czerwca 16, 2020

Wygraj "Zapłacz dla mnie"! (rozwiązany)

Wygraj "Zapłacz dla mnie"! (rozwiązany)

Dzisiaj mijają dokładnie dwa tygodnie od premiery najnowszego kryminału Piotra Borlika pt."Zapłacz dla mnie" (który bardzo przypadł mi do gustu!). To idealny czas, żeby ruszyć z konkursem! Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka mam dla Was aż 7 egzemplarzy tej książki. 
O moich wrażeniach z lektury możecie przeczytać tu - klik!


Jak wiecie, mój blog to nie tylko książki, ale też i jedzenie. Co prawda ostatnio ten dział trochę zaniedbałam, jednak moje uwielbienie do dobrego jedzenia nie zniknęło ;) To zamiłowanie podziela też Piotr Borlik, który urzekł mnie w swojej trylogii nie tylko świetnym wątkiem psychologicznym, ale też właśnie miłością do jedzenia i dobrego wina, które aż wylewa się z kart powieści. W "Zapłacz dla mnie" jedzenia jest trochę mniej, co wynika z całkiem odmiennego tła historii. Jednak nawet w tak innych warunkach autorowi udało się co nieco przemycić! I tak na początku lektury czytamy o zamiłowaniu policyjnego partnera Ramona do kanapki z salcesonem, a pod koniec bohaterowie raczą się pysznym staropolskim gulaszem. I właśnie z tymi daniami będzie wiązać się Wasze zadanie!


A co trzeba zrobić, by wziąć udział w konkursie?

Wymyśl krótkie hasło reklamowe zachwalające kanapkę z salcesonem Oświęcimskiego lub staropolski gulasz Wilkowicza.
(Dla ułatwienia podpowiem, że gulasz składa się z duszonego mięsa w jarzynach w aromatycznym sosie pomidorowym)


Odpowiedzi możecie zamieszczać w dowolnej formie, ich ciekawiej – tym lepiej!
Konkurs organizuję na moich wszystkich profilach, więc swoje zgłoszenia można zamieszczać tutaj w komentarzu pod postem oraz pod konkursowymi postami na FB i IG. 

  1. Konkurs trwa tydzień – od 16 do 22 czerwca do 23:59, wyniki ogłoszę w tym poście, na FB i IG kolejnego dnia.
  2. Z nadesłanych odpowiedzi wybiorę siedem, które moim zdaniem będą najciekawsze.
  3. Wysyłka tylko na terenie Polski.
  4. Udzielając odpowiedzi na pytanie konkursowe uczestnik równocześnie oświadcza, że zapoznał się z regulaminem konkursu zamieszczonym na tej stronie  – klik!

Zachęcam też do polubienia profilu autora na IG (klik!) i FB (klik!), wydawnictwa na IG (klik!) i FB (klik!) oraz moich własnych (IG klik! FB klik!), a także do dołączenia do obserwatorów mojego bloga. Będzie mi też bardzo miło jeśli na swoich profilach udostępnicie informację o tym konkursie (możecie po prostu podać dalej mój post o konkursie, który zamieściłam na obydwu profilach).


Serdecznie zachęcam do udziału i życzę wszystkich uczestnikom powodzenia!

23.06 wyniki konkursu:
Na wstępie chciałam wszystkim uczestnikom podziękować za udział w konkursie - jeszcze nigdy wybieranie zwycięzców nie przyniosło mi tyle radości - Wasze odpowiedzi były naprawdę przezabawne, uśmiałam się jak nigdy! Niestety jednak mamy ograniczoną ilość książek do rozdania, więc wszystkich nagrodzić nie mogę :( W związku z tym wyłoniłam obiecanych 7 zwycięzców.

Blog: 
Gosiaczek - "Salceson Oświęcimskiego, któż nie pokocha jego! Tyle smakoszom do szczęścia starcza, zdecydowanie najsmaczniejsze do codziennego żarcia!"

FB: 
@Marzena Jaroszek - "Już pierwszy kęs kanapki z salcesonem Oświęcimskiego wprowadzi cię do świata tajemnic pełnego"

@Małgorzata Wójcik - "Oświęcimski upomina - szanujący się książkoholik o kanapce z salcesonem nigdy nie zapomina!"

@Wiktoria Maliszewska - "Gdy na jedzenie najdzie ochota, gwarantujemy że to pychota - sięgnij po staropolski gulasz Wilkowicza, to prawdziwa gratka czytelnicza! Gdy chcesz coś przekąsić między stronami, uracz się gulaszem i odpłyń z marzeniami!"

IG: 
@p.flowerbed - "S smaczny, A apetyczny, L lekki, C cienki, E ekskluzywny, S swojski, O ozorkowy, N nadziany! Salcesonu smak przypomni partner Ramona z borlikowskiej zbrodni."

@kulturalnaania - "Gulasz Wilkowicza - staropolski sposób na wilczy apetyt."

@sylwia_czyta - "Gdy chcesz zaznać szczęścia kapkę z salcesonem zjedz kanapkę!"


Gratuluję wygranych! Zwycięzców proszę o przesłanie do mnie swoich danych adresowych razem z numerem telefonu. 
Pozostałych uczestników zachęcam do dalszego śledzenia moich profili - już niedługo będzie jeszcze jedna szansa na wygranie tego tytułu - tym razem z autografem autora!

czerwca 15, 2020

"Całopalenie" Robert Marasco

"Całopalenie" Robert Marasco


Autor: Robert Marasco
Tytuł: Całopalenie
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Data premiery: 22.04.2020
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 324
Gatunek: literatura grozy

Robert Marasco to amerykański pisarz żyjący w XX wieku. Początkowo był nauczycielem języków klasycznych, później po sukcesie sztuki „Child’s play” poświęcił się pisaniu. Swoją karierę pisarską rozpoczynał od gatunku komedia, który w tamtych czasach królował na rynku amerykańskim. Przy „Child’s play” postawił jednak na jego przeciwieństwo – literaturę grozy. Historia była straszna, mroczna i gotycka, pierwszy spektakl nie miał pełnego obłożenia, co jednak szybko się zmieniło. Sztuka została doceniona, wystawiono ją 343 razy i zdobyła kilka statuetek Tony. Na jej podstawie powstał później również film.
„Całopalenie” to drugie dzieło, z którego znany jest pisarz. Tak naprawdę też ostatnie – późniejsze jego powieści i sztuki już nie spotkały się z entuzjazmem. „Całopalenie” zostało wydane w 1973 roku. Najpierw miała to być sztuka, mroczna komedia, jednak ostatecznie przybrała kształt powieści grozy. Książka sprzedała się bardzo dobrze, powstał też na jej podstawie film. Autor sprytnie wplótł w fabułę aktualne społeczne niepokoje – kryzys finansowy i uciekanie miastowych na przedmieścia. A jak historia wypada w czasach współczesnych?

Marian i Ben są wieloletnim małżeństwem. Mają kilkuletniego syna Davida i mieszkanie w ciasnej, brudnej i głośnej kamienicy w Queens. Obydwoje są już zmęczeni kurzem, hałasem i zagęszczeniem ludności, w których przyszło im żyć. Niestety nie mają specjalnych oszczędności, by było ich stać na zmianę swojej sytuacji – tylko Ben pracuje, Marian czasami dorywczo coś znajduje, ale głównie siedzi w domu, sprząta i podziwia swoje antyczne zbiory – jest kolekcjonerką mebli. Kiedy kolejne lato zbliża się nieubłaganie Marian wpada na pomysł, by poszukać czegoś na wynajem poza granicami miasta – jedno ogłoszenie w gazecie robi na niej wrażenie – właściciele szukają lokatorów do dużego domu z basenem położonego nad zatoką na całe lato. Cena wynajmu nie jest zaporowa, jedynie właściciele wydają się ciut ekscentryczni. Ale ich przecież latem nie będzie, prawda? Więc nie ma co się zastanawiać! Marian i Ben decydują się na spędzenie lata na wsi, zapraszają też na wakacje ciotkę Bena, ponad 70letnią panią. Po przyjeździe Marian jest oczarowana wnętrzem, od razu bierze się za porządki… Ben, David i ciotka Elizabeth również znajdują sobie zajęcia. Szybko okazuje się jednak, że z domem jest coś nie tak – każda z przebywających w nim osób zmienia się wcale nie w pozytywny sposób…

Książka składa się z 11 rozdziałów oraz posłowia Grandy’ego Hendrixa – jest krótkie i rzeczowe. Dodatkowo powieść została ozdobiona kilkoma grafikami Macieja Kamudy. Wydanie, jak zawsze u Vesper, jest eleganckie i solidne.
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia dorosłych postaci, najczęściej jednak opisuje przeżycia Marian. Styl jest uważny i spokojny, przywiązuje ogromną uwagę do opisu otoczenia, co nadaje książce niepowtarzalnego klimatu.

Baza powieści jest sprytnie wymyślona. Kto z nas nie chciałby uciec z dusznego, zatłoczonego miasta w środku lata na wieś, do ogromnego starego dworku, chłodnego, urokliwego i spokojnego? Spiżarnia pełna, dookoła cisza, spokój, plaża, zatoka… Cena śmiesznie niska. Podejrzewam, że wielu z nas nie zastanawiałoby się dwa razy – ja wiem, że na pewno bez wahania zdecydowałabym się na tak cudowne spędzenie lata. Myślę, że w latach 70tych XX wieku w samym środku Ameryki, w zatłoczonym Queens, potrzeba ucieczki była jeszcze większa – a przynajmniej tak sugeruje nam autor posłowia. Mieszkańcy miasta na gwałt szukali posiadłości na przedmieściach, masowo uciekali z miast. Niestety kryzys finansowym, który dopadł większą część społeczeństwa, bardzo utrudniał zmianę lokum. To był problem, który mocno w tamtym czasie zaprzątał społeczeństwo, a Marasco sprytnie to wykorzystał. U niego sielskie, wymarzone wakacje powoli i niepostrzeżenie zmieniają się w koszmar.
„…czasem czuję, jakbym miał gdzieś mały przycisk. I jest na nim nalepka… „Samozniszczenie”. Jest na podeszwie mojej stopy, na moim zadku albo gdzieś, gdzie ciągle go niechcący naciskam.”
O nawiedzonych domach historie powstawały już wcześniej. Jednak najczęściej były to bardzo abstrakcyjne twory, domy nawiedzone były przez złe duchy, a śmiałkowie brali za cel ich zbadanie. Marasco wymyślił coś innego – tu dom owszem, też jest bohaterem, ale cichym i niepokojącym – jego przemiana jest spokojna, dzieje się bez zbędnego splendoru i hałasu. Tu nic nie wyskakuje z kątów, tu gra toczy się na płaszczyźnie psychicznej – przebywanie w tym miejscu robi coś z mieszkańcami, coś złego… Uwidacznia ich niepokoje, lęki, ale i umacnia ich negatywne cechy, co ostatecznie prowadzi do katastrofy. Mrocznej, przerażającej, ale równie cichej. W tamtych czasach zabieg był bardzo innowacyjny, i to na jego podstawie dopiero później powstały takie głośne dzieła jak np. „Lśnienie”, z którym ta historia właśnie mocno mi się kojarzyła. Marasco pokazał inny sposób na sianie grozy – nie musi być efektownie, ale trzeba wykorzystać ludzkie odwieczne lęki.

Warto wspomnieć też o klimacie powieści – akcja toczy się niespiesznie, a rezydencja opisana jest szczegółowo i bardzo urokliwie. Z kart powieści wręcz wylewa się zamiłowanie Marian (i narratora?) do pięknych, starych wnętrz, widać też, że narrator zna się na rzeczy. Najbardziej mroczne i niekojące momenty są jednak w chwili, gdy Marian zanosi tacę z jedzeniem starszej pani – to człowiek -widmo, które siedzi cały czas zamknięte za białymi drzwiami ozdobionymi tajemniczymi znakami. Pokój prowadzący do tych drzwi ma swój dziwny urok, wręcz hipnotyzuje. To największa niewiadoma historii, epicentrum wydarzeń. To magnez, który przyciąga Marian coraz mocniej i mocniej.

A jakie są moje wrażenia z lektury? Oczywiście doceniam wykorzystanie niepokoju społecznych i klimat historii. Trochę jednak nie umiałam się w nią wciągnąć, chociaż podejrzewam, że winą bardziej mogę obarczyć własne rozkojarzenie, niż samą powieść. Zakończenie też mnie nie zaskoczyło – ale tu znowu trzeba wziąć poprawkę na to, że jest to powieść z 1973 roku. Możliwe, że wrócę jeszcze kiedyś do niej, bo bardzo chciałabym w pełni docenić jej duszny i niepokojący klimat.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Vesper!

czerwca 13, 2020

"Idealna żona" Kimberly Belle

"Idealna żona" Kimberly Belle

Autor: Kimberly Belle
Tytuł: Idealna żona
Tłumaczenie: Kinga Markiewicz
Data premiery: 12.02.2020
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller

Kimberly Belle to amerykańska autorka thrillerów psychologicznych w kategorii domestic noir. Na swoim koncie ma już sześć powieści, w tym dwie ukazały się na naszym polskim rynku. Rok temu swoją premierę miała książka pt. „Idealne małżeństwo”, której krótko po premierze słuchałam w formie audiobooka i nie całkiem mi się spodobało. O moich wrażeniach więcej możecie poczytać tutaj – klik! W związku z tym do „Idealnej żony” podchodziłam bardzo ostrożnie, niepewna czy i tym razem nie dopadnie mnie rozczarowanie.

Historia „Idealnej żony” rozpoczyna się w chwili, gdy Beth decyduje się na ucieczkę od maltretującego ją męża. Kobieta ma dobrze przemyślany plan, trochę odłożonych pieniędzy. Jednak wie też, że jej mąż jest inteligentny i sprytny – czy Beth zna go na tyle, że uda jej się go przechytrzyć?
W tym samym czasie do swojego domu z delegacji wraca Jeffrey, gdzie zastaje bałagan i pustą lodówkę – jego żona ma wrócić późno, jest w pracy. Gdy mężczyzna budzi się w nocy, a kobieta dalej nie wróciła, zaczyna się niepokoić, tym bardziej, że żona nie odbiera telefonu. Razem z jej siostrą bliźniaczką zawiadamiają policję. Co się stało z żoną Jeffreya? Zaginęła? A może uciekła? I co ważniejsze - jak te dwie sprawy się łączą?!

Książka podzielona jest na krótkie rozdziały podzielone na trzy osoby: Beth, Jeffreya i policjanta Marcusa, który przyjmuje zgłoszenie zaginięcia żony Jeffreya. Każda z nich przedstawia wydarzenia ze swojego punktu widzenia w pierwszej osobie czasu teraźniejszego. Styl pisarki jest przyjemny, książkę czyta się szybko i z dużą przyjemnością.

Główną zaletą tej książki jest to, że przez całą lekturę trzyma czytelnika w niepewności. Pierwsze, oczywiste założenie jest takie, że Beth to żona Jeffreya, ale czy faktycznie autorka poszłaby na coś tak łatwego? No i co z tymi małymi niezgodnościami – Jeffrey, pomimo problemów małżeńskich do których od razu się przyznaje, nie wygląda na faceta bijącego żonę, nawet nie wie dlaczego miałaby od niego odejść. Z kolei Beth swojego męża przedstawia jako tyrana, który od kilku lat bez przerwy ją bije… Czy Jefrey może mieć aż tak inne postrzeganie własnej osoby? Czy Beth, która przyznaje się, że te imię przyjęła na czas ucieczki, faktycznie jest zaginioną żoną Jeffreya - Sabine? A może nie? Jak to wszystko się łączy? Właśnie takie pytania krążyły mi po głowie przez większą część lektury. Pod koniec, gdzieś na 100 stron przed zakończeniem, domyśliłam się połowy zagadki – patrząc na to teraz, przyznaję, że mogłam się domyśleć tego nawet wcześniej, jednak byłam tak zaabsorbowana wydarzeniami i stawianiem pytań, że jakoś mi to umknęło. Autorka sprytnie zostawia nam tropy, które prowadzą do rozwiązania, jednak robi to tak, że dopiero po fakcie zorientowałam się, że tam były. Muszę przyznać, że jako thriller książka jest świetna – wzbudza ciągłe napięcie i ogromną ciekawość, wodzi czytelnika za nos, a tempo rozwoju akcji nie pozwala się choć na chwilę zatrzymać.

Co do drugiego członku określającego gatunek, czyli domestic noir, też jestem w pełni usatysfakcjonowana. Książka porusza ten jeden z najważniejszych tematów, czyli przemoc w rodzinie, brak reakcji społeczeństwa i próbę wyzwolenia się spod jarzma oprawcy. Czytelnik poznaje małżeństwo zarówno Beth jak i Jeffreya od środka, przygląda się ile oni sami wiedzą o swoich małżonkach, jak dobrze ich znają. Beth, która przez wiele lat musiała uważać na każdy gest, każde słowo wydaje się znać swojego męża na wylot – wie co grozi jej za każde małe ‘przewinienie’ i wie, że jeśli mąż ją teraz złapie, to już raczej tego nie przeżyje. Z kolei Jeffrey okazuje się nie wiedzieć o swojej żonie prawie nic. Czy to tylko efekt zaniedbanego wieloletniego małżeństwa czy może coś więcej? Jak bardzo mogą się od siebie oddalić dwie osoby teoretycznie sobie najbliższe? Jeffrey jednak nie wydaje się złym człowiekiem, chciał ratować swoje małżeństwo, popracować nad nim, by byli szczęśliwi, tak jak dawniej… Obydwie te postacie, szczególnie jednak Beth jako ofiara przemocy, są bardzo ciekawie przedstawione, nie ma w nich zgrzytów, są dopracowane i przekonywujące. Z ogromną ciekawością śledziłam ich poczynania i nękające ich myśli.

Nie przedłużając – jestem z tej lektury ogromnie zadowolona. Dostałam tu wszystko to, co od tego gatunku oczekuję i to w naprawdę dobrym stylu. Jestem tym faktem tym mocniej zaskoczona, biorąc pod uwagę to, że poprzednią książkę autorki oceniłam naprawdę nisko. „Idealna żona” mnie wciągnęła i zaciekawiła na tyle, że nie chciałam jej odkładać póki nie dostanę odpowiedzi na swoje wszystkie pytania. Postacie były przemyślane i wiarygodne, a zarazem ogromnie tajemnicze. Po książkę sięgnęłam by się zrelaksować, odpocząć od poważniejszych lektur i oderwać od codzienności i efekt ten został osiągnięty. Jestem naprawdę usatysfakcjonowana!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Filia Mroczna Strona!

czerwca 11, 2020

"Chata na krańcu świata" Paul Tremblay

"Chata na krańcu świata" Paul Tremblay

Autor: Paul Tremblay
Tytuł: Chata na krańcu świata
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 308
Gatunek: literatura grozy

Paul Tremblay to młody, obiecujący pisarz, który już teraz na swoim koncie ma kilka nagród literackich. W Polsce kilka lat temu wydana została „Głowa pełna duchów”, teraz swoją premierę miała druga powieść pt. „Chata na krańcu świata”. Obydwie zdobyły nagrody Bram Stoker Award, która podobno jest najbardziej prestiżową nagrodą przyznawaną książkom zaliczanym do gatunku literatury grozy. Do obydwu tych tytułów zostały też już wykupione prawa do ekranizacji.

Historia „Chaty na krańcu świata” zaczyna się sielsko – Wen, 8letnia dziewczynka razem ze swoimi ojcami Andrew i Ericem wyjeżdżają na wakacje w odludne miejsce, by odpocząć od zgiełku miastowego życia. Wynajmują chatkę przy jeziorze, pośrodku lasu, w głuszy, nawet nie ma tu zasięgu. Pogoda jest piękna, ojcowie odpoczywają, Wen bawi się przed domem – zbiera koniki polne do słoika. Nagle dołącza do niej młody mężczyzna – Leonard. Miło rozmawia z dziewczynką, pomaga jej z konikami, w końcu prosi, by zawołała tatusiów, bo musi z nimi porozmawiać. Jego słowa brzmią złowróżbnie, a gdy Wen dostrzega nadchodzące kolejne trzy osoby, tym razem niosące przerażającą broń, szybko ucieka i ostrzega rodziców. Zamykają się w chacie, odmawiają wpuszczenia obcych do domu, jednak ci są nieustępliwi – muszą wejść i z nimi porozmawiać, bo inaczej skończy się świat… Obcy mają przewagę liczebną, w dodatku odcięli linię telefoniczną – rodzina Wen utknęła w chacie. Co im grozi? Czy są się w stanie obronić przez czwórką groźnych nieznajomych? I czego oni od nich chcą?!
„Twoi tatusiowie nie zechcą nas wpuścić, Wen. Ale muszą to zrobić. Powiedz im, że muszą. Nie przyszliśmy, żeby cię skrzywdzić. Musisz nam pomóc ocalić świat. Proszę.”
 Książka składa się z siedmiu rozdziałów podzielonych na kilka tytułowanych części. Narracja podzielona jest na osoby – głównie Erica, Andrew i Wen, jednak czasami do głosu dochodzą też obcy. Prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego. Narratorzy opisują aktualne wydarzenia, swoje niepokoje, a także trochę wspomnień. Styl powieści jest zrozumiały i przejrzysty, książkę czyta się dobrze.
Warto tu też od razu wspomnieć o wydaniu powieści – twarda oprawa, w środku świetne grafiki Macieja Kamudy i ciekawe odznaczenia części. Jedynie czego mi trochę zabrakło to posłowie, do którego przyzwyczaiło nas Vesper. Chętnie poczytałabym na koniec o wątku apokalipsy w literaturze na przestrzeni lat, czy może też coś więcej o samej powieści, jej znaczeniu i tematach w niej poruszanych.

Bohaterowie i akcja powieści są tu tylko niejako tłem do zagadnień w niej poruszanych. Oczywiście kreacje bohaterów są ciekawe, każda z nich ma tu jednak swoje znaczenie np. Wen symbolizuje dzieci adoptowane przez rodziny homoseksualne, ukazuje jej problemy z rówieśnikami, coś co dla niej jest całkiem normalne, dla innych takie nie jest, a to wprowadza dziewczynkę w konsternację. Z kolei jeden z jej ojców – Eric to osoba bardzo podatna na wpływy innych, łatwo przyznająca innym rację, co często powoduje ogromny mętlik w głowie jej posiadacza, brak pewności w co powinno się wierzyć. Czworo obcych to obraz fanatyków, głównie tych religijnych, bo ich jest najwięcej, choć może nie tylko. Na podstawie ich zachowań widzimy jak rozwija się psychoza, jak wspierana przez otoczenie rozrasta się do niebotycznych rozmiarów. To też obraz działania w grupie – każdy z nich na pewno w pojedynkę nie zdecydowałby się na te działania, które podejmują razem.
„Otrzymałam dowód, że gdzieś tam istnieje coś większego niż ja, większego niż my, coś wykraczającego poza codzienność, i to coś komunikowało się ze mną, mówiło, co robić. Macie pojęcie, jak słodkie jest całkowite oddanie się czemuś bez reszty?”
Ciekawym tematem, który mocno podkreślany jest w książce, jest niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą internet, dla ludzi mających problemy psychiczne. Sieć pełna jest różnych teorii spiskowych, a dzięki portalom społecznościowym, forum dyskusyjnym zyskuje dodatkowych wyznawców. Tam osoby niezrównoważone mogą wspierać się w swoich wymysłach, umacniać je, pogłębiać i nakłaniać do działania. Zamiast szukać pomocy w najbliższym otoczeniu, szukają zrozumienia w sieci. To często prowadzi do fatalnych skutków jak np. strzelaniny w szkołach.
„…czytał o typowym dla dwudziestego pierwszego wieku kryzysie psychicznym: coraz więcej ludzi cierpiących na omamy paranoidalne odcina się od rodzin i znajomych. Ludzie ci szukają wsparcia emocjonalnego w Internecie, gdzie znajdują setki, a nawet tysiące sobie podobnych (którzy często określają siebie mianem „osób nękanych”, ON). Odnajdują się w mediach społecznościowych i na forach ogłoszeniowych. Osoba cierpiąca na omamy nie usłyszy w sieci, że cierpi z powodu zmian chemicznych w mózgu czy wadliwego funkcjonowania połączeń synaptycznych, nikt nie zarzuci jej choroby psychicznej. Grupy online wzmacniają i potwierdzają omamy, ponieważ inni członkowie przeżywają to samo.”
Czwórka obcych nakręcana jest wizją apokalipsy. To temat znany praktycznie od zarania dziejów, już Biblia ogłasza przecież nadejście apokalipsy. I to właśnie z tej historii po części ci bohaterowie się biorą – są jak czterech jeźdźców apokalipsy, niosących mroczne proroctwa i kolejne fazy zniszczenia. To też gra na jednym z największych strachów ludzkości – nadciągający koniec świata. Poza tym jest tu też zabawa z człowiekiem wybranym, tym który może zbawić ludzkość.
„Scenariusze końca świata, choćby nie wiadomo jak ponure i mroczne, pociągają nas, ponieważ idea końca ma dla nas sens. Pomijając oczywisty, szeroko dyskutowany fakt, że sycimy własny narcyzm, wyobrażając sobie, że spośród miliardów ludzi, którzy zginą, akurat my zdołamy przetrwać, Andrew twierdził, że bycie świadkiem początku końca i unicestwienie wraz ze wszystkim i wszystkimi mają niezaprzeczalny urok. Drocząc się ze studentami i wywołując zmarszczenie niejednego czoła, mówił: ‘W ziarnach lęku i ekstazy, jakie budzi kres czasu, kryją się kiełki wszystkich zorganizowanych religii.’”
Poza tymi dużymi tematami, sporo jest też tu bardziej przyziemnych kwestii jak wspomniane już wychowanie dziecka w rodzinie homoseksualnej, czy sama akceptacja homoseksualistów przez otoczenie. Miłość, rodzina, więzy, zaufanie, możliwości wyboru i religia to tylko kilka z tego typu tematów.
„Żywił irracjonalną nadzieję, że może odkładać dzień, gdy córka pojmie, że okrucieństwo, ignorancja i niesprawiedliwość są filarami porządku społecznego równie nieuniknionymi jak pogoda.”
Niemniej jednak książka zaliczana jest do literatury grozy, więc trzeba tu też wspomnieć o napięciu, jakie powinna wywoływać w czytelniku. I owszem, wywołuje, szczególnie pierwsza część, przed wkroczeniem obcych do domu. Później robi się coraz bardziej absurdalnie, jednak nie w złym tego słowa znaczeniu – książka wciąga swoją dziwnością. Niestety jakieś ostatnie ¼ książki nastrój trochę się rozwiewa – za dużo tu rozważań, za mało działania. Trochę mi się tej końcówki nie chciało czytać, było nudnawo. Szkoda, bo gdyby książka skończyła się jakimś mocnym akcentem, to na pewno zyskałaby mój entuzjazm.
„Domyślam się, jak bardzo musicie się denerwować naszą nagłą wizytą. To zrozumiałe. Dla nas też nie jest to łatwe. Jeszcze nigdy nie znajdowaliśmy się w takim położeniu. W całej historii ludzkości nikt się w nim nie znajdował.”
Podsumowując, „Chata na krańcu świata” to literatura grozy biorąca sobie na cel wskazanie kilka zagrożeń, jakie w aktualnych czasach stanowią dla siebie nawzajem ludzie i ich nieposkromione wymysły. To wizja spełniania się ludzkich największych lęków – końca świata, osaczenia, sytuacji bez wyjścia. To historia o tym jak przyjemne, sielskie wakacje, o których pewnie marzy każdy z nas zmieniają się w piekło. To tam kończy się dla bohaterów świat, jaki do tej pory znali. To historia ciekawa, wciągająca, której jednak czegoś na końcu zabrakło, żebym mogła uznać ją za pełną. Brakuje jakiegoś konkretnego podsumowania, jak na wydarzenia z całej książki, koniec jest za bardzo nijaki. Szkoda, niemniej jednak przez większą część historii bawiłam się dobrze.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vesper!

czerwca 10, 2020

"Powódź" Paweł Fleszar

"Powódź" Paweł Fleszar

Autor: Paweł Fleszar
Tytuł: Powódź
Data premiery: 24.10.2019
Wydawnictwo: Księżny Młyn Dom Wydawniczy
Liczba stron: 212
Gatunek: kryminał

„Powódź” to debiut literacki Pawła Fleszara na rynku wydawniczym. Wcześniej tylko w formie ebooka autor udostępnił książkę pt. „Wyśniona jednostka”, a w grudniu 2019 roku ukazała się antologia opowiadań kryminalnych wydana z okazji konkursu „Kryminał na 100-lecie AGH”, gdzie można było znaleźć jego opowiadanie.
Na co dzień autor jest dziennikarzem sportowym, prowadzi także stronę internetową sportkrakowski.pl.

Akcja powieści „Powódź” rozpoczyna się, gdy Kris, około 40letni żołnierz dowiaduje się o samobójstwie swojego przyjaciela z młodości. Razem z jego ojcem wybiera się do Krakowa, by rozmówić się z policją i zidentyfikować zwłoki. Po przyjeździe policjant prowadzący sprawy pokazuje im list Kuby, który spisał na odwrocie zdjęcia dziewczyny – prawdopodobnie zaginionej Zuzy, o której na wstępie wspomina. Kris czując, że jest coś przyjacielowi winny postanawia odnaleźć Zuzę i dowiedzieć się co przez te lata bez kontaktu się z nim działo. Zostaje w Krakowie na kilka dni, próbuje szukać na własną rękę, bardzo szybko też zyskuje dwóch pomocników… Gdzie zaprowadzi ich to śledztwo? A wszystko to toczy się na tle coraz mocniej zalewanego deszczem Krakowa…

Książka podzielona jest na 7 dni śledztwa. Każdy z nich otwiera kartka z kalendarza, później kilka (najczęściej 3) fragmentów z artykułów prasowych dotyczących zagrożenia powodziowego w Krakowie oraz tematów powiązanych ze śledztwem – o samobójstwach, darknecie czy filmach snuff. Później zaczyna się część właściwa – akcja powieści rozpisana na krótkie rozdziały. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, przedstawiona jest z punktu widzenia Krisa. Ze stylem powieści mam problem – niby wszystko jest ok, wszystko jest poprawne, jednak nie czułam tu żadnej, że tak powiem, chemii. Zabrakło mi tu jakiegoś pisarskiego polotu, a zdania wydawały mi się trochę sztuczne.

Co zatem na plus? Na pewno tematy, które autor sygnalizuje w powieści – zagrożenia jakie niesie ze sobą internet, nielegalna sprzedaż w darknecie, handel ludźmi, samobójstwa. To sprawy poważne, o których ciągle wie mniej osób niż powinno.
Ciekawy pomysł miał też autor na głównego bohatera – Kris to wojskowy, który był swego czasu na misji, jednak został z powrotem odesłany do jednostki. Ma kilkuletniego syna i żonę, z którą chwilowo mu się nie układa. Gnany wyrzutami sumienia za grzechy przeszłości, po których rozsypała się jego przyjaźń z Kubą, za wszelką cenę chce dowiedzieć się co się stało z dawnym przyjacielem, dlaczego skoczył z okna…
Co do innych bohaterów, to tak jak Kamil, haker, jest również przyzwoitą postacią, tak postać kobieca Mariki jakoś mi się nie zgrywała. Raz zachowywała się jak 12letnia dziewczyna, raz jak 30letnia kobieta, przez co jej obraz mam trochę niespójny, a przez to wzbudzający irytację.

Podczas śledztwa Kris często wraca myślami do dzieciństwa – zabawy w Indian, która przerosła w coś większego, duże zainteresowanie tym tematem u obydwu chłopców, dzięki któremu mieli swój tajny kod. Jest tu też trochę o koncertach, muzyce czy tekstach Beksińskiego.

Trzeba tu też wspomnieć o Krakowie i powodzi. Kraków został przez autora bardzo dokładnie oddany – nie tylko miejsca, ale i smaki, zapachy. Im dalej sięga śledztwo, im mroczniej się robi, tym zagrożenie powodzią miasta jest coraz większe – już zalewa mosty, już woda wtarga na ulicę. Dopiero po finalnej scenie woda zaczyna się cofać – to takie dosyć symboliczne znaczenie.

Niestety mimo tych wszystkich plusów ja jakoś nie umiałam odnaleźć się w historii, podejrzewam, że głównym winowajcom jest tu wspomniany wcześniej styl. Książka nie wzbudziła we mnie żadnych emocji prócz lekkim niesmakiem przy miłosnych uniesieniach głównego bohatera. Było mi raczej obojętne co się stanie, historia mnie nie wciągnęła, mimo że potencjał był. Zakończenie wydawało mi się też trochę za bardzo wydumane. Gdyby nie moja obietnica dana autorowi, że książkę przeczytam – raczej bym jej nie skończyła. Jednak ja jestem pod tym względem bardzo wybredna, książka ogólnie zbiera pozytywne recenzje, a i wcześniejsze przykłady książek, których ja doczytać nie umiałam („Szlam” czy „Zatrutka”), a które naprawdę są chwalone przez innych czytelników, mogą dać nadzieję, że może akurat Wam książka do gustu przypadnie. Ja jednak mówię jej mimo wszystko ‘nie’.

Moja ocena: 5/10

czerwca 09, 2020

"Miłość i inne obsesje" Liane Moriarty

"Miłość i inne obsesje" Liane Moriarty

Autor: Liane Moriarty
Tytuł: Miłość i inne obsesje
Tłumaczenie: Katarzyna Rosłan
Data premiery: 03.06.2020
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 544
Gatunek: literatura obyczajowa

Liane Moriarty to australijska pisarka, której światową sławę przyniosła książka „Wielkie kłamstewka”. Na jej podstawie kilka lat temu powstał serial w gwiazdorskiej obsadzie o tym samym tytule. I to właśnie od tej książki i tego serialu rozpoczęła się moja miłość do autorki.
„Miłość i inne obsesje” to nowe wydanie książki, która w Polsce pojawiła się po raz pierwszy w 2012 roku pod tytułem „A teraz śpij” nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Jako fanka autorki oczywiście lekturę tej powieści miałam już dawno za sobą – trzy lata temu oceniłam ją na 8/10 i po ponownej lekturze oceniam ją dokładnie tak samo.

„Miłość i inne obsesje” to historia niecodziennego trójkąta miłosnego. Jest tu Ellen, z zawodu hipnoterapeutka, która w wielu 35 lat ciągle jest sama. Umawia się na randkę z Patrickiem, wdowcem i ojcem 8letniego Jacka. Spotkanie jest udane, znajomość się rozwija. Ich związek jednak nie jest całkiem normalny, gości w nim jeszcze ktoś trzeci – Saskia, była dziewczyna, teraz stalkerka Patricka. Kobieta obserwuje ich z ukrycia, podąża za nimi krok w krok, dręczy mężczyznę smsami i listami… Do czego jeszcze się posunie? Dlaczego Patrick nie chce zgłosić nękania na policję? Czy coś ukrywa?
„… im dłużej była poza Sydney, tym bardziej pragnęłam znowu ich zobaczyć. Patricka i Ellen. W czwartek obudziłam się wcześnie, żadna wiedzy. Co teraz robili? Czy został u niej na noc? A może ona u niego? Odczuwałam fizyczne pragnienie, by się tego dowiedzieć. Dosłownie głód.”
Książka składa się z 28 rozdziałów. Każdy z nich poprzedzony jest cytatem z życia Ellen – a to dotyczy jej pytań zadawanych Google, a to z jej przemówień jako hipnotyzerki, a również i jej motywacyjnych karteczek porozmieszczanych w jej własnym domu. Narracja podzielona jest na dwie osoby – Ellen wypowiadającej się w trzeciej osobie czasu przeszłego i Saskię w pierwszej osobie tego samego czasu. Kobiety przedstawiają wszystkie wydarzenia ze swoich punktów widzenia, opisują odczucia, więc dokładnie wiemy co każda z nich sobie myśli i jakie są ich motywacje. Styl powieści jest bardzo przyjemny, lekki, momentami bardzo zabawny. Uwielbiam go, myślę, że w dużej części to właśnie za ten styl bardzo lubię książki autorki.
„Nie chodzi o to, że chciałabym z nią iść do łóżka. Nie, chciałabym tylko wszystko o niej wiedzieć. Chcę na nią patrzeć w każdej możliwej sytuacji. Chciałabym wejść do wnętrza jej głowy i jej ciała. Chciałabym nią być. Choćby przez jeden dzień.”
Właśnie te dwie wymienione kobiety, narratorki są w powieści najważniejsze. Poznajemy Ellen, 35letnią kobietę, która do tej pory tak naprawdę była dosyć wycofana z życia, przez co jej pojęcie o partnerstwie jest dosyć wyidealizowane. Sama miała nieszablonowe dzieciństwa, co prawdopodobnie wpłynęło na to, że stała się tradycjonalistką. Ellen wierzy w moc psychiki, podświadomości, jest bardzo dobra w swoim fachu. Niemniej jednak w praktyce nie jest już tak mądra i opanowana – nawet ona czasami nie potrafi zapanować nad własnymi emocjami.
„Może wszyscy dorośli byli tylko dziećmi, starannie przebranymi za dorosłych. Może to było w dorosłym życiu nieuniknione.”
Najbardziej frapującą i ciekawą pod względem psychologicznym postacią jej Saskia – stalkerka. Dzięki temu, że część narracji przedstawiona jest z jej punktu widzenia, czytelnik może obserwować jak obsesja się pogłębia, jak kobieta to sobie wszystko tłumaczy, jak wygląda to od środka. Saskia wcale nie uważa się za stalkerkę, ma cel, ma motyw, wie czego chce, a przynajmniej tak myśli. Jednak przychodzą momenty, kiedy spada jej zasłona z oczu i wie, że to co robi jest nie w porządku. Jak to wszystko się skończy? Czy jej obsesja doprowadzi do tragedii?
„Nigdy nie rozumiałam alkoholików ani hazardzistów. Po prostu nie rób tego, myślałam sobie, kiedy słyszałam o kimś, kto rujnuje sobie życie głupim nałogiem. Ale teraz rozumiem. To tak, jakby kazać komuś przestać oddychać. Po prostu przestań oddychać, a twoje życie wskoczy z powrotem na właściwy tor. Więc wstrzymaj oddech na tak długo, jak dasz radę, ale nie minie dużo czasu, a będziesz łapczywie chwytał powietrze. Wiem, że jestem żałosna. Co z tego. Po prostu fizycznie nie potrafię przestać.”
Oprócz głównego tematu stalkingu i jego psychologicznego wytłumaczenia, książka porusza naprawdę ogromną ilość tematów. Już samo zagadnienie dotyczący hipnozy, hipnoterapii jest niezwykle ciekawe i bardzo dokładnie opisane. W sumie przed pierwszą lekturą tej powieści, nawet nie myślałam, że taki zawód istnieje, choć i na mojej półce stają książki o ludzkiej podświadomości… Książka przypomina o tym, jaką każdy z nas ma w sobie moc.

W książce dostajemy też dobry obraz rozwoju związku – do pierwszej randki, pierwszego zachłyśnięcia się znajomością, poprzez ekscytację spełnienia marzeń, pełnię szczęścia, aż po irytację, którą wzbudza konieczność pójścia na kompromis i zmiany swojego życia tak, by dopasowane było nie tylko do nas, ale i do osób, które żyją pod naszym dachem.  Dzięki temu powieść uświadamia nam, że nie ma czegoś takiego jak związek idealny, zawsze prędzej czy później pojawiają się jakieś zgrzyty, nad którymi trzeba pracować lub je po prostu zaakceptować.
„Oto jak powinno odczuwać się miłość – prosto, spokojnie i zabawnie. Oczywiste. Nie ma tu czego analizować. Pomyślała, że nigdy dotąd w ten sposób nie kochała i nie była kochana. Wszystkie poprzednie związki wydawały się zaledwie kiepską imitacją prawdy.”
Kolejnym ważnym tematem jest rozpad związku a śmierć. To ciekawe spostrzeżenia Saski – rozpad związku, który odczuwany jest tylko przez jedną stronę, to coś podobnego do śmierci partnera, tylko jakby gorsze – w końcu nie przysługuje porzuconemu prawo do żałoby, rozpaczy czy czasu na dochodzenie do siebie. Dodatkowo nad porzuconą wisi dały czas możliwość wpadnięcia na dawnego partnera - w końcu on żyje, co powoduje kolejny nawrót tęsknoty i wspomnień. Jak sobie z tym poradzić, jak wrócić do codzienności, do samotnego życia, gdy tak naprawdę się tego nie chce?
„Dotarła do niej przerażająca świadomość, że takie rzeczy się zdarzają – właśnie takie, bezustannie, codziennie. Ludzie umierają, giną dzieci – w głupich, idiotycznych wypadkach, trwających dosłownie ułamki sekund, podczas gdy ty dalej oddychasz, twoje serce dalej pompuje krew i wszystko zostaje jak dawniej, po staremu. To, co nieakceptowalne, właśnie się zdarzyło i świat oczekuje, że to zaakceptujesz.”
Jeszcze jednym, może nawet poważniejszym tematem jest zagadnienie dotyczące macierzyństwa. Saskia opiekowała się przez trzy lata mały Jackiem w tym kluczowym momencie dla dziecka – od roku do 4 lat, gdzie kształtuje się jego zachowanie, jego osobowość. To głównie ona o niego dbała, pilnowała odżywiania, kontaktów z rówieśnikami. Jak poradzić sobie z nagłym zerwaniem kontaktów? Jednego dnia jest praktycznie matką dla małego dziecka, drugiego ma być obcą osobą? To chyba jeszcze gorsze od porzucenia przez partnera – jak przeboleć taką stratę? Co czyni kobiety matkami? Czy nie troska i codzienna opieka, miłość?
„Kiedy przekracza się granicę między opiekunką a matką? Jeśli pilnujesz dziecka przez parę godzin, to z całą pewnością nie stajesz się od razu matką. Tylko dlatego, że wykąpałaś je i nakarmiłaś. To samo, jeśli robisz to przez tydzień. Albo miesiąc. Ale rok? Dwa lata? Trzy? Czy istnieje punkt, w którym się tę linię przekracza? A może nie ma żadnej linii prócz tej prawnej – tej, pod którą podpisujesz się na dokumentach adopcyjnych? Naturalnie rodzice nawet po latach mogą odebrać dzieci oddanej do adopcji.”
Te i jeszcze wiele innych zagadnień porusza właśnie ta powieść. Całość ubrana jest w bardzo przyjemny lekki styl, przez co tematy nie przytłaczają, ale dają do myślenia. Bohaterowie są świetnie wykreowani, nikt tu nie jest bez skazy, jak w życiu. Dodatkowo świetny wgląd w psychikę stalkera i opowieść o pracy hipnoterapeuty czynią z tego tytułu książkę naprawdę wartą uwagi. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o akcji powieści, która im dalej w lekturę, tym bardziej jest niepokojąca, wciąga i mocno ciekawi. Dla fanów thrillerów psychologicznych jest tu też kilka ciekawych i niespodziewanych zwrotów akcji. Ja książkę czytałam z największą przyjemnością, to idealna lektura na weekend.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova!


czerwca 07, 2020

"Zapłacz dla mnie" Piotr Borlik

"Zapłacz dla mnie" Piotr Borlik

Autor: Piotr Borlik
Tytuł: Zapłacz dla mnie
Cykl: Jakub Ramon, tom 1
Data premiery: 02.06.2020
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 416
Gatunek: kryminał

O Piotrze Borliku zrobiło się głośno rok temu w marcu, gdy na rynku ukazał się pierwszy tom jego kryminalnej trylogii pt. „Boska proporcja”. Całość zachwycała nie tylko genialną, oryginalną okładką, ale i oczywiście, a przede wszystkim treścią – ciekawi pod względem psychologicznym bohaterowie, przemyślane motywy, filmowe zbrodnie, wszystko to ujęte w fajnym, lekkim, trochę ironicznym stylu. Takie kryminały aż chce się czytać. Wiem, że część czytelników zarzucała autorowi czerpanie motywów i cech charakterów bohaterów z innych powieści, jednak według mnie nie należy zaliczać tego jako minus – nie było to tak zwane zżynanie, a przyjemne nawiązanie do innych powieści tego gatunku, czasami pewnie nawet nieświadomie. Niemniej jednak całość według mnie wypadała oryginalnie.
Teraz, prawie rok po premierze ostatniego tomu autor powraca do nas z całkiem inną powieścią – też kryminałem, ale jakże innym od poprzednich! I tu też z głównym bohaterem miałam pewne skojarzenia – dosyć odległe, ale jednak. Skojarzenia przyjemne, więc książkę czytało mi się jeszcze lepiej niż myślałam!

Główna akcja powieści toczy się w 2020 roku. Na sopockiej plaży znalezione zostało ciało 18letniej dziewczyny. Niedaleko niej siedział Patryk, jej znajomy ze szkoły, z podrapaną szyją. Chłopak był w szoku. Nie powstrzymało to jednak policji przed szybkim aresztowaniem i postawieniem zarzutów. Sprawa przyciąga uwagę pewnej gazety, która do tej pory raczej nie wypowiadała się za wiele w tym temacie. Nagle jej właściciel zażądał, by temat został potraktowany priorytetowo. Właśnie przez to młodej niedoświadczonej dziennikarce Asi Jaworskiej przychodzi przejąć inny temat od bardziej doświadczonego kolegi – właśnie z więzienia, po 19 latach odsiadki, wychodzi Jakub Ramon, były policjant, który skazany został za zamordowanie swojego partnera na służbie. Szybko okazuje się, że sprawa nie jest tak prosta jak się wydaje – wokół skazania sprzed 19 lat panuje dziwna, nieprawdopodobnie wręcz cisza, a nagłe zwolnienie dwa lata przed czasem również wzbudza konsternację. Nikt jednak prócz Asi nie wygląda zainteresowany tematem… Dlaczego? Co stało się 19 lat temu? Dlaczego Ramon właśnie teraz wychodzi z więzienia i pierwsze co robi, to wplątuję się w sprawę Patryka?
„Chcę widzieć skruchę. Chcę widzieć twoje łzy. Zapłacz dla mnie.”
Książka składa się z prologu z roku 2001 oraz akcji głównej rozpisanej na 25 rozdziałów. Na samym końcu książki znajduje się przepis kulinarny na gulasz po staropolsku według Wilkowicza – Borlik już w Boskiej Proporcji często sięgał po kulinarne wstawki, więc ten przepis to niejakie oczko puszczone do czytelnika, kontynuacja tamtych zachwytów.
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, podąża w przeważającej większości za Ramonem i Asią. Styl, tak jak w Boskiej Proporcji, jest ciekawy, przyjemny i lekko ironiczny. Książkę czyta się z ogromną przyjemnością.

Jednym z głównych atutów powieści jest na pewno postać Jakuba Ramona. Kiedyś młody, dobry policjant, lekko rozczarowany zawodem i niskimi zarobkami, teraz już na zawsze skazaniec, który lepiej zna rzeczywistość więzienną niż prawdziwe życie na wolności. Tam musiał być twardy, nie okazywać uczuć, dokładnie obserwować otoczenie i szybko wyciągać wnioski. Te doświadczenia na pewno teraz pomagają mu w misji, jaką ma do wykonania, jednak czy tak na dłuższą metę nie ściągną na niego kłopotów? Przez 19 lat mężczyzna mocno trzymał się tego kim jest, mimo że musiał prawdę o sobie ukrywać, nigdy nie zapomniał. Na wolności jednak jest inaczej, okoliczności też są inne. Czy udało mu się odnaleźć, spełnić zadanie, pozostać na wolności a nawet utrzymać się przy życiu? Ramon zaskakuje swoją spostrzegawczością, to w głębi tak naprawdę dobry, ale równocześnie twardo stąpający po ziemi facet. Z drugiej strony cały czas czytelnik nie wie dlaczego mężczyzna tak naprawdę wyszedł i po której ostatecznie jest stronie. Czego chce? Jaką ma misję? Kim jest naprawdę? Kiedy udaje, a kiedy pokazuje swoje prawdziwe oblicze? To tylko niewiele pytań jakie wzbudza ta postać. On też na przestrzeni całej powieści przechodzi największą wewnętrzną przemianę. Naprawdę bardzo ciekawa postać!

Z drugiej strony mamy Asię, młodą dziennikarkę, której głowa pewna jest ideałów. Dziewczyna bądź co bądź jest uparta, mimo tego że pakuje się w kłopoty, nie odpuszcza tematu, dąży do prawdy. Czy to warte swojej ceny? Czy warto ślepo dążyć za tematem nawet kiedy na szali stawia się własne życie?
Bardzo lubię kryminały oparte na dziennikarskich śledztwach – tu mamy pół na pół – obserwujemy śledztwo Asi i śledztwo Jakuba. Obydwa są bardzo ciekawe, te Jakuba na pewno jest dużo bardziej niejasne i brutalne, jednak to śledztwo Asi wzbudzało mój większy entuzjazm – właśnie ze względu na to, że fabuła oparta na niej toczy się w dziennikarskim środowisku, w redakcji, gdzie wpływy właściciela, redaktora i starszych kolegów cały czas się przecinały. Tu liczy się dążenie do prawdy, nieważne jak niewygodna i szokująca by była.

Co do sprawy morderstwa, to rozkręca się dosyć spokojnie, mimo że wygląda niepozornie, jest dosyć skomplikowana i zaskakująca – nie dałam rady domyślić się rozwiązania. Zamordowaną jest dziewczyna pozornie z bogatego domu, o reputacji egoistycznej, rozwydrzonej puszczalskiej, jednak jak wykazała sekcja – dziewicy. Co w takim razie kryło się za tą krzykliwą powłoką? Czy dziewczyna miała jakieś problemy? Jak doszło do tego, że wylądowała bez życia na sopockiej plaży?

W powieści świat zwyczajnych ludzi przeplata się ze światem gangsterów. To brudny, mroczny, pełny przemocy świat, gdzie pieniądz ma największą wartość, nim da się załatwić wszystko. No dobra, zostają też groźby. To świat, gdzie nie liczą się empatia i dobroć, a kobieta sprowadzona jest do funkcji zaspokajającej facetów zabawki. Tu wszyscy są skorumpowani lub zastraszeni, a ci silni i źli dostają czego chcą. W ten świat 19 lat temu wciągnięty został Ramon, teraz wplątuje się w niego Asia? Czy wyjdą z tego bez szwanku? Zachowają swoje ‘ja’?

Książka porusza tez sporo trudnych tematów na temat młodzieży, jednak nie chcę ich tu dokładnie omawiać, by nie zdradzić za wiele z fabuły. Mam nadzieję, że wystarczy Wam to co już napisałam oraz moje zapewnienie, że historia mocno wciąga i ciekawi – ja całą książkę przeczytałam w jeden dzień. To bardzo dobry kryminał, mimo tego, że wspominek o jedzeniu jest tu zdecydowanie mniej, to jednak książka podobała mi się jeszcze bardziej niż trylogia. Zakończenie było mocne, dosyć mnie zszokowało, dlatego tym bardziej jestem ciekawa, co autor zaproponuje nam w drugim tomie o losach Ramona. Na pewno będę ich wypatrywać z niecierpliwością!

Ps. A z przepisu na gulasz Wilkowicza na pewno skorzystam i napiszę Wam o efektach 😊

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

czerwca 06, 2020

"Czerń" Małgorzata Oliwia Sobczak

"Czerń" Małgorzata Oliwia Sobczak

Autor: Małgorzata Oliwia Sobczak
Tytuł: Czerń
Cykl: Kolory zła, tom 2
Data premiery: 06.05.2020
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 448
Gatunek: kryminał

Niecały rok temu polskim rynkiem literatury kryminalnej wstrząsnął debiut w tym gatunku Małgorzaty Sobczak pt. „Czerwień”. Ja podeszłam do książki trochę mniej entuzjastycznie niż większość, czytało mi się ją dobrze, widziałam potencjał autorki, ale też nie wszystkie momenty powieści mnie zadowoliły – miałam do niej kilka ‘ale’. Całą jej recenzję możecie przeczytać tu – klik! Niemniej jednak od razu założyłam, że drugą część też przeczytam, choćby po to by sprawdzić czy zadowala mnie bardziej czy mniej niż część pierwsza – to właśnie drugi tom miał ugruntować moje zdanie o książkach autorki. Już opis zapowiadał się dobrze – tym razem sprawa toczy się na kaszubskiej wsi. Jednak czy osadzenie akcji w ciekawym, klimatycznym miejscu wystarczy by mnie w pełni zadowolić?

Historia opisana w „Czerni” toczy się kilka miesięcy po sprawie z „Czerwieni”. Prokurator Bilski ciągle nie całkiem poradził sobie z przeżyciami, jaki towarzyszyły mu podczas finału dochodzenia. Nie pomaga mu też fakt, że po krótkim urlopie został przeniesiony z Sopotu do Kartuz, spokojnie miejscowości, w której praktycznie nic się nie dzieje…
W tym samym czasie w Sopocie asesor Anna Górska, która wcześniej współpracowała z Bilskim, dostaje sprawę zaginięcia 13letniej dziewczynki. Policja nadała jej niski priorytet, dziewczynka już wcześniej nie wracała na noc do domu. Anna jednak od początku czuje, że za sprawą kryje się coś więcej. Gdy dowiaduje się, że zaginiona często odwiedzała babcię w Kartuzach, prosi Bilskiego o pomoc. Po kilku dniach i w Kartuzach dochodzi do zaginięcia dziecka – tym razem jest to kilkuletni syn pisarki, która dopiero co wróciła w rodzinne strony po długim pobycie w USA. Dzieci na pierwszy rzut oka nic nie łączy, więc czy to tylko zbieg okoliczności, że ta dwójka zaginęła w przeciągu jednego tygodnia?
„Na płaszczyźnie przestępczej nie istnieją przypadki, są jedynie tropy kształtujące mapę zbrodni.”
Książka składa się z wielu krótkich rozdziałów. Akcja powieści toczy się nielinearnie – aktualne wydarzenia w 2014 roku przecinają się z wydarzeniami z lat poprzednich sięgając nawet do lat 70tych XX wieku. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, historia przedstawiona jest z wielu punktów widzenia – zarówno Bilskiego, Anny, Julii, jak i porwanych dzieci. Styl powieści jest uważny, narrator zwraca dużą uwagę na szczegóły. Opisuje przeżycia wewnętrzne bohaterów, jak i najbliższe otocznie.

Muszę przyznać, że przeniesienie akcji powieści do Kartuz było strzałem w dziesiątkę. Sama autorka przeprowadziła się w te tereny dwa lata temu, dużo dowiadywała się o historii, spędzała czas na świeżym powietrzu – i to w powieści widać.
„Uwielbiał przyrodę. Nic innego nie dawało mu takiej radości. Siły witalne, energia, odporność. To wszystko jej zasługa. Jak zdrowie szwankuje, to znaczy, że człowiek ma za mało kontaktu z naturą, że w domu za dużo siedzi, przez telewizorem, w internecie. Wystarczy wyjść na dwór, skupić wzrok na detalu, wsłuchać się w świat, chwilę pobyć tu i teraz.”
 Historia toczy się w małej, klimatycznej miejscowości, gdzie bliskość natury koi zszarpane nerwy bohaterów, a dawne wierzenia mieszkańców przeplatają się z mocno osadzoną religią chrześcijańską. Bardzo się cieszę, że autorka sięgnęła do tych tradycji, wykorzystała je, by zbudować na nich własną opowieść. Bardzo lubię takie zabiegi, podoba mi się, jak historia czerpie z prawdziwych wierzeń i mitów, a i uwielbiam kryminały osadzone w małych, klimatycznych miejscowościach, gdzie zbrodnia wzbudza dużo intensywniejsze odczucia niż w wielkich miastach.
„Życie zgodnie z naturą. Spokój. To najbardziej cenił w Kaszubach. Blisko wielkich miast, ale jednak na uboczu – wokół lasy, jeziora, dzikie zwierzęta.Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze z płuc. Tu nawet oddychało się inaczej. Powietrze czyściutkie, pełne jodu znad morza.”
Co do samej zbrodni, to temat zdecydowanie nie należy do łatwych. Kiedy w fabułę wciągnięte zostają dzieci, wykorzystana zostaje ich naiwność, a niewinność bezpowrotnie odebrana, powieść odbiera się dużo mocniej niż kiedy sprawa dotyczy tylko dorosłych. Zbrodnie na dzieciach to czyn najpotworniejszy ze wszystkich, a tutaj cały problem przedstawiony jest z dużym wyczuciem, bardzo przejmująco, choć całkiem rzeczowo.
Oprócz samej zbrodni pojawia się tu też problem pedofilii i wykorzystywania seksualnego dzieci, przymykania na to oka przez otoczenie, wiara w dorosły autorytet, a nie wymysły dzieci. Wydarzenia z powieści na pewno uwrażliwiają czytelników na ten problem, uświadamiają, że takie coś może dziać się wszędzie, trzeba zwracać na to uwagę, trzeba zauważać i nie bagatelizować dzieci, nawet tych z wybujałą wyobraźnią.
„Czy naiwność stanowiła wystarczające usprawiedliwienie?”
Na koniec warto też wspomnieć o bohaterach. Tak jak w pierwszym tomie Bilski wydawał mi się trochę nijaki, tak tutaj zdecydowanie się rozwinął – teraz jest mężczyzną po przejściach, który nie do końca poradził sobie z traumatycznymi przeżyciami, nie wie co zrobić z własnym życiem, jest mocno zagubiony. Nie wpływa to jednak na jego styl prowadzenia śledztwa – dalej wyrywa się przed policjantów, dalej jest na pierwszej linii ognia. Ma żelazne zasady i praktyczne podejście. Tylko co z tego, kiedy wracając do brzydkiego wynajętego mieszkania nie widzi sensu własnego życia?
„Prokuratora Kartuzy brzmiało jak ponury żart. Wcześniej, gdy się legitymował, pęczniał z dumy. Wystawiał asa z rękawa. Rozmówcy bieleli na twarzy. Wygrywał rozdanie. Teraz poczuł, jakby sam zdzielił siebie w twarz.”
Anna za to całkiem inaczej radzi sobie z traumą – całkowicie zatraca się w pracy, prze do przodu, poświęca życie prywatne dla życia zawodowego. Jest mocno skupiona na każdym kolejnym zadaniu, wykonuje je w dwustu procentach. Muszę przyznać, że tych dwóch bohaterów zdecydowanie bardziej polubiłam, kiedy ich drogi zostały rozdzielone. Dopiero teraz obydwoje zyskali konkretne charaktery.
Fajną postacią jest też Julia, pisarka, która właśnie wróciła z USA do rodzinnej miejscowości. Bardzo lubię, kiedy fabuła kręci się wokół pisarzy, to dla mnie zawsze dodatkowy atut. Julia nie miała łatwego życia, jej dzieciństwo nie było usłane różami – nie zdradzam nic więcej, bo to postać, której przeszłość odkrywamy we fragmentach z dawnych lat. Powiem jedynie, że jest to postać złożona, niejednoznaczna i głęboka.

Mogłabym pewnie jeszcze dalej zachwycać się nad powieścią, jednak myślę, że tyle wystarczy, by przekonać Was do sięgnięcia po lekturę i wyrobienia sobie własnego zdania na jej temat. Jeśli jednak lubicie ciekawe postacie z mroczną przeszłością, akcję, której początki osadzone są w dawnych czasach, a także klimat małych miasteczek żyjących w zgodzie z naturą i dawnymi wierzeniami to gwarantuję, że będziecie zadowoleni! Ja naprawdę jestem tym tomem bardzo pozytywnie zaskoczona i teraz już bezsprzecznie z ogromnym entuzjazmem czekam na tom trzeci!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.!


czerwca 01, 2020

"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood

"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood

Autor: Margaret Atwood
Tytuł: Opowieść podręcznej
Cykl: Opowieść podręcznej, tom 1
Tłumaczenie: Zofia Uhrynowska - Hanasz
Data premiery: 17.04.2017
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura piękna - antyutopia

Wszyscy dobrze wiemy, że Margaret Atwood wielką pisarką jest. Pochodzi z Kanady, często sięga po tematykę feministyczną. Jest również poetką, krytyczką literacką oraz aktywistką ekologiczną i społeczną. Bez dwóch zdań jej najbardziej znaną powieścią jest „Opowieść podręcznej”. Oryginalnie wydana została w 1985, rok później została jej przyznana nagroda Bookera. W 1990 roku książka została zekranizowana, a dwa lata później po raz pierwszy ukazała się w Polsce. Wznawiana kilka razy, ostatnio zrobiło się o niej głośno ponownie w 2017 roku przy okazji premiery serialu powstałego na jej podstawie. Teraz w 2020 roku książka została wznowiona ponownie przy okazji premiery drugiego tomu opowieści pt. „Testamenty”.
Ja „Opowieść podręcznej” poznałam 3 lata temu właśnie dzięki serialowi. Od razu wskoczył na listę moich ulubionych ekranizacji na małym ekranie, uważam go za jeden z najlepiej zrealizowanych seriali ostatnich lat. W sumie od końca pierwszego sezonu chciałam zapoznać się również z książką – w końcu to oryginał historii. Jednak dopiero teraz, gdy przez pandemię premiera kolejnego sezonu została przesunięta, moja tęsknota za tym światem była tak duża, że zmusiła mnie do nadrobienia czytelniczych zaległości. Cieszę się, że w końcu udało mi się z książką zapoznać, chociaż od razu muszę przyznać, że podczas lektury czułam naprawdę ogromny smutek – ponurość tego świata stworzonego przez Marwood w serialu jakoś mniej jest odczuwalna. To jednak świadczy o tym, jak bardzo jest to dobra literatura, jak świetnie, ale i przerażająco zbudowana wizja świata.

„Opowieść podręcznej” to antyutopia. Rzecz dzieje się chyba gdzieś w latach 90tych XX wieku, może trochę później, nie jest to dokładnie określone, na terenie USA – teraz, po krwawym przewrocie władzy, powstała tam Republika Gileadu – miejsce, w którym opacznie rozumie się Biblię, miejsce fanatyków religijnych, gdzie pozycja życiowa kobiety została zdegradowana – teraz kobiety nie mają żadnej władzy, są podległe mężczyznom, mężom. Nie mogą czytać, nie mogą pisać, nie mogą działać społecznie czy pracować zawodowo – ich funkcja ogranicza się do utrzymywaniu domu, wspieraniu męża i wychowywaniu potomstwa. Dla tych, którzy nie są w stanie tego zrobić, a mają wysoką pozycję społeczną, powstał osobny gatunek człowieka – Podręczna – kobieta, która nie zasłużyła na miano kobiety, jej jedynym zadaniem jest rozmnażanie. Pozbawiona wszelkich praw, co miesiąc gwałcona przez swojego właściciela, co jest oczywiście zgodne z prawem – w końcu Podręczna ma urodzić dziecko dla Komendanta i jego Żony. Są to kobiety, które w dawnym życiu żyły bez ślubu, lub w drugim małżeństwie, które miały już dzieci, więc są zdolne do poczęcia i utrzymania ciąży. Najpierw są szkolone w Czerwonym Centrum, później trafiają na dwa lata do domu któregoś z Komendantów, by później znowu przenieść się do kolejnego. Pozbawione wszystkiego, nawet własnego imienia. Jedyne co im pozostało to wspomnienia i nadzieja, że kiedyś rządy tych fanatyków zostaną obalone… Jednak czy wydarzy się to za ich życia? Czy to w ogóle jeszcze możliwe?
„Już teraz nie istnieje nic takiego jak bezpłodny mężczyzna, w każdym razie oficjalnie. Płodne i bezpłodne mogą być tylko kobiety, tak stanowią przepisy.”
Książka podzielona jest na kilka tytułowanych części. W całości składa się z 46 rozdziałów. Całość zamyka ‘komentarz historyczny do Opowieści podręcznej’ toczący się w 2195 roku podczas sympozjum zjazdu historycznego. Historia przedstawiona jest z punktu widzenia Podręcznej, Fredy (imię powstałe od imienia jej ówczesnego Komendanta).  Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, aktualne wydarzenia jej życia przeplatają się ze wspomnieniami z życia przed powstaniem Gileadu oraz z czasów szkolenia w Czerwonym Centrum. Poznajemy dokładnie myśli kobiety, to bardzo osobisty pamiętnik.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie świat wymyślony przez pisarkę. Jest pełny, kompletny, każda dziedzina życia została nim objęta, każda kwestia dokładnie przemyślana. Każdy człowiek w tym świecie ma nową funkcję, granice w których może się poruszać. Ich funkcjonowanie zostało dokładnie określone i każde ma swoje uzasadnienie i skądś pochodzi. Już sam pomysł, by pozycję kobiet wyróżniać kolorem stroju jest niby prosty, ale jednak oryginalny - a to dopiero sam początek.
„… będziemy to robić powoli, ostrożnie.
Gdybym sobie pomyślałam, że to się już nigdy nie powtórzy, tobym chyba umarła.Ale to właściwie bez sensu, nikt nie umiera z braku seksu. Umiera się z braku miłości. Tu nie ma nikogo, kogo mogłabym kochać – wszyscy albo nie żyją, albo są gdzieś daleko. Kto wie, gdzie są albo jak się teraz nazywają? Mogą być równie dobrze nigdzie, tak jak ja dla nich. I ja należę do osób zaginionych.”
Wizja świata przedstawionego w książce jest przerażająca. To świat stworzony przez fanatyków religijnych, którzy nastawieni tylko na jeden cel dążą do niego po przysłowiowych trupach. Każdy fanatyzm nieprzystopowany w porę prowadzi do tragedii, mamy tego przykłady w historii. Tu sprawa poszła o wiele dalej, jednak jeśli dłużej się nad tym zastanowić, nie jest to takie nieprawdopodobne. Są społeczności, sekty żyjące w taki czy inny sposób, więc dlaczego nie rozciągnąć tego na całe państwo? Szczególnie jeśli warstwa militarna i policyjna jest dobrze, solidnie zbudowana.
„Powrót do wartości tradycyjnych. Nie marnotraw, nie pożądaj. Ja się nie marnuję; dlaczego jeszcze czegoś pożądam?”
To co najbardziej uderzyło mnie w tej książce, to przestroga jaką ze sobą niesie – trzeba reagować w porę, nie można być obojętnym, myśleć, że to co dzieje się na świecie nas nie dotyczy. Każde słowo, wypowiedziane w odpowiednio wczesnym momencie coś znaczy, nie wolno godzić się na niesprawiedliwość i akceptować czy przymykać oko na chore argumenty. Te przesłanie uderza we mnie teraz tym mocniej, że w naszym państwie aktualnie też nie dzieje się dobrze, rząd, partia rządząca pozwala sobie na coraz więcej i więcej, momentami łamiąc konstytucję. Jak długo mamy to znosić? Czy nie jest już za późno na reakcję? Tylko komu się chce? Nie lepiej poczekać, przecież to nie dotyczy nas bezpośrednio? Może samo przejdzie? No cóż, w Gileadzie nie przeszło. Może warto wyciągnąć wnioski?

Jak wspomniałam, w książce panuje poczucie przeogromnego smutku. Narratorka, Freda pamięta swoje życie przed Gilead, ma porównanie. Teraz jej dzień polega na istnieniu, największa atrakcja to spacer na zakupy. Wszystko, prócz możliwości istnienia zostało je odebrane. Jak żyć w takiej formie? Część kobiet nie wytrzymuje, popełnia samobójstwo. Fredę utrzymują przy życiu wspomnienia, nadzieja, że jej rodzina gdzieś jednak żyje i że przecież takie pogwałcenia praw ludzkich musi się kiedyś skończyć.
„Zdarzają mi się te nawroty przeszłości, jak omdlenia, jak fala przelewająca się przez moją głowę. Czasem jest to trudne do zniesienia. Co robić, co robić – zastanawiałam się. Nic się nie do zrobić. Czekać i stać, przecie to też służba.”
Sama jednak boi się dokonać istotnych zmian, woli się dostosować, przeczekać. Przecież może samo kiedyś coś się zmieni, lepiej nie ryzykować. Swoja drogą Freda miała dużo przykładów jak ryzyko się kończy, więc to też nie jest jednoznacznie tchórzliwe zachowanie. Ciężko oceniać, ale jeszcze ciężej obserwować jej egzystowanie, życie sprowadzone do jednej funkcji.
„Nie wszystko, w co wierzę, może być prawdą, choć z pewnością jedna z tych rzeczy musi. Ale ja wierzę we wszystkie trzy wersje losu Łukasza jednocześnie. Ta metoda wierzenia w wykluczające się nawzajem możliwości wydaje mi się, właśnie teraz, jedynym sposobem na to, żeby uwierzyć w cokolwiek. Obojętne, jaka okaże się prawda jestem na nią przygotowana.To też jedno z tych moich wierzeń. Ale i ono może się nie potwierdzić.”
Ogólnie książka robi naprawdę duże wrażenie. Podziwiam autorkę za ogrom pracy jaki musiała włożyć w wymyślenie całego świata. Wszystko jest tu dokładnie przemyślane, wszystko ma swoje miejsce, funkcję i uzasadnienie. Przemyślenia Fredy są wstrząsające, przepełnione przeogromnym smutkiem. Przesłanie książki jest mocne, dające do myślenia, budzi chęć i motywację do działania, do niezgadzania się na najmniejsze przejawy ograniczeń wolności. Co zadziwiające, książka powstała w 80 latach XX wieku, a nadal jest przerażająco aktualna.

Moja ocena: 8,5/10

Książkę odebrałam za punkty w portalu czytampierwszy.pl
Numer akredytacji 04/05/2020


czerwca 01, 2020

"Operator 112. Relacja z centrum ratowania życia" Roman Klasa

"Operator 112. Relacja z centrum ratowania życia" Roman Klasa

Autor: Roman Klasa
Tytuł: Operator 112. Relacja z centrum ratowania życia
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Mova
Liczba stron: 264
Gatunek: literatura faktu/reportaż

Czasami lubię sięgnąć po książki opowiadające o różnych zawodach. Nie czytam ich często, ale jak już się na nie decyduję, to chcę się dowiedzieć jak najwięcej, wynieść dużo z lektury, zrozumieć ludzi decydujących się na taką a nie inną ścieżkę kariery i zaobserwować jak przez to zmieniło się ich życie. „Operator 112” Romana Klasy od początku mnie ciekawił – w końcu człowiek odbierający telefon alarmowy musi radzić sobie z ogromem emocji nie tylko swoich, ale i, a może przede wszystkim, dzwoniących, ludzkimi tragediami – przecież ten numer wybiera się najczęściej w najgorszych chwilach życia. Mówi się, że operator takiego telefonu średnio wytrzymuje w pracy rok – dwa. Roman wytrzymał ponad sześć. Jego zdanie tym bardziej jest istotne, ponieważ był na tym miejscu praktycznie od początku – od 2012 roku, kiedy takie stanowisko pracy zostało wprowadzone przez wymogi Unii Europejskiej.

Książka „Operator 112” to dosyć prywatna relacja autora. Opowiada w niej nie tylko o tym jak wygląda taka praca, czy o najciekawszych zgłoszeniach jakie w swojej karierze odebrał. Roman przedstawia nam całą swoją ścieżkę, która doprowadziła go do podjęcia tej pracy oraz co stało się z nim po złożeniu wypowiedzenia. Doradza też jak postępować w razie, gdy przyjdzie konieczność zwrócenia się pod ten numer.
„Powoli zaczęło do mnie docierać, że zgłoszenia, które odbieram, dotyczą nas wszystkich, Że nie są to odrealnione przypadki, tylko rzeczywiste sytuacje, które gdzieś komuś się przytrafiły – i równie dobrze mogą się przytrafić mnie.”
Główna część książki podzielona jest na trzy części: przed pracą, gdzie autor nam się przedstawia i pokrótce opisuje swoją drogę edukacji, w pracy – od rekrutacji na stanowisko operatora 112 aż po decyzję o odejściu, oraz po pracy – jak teraz odnajduje się w rzeczywistości. Całość otwiera wstęp i wprowadzenie, zamyka zakończenie i krótka instrukcja jak rozmawiać z operatorem numeru 112. Książka spisana jest jako wyznania autora, często skupia się na jego odczuciach.
„…ta książka to nie tylko relacja z pracy operatora numeru 112, ale przede wszystkim opowieść o nas, ludziach, i o naszej codzienności. O polityce, edukacji, trudach i urokach rodzicielstwa i o naszej kruchej psychice.”
Operator 112 to zawód, o którym mówi się mało. Społeczeństwo nie wie jak bardzo jest niedoceniany, jak niskie są zarobki, jak dużo operatorzy muszą pracować. Autor wszystkie te bolączki systemu obnaża. Nie mogę zrozumieć np. dlaczego dyżury są dwunastogodzinne? Przecież kto normalny po 12 godzinach ciągłego odbierania telefonów jest w stanie logicznie myśleć, już nie mówiąc o udzieleniu szybkiej i skutecznej pomocy? To samo z pensją – to zawód, który naprawdę wymaga stalowych nerwów i ogromnego emocjonalnego poświęcenia. To jeden z tych, które mają ogromny wpływ na psychikę, które wyciskają ludzi jak gąbki. I co? Za kwotę minimalnego wynagrodzenia? Naprawdę?! Dla mnie to kpina, ale to chyba na porządku dziennym w naszym kraju. Autor często wspomina, że przez swój długi staż pracy starał się coś zmienić, rozmawiał z kierownictwem, ministrami, a i tak jego uwagi zostały kompletnie zignorowane. I jak system udzielania pomocy ma w takich warunkach sprawnie działać? Jak mają się do tej pracy zgłaszać ludzie odpowiedzialni i zdolni do logicznego, chłodnego podejmowania decyzji? W końcu sama chęć czynienia dobra, przyłożenia ręki do niesienia innym pomocy nie wykarmi rodziny, nie zapewni pracownikom spokoju, równowagi psychicznej. Tylko to przecież nie jedyny tak niedoceniany zawód, prawda? Nie wyobrażam sobie, co musiałoby się stać, by całe podejdzie polskiego rządu się zmieniło. Nie wiem czy jest nadzieja na poprawę, coraz mniej w to wierzę, a takie książki tym bardziej mnie w tej niewierze umacniają.

Podejrzewam, że część czytelników sięgnie po tę książkę w nadziei na anegdotki z najdziwniejszych telefonów – zawsze znajdą się czytelnicy, którzy chcą samych ciekawostek. I owszem, autor przytacza tu kilka różnych rozmów, jakie było mu dane przeprowadzić, jednak nie jest to esencja książki, a raczej dodatek.
„Najgorsze zawsze były głuche głosy, pozbawione jakiejkolwiek nadziei, odarte z sensu życia. (…) Bez słów dało się usłyszeć, jak człowiek pęka, jak łamie mu się serce. Największy ból jest cichy. Zawsze bałem się tych cichych telefonów.”
Wiem, że zawód operatora tego numeru musi być wyczerpujący. Ja nigdy bym się na takie coś nie zdecydowała – brakuje mi takich cech charakteru jak szybkość w podejmowaniu decyzji, zachowanie zimnej krwi w sytuacjach kryzysowych. Zdaję sobie sprawę jak wiele trudnych rozmów, trudnych zgłoszeń operatorzy muszą przeprowadzić. Za to nie zdawałam sobie sprawy z jakimi idiotyzmami ludzie też dzwonią pod taki numer. Jak dużo jest głuchych telefonów, pomyłkowego wybrania numeru – każde przecież takie połączenie blokuje linię, blokuje telefon, blokuje ratunek, którego ktoś inny faktycznie może potrzebować. Dobrze też było dowiedzieć się historii powstania tego zawodu w Polsce, jak to wszystko funkcjonowało na początku, jakie były i są problemy. To były ciekawe informacje, które właśnie chciałam w tej książce znaleźć.
„… siedem na dziesięć telefonów kierowanych na numery alarmowe jest niezasadnych., Na 1000 odebranych połączeń niemal 700 nie wymaga interwencji służb. Taki filtr w postaci operatorów wydaje się więc doskonałym rozwiązaniem, prawda? Obywatel zadowolony, służby zadowolone, a operator? Może nie zadowolony, ale na pewno przeświadczony, że robi coś znaczącego i potrzebnego.”
Nie podobało mi się jednak podejście autora do czytelnika. Rozumiem, że w swojej pracy spotkał się z ogromem ludzkiej głupoty, nie uzasadnia to jednak traktowania czytelnika jak idioty, kogoś gorszego od autora, a właśnie przez połowę lektury takie miałam odczucia. Nie lepiej uprzejmie zwrócić się do czytelnika, by może przy okazji uświadomił swoją rodzinę, przyjaciół jak ciężka to praca? By powiedzieć większemu gronu o tej książce? Zamiast tego autor postawił granicę ‘ja’ – ‘wy i wasze rodziny’ wrzucając nas wszystkich do jednego worka razem z tymi, którzy stroją sobie żarty z operatorów, marginesu społecznego czy największych egoistów świata. Ja, po pierwsze nigdy nie dzwoniłam pod 112, a po drugie nie uważam się za głupszą od autora, więc nie chcę też być tak traktowana.
Poza tym autor bardzo dużo nienawidzi, brzydzi się i stosuje tym podobne określenie, a jednocześnie podkreśla jaki jest mądry, inteligentny i jak dobrze potrafi spojrzeć na wszystko obiektywnie. Trochę dla mnie tu za dużo pychy, za mało pokory. Może książka powstała za szybko, może autor jest ciągle jeszcze za bardzo rozgoryczony tym przez co przeszedł przez te sześć lat? Nie wiem, z jednej strony czuję, że nie powinnam oceniać, bo przecież autor musiał naprawdę dużo przejść, ta praca musi być naprawdę jedną z najbardziej wykańczających psychicznie prac świata, ale z drugiej strony jednak czytając tą książkę, oddając ją w ręce czytelnika, dostaję pozwolenie na wyniesienie własnych odczuć z lektury, prawda? Nic na to nie poradzę, że podejście autora trochę utrudniło mi jej odbiór.
„Wiem ile tragedii wydarzyło się tej nocy, i nie czuję się bezpieczny, wychodząc na ulicę. Świadomość waży o wiele więcej, niż myślałem.”
Podsumowując, na pewno wiele się z tej książki dowiedziałam. Wiem jak wygląda biurokracja w tym zawodzie, jakie podejście mają do niego rząd, kierownictwo i media, wiem jak wygląda dzień takiego operatora. Dobrze było się też dowiedzieć jak wyglądało to wszystko na przestrzeni lat. To na pewno są tematy, o których chciałam czytać. Nie podobało mi się jednak przeświadczenie autora o jego górowaniu nad czytelnikiem – w końcu po taką książkę raczej nie sięgną osoby, które wydzwaniają na 112 dla żartów czy w pijackich uniesieniach, a raczej ci, którzy już teraz doceniają ten zawód i trud jaki operatorzy ponoszą na codziennych dyżurach.

Moja ocena: 7/10

Książkę odebrałam za punkty w portalu czytampierwszy.pl
Numer akredytacji 04/05/2020