je w dzieciństwie. Nie dotarłam niestety do informacji, dlaczego autorka po tylu latach zdecydowała się na powrót do tej historii, a bardzo mnie to ciekawi.
Alice Hoffman to, powtarzając za notką zamieszczoną na pierwszej stronie książki, jedna z najbardziej lubianych amerykańskich pisarek. Na swoim koncie ma już trzydzieści tytułów (w Polsce ukazało się kilka z nich), które przetłumaczone zostały na ponad 20 języków i doczekały się ponad stu zagranicznych wydań. Autorka pisze również książki dla młodzieży, a na podstawie omawianych „Zasad magii” ma powstać serial dla platformy HBO.

„Zasady magii” opowiadają historię rodzeństwa Owensów wychowanych z dala od magicznego domu w Massachusetts przy ulicy Magnolii. Ich matka Susanna odcięła się od swojego dziedzictwa i razem z mężem, psychiatrą zdecydowali się na założenie rodziny w Nowym Jorku. Frany, Jet i Vincent jednak od samego początku wiedzą, że są inni niż pozostałe dzieci. Powoli odkrywają w sobie magiczne moce, a gdy wkraczając powoli w dorosłość dostają zaproszenie na spędzenie lata przy ulicy Magnolii, mają nadzieję na zapoznanie się ze historią swojej rodziny oraz wyjaśnienie o co w tym wszystkim chodzi. Szybko dowiadują się, że od dawien dawna nad rodziną Owensów ciąży klątwa – prawdziwa miłość jest u nich zakazana, ten, w którym Owensówny się zakochają, umrze. Czy to prawda? Niestety szybko przekonają się, że tak. Czy uda się uniknąć działania klątwy, jakoś ją obejść? A może czy możliwe jest w ogóle życie bez miłości?
„Nie wzywajcie ciemności, kiedy nie jesteście przygotowani na konsekwencje.”
Książka składa się z sześciu części: Intuicja, Alchemia, Zaklęcie, Elemental, Grawitacja, Remedium – każda z nich opowiada o pewnej części życia rodzeństwa. Podzielone są na nienumerowane podrozdziały, więc książkę czyta się wygodnie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje wydarzenia z boku. Styl powieści to niestety największy minus jaki mam do zarzucenia tej książce – jest bardzo nierówna, raz czyta się ją z zainteresowaniem, raz trochę męczy. W tym męczących fragmentach jest dużo powtórzeń, zarówno tych samych wyrazów w zdaniu, jak i przypomnień o wcześniejszych zdarzeniach, zdecydowanie za częstych i za szczegółowych. Ogólnie też miałam wrażenie, że czasami zdania są trochę złożone nieporadnie, kulowe stylistycznie. I tu znowu wychodzi kwestia pracy tłumacza – nie wiem na jak dużą ingerencję w tekst tłumacze mogą sobie pozwolić, więc ciężko jest mi określić czy to wina tłumaczenia czy oryginału.
„… Frany doszła do wniosku, że magia niewiele się różni od nauki. Obie szukały sensu tam, gdzie go nie było, światła w ciemności, odpowiedzi na pytania zbyt trudne, żeby śmiertelnicy mogli je zrozumieć.”
Co do samej historii to jest całkiem przyjemna. Zgrabnie łączy magię z opowieścią o dojrzewaniu, miłości, poszukiwaniu szczęścia, poczuciu obowiązku i odczuciu inności, wyalienowania. Każdy z trójki rodzeństwa od początku czuje się inny, wie, że ma moce, których nie mają zwyczajni ludzie. I tak Vincent oczarowuje każdą napotkaną istotę, a siostry wzbudzają zachwyt swoją urodą. Ciężko im odpędzić się od adoratorów, jednak mając wiedzę, iż może im przez to grozić niebezpieczeństwo. Każdy z nich jednak chce żyć normalnie, założyć rodzinę, mieć swoje miejsce na świecie. Każdy z nich ma uczucia, cierpi tak jak inni, a nawet mocniej, mając świadomość ciążącej nad nimi klątwy. Poprzez historię o magii autorka sprytnie opowiada o tym, że każdy człowiek potrzebuje kogoś bliskiego, partnera, uczucia bycia kochanym i jest w stanie dla tej emocji poświęcić wszystko.
„ – Jestem skazana, żeby stracić wszystkich, których kocham – oświadczyła April. – Już o tym wiem. - Oczywiście – potwierdziła Jet spokojnym, wyważonym tonem. – Na tym polega życie.”
Widać też, że prócz warstwy uczuciowej, autorka poświęciła sporo czasu na research odnośnie magii, czarów i wierzeń w moce, jaki powinny posiadać czarownice. Mamy tutaj czarne koty, chowańce, żuczki, kruki. Każdy, w którym płynie krew Owensów, unosi się na wodzie, nie jest w stanie utonąć. Co ciekawsze, wiele tutaj ziołolecznictwa – przy domku przy ulicy Magnolii ciotka rodzeństwa ma duży ogród, w którym znajdują się wszystkie potrzebne rośliny jak szałwia, lawenda, rozmaryn itp. Dla osób zainteresowanych działaniem ziół na pewno będzie to interesujący dodatek.
„Nie była stworzona do takich rzeczy. Pragnęła latać, pragnęła wolności i wolałaby żyć wśród ptaków, rozbić namiot w Central Parku i nie mieć nic wspólnego z rodzajem ludzkim.”
Warto jeszcze wspomnieć, że cała ta opowieść toczy się osadzona w prawdziwej historii Ameryki. Natkniemy się tu np. na wyprawę na księżyc, wojnę w Wietnamie oraz walkę o prawa homoseksualistów. Nie ma tego tutaj może wiele, od czasu do czasu jednak znajdziemy jakiś fakt, który zakorzenia historię w prawdziwym świecie. Możliwe też, że dla mieszkańców Nowego Jorku książka jest jeszcze bardziej prawdopodobna – wiele jest tu wspomnianych ulic i budynków, które istnieją naprawdę.
„… na wszystko są zasady. Po pierwsze, nie rób krzywdy. Musisz o tym pamiętać.”
Podsumowując, „Zasady magii” to lekka, przyjemna historia, opowiadająca o dosyć uniwersalnych zagadnieniach osnutych mgiełką magii. Spodoba się osobom, które chcą się oderwać od rzeczywistości, przenieść na chwilę w świat, gdzie możliwe jest więcej, jednak ze świadomością, że wszystko ma swoje konsekwencje. To również historia miłosna, o ogromnej sile tego uczucia. Żałuję tylko, że styl powieści nie był lepszy, momentami naprawdę mocno kłuł mnie w oczy, przez co przez historię nie byłam w stanie przejść płynnie.  Ja jednak zawsze zwracam dużą uwagę na warstwę językową, ale myślę, że dla tych, dla których nie jest to tak ważne, książka powinna się bardziej podobać.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 11, 2020

"Zatruty ogród" Alex Marwood

"Zatruty ogród" Alex Marwood

Autor: Alex Marwood
Tytuł: Zatruty ogród
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny

Alex Marwood to pseudonim literacki Sereny Mackesy, brytyjskiej pisarki, która debiutowała w roku 1999 powieścią „The Temp” zaliczaną (według autorki błędnie) do ‘chick lit’ (lekkie, pozytywne romantyczne historie). Pod swoim prawdziwym nazwiskiem wydała jeszcze trzy inne powieści, jednak by uciec od skojarzenia z tym gatunkiem, w 2012 roku narodziła się Alex Marwood. Alex pisze powieści mroczniejsze, skupiające się na trudnych zakątkach ludzkiej psychiki. Zbiera też za nie dużo ciekawych nagród m.in. za powieść „Dziewczyny, które zabiły Chloe” zdobyła Nagrodę Literacką Edgara Allana Poe. Aktualnie jest w trakcie pracy nad serialem na podstawie jej przedostatniej książki pt. „Najmroczniejszy sekret”. Jej najnowsza powieść pt. „Zatruty ogród” jest efektem jej fascynacji sposobami funkcjonowania sekt – jak autorka przyznała w jednym z wywiadów, gdy doszło do masowego samobójstwa kultu Jima Jonesa miała 15 lat, więc ta głośna zbrodnia wpisała się w nią na zawsze. Od tego czasu zastanawia ją manipulacja ludzką psychiką i to, jak wiele ludzi poszukuje schronienia w tego typu organizacjach. Ostatnimi laty coraz mocniej autorka odczuwała potrzebę napisania tego typu powieści – zaczęła dostrzegać w wielu kręgach społeczeństwa coraz więcej sposobów myślenia charakterystycznych dla kultów i sekt. To jest jej najpoważniejsza powieść, do której przelała wiele swoich prywatnych obaw.
„Dla nich liczy się tylko przetrwanie. Kiedy nadejdzie koniec, to w ich rękach spocznie przyszłość rasy ludzkiej. Nie ma nic ważniejszego.”
Wrzesień 2016. Na odosobnionej farmie w Walii znalezionych zostaje ponad sto pięćdziesiąt ciał osób należących do sekty Arka. Przyczyna śmierci – zatrucie. Policja szybko stwierdza masowe samobójstwo – historia tragiczna, ale przecież do takich aktów dochodziło też już wcześniej. Ocalało niewielu, w przeważającej liczbie dzieci, w tym Eden i Ilo. Jedyną osobą dorosłą, która ocalała jest Romy, przyrodnia siostra dwójki nastolatków. Romy trafia najpierw do szpitala psychiatrycznego, później do ośrodka przejściowego, aż w końcu otrzymuje własne mieszkanie. Wreszcie. Bo Romy ma sekret, którego dłużej niż nie mogłaby w takim miejscu utrzymywać…
Eden i Ilo trafiają pod opiekę Sary. To ich ciotka, która dopiero po masowym samobójstwie dowiedziała się o ich istnieniu. Kobieta sama nie do końca potrafi poradzić sobie z własnym życiem, jednak poczucie obowiązku w niej zwycięża i przygarnia dzieciaki – czy poradzi sobie z dwójką, która nigdy nie żyła w prawdziwym współczesnym świecie?

Książka podzielona jest na prolog, 56 krótkich rozdziałów i epilog. Akcja złożona jest z dwóch, przeplatających się z sobą planów czasowych – toczy się teraz, pod koniec 2016 po tragedii – te rozdziały nazwane są „wśród Martwych”, oraz od 2001 do 2016 w Arce – to rozdziały „przed końcem”. Rozdziały toczące się teraz przedstawione są z punktu widzenia Sary i Romy w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, rozdziały ‘przed końcem’ z punktu widzenia Romy w pierwszej osobie tego samego czasu. Styl powieści jest lekki, książkę czyta się szybko, wciąga.
„Ogród jest jak społeczeństwo – mawia Ojciec. – Niewyrwany chwasty zduszą pożyteczne rośliny i ukradną im substancje potrzebne do życia. Musimy być czujni. Złe myśli, złe pomysły i źli ludzie, wszystko to zagraża naszemu przetrwaniu.”
Jak wspomniałam, historię poznajemy z punktu widzenia dwóch postaci kobiecych. Jest Romy, której przeżycia związane z sektą odkrywamy wraz z biegiem lektury. To młoda, dwudziestojednoletnia kobieta, która z jakiegoś powodu przeżyła. Do sekty trafiła jako pięciolatka, więc życie w prawdziwym świecie to dla niej coś całkowicie nieznanego. Romy uczy się zachowywać tak by nie wzbudzać ciągłych zdziwień, chociaż sama nadal wierzy w to, co wyznawała cała sekta… Dlaczego Romy przeżyła? I co ukrywa?
Z kolei Sara pozornie jest zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się ze społeczeństwa kobietą. Dwa lata temu rozwiodła się z mężem i wróciła do domu rodzinnego, który nie zbudza w niej wcale ciepłych wspomnień. Jej rodzice należeli do dosyć radykalnego Kościoła, założonego przez jej przodków – żyli w dziwnych warunkach, bez specjalnych wygód, uciech i przyjemności. Takie wychowanie naznaczyło Sarę na całe życie, ona sama ma problemy z okazywaniem uczuć. Teraz pracuje w szkolnej administracji i po prostu egzystuje, dopóki nie pojawiają się w jej życiu Ilo i Eden. Kobieta stara się zapewnić im normalne życie, chce by nauczyli się żyć w społeczeństwie i byli szczęśliwi.

Co do fabuły, to akcja toczy się dosyć powoli. Nie ma tu typowego dla thrillera dreszczyku emocji – jest po prostu dobra, wciągająca historia opowiadająca o życiu w sekcie oraz teoretycznym powrocie do normalności. Te rozdziały opowiadające o życiu w sekcie były ciekawie przedstawione – z punktu widzenia Romy, która wierzy w zasady Arki, więc były one opisane dosyć neutralnie, a nawet pozytywnie. Nie ma tu bezpośrednich zarzutów, chociaż ostatecznie podstawa funkcjonowania tej sekty zostaje zdemaskowana.
Bardziej przerażające są rozdziały dotyczące aktualnych wydarzeń. Romy coś knuje, ma jakiś cel, w końcu ciągle wierzy w to co w Arce, coś chce zrobić, jednak czytelnik długo nie wie co. Raczej nic dobrego. Z drugiej strony mamy dwójkę nastolatków, 15letnią Eden i 13letniego Ilo, którzy nagle trafiają do normalnej szkoły i powinny żyć jak zwykłe dzieciaki. Ten dysonans tego co dla nich jest normalne, a co faktycznie przystoi w naszym społeczeństwie jest ogromny – i czytelnik powoli tego doznaje. To przerażające jak duży wpływ na zachowanie człowieka na wychowanie i jak ciężko później cokolwiek zmienić.

Sekty i kulty to tematy, o których można pisać wielkie prace naukowe. Mają jakieś założenie, które można uznać za prawdopodobne – tu: koniec świata jaki znamy, zagładę ludzkości – i wokół tego budują całą skomplikowaną religię. Przeważnie całość toczy się to wokół jednego człowieka, który jest wielkim przywódcą, któremu oddawana jest cześć. Niestety to nie bajki, a sam fakt, jak łatwo można zmanipulować człowiekiem, który trafił na słaby moment w swoim życiu, nie widzi celu czy przyszłości, jest przerażający. Sporo tu też tematów zahaczających o pojęcie władzy, siły i nierównego podziału ról.
„Nie przemówisz im do rozumu. Próbując, jeszcze bardziej utwierdzasz ich w przekonaniu, że mają rację. Dysonans poznawczy wzmacnia lojalność – nigdy jej nie osłabia.”
Nie chcę pisać za dużo, myślę, że każdy czytelnik będzie miał po tej lekturze własne przemyślenia. To ciekawa i dobra historia, dosyć przerażająca w końcowym wydźwięku. Nie nastawiajcie się na typowy thriller, a będziecie zadowoleni 😊

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 09, 2020

"Pokój motyli" Lucinda Riley

"Pokój motyli" Lucinda Riley

Autor: Lucinda Riley
Tytuł: Pokój motyli
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska
Data premiery: 13.11.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 528
Gatunek: powieść obyczajowa

Po literaturę obyczajową sięgam niezmiernie rzadko, prawie wcale. Wyjątkiem od tej reguły jest twórczość Lucindy Riley, brytyjskiej pisarki irlandzkiego pochodzenia, która oczarowała mnie swoją serią „Siedem Sióstr” (o ostatniej premierze pt. „Siostra Słońca” pisałam tu – klik!). Na każdy jej kolejny tom trzeba jednak czekać aż rok, więc pomiędzy nimi oczekiwanie umilają mi jej osobne powieści – część została napisana jeszcze przed pomysłem na serię, część pomiędzy jako przerywnik dla tamtych tematów. Do tej drugiej kategorii zalicza się właśnie omawiany „Pokój motyli”. Jak sama autorka przyznaje w pytaniach i odpowiedziach zamieszczonych na końcu powieści zarys tej książki miała gotowy już ponad 10 lat temu. W 2018 roku, po skończeniu piątego tomu serii pt. „Siostra Księżyca” szukała jakiegoś lekkiego projektu na lato. Wtedy przypomniała sobie właśnie o tym rękopisie, który wtedy nosił jeszcze tytuł „Rusałka admirał”. Jednak w miarę poprawiania, całość powieści uległa dużym zmianom, sama Lucinda przyznaje, że widzi jak bardzo dojrzała jako pisarka. I to w tej powieści zdecydowanie widać.

Historia „Pokoju motyli” skupia się losach Posy Montague, angielskiej arystokratki oraz całej jej rodzinie. Dziewczynę poznajemy w 1943 roku, kiedy w wieku siedmiu lat wiedzie dosyć idylliczne dzieciństwo w pięknym rodzinnym dworku na angielskiej wsi Suffolk. Czas beztroski, który spędzała ze swoim ojcem botanikiem na łapaniu motyli jednak szybko się kończy – ojciec musi wracać na wojnę. Czy uda mu się wrócić do domu? Jak będzie wyglądało dalsze życie Posy?
Ponad 60 lat później Posy samotnie zamieszkuje Dom Admirała, jej dom dzieciństwa. Stworzyła w posiadłości cudowny ogród, który pozwala jej zapomnieć o troskach życia. Ma dwójkę dorosłych synów, jest babcią. Niespodziewanie na jej drodze pojawia się też ktoś, kto bardzo dawno był całym jej światem… Dlaczego wtedy zniknął? I czy jego powrót cokolwiek może teraz zmienić?
„No cóż, przez te blisko siedemdziesiąt lat życia Posy nauczyła się jednego: ludzie to bardzo dziwny gatunek. Nigdy nie przestawali jej zaskakiwać.”
Książka składa się z 42 rozdziałów toczących się w czasach współczesnych. Poprzetykane są one opowieścią z czasów dzieciństwa i młodości Posy. Narracja powieści w czasach dawnych prowadzona jest z punktu widzenia bohaterki w pierwszej osobie czasu przeszłego, w czasach aktualnych jest trzecioosobowa i przedstawia losy całej rodziny. Styl powieści jest piękny i czarujący – autorka wypracowała doskonały balans pomiędzy opisami, dialogami a przemyśleniami bohaterów. Przez powieść się po prostu płynie, historia jest tak urzekająca, że książki nie da się odłożyć.

Wydanie książki zamykają wspomniane już pytania i odpowiedzi do autorki, w których opowiada trochę o powstaniu i swoich przemyśleniach odnoście powieści.

Główną bohaterką powieści jest oczywiście Posy. To energiczna, pozytywna osoba, która przeszła w swoim życiu sporo. Zaczynała je jako bogata panna z dobrego domu, początkowe rozdziały opisujące jej dzieciństwo są dosyć dojrzałe jak na jej młody wiek, ale dobrze zgrywają się z całością.
„- Och, Posy, nie bądź taka zasadnicza! W świecie teatru takie sprawy to nic nadzwyczajnego. A zresztą przecież nikt nie jest winien temu, że się urodził taki, a nie inny. Ludzie powinni móc być tym, kim są, bez względu na przepisy, nie myślisz?I dzięki Estelle zaczęłam myśleć. Nie tylko o fotosyntezie i związkach chemicznych jak do tej pory, ale też o tym, że świat narzuca nam zasady, co jest dozwolone, a co nie. I zaczęłam patrzeć na nie krytycznie.Dorastałam.”
 Od dzieciństwa Posy, tak jak jej ojciec, interesowała się botaniką, uwielbiała obserwować roślinność i małe żyjątka od niej zależne. Z nią też ostatecznie wiąże swoją przyszłość. Motyle i ogród są dla niej ukojeniem, przywracają ją do równowagi. To właśnie w swoim ogrodzie szuka schronienia, gdy coś idzie nie tak. A idzie sporo. Jej starszy syn Sam ma ciągłe problemy finansowe, każdy biznes, który zaczyna kończy się klapą. To odbija się nie tylko na nim i Posy, ale i na jego żonie i dzieciach, którzy coraz mocniej odczuwają brak stabilności finansowej.  Z kolei jej młodszy syn Nick powraca w końcu do Anglii po 10 latach nieobecności. Czy wróci teraz na stałe i ułoży sobie w końcu życie? Prócz problemów rodzinnych dochodzą cienie przeszłości. Wraca ktoś, kto wzbudza w Posy mieszane emocje, od euforii po ogromne skołowanie. Czy w końcu sytuacja się wyklaruje?

Powieści Lucindy są zawsze pełne mądrych prawd życiowych, poruszają tematy ważne, ale i trudne. Życie ich bohaterów nie jest proste, każdy z nich wystawiony jest na czas prób. I tak tutaj dostajemy historię przemocy w rodzinie, która zostaje zauważona przez najbliższych dopiero, gdy prawie jest na to za późno. Historia przedstawiona jest też z punktu widzenia ofiary, która równie długo tłumaczy i ukrywa zachowania oprawcy. To opowieść o tym jak dobrze kogoś znamy, jak długo można przymykać oko na niewygodne tematy i co robią z rodziną, najbliższymi tajemnice. To również opowieść o tym, że zawsze jest jakieś wyjście, trzeba tylko znaleźć w sobie odwagę. To opowieść trudna, ale i pokrzepiająca, dająca nadzieję w dobro. To piękna historia, przy której odczuwałam głęboko przeżycia bohaterów, razem z nimi śmiałam się, płakałam, cierpiałam i oburzałam się. Bohaterowie są opisani bardzo głęboko, z dużym zrozumieniem dla odczuć każdego z nich. To niesamowite jak autorka potrafi oddać tak szeroki wachlarz uczuć, jak dobre rozumie ludzkie emocje, w które wyposaża swoich bohaterów.
„Z mojego doświadczenia, gdy faceci się spotykają, wszystko kręci się wokół piwa i sportu, no, może jeszcze któryś od czasu do czasu opowie dowcip. Zwykle są fatalni w komunikowaniu się, a szczególnie, wybacz, że to mówię, mężczyźni z pewnego pokolenia, których od kołyski uczono, że nie wolno im pokazywać po sobie, co myślą i czują. A już Brytyjczycy są najgorsi. U nich to zaciskanie zębów jest wrodzone.”
Oczywiście trzeba też wspomnieć, że powieści autorki to nie tylko piękne i mądre historie, ale także konkretna dawka historii. Do każdej ze swoich książek Lucinda przeprowadza duży research, tym większy, że zawsze część jej historii toczy się w dawnych czasach. Tu pozyskanie informacji o warunkach życia w latach 40. I 50. XX wieku może nie było aż tak wymagające, bo historia toczy się na ojczystej ziemi pisarki, ale dostajemy tu też sporą dawkę wiedzy na temat pierwszych kobiet na uniwersytetach, ich walki o równouprawnienie i radzeniu sobie w męskim świecie.
„… wszystko opiera się na bardzo kruchej równowadze. I jeden trzepot motylich skrzydeł może odmienić cały świat.”
Nie przedłużając, „Pokój motyli” mnie oczarował. Uwiódł mnie na tyle, że przeczytałam większą część historii na raz, nie chciałam jej odkładać. Opowieść toczy się w pięknym starym dworku w Anglii i okolicznej wiosce, co jest jednym z moich ulubionych miejsc na akcję powieści. Historia jest wciągająca, ciepła, ciekawa i mądra. Mimo że od początku domyślałam się jednej tajemnicy, to nie zmieniło to mojego podejścia do lektury – jestem nią oczarowana, styl snucia opowieści Lucindy uważam za prawdziwy majstersztyk. Uwielbiam, kocham i czekam na więcej.

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 08, 2020

"Świst umarłych" Graham Masterton

"Świst umarłych" Graham Masterton

Autor: Graham Masterton
Tytuł: Świst umarłych
Cykl: Katie Maguire, tom 9
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska
Data premiery: 29.01.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 448
Gatunek: kryminał/thriller

Graham Masterton to kolejne głośne nazwisko, które od lat przewija się na rynku czytelniczym. Pisarz brytyjskiego pochodzenia debiutował w 1979 roku. Od tego czasu wydał ponad 80 książek – poczynając od poradników seksuologicznych, przez horror, sagi historyczne, thrillery a nawet opowiadania dla dzieci. W całości jego książki sprzedały się w ponad 20 milionach egzemplarzy, zostały przetłumaczone na 18 języków, a w samej Polsce sprzedano ponad ich dwumilionowy nakład. Pisarz, swoją drogą, nie kryje swojej sympatii do naszego kraju, często go odwiedza, a jego żona na polskie korzenie. Masterton jest laureatem wielu nagród literackich, teraz głównie poświęca się pracy nad cyklem o policjantce Katie Maguire.
Dla mnie to było pierwsze spotkanie nie tylko z serią, ale ogólnie z twórczością autora. Nie miałam do niej specjalnych oczekiwań, nie wiedziałam nawet czego się spodziewać. Teraz, po lekturze, jestem bardzo ciekawa czy gdybym znała już serię i jej bohaterkę to czy książka spodobała mi się jeszcze mocniej?

„Świst umarłych” zaczyna się mocną sceną. Pewien irlandzki policjant zostaje porwany przez trzech zbirów w maskach. W tym czasie nadkomisarz Katie Maguire zostaje wezwana do morderstwa – ofiarą w swoim własnym domu padł znany biznesmen, który wydawał się być lubiany przez całą społeczność. W mieszkaniu nie ma żadnych śladów po mordercy, wygląda to na robotę profesjonalisty. Chwile później na rzadko odwiedzanym cmentarzu zostaje znalezione ciało bez głowy – w jego krtań wbity jest flet irlandzki… Szybko okazuje się, że jest to porwany wcześniej policjant. Za kilka dni miał zeznawać przed sądem na niekorzyść swoich policyjnych kolegów, zakładów więziennych i gangsterów. Kto go dopadł? Dlaczego został tak brutalnie potraktowany? I czy na tej zbrodni się zakończy?

Książka składa się z 45 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, podąża za kilkoma znaczącymi dla fabuły postaciami. Styl jest surowy, trochę taki beznamiętny, co potęguje wrażenie makabry – opisy zbrodni szczególnie, ale także opisy ogólnie są bardzo szczegółowe, epatują brzydotą, wręcz wzbudzają niesmak – nie radzę przy tej książce czegokolwiek jeść. Jest brutalnie i dosadnie, pisarz nie przebiera w środkach, przedstawia wszystko od tej zdecydowanie brzydszej strony. Nigdy czegoś takiego jeszcze nie czytałam, więc zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie.
„Pewnie ma paranoję. Ale lepiej mieć paranoję, niż dać sobie obciąć głowę.”
Nowością dla mnie była też główna postać. Katie ma stopień nadkomisarza – szczerze, chyba jeszcze nie czytałam kryminału, w których bohater miałby tak wysoki stopień. Wiąże się to z tym, że bohaterka prowadzi kilka spraw naraz, ma kilka zespołów śledczych, opowiada nie tylko za rozwiązanie spraw, ale i za wielu ludzi jej podległych. Dodatkowo jest kobietą na tak wysokim stanowisku, co ciągle zdarza się nieczęsto. To ciekawa bohaterka, widać, że jej życie nie było usłane różami, niemniej jednak ma za sobą sporo ciekawych historii – chciałabym je kiedyś poznać. Autor powieści bohaterki nie oszczędza, nie tylko rzuca ją w wir poplątanych śledztw i sporych komplikacji, ale i prywatne Katie musi się zmierzyć z kilkoma problemami sporej wagi. Kiedy mamy nadzieję, że może już w końcu coś się poukłada, autor doświadcza ją znowu. Oj, nie ma łatwego życia ta bohaterka, jednak wzbudza sympatię.
 „- … Wie pani, czasami myślę, co jest gorsze… być żywym i stale bać się śmierci czy nie żyć i nie musieć się już o nic martwić.- Może najlepiej nigdy się nie urodzić – odparła patolożka. – Wtedy nie trzeba by było odkrywać, jak bardzo okrutne może być życie.”
Co do akcji, to jak wspomniałam ze względu na to, że bohaterka prowadzi kilka śledztw, tak i czytelnik obserwuje kilka spraw. Historie mocno się przeplatają, co chwilę coś innego się dzieje. Czytelnik nie ma czasu na odpoczynek, akcja postępuje do przodu, a historia schodzi na coraz mroczniejsze i bardziej tragiczne tematy. Mimo wielu spraw, a tym samym dosyć powolnym rozkręcaniu się akcji (w końcu trzeba dobrze nakreślić kilka spraw naraz), historia dziwnie wciąga, ciężko książkę odłożyć. To dla mnie samej było sporym zaskoczeniem, bo czytając nie czułam specjalnej ekscytacji, jednak ciekawość, jak okazywało się przy próbie odłożenia książki, była naprawdę duża. Coś w tej historii jest takiego, że chce się więcej i więcej.

Oczywiście tematy poruszane w tym tomie są ciężkie i jest ich dużo. Główna część fabuły skupia się na pytaniu czy ważniejsza jest lojalność wobec kolegów po fachu, w tak zamkniętej społeczności jak policjanci, czy może krystaliczna uczciwość. Są łapówki, narkotyki i konszachty na wysokich szczeblach. Poza tym jest trochę o walkach psów i ich właścicielach, chociaż myślę, że ten temat był rozwinięty w którymś z tomów poprzednich. Jest też trochę o wyłudzaniu pieniędzy od osób starszych oraz przekrętach finansowych. To tylko kilka z tych ważniejszych spraw jakie autor porusza w fabule tego tomu. Dzieje się sporo.
„Złość ma swoje konsekwencje, Katie, nawet jeśli jest usprawiedliwiona. Powinienem był pojąć to dawno temu.”
Co było dla mnie ciekawe, to to, że akcja toczy się w Irlandii. Niewiele czytałam tego typu kryminałów, więc osadzenie akcji w tym miejscu było dla mnie powiewem świeżości. To bardzo zbite i pobożne środowisko, a zarazem pełne gangsterów i dziwnych bojowników. To był dla mnie inny świat, mroczny świat, ale wzbudzający spore zainteresowanie.

Podsumowując książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Wątków było dużo, tematy poważne i istotne, bohaterka nieszablonowa, a styl i umiłowanie do makabry dosyć przerażające, ale i odświeżające. Mimo ogólnie panującej w powieści brzydoty, szokujących scen i opisów, muszę przyznać autorowi, że ma talent pisarski i nerwy ze stali. Dla mnie to było całkiem coś innego niż czytałam do tej pory i na pewno sięgnę w przyszłości po kolejne tomy tej serii. Chciałabym tylko mieć jeszcze czas, by nadrobić wszystkie osiem poprzednich.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!


maja 07, 2020

"Stulecie kryminału" antologia

"Stulecie kryminału" antologia

Autor: antologia - Chmielarz, Małecki, Ćwirlej, Bińkowska, Wożniak i inni
Tytuł: Stulecie Kryminału
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 400
Gatunek: opowiadania kryminalne

Krótkie formy literackie cieszą się dużo mniejszą popularnością od wielostronicowych powieści. Jednak czy pisze się je łatwiej? Nie mnie to oceniać, ale zdaję sobie sprawę, jak wiele wysiłku trzeba poświęcić, by opowiadanie było dobre. Przeważnie pisarze swoją karierę rozpoczynają właśnie od takiej formy, najpierw są krótkie opowiadania, na których szkolą swój warsztat, dopiero później przychodzi czas na powieść. Niemniej jednak znani pisarze od czasu do czasu wracają do opowiadań, najczęściej w wyniku zaproszeń do specjalnych projektów. Na polskim rynku co roku ukazuje się kilka antologii polskich autorów, część z nich przeznaczana jest na cele dobroczynne. Tak jest i tym razem – zysk ze sprzedaży antologii „Stulecie Kryminału” zostanie przekazany na Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach.

Zbiór „Stulecie kryminału” powstał jako wynik konkursu organizowanego przez Biuro Programu „Niepodległa” oraz Komendę Główną Policji z okazji setnej rocznicy powołania Polskiej Policji. Konkurs został podzielony na 3 części: kryminał sto lat temu, kryminał współczesny oraz kryminał za sto lat. Zgłoszeń do konkursu napłynęło ponad 400 – obowiązek wybrania najlepszych spadł na jury w skład którego wchodzili Ryszard Ćwirlej, Robert Małecki, Wojciech Chmielarz i Anna Bińkowska. W każdej kategorii zostały przyznane 3 pierwsze miejsca oraz wyróżnienia – po dwa w kryminale przeszłości i współczesnym, jedno w kryminale przyszłości. Te nagrodzone opowiadania, razem z opowiadaniami jury, weszły w skład tej antologii.

Główny trzon książki, tak jak sam konkurs, podzielony został na: kryminał sto lat temu, kryminał dzisiaj i kryminał za sto lat. Poprzedza go przedmowa dyrektora Biura Programu „Niepodległa” oraz 4 opowiadania jury. Ryszard Ćwirlej i Anna Bińkowska pokusili się o kryminał retro, Robert Małecki kryminał współczesny, a Wojciech Chmielarz o kryminał przyszłości. Oczywiście jak to w takich zbiorach bywa, styl opowieści, narracji w każdym opowiadaniu jest inny, jedne historie są napisane lepiej, inne gorzej, jednak ogólny poziom całej antologii jest faktycznie na wysokim poziomie.
„Być może, myślę sobie, wszystko jest odtworzeniem czegoś innego. Cieniem na ścianie. Każda kłótnia, każde złamane serce. W jakimś sensie tylko zbrodnia jest wieczna.”
Przed rozpoczęciem lektury najbardziej ciekawa byłam członu ostatniego – kryminału przyszłości. Dlaczego? Bo kryminał retro zaczęłam czytać niedawno – to specyficzny podgatunek kryminału, którego akcja toczy się wolniej, często uwikłana jest w polityczne tematy, które nie zawsze opowiedziane są tak, by mnie zaciekawić. Opowiadanie w tym podgatunku wydaje się jeszcze trudniejsze, bo oddać powojenny klimat i przedstawić ciekawą i zrozumiałą dla wszystkich jednocześnie historię na kilkunastu stronach do łatwych zadań na pewno nie należy.
Kryminał współczesny z kolei znam wręcz od podszewki, więc założyłam, że zaskoczyć mnie w tym temacie i to w krótkiej formie może być ciężko. Przecież wiem, czego tu się mam spodziewać.
Kryminał przyszłości jednak wydaje się ogromnie fascynujący – mocno ciekawiły mnie wizje przyszłej pracy policji, jak w ogóle świat, życie zostanie w nich przedstawione.

Czy moje założenia pokryły się z tym, co dostałam?

Nie do końca. W swoich założeniach zapomniałam uwzględnić, że akcja kryminału przyszłości osadzona będzie aż sto lat później – dla postępu techniki to naprawdę spory okres czasu. Przez to część opowiadań jak dla mnie bardziej zahaczała o fantasy niż o faktyczny kryminał. Tak było w dwóch pierwszych opowiadaniach Łukasza Szustera pt. „Kwantowy Smok” oraz Rafała Pawlaka pt. „To o Was”. Z kolei w ostatnim opowiadaniu Rafała Lewandowskiego pt. „Śmietnik” świat przedstawiony wydawał mi się za bardzo podobny do tego, który mamy teraz. Postęp techniki był niewielki – kilka gadżetów techników i kilka baz danych. Wrażenie zrobiło na mnie za to opowiadanie Macieja Koncmana pt. „Punkt odcięcia” – to zarówno ciekawa wizja przyszłości, w której śledztwa rozwiązywane są głownie za pomocą dronów i daleko posuniętej techniki, ale i z której płyną naprawdę przerażające wnioski – bardzo prawdopodobne, ale straszne.
Jak wspomniałam w tej tematyce opowiadanie napisał także Wojciech Chmielarz i tym samym pobił wszystkich laureatów konkursu. On skupił się z kolei na zmianach klimatycznych i do czego mogą one doprowadzić. Oczywiście postęp techniki też został tu uwzględniony, przez co taka wizja przyszłości również wydaje się mocno prawdopodobna.

Kryminał retro faktycznie najmniej trafił w moje gusta. Tu znowu najbardziej podobało mi się opowiadania członka jury – Ryszarda Ćwirleja, który wykorzystał prawdziwy brulion zapisków posterunkowego Ludwika Bielawskiego, który kiedyś trafił w jego ręce. Na jego podstawie ułożył całkiem zgrabną historię o porwaniu świni i daktyloskopii. Co do opowiadań konkursowych to najciekawsze było dla mnie opowiadanie Margoty Kott pt. „O mały włos” – poprzez postać kobiecą fascynującą się daktyloskopią, której ojciec jest policjantem, przedstawiła zgrabną i zajmującą historię. Oczywiście nie kwestionuję prawdopodobieństwa pozostałych opowiadań, jednak dwa z nich były dla mnie za polityczne, drugie nie do końca zrozumiałe, a jeszcze jedno jakoś tak narracyjnie denerwujące.  Tutaj założenia okazały się poprawne – nie dosyć, że opowiadanie w podgatunku kryminału retro musi być naprawdę trudne do napisania, to jeszcze ja nie jestem łatwym odbiorcą – tylko dobre wyważenie tematów i odpowiedni klimat wzbudzają moje zainteresowanie.
„Tego dnia stała się kobietą. Jedyna kobietą w domu. Spoczął na mnie obowiązek nieodchodzenia, nieopuszczania, nieporzucania. Musiałam być silniejsza od ojca i brata. Dla nich i dla siebie.”
Dużym zaskoczeniem jednak był dla mnie kryminał współczesny. Myślałam, że nic mnie tu nie zaskoczy – jakże się myliłam – każde z tych opowiadań okazało się niesamowicie dobre! Sebastian Imielski i jego „Przebudzenie” miało bardzo intrygującą narrację i opowiadało o wznowieniu starego śledztwa zaginięcia – czytałam je z wypiekami na twarzy. Katarzyna Skręt w „Tyś Jedność, jam Pełnia” przedstawiła ciekawą historię policjantki, która trochę skojarzyła mi się z moim ulubionym serialem „Killing Eve” – zdecydowanie chciałabym przeczytać jej powieść! Kolejne dwa opowiadania „Teczka” Magdaleny Lewandowskiej – Rosa i „Zasłona” Stefana Weisbrodta również wzbudziły mój ogromny entuzjazm – w pierwszym zaskakujący bieg wydarzeń, w drugim dodatkowo bardzo interesująca narracja naprawdę robią wrażenie. Ostatnie wyróżnione opowiadanie „Stópki Chrystusa” Joanny Kosińskiej było dobre, choć rozumiem, dlaczego zostało opublikowane jako piąte w tej kategorii.

Podsumowując, „Stulecie Kryminału” nie dosyć, że wydane jest w szczytnym celu, to jeszcze jego poziom jest naprawdę wysoki (mimo tego, że trochę w tej recenzji pomarudziłam 😉). Jest tu sporo nazwisk debiutanckich, których chciałabym kiedyś zobaczyć na okładce powieści. To było naprawdę dobre oderwanie od dłuższych form, całość czytałam z zainteresowaniem i dużym entuzjazmem. Myślę, że fani kryminału, a i fantastyki nie będą zawiedzeni, a wręcz odwrotnie – zaskoczeni bardzo wysokim poziomem.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona Kryminału!


maja 02, 2020

"Zniknięcie Sary" Nadia Szagdaj

"Zniknięcie Sary" Nadia Szagdaj


Autor: Nadia Szagdaj
Tytuł: Zniknięcie Sary
Cykl: Kroniki Klary Schulz, tom 2
Data premiery: 26.02.2020
Wydawnictwo: Dragon
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał retro

„Zniknięcie Sary” to drugi tom cyklu kryminałów retro toczących się w przedwojennym Wrocławiu. Książka pierwszy raz wydana została w 2014 roku, teraz Wydawnictwo Dragon wydaje ponownie całą serię w nowej, eleganckiej, złoto-szarej szacie graficznej.
Autorka serii, Nadia Szagdaj do tej pory napisała 5 tomów przygód Klary Schulz oraz 3 osobne powieści. Zajmuje się również muzyką i filmem oraz udziela się w radiu. Od dawna zafascynowana jest starym Wrocławiem, co było zaczątkiem powstania tej serii. O tomie pierwszym pt. „Sprawa pechowca” pisałam niedawno, jego recenzję znajdziecie tu – klik! Dzisiaj trochę o tomie drugim pt. „Zniknięcie Sary”.

Klara dostaje list z zaproszeniem na sesję od gdańskiego fotografa, który oczarowany jej autoportretem, który kupił na aukcji dobroczynnej. Mile połechtana czarującym, pełnym uwielbienia listem nie zastanawia się dwa razy – planuje podróż do Danzig. Towarzyszy jej gosposia, Gerta, która ma nie spuszczać z niej oka. Niestety już od razu na wstępie wyprawy nic nie idzie tak jak Klara sobie zaplanowała – a to dopiero początek nieszczęśliwych zdarzeń, które mają ją tam spotkać…
W Breslau z kolei zaczynają ginąć młode dziewczyny. Matka jeden z nich, pracownica fabryki mebli, zatrudnia firmę detektywistyczną Klary i jej ojca. Szybko nadchodzi drugie zlecenie – to bogaty kolega Bernarda, męża Klary, zgłasza porwanie swojej córki, Sary. Obydwie rodziny są zrozpaczone, policja nie ma żadnych poszlak, a wręcz jakby w ogóle nie zajmuje się tą sprawą. Cała odpowiedzialność spada na Klarę i jej ojca – czy uda im się odnaleźć zaginione?

Książka składa się z dwunastu rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje naprzemiennie Klarę i Sarę. W tekst wplecione są stare zdjęcia Wrocławia, co dodaje lekturze smaczku. Styl powieści wydaje się lepszy niż w tomie pierwszym – owszem, czasami dalej miałam wrażenie, że czytam kryminał współczesny, jednak nie pojawiało się ono aż tak często jak wcześniej. A może po prostu już się przyzwyczaiłam, nie wiem. Niemniej jednak „Zniknięcie Sary” czytało mi się dużo lepiej.

Moje nadzieje, co do charakteru Klary, też się spełniły. Kobieta, mimo że dalej rozpieszczona i egoistyczna, wysnuła wnioski z katastrofalnych wydarzeń z poprzedniego śledztwa, więc teraz podchodzi do sprawy ostrożniej. Zdaje sobie też sprawę ze swojego porywczego charakteru i stara się go sama temperować. Oczywiście zdarzają jej się wpadki i dziwne zachowania, jednak nie jest to tak irytujące jak wcześniej.

Jak wspomniałam, Klara założyła biuro detektywistyczne razem ze swoim ojcem, emerytowanym policjantem. Teraz działają razem, jej ojciec hamuje jej porywy, na czym książka dużo zyskała. Śledztwo jest spokojniejsze, bardziej wyważone i bardziej racjonalne.

Co do samej akcji to sprawa toczy się wokół psychiki człowieka i zjawisk, że tak je nazwę, duchowych. Mamy tu trochę numerologii, hipnozy i tym podobnych tematów. Nie będę ich rozpatrywać przez szansę prawdopodobieństwa, mimo iż sama nie wierzę w takie rzeczy, to jednak historia była ciekawa i wciągająca. Pół książki przeczytałam praktycznie naraz, więc to o czymś świadczy. Na pewno dużym plusem było też ukazania akcji z punktu widzenia Sary – to zapewniało ciągły dreszczyk ciekawości.

W tym tomie nie ma też tak widocznych podziałów na opisy krajobrazu i akcję. Oczywiście uwaga dalej skupiona jest na wyglądzie i charakterze przedwojennego miasta, jednak jest to zgrabniej wpisane w powieść. Nie zauważałam tak dużej granicy między jednym a drugim, jak w tomie pierwszym.

Ogólnie, mimo małych potknięć, ten tom jest dużo lepszy niż poprzedni. Cieszę się, że na swojej półce w chwili, gdy rozpoczynałam lekturę serii, miałam od razu obydwa tomy – gdybym na drugi miałam czekać, raczej bym po niego nie sięgnęła. A teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że widzę duży postęp w stylu i sposobie prowadzenia fabuły i trzymam kciuki, by tom trzeci był jeszcze lepszy! Mam nadzieję, że będzie mi dane to sprawdzić. Spokojnie też można po ten tom sięgnąć bez znajomości tomu pierwszego, główna akcja powieści nie jest powiązana z poprzednim.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Dragon!