Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literaturafaktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literaturafaktu. Pokaż wszystkie posty

października 09, 2019

"Ostatni żywy świadek" Hugh Aynesworth, Stephen G. Michaud - fragment

"Ostatni żywy świadek" Hugh Aynesworth, Stephen G. Michaud - fragment

Dokładnie za tydzień, 16 października, nakładem Wydawnictwa Bez Fikcji ukażą się dwa reportaże o Tedzie Bundym. By zachęcić Was do lektury, dzięki uprzejmości wydawnictwa, mam dla Was fragment pierwszego rozdziału książki "Ostatni żywy świadek", od której należy zacząć, by w pełni zrozumieć drugą o tytule "Ted Bundy. Rozmowy z mordercą."


"Rozdział 1

Surowe, imponujące, wulkaniczne Góry Kaskadowe dzielą stan Waszyngton na dwie odrębne i odmienne strefy. Na wschód od tej wysokiej linii podziału ciągną się pofałdowane tereny rolnicze i niemal pustynne obszary, cechujące się upalnymi latami i nierzadko ostrymi zimami. Na niższych wysokościach na zachód od Gór Kaskadowych klimat jest łagodniejszy i znacznie bardziej wilgotny. Gleba bywa wysoce kwasowa, panuje tam wszechogarniająca wilgotność oraz bogactwo fauny i flory. W tych warunkach wystawione na działanie przyrody zwłoki znikają bardzo szybko.


Dominującymi barwami zachodniego Waszyngtonu są zielony, niebieski, biały i szary. Zieleń rozległych lasów iglastych i parków narodowych, błękit jezior i słonowodnych zatoczek wykrojonych eony temu przez monumentalne lodowce, biel przez okrągły rok pokrywa co wyższe górskie szczyty, natomiast niebo przez większość czasu jest przygnębiająco szare, a to z powodu często spotykanych układów atmosferycznych północnego Pacyfiku, które spadają z pluskiem na półwysep Olympic, a następnie, przesuwając się w głąb lądu ku zaporze Gór Kaskadowych, łagodnieją. Słońce lśni nad zachodnim Waszyngtonem rzadko.


Na przekór chłodowi i mgłom oraz ciemnym dniom, które zimą już około pierwszej po południu zaczynają przechodzić w zmierzch, nieustępliwi mieszkańcy stanu spędzają wiele czasu pod gołym niebem. Można odnieść wrażenie, że praktycznie każdy posiada tam łódkę, kampera, domek w górach albo nad jeziorem, ewentualnie regularnie jeździ w takie miejsca kolosalnymi RV, czyli pojazdami rekreacyjnymi (recreational vehicle). Polowania na ptaki, jelenie czy niedźwiedzie cieszą się w Waszyngtonie dużą popularnością. Podobnie wędkowanie.


Nawet miejska ludność stanu, skupiona głównie w Seattle i wokół tego miasta, gdzie największymi przedsiębiorstwami są Boeing i Microsoft, jest krzepka, w zdecydowanej większości biała i zorientowana na świat natury poza obrzeżami metropolii. Dla miejscowych zachodni Waszyngton od zawsze był boską ziemią, na wpół odizolowaną, zachowawczą, żyjącą własnym życiem strefą, do której chaos, gwar i skrajności świata zewnętrznego nie zdołały jeszcze wtargnąć. Wydaje się bardzo bezpieczny i czysty. Powiadają, że to dobre miejsce, aby założyć rodzinę.


Przed 1 lutego 1974 roku James i Joyce Healy zapewne by się pod tym podpisali. Mieszkali na wygodnym, porośniętym jodłami przedmieściu na wschód od Seattle. James pracował w firmie zajmującej się kasami fiskalnymi, Joyce była gospodynią domową. Dorobili się trojga radosnych, dobrze wpasowanych w otoczenie dzieci: nastoletniego syna Roberta oraz córek Laury i dwudziestojednoletniej Lyndy.


Lynda Healy były spełnioną piosenkarką, ekstrawertyczką i ulubienicą matki. Miała uroczy głos, duże błękitne oczy, sięgające ramion brązowe włosy oraz spokojny uśmiech świadczący o opanowaniu i pewności siebie. Była smukła i energiczna, studiowała na ostatnim roku psychologii na Uniwersytecie Waszyngtońskim i chciała zostać nauczycielką. Lubiła pracę z dziećmi.


Poprzedniej jesieni wraz z czterema koleżankami przeniosła się z akademika do zielonego, dwupiętrowego drewnianego domu w dzielnicy uniwersyteckiej Seattle. Lynda miała własny pokój z oknem, choć w piwnicy. Za cienkim przepierzeniem ze sklejki znajdował się drugi.


Pracowała jako prezenterka wiadomości narciarskich w lokalnej rozgłośni radiowej. Dla rzeszy miejscowych miłośników narciarstwa była po prostu słodką Lyndą (w eterze nie podawano nazwisk), która przyjemnym, mruczącym głosem ogłaszała, że Paradise Valley jest już otwarta, że w Crystal Mountain napadało 15 centymetrów świeżutkiego puchu, że w Alpenthal będzie można pozjeżdżać nocą.


Każdego ranka przed zajęciami Lynda wstawała i jechała do radia na rowerze. Była to krótka podróż w ciemnym choć oko wykol przedświcie zimowego Seattle. Często padało, a po dzielnicy uniwersyteckiej rzadko chodzili o tej porze jacyś ludzie. W niewielu amerykańskich miastach młoda kobieta odważyłaby się na takie ryzyko, ale Lynda Healy najwyraźniej nie uważała, że samotne przemierzanie dzielnicy, w której mieszkała od czterech lat, niesie ze sobą jakieś zagrożenie. Wydaje się, że nie wiedziała, iż na początku stycznia 1974 roku nieopodal miejsca, w którym mieszkała, ktoś zaatakował młodą kobietę.


Mary Adams (pseudonim) podobnie jak Lynda mieszkała w piwnicznej sypialni z oknem, w domu, który dzieliła z kilkoma innymi osobami. Gdy w łóżku napadł ją obcy mężczyzna, twardo spała. Wielokrotnie uderzył ją w głowę ciężkim, metalowym prętem. Brutalnie wsadził w nią wziernik, powszechnie dostępny w magazynach z materiałami medycznymi próbnik dopochwowy. To krwawe, szaleńcze „badanie” spowodowało rozległe obrażenia wewnętrzne. Mary Adams spędziła kilka miesięcy w śpiączce, ale przeżyła. Nie pamiętała ataku ani napastnika.


Wieczorem w czwartek 31 stycznia 1974 roku Lynda Healy przygotowała na kolację dla współlokatorów zapiekankę. Po posiłku poszła z jedną z dziewczyn oraz znajomym mężczyzną na kilka piw do pobliskiego studenckiego baru „U Dantego”. O 21.00 była z powrotem w domu, a o 23.00 położyła się do łóżka i jak zwykle nastawiła budzik na 5.30. Mniej więcej godzinę później dziewczyna mieszkająca w prowizorycznym pokoju obok sypialni Lyndy zeszła na dół i także położyła się spać. Ta łatwo wyrywająca się ze snu współlokatorka nie słyszała żadnych hałasów przez całą noc, dopóki rano nie rozdzwonił się budzik Lyndy – i nie milknął. Po pewnym czasie zadzwonił kierownik z radia. Gdzie Lynda? Nie przyjechała do pracy. Szybkie poszukiwania pozwoliły ustalić, że w domu jej nie ma, choć rower stał na miejscu.


Współlokatorki Lyndy od razu nabrały obaw. Gdy nie pojawiła się przez cały piątek, obawy przerodziły się w strach. Około 16.00 do domu dziewcząt zadzwoniła Joyce Healy, która wraz z resztą rodziny spodziewała się córki na kolacji.


– Nie widziałyśmy Lyndy od rana! – wypaliła do słuchawki jedna z mieszkanek domu i zalała się łzami. Joyce poczuła, jak lód skuwa jej kręgosłup. 


„Od razu wiedziałam, że stało się coś bardzo złego. Natychmiast zadzwoniłam na policję”, wspominała w rozmowie z nami.


Razem z mężem Jimem spotkała się z funkcjonariuszami w domu Lyndy. Wszystkie dziewczyny zgromadziły się w salonie i żadna nie wychodziła z niego samotnie. Policjanci zachowywali się uprzejmie, fachowo i nie ukrywali sceptycyzmu, że doszło do przestępstwa. Podobne przypadki stanowiły dla nich chleb powszedni. Swoimi pytaniami sugerowali, że w tajemniczym zaginięciu nie ma żadnej tajemnicy. Mówili, że Lynda na pewno znajdzie się u swojego chłopaka albo zadzwoni, że niedługo wróci do domu.


Ale Joyce Healy wiedziała, że to nieprawda.


Spokojnie wyjaśniła policjantom, że Lynda by tak nie postąpiła. Nie jej Lynda.


– Cóż – odparł jeden z funkcjonariuszy – właśnie te, po których człowiek się nie spodziewa, tak robią.


Policja sprawdziła pokój Lyndy. Na jej poduszce i prześcieradle znaleziono małe plamy krwi. Należały do grupy A+, grupy Lyndy, podobnie jak z kolejnej zakrzepłej plamki odkrytej na jej koszuli nocnej, którą ktoś starannie powiesił w szafie. Oficjalny wniosek: Lynda Healy doznała nocnego krwawienia z nosa i udała się gdzieś, żeby je zatamować. Ktoś powinien sprawdzić okoliczne szpitale.


Z pokoju zniknął jej czerwony plecak oraz część ubrań, co sugerowało, że opuściła dom dobrowolnie. Jednak brakowało też kołdry i ozdobnej czerwonej jedwabnej poszewki na poduszkę. Co więcej, łóżko zostało bardzo starannie, po szpitalnemu zaścielone, co wymagało odsunięcia, a następnie ponownego przysunięcia łóżka do ściany. Policja mogłaby się zastanawiać, dlaczego młoda kobieta, która w ogóle rzadko ścieliła łóżko, zadała sobie tyle trudu przy krwawiącym nosie? Po co usunęła kołdrę? Dlaczego zabrała poszewkę?


Teoria, która później zostanie uznana za najbardziej prawdopodobną, z początku brzmiała niedorzecznie. No bo jak ktoś mógł w środku nocy wejść do domu, zakraść się na dół, obezwładnić Lyndę, owinąć ją w kołdrę, po czym wynieść jej mierzące 170 centymetrów i ważące 52 kilogramy ciało z powrotem po schodach na zewnątrz, tak że nikt tego nie usłyszał? Podejrzany musiałby też starannie pościelić łóżko, odwiesić koszulę nocną, wybrać jej strój na zmianę i zabrać plecak.


Policja odrzuciła tę naciąganą możliwość i nie zebrała w pokoju Lyndy odcisków palców ani dowodów w postaci włosów czy włókien. Nie sprawdziła nawet plamy nasienia odnalezionej na prześcieradle.


Przez kilka kolejnych miesięcy policja z Seattle nie dowie się niczego nowego. Nawet gdy zrozumie, że nie chodziło o żadne nocne krwawienie z nosa i że Lyndę Healy naprawdę ktoś porwał, będzie musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim policja pomyśli o porównaniu zniknięcia Healy z napaścią na Mary Adams. Z całą pewnością było za wcześnie na wysuwanie hipotezy, że po dzielnicy uniwersyteckiej grasuje nocami morderca, który być może ma jakieś doświadczenie szpitalne (charakterystyczny sposób zaścielenia łóżka), dostęp do materiałów medycznych (wziernik) i poluje na ofiary.


„Seattle Times” i „Seattle Post-Intelligencer” opublikowały kilka artykułów o zniknięciu Lyndy Healy, ale gdy policyjne dochodzenie utknęło w ślepym zaułku, gazety przestały opisywać sprawę.



Wtedy, 29 marca, niemal dwa miesiące po zaginięciu Healy, czytelnicy „Timesa” ujrzeli nagłówek: „W poszukiwaniu rozwiązania zaginięcia studentki”. Autor artykułu pisał, że 12 marca z kampusu Uniwersytetu Stanowego Evergreen w stolicy stanu Olympii, niecałe 100 kilometrów na południe od Seattle, zaginęła dziewiętnastoletnia Donna Gail Manson. Po raz ostatni widziano ją około 19.00, gdy wychodziła z akademika na odbywający się na kampusie koncert jazzowy."


Zapowiada się rzetelnie i ciekawie, prawda? Książki na zagranicznych portalach mają wysokie noty, więc liczę na kawał dobrej dziennikarskiej roboty. Na ich podstawie powstał też serial dokumentalny na Netlixie - ja jeszcze go nie oglądałam, ale myślę, że po lekturze tych dwóch książek na pewno go nadrobię.
To co, zainteresowani?



Książki można już zamówić przedpremierowo na stronie empik:






lipca 13, 2019

"Polscy seryjni mordercy" Jarosław Stukan

"Polscy seryjni mordercy" Jarosław Stukan

Tytuł: Polscy seryjni mordercy
Data premiery: 15.05.2018
Wydawnictwo: Aktywa
Liczba stron: 276

Książka „Polscy seryjni mordercy” autorstwa Jarosława Stukana wydane nakładem wydawnictwa Aktywa jest wznowieniem z 2009 roku. We wstępie autor przyznaje, że zmienił je nieznacznie, jednak nie ma to wpływu na ogólny odbiór książki. Sam autor jest człowiekiem dobrze wykształconym. Studiował psychologię kliniczną i sądową oraz seksuologię, szkolił się w psychoterapii oraz ukończył wiele kursów i szkoleń z zakresu diagnozy i pomocy psychologicznej. Na swoim koncie ma 11 książek – kilka o samobójstwach, jednak w przeważającej ilości tyczą się morderstw i profilowania morderców. Jak sam autor przyznaje w jednym z wywiadów, na jego zainteresowanie tematem seryjnych morderców złożyło się kilka czynników. Studiował psychologię sądową, kiedy akurat przypadł wielki bum na fascynację w kinie i literaturze postaciami seryjnych morderców. Autor w młodości zaczytywał się w kryminałach i przez szparę w drzwiach podglądał zakazane przez rodziców filmy. Wszystko to złożyło się na powstanie pierwszej książki o seryjnych mordercach, która została napisana i wydana już w czasie studiów. Później po pewnym czasie autor zgłębił temat w polskich realiach.
Prywatnie Stukan jest skrajnym przeciwnikiem kary śmierci, uważa ją za zwyczajne morderstwo z premedytacją.

Książka „Polscy seryjni mordercy” składa się z wstępu i dwóch części. Część pierwsza jest czysto naukowa, przedstawia psychologiczne zagadnienia, potrzebne by w pełni zrozumieć omawiamy temat. Część druga to część, że tak określę, praktyczna, czyli studia przypadków 14 najbardziej znanych polskich seryjnych morderców ułożone w porządku chronologicznym według rocznych dat ostatnich zbrodni, oraz ‘doniesienia’ czyli krótkie notki o 24 innych polskich seryjnych mordercach. Książkę zamyka bibliografia, jak to bywa w takich zbiorach, bardzo bogata.

Część pierwsza teoretyczna, ze względu na naukowe podejście jest pisana dosyć specjalistycznym językiem. Liczy około 50 stron i zawiera tylko te informacje, które będą potrzebne czytelnikowi do poprawnego zrozumienia części drugiej książki. Znajdziemy tutaj definicję seryjnego mordercy – co ciekawe, do czasu sięgnięcia po książkę byłam przekonana, że o seryjnym mordercy możemy mówić dopiero w przypadku popełnienia 3 morderstw – autor tłumaczy, że takiego podejścia już się nie stosuje, dzięki lepszemu zrozumieniu psychiki mordercy i rozwoje techniki w badaniach kryminalnych, często seryjny morderca złapany zostaje wcześniej, ale nawet już przy pierwszej zbrodni można czasem określić czy jest to dzieło seryjnego mordercy. Wskazują na to nie tylko okoliczności, ale sposób potraktowania ofiary i ostatecznie ciała. W każdym razie jest to bardzo logiczne wytłumaczenie, które jakoś wcześniej nie przyszło mi do głowy. W części tej autor przedstawia czynniki, które uwarunkowały wytworzenie się psychopatii u mordercy – autor wskazuje, że decydującym okresem życia jest tutaj dzieciństwo – kiedy dziecko od samego początku wychowywane jest w patologicznej rodzinie, kiedy nie ma odpowiednich wzorców, by od samego początku zaszczepić w swoim wnętrzu podstawowe wartości, to później, mimo że teoretycznie wie co jest postrzegane za dobre a co za złe, nie jest w stanie się do tego całkiem dostosować, nie ma dużych oporów przed popełnieniem złego czynu, gdyż wewnętrznie nie budzi to w nim sprzeciwu.
Kolejny rozdział części pierwszej opisuje, definiuje jakie elementy psychopatologii składają się na seryjnego mordercę. Wymienia tutaj głównie narcyzm, sadyzm i perwersję. Ostatnim zagadnieniem poruszanym w części pierwszej jest motywacja seryjnych morderców. Wyróżnia się 4 główne: seksualną, rabunkową, urojeniową i emocjonalną. W tym rodziale autor tłumaczy też czym różni się sadyzm seksualny od sadyzmu czystego – część badaczy twierdzi, że sadyzm zawsze wynika z pobudek seksualnych, autor dowodzi, że jest jednak inaczej.

Część pierwsza, jak już podkreślałam nie jest długa, jest przygotowana rzetelnie i z dużą starannością. Znajdziemy tu kilka tabelek razem z ich analizą oraz kilka definicji razem z ich wytłumaczeniem. Nie będę ukrywać, że przez tą część nie było łatwo się przebić, oczywiście tylko i wyłącznie dla takiego laika jak ja, ale rozumiem jej cel i uważam, że faktycznie jest uzasadniona i potrzebna.

Część druga to głównie studia przypadków polskich seryjnych morderców. Każdy z nich omówiony jest według jednego schematu – na początku krótka notka biograficzna mordercy, czyli jakich miał rodziców, dzieciństwo, lata szkolne, co działo się z nim dalej – praca, żona, dzieci... Dalej znajdziemy krótki opis jak morderca postrzegany był przez innych, przez osoby, które go znały na co dzień, miały z nim styczność tj. rodzina, sąsiedzi, współpracownicy. Po tej części przechodzimy do wypunktowania ofiar mordercy, tych zamordowanych i tych niedoszłych. Nie jest to jednak suche wypunktowanie, mamy opis ofiary i zapis jak doszło do zdarzenia oraz co ostatecznie stało się z ofiarą. Następnie czytelnik otrzymuje wyjaśnienie motywacji mordercy, często autor przytacza tutaj opinie psychologów i biegłych oraz sam analizuje zachowanie mordercy. Na samym końcu jest krótka wzmianka o procesie, karze i jej wykonaniu.

Studium przypadków jest bogate, znajdziemy tutaj najgłośniejszych polskich morderców jak Marchwicki, Pękalski czy Knychała. Każdy z tych przypadków przedstawiony jest krótko, ale rzetelnie, czyta się bardzo dobrze, styl jest łatwy i przystępny, zrozumiały dla laików.

Część drugą zamykają tzw. „doniesienia”. Wygląda na to, że autor nie dotarł do obszerniejszych źródeł na temat tych 24 seryjnych morderców. Czytelnik dostaje tylko krótką wzmiankę zaczerpniętą głównie z mediów i literatury. Rozumiem, że autor chciał zaznaczyć istnienie tych zbrodniarzy, ale poza tym nie widzę innego celu opisywania tych przypadków. Ewentualnie może to być punkt wyjścia do dalszych poszukiwań na tematy poszczególnych zbrodniarzy. Dla mnie osobiście, akurat tej części mogłoby w książce nie być, nie wyniosłam z niej za wiele.

Podsumowując, główny temat książki, czyli przypadki polskich seryjnych morderców, został opisany bardzo dobrze – rzetelnie, ale krótko, bez zbędnych informacji, za to z pożądanym wytłumaczeniem. Tą część czytało się świetnie – szybko, ciekawie i interesująco. Jak wspomniałam wcześniej ciężko mi było przebrnąć przez część pierwszą, ale było to konieczne dla dalszej lektury. Z kolei ostatnia część „doniesienia” trochę dla mnie była pozbawiona celu, nie prezentowała dogłębnej analizy psychiki sprawcy, jak to było w głównej części. Ogólnie jednak uważam, że jest to bardzo dobra książka, i skoro mnie, fance kryminałów z dobrym psychologicznym zarysem mordercy, czytało się ją zaskakująco dobrze, to nikt inny nie powinien mieć z nią problemów. Dużo wiedzy, dużo dobrego wytłumaczenia motywacji i psychiki morderców  – to było więcej niż się po lekturze spodziewałam.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Aktywa!




lipca 06, 2019

"Uwikłane w historię. Bohaterki i zdrajczynie" Jarosław Molenda

"Uwikłane w historię. Bohaterki i zdrajczynie" Jarosław Molenda

Tytuł: Uwikłane w historię. Bohaterki i zdrajczynie
Data premiery: 29.05.2019
Wydawnictwo: Lira
Liczba stron: 288

„Uwikłane w historię” to druga książka Jarosława Molendy wydana nakładem wydawnictwa Lira z serii biografii historycznych. Autor jest znanym dziennikarzem, podróżnikiem, przemierzył cztery kontynenty i kilkadziesiąt krajów. Na przestrzeni lat napisał wiele podróżniczych artykułów, aktualnie publikuje w magazynie „Dookoła Świata”. Jest też autorem ponad trzydziestu książek popularno-naukowych o tematyce historycznej i podróżnej. Dla mnie było to jednak pierwsze spotkanie z twórczością autora.

Książka zawiera opowieści o 10 polkach uwikłanych w historię II wojny światowej i czasów powojennych. Znajdziemy tu kobiety, o których w czasach PRLu się milczało jak i te, które w tym czasie żyły na wysokich stanowiskach. Kontrowersyjne postacie, w historii których miesza się prawda z fikcyjnymi opowieściami. Autor stawia sobie za zadanie oddzielenie fałszu od prawdy, na każde swoje słowa ma poparcie w dokumentacji lub u osób żyjących w pobliżu bohaterek.

Kompozycyjnie książka składa się z wstępu (od autora), 10 rozdziałów, zakończenia, przypisów i bibliografii. Każdy z tych rozdziałów opowiada historię innej kobiety. Ułożone są one mniej więcej w porządku chronologicznym. Historię zawsze otwiera zdjęcie portretowe postaci, imię i nazwisko oraz lata, w których żyły.

Tak jak już wspomniałam, każdy fakt podawany przez autora ma swoje odzwierciedlenie w dokumentacji. Bibliografia, z której autor czerpał swoją wiedzę, jest bardzo obszerna, sam jej spis zajmuje kilka stron. W treści każdej historii znajdziemy sporo przytoczeń z dzienników, listów, wywiadów. Autor stara się opisać całe życie bohaterki, jednak biorąc pod uwagę, że każdy rozdział liczy nie więcej niż 20-25 stron, oczywistym jest, że trzeba było pójść na pewne ustępstwa. Przez to większość tych historii wydawała mi się dosyć okrojona, było to raczej beznamiętne przytoczenie niektórych faktów z życia, niż faktyczna żywa opowieść o losach bohaterek.

Szczerze, z opisywanych postaci znałam chyba tylko jedną – Irenę Sendlerową. Zofię Kossak też, ale raczej z jej powiązań z literaturą, a nie z działalnością patriotyczną. O uszy obiła mi się kiedyś też Krwawa Luna, ale w mojej pamięci tkwił tylko ten pseudonim. Teraz, po lekturze, moja wiedza na temat opisywanych kobiet na pewno jest dużo większa, więc to na pewno muszę uznać zdecydowanie na plus.

W książce znajdziemy kobiety zarówno te, które działały na rzecz Polski, jak i te okrzyknięte zdrajczyniami, opowiadające się po stronie Rosji, komuny czy Niemiec. Najbardziej łapiąca za serce jest oczywiści historia Ireny Sendlerowej, szczególnie, że zawiera kilka cytatów od samej autorki. Za to najbardziej intrygująca dla mnie była historia o Izabelli Hordeckiej – działaczka polskiego podziemia, łączniczka, dzięki której informacjom i obserwacjom wyeliminowano wielu zdrajców i donosicieli. Słynęła z tego, że ubierała się jak arystokratka, chodziła w futrze, co nie raz uratowało ją z opresji – bo w końcu kto podejrzewałby elegancką arystokratkę o działalność na rzecz podziemia? Po wojnie i po najgorszych czasach PRLu zwiedziła cały świat, a kajakiem przepłynęła tysiące kilometrów. Umarła w wieku 98 lat w 2010 roku. Za życia udzielała wielu wywiadów, więc i w przytoczonej historii wiele słów jest po prostu cytatami z jej wypowiedzi. Niesamowita kobieta, muszę poczytać o niej coś więcej. W tym wypadku faktycznie (jak autor pisał we wstępie) życiorys kobiety to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego. Podobną funkcję łącznika i równie ciekawą historię przestawia sylwetka Haliny Szwarc, która w czasie wojny była zaledwie nastolatką.

Nie mogę jednak oszukiwać, że wszystkie historie mnie porwały. Nie było w nich za wiele emocji, autor po prostu przytaczał wydarzenia jak: urodziła się, wyszła za mąż, jej rodzice byli kimś, jej mąż był kimś innym, w którymś tam roku nawiązała współpracę ze służbami itp. Aż głupio mi to pisać, bo autorem jest jednak znany i poważany dziennikarz, ale historie wydawały mi się trochę na opowiedziane bez polotu.  Zauważyłam, że autor bardzo chciał być obiektywny, ale to też nie udało mi się tak całkowicie.

Podsumowując, książka jest krótką rekonstrukcją życia 10 polskich kobiecych sylwetek. Autor nie wybiela, nie usprawiedliwia, przedstawia po prostu fakty, a jednocześnie stara oddzielić się plotki od rzeczywistych wydarzeń. Jest poszukiwaczem prawdy, który przekopał się przez wiele dzieł, by napisać tę książkę. Doceniam ilość pracy włożoną w jej powstanie, jednak styl opowieści nie do końca mnie zadowolił. Po prostu liczyłam na trochę coś innego, zakładałam że będzie to bardziej płynna opowieść. Ostatecznie jednak poznałam kilka postaci, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam, więc czas poświęcony lekturze na pewno nie mogę uznać za czas stracony.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu LiRA!



czerwca 25, 2019

"Bestie. Zbrodnie i kary" Janusz Maciej Jastrzębski

"Bestie. Zbrodnie i kary" Janusz Maciej Jastrzębski

Autor: Janusz Maciej Jastrzębski
Tytuł: Bestie. Zbrodnie i kary
Data premiery: 22.05.2017
Wydawnictwo: Aktywa
Liczba stron: 672

„Bestie. Zbrodnie i kary” J. M. Jastrzębskiego wydane w 2017 roku przez Wydawnictwo Aktywa to drugie wydanie tej pozycji. Pierwsza miała miejsce 10 lat temu, została wydana nakładem wydawnictwa Profi. Autor tej książki to dziennikarz, literat, satyryk. Podczas swojej pracy dziennikarskiej był sprawozdawcą sądowym, a także na gorąco opisywał ściganie przestępców – od czasów wykrycia zbrodni, aż po proces na sali sądowej.  Jastrzębski prócz felietonów i literatury faktu jest również autorem powieści sensacyjnych i satyr.

W „Bestie. Zbrodnie i kary” autor skorzystał ze swojego dziennikarskiego doświadczenia. Ta książka to zapis największych polskich zbrodni w czasach PRLu, opisane od czasów popełnienia zbrodni, aż po proces sądowy i wydany wyrok. Autor w swojej książce mocno wspiera się aktami milicyjnymi i zapisami sądowymi, czasami nawet przytacza je wprost.

Na książkę składa się opis 22 największych polskich morderców od lat 50 do 90 XX wieku. Każdy z tych opisów opatrzony jest tytułem, większość podzielona jest także na podrozdziały. Każdy z rozdziałów jest bardzo różnej objętości, są sprawy (głównie te z powojennych czasów), które zajmują nie więcej niż kilka stron oraz takie, które zajmują ich ponad sto. Najobszerniej opisana jest historia Pękalskiego, znanego pod pseudonimem Wampira z Bytowa, która zajmuje prawie 200 stron powieści. Sporo też miejsca poświęconego jest innym znanym opinii publicznej mordercom, tj. Marchwicki (Wampir z Zagłębia), Tuchlin (Skorpion), Trynkiewicz czy Sojda (morderstwo ze zmową milczenia we wsi Zrębin). Historie te przytaczane są w porządku chronologicznym. Styl pisania autora jest prosty, bez ozdobników, podaje w większości suche fakty, chociaż zdarza mi się też odtwarzać dialogi lub opisywać hipotezy, które powstawały w mediach czy opinii publicznej, ale sam powstrzymuje się od komentarzy.

Każda z historii opisana jest w podobny sposób – ma krótki wstęp, w którym autor często podkreśla wynikłe błędy w postępowaniu, dalej jest opis spraw i ofiar, dopiero później opisane zostają działania śledcze i przebieg procesu na sali sądowej. Autor w niektórych opisach jest bardzo skrupulatny, np., zawsze wymienia z nazwiska sąd i prokuratora, a z drugiej strony, według mojej opinii, historie zbrodni i dochodzenia potraktowane są trochę „po łebkach”. Myślę, że książkę czytałoby się dużo lepiej, gdyby zbrodnie z opisem ofiar i przebieg dochodzenia nie były od siebie oddzielone. Zabrakło mi tu też większego skupienia na otoczeniu, co mówili świadkowie, jakie panowały nastroje. Oczywiście jest to lekko w powieści zarysowane, ale jak dla mnie niewystarczająco, bym mogła powiedzieć, że mam teraz dużo większą wiedzę na temat opisywanych zbrodni. Brakuje mi tu też większego wyjaśnienia sprawy, np. dlaczego milicja kogoś podejrzewała o zbrodnię, a później przestała? W książce jest tylko wspomniane, że takie coś było, ale ja bym chciała wiedzieć dlaczego. Dlaczego tak późno sprawy jednego zabójcy zostały ze sobą połączone? Dlaczego nie wcześniej? Jak doszło do takich przeoczeń? Na takie pytania nie znalazłam w książce odpowiedzi. O psychice i motywach morderców też było bardzo niewiele, a właśnie to byłby dla mnie interesujące.

Co w takim razie znajdziemy w książce? Jak już wspomniałam, jest trochę przytoczonych akt sprawy – np. w sprawie Marchwickiego dowiemy się jakie zalecenia i postanowienia wydawała specjalna grupa dochodzeniowa. Autor opisuje też opinie biegłych sądowych i psychiatrów, którzy przeprowadzali obserwacje na przestępcach. Wyrywkowo znajdziemy też przesłuchania na komisariatach i zeznania na salach sądowych. Autor często podkreśla, że nie tylko wiedza i doświadczenie śledczych było istotne w dochodzeniach, ale i samo szczęście.

Co do wydania książki to jest ono też dosyć toporne. Książka jest duża, w bardzo miękkiej okładce, przez co niewygodnie się ją trzyma podczas lektury. Niestety zauważyłam też trochę literówek, braków interpunkcji i tym podobne niedociągnięcia, które przedostały się przez korektę. Zostały zachowane bardzo małe marginesy po bokach tekstu, co też negatywnie wpływa na jakość czytania.

Ogólnie mam mieszane odczucia co do tej pozycji. Wiem, że autor na pewno musiał poświęcić jej dużo czasu i energii, przekopać się przez akta milicyjne i sprawozdania z procesów sądowych. Niestety dla mnie każda z tych historii jest niepełna, potraktowana dosyć wyrywkowo, pozbawiona tych najciekawszych, najistotniejszych elementów. Muszę przyznać, że trochę się wymęczyłam podczas czytania. A szkoda, bo można ją było opowiedzieć w dużo ciekawszy sposób. W końcu to wszystko wydarzyło się naprawdę, tymi wydarzeniami żyła cała Polska, a pewnie czasami nawet i dalej! A w opisie tych historii autor nie wzbudził we mnie większych emocji.

Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Aktywa!




czerwca 12, 2019

"Dziennik kata" John Ellis

"Dziennik kata" John Ellis

Autor: John Ellis
Tytuł: Dziennik kata
Cykl: Rozmowy z katem, tom 2
Tłumaczenie: Grzegorz Kołodziejczyk
Data premiery: 30.04.2019
Wydawnictwo: Aktywa
Liczba stron: 290

„Dziennik kata” to drugi tom z cyklu „Rozmowy z katem”. O pierwszym „Spowiedź polskiego kata” pisałam niedawno (tutaj!). „Dziennik kata” jest jednak całkowicie różny od pierwszego. Nie znajdziemy tutaj suchych faktów i obszernej wiedzy na tematy pokrewne, a wspomnienia pierwszego kata Wielkiej Brytanii. Dziennik John Ellis spisał (czy bardziej podyktował) już na emeryturze, bo jak sam mówi, podczas pełnienia swojego urzędu gdy tylko raz udzielił wywiadu do gazety, to przysporzyło mi to wiele nieprzyjemności. Ellis funkcję kata sprawował 23 lata (1901-1924) podczas których wykonał wyroki na 203 skazańcach.

Książka podzielona jest na przedmowę, 11 rozdziałów i epilog. W każdym z rozdziałów Ellis opisuje 2-3 zbrodniarzy, czyli dokładnie relacjonuje przebieg zbrodni i zatrzymania, po czym przechodzi do opisu swoich spostrzeżeń i relacji z egzekucji. Często też autor wtrąca swoje zdanie na ten temat, nie stroni od wyrażania swoich opinii. Prócz opowieści w książce zamieszczone też są czarno-białe fotografie skazańców oraz kilka przytoczonych listów do kata. Ogólnie, pomijając fakt, że jest to opis zbrodni i śmierci wielu skazańców, to książkę czyta się bardzo lekko – jak stare, angielskie klasyczne opowiadania. Sam Ellis jest człowiekiem bardzo spokojnym i na kartach powieści to naprawdę czuć. Jakby tego było mało to książka opisuje czasy mojej ukochanej Anglii z początku XX wieku, więc nie mogę powiedzieć nic innego, jak to, że czytałam ją naprawdę z dużą przyjemnością. W końcu pomiędzy tymi wszystkim zbrodniami, wyrokami i egzekucjami, przewijają się też elementy życia codziennego.

Co wiemy o samym kacie? John Ellis wywodził się z bogatszej rodziny robotniczej – jego ojciec prowadził swój własny zakład fryzjerski. John miał go kiedyś przejąć, jednak nie był to tego skory...
„... przerażony perspektywą,  że zawodowy trud mojego życia odmierzany będzie liczbą strzyżeń i goleń, postanowiłem uciec.”
W tym czasie trochę tułał się po świecie, pracował w fabrykach, poznał swoją przyszłą żonę. I zgłosił swoją kandydaturę na kata. Miał wtedy 22 lata i jak sam przyznaje pomyślał, że jest to
„robota w sam raz dla mnie”
jednak nie potrafił powiedzieć dlaczego. W końcu wrócił do rodzinnej miejscowości i otworzył swój własny zakład fryzjerski. Tak więc pierwszy angielski kat był na co dzień fryzjerem. Często przyjmował klientów, którzy byli bardziej zainteresowani egzekucjami niż strzyżeniem. Jednak John niechętnie odpowiadał na pytania z tym związane, uważał, że nie jest to temat do nagłaśniania.

Ogólnie John Ellis był niesamowicie opanowanym, współczującym i humanitarnym katem. Zwracał uwagę na każdą jedną drobnostkę, by ta nie zakłóciła przebiegu egzekucji. Bardzo zależało mu na czasie, zawsze dążył do tego, żeby wyrok wykonać jak najszybciej. Czasami zajmowało to naprawdę kilka sekund mierzonych od wyjścia skazańca z celi do zawiśnięcia.
„W całym moim życiu nikogo nie sponiewierałem. Moja koncepcja tej roboty polega na tym, żeby załatwić rzeczy najprędzej jak się da, bo tak jest najlepiej dla wszystkich zainteresowanych”.
Ellis przedstawia czytelnikowi cały przebieg egzekucji – od dnia poprzedniego, bo zawsze dzień wcześniej popołudniu zjawiał się w zakładzie karnym i omawiał całe wydarzenie z naczelnikami i lekarzami. Zdradza czytelnikowi co wtedy się działo, co robił i po co. Tak samo dokładnie opisuje wszystkie swoje czynności, które wykonywał rano w dniu egzekucji i sam jej przebieg. Wszystko miało u niego swoją kolejność, każde działanie było szybkie i uzasadnione. Chwilami nawet dziwiła mnie jego empatia i współczucie do skazańców – mimo tego, że w większości uważał ich za winnych popełnionych morderstw, to jednak traktował ich bardzo po ludzku.
„Nawet najokrutniejszy morderca zasługuje na współczucie rano w dniu egzekucji.”
Sama nie wiem czy byłabym w stanie mieć tyle wyrozumiałości dla morderców. A John Ellis miał. Więc mimo swojej funkcji, ciężkiego i dosyć mrocznego zawodu ( w końcu pozbawiał ludzi życia) z kart książki powstaje obraz człowieka dobrego, bardzo empatycznego i spokojnego.
„...choć nigdy nie wstydziłem się tego, że jestem katem, nie pragnąłem też osobistych hołdów za to, że kogoś powiesiłem. Zawsze uważałem siebie za skromne narzędzie prawa.”
Prócz podejścia Ellisa do sprawy, czytelnik może też sporo dowiedzieć się o przebiegu procesu i traktowaniu skazańca przez pracowników więzienia. Szokiem dla mnie było to, jak szybko przebiegał cały proces, w kilka dni, a czasami nawet godzin sąd z ławą skazywał lub uniewinniał oskarżonego. Tak samo apelacje były rozpatrywane w tempie ekspresowym, dosłownie kilku dni. W aktualnych czasach ciężko to sobie wyobrazić, teraz procesy i odwołania mogą ciągnąć się latami.
Skazaniec, po ogłoszeniu wyroku śmierci, był traktowany bardzo opiekuńczo i łagodnie. Miał przy sobie cały czas dwóch strażników, którzy, prócz pilnowania skazańca, mieli za zadanie zabawiać go rozmową, by nie myślał za dużo o wyroku. Jego cela była zawsze położona bardzo blisko miejsca egzekucji, tak by skazaniec miał jak najkrótszą drogę do szubienicy. Dosłownie kilka kroków. Wszyscy zarządzający więzieniem jak i lekarz mieli na uwadze dobro skazańca, traktowali go z dobrocią. Bardzo to wszystko humanitarne, ciężko sobie wyobrazić, że nie pałali nienawiścią do skazańców – w końcu przecież, by dostać wyrok skazujący na śmierć, musieli pozbawić życia innego człowieka, czasami w sposób naprawdę makabryczny. Więc ten spokój i równowaga, wzgląd na dobro skazańca są bardzo ciekawym i teraz chyba nieczęsto spotykanym podejściem.

Podsumowując, „Dziennik kata” jest całkowicie inną lekturą niż „Spowiedź polskiego kata”. Książkę, mimo tematu, czyta się bardzo lekko, szybko i z zaciekawieniem. John Ellis tak jak do samych egzekucji, tak do swojego dziennika bardzo się przyłożył, widać, że zadbał o każdy szczegół opowieści. Nie znajdziemy tutaj brutalnych opisów, wszystko jest spokojne, stonowane i mocno humanitarne. No i dla mnie świetnym dodatkiem były szczegóły z życia codziennego w Anglii początku XX wieku. Nie mogę nic książce zarzucić, a autora podziwiam za jego ludzkie podejście do skazańców. Naprawdę nie wiem czy ja byłaby w stanie okazać tyle spokoju i zrozumienia co on.
„Zawsze byłem przekonany, że za wykonanie egzekucji na skazańcu nie ponoszę większej odpowiedzialności niż sędzia, który odczytał wyrok śmierci” 
Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Aktywa!

maja 29, 2019

"Spowiedź polskiego kata" Jerzy Andrzejczak

"Spowiedź polskiego kata" Jerzy Andrzejczak

Tytuł: Spowiedź polskiego kata
Cykl: Rozmowy z katem, tom 1
Data premiery: 27.08.2018
Wydawnictwo: Aktywa
Liczba stron: 272

„Spowiedź polskiego kata” pierwszy raz wydana została w 1995 roku. Aktualne wznowienie zostało rozszerzone o około 100 stron (jeśli źródła w internecie nie kłamią😉) i stało się pierwszą książką z cyklu „Rozmowy z katem”. Na rynku dostępna jest już druga książka z serii pt. „Dziennik kata” Johna Ellis. Autor „Spowiedzi...” w latach 90tych wydał jeszcze dwie inne tego typu książki – „Spowiedź polskiej zakonnicy” i „Spowiedź polskiej prostytutki” – obydwa brzmią bardzo ciekawie! Później Andrzejczak zajął się głównie pisaniem autobiografii jako ghostwriter, ale ostatnio napisał też książkę o Smoleńsku. Nie znalazłam więcej informacji o autorze, ale z książki wnioskuję, że w czasach PRLu i od razu po był dziennikarzem-reporterem i pisał pisał wiele artykułów w różnych czasopismach.

„Spowiedź polskiego kata” tak naprawdę ze spowiedzią ma mało wspólnego. Tytuł raczej wziął się z marzenia autora, o tym, żeby ostatni polski kat, z którym przeprowadzał serię wywiadów, całkowicie się przed nim otworzył, wyspowiadał. Jednak nigdy do tego nie doszło. Ostatni polski kat (jego nazwisko będzie utajnione prawie do 2050 roku), mimo tego że zgodził się na rozmowy, nigdy nie był za wylewny. Na wszystkie pytania odpowiadał bardzo skąpo i krótko, niewiele znajdziemy w książce dłuższych wypowiedzi. Te rozmowy są punktem wyjścia do bardzo szeroko omówionego tematu kary śmierci i wszystkim co się z nią wiąże. W książce znajdziemy historię kary  śmierci wręcz od początku ludzkości, dowiemy się jakie kary za przewinienia stosowano na przestrzeni wieków. Najwięcej informacji znajdziemy oczywiście o Polsce, gdzie karę więzienia wprowadzono dopiero w XVIII wieku – wcześniej kary były tylko i wyłącznie cielesne, czyli prosto mówiąc – tortury i okaleczenia. Dużo dowiemy się o polskim prawie karnym, np. że kara śmierci w Polsce zawieszona została w 1989 roku, ale wyroki śmierci dalej były wydawane. Ostatni taki wyrok padł w 1996 roku, w 1998 nastąpiła zmiana kodeksu karnego i wyrok śmierci został zastąpiony dożywociem. Szacuje się też, że po zawieszeniu kary śmierci przestępczość w Polsce wzrosła. W książce znajdziemy bardzo dużo wiedzy i informacji, jest to świetne kompendium na temat kary śmierci i przyległych. Mimo poważnego tematu w książce znajdziemy też kilka ciekawostek – dla mnie wytchnieniem była wzmianka o procesach „zwierzęcych”. Wiem że to nie jest śmieszne, ale jak czyta się o wydanym wyroku śmierci przez uduszenie dla pszczół, które niestety nie zastosowały się i zwiały, to musicie przyznać, że nie sposób nie parsknąć śmiechem. A tak poza tym to książka jest poważna 😉

Oprócz informacji o polskim wymiarze sprawiedliwości, gdzie głównie śmierć następowała przez powieszenie, znajdziemy też informacje o innych krajach. Sporo miejsca poświęcone jest takim wynalazkom jak gilotyna czy krzesło elektryczne.

Ewidentnie autor książki przyłożył się do jej napisania. Prócz suchej wiedzy, znajdziemy tu wiele rozmów z osobami obracających się w kręgach karnych. Po pierwsze, prócz rozmowy z katem, autor w latach 90tych przeprowadził wywiady ze wszystkimi skazanymi na karę śmierci. Znajdziemy tu krótkie opisy najgłośniejszych polskich zbrodni i wyznania tych właśnie zbrodniarzy. Wszyscy jednoznacznie twierdzą, że to nie wyrok śmierci jest najgorszy, a oczekiwanie na jego wykonanie, kiedy każdy szelest czy odgłos kroków powoduje paniczny lęk, że to już.
Prócz morderców, autor rozmawiał z wieloma innymi osobami. Znajdziemy tu wypowiedzi historyków, naczelników więzień, księży, którzy byli odpowiedzialni za towarzyszenie skazańcom w ostatnich chwilach życia, a nawet i z kucharzem, który przygotowywał dla zbrodniarzy ich ostatnie posiłki.

Jeśli jednak chodzi o tytułową rozmowę, to autor z katem spotkali się kilka razy. Często ich rozmowy były dosyć nieskładne, autor podkreśla, że kat jest alkoholikiem, raz pijącym raz nie, podczas rozmów, przy których, jak twierdzi autor, kat był pijany, za wiele czytelnik nie wynosi. Jest jednak kilka ciekawych fragmentów, kiedy kat (na trzeźwo) wypowiada się trochę obszerniej. Z tych rozmów można wywnioskować, że kat naprawdę dużo wie na temat swojego zawodu i tematów powiązanych. Jest człowiekiem inteligentnym, z ugruntowanym zdaniem. Jego przemyślenia są logiczne i spójne, przytacza naprawdę dużo dowodów na poparcie swoich tez.
„Sędzia podpisujący się pod wyrokiem, czy kat zakładający skazanemu pętlę na szyję, są reprezentantami społeczeństwa i robią to w naszym imieniu. Ja, jako kat, byłem tylko wykonawcą. Zabijałem jako przedstawiciel społeczeństwa.”
 Jedyne co jest dla niego tematem tabu to on sam. Nie chce ujawnić swojego nazwiska, przez całe życie ukrywał przed światem swój zawód, nawet jego własna żona o tym nie wiedziała. Kat boi się napiętnowania, zna historie katów, którzy przyznali się w Polsce do swojego zawodu i ich życie legło w gruzach. W przeciwieństwie do francuskich i angielskich katów, gdzie zawód kata był traktowany jako szlachecki. Szczerze nie dziwię się mężczyźnie, że nie chce ujawniać swojej tożsamości, bo już sam sposób w jakim rozmawia z nim autor jest mocno zniechęcający. Autor, nie wiem czy chciał po prostu wywołać szok i sprowokować, czy naprawdę sam ma takie przekonania, ale do kata odnosił się bardzo agresywnie. Zarzucał mu dużo rzeczy, sugerował, że to on jest większym potworem niż ci, których uśmiercał. Nie wiem dlaczego dziennikarz wykazywał takie oskarżające podejście, może winę należy zrzucić na czasy, w których książka powstała? PRL i chwilę po nim to nie były lekkie czasy, wtedy bardzo mocno osądzało się wszystkich, którzy byli powiązani z władzą...
„Kat jest złym człowiekiem. Zabija z pełną premedytacją. I bierze za to zapłatę. Nie chciałbym znać osoby o takim charakterze. Kat jest zabójcą! Groźniejszym od zwykłego zabójcy, bo zawsze zostaje usprawiedliwiony” (słowa jednego ze skazańców)
Na koniec wspomnę jeszcze jak książka wygląda od strony kompozycji. Podzielona jest na przedmowę, od autora, 8 rozdziałów i bibliografię. Każdy rozdział opatrzony jest własnym mottem, a ważniejsze (zdaniem autora?) wyrażenia są wyraźnie zaznaczone w tekście. Każdy rozdział mówi trochę o czym innym, jeden poświęcony jest torturom, inny polskiemu prawy karnemu itp.

Książkę czyta się zadziwiająco szybko i lekko (o ile można w ogóle mówić o lekkości przy tak poważnym temacie) – chcę przez to powiedzieć, że spodziewałam się, że będzie mi się ją czytało dużo gorzej. Temat oczywiście jest ciężki, ale fakty napisane są ciekawie i interesująco. Język przystępny dla laika. Ogólnie jestem zadowolona, że sięgnęłam po tą pozycję. Teraz na pewno potrzebuję trochę oddechu, zanim zabiorę się za kolejną książkę z cyklu, ale przeczytam ją na pewno!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Aktywa!