Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwowab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwowab. Pokaż wszystkie posty

listopada 04, 2024

"Dzieci lwa" Marcin Meller

"Dzieci lwa" Marcin Meller
Autor: Marcin Meller
Tytuł: Dzieci lwa
Data premiery: 23.10.2024
Wydawnictwo: WAB
Liczba stron: 320
Gatunek: thriller obyczajowy / historyczny
 
Marcin Meller to przede wszystkim polski dziennikarz. W latach 90-tych zdobył dyplom ze studiów historycznych, po czym rozpoczął pracę w redakcji magazynu Polityka, z którym związał się na kilkanaście lat. Pisał felietony dla Wprost i Newsweeka, był redaktorem naczelnym Playboya, jak i dyrektorem wydawniczym Grupy Wydawniczej Foksal. Związany był również z telewizją TVN, przez kilka lat można było spotkać go w towarzystwie Kingi Rusin w Dzień Dobry TVN. Udzielał się również w radiu, gdzie do dziś można usłyszeć jego głos, działał też na YouTube i internetowych portalach informacyjnych. Jego zainteresowania to zawsze były ziemie na wschód od Polski, jeździł tam jako reporteż, a kilka lat temu napisał razem ze swoją aktualną żoną Anną Dziewit-Meller książkę non-fiction o kulturze Gruzji. Do roku 2022 jego nazwisko na półkach księgarskich można było spotkać tylko w dziale non-fiction, później jednak autor pokusił się, by swoje dziennikarskie doświadczenia wykorzystać też w gatunku powieści beletrystycznych. I tak w 2022 roku na naszym rynku ukazał się jego debiut literacki pt. “Czerwona ziemia”, która przenosiła czytelników do Afryki. Teraz, dwa lata później, doczekaliśmy się jego drugiej powieści - “Dzieci lwa” zabierają nas w podróż do czasów PRL-u oraz Gruzji lat 90-tych XX wieku, kiedy to szalała tam wojna domowa…
 
Lata współczesne, wrzesień 2023 rok. Dziennikarz Wiktor Tilszer dostaje telefon od znajomego z redakcji, w której pracuje - ten informuje go, że na konkurencyjnym portalu został opublikowany film, który wywoła burzę skierowaną w Tilszera. O co chodzi? Wiktor co prawda kilka dni temu znowu udzielał wywiadu o sprawie sprzed 30 lat, opowiadał po raz kolejny o śmierci swojego przyjaciela, jednak powtarzał wtedy wszystko to, co już kiedyś ujawnił… Okazuje się, że film, który został opublikowany, to coś całkowicie nowego - nagrany został dosłownie na moment przed śmiercią Maksa, a Wiktor został na nim uwieczniony tak, że teraz, na kilka chwil po publikacji, pojawiają się poważne oskarżenia. Wiktor nie ma najmniejszego pojęcia skąd ten film wyciekł, ba!, nie wiedział nawet, że taki film został nagrany… Co zatem robić? Musi szybko odkryć, ktoo dopuścił się wycieku tego materiału, bo niemożliwym jest, by był to cały film. Tilszer musi ruszyć na poszukiwania, a my w czasie jego podróży zapoznajemy się z pełną historią jego znajomości z Maksem, która rozpoczęła się pod koniec lat 80-tych XX wieku…
“Dzieci lwa są zawsze lwami, czy to lew jest, czy też lwica.”
Książka rozpisana jest na rozdziały, których akcja toczy się naprzemiennie - we wrześniu i październiku roku 2023 oraz w latach 1987-1993. Rozdziały historii współczesnej są krótkie, zdecydowanie więcej miejsca w tej powieści zajmuje przeszłość. Im bliżej końca, tym rozdziały są krótsze. Każdy rozdział zaznaczony jest przez wskazania daty (najczęściej miesiąca i roku) wydarzeń, które opisuje. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora podążającego za Wiktorem. Jest wszechwiedzący, opisuje jego perspektywę, ale w oddawaniu uczuć postaci nie jest specjalnie wylewny. Styl powieści jest surowy, zdania proste, bez ozdobników, raczej krótkie. Język jest użytkowy, dopasowany do postaci, o których opowiada, szczególnie jest to widoczne w luźnych dialogach pomiędzy Wiktorem a Maksem, które mają zobrazować stopień ich zażyłości, oddać charakter ich przyjaźni. Ogólnie książkę czyta się bez problemów, zdarzyło się jednak z dwa razy, że związki frazeologiczne zostały lekko przekręcone, ale nie ma to wpływu na odbiór całości.
“(...) po jakiego grzyba pchałeś się w to miejsce i na tę wojnę, jakie idiotyczne wzdęcia dziennikarskiego ego kazały ci się znaleźć w tym błocie?”
Historia “Dzieci lwa” przez samego jej autora została określona jako powieść sensacyjno-przygodowa. Dla mnie jednak dużo trafniejszym określeniem jest thriller obyczajowo-historyczny, gdyż tym, na co autor kładzie nacisk, jest historia. Historia znajomości Wiktora i Maksa, historia ich przyjaźni i historia krajów, w których bohaterom przyszło żyć czy przez dłuższą chwilę przebywać. Mam też wrażenie, że wątek współczesny jest tylko pretekstem do opowieści o przyszłości, ale to ten wątek odpowiada za określenie książki mianem thrillera - w końcu mamy zagadkę, którą trzeba rozwiązać, gdzieś tam może jest delikatnie wyczuwalne napięcie wywołane tym, jak bardzo życie Wiktora posypało się po ujawnieniu filmiku, który ciągle jest dla czytelnika osnuty mgłą niejasności - nie wiemy co przedstawia, nie wiemy czy jest prawdziwy ani jak sam Wiktor się tak naprawdę do niego odnosi.
 
Wspomniałam, że jest to historia Wiktora i Maksa. Wiktora poznajemy zarówno jako młodego chłopaka, w chwili, gdy ma zaczynać studia historyczne i towarzyszymy mu przez kolejne pięć lat, kiedy rozpoczyna swoją pierwszą pracę w redakcji, dzięki czemu podróżuje do wspomnianej Gruzji. Jednak poznajemy go też jako dorosłego mężczyznę w okolicach pięćdziesiątki, poważnego dziennikarza, którego nagle życie zostaje zachwiane w posadach - i to nie tylko te zawodowe, bo przecież oskarżenia są tak poważne, że wpływają także na jego życie prywatne, na życie jego rodziny. Poprzez ten wątek autor porusza ciekawy temat działania współczesnych mediów, obiegu informacji, które nawet nie są jeszcze potwierdzone, a już mogą komuś przekreślić życie na zawsze.
“Wyroki sądów społecznych zapadają w sieci w trybie zupełnie innym niż tradycyjnych, a odwołania mają wartość jedynie symboliczną.”
Młodego Wiktora poznajemy w zderzeniu z Maksem - zderzeniu, gdyż ich przyjaźń oparta została na kontrastach. Łączy ich młody wiek, trudna sytuacja krajowa w jakiej żyją (ostatnie lata PRL-u) i kierunek studiów. Obydwoje chcą pożyć, poszaleć. Ale to Maks jest ten odważniejszy, ten, który w każdej sytuacji potrafi się odnaleźć. To on wyrywa wszystkie dziewczyny, kręci najlepsze imprezy, choć nie jest przedstawiony aż tak jednokierunkowo - przychodzi moment w jego życiu, który trochę zmienia jego ścieżki… Wiktor przez większą część historii z przeszłości trzyma się w cieniu Maksa. Obserwuje jak kolega zgarnia mu sprzed nosa dziewczyny, w których się kocha, dominuje rozmowy i nie traktuje niczego na poważnie. A Wiktor chce uznania, chce własnych zasług. Czy to właśnie dlatego porywa się na coś, do czego nikt z polskich dziennikarzy się nie garnie? Czy dlatego rusza do Gruzji ogarniętej szałem, tragedią i marazmem wojny domowej?
“Po prostu się stało. Nikt nikogo nie chciał skrzywdzić. A wszyscy są lub będą poranieni.”
Po kolei przechodzimy przez etapy przyjaźni chłopców, od pierwszego zachwytu, po pierwsze rozczarowania. Wszystko to toczy się na tle historycznym o mocnym zabarwieniu politycznym. Przyglądamy się akcjom zrywów solidarnościowych, w których bohaterowie w Polsce w czasach PRL-u uczestniczą, przyglądamy się temu, jak wygląda Gruzja w stanie wojny. Jest to przecież kraj tak ciekawy, z tak bardzo ciekawą kulturą, jednak prócz kilku wzmianek o jedzeniu i społecznych zwyczajach, w tej historii skupiamy się na czymś innym - na walkach, na tym kto z kim, na tym, jak mocno krajowa i międzynarodowa polityka wpływała na to, co wtedy się w tym kraju działo. Jest to kawał historii, której przyznam, że nie znałam, kawał tragedii, które rozegrały się w gruzińskich rodzinach. Autor oddaje to w dosyć reporterski sposób, raczej relacjonując, niż angażując w to wszystko emocje.
“Kiedyś takie obrazy oglądaliśmy w telewizji, to były relacje z dalekich krajów na odległych kontynentach. Nawet kiedy Ormianie zaczęli walczyć z Azerami, wydawało mi się, że na to nie dotyczy, że Sumgait, Baku, Karabach są daleko. A teraz widzę uciekinierów na ulicach Tbilisi, moja córka chodzi w mundurze, a ja umieram ze strachu każdego dnia.”
No właśnie, przyznam, że tych emocji mi tutaj trochę zabrało, tak jak doceniam całą bazę historyczną tej książki, tak zwyczajnie jej nie czułam. Czy odpowiada za to surowy styl? Reporterski sposób oddania zdarzeń? Skupienie na tym co się dzieje, a nie na wnętrzu postaci? To jednak czysto prywatne wrażenia, które … no cóż, są tylko moje, nie muszą się przenieść na to, ja inni będą tę książkę odbierać.
 
Myślę, że “Dzieci lwa” zasługują na uwagę ze względu na tło historyczne, którego na polskim rynku raczej brakuje. O Gruzji, o jej burzliwej historii Polacy raczej nie wiedzą za wiele, a dzięki tej książce możemy poznać wycinek tego, co dla tego kraju, tego rejonu świata ważne. Bo obserwujemy nie tylko same walki, ale też to jak ich uczestnicy się zachowują. A to już można odnieść bardziej uniwersalnie, bo wojna nigdy nie przychodzi zapowiedziana. Tak było u nich, tak było w historii innych krajów. Meller poprzez tę opowieść, poprzez historię swojego bohatera przekazuje też ciekawe dziennikarskie treści - każe się zastanowić nad obiegiem informacji i szybkimi osądami. To ciekawy miks historyczno-współczesny, szybka, choć ze względu na tragedię wojny, niełatwa lektura.
 
Moja ocena: 7/10 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem WAB.




Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

stycznia 24, 2024

"Karnawał" Alicja Sinicka - recenzja premierowa

"Karnawał" Alicja Sinicka - recenzja premierowa
Autor: Alicja Sinicka
Tytuł: Karnawał
Data premiery: 24.01.2024
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny
 
Alicja Sinicka to autorka lubiana przez spore grono czytelniczek, przez niektórych nazywana nawet królową polskiego domestic noir. Debiutowała w 2017 roku książką “Oczy wilka”, która miała w sobie nutkę tajemnicy i sporo romansu. Od roku 2020 z powodzeniem łączy wątki charakterystyczne dla thrillera psychologicznego domestic noir oraz romansu. Mnie osobiście zawsze ta domieszka romansowa w jej twórczości przeszkadzała, więc z przyjemnością mogę oznajmić, że jej czternasta książka skierowana do dorosłego czytelnika pt. “Karnawał” jest jej prawie pozbawiona - jest minimalny tego typu wątek. ale przede wszystkim jest to po prostu dobrze zbudowany thriller psychologiczny, w pewnej formie faktycznie również należący do nurtu domestic noir.
Poza wspomnianymi czternastoma książkami, Alicja Sinicka od niedawna jest też autorką trzech książek dla dzieci, jak i sporej liczby opowiadań, które ukazały się w polskich antologiach.
 
Historia “Karnawału” ma swój początek w roku 2002. Wtedy to, w styczniu, kilkoro studentów i studentek zostało zaproszonych przez Kaję i Roberta do domku letniskowego rodziców dziewczyny położonym na wysepce Czarci Ostrów na Śniardwach. Mieli tam spędzić noc na przebieranej zabawie karnawałowej. Niestety, nim nastał ranek część z nich była martwa. Sprawy nigdy nie wyjaśniono, media okrzyknęły ją tragedią na wyspie Czarci Ostrów, a ci, co przetrwali, zostali naznaczeni traumą na całe życie. Wśród ocalałych jest Amelia, która teraz, w 2022 roku pozornie radzi sobie całkiem nieźle - prowadzi własną firmę z biżuterią, wychowuje 5-letnią córkę - jednak psychicznie nadal nie doszła do siebie, nadal żyje czujna, w strachu, że morderca sprzed 20 lat powróci. I może właśnie to się teraz dzieje? Dociera do niej, że inny ocalały odebrał sobie życie, choć była to śmierć nieco podejrzana… A to dopiero początek dziwnych zdarzeń, które mogą oznaczać, że historia rozpoczęta w 2002 roku teraz zyska swój prawdziwy koniec.
“Ty się tak umiesz bać, że człowiek chce patrzeć i patrzeć bez końca.”
Książka rozpisana jest na krótkie rozdziały przedstawione z perspektywy Amelii i Roberta - ona skupia się na opisie wydarzeń współczesnych z 2022 roku i robi to w narracji pierwszoosobowej czasu teraźniejszego, on na tragicznej nocy 2002 roku w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego. Zarówno Amelia, jak i Robert skupieni są na swoim wnętrzu, ich relacja z wydarzeń jest więc od razu opatrzona ich własnymi emocjami, choć oczywiście w narracji pierwszoosobowej jest to zaznaczone dużo mocniej. Styl powieści jest prosty, poprawny stylistycznie, od czasu do czasu autorka kusi się o jakieś porównanie nieco bardziej literackie. Książkę czyta się szybko i w miarę płynnie. Zbudowana jest typowo dla thrillera - większość rozdziałów kończy się tak zwanym cliffhangerem, czyli jakąś zaskakującą informacją, niewyjaśnioną od razu, dlatego też czytelnik musi czytać dalej, by dowiedzieć się co właśnie się wydarzyło. To dobry, skuteczny zabieg, dobrze przykuwa uwagę czytelnika do lektury, nie pozwala się oderwać.
 
Do samej budowy intrygi i całej fabuły nie sposób się przyczepić, znajduje się w niej to, co thriller psychologiczny zawierać powinien. Jest dużo emocji, które postacie nam przekazują, i są to uczucia mocno niepokojące - strach, niepewność, ciągła obawa, ciągłe przeczuwanie, wypatrywanie zagrożenia. Przyznam jednak, że choć rozumiałam emocje postaci, to jakoś sama ich nie odczuwałam i nie wiem co było tego powodem. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że thriller zbudowany jest solidnie i zawiera wszystkie najważniejsze elementy tego gatunku zarówno w narracji współczesnej, jak i tej z 2002 roku.
“Ludzie wolą myśleć negatywnie, zamartwiać się bez końca, poddawać się lękowi. Ciągnie nas do niego jak do kuszącego zapachu; im bliżej podejdziemy, tym więcej go będzie wokół nas. W pewnym momencie jednak orientujemy się, że to zgubne.”
Historia z 2002 roku jest tym bardziej klimatyczna, gdyż toczy się w czasie jednej nocy, w której grupka młodych ludzi zostaje odcięta od reszty świata. Narasta panika, poczucie zagrożenia i bezradności, bo ktoś na nich poluje, a oni nie mają pojęcia kto. Ktoś obcy? A może ktoś z nich? Albo to wszystko to po prostu przypadki, zbiegi okoliczności? Budowa tego fragmenty historii ładnie nawiązuje do klasyki powieści kryminalnej, co jest kolejnym jej wyraźnym plusem.
A wspomniana niepewność utrzymuje się też w czasach współczesnych, gdyż Amelia przedstawia nam historię ze swojego punktu widzenia, a kto wie, czy ona po swojej traumie jest wiarygodnym narratorem? Może widzi coś, czego naprawdę nie ma? To jeden z najciekawszych elementów tej powieści, ta niewiadoma, czy naprawdę możemy wierzyć w to, co wydaje się bohaterom i co oni nawet relacjonują.
“Robert znowu ujrzał wszystkich obecnych w domu znajomych. Wydawali się teraz inni, bardziej obcy. Zmienił ich strach. Na każdej twarzy widać było jakieś jego oblicze.”
Muszę też przyznać, że kreacje postaci są solidne – często u tej autorki postacie kobiece zdają mi się nieco naiwne, tu nie miałam w ogóle takiego wrażenia. Ze względu na to, że Amelia opowiada historię w pierwszej osobie, wydaje się, że to ona odsłania się przed nami bardziej, ale jej postać jest bardzo spójna i zgodna psychologicznie, a obraz wystraszonej, żyjącej w stałym lęku kobiety, jest wiarygodny.
“Czasem wyobrażam sobie, że mój lęk jest ogromnym dołem w ziemi. Ma dość łagodny spad i łatwo się do niego schodzi, swobodna wędrówka krok po kroku. Budzę się w nim, najczęściej w nocy, zlana potem, odrywam głowę od poduszki i patrzę na wielkie wzniesienie, po którym muszę się teraz wspiąć, żeby powrócić do stanu względnej normalności. I Tak bez końca od dwudziestu lat.”
Mimo że sięgając po książki tej autorki wiem, że najważniejsza jest w nich po prostu rozrywka, dobrze trzymanie napięcia i ciekawa zagadka, to tym razem wypatrzyłam w niej też ciekawy temat do rozważań - chodzi o te życie w strachu, życie z niewiadomą, Amelia nie wie, kto stoi za zbrodnią sprzed 20 lat i tyle czasu spędziła się nad tym zastanawiając. Co jest więc gorsze? Niewiedza czy najgorsza prawda? I co, kiedy po tak długim czasie oczekiwania zagadka w końcu zostanie rozwiązana? Czy lepiej, by wydarzyło się najgorsze, ale niewiedza w końcu odeszła w zapomnienie? Czy z takim piętnem, jakie w książce reprezentuje Amelia, da się żyć? To ciekawe zagadnienia zmuszające do zastanowienia się jak wygląda życie ocalałych, tych, co byli o krok od śmierci i tych, którzy cały czas z jakiego powodu muszą żyć w zawieszeniu.
 
“Karnawał” to naprawdę dobrze zbudowany thriller psychologiczny, który cały czas trzyma czytelnika w ciekawości przez niewielkie sztuczki fabularne autorki, ale nie da się zaprzeczyć - to się sprawdza, przyznam, że łatwiej jest odłożyć na chwilę książkę w środku rozdziału niż próbować odłożyć pomiędzy rozdziałami. Pomysł na miejsce, na całą intrygę też jest naprawdę dobry, klimatyczny, nawiązujący do klasyki kryminału, a fabuła prowadzona jest sprawnie i z rozmysłem. Myślę, że tym, co powoduje, że jakoś nie potrafię zatracić się w lekturze książek Sinickiej, jest jej styl, dosyć prosty i momentami ze specyficznym słownictwem, który również jest poprawny, po prostu chyba nie trafia w moje wyczucie rytmu - innego powodu tu naprawdę nie widzę, bo nie mam “Karnawałowi” naprawdę czego zarzucić. Uważam, że spośród czterech książki autorki jakie czytałam, właśnie ta wypada najlepiej, więc jeśli nie wiecie od której książki zacząć przygodę z jej piórem, to polecam właśnie od tej.
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem W.A.B. 



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

sierpnia 18, 2023

"Szrama" Małgorzata Oliwia Sobczak

"Szrama" Małgorzata Oliwia Sobczak

Autor: Małgorzata Oliwia Sobczak
Tytuł: Szrama
Cykl: Granice Ryzyka, tom 3
Data premiery: 14.06.2023
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384
Gatunek: kryminał
 
Małgorzata Oliwia Sobczak na rynku książki obecna jest od roku 2015, jednak dopiero w 2019 wkroczyła na scenę kryminalną z pierwszym tomem świetnie przyjętej trylogii pt. „Kolory zła” (recenzja – klik!), do której prawa do ekranizacji zostały już wykupione, ba! już trwają prace nad jej powstaniem – będzie to serial dostępny na Netfliksie z Mają Ostaszewską i Jakubem Gierszałem w rolach głównych. Autorka jednak nie próżnuje, w 2021 ukazał się tom pierwszy nowej serii Granice Ryzyka pt. „Szelest”, który był... kryminałem erotycznym. Tom drugi „Szum” (recenzja – klik!) już na szczęście stracił przymiotnik, został solidny kryminał. A co przyniósł finał serii pt. „Szrama”?
 
Sopot, marzec 2020 rok. W jednym z wolnostojących domów dochodzi do brutalnego morderstwa – ktoś nocą niepostrzeżenie dostał się do środka, zaskoczył małżeństwo w sypialni świecąc im latarką w oczy. Mężczyzna został związany i zostawiony w salonie, kobieta przeciągnięta do salonu, zgwałcona i zamordowana... Mężczyzna dopiero po jakimś czasie się uwolnił i wezwał służby. Na miejscu zjawił się detektyw Oskar Korda wraz ze swoją partnerką dziennikarką Alicją Grabską, która na bieżąco relacjonuje sprawę w mediach. Oskar od początku wie, że śledztwo będzie ekstremalnie trudne – zabójca nie zostawił za wiele śladów, a te które zostały są już dawna zadeptane... O pomoc zatem zwraca się do ekolożki sądowej Janiny Hinc, która pomagała mu już w poprzednim śledztwie. Sprawa i tak opornie posuwa się do przodu, a Oskar sfrustrowany niepowodzeniem zaczyna mieszać w swoim związku... By to wszystko naprawić w końcu przyjdzie mu się zmierzyć ze swoją przeszłością.
 
Książka rozpisana jest na dwa czasy: rok 2020 i rok 2000, które kilka razy się ze sobą przeplatają, jednak to wydarzenia współczesne są tymi dominującymi. Każdy z czasów podzielony jest na krótkie numerowane rozdziały, a narracja prowadzona w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, który obserwuje nie tylko Oskara i Alicję, ale i postacie zamieszane w sprawę. Narrator skupia się zarówno na tym co na zewnątrz, ale i wewnątrz postaci, zatem czytelnik ma pełny wgląd w wydarzenia i emocje postaci. Styl powieści jest uważny, skupiony na detalach, opisów jest sporo, ale prowadzone są zgrabnie, więc kompletnie to nie przeszkadza ani nie daje poczucia spowolnienia akcji. W tekście często pojawiają się wyrazy dźwiękonaśladowcze, które są nawiązaniem do tytułów tomów serii. Całość czyta się sprawnie.
 
Intryga kryminalna zbudowana jest solidnie, od samego początku ciekawi, jednak tak gdzieś od połowy, kiedy wysuwa się coraz więcej podejrzeń, już naprawdę mocno wciąga. Przemyślana, sprawnie rozpisana, nieraz zaskakuje, a jej rozwiązania nie sposób się domyśleć. Wyrywki z przeszłości dodatkowo zastanawiają, ciężko znaleźć punkt wspólny wydarzeń, a przecież taki być musi. Tempo akcji może nie jest zawrotne, ale nie ono jest tu najważniejsze – tu raczej chodzi o motywy i dokładne zrozumienie postaci oraz ich działań. To autorce wyszło naprawdę dobrze!
„Życie nieraz jej pokazało, że prawda to złudna sprawa, może się rozczłonkować niczym w kalejdoskopie. Kolejne blizny i szramy rozmywają obraz i przestawiają jej szkiełka, zmieniając perspektywę. Nie ma jednej prawdy. Każdy człowiek ma własną”.
W tym tomie pierwsze skrzypce zdaje się grać Oskar Korda, który do tej pory raczej z czytelnikiem nie dzielił się swoimi doświadczeniami. W tym tomie jest inaczej – w końcu poznajemy historię uzasadniającą dlaczego tak bardzo trzyma wszystkich na dystans, czemu boi się bliskości i związków oraz skąd wzięła się ta szrama ciągnąca się przez cały jego policzek... Alicji w tym tomie jest mniej, ale to zrozumiałe – ona w końcu życie sobie poukładała. Za to Janina trochę miesza, choć specjalistką jest znakomitą – dzięki jej profesji czytelnik może przyjrzeć się uważnie jak wiele śladów po sobie zostawiamy, jak wszystko to można zbadać za pomocą pyłków i innych niewidocznych śladów. Z uwagą i zafascynowaniem śledziłam opisy pracy ekolożki, już za nie same należą się autorce brawa! W Polsce wiedza o tym, jak wiele do powiedzenia na miejscu zbrodni mają rośliny, jest ciągle jeszcze w powijakach, więc cieszę się, że autorka zdecydowała się wprowadzić taką specjalistkę w swojej serii. To chyba pierwsza taka postać w polskiej literaturze kryminalnej?
 
Ogólnie szczegółowość dowodów zbrodni jest niesamowicie dokładna – i sekcja, i opisy dowodów zebranych przez techników, ich analizy i wnioski z nich płynące są opisane perfekcyjnie, tak, że czytelnik może przyjrzeć się jak bazowanie na dowodach w czasie śledztwa wygląda od środka. Bo przecież ważne jest nie tylko samo dochodzenie, ale i fizyczne dowody, bez których śledczy raczej sobie nie poradzą. To punkty oparcia i autorka potraktowała je z należytą i budzącą podziw uwagą.
 
Część historii poznajemy z perspektywy osób w nią w jakiś sposób zamieszanych, dzięki czemu możemy przyjrzeć się ich charakterom i przeanalizować ich zachowanie. Część bohaterów wykazuje się naiwnością w stosunku do swoich bliskich, część podejrzliwością. Tematycznie historia skupia się na związkach wieloletnich, na tym jak szybko przestaje się tę bliskość doceniać i zaczyna szukać wrażeń ekstremalnych gdzie indziej... To historia o miłości, tej trudnej i skomplikowanej, która nieraz niszczy życie, a ryzyko i granice tego co dopuszczalne są ciągle przesuwane, przez co w zainteresowanych tworzą się blizny i szramy… W związku z taką tematyką czasami pojawiają się niewielkie wątki erotyczne, dosyć dosadne, a więc i niewzbudzające mojego entuzjazmu, jednak po raz kolejny podkreślam, że to moje własne skrzywienie – po prostu nie lubię wątków romansowo-seksualnych w tym gatunku literackim.
 
Podsumowując, „Szrama” to kryminał może nie doskonały, ale z pewnością skutecznie przyciągający uwagę czytelnika. Intryga prowadzona jest zawile, więc mimo czujności ciężko domyśleć się jej rozwiązania, a szczegółowy opis działań śledczych i techników sprawia, że całe śledztwo nabiera realności, a czytelnik odczuwa podziw do researchu i sprawnego pióra autorki. Bohaterowie są bardzo ludzcy, niedoskonali, walczą z własnymi demonami – czasem wychodzi to im lepiej, czasem gorzej. Mimo że to tom drugi ciągle pozostaje moim ulubionym w tej serii, to „Szrama” również mi się podobała. Z pewnością z uwagę będę śledzić co nowego zaproponuje nam autorka, a w międzyczasie wypatruję serialu z Kolorów Zła!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

sierpnia 17, 2023

"Stacja" Jakub Szamałek

"Stacja" Jakub Szamałek

Autor: Jakub Szamałek
Tytuł: Stacja
Data premiery: 31.05.2023
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 352
Gatunek: thriller
 
Jakub Szamałek pisze książki, które są połączeniem thrillera, kryminału i sensacji. Debiutował już ponad dziesięć lat temu, w 2011 roku pierwszym tomem trylogii o Leocharesie, w której wykorzystał swoją wiedzę zdobytą na studiach archeologicznych. Zarówno debiut, jak i tom trzeci zdobyły prestiżowe kryminalne wyróżnienie Nagrodę Wielkiego Kalibru. Po małej przerwie od pisania, wypełnionej między innymi pracą zawodową jako scenarzysta gier komputerowych, w 2019 roku autor powrócił do czytelników z nowym początkiem trylogii Ukryta Sieć, która skupia się na zagadnieniu cyfrowości i zagrożeń jakie wynikają z korzystania z sieci. Seria zyskała dużą popularność, sama właśnie wtedy zapoznałam się z piórem autora, które przypadło mi do gustu tak bardzo, że to właśnie recenzja „Cokolwiek wybierzesz” (klik!) była tą otwierającą ten blog. Aktualnie przygotowywana jest ekranizacja serii, już wkrótce ma trafić do kin film pierwszy. W międzyczasie czytelnicy, znowu po krótkiej przerwie, doczekali się siódmej książki autora, jak na razie wygląda to na osobną powieść. Nosi tytuł „Stacja” i zabiera nas w tematykę... kosmiczną!
 
Czerwiec 2021. W kosmos rusza sześcioosobowa ekipa na kilkumiesięczna misję na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Amerykanka z polskimi korzeniami Lucy Poplasky zostaje dowódczynią ekspedycji, pod swoim dowodzeniem i opieką ma dwóch Amerykanów, dwóch Rosjan i kobietę, która astronautką nie jest, ale zapłaciła ogromne pieniądze, by wybrać się na tę misję wraz z nimi. Początkowo wszystko idzie dobrze, choć w grupie pomiędzy narodowościami da się wyczuć tarcia... Sytuacja zmienia się po małej burzy na Słońcu – nagle okazuje się, że na statku kosmicznym skądś wycieka amoniak... Na razie w niegroźnym natężeniu, ale jego zawartość w powietrzu ciągle rośnie, więc astronauci muszą szybko znaleźć źródło wycieku. Napięcie zarówno na statku, jak i na Ziemi wzrasta proporcjonalnie z ulatniającym się gazem... Czy uda im się znaleźć źródło zanim będzie za późno na ratunek misji? I czy wyciek spowodowała burza słoneczna czy może... ktoś zrobił to specjalnie?
 
Książka składa się z 11 rozdziałów. Każdy z nich otwiera fragment z przesłuchań komisji z grudnia 2021, jednak główna akcja toczy się latem 2021 w czasie misji Lucy. Rozdziały podzielone są na krótkie scenki przedstawiające wydarzenia na statku, jak i na Ziemi, z perspektywy Lucy, jej męża Nate’a i Steve’a, który z Ziemi kieruje misją. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego. Styl powieści jest ciekawy – jest sporo opisów, a jednak zdaje się być dynamiczny. Dialogi prowadzone są sprawnie, a w tekście pojawiają się również wiadomości pisane typu maile. Całość czyta się szybko i płynnie, tematyka kosmiczna nie nastręcza żadnych trudności.
 
Przede wszystkim trzeba podkreślić, że książka to thriller. Nie jest to żadne science fiction, nie ma akcji w przyszłości, wszystko jest realne, a wydarzenia prawdopodobne. To, że historia toczy się na stacji kosmicznej, to po prostu oryginalne miejsce akcji, nie wyznacznik gatunkowy. A miejsce to oddane jest znakomicie. Czuć, że autor przed pisaniem powieści przeprowadził szeroki research, dokładnie opisuje jak wygląda codzienność kosmonautów, ich aktualne miejsce zamieszkania i z czym przychodzi im się mierzyć w kosmosie. Jestem pod wrażeniem szczegółowości opisów, z przyjemnością czytałam o kilku zjawiskach, o których uczyłam się niedawno w „Jak nie zginąć w kosmosie” (recenzja – klik!), tu przedstawionych w sposób prosty i dostosowany do rozrywkowego gatunku powieści. Tak więc tak – to wszystko, co autor opisuje, to realne zjawiska, doświadczenia, z którymi przychodzi albo może przyjść mierzyć się astronautom.
“I tak coś, co jeszcze pół wieku temu było ledwie marzeniem, mrzonką właściwie, już zdążyło wkomponować się w codzienność, wtopić bezszelestnie w tło. Taki już los każdego przełomu, każdej technologii: do wszystkiego jesteśmy w stanie się przyzwyczaić. Może zresztą to klucz do naszego sukcesu, powód, dla którego zwierzę stworzone do życia na trawiastej sawannie, dwunożna małpa, nie oszalało jeszcze w świecie szkła, kabli i ekranów. Albo może raczej: nie oszalało do szczętu.”
Mimo tego, że większa część akcji toczy się na zamkniętej przestrzeni, to podczas lektury miałam odczucie akcji całkiem dynamicznej. Może dlatego, że fabuła naprzemiennie toczy się w kosmosie i na Ziemi, a my bacznie obserwujemy zdarzenia wynikające z ciągle rosnącego natężenia gazu? Mimo tego, że statek kosmiczny, to zamknięta, niewielka przestrzeń, to autor zdołał osadzić tam akcję, która wciąga i zaskakuje. Co chwilę pojawiają się nowe fakty czy nowe przeszkody, które zaskakują i sprawiają, że czytelnik utrzymany jest w ciągłym napięciu. Wrażenie te potęgują również początki rozdziałów, przebłyski z komisji, która bada okoliczności wypadku... zatem czytelnik od początku może podejrzewać, że misja jednak nie wróciła na właściwy kurs.
 
Dzięki kreacjom postaci czytelnik ma szansę zastanowić się nad kilkoma ciekawymi tematami. Lucy jest reprezentantką kobiet na ważnych stanowiskach, które dla własnej kariery, spełniania swoich ambicji muszą odłożyć wszystko inne na bok – na jej przykładzie dostajemy porównanie płci: kiedy mężczyzna realizuje się w pracy, to człowiek odpowiedzialny i ambitny, kiedy jednak robi to kobieta, to zamiast tego krytykowana jest za zaniedbywanie własnej rodziny. Może brzmi to jak uogólnienie, jednak autor ubrał to w bardzo zgrabne, błyskotliwe spostrzeżenia.
“Zastanawiała się, czy jej koledzy też mieli takie myśli, też opłakiwali przegapione pierwsze kroki i słowa, czy to była tylko dola kobiet: czuć wyrzuty sumienia z powodu własnej ambicji.”
Lucy w czasie całej historii wykazuje się logicznym myśleniem i odwagą, stara się patrzeć na sytuację obiektywnie, choć sama jest mocno zdenerwowana i sfrustrowana. Dobry z niej kapitan, choć sama, tak jak zaprogramowało nam to społeczeństwo, czuje wyrzuty, że nie ma jej dla rodziny. Jasne, z Nate’em łączy się od czasu do czasu w videorozmowie, jednak obydwoje wtedy raczej udają, tak, by nie martwić drugiego. Czy to też obraz współczesnego małżeństwa? Tu jednak role nie są tak schematyczne, bo to przecież Nate został w domu, to on wychowuje ich córkę, a czytelnik poznaje też historię jego oczami – widzimy z czym, z jakim niepokojem i natłokiem obowiązków zmagają się rodziny astronautów. Jego emocje przedstawione są bardzo wiarygodnie, oczywiście delikatnie doprawione nutką intrygi kryminalnej – Nate w pewnym momencie też dokłada do niej trochę od siebie.
 
Autor wystawił swoje postacie na sytuacje mocno ekstremalne, zatem nikogo nie dziwi, że szarpią nimi gorące emocje – jest strach, jest złość, frustracja, podejrzliwość i brak poczucia bezpieczeństwa. Każda z tych emocji oddana jest żywo, dokładnie, czytelnik jest w stanie z nimi współodczuwać.
 
Podsumowując, „Stacja” to bardzo udany thriller. Jednocześnie trzyma się ram gatunkowych, jest wszystko, czego po thrillerze spodziewać się możemy – napięcie, dosyć dynamiczna, zaskakująca akcja i ciągłe uczucie niepokoju, niepewności. Jednak w tym samym czasie historia jest mocno nieszablonowa, oryginalna – przede wszystkim ze względu na wybór miejsca akcji. Cieszę się, że autor pokusił się o osadzenie historii w kosmosie, cieszę, że w sposób jasny i logiczny przybliżył czytelnikom te zagadnienia. Po tej lekturze z pewnością się ze mną zgodzicie - kosmos jest niebezpieczny dla pojedynczej jednostki, ale ach! Jakże fascynujący!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 19, 2023

"Florystki" Alicja Sinicka

"Florystki" Alicja Sinicka

Autor: Alicja Sinicka
Tytuł: Florystki
Data premiery: 08.03.2023
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 352
Gatunek: thriller psychologiczny
 
Alicja Sinicka to polska autorka, która na rynku książki po raz pierwszy pojawiła się w 2015 roku z romansem „Oczy wilka”. Był to pierwszy tom trylogii, po której autorka rozpoczęła przygodę z thrillerem psychologicznym z nurtu domestic noir, jednak w jej wykonaniu i ten gatunek nie jest wolny od wątków romansowych. Sama z jej książkami spotkałam się wcześniej dwa razy, jednak nadmiar tych wątków sprawił, że nie mogłam się do nich przekonać. Na szczęście „Florystki” okazały się inne, wątek ten jest na dalszym planie, a sama też sięgałam już po książkę ze świadomością, że będzie to lektura lekka i niezobowiązująca, dobra na szybki relaks. Czy było to słuszne założenie?
 
Historia „Florystek” rozpoczyna się pewnego poniedziałku, gdy około trzydziestoletnia Sonia przychodzi do pracy w oławskiej kwiaciarni Chloris. Już po otwarciu drzwi zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak – nie ma świeżych kwiatów, które właścicielka Helena miała sprowadzić w ten weekend, a na podłodze leżą nożyce do kwiatów poplamione jakimś ciemnoczerwonym płynem… czy to krew? Sonia dzwoni do Doriana, męża Heleny i współwłaściciela kwiaciarni, ten jednak spędzał weekend z przyjaciółmi w górach, bez Heleny. Gdy zjawia się na miejscu, razem zawiadamiają policję.
Kilka godzin później dowiadują się, że Helena była w sobotę w Zakopanem, w górach. Wynajęła pokój w schronisku, ruszyła na Orlą Perć i już na nocleg nie wróciła… Czy coś jej się stało podczas wędrówki? Policja od razu wzywa TOPR do pomocy, Dorian z Sonią jadą na miejsce. Po drodze ze sobą rozmawiają, Sonia nie jest pewna, czy Dorian mówi jej prawdę, czy na pewno może mu ufać… W końcu w ich małżeństwie nie układało się dobrze. Co tak naprawdę stało się z Heleną? Skoro zaginęła w górach to skąd ta krew w kwiaciarni? Sonia jest zdeterminowana, by się tego dowiedzieć. Ale czy na pewno by to zrobiła, gdyby wiedziała jak mroczne tajemnice przyjaciółki przyjdzie jej odkryć?
„Ludzie są jak góry lodowe wystające z połaci oceanicznych wód. To, czego w nich nie widzimy, jest najbardziej niebezpieczne.”
Książka składa się z prologu, 31 rozdziałów i epilogu. Rozdziały są bardzo różnej długości, przedstawione przede wszystkim przez Sonię, ale również i Doriana, a także część zawiera fragmenty z pamiętnika zaginionej. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu teraźniejszego zarówno przez Sonię, jak i Doriana. Styl powieści jest prosty, zdania krótkie, przez co przy lekturze nie trzeba się wysilać. Narracja skupia się przede wszystkim na oddaniu stanów emocjonalnych bohaterów, ich toku myślenia i wątpliwości.
 
Zaginiona Helena to postać, która z początku wydała mi się bliska – kobieta, która dba o to, by wszystko dookoła niej było poukładane, dbająca o dobre kontakty z klientami, jak i własną prezencję. U niej mniej znaczy więcej, jest skromnie elegancka i skupiona na swojej pracy. Wiedzie całkiem komfortowe życie, choć na namiar prywatnych znajomości narzekać nie może. Jednak szybko okazuje się, że to tylko fasada, twarz, którą Helena pokazywała społeczeństwu… Co kryje się pod spodem?
„Piękno nie lubi nadmiaru (…). Wyłania się z harmonii, a nie z efektownych dodatków. One z reguły szpecą.”
Sonia to postać mocno się od Heleny różniąca, a jednak nie przeszkodziło to, by wytworzyła się między nimi więź. A przynajmniej tak o tym Sonia do tej pory myślała, teraz, kiedy tajemnice wychodzą na wierzch, okazuje się, że chyba była to przyjaźń jednostronna – Helena wiedziała o niej wszystko, Sonia o Helenie nic. To Helena dała Sonii kilkanaście lat temu natchnienie, by zająć się florystyką, zatrudniła ją u siebie i wysyłała na różne potrzebne szkolenia. To była dla Soni szansa, której sama mogła sobie nigdy nie stworzyć… Jej matka to alkoholiczka, ojciec zostawił je lata temu i zniknął. Wtedy obowiązek opieki nie tylko nad matką, ale i młodszą siostrą z zespołem Downa spadł właśnie na nastoletnią Sonię. Niedługo później w ich życiu pojawił się również nowy partner matki, który jednak tylko bardziej sprawdzał ją na złą drogę. To Helena pokazała Sonii, że można żyć inaczej, dała szansę i nadzieję na normalne życie. Teraz jednak Sonia zaczyna się zastanawiać czy ta dobroć była bezwarunkowa?
 
Mimo tego, że Dorian jest drugim narratorem tej historii, to jest on postacią drugoplanową, tak samo jak pozostali mężczyźni przewijający się przez powieść. Mają oni wpływ na postacie kobiece, to za ich sprawą są, jakie są, jednak nie na nich skupiamy uwagę. Dorian to dosyć tajemnicza, może i podejrzana postać – tak naprawdę nie wydaje się szaleć z niepokoju o losy żony, jest dziwnie jak na okoliczności spokojny. Dlaczego? Zawodowo to nauczyciel wychowania fizycznego w liceum, z Heleną związany od czasów młodości. Czy naprawdę nie wie, gdzie jest jego żona? A może jednak coś ukrywa?
„Nie da się zbudować szczęścia na mrocznych sekretach.”
Każdy z pojawiających się tu bohaterów, poza Sonią, wydaje się podejrzany, co na pewno trzeba zaliczyć na plus – autorka dobrze ich wykreowała, przedstawiając ich czytelnikowi jako całkiem zwyczajnych, zajętych sobą ludzi, ale równocześnie dała znać, że każdy z nich może skrywać w swojej przeszłości coś, co mogło mieć ze sprawą związek. Emocje postaci jak na lekki, niezobowiązujący thrillerek, oddane są dobrze, czytelnik rozumie targający bohaterką niepokój i jej podejrzliwość.
 
Akcja powieści toczy się przyjemnym rytmem, rozdziały często kończą się cliffhangerami, przez co zaciekawienie czytelnika cały czas utrzymuje się na stałym poziomie. Fabuła bogata jest w zaskoczenia, każdy kolejny trop, który Sonia odkrywa, wprowadza w historię nie lada zamieszanie. Oczywiście jest tu też wspomniany wątek romansowy powiązany z tym, co thrillery domestic noir lubią najbardziej – z obsesją i uzależnieniem – jednak jak wspomniałam, nie jest to temat pierwszoplanowy. Tę rolę gra przyjaźń Heleny i Sonii i pragnienie tej drugiej, by odkryć kto stoi za zniknięciem jej przyjaciółki.
„Można zdawać sobie sprawę, że źle się robi, a jednak robić to dalej. Ludzie potrafią ciągnąć tak całe życie. To nic innego jak nałóg, który wyniszcza.”
Historia toczy się w dwóch miejscach – w Oławie, gdzie żyją obydwie bohaterki, jak i chwilowo w górach, gdzie prawdopodobnie doszło do zaginięcia Heleny. Miejsca nie odgrywają w fabule znaczącej roli, są raczej miłym tłem do historii.
 
A jak z tematami? Poza tymi, które są najczęściej spotykane w thrillerach – jak dobrze znasz swoich bliskich? – tak naprawdę zdradzić reszty nie mogę. Ściśle wiążą się z tajemnicami, które wraz z biegiem lektury przyjdzie Soni odkrywać…
 
Podsumowując, „Florystki” to lekki thriller psychologiczny z gatunku domestic noir, w którym fabuła skupia się na odkrywaniu tajemnic z przeszłości. Cieszę się, że tym razem Sinicka w głównych rolach obsadziła dwie kobiety, przez co można powiedzieć, że jest to opowieść przede wszystkim o przyjaźni i przywiązaniu. Mężczyźni i wątek romansowo-obsesyjny znajdują się na drugim planie, dzięki czemu mimo iż są obecni, to jednak fabuła nie kręci się cały czas wokół nich, co dla mnie na pewno jest plusem tej historii. Tło w postaci kwiaciarni i artystycznymi umiejętnościami obydwu bohaterek jest miłym dodatkiem. Ogólnie książka, jak na historię mającą na celu dostarczenie czytelnikowi czystej rozrywki i zajęcia myśli, sprawdza się całkiem dobrze. Polecam jako lekki, niezobowiązujący przerywnik pomiędzy cięższymi lekturami.
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 06, 2023

"Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz" Matthew Perry

"Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz" Matthew Perry

 Autor: Matthew Perry
Tytuł: Przyjaciele, kochankowie I ta Wielka Straszna Rzecz
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik, Paweł Bravo, Anna Klingofer-Szostakowska, Natalia Mętrak-Ruda
Data premiery: 09.11.2022
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 304
Gatunek: autobiografia
 
Serial Przyjaciele to kultowa produkcja znana na cały świat. Od zakończenia ostatniego, dziesiątego sezonu minęły już prawie dwie dekady, a mimo to Przyjaciele nadal są znani, rozpoznawalni i cały czas aktualni. Fenomen na skalę światową, najlepszy, najpopularniejszy sitcom wszechczasów. Sama nie jestem w stanie zliczyć ile razy widziałam już wszystkie dziesięć sezonów, ba! właśnie kończę oglądać po raz kolejny… A kiedy tak mocno zżyje się z serialem i jego bohaterami, nie dziwi też zainteresowanie losami aktorów, którzy przez dziesięć lat wcielali się w te role. Sama śledzę ich kariery zawodowe, oglądam wszystko, co pojawia się z nimi na ekranie dużym czy małym. Większość z nich już nigdy nie wybiła się tak mocno, jak przy tym serialu, jedynie Jennifer Aniston cały czas obecna jest jako aktorka filmowa i serialowa.
„Serial miał odnieść sukces i odmienić życie wszystkich na zawsze. Przysięgam, że jeśli ktoś uważnie słuchał, mógł wtedy usłyszeć pyknięcie. To był odgłos spełnionych marzeń.”
Za to Matthew Perry, odtwórca roli Chandlera, od zawsze budził moje współczucie. Już oglądając serial widać, że aktor z czymś się borykał przez wszystkie dziesięć sezonów, co trochę zakrawa na ironię, bo jego postać też była pełna kłopotliwych naleciałości, które towarzyszyły mu przez życie.
„Bo Chandler był przykrywką dla prawdziwego bólu. Cóż za świetna postać dla sitcomu! Obracać wszystko w żart, żeby nie musieć mówić o niczym realnym – tak zaczynał się Chandler.”
Do Polski jakoś nigdy nie dotarły szersze tłumaczenia tego, co mu dolegało, sama wiedziałam tylko, że borykał się z uzależnieniem. Nie wiem jak w USA, ale z tego co oficjalnie mówili pozostali aktorzy serialu, nigdy nie mówiło się o jego problemach dużo. W końcu przecież to problemy osobiste, prawda? Teraz jednak w końcu Matthew Perry zabrał głos i napisał niesamowicie szczerzą autobiografię zatytułowaną „Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz”. Lektura obowiązkowa dla fanów serialu, ale nie tylko – bo i nie tylko o serialu jest to książka. To coś uniwersalnego, coś co pozwoli czytelnikom spojrzeć na innych bardziej empatycznie, pozwoli nie tylko zrozumieć czym faktycznie jest nałóg, ale i da nadzieję na przyszłość.
 
Na początek jednak przyjrzyjmy się książce od strony wizualnej, wydania i budowy. Twarda oprawa, rozmiar minimalnie większy niż zwyczajowe książki, w środku wklejka licząca kilka kartek z kolorowymi zdjęciami – to wszystko daje solidne wrażenie, widać, że książka przygotowana została starannie. Na pierwszych stronach krótka, ledwie dwustronicowa przedmowa Lisy Kudrow, odtwórczyni roli Phoebe. Później już prolog autorstwa Matthew Perry’ego i część właściwa, czyli 11 rozdziałów poprzetykanych czymś zwanym Interludium, zarówno i rozdziały, jak i interludia są tytułowane. Interludia przeważnie odnoszą się do wydarzeń współczesnych, z aktualnego życia Matthew, rozdziały przedstawiają w miarę chronologiczną historię jego życia.
„Teraz, te wszystkie lata później, jestem pewny, że zostałem sławny po to, abym nie zmarnował całego życia na starania o sławę. Musisz być sławny, żeby wiedzieć, że to nie jest rozwiązanie. A nikt, kto sam nie jest sławny, tak naprawdę w to nie uwierzy.”
Autor nieraz zwraca się bezpośrednio do czytelników, zadaje retoryczne pytania. Styl, to coś do czego trzeba się przyzwyczaić – zarówno ze strony autora, jak i czytelnika. Podczas lektury czuć, że na pierwszych strona autor stara się być zabawny, dać coś, co znamy z serialu, ale jednak tematy są tak poważne, że wkrótce ta nadmierna żartobliwość się wycisza, choć oczywiście gdzieś tam lekko ironiczne zabarwienie zostaje na cały czas.
„Nie jestem fanem konfrontacji. Zadaję dużo pytań. Tyle że nie na głos.”
Początek więc jest czymś, co po prostu trzeba przeczytać, by przywyknąć i poznać prawdziwego Matthew Perry’ego. Autor w całościowej ocenie pisze bardzo sprawnie, często sięga po porównania, metafory, język jest naprawdę przyjemny, szczególnie jak na człowieka wcześniej związanego raczej ze światem filmowym niż literackim. Całość czyta się naprawdę dobrze, autor bardzo dobrze, sprawnie ubiera w słowa to, co chce czytelnikowi przekazać.
 
A jest to jego własna, prywatna historia. Poczynając od urodzenia, po czasu aktualne, w których Perry cieszy się trzeźwością, buduje dom, pomaga innym, pisze dla telewizji i po prostu czuje wdzięczność. Kanadyjczyk z urodzenia, syn pięknej kobiety, która wygrywała konkursy piękności i aktora, który choć lubił sobie popić, to jakoś nigdy nie wpadł w szpony nałogu. Z Matthew sprawa wygląda inaczej, to człowiek bardzo podatny na nałogi, które już w życiu nastoletnim dały o sobie znać, choć wtedy jeszcze nie był tego świadomy.
„Nie umiem zdecydować, czy właściwie lubię ludzi, czy nie.
Ludzie mają potrzeby, kłamią, zdradzają, kradną albo, co gorsza, chcą mówić o sobie. Alkohol był moim najlepszym przyjacielem, bo nigdy o sobie nie gadał. Po prostu był obok, jak niemy pies u nogi, i zerkał na mnie, zawsze gotowy do wyjścia na spacer. Odejmował tak wiele bólu, łącznie z samotnością, którą odczuwałem nie tylko wtedy, gdy byłem sam, ale także wśród ludzi. Dzięki niemu filmy stawały się lepsze, piosenki stawały się lepsze, j a  s a m  stawałem się lepszy.”
W pierwszych rozdziałach skupia się na dzieciństwie, które zbudowało w nim niepewność siebie, wrażenie, że jest niewystarczający i że tylko rozbawianie towarzystwa zapewnia mu tak potrzebną uwagę. Naturalne więc wydało się wybranie zawodu komika, próbowanie swoich sił w aktorstwie z kolei wzięło się z zawodu ojca, który tak długo w jego życiu był nieobecny. Mimo tego, że Matthew szuka powodów dlaczego jest, jaki jest, już w swoim dzieciństwie, to jednak na każdym kroku podkreśla, że nie wini rodziców, bo wie, że dali z siebie wszystko. A jednak błędy, które naznaczają człowieka na całe życie, ciężko wybaczyć, prawda? Jednak Perry nie wydaje się mieć z tym problem.
„Pamiętam, że myślałem sobie: ‘Kurczę, nikt mnie nie nauczył reguł życia’. Byłem w totalnej rozsypce, samolubny i narcystyczny. Wszystko musiało się kręcić wokół mnie, a do tego miałem całkiem poręczny kompleks niższości, co razem tworzyła niemal śmiertelne kombo.”

Autor w dalszej części opowiada o swojej pogoni za sławą, o przyjaźniach z komikami, a trudach wyrobienia sobie nazwiska w tym zawodzie w mieście, gdzie wszyscy chcą być lub są aktorami… Opowiada o początkach, by w końcu przejść do rozdziałów opowiadających o serialu Przyjaciele, któremu poświęca wiele solidnych stron.
„To było takie wyjątkowe, że miałem wrażenie, jakbyśmy wszystko spotkali się w poprzednim życiu albo coś. Albo w przyszłym życia, ale z pewnością w tym. To był prawdziwy dzień. Ale dzień, z jakiego zrobione są marzenia.”
 To czas, kiedy jego marzenia się spełniły, a jednak nie wystarczyły, by zrozumiał co się z nim dzieje i by miał siłę zerwać z nałogiem. Wtedy był już nie tylko alkoholikiem, ale i miał mocne uzależnienie od leków uspokajających. To jak opisuje swój nałóg, tę niemożliwą do opanowania chęć sięgnięcia po coś, co uśmierzy ból i niepewność istnienia jest dogłębnie przejmujące i szczerze.
„Choruję na strach, czuję w ustach lukrecjowy smak niedostateczności. Odrobina jednego leku, kropla drugiego i już wszystko jest OK – nie czujesz smaku, kiedy jesteś czymś odurzony.”
W czasie, gdy powstawali Przyjaciele, autor lądował kilka dobrych razy na odwyku, był jednym z pierwszych celebrytów, o których opinia publiczna usłyszała, że trafili na odwyk. To uświadamia jak inne były wtedy czasy, teraz przecież nikogo to nie dziwi… Wtedy gwiazdy telewizji były jednak traktowani z większym pietyzmem, dlatego też fakt, że sami borykali się z takimi problemami, był mocno szokujący i budził ciekawość wszystkich fanów.
„Nałogowcy nie są złymi ludźmi. Jesteśmy ludźmi, którzy chcą poczuć się lepiej, ale mamy tę chorobę. Kiedy jest mi źle, myślę sobie: ‘Dajcie mi coś, od czego się lepiej poczuję’. Tylko tyle. Wciąż mam wielką ochotę pić i brać prochy, ale nie robię tego z powodu konsekwencji: jestem na takim etapie zaawansowania, że to by mnie zabiło.”

Autor szczerze opisuje o swoich odczuciach z kolejnych terapii, kolejnych faz odtruwania, kolejnych odwyków. Nie są to może pełne relacje, a skrótowe, ale nic w tym dziwnego – Perry stara się przekazać esencję tego, co ważne, tego, co w życiu przeszedł. Opowiada o problemach zdrowotnych, o kolejnych uzależnianiach, o poszukiwaniach dostępności do tak potrzebnych mu leków. I cały czas tłumaczy – jego mózg po prostu działa inaczej niż mózg zdrowego człowieka. To z własnym sobą musi cały czas prowadzić walkę, cały czas tłumaczyć sobie i nad sobą panować. To trudne dla każdego z nas, dla człowieka tak skłonnego do nałogów musi być to niewyobrażalnie ciężkie. I nawet te zarabiane miliony nic w tej kwestii nie zmieniły.
„Miałem tylko nałóg. To był mój najlepszy i zarazem najgorszy przyjaciel, oprawca i kochanek w jednym. Moje wielkie straszne coś.”

Mam wrażenie, że lata po serialu były dla niego ciągłą tułaczką po odwykach, terapeutach i szpitalach. W tym czasie coś próbował pisać, coś robić, wszystko jednak skazane było na mniejszą lub większą porażkę. Nałóg nie pomagał. Dopiero kolejne, teraz już naprawdę mocne otarcie się o śmierć, wielomiesięczny pobyt w szpitalu dały mu moc, by zawalczyć o siebie tak ostatecznie.
„Wiedziałem, że muszę spróbować innego podejścia, inaczej będzie po mnie. Nie chciałem, żeby było po mnie. Przecież nie zdążyłem się jeszcze nauczyć, jak żyć. Jak kochać. Nie zdążyłem lepiej zrozumieć świata.”
Czy trzeba było kolejnego, ale tym razem tak bliskiego spotkania ze śmiercią, by otworzył oczy? Czy to było te słynne dno, od którego trzeba się odbyć? Możliwe. Wygląda, że właśnie to przeprogramowało mu własne myślenie o sobie, pozwoliło być w końcu dla siebie mniej wymagającym, mniej surowym. Mniej oczekiwać, mniej się przejmować i po prostu brać, to co przynosi każdy dzień. I być za to wdzięcznym, za tu i teraz i sam fakt, że się żyje.
„To jedno słowo – żyję – napełnia mnie przede wszystkim głęboką wdzięcznością. Człowiek, który znalazł się tak blisko bram nieba jak ja, nie ma wyboru: wdzięczność leży na stole w moim salonie niczym książka – nawet kiedy jej nie zauważam, ona zawsze tam jest. A jednak tuż za tą wdzięcznością, zakopane głęboko w lekko anyżowym, subtelnie lukrecjowym posmaku coli light i napełniające moje płuca jak każde zaciągnięcie się każdym papierosem, czają się nękające mnie męki.”

Nie da się ukryć – historia, którą swoim czytelnikom opowiada Matthew, jest niesamowicie smutna, wstrząsająca i wywołująca masę emocji, by jednak na samym końcu przynieść nadzieję i siłę. Jeśli on dał radę przezwyciężyć swoje ułomności, nałogi, które doprowadziły go kilka razy do granicy pomiędzy życiem a śmiercią, zniszczyły bezpowrotnie zdrowie i jego relacje z otoczeniem, związki z kobietami i przyjaciółmi, to i inny dadzą radę. Walka z własnymi demonami to długi proces, ale poczucie, że nie jest się samemu z takim czy jakimkolwiek problemem, dodaje sił.  Matthew znalazł swoją siłę w programie AA, sam teraz wspiera innych w trzeźwości, ale jego historia, dzięki też tej książce, pomaga nie tylko uzależnionym. Pozwala spojrzeć na drugiego człowieka z większą empatią i zrozumieniem, że każdy ma w głowie coś innego. I podkreślę po raz kolejny – daje siłę.
„Musiałem zostawić to za sobą, wznieść się wyżej i uzmysłowić sobie, że wielki świat za murami ośrodka wcale na mnie nie czyha, nie ma na mój temat żadnego zdania, po prostu istnieje - jak zwierzęta, jak rześkie powietrze. Wszechświat jest bezstronny i piękny, będzie trwał dalej ze mną lub beze mnie.”

„Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz” to niesamowicie szczerza, prawdziwa, oczyszczająca historia tak dobrze znanego odtwórcy roli Chandlera z serialu Przyjaciele. W końcu dokładnie i szczerze opowiedział o swoich przejściach i wykazał tym dużą odwagę, bo nie są to wspomnienia, którymi normalnie chciałby się chwalić. Ale to te przeżycia doprowadziły go do miejsca, w którym teraz jest. A wygląda na to, że teraz jest dobrze, spokojnie, stoicko. Oby Matthew pozostał silny! Życzę mu tego z całego serca.
„Gdy przeczytałem scenariusz ‘Friends Like Us’, poczułem, jakby ktoś chodził za mną przez rok, kradnąc moje żarty, kopiując moje idiosynkrazje, kserując moje cyniczne, lecz dowcipne podejście do życia. Zwłaszcza jednak postać wydała mi się ciekawa: nie chodziło o to, że uważałem, iż mógłbym  z a g r a ć  Chandlera. Ja  b y ł e m  Chandlerem.”
Moja ocena: 8,5/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.




Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 01, 2023

"Kryptonim Skóra" Monika Góra

"Kryptonim Skóra" Monika Góra

Autor: Monika Góra
Tytuł: Kryptonim Skóra
Data premiery: 25.01.2023
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 352
Gatunek: reportaż
 
Monika Góra to polska reportażystka i scenarzystka. Na rynku książki po raz pierwszy pojawiła się w 2019 roku z reportażem „Miasteczko zbrodni. Dlaczego zginęła Iwona Cygan”, który był mocno i długo przez czytelników chwalony – wielu twierdziło, że jest to jeden z najrzetelniejszych reportaży, jakie czytali. Ja jednak po raz pierwszy z jej piórem spotkałam się w tym roku przy jej piątym wydanym reportażu pt. „Kryptonim Skóra”.
Autorka związana jest z Krakowem, tam studiowała, później nawiązała wieloletnią współpracę z telewizją TVN. Jej reportaże prasowe można znaleźć w Wielkim Formacie Gazety Wyborczej. Jak wynika z lektury „Kryptonimu Skóra”, do publikacji tego reportażu przygotowywała się od lat.
 
W swojej najnowszej książce Monika Góra bada sprawę okrutnego zabójstwa i oskórowania 23letniej studentki z Krakowa Katarzyny Z., która zaginęła w listopadzie 1998 roku, a miesiąc później z Wisły została wyłowiona jej skóra. Ciała nigdy nie odnaleziono. Autorka przygląda się tej sprawie przez pryzmat Roberta Janczewskiego, człowieka, który został za tę zbrodnię skazany ponad 20 lat później, w 2022 roku, mimo iż żadnych twardych dowodów na jego winę nie było. Skąd więc wyrok skazujący? Czy możliwe, że w więzieniu siedzi niewinny człowiek? A jeśli nie on tę zbrodnię popełnił, to kto?
 
Książka składa się z prologu, nienumerowanych rozdziałów poprzedzanych listami Roberta słanych z więzienia do jego rodziców oraz epilogu. Autorka często podkreśla, że sama z kimś rozmawiała, pytała, dociekała, relacjonuje czytelnikowi własne rozmowy i badania. Wszystko opisuje bardzo konkretnie, bardzo dosadnie, używa języka prostego, i choć w cytowanych wypowiedziach często zastosowane jest słownictwo nieco bardziej naukowe, to autorka zawsze jeszcze raz tłumaczy, co z wypowiedzi wynika. Wydarzenia nie są przedstawione całkiem linearnie – zaczynamy od zatrzymania podejrzanego, później przeskakujemy do zaginięcia i odkrycia szczątków dziewczyny, poznajemy historię życia zatrzymanego, jak i potencjalnego innego sprawcy. Mimo że autorka trochę skacze po wydarzeniach, to nie wprowadza to mętliku w historii, łatwo w głowie poukładać sobie te wydarzenia.
 
Jak już wspomniałam, Monika Góra przede wszystkim skupia się na portrecie Roberta, który został za tę zbrodnię skazany. Dokładnie przygląda się jego relacjom rodzinnym, jego otoczeniu poczynając od lat dziecięcych. Jest to koniecznie, by wykazać charakter i skłonności podejrzanego, ukazać czy kiedyś były przesłanki, że mężczyzna może być brutalny, czy ma wiedzę i zdolności, by oskórować człowieka… Z jej portretu wynika, że nie. Robert to człowiek chory psychicznie, cierpiący na schizofrenię paranoidalną, który od lat był pod opieką lekarzy, więc jego zachowanie, może i czasami dziwne, nigdy nie wskazywało na zapędy agresywne. A jednak to on stał się podejrzanym na tyle mocno, że śledczy wydali miniony złotych na badania, by udowodnić jego winę. Co ich do tego skłoniło?
 
Wygląda na to, że jeden telefon od człowieka, znajomego Roberta, który zdecydowanie bardziej pasuje do profilu mordercy… Autorka równie szeroko opisuje jego portret, rozmawia z wieloma świadkami odtwarzając po kolei jego życie, epizody, które wzbudzały w społeczeństwie niepokój. Dowodzi, że ten człowiek miał umiejętności potrzebne do dokonania tak brutalnej zbrodni. Sugeruje też, co mogło się stać z ciałem dziewczyny… A jednak ten człowiek szybko został oczyszczony z podejrzeń. Dlaczego? Jego znajomi podkreślali, że mężczyzna miał znajomości w policji i sądownictwie. Czy dlatego ten trop nigdy nie został odpowiednio przebadany?
 
Autorka rozmawia z rodziną skazanego, z jego znajomymi, nauczycielami, sąsiadami, wyszukuje biegłych, ekspertów, którzy mogą wypowiedzieć się na temat dowodów i ich przydatności, na temat badań, jaki w tej sprawie przeprowadzono. Opisuje nagonkę medialną, jaką rozpętało zorganizowane pod publikę zatrzymanie. Przytacza fragmenty artykułów, rozmawia z dziennikarzami. Co ciekawe jednak nigdy nie udało jej się tak naprawdę dotrzeć do osób prowadzących śledztwo, czy to policji czy prokuratury, którzy ewidentnie ją ignorowali, nawet kiedy sama zgłosiła się jak świadek. Dziwne, prawda?
 
Dziwne jest też postępowanie śledczych. Roberta J. podejrzewano już w roku 2000, gdyż wtedy policja utrzymała ten domniemany donos telefoniczny. Jednak wtedy śledztwo umorzono, później zostało wznowione przez Archiwum X. I tu ewidentnie zaczęła się nagonka na Roberta. Autorka opisuje każde przeszukanie, jakiego wtedy dokonano, co policja zbierała, co badała. I tym ewidentnie dowodzi, że śledczy nie wiedzieli nawet czego szukają, rozbierali całe mieszkania, bo przecież może coś się znajdzie, prawda? Przeprowadzono masę niepotrzebnych analiz, idiotyczne badania, które niczego nie dowiodły. A to wszystko za pieniądze podatników i kosztem spraw innych. Dlaczego to się stało?
 
Mówi się, że człowiek jest niewinny, póki nie udowodni mu się winy. W tym przypadku ewidentnie było odwrotnie. Robert J. od samego początku wznowionego śledztwa był przez śledczych prowadzących sprawę uznany za winnego i szukano wszystkiego, co mogłoby choć w najmniejszym stopniu tego dowieść. I mimo tego, nie znaleziono nic, co faktycznie wskazywałoby na jego winę. Jak więc to się stało, że Sąd skazał go na dożywocie? Nie wiadomo, dziennikarze nie mieli wstępu na salę sądową.
 
Przyznam, że mocno zszokowała mnie ta lektura. Nie mieści mi się w głowie jak organy ścigania, jak społeczeństwo mogło pozwolić na tak idiotycznie prowadzone śledztwo. Jak to się stało, że na jego podstawie został wydany wyrok skazujący? Wydaje się, że autorka przeprowadziła solidne śledztwo, który udowodniła, że człowiek skazany raczej nie jest tym, kto w więzieniu powinien siedzieć. Swoje tezy poparła dowodami, opiniami ekspertów i odpowiednią hipotezą dużo bardziej prawdopodobną od tego, co przedstawili śledczy. Zatem gdzie tu sprawiedliwość? Czy rodzinie zamordowanej nie należało się właściwie poprowadzone śledztwo? Nie mnie rozstrzygać, czy Robert J. faktycznie jest niewinny, choć na to wszystko wskazuje, jednak tak niekompetentnie poprowadzone śledztwo i tak bezzasadny wyrok bez choć jednej naprawdę prawdopodobnej hipotezy są dla mnie czymś naprawdę niepojętym. Jak to się stało, że nikt ze społeczeństwa, nikt ze zwierzchników śledczych nie wniósł sprzeciwu? Monika Góra zadała swoją książką wiele dobrych i zasadnych pytań, to kawał solidnego i szokującego dziennikarstwa śledczego.
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

stycznia 08, 2023

"Finalistka" Magdalena Majcher

"Finalistka" Magdalena Majcher

Autor: Magdalena Majcher
Tytuł: Finalistka
Data premiery: 26.10.2022
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 304
Gatunek: thriller psychologiczny / true crime
 
Magdalena Majcher to bardzo ciekawa postać wśród naszym polskich pisarzy. Debiutowała w 2016 roku, chwilę po urodzeniu drugiego dziecka, by udowodnić, że nawet niemowlak nie może powstrzymać zdeterminowanej kobiety przed spełnieniem własnych marzeń 😊 Zaczynała od powieści obyczajowych z solidną warstwą psychologiczną, a kiedy na swoim koncie miała już około dwudziestu tytułów, zdecydowała, że dojrzała do historii mroczniejszych, kryminalnych. I tak w 2021 ukazała się jej pierwsza powieść oparta na prawdziwej zbrodni – „Mocna więź”, książka, która zrobiła na mnie wrażenie piorunujące i była jedną z najlepiej ocenionych książek jakie czytałam rok temu (TOP2022 – klik!). Z serii powieści opartych na zbrodniach prawdziwych ukazały się jeszcze „Obca kobieta” i „Małe zbrodnie”, w międzyczasie powstała też w pełni fikcyjna „Najgorszy dom”. Rok 2022 autorka zamknęła powrotem do zbrodni prawdziwych w „Finalistce”, a ja już z niecierpliwością czekam na jej kolejne tytuły – podczas spotkań na targach książki w roku 2022 udało mi się autorkę trochę powypytywać o jej plany i mogę Wam przysiąc – jest na co czekać!
 
„Finalistka” to historia, o której finale usłyszała cała Polska w 1996 roku. Młodziutka Agata Szklarska (nazwisko fikcyjne, postać prawdziwa) kilka lat wcześniej rozpoczęła swoją drogę w karierze modelki, i choć nie zgadzała się z wartościami, jakie ten zawód ze sobą niesie, to została doceniona przez projektantów i organizatorów konkursów – tytuł Miss Polski był dopiero początkiem jej kariery. Niestety już przy jej pierwszych występach przyplątał się do niej pewien mężczyzna – Darek, odludek, dosyć dziwny typ. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i od tego momentu to ona stała się dla niego całym światem. Problem w tym, że Agata nawet nie wiedziała o jego istnieniu… Czytelnik od początku wie, że ta historia nie skończy się dobrze, jednak nie chodzi w niej o pytanie co się wydarzyło, ale jak i dlaczego do tego doszło.
 
Książka rozpisana została na prolog, trzy części składające się z 33 rozdziałów i epilog. Rozdziały są opatrzone nazwą miejscowości, w których dochodzi do opisywanych zdarzeń i datą roczną. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego naprzemiennie z perspektywy Agaty i Darka, w finale również z perspektywy policji. Styl powieści jest staranny i dosyć oszczędny, skupia się na przekazaniu emocji i myśli postaci, tak by przedstawić czytelnikowi jak najszerszy obraz sytuacji bez podkoloryzowania lirycznym stylem czy wymyślnymi wyrazami. Historia przedstawiona jest prosto, ale z dużą wnikliwością. Książka zakończona jest posłowiem autorki, w którym wyjaśnia co jest prawdą, a co fikcją i pokrótce wyjaśnia powody powstania tej powieści. Na samym końcu zamieszczona jest też bibliografia z artykułów i książek, z których korzystała autorka w czasie pisania powieści.
 
Magdalena Majcher z dużym wyczuciem buduje przed czytelnikiem obraz swoich postaci. Agatę poznajemy jako młodziutką dziewczynę, maturzystkę, która chce spróbować swoich sił w modelingu, jednocześnie traktując to jako zabawę i zajęcie na chwilę – na przyszłość ma inne plany. Pochodzi z dobrego, normalnego domu, z zasadami skutecznie wpojonymi przez rodziców, którzy trochę boją się o to, co może ją spotkać na drodze modelki. Agata jednak zdaje się traktować to wszystko bardzo normalnie, woda sodowa jej do głowy nie uderza, a środowisko, w którym dochodzi do różnych nadużyć, zamiast zepsuć, po prostu zniesmacza. Czytelnik przygląda się jej zarówno podczas kolejnych występów, jak i w życiu prywatnym, obserwując jakie myśli pojawiają się w jej głowie. Wydaje się, że jest to zwyczajna, bardzo sympatyczna dziewczyna, niezdolna do krzywdzenia innych z premedytacją.
Z drugiej strony dostajemy portret Darka, stalkera, którego obsesja z każdym zetknięciem się z Agatą nabiera mocy. Pokrótce przedstawiona zostaje nam jego relacja rodzinna (starszy syn, nadal mieszkający z matką, odludek bez przyjaciół i doświadczeń romantycznych), stosunek do znajomych z pracy i pracowników szkoły, w której się kiedyś uczył. Mimo że sytuację obserwujemy z jego punktu widzenia, od razu da się wyczuć, że jest to człowiek dziwny, zdaje się upośledzony w tworzeniu relacji międzyludzkich, ale jednak nie wydaje się skory do przemocy psychicznej czy fizycznej. Przede wszystkim jednak obserwując portret Darka przyglądamy się jak fascynacja może stać się groźną obsesją, jak człowiek nią ogarnięty przestaje odróżniać fikcję od rzeczywistości, jak bardzo mózg i urojone wyobrażenia są w stanie zakłamać zdarzenia prawdziwe. Zwykłe przypadkowe spojrzenie może być odczytane jako połączenie dusz, nic nieznacząca rozmowa obietnicą na wspólną przyszłość. To niesamowite, ale przede wszystkim przerażające, przyglądać się temu jak obsesja narasta niezauważona przez nikogo z zewnątrz.
 
No właśnie, bo Darek dla otoczenia wydaje się całkowicie niegroźny. Sama Agata ledwo go kojarzy i mimo że wydaje jej się, że widuje go za często, że może ją prześladuje, to bagatelizuje sprawę. Otoczenie tak samo – ktoś ignoruje dziwne słowa, ktoś inny nie łączy faktów. I to te błahostki prowadzą do tragicznego finału. Bo kto wie, gdyby ktoś zareagował wcześniej narażając się nawet na śmieszność i oskarżenie o przesadę, to może do takiej sytuacji jednak by nie doszło?
„Bo przyjaciół nie poznaje się w biedzie. Prawdziwych przyjaciół można poznać po tym, jak znoszą cudze sukcesy.”
Mówimy jednak o latach 90tych XX wieku, kiedy pojęcie stalkingu nie istniało, nie wspominając już o objęciu go prawem karnym. Teraz, trzydzieści lat później, mamy już na to paragraf, a jednak nadal brzmi on tak, że kobiety (i nie tylko, choć to właśnie tą płeć częściej stalking dotyka) nadal nie czują się bezpieczne i czasem nie widzą sensu zgłaszania sprawy na policję. Jeśli nie widać sensu teraz, to tym bardziej nie było sensu 30 lat temu, prawda? Nic więc dziwnego, że Agata i jej otoczenie nie zareagowali w porę. Temat jednak jest tak ważny, może prowadzić do tak poważnych konsekwencji, że im więcej się o nim mówi, tym lepiej. Lepiej zareagować przedwcześnie niż nie zareagować wcale.
 
W obliczu stalkingu opisanego w tej książce, temat, o którym chcę teraz wspomnieć, wydaje się błahy, ale odgrywa tu ważną rolę w kreacji charakteru Agaty, a więc i na koniec pozwolę sobie o nim krótko napisać. Mianowicie warunki pracy w modelingu, to, jak często dochodzi tam do nadużyć, jak zepsute zdaje się być to towarzystwo. Duże pieniądze, piękne kobiety i mężczyźni wykorzystujący to, że to oni mają głos decydujący. Autorka porusza ten problem w tle, ale robi to w sposób bardzo dosadny.
 
Podsumowując, „Finalistka” to bardzo smutna i wstrząsająca lektura. Opowiada o historii młodej kobiety, a jednak po części i o tym, co może spotkać każdą (i każdego) z nas. To opowieść o chorej obsesji, która w niekontrolowany sposób urosła do tak dużych rozmiarów, że musiała zakończyć się tragicznie. Przeraża mnie to, jak człowiek może zatracić się w swoich urojeniach, jak bardzo odkleić od rzeczywistości. Równocześnie po raz kolejny jestem pod wrażeniem tego, jak realnie, jak dogłębnie Majcher potrafi wejść w głowę opisywanych postaci, jak bardzo wczuć się w uczucia ludzi, którzy istnieli naprawdę i na podstawie wywiadów czy rozmów zbudować tak dogłębny portret psychologiczny. Przerażająca, ale warta uwagi pozycja.
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!