„Zatrutka” to druga powieść Ewy Przydrygi. Autorka debiutowała
w roku 2016 książką „Motyle i Ćmy”. Prywatnie jest nauczycielką i tłumaczką
języka angielskiego, lubi podróże. Jej książki określane są jako thrillery psychologiczne,
a „Zatrutka” zbiera wiele pozytywnych opinii. Czy i mnie ten tytuł zadowolił?
Historia „Zatrutki” dotyczy Piotra i Ani, młodego
małżeństwa, któremu kilka miesięcy temu powiększyła się rodzina – urodziła im
się córeczka, Basia. Piotr i Ania znają się od trzech lat, obydwoje są mocno
doświadczeni przez życie. Teraz też nie jest im łatwo. Ania cierpi na depresję
poporodową. Pewnego ranka Piotr budzi się i nie zastaje jej w domu. Jest
karteczka - Ania poszła nad morze. Jej powrót jednak mocno się opóźnia. W końcu
Piotr nie wytrzymuje i dzwoni na jej komórkę. Odbiera obca osoba, Ania zniknęła.
Po dotarciu na miejsce Piotr znajduje porzucone ubrania, a po jego żonie nie ma
śladu. Policja jest przekonana, że kobieta popełniła samobójstwo, jednak Piotr
nie dopuszcza do siebie takiej możliwości. Czy ma rację? A może ślepo łudzi się
bojąc sprostać prawdzie? Piotr decyduje się na samodzielne podjęcie śledztwa –
musi dowiedzieć się co się stało i gdzie jest jego żona.
Książka od strony kompozycji złożona jest z prologu, 24
rozdziałów i epilogu. Wydana została starannie, w środku okładki znajdziemy
całkiem przyjemnie wyglądającą mapkę wydarzeń. Mnie okładka do gustu nie przypadła,
ale za to grzbiet ma bardzo ładny.
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu
przeszłego, głównym bohaterem jest Piotr. Styl, w jakim napisana jest książka,
niestety kompletnie nie przypadł mi do gustu. Jest częściowo przesadnie bogaty
w epitety, bardzo rozwlekły i za bardzo szczegółowy, a częściowo, jak dla mnie,
za bardzo potoczny. Czytając książkę miałam wrażenie, że autorka jest ode mnie
sporo młodsza i bardzo chce przenieść swój codzienny potoczny język na karty
powieści. Dla mnie to duży minus, przez całą powieść się męczyłam, bardzo
ciężko mi się tę książkę czytało. Zderzenie potoczności i prób nadania językowi
‘poetyckości’ w efekcie spowodowało dosyć karykaturalny wydźwięk.
A jak wypadli bohaterowie? Według mnie niestety też
niekorzystnie. Miałam wrażenie, że obydwie główne postacie zebrały wszystkie
nieszczęścia świata – ojciec Piotra był hazardzistą i alkoholikiem po czym
popełnił samobójstwo zostawiając żonę i dwójkę małych dzieci. Po kilku latach
matka i siostra zginęły pod kołami tira na wspólnej wycieczce rowerowej. Z
kolei Anię przez całe życie obwinął jej ojciec za śmierć matki, która podczas
ciąży zachorowała na raka. Ojciec utonął w żałobie, Anią opiekowała się starsza
siostra, ale ta też ją zostawiła, bo uznała Anię za winną innego wypadku... i
tak dalej, i tak dalej. Dziwne, prawda? A w chwili gdy się poznali nagle
wszystko się zmieniło, Anna stała się całkowicie inną osobą. Według mnie jest
to mocno naciągane.
Zachowanie każdego z bohaterów w powieści było mocno
przesadne. Cały czas szarpani są dużymi emocjami, które tak jak szybko i
bezzasadnie wybuchają, tak szybko się kończą, czy przechodzą w skrajnie
drugie. Osoby, który poznały się chwilę temu, już zachowują się jak najbliżsi
przyjaciele. Nie będę się już może rozpisywać o ich naiwności...
Teraz akcja. Tutaj też rozczarowanie. Spowalniana przez
rozwlekły styl jest w sumie od początku do przewidzenia. Każdego ‘zwrotu akcji’
domyśliłam się dużo wcześniej, nic mnie tu nie zaskoczyło, nic nie zaciekawiło.
To po prostu bardzo przewidywalna historia.
Wychodzi na to, że to tyle. Mimo że się starałam,
tłumaczyłam sobie, że może sama się źle nastawiam, nie umiałam z książki
czerpać przyjemności, a wręcz przez większą część lektury byłam mocno
poirytowana. Nie wiem też co w niej tak naprawdę może się podobać, a tym
samym nie rozumiem tych pozytywnych
ocen, z którymi się zetknęłam. Dla mnie to była kompletna strata nerwów i czasu,
przeczytałam do końca tylko dlatego, że dostałam tą książkę do recenzji, więc
musiałam być w stanie coś konkretnego o niej powiedzieć.
Daniel Rzadziejewski to polski autor, który na swoim
koncie ma trzy wydane powieści. Debiutował około roku 2008 powieścią „Metodyk”,
w której podejrzewam, że najmocniej korzystał z własnych doświadczeń – co prawda
bohater książki ma wiele problemów natury osobistej i nie tylko, ale z autorem
wiąże go zawód nauczyciela języka angielskiego. Cztery lata później ukazała się
druga powieść pt. „Grzech ojca”, a w tym roku trzecia pt. „Miasteczko Anterrey.
Znamię”, która jest połączeniem kryminału z literaturą grozy. Prywatnie autor
lubi podróżować, pisać i oczywiście nauczać. Ostatnia powieść autora to było moje pierwsze
spotkanie z jego twórczością. Czy udane?
Akcja „Miasteczka Anterrey. Znamię” opiera się na historii
zaginięć trzech osób – 2 tygodnie temu zaginął lubiany ksiądz, chwilę później
młody 14letni chłopiec, teraz aptekarka Tatiana. Śledztwo prowadzi Richard
Murray wraz z nowym partnerem Stevem Smithem. W tym samym czasie na obrzeżach
miasteczka dochodzi do siebie po upadku z klifu znany pisarz grozy. Niestety
szybko okazuje się że mężczyzna doznał amnezji, nic nie pamięta, a kobieta,
która z nim mieszka zachowuje się podejrzanie oschle i tajemniczo... Czy pisarz
wiedział coś, co pomogłoby rozwiązać zagadkę zaginięć? Co te dwie sprawy mają
ze sobą wspólnego?
Kompozycyjnie książka podzielona jest na prolog, 17
rozdziałów oraz epilog. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu
przeszłego, toczy się trójtorowo – narrator podąża za Richardem, Anthonym oraz
Yakshitem, jest wszystkowiedzący, wie co w przyszłości spotka bohaterów.
W powieści najbardziej interesujące wydało mi się samo
miasteczko. Leży w jakimś nieokreślonym miejscu na mapie, jest jakby miejscem
przejściowym, coś jakby czyśćcem. Zawsze jest tam pochmurno, ludzie są ospali,
ale jak już tam trafią, to zostają na stałe. Nikt nigdy nie wyjeżdża z
Anterrey, nic złego też nigdy się tam nie dzieje. Aż do teraz, kiedy
nieokreślone zło przekroczyło progi miasteczka i tylko Indianin Yakshit widzi
to dokładnie.
„To miejsce na
pograniczu wymiarów, gdzie moc z zaświatów przenika do naszego życia
doczesnego. To miejsce, do którego wkraczają dusze, by zamknąć niedokończone
sprawy z poprzedniego wcielenia. To miasto po drugiej stronie życia, ale
jeszcze nie w objęciach śmierci.”
Ciekawy jest też temat, który porusza książka pod koniec –
nie mogę o nim niestety napisać, bo mogłabym Was naprowadzić na zakończenie.
Podkreślę tylko, że zaliczam go na plus.
Ogólnie książka balansuje na pograniczu gatunków – ma w
sobie zarówno kryminał jak i elementy literatury grozy, jakieś paranormalne
wątki. Autor miał ciekawy pomysł na zbrodnię, niestety z wykonaniem poszło już
gorzej.
Teraz pora przejść do wątków, które raczej nie wzbudziły
mojego entuzjazmu.
Zacznijmy od stylu pisarza. Coś z nim było nie tak, był
chyba trochę nieskładny. Kompletnie nie umiałam się do niego przyzwyczaić, cały
czas coś mi nie pasowało, coś nie grało, przez co nie umiałam za bardzo wczuć się
w fabułę. Widać, że autor chciał książkę urozmaicić – w fabułę powplatał fragmenty
książki Anthony’ego, czasami jakieś rymowane wierszyki. Niestety nie mogę tego
zaliczyć na plus, bo nie było to wplecione umiejętnie – często raziły mnie w
oczy przeskoki stylów, a wierszyki były raczej śmieszne – moim zdaniem
całkowicie niepotrzebne.
Od razu wspomnę też o dialogach – są one dosyć sztuczne
i pełne wykrzykników. W rzeczywistości
nikt tak przecież nie mówi. Szkoda, bo może wystarczyło zmienić lekko interpunkcję,
a już odbiór mógłby być ciut inny.
Teraz trochę o bohaterach. Fabuła po części opiera się na
postaci pisarza, który stracił pamięć. Podobno jest znany, mieszka na uboczu
Anterrey w starej leśniczówce, utrzymuje się z pisania książek. Jednak jego
zachowanie było dla mnie bardzo nieprawdopodobne już od samego początku
powieści. Był za spokojny, za bardzo opanowany jak na człowieka, który budzi
się i okazuje się, że nie pamięta niczego. Za mało naciskał na Barbarę, która podobno
z nim mieszka, ale nic mu nie chce powiedzieć o nim i o przeszłości. Że nie
wspomnę o tym, że co chwilę bez powodu płakał.
Równie dziwna postacią jest śledczy Murray. Kobietę, którą
widział raz, już pokochał i nie wyobraża sobie bez niej życia, partnera, z
którym rano zaczął pracować, już ochrania przed oskarżeniami i nie wierzy w
jego winę. Trochę dziwne, prawda? Szczególnie, że narrator kreuje go na
rozsądnego mężczyznę...
No i na końcu Yakshit, Indianin, który rozmawia z
duchami, przepowiada przyszłość, widzi przeszłość. Poczynając od jego imienia,
poprzez wierszyki, którymi czasami się wypowiada, po dziwne, fantastyczne
zjawiska, dziejące się wokół niego. Nie wiem co miała na celu ta postać, może
nadanie książce głębszego sensu? Jednak mnie nie przekonała.
Mam ogólnie jeszcze trochę uwag do fabuły, ale nie będę
może tu wypisywać wszystkich potknięć autora... Po prostu nie była ona dobrze przemyślana,
czasami nielogiczna i nieracjonalna, chwilami zamiast straszna – śmieszna.
Nie pomaga tu też niestety okładka książki – szkoda, że
grafika, która jest z tyłu, nie jest z przodu. Jest ładna, może trochę
oklepana, ale niesie jakiś przekaz, ma głębię. Ta z przodu jest według mnie po
prostu brzydka. Gdyby środek był zadowalający, mogłabym na nią przymknąć oko –
tak niestety tylko dokłada do negatywnego odbioru całości.
Ja naprawdę nie lubię krytykować powieści. Zawsze szukam pozytywów,
czegoś co podniesie wartość lektury. Tu znalazłam dwa – ciekawy pomysł na
miasteczko i na kryminalne śledztwo. I niestety to tyle. Nie przekonał mnie
styl, nie przekonali bohaterowie, nie przekonał przebieg fabuły. Bardzo ciężko
czytało mi się tę książkę i mimo że raczej staram się doczytywać książki do
końca, to gdyby to nie był egzemplarz recenzencki, na pewno odłożyłabym ją
niedokończoną. Szkoda, niestety bywa i tak.
Adrian Bednarek to dosyć głośne nazwisko na polskim rynku
kryminalnym. Autor duży rozgłos zdobył swoim cyklem o Kubie Sobańskim, prawniku
i seryjnym mordercy. Jego książki cechuje brutalność w opisach zbrodni i
dosadność oraz zawsze pojawiający się bohater-psychopata więc sięgając po
książki tego autora trzeba nastawić się na mocną lekturę! Wcześniej miałam
okazję sięgnąć po jedną książkę autora, która nie była częścią serii, tj.
„Skazany na zło” (recenzja tutaj!) - nie całkiem trafiła w moje gusta, ale
postanowiłam dać autorowi jeszcze jedną szansę i zdecydowałam się na dobrze
ocenianego „Pasażera na gapę”. Czy faktycznie ta pozycja wypadła lepiej?
Akcja „Pasażera na gapę” rozpoczyna się w szpitalu
psychiatrycznym. Maciek, młody chłopak, został uznany za niepoczytalnego przy
napadzie, dzięki czemu zamiast do więzienia trafił do psychiatryka. Niestety
lekarz przejrzał jego podstęp i nie chce go zwolnić, więc chłopak razem ze swoją
dziewczyną Magdą planują ucieczkę. Dzień przed realizacją planu do pokoju Maćka
zostaje przydzielony drugi pacjent – Nowy, czyli Konrad, około 40letni
mężczyzna. Maciek nie chce rezygnować z ucieczki, więc nie pozostaje mu nic
innego jak wziąć Konrada ze sobą... Jak potoczą się ich dalsze losy? Kim w
ogóle jest Nowy? Czy przypadkiem nie zagraża im z jego strony śmiertelne
niebezpieczeństwo?
Kompozycyjnie książka prezentuje się tak jak lubię – 47
krótkich rozdziałów i epilog. Akcja powieści jest wartka, książkę czyta się
zadziwiająco szybko. Jedyna moja uwaga tyczy się języka – jest bardzo potoczny,
wręcz uliczny, nie stroni od przekleństw. Na początku ciężko było mi się do
niego przyzwyczaić, szczególnie, że przed tą lekturą czytałam książkę, w której
dbałość o piękny poprawny język była mocno widoczna. A tutaj było dla mnie
trochę za potocznie, jednak rozumiem, że autor właśnie w taki sposób chciał tą
opowieść przekazać, co po części, ze względu na bohaterów, było uzasadnione.
Co do bohaterów, to jak to u Bednarka bywa, cała fabuła
opiera się na postaci psychopaty – tutaj jest nim Nowy. Z początku nic o nim
nie wiadomo, dlatego też nie chcę za wiele o nim pisać, jednak jego przeszłość,
to za co trafił najpierw do więzienia, później do psychiatryka, była okropna i
ekstremalnie brutalna. W czasie ich ucieczki dla Nowego liczy się tylko wyjście
na wolność i dokończenie tego, czego nie udało mu się zrobić przed złapaniem...
Nic innego się dla niego nie liczy, a Maciek i Magda są tylko jego środkiem do
celu.
Maciek i Magda z kolei, to zakochana młoda para. Obydwoje z
dosyć trudną przeszłością, pochodzą z patologicznych czy niepełnych rodzin. Ich
losy połączyły się podczas kradzieży, później razem kontynuowali tą ścieżkę.
Maciek to w sumie dobry chłopak, który bardziej przez towarzystwo i los stał
się tym kim jest. Z Magdą jest trochę inna historia, dziewczyna jest mniej
jednoznaczna. Niemniej jednak podczas ucieczki ich jedynym pragnieniem jest bycie
wolnym i znalezienie własnego kąta, gdzieś na uboczu, by wieść spokojne życie i
nikomu nie rzucać się w oczy.
Fajną postacią jest też policjant – komisarz, który pierwszy
raz złapał Nowego. To taki policjant z krwi i kości, który poświęca wszystko,
by łapać złoczyńców. Jego rodzina trochę to rozumie, a trochę ma mu za złe, co
w książce jest ciekawie przedstawione.
Akcja powieści toczy się główne w czasach aktualnych,
podczas ucieczki, poprzetykana jest jednak wspomnieniami z przeszłości, a co za
tym idzie, razem z biegiem akcji, coraz więcej dowiadujemy się też o przeszłości
bohaterów.
Ogólnie mam wrażenie, że ta książka to była dla mnie taka
trochę grzeszna przyjemność. Akcja powieści mocno mnie wciągnęła, spędziłam z
nią dobrych kilka wieczorów czystej rozrywki. Język jednak trochę kłuł mnie w
oczy, było też trochę „nastolatkowych” scen seksu. Nie jest to na pewno
literatura wysokich lotów, ale dla relaksu i odmóżdżenia jak najbardziej można
sięgnąć 😉
Moja ocena: 7/10
Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae
Res!
Na „Niezależność” skusiły mnie pochwały wydawnictwa.
Wcześniej nawet nie słyszałam o takim autorze jak Maurycy Nowakowski, dlatego
też zdziwiłam się, gdy przeczytałam, iż jest on laureatem nagrody Kryminalnej
Piły z 2016 roku. Autor debiutował w 2013 roku powieścią sensacyjną „Ostry
przekręt” o korupcji w piłce nożnej. I już tutaj główną rolę odgrywał
dziennikarz Marcin Faron, a i w dwóch kolejnych książkach – nagrodzony „Plagiat”
oraz „Przypadek” był on postacią przewodnią, więc mimo, że nigdzie nie pisze
się o cyklu, to postanowiłam to w notce zaznaczyć. Sama o tym wcześniej nie
wiedziałam, więc wnioskuję, że każdą jedną książkę można czytać oddzielnie.
Co ciekawe, Nowakowski jest też autorem kilku biografii
zespołów muzycznych.
Powieść „Niezależność” rozpoczyna się od gali, podczas
której wręczane są nagrody dziennikarskie – główną nagrodę „Ostre pióro”
otrzymuje dziennikarz Marcin Faron, na co dzień pracujący w dzienniku „Raport”,
który jest dosyć znaną polską gazetą całkowicie niezależną – piszą jak jest,
niezależnie od nastrojów politycznych. Po gali Marcina zaczepia właściciel
agencji Continuitas Piotr Lenart i proponuje mu miejsce w agencji, jednak Marcin
ma wątpliwości czy pozwoli mu to zachować jego niezależność. Postanawia dowiedzieć
się czegoś więcej o Contunuitas. W międzyczasie jego kolega po fachu
przeprowadza długie wywiady z jedną z gwiazd polskiego kina, by napisać o niej
książkę, wywiad-rzekę. Kobieta stawia na szczerość, chce w ten sposób zamknąć
swoje poprzednie życie i zacząć od nowa. Niezależnie od wszystkich. Darek, wspomniany
dziennikarz, prosi Marcina o pomoc z książką i przekazuje mu wszystkie
nagrania... Nagrania, które jak się okazuje są śmiertelnie niebezpieczne...
Kompozycyjnie powieść składa się z 4 części i epilogu. Każda
z części podzielona jest na kilka rozdziałów. Narracja prowadzona jest w
trzeciej osobie czasu przeszłego, głównie podąża za Marcinem, ale nie tylko i
wyłącznie. Styl powieści jest dosyć surowy, ostry, momentami nie stroni od
mocniejszych słów, jednak wszystko z umiarem i wyczuciem. Widać też dużą
dbałość o język i poprawność w jego zapisie.
Głównym bohaterem jest wspomniany już dziennikarz Marcin
Faron. To mężczyzna po 30stce, samotny, który całe swoje życie poświęca pracy.
Jest rzetelnym dziennikarzem, który ceni sobie prawdę i sprawiedliwość. Nie
odpuszcza, nigdy.
Istotną postacią, wokół której toczy się cała akcja, jest
aktorka Weronika Linetty. To kobieta doświadczona przez życie, która od 5 lat
próbuje wyjść z depresji. Teraz, ta książka, ma być dla niej nowym początkiem.
Wera chce się odciąć od wszystkiego, od śmierci męża, od matki w polityce, od
Piotra z agencji, i zacząć wszystko od nowa. Niezależnie.
Ważna rolę w powieści odgrywa też polityka, w której
pierwsze skrzypce gra matka Weroniki, Mirosława Linetty. Kobieta jest
wiceministrem kultury, choć powoli szykuje się, by odgrywać w polityce jeszcze
ważniejszą rolę. Mirosława należy do partii mocno konserwatywnej, która
aktualnie rządzi krajem, więc i jej poglądy są radykalnie prawicowe. A gdzie w
tym wszystkim jest jej córka? Rodzina?
Nie będę może wymieniać wszystkich postaci, bo trochę ich
jest, jednak muszę tutaj mocno podkreślić, że każda z nich ma bardzo dobrze
opisaną historię, przeszłość, więc czytelnik ma odczucie jakby dobrze te
postacie znał.
Akcja powieści skupia się na śledztwie dziennikarskim.
Marcin, pomiędzy odsłuchiwaniem nagrań z wywiadów, poszukuje odpowiedzi, pyta i
szuka. Muszę przyznać, że bardzo lubię takie kryminały, więc i w ten dałam się
mocno wciągnąć. Śledztwo było poprowadzone bardzo rzetelnie, mądrze i z głową.
„Ta sprawa jest jak rozległe jezioro pokryte cienką
warstwą lodu. Lepiej przejechać po cichu hulajnogą, bo jak wkroczysz czołgiem,
to się zapadniesz i utoniesz.”
W książce dużo miejsca poświęca się na politykę. Bodajże od
roku (a w powieści jest rok 2016) władzę w Polsce sprawuje Polska Partia
Narodowa, partia skrajnie prawicowa, która wprowadzając swoje rządy, pogrąża
kraj w coraz większej niezgodzie i raczej cofa jego rozwój, niż działa na jego
korzyść i poprawę sytuacji wszystkich jego obywateli. Ważne by nie przeklinać,
nie emanować nagością, podkreślać patriotyzm i być wierzącym katolikiem. Brzmi
znajomo? Myślę, że książka po względem politycznym kraju jest bardzo aktualna, wręcz
wzorowana na faktycznej, realnej sytuacji naszego kraju.
„Zwracam się teraz z osobistym apelem: Mirosławo Linetty,
pani minister Rzeczypospolitej, mamo, jeszcze nie jest za późno! Dopiero
wzięliście nóż do ręki, ale nie wbiliście go jeszcze w serce polskiej kultury,
z której jako rząd o silnym zabawieniu narodowościowym powinniście być
szczególnie dumni. Niesiemy o Polsce dobrą nowinę w świat! Nie niszczcie tego!”
Poza polityką, wiele czasu spędzamy też wśród polskich artystów.
Zawsze lubiłam powieści, gdzie akcja dzieje się w pobliżach teatru lub kina,
więc i tutaj miałam wielką frajdę z czytania. Nie zmienia to jednak faktu, że
sytuacja artystyczna w kraju też nie ma się dobrze, a życie większości artystów
jest obarczone ryzykiem, stresem i wieloma trudnymi wyborami.
Śledztwo jest dziennikarskie, głównym bohaterem jest
dziennikarz, więc powieść chcąc nie chcąc kreci się wokół mediów. Dużo jest tu
o zdobywaniu informacji, o źródłach, publikacjach, artykułach. Książka
przybliża nam wiele różnych podejść do tego tematu.
„Od kilku dni czuję się jakby oplotła mnie pajęczyna
słów, jakbym był w gęstej sieci wspomnień, wrażeń i emocji. Kalejdoskop
różnorodnych informacji, z których każda może mieć jakieś znaczenie, ale też
wszystkie razem mogą być o kant dupy rozbić.”
W powieści raz po raz przewija się tytułowe słowo –
niezależność. „Raport” działa pod jej hasłem, Weronika na nią stawia, a sławny
polski reżyser kręci film o tymże tytule. Niemniej jednak książka mówi wiele o
zależności, o układach, władzy i pieniądzach, każe zastanowić się czy w Polsce (i
pewnie nie tylko tu), takie pojęcie jak „niezależność” ma w ogóle swoje
miejsce...
Podsumowując, książka mnie mocno zaskoczyła! Pozytywnie
oczywiście! Pierwsze sto stron to takie bardziej political fiction, pozostałe
2/3 książki to już faktycznie kryminał opierający się na śledztwie
dziennikarskim. Wszystko tu jest dobrze przemyślane, dobrze uzasadnione.
Bohaterowie również rzetelnie i bogato przedstawieni. Historia naprawdę mocno
mnie wciągnęła, na tyle, że nawet dosyć mały druk mi nie przeszkadzał 😊
Lubię dziennikarskie śledztwa, a to było jedne z lepszych!
Moja ocena: 8/10
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae
Res!
„Wszystko do nas wraca” to kolejny polski debiut literacki o
autorze którego nic nie wiadomo. Wyszukując jego nazwisko w sieci można znaleźć
kilka wpisów, jednak nie mam pewności czy jest to ta sama osoba, więc nie będę
tutaj przytaczać tak niepotwierdzonych informacji. Jego debiut do powieść
kryminalna, którego akcja toczy się w okolicach Gniezna.
Akcja historii zaczyna się od pożaru samochodu. Brajan,
młody chłopak, wielki fan marihuany, przypadkiem dostrzega płonienie i
zafascynowany podchodzi sprawdzić co się dzieje. Okazuje się, że obok płonącego
auta leży dziewczyna, której ktoś wydłubał oczy. Na miejscu razem ze strażą
zjawia się policja – podkomisarz Radosław Sokołowski i komisarz Zenon
Wiśniewski przejmują dochodzenie. Okazuje się, że dziewczyna ma skomplikowaną
przeszłość, ale nim śledztwo ma szanse ruszyć na przód, wybucha kolejny pożar.
Tym razem ofiara nie kończy w szpitalu, a w prosektorium, a to co znajdują
policjanci na miejscu przerasta najśmielsze ich wyobrażenia....
„Miał przed sobą przepiękny spektakl. W głównej roli
wystąpiły wielbione przez niego płomienie. Tylko one potrafiły wzbudzić w nim
prawdziwą radość. Kocham ich intensywną barwę, mnogość dźwięków, jakie niosły
ze sobą oraz ciepło im towarzyszące. Najbardziej jednak fascynowała go moc
żywiołu, który nawet z najmniejszej iskry potrafił przeobrazić się w
destrukcyjne arcydzieło.”
Od strony kompozycji książka składa się z 36 rozdziałów i
epilogu. Rozdziały są króciutkie, tekst przejrzysty, czyta się szybko i przyjemnie.
Samo wydanie też jest ciekawe, tytuł na okładce jest jakby trochę rozmyty, tak
samo jak i numeracja rozdziałów. Narracja jest trzecioosobowa czasu przeszłego,
jednak są momenty zaznaczone w tekście kursywą, kiedy jeden z bohaterów ujawnia
swoje myśli – wtedy narracja przechodzi na pierwszoosobową. Narrator podąża
głownie za podkomisarzem Sokołowskim, ale nie tylko – często do głosu dochodzi
też wspomniany fan marihuany, okazyjnie ofiary i morderca. Styl jest
dopasowany do postaci prowadzącej, narrator jest bardzo spostrzegawczy w
kwestii wyglądu spotykanych osób.
Śledztwo prowadzi dosyć młody podkomisarz Radosław
Sokołowski, przez wszystkich nazywany Sokół. Ogolony na łyso, dosyć przystojny,
samotny, w pełni oddany pracy. Ambitny i rzetelny, wytrwale dąży do celu, nie
poddaje się.
Jego partnerem jest komisarz Zenon Wiśniewski „Wiśnia”. To pan
w okolicach emerytury, mocno przy kości. W pełni ufa swojemu partnerowi, który,
mimo że niższy rangą, przejmuje dochodzenie.
Oczywiście przez książkę przewija się sporo postaci.
Pierwsza ofiara, Anna, dosyć imprezowa dziewczyna, która chyba wolałaby
zapomnieć o swojej przeszłości. Jej rodzina też jest bardzo specyficzna. Dużą rolę odgrywa też wspomniany Brajan, bardzo szczupły chłopak, któremu do
szczęścia nie potrzeba wiele. Ciekawą postacią jest też prokurator, bardzo niski
mężczyzna, który niby jest, a jednak go w sumie cały czas nie ma.
Akcja powieści przez większą część książki jest bardzo
ciekawie poprowadzona. Bohaterowie są ciekawi, dialogi dynamiczne i lekko
uszczypliwe, morderstwa ciekawe, opisy chwilami brutalne. Policja wykonuje
rzetelną robotę, Sokół jest mocno zmotywowany, by znaleźć sprawcę. Przeszłość
ofiar wzbudza ciekawość, a morderca który gdzieś tam jest, ale jednak nie
wiadomo kto to, mocno intryguje.
Niestety 60 stron od końca wszystko bierze w łeb. W sumie
miałam wrażenie, że końcówkę napisała inna osoba. Postacie nagle zmieniają się
nie do poznania, ich działania czy sposób myślenia nie ma żadnego uzasadnienia,
a samego rozwiązania zagadki po prostu nie ma. Morderca, owszem, zostaje
wyjawiony, ale jego motywy czy wizja, którą miał mordując, niestety do końca
zostaje zagadką. Naprawdę jest mi przykro, że historia została zamknięta ( w
teorii, bo jak mówić o zamknięciu, kiedy nic się nie wyjaśniło?!) w taki
sposób, bo książka miała duży potencjał. Przez 200 stron myślałam, że to jest
naprawdę dobry kryminał i zastanawiała mnie niska ocena. No cóż, po ostatnich
60 stronach w pełni ją rozumiem.
W książce przywołany zostaje jeden z polskich raperów, a
nawet nie raper, a jego piosenki. Mimo że fanką nie jestem, ale znam niektóre
teksty autora, a te przytoczone w książce chwilę temu sprawdziłam. Nie wiem
dlaczego narrator zarzuca artyście, że rapuje niezrozumiale – to jeden z tych
polskich artystów, którzy dykcję mają doskonałą. Może bym się do tego nie
przyczepiła, gdyby zakończenie tak mnie nie rozczarowało, ale kiepskie
zakończenie (a raczej jego brak!) i jeszcze taki niesłuszny zarzut wobec
dobrego artysty to już naprawdę dla mnie za dużo.
Mam nadzieję, że, o ile będzie, kolejna książka autora
będzie dokładniej przemyślana, z logiczną i dobrze rozpisaną intrygą, bo
potencjał jest, naprawdę te 200 stron czytało mi się dobrze.
Moja ocena: 5/10
Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae
Res!
„Requiem dla analogowego świata” to trzecia wydana na
polskim rynku książka Rafała Cichowskiego, ale pierwsza, która nie jest
zaliczana do gatunku fantasy. Autor debiutował w 2015 roku książką „2049”. Jest
to wizja życia w przyszłości, a zarazem satyra na czasy współczesne. Druga
również jest książką o przyszłości, z tym że jeszcze dalszej. Za to
„Requiem...” przenosi czytelnika ponad 20 lat wstecz, w te ostatnie lato bez
komputera, po którym już nic nie było takie samo.
Autor prywatnie jest bardzo artystyczną duszą, maluje
obrazy, robi zdjęcia, gra na gitarze. Ze złośliwością rzeczy martwych radzi
sobie humorem, a pisanie jest dla niego tak podstawową czynnością jak spanie
czy oddychanie. Warto też wspomnieć, że autor urodził się w Kutnie w 1984 roku,
co mocno uwiarygadnia całą powieść.
Akcja „Requiem...” dzieje się latem 1997 roku w Kutnie.
Grupa przyjaciół z podwórka, czterech 13latków właśnie rozpoczyna wakacje. Nie
byle jakie, bo ostatnie takie, analogowe, bez komputera, o czym chłopcy jeszcze
nie wiedzą. Jest to historia o dojrzewaniu, o marzeniach i rozczarowaniach, ale
też świetne przypomnienie czasów już dawno minionych, hołd dla tego co już nie
wróci.
Kompozycyjnie książka złożona jest z 6 rozdziałów – każdy
opatrzony jest tytułem i datą. Rozdziały są dosyć długie, oczywiście nie są
pisane jednym ciągiem, są oddzielone gwiazdką, ale też nieczęsto. Książkę
zdecydowanie lepiej czyta się jednym lub po prostu dłuższym ciągiem, raczej nie
jest to lektura do częstego odkładania, bo wtedy dużo można stracić z klimatu i
bardzo poetyckiego stylu autora. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie
czasu teraźniejszego, narratorem jest Chudy. Odstępstwem od tego jest tylko
kilka stron, na których narrator przytacza historie ludzi dotkniętych wielką
powodzią, która miała miejsce tamtego lata. Wtedy narracja zmienia się na
trzecioosobową czasu teraźniejszego. Narrator jest typem gawędziarza, jego
myśli często odpływają na podstawie drobnych skojarzeń, dużo tutaj czegoś w
stylu marzeń sennych czy po prostu marzeń i wiary w lepsze jutro. Ma bardzo
żywą i wybujałą (w dobrym tego słowa znaczeniu) wyobraźnię, tworzy wiele
ciekawych opowieści czy równoległych wizji przyszłości.
„Nie wiem, po co mi te wszystkie zwroty, nawet ich nie
używam podczas rozmów z kolegami, jedynie w myślach. Tam zawsze dzieje się dużo
więcej niż na zewnątrz. Rodzą się i znikają marzenia, powstają alternatywne
wersje wydarzeń, wizje, takie jak ta przed chwilą.”
Język, jak pisałam,
jest dosyć poetycki, dla mnie to był strzał w dziesiątkę. Styl zdań dostosowany
jest do emocji panujących nad narratorem – czasami zdania są bardzo długie,
czasami wręcz odwrotnie. Nie brak tutaj też okazjonalnych wulgaryzmów, jednak
bardzo dobrze są wpisane w tekst, nie kują w oczy. Narrator jest świetny
obserwatorem rzeczywistości, swoje spostrzeżenia bez skrępowania przenosi na
karty powieści.
Jak już wspomniałam, w powieści mamy paczkę przyjaciół –
Chudego, Berlina, Kukiego i Wojtalę. Każdy z nich ma 13 lat, chodzą do tej
samej szkoły, mieszkają na tym samym osiedlu, są przyjaciółmi z podwórka. Każdy
z nich jest jednak inny. Chudy to dobry chłopak, ma dobre oceny, świetnie
maluje, ale i wiele i mocno przeżywa, a rodzice na każdym kroku podkreślają mu,
że może wiele w życiu osiągnąć, tym samym wywierając na nim dużą presję co do
przyszłości. Berlin to taki osiedlowy cwaniak – jego tata wyjechał do Stanów,
więc chłopak nie narzeka na brak pieniędzy, wszystko ma, nosi się markowo. Z
drugiej strony tata nie jest obecny, mama też pojawia się w domu rzadko... Kuki
to znowu przeciwieństwo Berlina. W jego rodzinie aż piszczy bieda, tata
alkoholik, brat wielki fan marihuany, a mama jakby niewidzialna. Chłopiec ma
też duże problemy w szkole, właśnie nie otrzymał promocji do kolejnej klasy. No
i w końcu jest też Wojtala – zagorzały fan metalu, przeciwnik kościoła, a wręcz
wyznawca szatana. Bardzo specyficzna postać, jednak dla chłopców ewidentnie nie
jest to żadną przeszkodą w przyjaźni. Sporo zamieszania w paczce powoduje
pojawienie się na osiedlu Ryby, nowej starszej dziewczyny, dla której Chudy
traci głowę. Jak to na osiedlu bywa mamy też grupę starszych chłopców, którzy
zastraszają młodszych, nie wolno im wchodzić w drogę. Nie wiem czy Wy
pamiętacie, jak było 20 lat temu, ale wtedy cały dzień spędzało się na podwórku
i co chwilę natykało na jakieś osoby – i tak też jest w tej powieści.
Ogólnie muszę przyznać, że jestem zachwycona tą książką.
Styl narracji mocno mi przypasował, a bardzo wierne oddanie codzienności
tamtych czasów powoduje wręcz wzruszenie. Plakaty na ścianach, jojo, vibovit,
kasety z muzyką, Bravo, guma Huba Buba, trzepaki i wieczne życie podwórkowe.
Chłopcy w każdej wolnej chwili grają w nogę, dziewczynki skaczą w gumę, rysuje
się kredą po chodnikach i organizuje wyprawy rowerowe. W domu jedyną rozrywką
jest telewizor zaopatrzony tylko w 4 kanały, więc w sumie nuda. Za to w swoim
pokoju można słuchać głośno muzyki z kaset i oddawać się takim zajęciom jak
rysowanie. Nie wiem jak odbiorą to młodsi czytelnicy, ale ja naprawdę czytałam
to wszystko z łezką w oku.
„W głowie cisza, w sercu spokój. Jestem dokładnie w tym
miejscu, w którym powinienem być, otoczony przez przyjaciół, bezpieczny i
szczęśliwy. Mogę stąd ruszyć wszędzie i zrobić wszystko.”
Dużo uroku dodaje tutaj też fakt, że rzeczywistość
przedstawiona jest oczami 13 letniego chłopca. Jest lekko naiwna, ale też
uroczo pozytywna, pełna wiary w lepsze jutro. Jednak jest to też okres
dojrzewania chłopców, kiedy emocje nieraz biorą górę, a rzeczywistość zmuszą do
refleksji i możliwych rozczarowań.
„...nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Wiem
tylko tyle, że po trzynastu całkiem racjonalnych latach świat zaczął nagle
mówić do mnie w obcym języku.”
To wiek, w którym
dziecko miesza się z dorosłym, z jeden strony dziecięce marzenia gdzieś tam
ciągle tkwią, z drugiej strony rzeczywistość co chwilę rozczarowuje. To okres
wkraczania w dorosłość, pierwsze kontakty z papierosami, alkoholem,
eksperymenty z dorosłością. To pożegnanie nie tylko z erą analogową, ale też z
dzieciństwem.
„- Masz czasem
ochotę przestać być sobą i gdzieś uciec, bo to wszystko jest kompletnie bez
sensu?- To chyba jest to całe dorastanie. Czytałam o tym
kiedyś.- Wcale mi się to nie podoba.- A będzie jeszcze gorzej.- Dzięki, ale nie pomagasz, wiesz? Jeśli chciałaś mi
poprawić humor to idzie ci fatalnie.Sorry.- To co mnie czeka? – pytam po chwili. – Oprócz mutacji,
syfów i wąsów.- Dowiesz się wiele o sobie. Spojrzysz na wszystko
inaczej. Zaczniesz się zastanawiać, co chcesz robić w życiu. I tak dalej.- Chciałbym rysować komiksy, kopać zawodowo piłę albo
mieć zespół i grać grunge – wyrzucam z siebie jednym tchem. - Super!- Tylko wszyscy mi mówią, żebym przestał zajmować się
pierdołami i wziął się za prawdziwą robotę.- Może ci zazdroszczą? Masz jeszcze czas i możesz zrobić
wszystko, jak trzeba. Oni już nie.”
Na koniec muszę tylko podkreślić kilka scen, które mnie
oczarowały jeszcze mocniej niż cała książka. Scena otwierająca książkę - mecz
piłki nożnej na boisku przed blokiem, to po prostu mistrzostwo! Akcja miesza
się z marzeniami, a wszystko to połączone jest w bardzo obrazowy sposób. Podobna
scena też zamyka powieść, co tworzy bardzo ładną klamrę, w której zamknięta
jest powieść. Równie mocne wrażenie zrobiła na mnie scena odkrycia zespołu
Nirvana. Tyle emocji, tyle fascynacji, tylko zrozumienia. Przeczytacie, to
zrozumiecie nad czym się tak zachwycam!
Podsumowując, książka mnie oczarowała. Co prawda ciężko było
mi zacząć, druk jest dosyć drobny, przez co w chwilach kiedy musiałam książkę
często odkładać, miałam wrażenie, że w ogóle nie posuwam się do przodu. Jednak
kiedy do książki przysiadłam na dłużej to wrażenie zniknęło, a książka mnie
wręcz połknęła. Nie wiem czy to przez fakt, że jestem zbliżona wiekiem do
bohatera, przez co moje dzieciństwo wyglądało całkiem podobnie, pamiętam tamte
czasy i móc wrócić do nich to była dla mnie sama przyjemność. Do tego ten
świetny styl opowieści i rewelacyjnie wybrany narrator tworzą z powieści
naprawdę książkę wartą uwagi. Bardzo polecam ją osobom pamiętającym czasy
sprzed komputera, a i jestem bardzo ciekawa, jak odbiorą ją młodsi czytelnicy. Tak
myślę, że zdecyduję się na lekturę „2049”, bo po tej książce mam zdecydowanie
ochotę na więcej i jestem mocno ciekawa, jaką wizję przyszłości autor
przedstawił w swoim debiucie.
Moja ocena: 8/10
Za egzemplarz powieście serdecznie dziękuję Wydawnictwu
Novae Res!
Komedia kryminalna, wbrew pozorom, zalicza się do tych
trudniejszych gatunków literackich. Intryga kryminalna musi być przemyślana,
dopracowana, zaskakująca, ale nie za mocno zagmatwana. Bohaterowie śmieszni,
ale pozytywni i nie naiwni. Do tego jeszcze dochodzi humor – sytuacyjny,
postaci i ten zawarty w stylu – według mnie naprawdę ciężko jest trafić akurat
w ten punkt, gdzie jest zabawnie, ale i inteligentnie. W końcu każdy z nas ma
własne poczucie humoru, prawda? Jak napisać książkę, która będzie bawić duże
grono czytelników?
Katarzyna Zawojska postawiła właśnie na ten gatunek. „Kot
psuje się od ogona” jest jej debiutem literackim. Czy faktycznie dobrze bawiłam
się przy jej książce? O tym za chwilę 😉
Historia książki zaczyna się pewnym rankiem. Danka, kobieta
przed 30stką dwa tygodnie temu została zdradzona przez swojego przyszłego męża
dokładnie w dniu ślubu. Od tej pory zabunkrowała się w mieszkaniu i oddaje się
depresji. Ale tego ranka jest inaczej. Danka otwiera oczy i widzi przed sobą
białego kota. Skąd się wziął? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że Danka jest jego
obecnością zachwycona i kot właśnie znalazł nowy dom. Sytuacja w powieści
rozkręca się, kiedy bohaterka zdradza swojej przyjaciółce Basi, że znajduje na
wycieraczce zdjęcia ‘dup’. Basia szybko kojarzy, że są to części ciała należące
do niedawnych ofiar morderstwa – 4 kobiety w krótkim czasie zostały otrute.
Dziać zaczyna się tym bardziej, że Basia, psycholog, szybko kojarzy, że każda z
ofiar była jej pacjentką... a Danka to znany i utalentowany toksykolog... Co
łączy przyjaciółki ze zbrodniami? I co do tego wszystkiego ma kot?!
Od strony kompozycji książka składa się z 23 rozdziałów i
epilogu. Narracja prowadzona jest w dwójnasób: w pierwszej osobie czasu
przeszłego z punktu widzenia Danki, z punktu widzenia wszystkich innych
bohaterów – w trzeciej osobie czasu przeszłego. Rozdziały mają dużo
podrozdziałów, które oddzielane są zamiast zwyczajową gwiazdką, to grafiką kota
– bardzo przyjemny akcent jeśli chodzi o wydanie. A skoro już jesteśmy w tym
temacie, to od razu zaznaczę, że książka ma rozmiar minimalnie mniejszy od
zwyczajowo przyjętego, więc tym bardziej czyta ją się szybko.
W treść książki wplecione są też rozmowy na komunikatorze
oraz teksty piosenek (bohaterowie są bardzo rozśpiewani). Styl jest lekki,
znajdziemy sporo nawiązań czy w ogóle cytatów ze starych polskich filmów i
seriali. Co do samego humoru, to jako takiego niestety się nie dopatrzyłam.
Książka ma lekki styl, ale mnie nie śmieszyła.
Cała sprawa kręci się wokół postaci Danki. Kobieta jest
wielką wielbicielką herbaty, koniecznie z cukrem i cytrynką. Lubi porządek, a
od zawsze, od kiedy tylko pamięta interesowały ją trucizny. Aktualnie jest
dobrym specjalistą w tej dziedzinie, zna się na niej jak mało kto. Psychicznie
Danka jest podłamana po zdradzie Rafała, ale do porządku pomaga jej się doprowadzić
nie tylko przyjaciółka Basia, ale i kot Ptyś. Danka jest wielbicielką porządku,
wolny czas spędza z książką, filmem lub na zakupach.
Basia jest przeciwieństwem Danki pod względem porządku.
Jednak to ona trzyma Dankę w ryzach, jest jej wielką podporą. Zawodowo
psycholog, sama na dosyć zwichrowane życie uczuciowe.
Oczywiście w komedii kryminalnej nie może zabraknąć
policjanta. Tutaj mamy do czynienia z Mordeczką – dawnym znajomym dziewczyn ze
szkoły, który od zawsze podkochiwał się w Basi. Teraz wyrósł na całkiem
przystojnego stróża prawa, który ma potencjał na dużą karierę.
Moimi ulubionymi postaciami w książce są jednak Pani Hela i
Pani Leokadia. Pani Hela mieszka w leśniczówce, ma mały domek, fajny ogródek i
radzi sobie jak może. Za to Pani Leokadia jest sąsiadką Danki i uwielbia robić
przetwory a potem nimi wszystkich obdarowywać 😊
Postaci oczywiście jest więcej, każda barwna, odróżniająca
się na tle innych.
Co do samej intrygi to jest całkiem w porządku. Wyrywkowo
czytelnik znajduje w książce jakieś rozmowy osób zamieszanych w morderstwa, ale
do końca w sumie nie wiadomo kim one są. Zaciekawienie utrzymuje się przez całą
lekturę, rozwiązanie jest logiczne i zaskakujące. Całość jest oparta na
klasycznych szkielecie komedii kryminalnej, co na pewno trzeba zaliczyć na duży
plus.
Jednak szczerze muszę przyznać, że ilość ‘dup’ w powieści
raczej nie wywarła na mnie dobrego wrażenia. Nie było to dla mnie śmieszne, tak
samo jak ilość piosenek i treści z nimi powiązane. Rozmowy smsowe lub na
komunikatorze też jakoś nietrafione, kompletnie mnie nie śmieszyły,
pozostawiały raczej niesmak. Były trochę za trywialne i chwilami obraźliwe –
rozumiem, że każda przyjaźń ma swój styl, ale czytelnik jako osoba postronna, raczej
nie uzna tego za śmieszne.
Ogólnie jest to lekka lektura na jeden czy dwa wieczory. Nie
zachwyciła mnie, ale samą bazę miała dobrą. Po prostu nie trafiła w moje
poczucie humoru.
Moja ocena: 6/10
Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae
Res!
Tytuł: Rzeczy,
które robisz we Lwowie, będąc martwym.
Data premiery: 05.07.2019
Wydawnictwo: Novae
Res
Liczba stron: 286
Kolejny kryminał, kolejny debiut, kolejny autor, o którym
nic nie znalazłam! „Rzeczy, które robisz we Lwowie, będąc martwym” swoją
premierę miało na początku lipca. Książka od razu mocno intryguje tytułem, a
jej niewielki rozmiar zachęca do spędzenia z nią kilku chwil czasu.
Akcja powieści, jak to bywa w kryminałach, rozpoczyna się od
trupa. Zamordowany został Polak na Ukrainie, pod Lwowem, jego ciało rozszarpano,
a na czole wycięto tryzub, herb Ukrainy. Jako że sprawa jest międzynarodowa, to
na miejsce zdarzenia wezwany zostaje konsul Polski na Ukrainie Jan Cukierski.
Sprawa zostaje utajniona przed mediami, policja nie kwapi się z szukaniem
mordercy. W tym czasie w Polsce Jerzy Kawalec, nauczyciel historii w liceum
oraz ksiądz Stanisław, nauczający religii w tej samej szkole, wybierają się na
wakacje na Ukrainę. Jeszcze przed wyjazdem okazuje się, że zamordowany jest
synem dawnego przyjaciela Jerzego, więc historyk postanawia się przyjrzeć
sprawie na miejscu. Ksiądz również podchodzi do śledztwa bardzo
entuzjastycznie. Co Polacy znajdą na Ukrainie? Czy było to morderstwo w imię
patriotyzmu?
Kompozycyjnie książka złożona jest z 34 rozdziałów i
epilogu. Rozdziały są krótkie, czyta się szybko, tym bardziej, że książka jest
minimalnie mniejsza od większości książek. Narracja prowadzona jest w trzeciej
osobie czasu przeszłego, większa część akcji przedstawiona jest z perspektywy
Kawalca. Styl jest bogaty, często nawiązuje do historii Polski oraz szeroko
pojętej kultury – kina, literatury itp. Humor powieści jest mocno uszczypliwy,
prześmiewczy i ironiczny.
Głównym bohaterem powieści jest wspomniany już kilka razy
Jerzy Kawalec. Mężczyzna około 40stki, brodacz, fan średniowiecza. Dosyć
nieśmiały typ, szczególnie jeśli chodzi o kobiety. Trochę wycofany z
rzeczywistości, za to inteligentny, uważny i z dobrą intuicją.
Jego „Watsonem” jest ksiądz Stanisław, przez uczniów nazywany
Satanisławem. To bardzo barwna i ciekawa postać. Na urlop został odesłany, po
tym jak do przełożonych dotarło pomówienie o romans z gosposią. Ksiądz jest
niesamowicie dobrym aktorem, lubi się stylizować na znane postacie – aktualnie jego
wzorem jest ojciec Mateusz. Swoim uczniom powtarza, że mają brać przykład z
tego co mówi, a nie robi, a sam twierdzi, że Bóg stworzył i oczy i piękne kobiety,
więc nie ma nic złego tym by sobie
popatrzeć. Ubiera się modnie, ciężko wypatrzeć w nim księdza na urlopie.
Zamordowanym jest Bartek Leszczyński, młody chłopak, który
miał rozpocząć studia medyczne na Ukrainie – jak twierdzi narrator, na
tamtejsze studia zdecydowanie łatwiej się dostać, a lekarz to lekarz, dlatego
też dużo Polaków wybiera właśnie ten kraj na dalszą edukację.
Co do akcji powieści, to nie jest ona jakoś specjalnie mocno
rozbudowana, ale jest dobrze poprowadzona. Jednak myślę, że książka powinna
mieć zdecydowanie inny tytuł, bo ten już na wstępie sugeruje rozwiązanie
zagadki.
Przy omawianiu tej książki zdecydowanie więcej trzeba
powiedzieć o stylu. Jak pisałam wcześniej, narrator jest uważny, zauważa dużo
rzeczy, część jego spostrzeżeń dotyczących polskiej rzeczywistości jest bardzo
trafna. Jednak muszę przyznać, że mimo iż lubię taki ironiczny styl opowieści,
to tutaj dla mnie było to trochę za bardzo. Miałam wrażenie, że narrator widzi
tylko złe rzeczy, skupia się na tym jak jest źle i brzydko i w kółko to
powtarza. Ja z kolei wolę szukać pozytywów, nie lubię aż tak negatywnego
podejścia, więc po jakimś czasie taka narracja zaczęła mnie po prostu irytować.
Dodatkowo miałam wrażenie, że część uwag jest dosyć rasistowska, nie podobały
mi się wypowiedzi o Ukraińcach czy Niemcach. Pewnie było to ironiczne
podejście, jednak do mnie kompletnie nie trafiło.
„Jeśli chodzi o ogólny poziom rozpierduchy w przestrzeni
publicznej, Ukraina jest właściwie jak Polska, tylko pod każdym względem trochę
bardziej.”
Ogólnie historia ma potencjał, sposób przedstawienia akcji
wzbudza ciekawość. Postacie również są niczego sobie, a niektóre sceny bardzo
sprawnie przedstawione – mnie akurat bardzo spodobała się jedna z początkowych
scen odnośnie powstania styczniowego. Jednak styl poprowadzenia narracji nie
przypadł mi do gustu, jest trochę za mocno ironiczny, prześmiewczy i negatywny.
Myślę, że książka na szansę znaleźć fanów wśród uważnych obserwatorów z
ironicznym podejściem do życia – tacy czytelnicy na pewno będą się przy niej
dobrze bawić.
Moja ocena: 5/10
Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae
Res!
„Sen winowajcy” to debiut literacki Gustawa Strukowskiego. Niestety nie udało
mi się dotrzeć do żadnej informacji o autorze, więc na wstępie powiem tylko
tyle, że ostatnio w ręce bardzo często wpadają mi właśnie polskie debiuty
kryminalne i są to spotkania przeważnie bardzo udane. Czy tak było i tym razem?
„Sen winowajcy” swoją akcję opiera na zagadce kryminalnej. W
jednym z bolesławskim mieszkań znalezione zostają zwłoki kobiety w wannie. Na
pierwszy rzut oka ciężko powiedzieć czy był to po prostu nieszczęśliwy wypadek
i kobieta uderzyła głową w kran, czy została zamordowana. Szybko wątpliwości
zostają rozwiane, kiedy w szafie znaleziony zostaje klucz francuski w połowie
owinięty bandażem, a na stoliku w salonie puszka z obcymi odciskami palców.
Sprawa zostaje przydzielona podkomisarzowi Nikodemowi Czerniakowi oraz
aspirantowi Adamowi Smoleń. Jak szybko uda im się znaleźć sprawcę? O co chodzi
w tej sprawie? Czy jest tak prosta na jaką wygląda?
Od strony kompozycji książka podzielona jest na kilka
rozdziałów. Nie są numerowane, za to każdy z nich jest opatrzony tytułem.
Rozdziałów (policzyłam 😉) jest 19 plus notka od autora, którą
spokojnie można uznać za epilog historii. Wydarzenia opisywane są z trzeciej
osobie czasu przeszłego, jednak narrator jest jakby osobną postacią, opowiada
całą historię ze swojego punktu widzenia, często zwraca się bezpośrednio do
czytelnika.
Styl powieści jest bardzo specyficzny. Zagadka kryminalna
jest jakby tylko pretekstem do wynurzeń narratora. Humor powieści jest bardzo
uszczypliwy i mocno ironiczny w stosunku do polskiej rzeczywistości. Narrator co
chwilę odnosi się do rosyjskiej literatury klasycznej jak Tołstoj czy Bułhakow
ale też nie brakuje wzmianek o polskich autorach jak Witkacy czy Fredro.
Bohaterowie są nad wyraz wykształceni, co chwilę dzielą się z czytelnikiem
swoimi filozoficznymi przemyśleniami, a nawet cytują wiersze. Nie będę czepiać
się realności tego faktu 😊 Narrator też dużą uwagę przywiązuje do
samego słowa, często bawi się ich ułożeniem, znaczeniem i skojarzeniem.
Historia opiera się na postaci Nikodema Czerniaka. Jest to
mężczyzna przed 30stką, który miał ambicje wstąpić do służb bezpieczeństwa.
Niestety dostał odpowiedź odmowną i z tego powodu mocno się rozpił. Nikodem
jest samotny, jego jedynym towarzyszem prócz partnera policyjnego jest pies,
dog niemiecki Viggen. Nikodem nie szanuje własnego ciała, prócz litrów
alkoholu, truje się ciągle papierosami, a w łazience jego szafka wygląda jak dobrze
zaopatrzona apteka. Pominę już fakt, że jada same gotowce podgrzewane w
mikrofalówce... Czego trzeba Nikodemowi by przestał się wyniszczać?
Oczywiście kobiety! W zasięgu wzroku pojawia się ponętna
pani prokurator, która o dziwo wykazuje zainteresowanie Nikodemem. Jak potoczą
się ich losy? Czy w końcu Nikodem dozna nawrócenia?
Partnerem w pracy dla Nikodema jest Adam Smoleń. Mimo że
niższy stopniem to starszy o jakieś 10 lat wiekiem. Adam jest szczęśliwym mężem
i ojcem, ale sam kiedyś przechodził przez podobną fazę co Nikodem, dlatego jest
wyrozumiały i stara się mu pomóc. Jest wielkim miłośnikiem horoskopów.
Akcja powieści, jak już pisałam, jest raczej tłem historii.
Nie jest jakoś specjalnie rozbudowana, ale książka też nie jest za dużych
rozmiarów, więc nie ma się co dziwić. Jednak jej rozwiązanie wydaje mi się
trochę po części oderwane od reszty a z drugiej strony trochę banalne. Nie wiem
jak to określić, po prostu mnie nie do końca usatysfakcjonowało.
Co do samego stylu prowadzenia narracji, to z początku autor
szedł w dobrą stronę, ale później trochę według mojego gustu za mocno popłynął
w rozważania filozoficzno-polityczne. Trochę było tego za dużo w stosunku do
akcji powieści, przez co czułam się momentami trochę znużona. Jednak widzę duży
potencjał w styl pisania autora, jest bardzo oryginalny i nieoczywisty, więc
jeśli uda mu się w przyszłych powieściach znaleźć ten balans, by było inaczej,
ale tak by nie przesadzić, to może to być naprawdę dobra lektura. Uwagi
dotyczące polskiej rzeczywistości, sposobu życia, religii są naprawdę
interesujące, a wnioskując po nawiązaniach i rozważaniach, autor na pewno musi
być inteligentną i dobrze wykształconą osobą.
Podsumowując, książka ma potencjał. Jeśli w przyszłości
autor popracuje nad kilkami punktami, to ma szansę zostać naprawdę ciekawym i
oryginalnym pisarzem. Co do samej książki, to czytało się ją bardzo szybko i
ciekawie, ze względu na swój niewielki rozmiar to lektura na dosłownie kilka
chwil. Na pewno było to coś innego i za to biję autorowi brawo. Kolejną książkę,
jeśli się ukaże, to na pewno przeczytam, choćby po to, by dowiedzieć się w
którą stronę poszedł talent autora.
Moja ocena: 6/10
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae Res!
„Cztery pory śmierci”
to debiut kryminalny Olgi Warykowskiej. Wrocławianka, mocno zaangażowana w sztukę
i kulturę, miała do czynienia zarówno z teatrem jak i muzyką. W wolnym czasie
pisze piosenki i krótkie formy sceniczne, pasjonują ją musicale i uwielbia
jeździć na rowerze. Książka „cztery pory roku” była już wydane rok temu przez
wydawnictwo internetowe, teraz ukazała się w nakładzie wydawnictwa Novae Res w
pełnej formie.
Akcja powieści dzieje
się w Filharmonii Wrocławskiej (chociaż miasto tak naprawdę nigdzie w treści
nie zostało ujawnione). Orkiestra tej instytucji właśnie odbywa ostatnie próby
do koncertu „Cztery pory roku” Vivaldiego. Koncertmistrz Grzegorz Krzyżczak,
zarozumiały skrzypek, z dnia na dzień wygląda coraz gorzej. W końcu podczas
koncertu na żywo w czasie własnej solówki pada martwy. Policja szybko łapie
podejrzanego, jednak flecista, grubasek Amadeusz Wagner, wie, że mają
niewinnego człowieka. Z dobrego serca postanawia na własną rękę znaleźć
prawdziwego mordercę. Amadeusz, by poprawnie funkcjonować, musi być najedzony,
więc tak przeplata się przez całą historię śledztwo, muzyka i jedzenie.
Kompozycyjnie książka
podzielona jest na 9 rozdziałów. W środku książki, po wewnętrznej stronie
okładki, znajdziemy też bardzo humorystycznie przedstawioną mapkę.
Narracja prowadzona
jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, narrator podąża śladami samozwańczego
detektywa. Styl jest lekki, przyjemny, bardzo łatwy w odbiorze, z wieloma
wstawkami humorystycznymi, chociaż chyba nie nazwałabym książki komedią
kryminalną. Ot, lekki kryminał z przymrużeniem oka. Taki na jeden raz,
króciutki, do przeczytania w jedno popołudnie. Koniecznie z pełnym brzuchem! Ewentualnie
całym stołem jedzenia pod ręką 😉
Głównym bohaterem
jest wspomniany już Amadeusz Wagner. Jest to młody chłopak, którego myśli cały
czas uciekają w kierunku jedzenia. Wielki fan pizzy i pączków, ale nie tych z
marmoladą morelową. Pół roku temu przybył do Wrocławia z Suwałk, by rozpocząć
pracę w Filharmonii. Amadeusz lubi być niewidoczny, co z jego tuszą jest dosyć
problematyczną kwestią. Nie pomaga też wrodzona niezdarność. Jednak jak się
szybko okazuje chłopak ma dar do dedukcji, a każde kolejne odkrycia dodają mu odwagi
i pewności siebie.
Ogólnie wszyscy
bohaterowie powieści są bardzo ciekawymi indywidualnościami. Co, o czym szybko
czytelnik się dowiaduje, całkowicie nie pasuje do orkiestry jako jedności. Każdy
z uczestników uważa się za cudownego artystę i chce być za wszelką cenę
słyszany. Jest dyrygent, który z Jana Kowalskiego zmienił imię na Rubin
Diament, wielbiciel różowych okularów i ekstrawaganckich ubrań. Jest wspomniany
już koncertmistrz Grzegorz Krzyżczak, który jest zakochanym w sobie bufonem. Mamy
też Karolinę, flecistkę, podstarzałą fankę szkolnych mundurków i wstążek w
warkoczykach.
„Gdy pracuje się z artystami, trzeba się przyzwyczaić, że pracuje się z
dziećmi. Niektórzy nigdy nie dorastają. Nie warto się nawet denerwować”.
Prócz orkiestry w Filharmonii
pracuje także wiele innych osób. Najzabawniejszą postacią jest chyba dyrektor
całego przybytku, nazywany przez wszystkich Imbecylem (od nazwiska Becyl). Jest
to człowiek widmo, który przed wszystkimi się chowa. Cała orkiestra śmieje się,
że kto zobaczy dyrektora, to będzie miał przez cały tydzień szczęście. Jest też
Marta, asystentka dyrektora, która Amadeuszowi kojarzy się z kremówką i w
której po cichu się podkochuje. Mamy też Annę Serce, dyrektora finansowego,
największą harpię w całej Filharmonii, której wszyscy się boją.
Na koniec wymienię
jeszcze równie ciekawe postacie z policji, mianowicie inspektor Ryszard Ryszard,
prowadzący śledztwo, który wizualnie jest całkowitym przeciwieństwo Amadeusza,
oraz posterunkowy Popik, niezdara, ciamajda i ogólnie siedem nieszczęść.
Sporo bohaterów,
prawda? A wymieniłam tylko tych najciekawszych!
Ciężko powiedzieć,
czy kondycja powieściowej Filharmonii ma swoje odwzorowanie w rzeczywistości.
Mam szczerą nadzieję, że nie, ale na pewno zawiera mocno podkoloryzowane,
przedstawione w krzywym zwierciadle postacie artystów. To nie są zwykli ludzie,
żyją według innych zasad, a może po prostu ich braku. Każdy pragnie być
zauważony, szuka inspiracji, nie patrzy na innych. Na szczęście główny bohater
wyłamuje się ze schematu, jest bardzo niewinny i po prostu dobry, ale też ma
swoje wady (jak np. obżarstwo czy uwielbienie mamusi).
Muzyka cały czas przewija
się przez powieść, w końcu nawet tytuł jest zaczerpnięty z dzieła Vivaldiego. Jednak
prócz krótkiego wywodu na temat właśnie tego dzieła, nie znajdziemy tutaj wielu
zachwytów nad samą muzyką. Nacisk w książce położony jest na postacie muzyków i
funkcjonowanie (lub jego brak) samej Filharmonii. Wspomniane jest też, że
popularność takiego ośrodka bardzo się obniżyła, niewiele osób chodzi do
Filharmonii, po prostu, by się ukulturalnić. Muzyka klasyczna nie ma się
aktualnie za dobrze, co raczej nie napawa radością. Tłumy do Filharmonii
ściągnęły tylko po morderstwie skrzypka, w poszukiwaniu sensacji, a nie doznań
zmysłowych.
Trzeba też tutaj
wspomnieć o jedzeniu. Amadeusz myśli brzuchem, u niego intuicja objawia się
poprzez burczenie. Bohater ciągle coś je, jak nie pączki, słodkie bułki, to
pizzę, naleśniki czy nawet w McDonald’s. Ja, jako miłośnik jedzenia (jednak
trochę mniejszych gabarytów nich bohater) czytałam fragmenty zachwytów nad
jedzenie z przyjemnością.
„Dlaczego ludzie zabijają się nawzajem? Nie można wszystkiego rozwiązać za pomocą słów?
Albo jedzenia? Zauważył, że chudzi ludzie byli zawsze niezadowoleni. On też byłby
niezadowolony, gdyby cały czas chodził głodny”.
Ogólnie książka mi
się podobała. Jest lekka, zabawna, czyta się szybko i przyjemnie. Bohaterowie
są ciekawi, bardzo oryginalni, a akcja zwięzła i ciekawie poprowadzona.
Zakończenie minimalnie nawiązuje do klasyki kryminałów, a sam koniec chyba sugeruje
możliwość kontynuacji historii. Jeśli faktycznie druga część się ukaże, to na
pewno ją chętnie przeczytam.
Moja ocena: 7/10
Za egzemplarz książki
serdecznie dziękuję Wydawnictwo Novae Res!
„Skazany na zło” jest czwartą wydaną książką
w dorobku autora Adriana Bednarka, ale, jak sam przyznaje w posłowiu, napisał
ją dużo wcześniej, jako jedną z pierwszych swoich powieści, która potem przez 5
lat leżała w szufladzie. Jest to na razie jedyna osobna powieści Bednarka, poza
nią na rynku dostępny jest cykl (4 tomy) o diable Kubie Sobańskim. Autor
fascynuje się seryjnymi mordercami oraz II wojną światową, czemu daje upływ
właśnie w „Skazanym na zło”.
Powieść opowiada
historię Wiktora Hauke, 27letniego przedsiębiorcy, współwłaściciela firmy
sprzedającej kolekcjonerskie przedmioty, prywatnie męża Igi, pięknej rudowłosej
kobiety. Wiktor od kilku miesięcy walczy z własnymi ciągotkami alkoholowymi, co
dzięki nowej kochance nie jest aż tak trudne. Pewnego popołudnia Wiktor z
Moniką - kochanką wybierają się na piknik w lesie, gdzie nagle dziewczyna
zaczyna się dziwnie dusić i wciągu kilku minut umiera. Wiktor nie wie co
robić, spanikowany, że te wydarzenie zburzy jego dotychczasowe życie,
postanawia zakopać dziewczynę w lesie. Dzień później ktoś podrzuca mu telefon z
profesjonalnymi zdjęciami uwieczniającymi jego przestępstwo. Zaczyna się gra
pomiędzy Wiktorem a tajemniczym szantażystą, gra o najwyższe stawki. Kto
zwycięży?
Kompozycyjnie książka
składa się z prologu, 24 rozdziałów i epilogu. Rozdziały nie są długie, czyta
się szybko, książka w sumie wciąga od pierwszej strony. Narracja prowadzona
jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, gdy śledzimy losy Wiktora, w trzeciej
osobie z kolei, gdy podążamy za Reżyserem (bo tak każe się nazywać wspomniany
szantażysta). Co do stylu prowadzenia historii muszę przyznać, że bardzo mi się
spodobał, jest bogaty w wiele nietuzinkowych porównań, które pomimo powagi
sytuacji, wywołują lekki uśmiech na twarzy, a czasem i chwilową zadumę.
Głównych bohaterów
powieści mamy dwóch – Wiktora i Reżysera. Wiktor prowadzi dosyć normalne życie
przeciętnego człowieka, ma żonę, firmę i kredyt na głowie. Z początku powieści
bohater jest w lekkim dołku finansowym, firma nie przynosi takich dochodów jak
oczekiwał, a wydatki, jak to w życiu bywa, ciągle się mnożą. Bohater kocha
swoją żonę, jest dla niej w stanie zrobić wszystko, na nikim innym tak mu nie
zależy, a jednak w chwili słabości zamienia alkohol na młodą kochankę. Po
wydarzeniach w lesie Wiktora męczą wyrzuty sumienia, ale chęć prowadzenia
dotychczasowego życia z nimi wygrywa. Nie chcąc tracić tego co ma, nie zgłasza
się na policję, tylko zgadza się na warunki Reżysera. Czytelnik wraz z biegiem
akcji obserwuje coraz większą zmianę, która zachodzi w Wiktorze, widzi jak
przesuwa się granica czynów, na które pozwala sobie bohater.
Drugą główną postacią
jest Reżyser. Jest to człowiek ekstremalnie zorganizowany, niezwykle inteligenty,
planujący i przygotowujący się na wiele różnych okoliczności. Psychopata i
morderca, dla którego zaspokajanie swoich żądz jest jedynym życiowym celem. Im
dalej w fabułę, tym czytelnik lepiej poznaje bohatera, coraz mocniej zagłębia
się w jego myśli i odczucia. Reżyser tworzy Dzieła Sztuki, a żeby je stworzyć,
wybiera Aktorów do swoich Dzieł, którzy po części improwizują, po części
odgrywają przypisane role. Reżyser to wszystko obserwuje i nagrywa, a po
wszystkim tworzy z tego ostateczne Dzieło, które dostarcza mu seksualnego
spełniania. Jest to mroczna, ale i niesamowicie realistyczna postać.
Poza tą dwójką
bohaterów jest tylko kilka postaci pobocznych, tj. Ida, żona Wiktora, Marek –
jego wspólnik oraz Nazista – szwagier, który jest obsesyjnym zbieraczem
przedmiotów z III Rzeszy i II wojny światowej.
Marek, Nazista, a w
pewnym stopniu także Wiktor, są postaciami chciwymi, które dla spełnienia
własnych celów są w stanie zrobić bardzo wiele. Ogólnie temat chciwości jest
jednym z istotniejszych tematów poruszanych w powieści, na nim opiera się spora
część powieści. „Wszyscy jesteśmy chciwi,
tylko trzeba znaleźć punkt, w którym chciwość bierze górę nad rozsądkiem”
(s. 201) Ten cytat jest bardzo dobrym podsumowaniem tego zagadnienia.
Akcja powieści toczy
się w Krakowie i okolicach. Opis miejsc i sposób poruszania się bohaterów jest
dokładnie opisany, miałam wręcz wrażenie, że razem z bohaterami poruszam się po
mieście. Sporą wagę narrator także przywiązuje do szczegółowego opisu wyglądu
bohaterów, pomieszczeń i przestrzeni, co daje czytelnikowi bardzo jasny obraz
wszystkiego co się dzieje.
Książka, jak sam
tytuł wskazuje, jest o złu, które drzemie w każdym z nas, w mniejszej lub
większej części. O tym co człowiek jest w stanie zrobić, by jego życie nie uległo
zmianie, jak daleko jest się w stanie posunąć i co te przesunięcie oznacza.
Uczy też doceniania tego co się ma, Wiktor wiele razu podkreśla, że po tym co
go spotkało, rzeczy którymi kiedyś by się przejmował są teraz błahostką. „...teraz wiele bym dał za powrót do życia
mieniącego się paletą brudnej szarości. Jeśli spojrzy się z pewnej perspektywy,
szara paleta może wydać się różowa”.
W podsumowaniu, książka jest dobrym,
trzymającym w napięciu thrillerem. Tak do połowy powieści czytało mi się bardzo
dobrze, później niestety nie do końca umiałam się utożsamić z decyzją podjętą
prze bohatera, a co za tym idzie, nie do końca rozumiałam jego postępowanie.
Druga część powieści jest też niesamowicie brutalna, w niektórych momentach,
przy niektórych opisach robiło mi się aż niedobrze. Także książka jest dobra,
ale tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Ja, jak się okazuje, aż tak mocnych
nerwów nie mam, więc nie do końca mi się ta druga część podobała. Było to dla
mnie za brutalne, za mocne. Autor na pewno ma talent, ale nie do końca trafia w
moje gusta czytelnicze, więc też nie wiem czy sięgnę jeszcze po jego książki.