Autor: Alexander J. Motyl
Tytuł: Ostatnia
stacja Pituna
Tłumaczenie: Patryk
Małecki
Data premiery: 28.09.2022
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 272
Gatunek: political
fiction / powieść sensacyjna
Alexander John Motyl to prawdziwy człowiek renesansu –
profesor historii i politologii, ekspert w sprawach Ukrainy, Rosji i ZSSR,
literat, malarz i poeta. Pod swoim nazwiskiem wydaje zarówno książki naukowe,
jak i beletrystyczne, a „Ostatnia stacja Pituna” swoją amerykańską premierę
miała półtora roku temu. Jest to trzeci tom trylogii przedstawiającej historię
Pituna – jego dojście do władzy w Rosji, rządy, a w tomie ostatnim upadek. U
nas na polskim rynku ukazała się tylko ta ostatnia część w czasie, gdy pod siedmiu
miesięcy trwa wojna w Ukrainie spowodowana najazdem Rosji na ich kraj. Miejmy
nadzieję, że mimo iż „Ostatnia stacja Pituna” to political fiction, to jednak
zakończenie tego, co dzieje się naprawdę, będzie takie samo jak w książce…
Fabuła „Ostatniej stacji Pituna” rozpoczyna się, gdy amerykański
dziennikarz Steven Smith zostaje wysłany do Estonii, by opisać najazd
rosyjskiego dyktatora Pituna na ten kraj, którego dopuścił się pod pretekstem
uwolnienia uciśnionych przez Estończyków Rosjan zamieszkujących te tereny.
Jednak nic nie poszło zgodnie z jego planem, Estończycy odbili wojsko, a w tym
czasie wszystkie inne narodowości, które zostały wcielone do Rosji, zaatakowały
Moskwę i wysoko postawionych dygnitarzy. Rosja upada, kolejne kraje, które do
tej pory znajdowały się pod jej rządami, ogłaszają niepodległość, a Pitun
znika… Gdzie się podział? Nikt nie wie, a przy ilości pieniędzy jaką ukradł,
może być wszędzie… Steven po kilku dniach wzmożonej dziennikarskiej pracy,
postanawia udać się do Nicei, by chwilę odpocząć i trafia tam na swoją
koleżankę po fachu Pippę Tumblethwaite. Razem odkrywają, że chyba w jednym z
hoteli kryje się ktoś, kto bardzo Pituna przypomina… Czy to on? Jakie ma plany?
Bo jakieś na pewno musi mieć. Czy planuje wielki powrót do Rosji? Dwójka
dziennikarzy na jego własne życzenie będzie mu w tym towarzyszyć…
„Czeka nas spotkanie z historią.”
Książka składa się z 6 rozdziałów zatytułowanych nazwami miast,
w których aktualnie rozgrywa się akcja. Rozdziały są długie, ale podzielone na
nienumerowane podrozdziały, scenki, więc książkę czyta się wygodnie. Przy
okazji czcionka w wydaniu papierowym jest całkiem dużym rozmiarów, przez co
komfort czytania jest naprawdę wysoki, a byłby jeszcze wyższy, gdyby nie
zauważalna ilość literówek – głównie pomylony jest rodzaj czasowników, w którym
bohater się wypowiada… Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu
przeszłego przez Stevena, który opisuje to, co się dzieje, jak i swoje
odczucia. Nie skąpi nam też komentarzy na ten temat. Styl powieści jest całkiem
fajny, nacechowany sarkastycznie, przez co powieść czyta się naprawdę lekko,
choć oczywiście są momenty, które wymagają powagi. Jest bardzo dużo dialogów,
które napisane są naprawdę zgrabnie. Mimo że temat jest jakże bliski naszej
aktualnej rzeczywistości i mimo, że jest to political fiction, za którym
specjalnie nie przepadam, to przyznaję, że książkę czyta się szybko, łatwo i z
ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
„Dwa dni przed moim wyjazdem do rosyjskiej stolicy Pitun,
stwierdziwszy, że łamane są prawa człowieka rosyjskojęzycznych mieszkańców
północno-wschodniej Estonii i powoławszy się na doktrynę, którą sformułował po
raz pierwszy w wojnie z Ukrainą w 2014 roku, najechał ten mały kraj. Oczywiście
Rosjanie nigdy nie użyli słowa „inwazja". Zamiast tego utrzymywali, że
zostali zmuszeni do wysłuchania apeli nieznanego wcześniej Rosyjskiego Frontu
Demokratyczego, który jako legalny organ przedstawicielski rzekomo uciskanej
mniejszości rosyjskiej w Estonii wezwał Moskwę, by pospieszyła z pomocą, aby
jej nieskazitelne demokratyczne aspiracje nie zostały zdeptane butami Estończyków.
Cóż w tej sytuacji mógł zrobić par excellence demokratycznie nastawiony
miłośnik pokoju Władimir Władimirowicz Pitun? Mógł tylko wysłać czołgi i
zmobilizować lotnictwo. Z ciężkim sercem, ma się rozumieć.”
Dalszą analizę książki zacznijmy klasycznie – od postaci. Nasz
narrator Steven Smith to dziennikarz z wieloletnim stażem, z wykształceniem
klasycznym przez co często raczy nas wtrąceniami z łaciny, a i nawiązuje do
historii Grecji i Rzymu. Ogólnie jest to człowiek oczytany i bogaty w
historyczną wiedzę, co często wykorzystuje w rozmowach z innymi, niemniej robi
to w sposób dyskretny. Autor książki podzielił się z nim swoją ogromną wiedzą
na temat krajów położonych w sąsiedztwie Rosji i ogólnego motywacjach w
działaniach polityków i zrobił to w sposób bardzo przystępny dla czytelnika.
W tle przewija się cała plejada postaci, choć mam wrażenie,
że jeśli chodzi o przedstawiania charakterów dotyczących całych nacji, to autor
uciekł to do lekkiej karykatury, przerysowania – Rosjanie dużo piją i są dosyć
toporni pod względem relacji towarzyskich, a Amerykanie z Teksasu grubi,
hałaśliwi i cóż… dosyć konserwatywni.
Oczywiście jest tu też postać Pituna, wokół którego kręci
się cała akcja. To, że samogłoski są tu poprzestawiane, to nie znaczy, że
charakterystyka postaci nie jest oddana z reporterską dokładnością. Autor
uchwycił dobrze motywy działań tej postaci.
„Pitun myślał, że kontroluje historię. Wierzył, że
podobnie jak Napoleon, Lenin i Stalin, otrzymał światową misję historyczną.
Choć pewny swojego triumfu, w rzeczywistości był tylko pionkiem historii, który
na końcu, kiedy kurz opadnie, a gruz przestanie się osypywać, o ile wciąż
pozostałby przy życiu, miał zrozumieć, że jego wysiłki nie przyniosły nic
innego, jak tylko ostateczne i nieodwracalne zniszczenie Rosji i jego samego.”
Akcja powieści toczy się szybko, cały czas coś się dzieje,
bohater, jak to dziennikarz, reporter czy korespondent, węszy, biega z miejsca
w miejsce, cały czas jest w ruchu, mimo że część fabuły rozrywa się po prostu w
pociągu. Nawet jest tu coś na kształt intrygi kryminalnej, która również w
nieco prześmiewczy sposób fajnie spina całą historię.
„Nie obchodzi mnie zbytnio polityka... ani biznes... ani
tu, ani w Stanach. Właściwie to nie mogę tego znieść. Mnóstwo starych pryków...
przepraszam za wyrażenie... kłócących się o nic, o ile wiem, zamiast robić ze
sobą coś pożytecznego.”
Tematy polityczne to zdecydowanie nie mój konik, więc po
książki, w których pojawia się taki wątek, raczej nie sięgam. Tu jednak cieszę
się, że to zrobiłam, bo jak na laika w tym temacie wcale nie czułam się
zagubiona, a i narrator nie przynudzał. Jestem bardzo ciekawa jak odbiorą ją
ci, co znają się na tych tematach, ale dla zwyczajnego czytelnika to dobra
rozrywka ze świetną analizą polityczną świata, a szczególnie środkowej i
wschodniej Europy opisana w bardzo przystępnych słowach.
„Nic dziwnego, że Polacy wysłali kilka batalionów wojska
na swoją granicę, którą pospiesznie zaczęli umacniać zasiekami z drutu
kolczastego i rowami. Niemcy równocześnie wezwali wszystkich do podjęcia
rokowań i odrzucenia przemocy. Francuzi ubolewali, że niszczy się tak wiele atrybutów
cywilizacji światowej. Unia Europejska wyraziła najgłębsze zaniepokojenie i
nadzieję na pokojowe rozwiązanie. Amerykanie zastanawiali się, kto pilnuje
arsenału nuklearnego.”
W książce przedstawiona jest waląca się potęga Rosji i jest
to obraz mocno wstrząsający. Ci, którzy od lat byli agresorami, teraz sami
stają się celem ataku. Przemoc rodzi przemoc, a naród od tak dawna uciśniony, w
końcu może odpłacić się pięknym za nadobne. Temat trudny do zaakceptowania dla
mnie i podejrzewam, że dla większości z nas – w końcu każdy chciałby żyć w
spokoju. Jednak myślę, że to co przedstawił autor jest bliskiej realności,
trochę takim marzeniem, by kolos rosyjski w końcu upadł…
„Był to czas odpłaty dla wszystkich nie-Rosjan, których
Kreml zapewne już od piętnastego wieku dominował, wykorzystywał, mordował i
eksterminował.”
Podsumowując, „Ostatnia stacja Pituna” to książka warta
uwagi, szczególnie w aktualnych czasach. Z początku tematy są mocno poważne,
bardzo żałowałam, że ta wojna tocząca się w realnym świecie nie potoczyła się
tak, jak ta w powieści. Później do głosu dochodzi powieść
szpiegowsko-sensacyjna, dużo się dzieje, jest masa ironii, przez co całość
czyta się lekko i fajnie. Książka ma ten przysłowiowy pazur, a napisana jest
bardzo przystępnym językiem, więc nawet ci, którzy nie interesują się tymi
wszystkimi politycznymi zależnościami nie będą mieli problemu ze jej zrozumieniem.
Jestem z lektury zadowolona, teraz tylko mam nadzieję, że ten opisany upadek
Rosji wydarzy się naprawdę...
„Za Matuszkę Rosję! Niech umrze spokojną śmiercią i nigdy
nie zmartwychwstanie - wzniósł toast.”
PS. Książa zadedykowana jest Wołodymyrowi Zełenskiemu i
bohaterskiemu narodowi Ukrainy.
Moja ocena: 7/10
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Insignis.