listopada 22, 2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" Piotr Borlik

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" Piotr Borlik

 

Autor: Piotr Borlik
Tytuł: Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów
Cykl: detektyw Hubert Czarny, tom 1
Data premiery: 24.08.2021
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 456
Gatunek: kryminał
 
Piotr Borlik to jeden z tych polskich autorów kryminałów, po których książki sięgam bez wahania i to nie tylko dlatego, że podziela moją wielką miłość do dobrego jedzenia (i wina😉). Co prawda nie miałam jeszcze okazji sięgnąć po jego powieść debiutancką pt. „Teatr lalek”, jednak od czasów „Boskiej proporcji” jestem z jego twórczością na bieżąco. Borlik zalicza się do grona tych pisarzy, którzy nie boją się eksperymentów, więc mimo iż jego książki to kryminały, to jednak w każdej znajdziemy trochę coś innego. Przy promocji „Tajemnicy Wzgórza Trzech Dębów” dużo mówiono o tym, że jest to całkiem inna odsłona tego autora, kryminał powracający do klasyki gatunku. Ja bardzo lubię takie klimaty, spokojne historie oparte na spostrzegawczości i dedukcji, bez specjalnego rozlewu krwi. I faktycznie to tutaj dostajemy.
 
Fabuła powieści zaczyna się w momencie, gdy podczas wykonywania jednego zlecenia, prywatny detektyw Hubert Czarny zostaje zaczepiony przez wysłannika rodu Potockich. Kilka dni temu na terenie ich posiadłości doszło do morderstwa – zginął dziedzic majątku. Czarny zostaje poproszony o odnalezienie sprawcy, na co detektyw się godzi – potrzebuje w końcu jakiegoś innego zlecenia niż śledzenie zdradzanych małżonków. Dzień później zjawia się w posiadłości i od razu cieszy go myśl, że sprawa będzie dużo bardziej wymagająca niż z początku zakładał. Okazuje się, że zatrudnił go senior rodu, a poza nim tak naprawdę nikt go tam nie chce. Potoccy to wielopokoleniowa rodzina, z wieloma sekretami, ściśle ukrywanymi tajemnicami i ciążącą nad nimi klątwą… Czy Hubert dotrze do sedna i odkryje kto i dlaczego faktycznie stoi za morderstwem Marka oraz dlaczego wszyscy członkowie rodziny zgodnie i uparcie na ten temat milczą?
„ – Podsumowując: nie dysponujemy żadnymi dowodami, potencjalną morderczynię zwolniono, choć nawet nie wiemy, czy w ogóle była tu zatrudniona, wszyscy mieszkańcy mieli motyw, a jedyny świadek odmawia współpracy i utrudnia śledztwo.
- Zrozumiem, jeśli teraz zrezygnujesz.
- Zrezygnuję? – zaśmiał się Czarny. – Nie ma takiej możliwości. Jestem coraz bardziej zaintrygowany.”
Książka składa się z prologu, 33 rozdziałów oraz notki od autora. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia Huberta w trzeciej osobie czasu przeszłego. Styl powieści jest spokojny, wyważony, wręcz surowo-dostojny – autor nie ma potrzeby uciekania się do wulgaryzmów czy innych mocniejszych sformułowań, a czytelnik czuje, że nie urąga się jego inteligencji. Mimo że jest to kryminał współczesny, to jednak sięga do korzeni tego gatunku i czuć to także w warstwie językowej.
 
Jak wspomniałam, książka gatunkowo oparta jest na klasycznych ramach tego gatunku literackiego, więc nie doświadczymy tu dzikich pościgów i rozlewu krwi. Do morderstwa i odnalezienia ciała dochodzi za kulisami, a detektyw zjawia się na miejscu kilka dni później, gdy tylko rozmowa, obserwacja i dedukcja mogą doprowadzić do rozwiązania zagadki śmierci mężczyzny. Fabuła toczy się spokojnie, atmosfera też nie powoduje gęsiej skórki, a jednak zgłębianie się w kolejne zakamarki starych tajemnic rodu dostarcza sporej przyjemności.
 
Właśnie ten stary ród jest dużym atutem powieści. Autor stworzył wielopokoleniową rodzinę żyjącą w całości w jednym miejscu i podporządkowaną zasadom niezmiennym od wieków. Tu rządzą mężczyźni, a raczej synowie pierworodni, którzy automatycznie dziedziczą prawa do fabryki metalu, dzięki której lata temu rodzina zdobyła potężny majątek. Co ciekawe każdy syn pierworodny sam później ma trzech synów, reszta już w większości tylko dziewczynki, które automatycznie traktowane są jako te gorsze. Czy to klątwa czy jakaś zależność genetyczna? Nie wiadomo, jednak nikt tego nie kwestionuje – tak sprawy wyglądają od samego początku tego rodu.
Klątwa na pewno jednak góruje nad Wzgórzem, na którym zbudowana jest rezydencja. Nieopodal domu trójka braci, którzy byli założycielami fabryki, zasadziła trzy dęby, skąd wzgórze wzięło swoją nazwę. Dęby pięknie się przyjęły, rozrosły i rosną do tej pory. Jednak prócz nich żadne inne drzewo nie ma racji bytu w okolicy. Każde jedno, które zostaje zasadzone, natychmiast umiera. Dlaczego tak się dzieje? „Klątwa” w aktualnych czasach brzmi dosyć irracjonalnie, jednak nie wydaje się, by było inne tłumaczenie…
 
Poza tymi dwoma aberracjami stary ród wygląda tak, jak można się spodziewać w rodzinie, w której są duże pieniądze. Jego członkowie połączeni są ze sobą nie tylko krwią, ale zależnościami dotyczącymi władzy i skutkami wychowania, sekretami, szantażami i skrywanymi urazami. Dzieci od początku wychowane są w założeniu, że kobiety są gorsze od mężczyzn, że ich rola to dobrze wyglądać i rodzić dzieci. Mężczyźni podporządkowani są głowie rodu, czyli właścicielowi fabryki, a jego dziedzic wychowany jest od razu na jego następcę. Takie są tradycje, z którymi nikt tutaj nie walczy, choć czasy, w których taki porządek społeczny był akceptowany już dawno minęły. Dlaczego więc nikt się nie zbuntuje?
„Generalnie u nas za wiele się ze sobą nie rozmawia. To nikomu nie służy i zwykle kończy się awanturą.”
Fabuła przedstawiona jest oczami detektywa, czyli niezwiązanym z rodziną obserwatorem, obcym, którego zadaniem jest rozwikłanie zagadki. By to zrobić, musi odkryć te wszystkie dziwne rodzinne zależności i tajemnice, jednak Hubert jest faktycznie dobrą osobą, by sobie z tym poradzić. Autor w posłowiu zdradził, że jest to najsympatyczniejszy bohater, którego stworzył, który ma w sobie dużo odwagi i nie daje się zniechęcić. Dla niego im trudniejsza zagadka, tym więcej frajdy. To faktycznie pozytywna postać dociekliwego detektywa, jednak jest coś, co mocno go wyróżnia. Jest to sposób, w jaki zachodzi u niego dedukcja. Nie będę może dokładnie tego zdradzać, jednak nie mogę się powstrzymać – muszę napisać, że było to dla mnie nieco dziwne, trochę takie mało realne, choć oczywiście nie wykluczam, że po prostu nie znam takiej techniki. To jednak dodaje bohaterowi oryginalności, dzięki temu zabiegowi na pewno jest jedyny w swoim rodzaju, czego na pewno nie można potraktować jako minus powieści.
„Z wiekiem jednak ludzie mądrzeją. Większość dokonuje czegoś na kształt rachunku sumienia. Patrząc na pewne rzeczy z perspektywy czasu, zaczynają zdawać sobie sprawę, że to, co wydawało się niegdyś najważniejsze, w rzeczywistości było nic nieznaczącymi błahostkami.”
Muszę przyznać, że książkę czytało mi się naprawdę bardzo przyjemnie. Może zagadka nie porwała mnie na tyle, że byłam do książki przyklejona, jednak atmosfera tajemnic, dziwnych klątw i dosyć skomplikowanych relacji rodzinnych całkiem przypadła mi do gustu. Jeśli więc też lubujecie się w kryminałach w starym stylu, to na pewno też docenicie tę odnogę w twórczości autora. Z tego co Borlik napisał w posłowiu wynika, że z Hubertem spotkamy się ponownie całkiem niedługo. Ja na pewno z przyjemnością sięgnę po kontynuację tej serii.
„Po tym wszystkim ciężko będzie odnaleźć się w normalnym życiu. Czuł się niczym astronauta wracający z kilkuletniej misji w kosmosie. Niby tęsknił za domem, niby dokuczały mu ciasna kajuta i uboga dieta, niby odliczał dni do powrotu, ale tak naprawdę nigdzie nie będzie mu już tak dobrze. Pozostaje czekać na kolejną misję.”
Moja ocena: 7/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

listopada 20, 2021

"Dom stu szeptów" Graham Masterton

"Dom stu szeptów" Graham Masterton

 

Autor: Graham Masterton
Tytuł: Dom stu szeptów
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Data premiery: 15.09.2021
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść grozy
 
Graham Masterton, brytyjski pisarz znany przede wszystkim z powieści grozy, jest bardzo bliski naszemu kraju. Jego żona była Polką, polscy czytelnicy uwielbiają jego książki – w samej Polsce nakład sprzedanych egzemplarzy liczy ponad 2 miliony! Autor chętnie angażuje się w polskie charytatywne projekty, a w tym roku we Wrocławiu przed Art. Hotelem stanął jego krasnal!
Masterton debiutował w latach 70tych, szybko zdobył popularność. Aktualnie na swoim koncie ma około stu książek, w tym sześćdziesiąt to powieści grozy, a 11 tomów liczy już jego serii thrillerów/ kryminałów o Katie Maguire. Ja właśnie od kryminalnej strony jak na razie poznałam jego twórczość i to też w niewielkim zakresie. „Dom stu szeptów” to jego najnowsza książka z kategorii literatury grozy, która trafiła do mnie trochę przez przypadek, jednak Wszechświat wiedział, co robi – nie dosyć, że potrzebowałam takiej odskoczni od kryminałów, to i jestem naprawdę pozytywnie tym tytułem zaskoczona!
 
Fabuła powieści toczy się w starej, dużej kornwalijskiej rezydencji Allhallows Hall. Przez ostatnie lata miejsce to było zamieszkiwane przez Herberta Russella, emerytowanego naczelnika okolicznego więzienia. Mężczyzna jednak niedawno umarł – pierwsze raporty policyjne głoszą, że był to nieszczęśliwy wypadek, po prostu spadł ze schodów. Na miejsce więc zjeżdża się jego rodzina – dwóch synów i córka. Najstarszy, Martin liczy, że to on odziedziczy dom, jednak prawniczka szybko wyprowadza go z błędu, decyzja ich ojca była inna. Kiedy cała rodzina nad nią debatuje nad decyzją, pięcioletni Timmy znika z domu. Z początku dorośli myślą, że się po prostu schował, lub bawi się gdzieś na podwórku, jednak im dłużej go szukają, tym mniej są tego pewni. Co się stało z chłopczykiem? Czy możliwe, by ktoś niepostrzeżenie porwał go z domu? Wydaje się, że nie, jednak, w takim razie, gdzie on jest?!
 
Książka składa się 41 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, narrator obserwuje bohaterów znajdujących się w domu, jest wszystkowiedzący, opisuje głownie to co widzi, a obserwatorem jest naprawdę dobrym. O myślach i uczuciach bohaterów też chętnie opowiada, co dodatkowo podbija atmosferę grozy, gdyż niepokój tych stopniowo wzrasta. Styl powieści jest prosty, bogaty w dialogi.
 
Całą tę historię podzielić można na trzy części – jest początek, kiedy gubi się Timmy. Ta część jest bardzo mroczna, niepokojąca, strach rodziców o dziecko aż wylewa się z kart powieści. Fragmenty opisujące coraz bardziej gorączkowe poszukiwania świetnie budują atmosferę niepokoju, niewiadomej. Do tego nad wszystkim panuje ten stary, dziwny dom, który jest chyba groźniejszy niż powinien. Coś skrzypi, coś szepta, coś się dzieje… tylko co?
Później już faktycznie zaczynamy historię o nawiedzonym domu, z tym, że w podejściu trochę innym, bo filozoficzno-naukowym, o ile tak to można określić w literaturze rozrywkowej. To co się dzieje, ma swoje uzasadnienie w faktycznych realnych założeniach i hipotezach, co narrator zgrabnie i zrozumiale tłumaczy i nie ma się tu wrażenia, że coś wykłada, a jednak ci, którzy choć trochę interesują się tymi tematami, na pewno docenią powiązania.
Na koniec dostajemy już typowy horror, akcja pędzi do przodu, są zjawiska paranormalne, trochę makabry, której już namiastkę dostałam w serii o Katie Maguire.
 
W historiach o nawiedzonych domach zawsze sam dom też jest bohaterem powieści. I tu nie może być inaczej. To piękna, choć stara i zaniedbana rezydencja. Jest duża biblioteka, kuchnia pełna wiszących pod sufitem garnków, kominek w salonie. Jednak, kiedy zaczynają dziać się tam trochę niepokojące rzeczy, jak choćby samo zniknięcie Timmy’ego czy dziwne dźwięki na korytarzu, dom już nie wydaje się tak miłym, uroczym miejscem. Autor tworząc to miejsce sięgnął trochę do historii i ciekawostek z nią związanych, trochę do wierzeń, prawdopodobnie celtyckich. Wszystko to owiane jest aurą tajemniczości, wręcz mgły, która ciągnie się z okolicznych wrzosowisk… A! Oczywiście i pogoda sprzyja takim opowieściom – jest szaro, buro, zimno i deszczowo.
 
Mimo, że jest to książka, której głównym zadaniem jest wywoływanie emocji, ciarek na plecach (co faktycznie autorowi się udało, szczególnie w pierwszej części tej historii!), to jednak dogrzebałam się tu także kilku uniwersalnych tematów. Sporo jest tu o wierze, i to nie tylko tej w duchy, ale i tej odnoszącej się do religii. Ciekawym zagadnieniem jest też poczucie czasu i jego przemijanie, a także docenianie małych codziennych rzeczy sprawiających przyjemność, które często przemykają nam niezauważone w natłoku obowiązków.
 
Jak napisałam już we wstępie, jestem pozytywnie zaskoczona tą książką. Bardzo podobała mi się atmosfera, jaką udało się stworzyć autorowi, zachwyciło mnie miejsce akcji, choć to przecież temat tak dobrze znany i opisywany w kulturze z każdej możliwej strony. Dodatkowo to, że wyjaśnienie całej sytuacji nie jest całkowicie oderwane od rzeczywistości, a gdzieś tam ma oparcie w fizyce i psychologii, tym bardziej wzbudziło mój respekt do pomysłu pisarza. I nawet finalne sceny, w których już faktycznie horror doszedł do głosu, jakoś niespecjalnie mi przeszkadzały. To była naprawdę klimatyczna lektura i cieszę się, że mogłam się z nią zapoznać!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Albatros!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

listopada 18, 2021

"Krwawe łzy" Wojciech Wójcik - patronacka recenzja przedpremierowa

"Krwawe łzy" Wojciech Wójcik - patronacka recenzja przedpremierowa

 

Autor: Wojciech Wójcik
Tytuł: Krwawe łzy
Cykl: Agnieszka Jamróz i Paweł Lukasik, tom 2
Data premiery: 23.11.2021
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 720
Gatunek: kryminał
 
Kiedy na początku roku czytałam „Kurs na śmierć” Wójcika (recenzja - klik!), miałam szczerą nadzieję, że autor zdecyduje się na kontynuację losów bohaterów – młoda kursantka Agnieszka Jamróz mocno podbiła moje serce! Kiedy więc autor potwierdził w wywiadzie (klik!), że przygotowuje się do wydania tomu drugiego o Agnieszce i policjancie Pawle, nie pozostało nic innego jak czekać na wieść o dacie premiery. Na szczęście nie musieliśmy czekać bardzo długo – po niecałych siedmiu miesiącach pojawiły się „Krwawe łzy”. Jest to dziewiąta książka autora, która, tak jak wszystkie jego tytuły, liczy niemało stron. Ja miałam przyjemność przeczytać ją mocno przedpremierowo, a i objąć ją swoim patronatem medialnym.
 
Historia „Krwawych łez” toczy się dwutorowo. W podlaskiej wiosce w Długosielcach w nocy w czasie pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia pewna starsza pani w swojej stodole znajduje ciało jednego z mieszkańców – to głowa rodziny, która w wiosce liczy się najbardziej. Przy okazji to także ojciec Wiktorii, byłej partnerki policjanta Pawła Łukasika. A jako że Paweł właśnie wrócił w te okolice, to zostaje wezwany na miejsce przestępstwa. Kto mógł zabić jego niedoszłego teścia? I czy Paweł na pewno jest dobrą osobą do poprowadzenia tego śledztwa?
W tym samym czasie świeżo upieczona policjantka Agnieszka Jamróz zostaje wysłana na Ukrainę, by przywieźć stamtąd ciało komendanta straży przygranicznej, który w niewyjaśnionych okolicznościach został znaleziony martwy po drugiej stronie granicy. W wyprawie towarzyszy jej stary policyjny wyjadacz Andrzej, który nie grzeszy uprzejmością. Szybko okazuje się, że ta sprawa nie jest tak łatwa na jaką się zapowiadała, a Agnieszka i Andrzej muszą zostać na Podkarpaciu, żeby ją wyjaśnić. Czy ktoś przyczynił się do śmierci komendanta? Jeśli tak, to czy był to Polak czy Ukrainiec? I co tak naprawdę komendant robił tak wysoko w górach?
„Stosunki na granicy stawały się coraz bardziej napięte. Odnieśli wrażenie, że wystarczy iskra, by obie strony zaczęły do siebie strzelać.”
Książka składa się z nienumerowanych rozdziałów, które oznaczone są datą i miejscem akcji. Wydarzenia przedstawione są naprzemiennie, raz dotyczą śledztwa prowadzonego w Długosielcach, raz w Ustrzykach Górnych. Rozdziały są dosyć długie, mimo że nie są pisane jednym ciągiem, a ich długość wynika po prostu ze szczegółowego stylu, to momentami wydawały mi się tym razem (w porównaniu do „Kursu na śmierć”) troszkę za długie. Może to jednak spowodowane było tym, że często musiałam się od lektury odrywać, a w środku sceny naprawdę ciężko to zrobić.
Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego głównie z punktu widzenia Łukasza i Agnieszki. Styl, jak wspomniałam, jest bardzo szczegółowy, narrator o wszystkim, co się dzieje wkoło skrupulatnie opowiada, a dialogi mają długość faktycznej rozmowy, co nadaje fabule autentyczności. Mimo wielu szczegółów wszystko też jest dokładnie wytłumaczone, więc czytelnik nawet przy nieznanych mu tematach jest w stanie wszystko zrozumieć.
 
A tematy tu są naprawdę ciekawe, gdyż i obydwa miejsca akcji są fascynujące. Mała wioska na Podlasiu, gdzie łączą się różne wierzenia, różne religie, a gdzie uroda przyrody stoi w opozycji do perspektyw jej mieszkańców, jest dobrym wyborem na osadzenie fabuły kryminału. W końcu to niewielka społeczność, wydaje się, że zamknięty krąg podejrzanych, bo kto zimą w czasie świąt miałby tam przebywać, jak nie po prostu mieszkańcy?
„Dwie rodziny z perspektywami na przyszłość to jak na jedną wieś zdecydowanie zbyt mało. Konkluzja była prosta. I smutna. Podlasie stopniowa się wyludniało. Coraz bardziej kojarzyło się z umierającym ciałem, z którego wyciekają ostatnie krople krwi.”
Drugie miejsce to Ustrzyki Dolne na Podbeskidziu, gdzie ludzie żyją z turystyki lub pracują w służbach granicznych. Tu atmosfera wydaje się rodem wyjęta z serialu „Wataha”, a obraz wysokich gór zimą nadaje książce niesamowicie dobrego klimatu.
 
Prócz dobrze oddanych realiów tych dwóch miejsc, ciekawym tematem na pewno są tu też ikony – sporo w nich w książce się dowiadujemy, jak powstają, jaka jest ich historia, skąd się wzięły i czy teraz jeszcze faktycznie mają rację bytu. To temat rzadko spotykany, a tak bogaty kulturowo, tak fascynujący, że czytelnik tylko czeka na te fragmenty, gdy znowu będzie mógł prześledzić historię ich dotyczącą.
 
Wójcik słynie z wielowątkowych fabuł kryminalnych, gdzie nic z początku nie składa się w całość, a jednak wszystko ma znaczenie. I tak oczywiście jest i tym razem. To jak autor wszystkie tematy, wszystkie zaczęte wątki ładnie w całość pospinał, zasługuje naprawdę na pochwałę. Za każdym razem jestem pod wrażeniem tego, że każdy jeden szczegół ostatecznie okazuje się kawałkiem całej, jednej, wielkiej układanki.
„To był bardzo mądry człowiek. (…) Pełen pasji. Interesował się tyloma rzeczami… Od sztuki antycznej po podróże kosmiczne. Gdy tu trafił, jego kolejną pasją stały się Bieszczady. Kupił nas tym, wiecie?”
Oczywiście nie mogę też nie wspomnieć o bohaterach, szczególnie jeśli chodzi o Pawła i Agnieszkę. Paweł tym razem nie ma łatwego zadania – musi trochę walczyć ze swoją przeszłością, to co się stało z nim i Wiktorią teraz znowu na nowo zaprząta jego myśli. Tym bardziej, że przecież Wiktoria zaraz będzie rodzić, a żyje w tej wiosce, co jej właśnie zamordowany ojciec, więc i bierze razem ze swoim aktualnym partnerem aktywny udział w tej sprawie… Nie jest to więc komfortowa sytuacja dla Pawła.
Agnieszka za to pokazuje się z innego strony – musi nie tylko ciągnąć śledztwo do przodu i radzić sobie z dosyć ordynarnie zachowującym się starszym policjantem, ale i prywatnie nadchodzą dla niej zmiany – dostajemy tu mały wątek romansowy. Ja oczywiście niespecjalnie się w takowych lubuję, więc i tu miałam co do niego małe obiekcje – były momenty, w których przewracałam oczami 😊
 
Ogólnie, „Krwawe łzy” to ciekawy, wielowątkowy kryminał z dobrą kreacją bohaterów i rewelacyjnymi miejscami akcji. Te dwa oddalone od dużych miast miejsca, i to zimą, nadają lekturze tak fajnego klimatu, że ciężko się od lektury oderwać. Jeśli więc lubicie dobrze skonstruowane śledztwa, z wieloma odnogami oraz polskie klimatyczne góry zimą, a także sporą dawkę ciekawostek kulturowych, to na pewno będziecie z tej lektury zadowoleni!
 
Moja ocena: 7/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo oraz objęcia jej swoim patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

Książka dostępna będzie też w abonamencie 

listopada 17, 2021

"Sprzątaczka" Stephanie Land

"Sprzątaczka" Stephanie Land

 

Autor: Stephanie Land
Tytuł: Sprzątaczka. Jak przeżyć w Ameryce, będąc samotną matką pracującą za grosze
Tłumaczenie: Barbara Gadomska
Data premiery: 20.11.2019
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 312
Gatunek: non-fiction, autobiografia
 
Pierwszego października na platformie Netflix pojawił się dziesięcioodcinkowy serial „Sprzątaczka”. Inspiracją do jego powstania były wspomnienia Stephanie Land spisane w książce „Sprzątaczka. Jak przeżyć w Ameryce, będąc samotną matką pracującą za grosze”, która na rynku pokazała się dwa lata temu. Jednak to właśnie serial zachwycił mnie tak mocno, że po oryginał sięgnęłam od razu, bez najmniejszego zawahania i oglądania się na książki czekające w kolejce recenzenckiej! I mimo iż faktycznie przy serialu można tylko mówić o inspiracji książką, to obydwie te historie mnie poruszyły – serial ze względu na przedstawienie problemu psychicznej przemocy i prób ucieczki od takiego związku, książka za determinację autorki, by godnie żyć mimo braku jakiejkolwiek pomocy i obezwładniającej biedy.
„Sprzątaczka. Jak przeżyć…” to debiut literacki Stephanie Land, na który składają się jej wspomnienia sprzed kilku lat. Po wyjściu z biedy, jaką opisała w tej książce, autorka skończyła studia filologii angielskiej i kreatywnego pisania, a także dzięki pomocy życzliwych osób publikowała artykuły w znanych czasopismach amerykańskich. Teraz szykuje się do wydania drugiej powieści, której roboczy tytuł brzmi „Class” (pol. Klasyfikacja, podział na klasy).
 
Historia opowiedziana w tym debiucie to opowieść samotnej matki, która dla macierzyństwa zrezygnowała z pójścia na studia, a zarazem ze sposobu na ucieczkę z mało perspektywicznego miasta jakim było Port Townsend. Podjęła decyzję by zostać, zająć się małą Mią, gdy na ich utrzymanie pracował jej partner. Jednak to życie nie było dobre – partner miał duże problemy z gniewem, więc nim Mia ukończyła roczek, Steph opuściła Travisa. Dziewczyna jednak nie miała żadnej pomocy od rodziny czy znajomych, nie miała też żadnych pieniędzy, więc jej możliwości były mocno ograniczone. Sięgnęła po pomoc państwa, dostała chwilowe zakwaterowanie w schronisku dla bezdomnych, później w domu przejściowym. Chwytała się wszystkich możliwych prac, które nie dosyć, że miejsce zamieszkania mocno ograniczało, to jeszcze samotna opieka nad małym dzieckiem mocno utrudniała. W końcu zatrudniła się w jednej z małych firemek zajmujących się sprzątaniem domów. Jej książka opowiada historię jej drogi, opisuje próby stanięcia na nogi, a momentami wręcz po prostu przeżycia. Podejmuje też kilka trudnych tematów podejścia społeczeństwa do osób korzystających z pomocy państwa czy wykonujących tego typu prace, co autorka książki.
 
Książka złożona jest z przedmowy Barbary Ehrenreich oraz trzech części podzielonych na 27 tytułowanych rozdziałów. Land opisuje wszystkie wydarzenia oczywiście z własnej perspektywy w czasie przeszłym. Historia toczy się mniej więcej chronologicznie, choć nie jest może całkiem pod tym względem uporządkowana, co jednak zdecydowanie nie należy traktować jako minus książki. Język, jakiego autorka używa, jest prosty, zwyczajny, pozbawiony przesadnego nacechowania emocjonalnego, choć to, co Land musiała przejść, na pewno emocje w pełni by uzasadniało. Styl określiłabym jako coś pomiędzy suchym reporterskim a prywatnymi wspomnieniami.
„Udowadnianie, że jest się biednym, to ciężka i deprymująca praca.”
Z jednej strony historia jaka została tu opisana jest niezwykle smutna i trudna. Autorka przedstawia obraz małego miasteczka w USA w dosyć biednym zakątku państwa, które prócz prac dorywczych i tych w turystyce, nie ma za wiele do zaoferowania. W takim miejscu trudno żyć nie mając pracy w korporacji w oddalonym dużym mieście czy własnego dobrze prosperującego biznesu, a tym bardziej tyczy się to samotnych rodziców, którzy pracę muszą dzielić pomiędzy czas na nią a tak naprawdę ciągłą opiekę nad dzieckiem. Robiąc to całkiem samotnie, bez wsparcia rodziny czy przyjaciół, bez jakiejkolwiek pomocnej dłoni, która mogłaby czasem poratować choćby kilkoma godzinami własnego czasu, zadanie te momentami wręcz wydaje się niemożliwe. Autorka często przyznaje, że czuła się niedostatecznie dobrą matką, kiedy to chore dziecko musiała posłać do przedszkola, kiedy nie była w stanie zapewnić mu warunków mieszkaniowych takie jak powinna. To ciągła walka o przetrwanie, o godność, o możliwość życia w ludzkich warunkach.
 
Drugim trudnym tematem na pewno jest podejście społeczeństwa do osób biednych, tych korzystających z pomocy państwa. Autorka dużo razy podkreśla w książce, że traktowana była jako osoba leniwa, niewykształcona i żerująca na innych. To smutne, że ludzie są tak skorzy do oceniania innych, kiedy kompletnie nic o nich nie wiedzą. Nie wykluczam, że w Ameryce, tak samo jak w Polsce, są ludzie, którym życie na zasiłku, stołowanie się w jadłodajniach dla ubogich nie przeszkadza, jednak takie uogólnienie jest naprawdę krzywdzące. Przecież nie wiemy, co doprowadziło tych ludzi, do miejsca w którym są. Może to nie ich lenistwo, a po prostu zrządzenie losu? Jedna kiepska decyzja podjęta w niekoniecznie złej wierze? Wpływ innych ludzi? Wykorzystanie? Przemoc? Możliwości jest wiele, a założę się, że tylko niewielka garstka ludzi sprawiła, że w społeczeństwie panuje tak krzywdzący stereotyp. Land unaocznia, że nie można wydawać takich osądów, nie można oceniać całej grupy na podstawie jednej osoby. Szkoda tylko, że ci, którzy mają takie podejście, raczej po taką książkę nie sięgną. Mimo wszystko to właśnie takie tytuły podwyższają wrażliwość społeczną.
 
Land nie szczędzi też opisów własnych odczuć. Brak oparcia w kimkolwiek, trudne traktowanie przypadkowych osób czy traktowanie sprzątaczki jak powietrze, mocno obniżyły jej pewność siebie. Na pewno i związek z Travisem się do tego przyczynił, a kolejne niepowodzenia na tym tle, tylko tą niepewność powiększyły. Land w tym czasie borykała się z naprawdę niską samooceną, nie uważała się za osobę, która może w ogóle poprosić o pomoc, co tłumaczyła sama przed sobą, że na pewno są osoby potrzebujące mocniej niż ona. Na pewno należą jej się brawa za odwagę, że tak mocno odsłoniła się przed czytelnikiem, nie ukrywała swoich emocji, choć przecież mogła. Widać po niej, że wiele w życiu przeszła i nigdy na nikogo tak naprawdę nie mogła liczyć, co finalnie doprowadziło ją na samo dno życia w biedzie, ale i jej determinacja i siła ją z tego wyciągnęły.
 
Mimo wszystkich tych trudnych tematów i przejść, książka ma też pozytywny akcent. Daje wiarę, że z każdej sytuacji jest wyjście, że zawsze da się odbić od dna. Czasami jest naprawdę trudno, czasami wydaje się to niewykonalne, jednak nie można przestać dążyć w tym jaśniejszym kierunku. Land miała przy sobie Mię, nad którą opieka na pewno mocno wyjście z biedy utrudniała, jednak to właśnie dzięki córce z tej biedy wyszła. Dzięki miłości matczynej zmieniła swoje życie, miała motywację by walczyć. I udało jej się, co na pewno doda wiary osobom w podobnej sytuacji. I nie tylko – świadomość, że nigdy nie jest na tyle źle, by nie dało się z tego wyjść jest naprawdę podnosząca na duchu.
„Być może na tym polegała nauka płynąca z obecnej sytuacji: doceniaj to, co masz, życie, jakie masz, wykorzystaj przestrzeń, jaką otrzymałaś.”
Na koniec jeszcze jedno zagadnienie. Przed lekturą doszły do mnie takie głosy, że autorka obarcza „system” za swoją sytuacją. Nie wydaje mi się, by była to prawda. Oczywiście Land wspomniała w książce, że ograniczenia dotyczące zarobków i tym podobne progi, by móc korzystać z pomocy państwa, mocno utrudniają życie osobom na granicy, jednak tak raczej jest w większości państw, to po prostu polityka – jakieś zasady, jakieś granice korzystania z zapomóg muszą istnieć. Poza tym Land nie mówi nic złego na temat tych wspomagających programów – wręcz odwrotnie, wymienia ich naprawdę dużo, więc osoby, które znalazły się w podobnej sytuacji mogą dowiedzieć się o źródłach pomocy, o których wcześniej nie wiedziały. Land otrzymała od państwa pomoc w najgorszym momencie, dostała dach nad głową, więc obarczania go winą naprawdę tutaj nie widzę.
 
Podsumowując, książka Stephanie Land to nie tylko historia o tym, jak ludzie postrzegają osoby sprzątające w ich domach. To szeroki obraz walki młodej matki o godne życie dla niej i jej córki. Historia momentami bardzo trudna, jednak dająca nadzieję, motywację i zapewnienie, że się da. To też spojrzenie na osoby biedne od środka, które może zmienić postrzeganie tej grupy przez resztę społeczeństwa. Biję autorce brawo za odwagę napisania tej książki.
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Czarne!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

listopada 16, 2021

"Kucharka z Castamar" Fernando J. Múñez

"Kucharka z Castamar" Fernando J. Múñez

 

Autor: Fernando J. Múñez
Tytuł: Kucharka z Castamar
Tłumaczenie: Joanna Ostrowska
Data premiery: 13.10.2021
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 672
Gatunek: powieść historyczna / romans
 
„Kucharka z Castamar” to pierwsza powieść hiszpańskiego autora Fernanda J. Múñez przeznaczona dla dorosłego czytelnika. Pomysł na nią towarzyszył mu od wielu lat, a do jego zrealizowania zachęciły go jego matka i żona. Z początku miał powstać serial, jednak po napisaniu kilku odcinków, autor zdecydował, że jednak będzie z tego powieść. Książka na rynku rodzimym autora pojawiła się w 2019 roku, ale serial powstał i tak, od lipca 2021 jest dostępny na platformie Netflix, choć jego scenarzystą ostatecznie nie jest Múñez.
W tym roku na rynku rodzimym autora pojawia się jego druga powieść historyczna, poza tym zajmuje się pisaniem scenariuszy i reżyserią filmów, pisze też książki dla dzieci i młodzieży.
 
Fabuła „Kucharki z Castamar” toczy się w latach 1720-1722 w podmadryckiej posiadłości Castamar granda króla Hiszpanii Filipa V – Diega de Castamar. Mężczyzna dziewięć lat temu wycofał się z życia towarzyskiego dworu po tym jak jego żona zmarła w nieszczęśliwym wypadku podczas konnej przejażdżki. Diego pogrążył się w rozpaczy, dopiero teraz, za ciągłą namową matki i króla od czasu do czasu zaczyna pojawiać się na spotkaniach towarzyskich. Jego ogromna posiadłość zasilana jest dużą liczbą służby, a teraz dołącza do nich Clara Belmonte. Clara zostaje zatrudniona jako pomoc kuchenna, co cieszy ją ogromnie – od kiedy jej ojciec, poważany lekarz zginął na wojnie, ona wraz z matką i siostrą popadły w biedę. Siostra wyszła szybko za mąż, matka znalazła pracę jako kucharka, a Clara została sama. Teraz w końcu może zacząć pracę w kuchni, i to nie byle jakiej, bo na wielkim dworze, przez który od czasu do czasu przewija się cała śmietanka towarzyska. Dziewczyna od zawsze uwielbiała gotować, jednak ta kuchnia ją rozczarowuje – jest brudno, a kuchmistrzyni nie ma pomysłów i wyczucia smaku. Czy nadarzy się okazja, by Clara mogła zaprezentować swoje umiejętności? Jak potoczą się jej losy w Castamar? Czy Diego w końcu przeboleje stratę żony i z powrotem zacznie żyć?
„… przeszłość to lekcja na przyszłość, ale pod żadnym pozorem nie można nią żyć, bo wówczas ciąży niczym głaz. Tak jak przyszłością, która tylko mąci nam wzrok. Szczęście znajduje się na wąskiej ścieżce pomiędzy zbytnim myśleniem o jutrze i za częstym wspominaniem wczoraj.”
Książka składa się z czterech części rozdzielonych na 50 rozdziałów oznaczonych datą i porą dnia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy kilku bohaterów, w tym Clary, Diega, ochmistrzyni Úrsuli i kilku innych osób zaplątanych w intrygi dworskie. Styl powieści stylizowany jest na dawny, najmocniej widać to oczywiście w dialogach. Książkę czyta się bardzo przyjemnie, a historia skupia się głównie na odczuciach i poczynaniu przedstawianych bohaterów. Mimo narracji trzecioosobowej poznajemy dokładnie to, co siedzi im w głowach i sercach. Narrator sporą wagę przywiązuje też do detali – opisuje wygląd, ubiór postaci, pokoi, przestrzeni i potraw. Jest to lektura spokojna, choć i niepozbawiona pikanterii.

Jak wspomniałam, fabuła powieści osadzona jest w XVIII wiecznej Hiszpanii. Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że autor dobrze oddał ówczesne postrzegania świata, szczególnie w sferach wyższych. Jest to świat rządzony przez białych mężczyzn, którzy wyznaczyli ścisłe ramy funkcjonowania. 
„… w świecie uszytym na miarę białych mężczyzn”.
Nie ich oczywiście, bo oni mogą robić co chcą, wdawać się w romanse i uwodzić służbę, ale wszystkich wkoło. Służba to praktycznie przedmioty, kobiety to dekoracja i maszyny do produkcji dziedziców, a wszystkie odchylenia jak inne skłonności seksualne czy inny kolor skóry są uznawane za grzech. Autor umieścił w powieści co najmniej jednego przedstawiciela każdego ‘podmiotu’ białych mężczyzn i dokładnie przedstawia ich sytuację. Współczesnego tolerancyjnemu człowiekowi aż w głowie się nie mieści jak wtedy traktowano innych, szczególnie jeśli chodzi o sytuację osób czarnoskórych.
„Właśnie dlatego, że stoję u wrót śmierci, która sprawia, że przebiega mi przed oczami całe moje życie, mam dla Ciebie ostatnią radę, wynikającą z głębokiej sympatii, jaką Cię darzę, drogi przyjacielu: spróbuj w miarę możliwości zaakceptować to, kim jesteś i czym jesteś, bo nie ma większego nieszczęścia niż nienawiść do samego siebie.”
Zaczęłam może trochę mocno, jednak obraz ówczesnej hierarchii funkcjonowania w społeczności jest tu naprawdę ważny, a i dobrze oddany. Bohaterowie w większości na taki sposób życia się nie zgadzają, szczególnie jeśli chodzi o kobiety przedstawione w powieści.
„My, kobiety, żyjemy w świecie rządzonym przez mężczyzn, dla których liczy się tylko to, żebyśmy uchodziły za święte o efemerycznej urodzie. (…) Nie godzę się na pański osąd. Ja tylko walczyłam o przeżycie, choć prze okazji popełniałam błędy.”
Clara z dziewczyny z dobrego domu stała się zwyczajną kuchtą, jednak nie zmieniło się jej podejście do życia – to kobieta wykształcona, która nie potrzebuje w życiu mężczyzny, by zatroszczyć się w swój byt.
„Czyż naturalnym dążeniem kobiety nie jest małżeństwo i wydanie na świat potomstwa?”
To obraz kobiety sprzeciwiającej się wkładaniu całej płci pięknej w jedne ramy, która z otwartym umysłem podchodzi do życia i cieszy się, gdy może robić to, co kocha. A kocha gotować, karmić innych ludzi, przygotowywać piękne i smaczne potrawy i nie jest to niezależne od tego, czy dziewczynie na jej poziomie to wypada robić czy nie. Z książki momentami, szczególnie z początku, aż wylewa się miłość do dobrego jedzenia. Te opisy, ta odwaga w kuchni jaką wtedy miano przy łączeniu składników, te zachwyty, gdy to wszystko trafia na stół, są naprawdę zachwycające. Aż ślinka cieknie, a pomysły na nowe przyrządzania dań i eksperymenty w kuchni od razu kłębią się w głowie.
„… jedzenie przestanie być aktem przyjmowania pokarmu i zmieni się w czystą przyjemność.”
Później jednak historia skupia się już raczej na intrygach dworskich oraz romansach. Jeden ze szlachetnie urodzonych mężczyzn zaczyna realizować swój niecny plan przeciwko Castamar. To właśnie obraz tego najgorszego białego możnego mężczyzny, który tak naprawdę może wszystko. W książce sporo jest też wątków romansowych, uwodzenia i fizycznych przyjemności. W pewnym momencie wydaje się, że trochę to zdominowało powieść, pod koniec jednak jakoś autorowi z powrotem udało się to wywarzyć.
„Człowiek powinien walczyć przede wszystkim z samym sobą, (…) bo każdy, kto chce być wolnomyślicielem, staje przed trudnym zadaniem: wyzbycia się poglądów, które zostały mu zaszczepione przez autorytet zwyczaju, a nie jako rezultat wyczerpującej analizy będącej dziełem rozumu.”
Emocją, która wydaje się napędzać każdego z bohaterów książki jest miłość. Jedni się w niej zagubiają, inni ją odrzucają, jeszcze inni nie są świadomi, że w nich zagościła. To uczucie jest to wszechobecne i dyktuje to, jak bohaterowie mają się zachowywać. To różne oblicza miłości, platoniczne i nie, zakazane i pożądane, prowadzące do szczęścia lub zguby, jednak każdy z bohaterów dąży do tego, by mieć z kim to uczucie dzielić.
„Nie myśl o tym, że to się skończy, ani o przyjemności, jakiej już doświadczyłaś. (…) Jeżeli będziesz się za bardzo nad tym zastanawiać, zrobi ci się smutno i nie będziesz w stanie odczuwać radości. Ciesz się smakiem, nie myśląc o niczym innym.”
Ogólnie książka wzbudziła we mnie różne odczucia. Z samego początku byłam zachwycona przedstawieniem ówczesnego życia i podziałów społeczeństwa oraz wątków kulinarnych przedstawionych z dużym smakiem. Później zaczęłam odczuwać trochę przesyt miłosnymi wątkami, które w pełnym momencie zdominowały opowieść, choć może wynikało to też z tej wspomnianej nieograniczonej władzy białych mężczyzn. Końcówka z kolei znowu mnie usatysfakcjonowała, choć nie zachwyciła aż tak, jak początek. Nie można jednak książce odmówić, że dobrze przedstawia ówczesne czasy, a bohaterowie, szczególnie kobiety są postaciami odważnymi, mimo że z pochodzą z różnych kast społecznych. Ogólnie jest to ciekawa, całkiem przyjemna pozycja, która na pewno jeszcze bardziej zadowoli czytelników nie mających nic przeciwko romansom 😊
 
Moja ocena: 7/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova!

listopada 16, 2021

Missisippi Mud Cake - ekstremalnie czekoladowe ciasto

Missisippi Mud Cake - ekstremalnie czekoladowe ciasto

 

Jesień to pora, kiedy spożycie czekolady mocno wzrasta 😊 Sama nie jestem specjalnie czekoladolubna, więc tego ciasta nie przygotowuję za często, jednak w tym roku, gdy tylko wieczory zaczęły się wydłużać, moja ochota na jego spożycie wzrosła do tego stopnia, że nie miałam wyjścia – musiałam zaopatrzyć się w sklepie w cztery tabliczki gorzkiej czekolady i szybciutko je upiec! 
Ciasto jest ekstremalnie czekoladowe, niespecjalnie słodkie i przyjemnie wilgotne. Jeden kawałek w zupełności wystarczy, by zaspokoić dzienną ochotę na czekoladę, więc i starczy go na długo. Ja po upieczeniu podzieliłam je na trzy kawałki, z czego dwa włożyłam do zamrażalki, więc teraz, gdy tylko przyjdzie mi ochota, mogę szybko znowu po nie sięgnąć 😊 
Jeśli jesień to pora roku, kiedy też Wasza potrzeba czekolady jest mocniej zauważalna, to koniecznie wypróbujcie ten przepis!
 
Składniki (tortownica 22cm średnicy)
Ciasto:
  • 180ml wody
  • 250g masła
  • 250g gorzkiej czekolady
  • 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 300g mąki pszennej tortowej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 70g kakao
  • 4 jajka
  • 120ml maślanki lub kefiru
  • 2 łyżki oleju
  • 250g białego cukru
Polewa:
  • 100ml śmietanki 36%
  • 125g gorzkiej czekolady
 
Przygotowanie (10 minut + ok. 1h pieczenia + oblanie polewą po wystudzeniu):
Piekarnik nagrzewamy do 160 stopni C z termoobiegiem lub do 170 stopni C bez termoobiegu.

Średniej wielkości garnek stawiamy na palniku o średniej mocy. Wlewamy do niego wodę, wrzucamy masło, połamaną na kostki czekoladę i kawę, mieszamy i podgrzewamy do rozpuszczenia. Garnek ściągamy z pieca, odstawiamy na chwilę, by masa lekko przestygła.

W tym czasie do miski wsypujemy mąkę, kakao, sodę i proszek. W drugiej misce jajka łączymy z maślanką i olejem, najlepiej zrobić to widelcem. Wsypujemy cukier, mieszamy. Wsypujemy mąkę z dodatkami, mieszamy (tu łatwiej będzie już dużą łyżką lub warzechą). No koniec wlewamy masę maślano-czekoladową, to również delikatnie ze sobą mieszamy.

Tortownicę o średnicy 22cm wykładamy w całości papierem do pieczenia, wlewamy do niej masę, wyrównujemy i wkładamy do pieca na 50-60 minut (do suchego patyczka). Ciasto wyciągamy, studzimy w formie, najlepiej na kratce.


Kiedy ciasto jest już mniej więcej ostudzone, przygotowujemy polewę. Do garnuszka wlewamy śmietanę, podgrzewamy, kiedy jest już ciepła dodajemy połamaną czekoladę i mieszamy do jej rozpuszczenia. Na chwilę odkładamy. Ciasto uwalniamy z formy i papieru, przekładamy na talerz lub paterę i na wierzchu i po bokach rozprowadzamy łyżką polewę. Zostawiamy ciasto, by polewa zastygła i gotowe, można kroić kawałki i wcinać! Smacznego!
 

Przechowywać w temperaturze pokojowej, do trzech dni na pewno utrzyma świeżość (dłużej nie wiem, po trzech dniach już go nie było 😉)
 


Źródło przepisu: mojewypieki.com


listopada 15, 2021

"W zamknięciu" Kate Simants

"W zamknięciu" Kate Simants

 

Autor: Kate Simants
Tytuł: W zamknięciu
Tłumaczenie: Jerzy Wołk-Łaniewski
Data premiery: 10.03.2021
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 512
Gatunek: kryminał / thriller
 
„W zamknięciu” to debiutancka powieść Kate Simants, która na jej rodzimym, brytyjskim rynku ukazała się w 2019 roku. Jest to debiut zaskakujący, który zebrał naprawdę dobre oceny czytelników, a i kilka nagród jak np. Festiwalu Literackiego UEA czy Bath Novel Award, był także finalistą nagrody CWA Debut Dagger Award. Po jego lekturze zgadzam się z wysoką oceną książki, jedyne co, to zastanawia mnie czy została przypisana do dobrej kategorii – określana jest jako thriller psychologiczny, ja jednak skłaniałabym się do połączenia kryminału z thrillerem, z naciskiem na to pierwsze.
Kate Simants przez rozpoczęciem kariery pisarskiej długo pracowała dla telewizji. Była dziennikarką śledczą, pracowała też pod przykrywką, więc afery kryminalne, jak i procedury policyjne nie było jej obce. Teraz te doświadczenia wykorzystuje w pisaniu powieści. W 2020 roku na rynku brytyjskim pojawiła się jej druga książka pt. „A Ruined Girl” (pol. Zrujnowana dziewczyna) i mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku doczekamy się jej tłumaczenia!
 
Fabuła „W zamknięciu” kręci się wokół postaci Ellie Power, dziewiętnastolatki, która cały czas mieszka ze swoją matką i jest mocno odseparowana od społeczeństwa. Jest ku temu dobry powód – Ellie cierpi na zaburzenia dysocjacyjne tożsamości, inaczej rozdwojenie jaźni: gdy Ellie idzie spać, władzę nad jej ciałem przejmuje Siggy, groźna istota, która za wszelką cenę dąży do destrukcji. Dlatego też co noc matka Ellie, Christine zamyka ją w pokoju na kłódkę, a w domu wszystkie ostre przedmioty są schowane naprawdę głęboko. Jednak pewnego ranka Ellie budzi się z dziwnymi obrażeniami ciała, a drzwi do jej pokoju są wyważone… Czy to znaczy, że Siggy się uwolniła? Co tym razem zrobiła? Czy kogoś skrzywdziła, oczywiście prócz Ellie? Kiedy dziewczyna nie może skontaktować się z Mattem, chłopakiem, którego darzy głębokim uczuciem, zaczyna panikować… Czy to możliwe, by Siggy odebrała jej tak bliską osobę? Już kiedyś to zrobiła, przez co Ellie i Christine musiałby uciekać. Czy sytuacja znowu się powtarza?
 
Książka składa się z prologu, 76 rozdziałów i epilogu. Rozdziały naprzemiennie przedstawiane są z punktu widzenia Ellie w narracji pierwszoosobowej czasu przeszłego oraz Mae, detektywa zajmującego się sprawą zniknięcia Matta w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego. Pomiędzy tym dostajemy też fragmenty nagrań sesji terapeutycznych Ellie sprzed pięciu lat przeprowadzanych przez psychoterapeutę Charlesa Coxa, który w tamtym czasie był jednym z najlepszych specjalistów w kraju zajmujących się zaburzeniem dysocjacyjnym. Książka mocno skupiona jest na postaciach–narratorach, opisuje ich emocje, odczucia i wrażenia z kolejnych przedstawionych wydarzeń. Styl powieści jest dobry, a atmosfera dosyć mroczna, czytelnik czuje cały czas tajemnicę wiszącą w powietrzu.
 
Każdy z bohaterów powieści jest postacią skomplikowaną. Oczywiście prym wiedzie tu Ellie, która boi się samej siebie, która nie może ufać własnemu ciału, która tak naprawdę przez swoje zaburzenie nie wie kim jest. Cały czas żyje w strachu, że Siggy przejmie nad nią kontrolę. Wiele lat temu razem z mamą szukały pomocy u lekarzy, jednak nikt nie był w stanie jej pomóc. Teraz już nawet nie próbują, starają się doraźnie radzić z tym co jest, jednak jak teraz się okazuje, to nie wystarcza. Jak więc żyć, kiedy niepewność i strach towarzyszą im na każdym kroku?
Christine, jej matka, cały czas towarzyszy jej w walce z Siggy, poświęciła dla niej wszystko, wyrzekła się swojego życia. Jest dosyć apodyktyczna, choć może strach przed Siggy i to jest w stanie wytłumaczyć. Czy jednak to tylko i wyłącznie matczyna miłość stoi za jej czynami?
Równie ciekawą i rozbudowaną postacią jest detektyw Mae, który w przeszłości już kiedyś spotkał się z Ellie Power w roli świadka. Dlatego też z ciekawością przyjmuje tę sprawę. W swojej przeszłości ma pewien niechlubny czyn, który wpłynął na rozwój jego kariery, a teraz jeszcze głowę zaprząta mu opieka nad córką, sześcioletnią Dominicą, z którą naprzemiennie pełni opiekę ze swoją byłą żoną. Dominica ma problemy z rówieśnikami, z którymi nikt z nich nie potrafi sobie poradzić. Mae jednak przede wszystkim jest policjantem, więc kiedy śledztwo nabiera rozpędu, zapomina o wszystkim innym… Jak to się dla niego skończy?
W książce poza tą trójką jest jeszcze sporo ciekawych postaci, o których chciałabym opowiedzieć, jak młoda partnerka policyjna Mae, Kit czy zaginiony Matt, a także psychoterapeuta Cox. Nie będę jednak przedłużać, podkreślę tylko, że każda z tych postaci jest niejednoznaczna, trudna do rozgryzienia. Kreacja każdej z nich jest niesamowicie dobrze dopracowana, każda pełni tu jakąś istotną funkcję. Naprawdę pod tym względem autorka spisała się na medal.
 
Jak wspomniałam, w książce panuje atmosfera tajemnicy, niepewności i mrocznego zagubienia. Nie wiadomo kto kim jest, kto jest dobry, a kto zły i o co w tym tak naprawdę chodzi. Gdzieś tam dostajemy kolejne tropy, śledztwo powoli posuwa się naprzód odkrywając kolejne dziwne, niepasujące do siebie zdarzenia. Ale czy na pewno? Przecież to wszystko musi do siebie pasować. Tylko jak? Mimo, że już z początku miałam swoje podejrzenia co do tego, kto tu jest tym ‘złym’, to jednak zakończenie i tak zostawiło mnie z rozdziawioną buzią – takiego obrotu spraw chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć!
Akcja nie toczy się tu zabójczo szybko, jednak nie ma takiej potrzeby – to atmosfera i tajemnica przyciągają czytelnika, przyklejają do stron powieści jak najmocniejszy klej.  
 
Dużym plusem książki na pewno jest też rzetelne podejście do tematów w niej poruszanych. A jest ich tu wiele, a autorka wszystkie je połączyła z dużą gracją! Przede wszystkim świetnie oddała tożsamość Ellie, to jak zaburzenie dysocjacyjne wpłynęło na jej życie, jak się z tym czuje, jak to wszystko wygląda od jej strony. Oczywiście Ellie to skrajny przypadek, jednak na pewno pozwoli lepiej zrozumieć osoby borykające się z tym problemem.
Dużo miejsca zajmuje tu też kwestia rodzicielstwa. Mamy tu jej dwa obrazy – jest matka Ellie, której skupienie na dziecku jest wręcz chorobliwe, i jest też Mae, który dopiero uczy się jak być dobrym ojcem i stawiać dziecko na pierwszym miejscu. To dwa różne oblicza miłości rodzica, obydwa niedoskonałe, jednak pokazujące moc tej więzi, tego uczucia.
Ważnym tematem jest też potrzeba miłości i przyjaźni, którą najmocniej prezentuje tu Ellie. Mimo wiele zajmującej miłości matczynej, dziecko jednak potrzebuje innych w swoim życiu. Tak jest z Ellie, która przez swoje zaburzenie boi się innych, a jednak nie umie bez nich funkcjonować, chce żyć tak jak inni, móc otwarcie kochać, mieć przyjaciół. Jest też mała Dominica, której problemy z rówieśnikami sprawiają nie lada kłopot.
Finalnie jest temat traumy z dzieciństwa, czegoś co było tak okropnym przeżyciem, że do poradzenia sobie z nim Ellie musiała wytworzyć drugą osobowość. Teoretycznie Ellie ma jej uzasadnienie, jednak z transkrypcji z sesji terapeutycznych, wiemy, że Cox miał co do tego wątpliwości. Jednak krzywdy wyrządzane dzieciom nie tyczą się tylko Ellie – jest też Mae i jego córka, który boi się, że swoim zachowaniem naznaczy ją na zawsze, jest też temat pornografii dziecięcej, który wypływa gdzieś tam w czasie śledztwa. Krzywdzenie dzieci przez dorosłych ma różne oblicza, jednym winnym są rodzice, innym osoby postronne, a jeszcze innym pewne sytuacje niezależne od najbliższych. To trudny temat, który tu przedstawiony jest w kilku odsłonach i w kilku natężeniach.
 
Ogólnie muszę przyznać, że jestem zaskoczona tym, jak dobrą lekturą okazało się „W zamknięciu”. Nie dosyć, że fabuła poprowadzona jest bardzo sprawnie, śledztwo policyjne i poczynania Ellie mimo że niespecjalnie mocno dynamiczne, przez ciągle poczucie niewiadomej mocno przyciągają uwagę, a atmosfera niepewności i wiszącej nad wszystkim mrocznej tajemnicy tylko te wrażenia potęguje. Do tego ciekawe, nieczęsto spotykane tematy i rewelacyjne kreacje bohaterów dających wrażenie postaci z krwi i kości sprawiają, że naprawdę ciężko uwierzyć, że jest to debiut literacki. Mnie lektura tak wciągnęła, że jej audiobooka słuchałam w każdym wolnym momencie, a samą końcówkę książki dokończyłam w formie tradycyjnej – tak bardzo byłam ciekawa jak to wszystko autorka połączy w całość. Jestem naprawdę pod wrażeniem tego tytułu i z niecierpliwością czekam na polskie tłumaczenie drugiej powieści tej autorki!
 
Moja ocena: 8/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Muza!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

listopada 12, 2021

"Chąśba" Katarzyna Puzyńska

"Chąśba" Katarzyna Puzyńska

 

Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: Chąśba
Data premiery: 09.11.2021
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 464
Gatunek: fantastyka
 
Katarzyna Puzyńska, znana autorka kryminalnego cyklu o Lipowie oraz serii non-fiction „Policjanci”, teraz sięgnęła po gatunek dla niej całkiem nowy. Nowy pod względem pisarskim, jednak to właśnie od niego zaczęła się jej przygoda z czytaniem, którą teraz cały czas chętnie kontynuuje. Jak sama przyznaje w przedmowie tej książki, od dzieciństwa marzyła o tym, by napisać książkę w tym gatunku. I w końcu po jest, jej siedemnasta książka to właśnie ta wymarzona fantastyka. I to widać – na stronach powieści czuć, że pisanie tej historii dało autorce naprawdę dużą frajdę, czuć tę przyjemność, jaką z tej pracy czerpała.
Sama po ten tytuł sięgnęłam tylko ze względu na nazwisko autorki i moją miłość do Lipowa, aktualnie raczej fantastyki nie czytam, znam tylko kilka tych podstawowych powieści jak np. Władca Pierścieni. Więc już na wstępie muszę uprzedzić, że niestety żadnych nawiązań do innych dzieł z tego gatunku nie byłam w stanie wyłapać, choć autorka sama przyznała, że sporo takich elementów w tym tekście zawarła. Na pewno fani gatunku to docenią.
 
Historia toczy się w Królestwie, które zamieszkują ludzie i istoty magiczne, a nad nimi czuwają słowiańscy bogowie. I tak pewnego wieczoru nieopodal grodziska, Bolemira, właścicielka gospody, wyrusza do okolicznej wioski w celu uzupełnienia zapasów. Jej młodziutki mąż, Strzebor, jest zdziwiony wyprawą o tak późnej porze, szczególnie iż odjeżdżając żona dała mu klucze do całej gospody, czego nigdy wcześniej nie robiła. Zdradziła też mu pewną zagadkę od razu z jej rozwiązaniem i przykazała, by chłopak nie szukał drzwi, które otwiera najnowszy z kluczy. Ciekawość Strzebora jest jednak większa i tak udając, że nie szuka, odnajduje magiczne drzwi do tajemnego pokoju… A tam ciało swojej żony. Chłopak zaraz staje się podejrzanym, więc nie pozostaje mu nic innego jak ucieczka…
W tym samym czasie w grodzisku dochodzi do równie niepokojących zdarzeń – już za kilka dni mieszkańcy mają świętować nadejście wiosny, która jednak jakoś nadchodzić nie chce. W grodzisku cały czas panuje zima, a Marzanna, boginka zimy i zmarłych, cały czas ukrywa się w okolicznych lasach. Gdyby tego było mało, ktoś ukradł tarczę Jarowita, boga wiosny, który ma się zjawić na świętowanie, a jak tylko odkryje, że jego tarcza zaginęła, na pewno bardzo się na ludzi zdenerwuje. Tak więc kat Zamir zostaje wysłany na misję, by tę tarczę odnaleźć… Wkrótce na swojej drodze napotyka Strzebora i towarzyszącą mu dziewczynę. Czeka ich daleka podróż przez Królestwo pełne groźnych boginek, strzyg, utopców i stolemów. Jak zakończy się ich wędrówka? Co czeka na końcu tej drogi?
 
Na początku chcę wspomnieć o samym wydaniu książki. W jej środku na wewnętrznej stronie okładki mamy mapę, która trochę kojarzy mi się z tą z Władcy Pierścieni. Każda część książki opatrzona jest rysunkiem, a i w środku wszystkie odnośniki są ładnie zaznaczone. Już więc samo wydanie jest bardzo przyjemne, staranne, widać, że przyłożono się do tego, by książka dobrze wyglądała.
Cała historia podzielona jest na gawędy, które rozpisane są na sześć części, oraz na anegdoty. I tak w trakcie czytania gawęd nagle dostajemy tak zwany drogowskaz, czyli punkt w książce odnoszący nas do znajdujących się na jej końcu anegdot. Te są uzupełnieniem głównej historii, nie są koniecznie do tego, by zrozumieć całą opowieść, a jedynie rozwinięciem wątków, które w książce się pojawiają. To bardzo ciekawa budowa, przez którą czytelnik jest jakby bardziej zaangażowany w całą historię.
Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, naprzemiennie obserwuje bohaterów w drodze i w grodzisku.
 
Książka mocno oparta jest na mitologii słowiańskiej, czy jak to określa Piotr W. Cholewa na okładce powieści ‘fantasy w stylu starosłowiańskim’. Występuje tu cały szereg magicznych postaci z tym powiązanych, nie tylko bogowie, odpowiedzialni choćby za pory roku czy strzegący lasów, ale i te mroczniejsze, o słabszej mocy magicznej stwory jak właśnie strzygi czy rusałki. W tekst wplecionych jest też wiele wierzeń i historii z nimi związanych, jak np. opowieści o południcach. Są też stolemy, olbrzymy, które powstają z głazów, które mocno przywodziły mi na myśl trole z Władcy Pierścieni, te jednak są dużo inteligentniejsze. Ilość postaci znanych ze starych wierzeń, ich zakresy mocy i działania, są tu szeroko opisane, co jest całkiem imponujące – autorka musi mieć ogromną wiedzę na ten temat. Ciekawie przenika się tu świat boski ze światem ludzki, wszyscy żyją tu obok siebie, akceptując inność pozostałych.
Fajnym akcentem starosłowiańskim są też imiona postaci – nie znajdziemy tu normalnych, współczesnych imion, a tylko te dawne jak Rosława, Ciechomir czy Dobrowoja.
 
Na pewno warto też wspomnieć o samym miejscu akcji. Już samo Królestwo i grodzisko bez nazwy mocno intrygują. Wartość posiadania imienia jest w książce mocno podkreślana. Poza tym historia toczy się nad jeziorem Bachotek, w czasach, gdy Pokrzydowo jeszcze nie istniało, o czym gdzieś tam przy okazji wspomniane jest w książce. Tak więc tereny te są znane fanom Lipowa, za to teraz przedstawione są tu całkiem inaczej, co nadaje temu miejscu wielowymiarowości.
 
Bohaterowie książki są od siebie naprawdę różni – Strzebor to młody chłopak, nieśmiały, ale i ciekawski, który cały czas podkreśla, że nie jest fanem przygód. Jest Zamir, stary kat z drewnianą nogą, dla którego liczą się tylko pieniądze. Jest też boginka, która wydaje się całkiem ludzka, a i matka Strzebora, która jest tu niesamowitym obrazem siły miłości matczynej. Oczywiście jest tu też trochę i złych charakterów, jak to w każdej baśni bywa.
 
W powieściach fantasy wydaje mi się, że zawsze jest jakiś temat, który odnosi się do naszej codzienności. Tu może niespecjalnie jest to widoczne, choć oczywiście trochę uniwersalnych tematów jest, jak właśnie wspomniana siła matczynej miłości czy tolerancja wobec inności innych, a także upływ czasu i powtarzalność historii.
 
Na koniec oczywiście nie można nie wspomnieć o tytule książki. Autorka znana jest z tego, że lubuje się w tytułach, słowach, których teraz się już raczej nie spotyka. Chąśba to jedno z nich, a znaczy po prostu kłamstwo.
 
Podsumowując, „Chąśba” to taka bajka dla dorosłych pełna magicznych stworzeń, które w jakiś sposób oddziałują na życie ludzi. To historia drogi, ciekawie zbudowana, wzbudzająca zaangażowanie czytelnika. Nie jest to może powieść, która zostanie ze mną na dłużej, ale na pewno nie mogę jej odmówić tego, że spędziłam z nią miło czas, a świadomość, że przyniosła ona autorce tyle frajdy, tylko sprawiła, że i dla mnie historia była przyjemniejsza.
 
Moja ocena: 7/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

Książka dostępna jest też w abonamencie 

listopada 08, 2021

Book tour ze "Znajdź mnie"!

Book tour ze "Znajdź mnie"!

 

W tym tygodniu mija miesiąc od premiery thrillera Anne Frasier pt. "Znajdź mnie", otwierającego cykl zatytułowany "Inland Empire" o córce seryjnego mordercy, byłej profilerce FBI Reni Fisher. Książka do tej pory zebrała wiele naprawdę entuzjastycznych opinii, spora liczba czytelników zaznacza, że jest to jeden z najlepszych thrillerów, jakie czytali w tym roku. Takie opinie cieszą, gdyż ja sama udzieliłam książce swojej rekomendacji, którą znajdziecie na jej pierwszych kartach. Moje wrażenia z lektury znajdziecie pod linkiem - klik!, a teraz mam przyjemność zaprosić Was na Book tour z tym tytułem. Więc jeśli do tej pory jeszcze się wahaliście czy jest to tytuł, który może przypaść Wam do gustu, teraz jest wyśmienita okazja, by to sprawdzić! Zapraszam do udziału!

Zasady uczestnictwa w book tourze:
  1. Książkę możecie trzymać maksymalnie 2 tygodnie od daty jej otrzymania, później wysyłacie ją dalej (adres kolejnej osoby otrzymasz ode mnie lub bezpośrednio od kolejnego uczestnika)
  2. Recenzję/opinię/film (zależy gdzie się udzielacie) proszę zamieście maksymalnie do 3 tygodni od daty otrzymania książki. Oznaczcie mój blog/IG/FB oraz profil Wydawnictwa Muza i Muza Black w swoim poście oraz wykorzystajcie któryś z hasztagów: #kryminalnatalerzu, #kryminalnatalerzupoleca, #czytajzkryminalnatalerzu.
  3. Książkę możecie wysłać pocztą, kurierem, paczkomatem – jak Wam i odbiorcy najwygodniej, ważne, żeby przesyłka miała numer, by się nie zgubiła! Jej numer po wysłaniu od razu koniecznie wyślijcie do mnie!
  4. Książka jest do Waszej dyspozycji – możecie po niej pisać, zakreślać, zaznaczać. Proszę jednak o jej poszanowanie, czyli bez gniecenia i rozrywania 😉
  5. Będzie mi miło jeśli zostawicie w książce po sobie ślad – z przodu książki przygotuję do tego miejsce oraz wkleję małą mapkę, na której oznaczymy trasę książki – nie zapomnijcie dorysować swojego punkcika! Będę mogła sobie później powspominać! 😊
  6. Fajnie, jeśli do wysyłanej paczki dorzucicie coś małego od siebie, herbatkę, czekoladkę, cokolwiek by kolejnemu uczestnikowi było miło.

Zgłaszać się możecie w komentarzu pod postem tu na blogu, pod postem na IG i FB oraz w prywatnych wiadomościach na IG i FB oraz mailowo: kryminalnatalerzu@gmail.comKolejność uczestnictwa zapisywać będę według kolejności zgłoszeń (oczywiście później uczestnicy mogą dogadać zmiany w kolejności między sobą).

Listę uczestników zapiszę w tym poście w środę.
Książka ruszy w podróż w środę wieczorem, ale listy uczestników nie zamykam, można zgłaszać się także w trakcie trwanie book toura. Zastrzegam sobie jednak możliwość zamknięcie listy, w chwili kiedy liczba uczestników przekroczy 30 osób.
W book tourze nie będą uwzględniane osoby, które trzy razy przekroczyły terminy wysyłki książki lub trzy razy nie wystawiły opinii w moich wcześniejszych BT.


Zachęcam też do udostępniania wiadomości o book tourze na swoich profilach - wystarczy, że udostępnicie post o bt, który ukazał się u mnie na IG i FB, a także do polubienia profili wydawnictwa i moich własnych 😊


W razie pytań jestem dostępna na IG i FB oraz oczywiście mailowo.


Serdecznie zapraszam do zgłoszeń, a uczestnikom życzę przyjemnej lektury!
Lista uczestników:
1. @czytajz.nami opinia - klik!
2. @ruda.czyta  opinia - klik! 
3. @panna_czytanka opinia - klik!
4. @adziktworzy recenzja - klik! 
5. @justyna6353 opinia - klik!
6. @z_ksiazka_mi_po_drodze opinia - klik!
7. @damazksiazkami opinia - klik!
8. @kubickakatarzynaa opinia - klik!
9. @self_chapter 
10. @wiolbe99 opinia - klik! 
11. @lokata_ewa opinia - kilk! 
12. @monikaormanin opinia - klik!
13. @czytajzpaula opinia - klik! 
14. @thebeciaq87 opinia - klik! 
15. @mojemalezycie  opinia - klik!
16. @_creative_et_writesandreads  opinia - klik! 
17. @pani_bookowa opinia - klik!
18. @zaczytana_mama_40_ opinia - klik!

listopada 02, 2021

Risotto z groszkiem i jarmużem w towarzystwie białej ryby z jarmużowym pesto

Risotto z groszkiem i jarmużem w towarzystwie białej ryby z jarmużowym pesto

 

Ostatnimi czasy mocno polubiłam się z różnego rodzaju risottami, mimo tego, że nigdy specjalnie za białym ryżem nie przepadałam. Jednak dodatek aromatycznego bulionu, paru smacznych dodatków i przede wszystkim masła i parmezanu tak niesamowicie dobrze podbijają smak ryżu, który również nie jest miękką papką, a ryżem al dente, zapewniają bardzo przyjemne wrażenia smakowe. Dodatkowo risotto to najczęściej naprawdę szybka potrawa – wystarczy wrzucić do garnka cebulkę i ryż, zalać bulionem, dorzucić dodatki i gotowe. Aktualnie mam dwa moje ulubione przepisy na risotto, z których korzystam naprzemienne – przynajmniej raz w tygodniu na moim stole pojawia się jeden z nich! Dzisiaj chcę się z Wami podzielić tym troszkę bardziej skomplikowanym (ale dalej prostym i szybkim!) przepisem, który nie tylko zachwyca aromatem, ale i jest napakowany wartościami odżywczymi. To dodatkowa przyjemność jeść coś tak pysznego z przeświadczeniem, że jest naprawdę zdrowe i przydatne dla naszego organizmu, prawda? Zapraszam więc do przetestowania przepisu na risotto z groszkiem i jarmużem w towarzystwie białej ryby z jarmużowym pesto!


Składniki (2 porcje): 
  • duży lub 2 mniejsze filety białej ryby np. morszczuk, dorsz (może być mrożona, przed użyciem trzeba ją rozmrozić)
  • 1 cebula
  • 150g ryżu do risotto (używam firmy Kupiec, o taki – klik!)
  • 100ml białego wytrawnego lub półwytrawnego wina (jeśli nie macie, to nic nie szkodzi, dodajcie o te 100ml więcej bulionu)
  • 500ml gorącego bulionu warzywnego (np. z tego przepisu – klik!, ewentualnie w kryzysowych sytuacjach może też być po prostu z kostki)
  • 150g groszku (może być mrożony, nie rozmrażamy wcześniej)
  • 6 garści jarmużu (około 100g, może być mrożony)
  • około 3 łyżek startego parmezanu (grana padano, czy innego twardego długodojrzewającego, w sklepach przeważnie sprzedawane są w około 200g trójkątach) + mały kawałek do pesto (około 1cm, można też użyć tego spod samej skórki sera, który do niczego innego się raczej nie przydaje)
  • 2-3 łyżki masła
  • mały ząbek czosnku (lub pół dużego)
  • mała garść (1-2łyżki) płatków migdałowych
  • 2-3 łyżki zimnej wody 
  • sól, pieprz, oliwa



Przygotowanie (20 – 30 min):
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni C bez termoobiegu lub z termoobiegiem do 170. Na piecu stawiamy duży garnek, wlewamy trochę oliwy (tak by w miarę cienko pokryła dno) i dodajemy łyżkę masła. Obieramy cebulę, kroimy w kostkę i, gdy masło w garnku się rozpuści, wrzucamy ją i chwilkę podsmażamy do zezłocenia. Dodajemy ryż, mieszamy drewnianą łopatką i podsmażamy około minuty pilnując, by się nie przypalił. Zalewamy winem, gdy odparuje wlewamy bulion – ja przeważnie dzielę to sobie na 3 – 4 razy, podlewam ryż, mieszam, zostawiam na chwilkę, jak już większość bulionu się wchłonie, to podlewam znowu.
 
W tym czasie rybę opłukujemy pod zimną wodą, osuszamy papierowymi ręcznikami. Na desce do krojenia dzielimy na mniejsze, zgrabne kawałki (duży filet morszczuka dzielę na 4 kawałki). Każdy z nich solimy, pieprzymy i smarujemy z obydwu stron oliwą. Blachę z piekarnika wykładamy papierem do pieczenia, układamy na nim rybę i wkładamy do nagrzanego pieca na około 7-8 minut.
 
Nadal pilnując ryżu, by się nie przypalił bądź nie rozgotował, przygotowujemy pesto z jarmużu. Do małego blendera wrzucamy 2-3 garście jarmużu (bez twardych łodyg), czosnek, migdały, kawałek parmezanu, konkretnie solimy i pieprzymy, wlewamy trochę (ok. 2-3łyżek) oliwy i wody i miksujemy do powstania w miarę gładkiej masy. Konsystencja ma być dosyć kremowa, więc jeśli wyjdzie za sucha, to dodajemy jeszcze troszkę wody. Do tej potrawy potrzebujemy połowę tego pesto, drugą można zamrozić i zużyć kolejnym razem.
 
W tym czasie ryż już powinien wchłonąć cały bulion, wrzucamy do niego groszek, mieszamy, wrzucamy pozostały jarmuż, mieszamy, chwilkę jeszcze trzymamy na piecu pilnując, by się nie przypalił (jakieś 2 minuty), ściągamy z palnika, dodajemy pozostałe masło i parmezan i mieszamy. Doprawiamy świeżo mielonym pieprzem, i jeśli trzeba, to szczyptą soli, mieszamy. Jeśli risotto zrobi się teraz trochę płynne, to stawiamy znowu na palnik, na połowę mocy i chwilkę jeszcze podgrzewamy, by odparował nadmiar płynów.
 
Ryż i rybę wykładamy na talerz, rybę smarujemy przygotowanym pesto, podajemy do jedzenia. Smacznego!



Źródło przepisu: kwestiasmaku.com, przepis zmodyfikowany