Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwopoznańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwopoznańskie. Pokaż wszystkie posty

grudnia 20, 2023

"Raz, dwa, trzy, cztery. Beatlesi i ich czas" Craig Brown

"Raz, dwa, trzy, cztery. Beatlesi i ich czas" Craig Brown

Autor: Craig Brown
Tytuł: Raz, dwa, trzy, cztery, Beatlesi i ich czas
Tłumaczenie: Adrian Stachowski
Data premiery: 23.08.2023
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 576
Gatunek: biografia
 
Craig Brown to brytyjski krytyk i satyryk, znany na rodzimym rynku głównie z publikacji w magazynie Private Eye. Jest autorem dwóch biografii: kilka lat temu pisał o księżnej Małgorzacie, później wziął się za Beatlesów… Rozrzut pozornie spory, ale jak sam zdradza w biografii Beatlesów, te dwa tematy - rodzina królewska i Beatlesi – były w granicach jego zainteresowania od zawsze. W Polsce “Raz, dwa, trzy, cztery. Beatlesi i ich czas” to jego pierwsza publikacja.
 
The Beatles. To nazwa zespołu, który prawdopodobnie do teraz znany jest na całym świecie. To oni przynieśli przełom w muzyce, to oni podnieśli na duchu zmęczone społeczeństwo. To na nich w latach 60-tych zapanował totalny szał. Są symbolem tych lat, lat hipisowskich, lat wolności, do teraz ich muzyka inspiruje. Zrobili coś, czego nie udało się zrobić żadnemu innego muzycznemu zespołowi, zapewnili sobie prawdziwą nieśmiertelność. A zatem napisano o nich już wiele. Brown zatem miał trudny orzech do zgryzienia - skoro napisano tak wiele, to jak napisać coś, co się wyróżni?
 
Niestety nie powiem Wam czy w tej biografii znajdziemy jakieś informacje, o których wcześniej nie słyszeliśmy - ja nie słyszałam na pewno, bo poza tym, że muzykę Beatlesów znam, to jednak ich biografią niespecjalnie się interesowałam, zatem wszystko co było w tej książce, było dla mnie nowością. Zbudowana jest bardzo przyjemnie dla czytelnika, składa się z 150 króciutkich rozdziałów, które przedstawione są w różnej formie - jest tu zawarta historia zespołu, ale są też wyznania fanów, spisy, opisy, a także i wspomnienia samego autora, jak i opis jego wycieczki po domach członków Beatlesów. Jest też całkiem sporo zdjęć, co jest naprawdę fajnym dodatkiem - najczęściej w takich publikacjach jest po prostu w środku książki wklejka, a tu są zdjęcia rozmieszczone w środku rozdziałów, by pokazać to, o czym akurat autor pisze. Język, jakim się posługuje, jest przyjemny, często delikatnie podszyty humorem, przez co biografia, mimo obojętności, daje poczucie lekkości.
 
Mam wrażenie, że tą publikacją autor starał się dać czytelnikowi szeroki obraz na to, jak twórczość Beatlesów wpłynęła na społeczeństwo. Dlatego tak ważne są te rozdziały pisane z perspektywy fanów zespołu - przyglądamy się temu, ile ta wolna na tamte czasy muzyka zmieniła w życiu młodych ludzi - dała im perspektywy, dała nadzieję na przyszłość. Wprowadziła też niezłe zamieszanie wśród młodzieży, autor po części skupia się na zjawisku beatlemanii, które w nieco starszym społeczeństwie wzbudzało konsternację, a wśród psychologów i psychiatrów fascynację. Śmieszyły mnie trochę momenty, w których autor opisywał te wszystkie nastolatki, które po prostu nie mogły nie piszczeć na widok Beatlesów… To był prawdziwy szał, który nawet teraz ma w rzeczywistości swoje odbicie – wszystko, co związane z Beatlesami, co nadaje się, by stworzyć z tego kolekcje, do teraz osiąga bajeczne sumy na licytacjach. O tym autor pisze często w rozdziałach poświęconych na opis domów Beatlesów dostępnych do zwiedzania.
 
Fascynujące jest to, że Beatlesi tworzyli w sumie tylko chwilę, dokładnie osiem lat (1962-1970), z czego ostatnie cztery, to były czasy już bez koncertów. A oddźwięk na społeczeństwo trwa do teraz. Osiem lat, w czasie których działo się wiele, tak wiele, że w prawie 600-stronicowej biografii nie dało się zawrzeć wszystkiego. Samą historię Beatlesów autor przedstawia w porządku jako tako chronologicznym, albo może precyzyjniej będzie powiedzieć częściowo chronologicznym. O historii każdego z członków, tego, jak doszło, że zaczęli razem grać nie dowiadujemy się na początku, tylko gdzieś tam po drodze, na ich życiu prywatnym też nie skupiamy się specjalnie mocno, choć pojawiają się takie fragmenty. Miałam wrażenie, że autor przywołuje wyrywkowe fragmenty z ich życia jako zespołu, te, które doprowadziły do tego, że zespół został uznany za wielki i przełomowy. Z jednej strony zatem dowiedziałam się z tej biografii wiele, ale z drugiej zabrakło mi tu też porządnej biograficznej chronologii i dokładnego rozpisania i historii muzyki, tego jak twórczość Beatlesów na nią wpłynęła, i historii życia pojedynczych członków zespołu. Jestem jednak pewna, że to już było omawiane w biografiach nieraz, więc rozumiem dlaczego autor z tego zrezygnował.
 
Książka Craiga Browna z pewnością będzie czystą przyjemnością dla fanów Beatlesów, tych, którzy o zespole, ich historii co nieco już wiedzą. Dla tych, co tą lekturą rozpoczynają uzupełnianie wiedzy, szczególnie z początku i pod koniec lektura może wydać się nieco chaotyczna. Na pewno warto ją docenić za szeroki obraz, za szerokie oddanie tego, jakie oddziaływanie miała ich muzyka na społeczeństwo, jak zmieniła postrzeganie życia przez młodzież w czasach, kiedy pozytywna energia była im tak bardzo potrzebna. Wtedy była to muzyka przełomowa, powiew zmiany, teraz to już coś klasycznego, kanonicznego, coś co każdy dobrze zna. Autor podkreśla jednak, że wszystko to stworzyli młodzi ludzie, kiedy zaczynali grać byli w okolicy 20stki, zatem ten szał, ta popularność, ten majątek, który zbili, to było coś na co niekoniecznie byli gotowi. Autor ukazuje plusy i minusy ich sławy, to, jak próbowali sobie z tym radzić, a gdy nabrali trochę doświadczenia, trochę życiowego rozumu, ich drogi musiały się rozejść. Przyznam, że mimo różnych momentów, różnych emocji, jakie wywołała we mnie tak lektura, to niezaprzeczalnie wzbudziła chęć, by dowiedzieć się o Beatlesach więcej i zobrazowała jak wielką sławą, jaki wielki wpływ na ludzi nawet do teraz ma ten zespół.
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Poznańskim. 

Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

grudnia 04, 2023

"Wdowy Antarktydy" Anne Fletcher

"Wdowy Antarktydy" Anne Fletcher

Autor: Anne Fletcher
Tytuł: Wdowy Antarktydy. Kobiety, których mężowie nie wrócili z ostatniej wyprawy Scotta
Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski
Data premiery: 23.08.2023
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 448
Gatunek: non-fiction / biografia
 
Anne Fletcher to brytyjska historyczka. Przez rozpoczęciem przygody z pisarstwem pracowała w muzeach najbardziej znanych zabytków w Wielkiej Brytanii. W 2018 roku debiutowała biografią Josepha Hobsona Jaggera,swojego praprapradziadka, który zasłynął “rozbiciem banku w Monte Carlo”. “Wdowy Antarktydy” to jej druga samodzielna publikacja - powstała w czasach pandemii koronawirusa, przez co autorka musiała się sporo natrudzić, by zdobyć w tym czasie potrzebne jej materiały.
 
Antarktyka - ostatni odkryty kontynent. Czekała do roku 1820, kiedy to pierwszy raz została zauważona. Później nastąpiły wielkie wyprawy, wielkie odkrycia i zdobywanie kontynentu - kto zapuści się dalej? Kto zdobędzie biegun południowy? Tego wyzwania podjął się Robert Falcon Scott, brytyjski badacz, który w 1910 roku po raz drugi wypłynął na wyprawę naukową i odkrywczą. W historii Antarktydy była to już kilkunasta taka podróż, jednak ta zakończyła się fiaskiem - biegun został zdobyty przed nimi, a pięciu największych śmiałków, w tym dowódca wyprawy Scott zmarli w tragicznych okolicznościach. O nich napisano już wiele, jednak co z ich rodzinami, żonami? Trzech z nich: Scott, Edward Wilson i Edgar Evans miało żony, dwóch dopiero na chwilę przed wyprawę się ożeniło. Anne Fletcher postanowiła skupić się na kobietach, ich żonach, które zostały w domu, opiekowały się dziećmi, wiązały koniec z końcem w czasie ich podróży, a na dodatek wspierały gorąco swoich mężów i po ich śmierci zatroszczyły się, by pamięć o nich nie zginęła. Kobiety niezwykłe, które w końcu mogą wyjść z cienia swoich mężów, dzięki których historia odkrywania Antarktydy nabiera innych kształtów.
“Opowiem tu historię zapomnianych żon, które swoją miłością i niestrudzoną pracą przyczyniły się do narodzin jednej z największych legend w dziejach Wielkiej Brytanii. Dzięki przywróceniu pamięci o wdowach możemy ujrzeć ową legendę w innym świetle.  Będzie to więc historia o imperialnych marzeniach, mizoginii i uprzedzeniach klasowych, ale też o nieprawdopodobnej odwadze, ideałach, poczuciu obowiązku - i, rzecz jasna, o miłości.”
Książka podzielona jest na trzy części: żony, czekanie, wdowy. Każda z części składa się z tytułowych rozdziałów, które naprzemiennie opowiadają historię trzech kobiet. Pisana językiem niezwykle przyjemnym, który sprawia, że książkę czyta się jak naprawdę dobrą powieść. Autorka nieraz przytacza fragmenty dzienników czy fragmenty z gazet, a jednak wszystko to tworzy jedną, bardzo spójną całość, styl prosty, a jednak w jakiś sposób porywający, tak, że czytelnik bardzo szybko zaczyna odczuwać zaciekawienie, aż w końcu tę emocję, której w książkach często szukamy - po prostu nie da się oderwać! Język, którym autorka się posługuje, jest przyjemny, bez udziwnień czy naukowych nazw, więc całość czyta się płynnie i … po prostu doskonale!
 
“Wdowy Antarktydy” to biografia Oriony Wilson, Lois Evans i Kathleen Scott, która opowiada o ich życiu przez pryzmat wypraw polarnych ich mężów. Cała trójka przed wyprawą, która miała tragiczny koniec, już raz w swoim towarzystwie zapuściła się w te rejony - było to na początku XX wieku, w 1901-1904 roku, dobrze się więc znali, przetestowali już wspólne zachowanie w ekstremalnych warunkach. Jednak tylko jeden z nich, Wilson, już w czasie pierwszej wyprawy był żonaty, więc tak naprawdę tylko Oriona widziała na co się pisze, gdy Ted decydował się na drugą wyprawę. Autorka nie skupia się jednak tylko na latach małżeństwa i tragedii, jakiej doświadczyły kobiety, ale pisze ich pełne biografie, z delikatnym, acz wyraźnie zaznaczonym tłem społecznym - w końcu wtedy życie kobiet, ich prawa wyglądały całkowicie inaczej niż teraz. I tak zaczyna od przedstawienia rodzin wszystkich tych trzech kobiet, opisu ich dzieciństwa, tego jak zostały wychowane. Bo już tu zaczynały się różnice, które miały znaczący wpływ na ich dorosłe charaktery. Poznajemy ich losy jako panien, aż w końcu docieramy do momentu poznania z przyszłymi mężami, których wtedy autorka również krótko przedstawia. Są to historie opowiedziane bardzo romantycznie, szczerze mówiąc czytając o trudnych dzieciństwach i pierwszej wielkiej miłości przychodziły mi na myśl powieści Jane Austen. Autorka bardzo wyraźnie już w tym momencie zaznacza różnice w charakterach i klasach majątkowych, z jakich wywodziły się te kobiety, Ory była zasadniczą, gorliwą chrześcijanką, która gorąco pokochała Teda i w pełni wspierała jego badania - Ted miał być lekarzem, ostatecznie jednak skupił się na badaniu fauny i flory odkrywanych lądów, a Ory mocno mu w badaniach pomagała. Lois była kuzynką Edgara, z którym spędziła dzieciństwo w Walii. Pochodzili obydwoje z klasy robotniczej, przez wszystkie te lata ich największą trudnością były finanse. Kathleen z kolei to kobieta wolna, rzeźbiarka, podróżniczka, która za nic miała aktualnie zakazy i nakazy względem kobiet, ale swojej płci chyba specjalnie nie lubiła. Ona najlepiej rozumiała pragnienie Scotta do wypraw, ten zew, głos, który nie pozwalał mu osiąść na stałe w jednym miejscu. I tak w części pierwszej poznajemy historię życia sprzed i na chwilę po zawarciu małżeństwa trzech par, kiedy to już w tym czasie planowano wyprawę Terra Nova.
“Małżeństwo z polarnikiem stanowiło w istocie niewielką część życia każdej z kobiet, mimo to naznaczyło je na zawsze.”
W części drugiej obserwujemy los kobiet w momencie, gdy ich mężowie ruszyli na Antarktydę, już po ostatnim pożegnaniu. Przyglądamy się jak wyglądało ich życie, czym zajmowały się w czasie nieobecności mężów. Kathleen i Lois były już matkami, więc musiały zajmować się nie tylko sobą, musiały dbać o drugiego człowieka, a nie było to łatwe, gdy wszystkie środki finansowe poszły na wyprawę… Autorka w oparciu o listy kobiet pisze o ich tęsknotach, ich postawach jakie w listach przedstawiały swoim mężom, jak dbały o to, by wspierać ich, a nie zadręczać zwyczajnymi problemami życia codziennego, w momencie gdy oni walczą ze śniegiem, głodem i minusową temperaturą.
 
Część trzecia, która zajmuje ponad połowę książki, rozpoczyna się z początkiem 1913, kiedy to Wielką Brytanią, a nawet całym światem, wstrząsnęła informacja o tragicznej śmierci pięciu polarników. Autorka opisuje dokładnie jak bohaterki się o tym dowiedziały, ich relacje, reakcję społeczności - bo to wtedy z dnia na dzień stały się osobami publicznymi, które musiały pogodzić się i uporać ze śmiercią swoich mężów, zdecydować jak ich życie będzie wyglądało dalej, a ponadto codziennie odpychać ciekawość mediów. W tej części czytamy o ich próbach zachowania pamięci mężów w wśród całej angielskiej społeczności oraz ich dalszych losach, aż do śmierci.
“Kathleen, Lois i Oriana musiały zmierzyć się z niespotykaną sytuacją: przyszło im odbywać żałobę na oczach całego kraju. Ukochani mężowie, których opłakiwały, stali się własnością narodu. Można by sądzić, że trzy wdowy postanowią trzymać się razem, wspierać się i pocieszać, były jednak kobietami o bardzo różnych charakterach i wywodziły się z różnych klas społecznych. Tak naprawdę nie łączyło ich nic prócz tragedii na Antarktydzie.”
Tym co autorka nieustannie podkreśla, jest fakt, że były to trzy bardzo różne od siebie kobiety, które dzieliło w sumie wszystko, a połączyło jedno - tragiczna śmierć ich mężów podczas wyprawy na Antarktydę. Autorka podkreśla te różnice, pisze o ich kontaktach (lub ich braku), o ich odczuciach względem siebie. Przeżyły jedną tragedię, jednak w tamtych czasach, które, nie da się ukryć, ogromnie różniły się od współczesności, to nie wystarczyło, by kobiety nawiązały między sobą głębszą więź. Żałuję, że tak niewiele wiadomo o Lois, która jak na klasę robotniczą przystało, skupiała się cały czas na przeżyciu, na wiązaniu końca z końcem i zadbaniu o swoje dzieci, nie na upamiętnianiu swojego życia dla potomnych. O Kathleen wiadomo dużo, gdyż jako jedyna żyła na tak zwanym świeczniku, sama była artystką z koneksjami. Ory pod względem zamożności była podobna do Kathleen, ona jednak zdecydowała się na życie w cieniu męża, to jego praca stała się tym, co ona kontynuowała. Mimo różnic każda z nich była szczerze zakochana w swoim mężu, każda z nich mocno swojego partnera wspierała. Ich listy, których fragmenty autorka przytacza, są pełne gorących emocji, tęsknoty, a moment, w którym opisywane są chwile, gdy dowiedziały się o śmierci, czytały ostatnie listy mężów jest okropnie smutny i wzruszający. Nie zabrakło tu więc tych uczuć, emocji, które dają siłę do życia lub ją odbierają.
 
Te trzy kobiety są punktami głównymi historii, jednak, by dobrze i szeroko o nich opowiedzieć, autorka musi też przytoczyć kilka punktów z historii społecznej, historii kraju, która przecież na moment przed I wojną światową już bardzo mocno się zmieniała. Opowiada o roli kobiet, o walce sufrażystek, o kobiecych prawach i obowiązkach. Jest to tło historii, ale odpowiednio zaznaczone, tak by czytelnik mógł w pełni zrozumieć postępowanie kobiet i to, z czym ich życie wtedy się wiązało.
 
Myślę, że sięgając po “Wdowy Antarktydy” wcale nie trzeba być ani fanem biografii ani wypraw polarnych. Jest to głównie opowieść o miłości, o wsparciu i przywiązaniu, o trudach, jakie tylko osoby tak sobie bliskie jak te trzy pary, mogły ze sobą dzielić. To historie smutne, wzruszające, czasami napawające mimo wszystko optymistycznym spojrzeniem w przyszłość, dające nadzieje na spełnienie, czasami wręcz odwrotnie, pełne niesprawiedliwości i cierpienia, które wynikło znowu przede wszystkim z tego okropnego podziału klasowego. Wszystko to przedstawione jest z ogromnym wyczuciem i wiedzą, czuć, że autorka włożyła w książkę serce i wiele, wiele pracy. Niesamowita historia, jedna z tych, które zostają w głowie na długo.
 
Moja ocena: 8,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.


Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 13, 2023

"Mam do pana kilka pytań" Rebecca Makkai

"Mam do pana kilka pytań" Rebecca Makkai

Autor: Rebecca Makkai
Tytuł: Mam do pana kilka pytań
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Data premiery: 06.09.2023
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 552
Gatunek: literatura piękna / powieść kryminalna
 
Rebecca Makkai to amerykańska pisarka, która na swoim koncie na ten moment ma cztery powieści. Debiutowała w 2011 roku książką „The Borrower”, która ciągle jeszcze na polski nie została przetłumaczona. Podobnie jak kolejna „The Hundred-Year House” i zbiór opowiadań „Music for Wartime”. Dopiero w 2020 roku polski czytelnik mógł zakosztować jej prozy – doczekaliśmy się wydania „Wierzyliśmy jak nikt” (recenzja – klik!), która była tą, co przyniosła autorce światowy rozgłos: znalazła się na liście finalistów do Nagrody Pulitzera i National Book Award, otrzymała też szereg innych nagród. Jej najnowsza powieść „Mam do pana kilka pytań” w dużej mierze powstawała w czasie covidowego lockdownu, więc i ta rzeczywistość przewija się przez historię – ten wątek jednak pozostaje mocno w tle, niewiele znaczy dla zdarzeń fabularnych.
Autorka na co dzień pracuje na wydziale sztuk pięknych w Sierra Nevada College, jest również dyrektorką artystyczną fundacji StoryStudio w Chicago.
 
Historia „Mam do pana kilka pytań” swój początek ma w roku 1995. Wtedy wiosną w szkole z internatem Granby w Nowej Anglii doszło do zabójstwa – zginęła uczennica ostatniej klasy, Thalia Keith, ktoś ją ogłuszył i utopił w basenie. Po tygodniu od sprawy doszło do aresztowania, dwa lata później Omar, czarnoskóry fizjoterapeuta szkoły, został skazany. Uczniowie, nauczyciele szkoły nie podważali wyroku – w końcu były ślady DNA, więc mężczyzna musi być winny. Oczywiście o takich sprawach się nie zapomina, cały czas zostawała w tle pamięci społeczności. Minęły jednak lata. W 2018 roku do szkoły przyjechała na międzysemestralne wykłady była uczennica, chwilowa współlokatorka Thalii – Bodie Kane. W szkole trzymała się na uboczu, nosiła ciemne ubrania i mocny makijaż, izolowała się od świata, by ten jej nie skrzywdził. Teraz wraca w innej odsłonie – jako znana podcasterka i matka dwójki dzieci, żona malarza. Ma prowadzić zajęcia z filmoznawstwa i podcastu i na tym drugim sprawa Thalii wraca. Jedna z uczennic chce zbadać ją ponownie z hipotezą, że Omar został niesłusznie skazany... Czy dziewczyna ma rację? Bodie od dawna chodziło to po głowie, dowody były słabe, a śledztwo przeprowadzono szybko i po łebkach. Ta sytuacja powoduje, że kobieta na nowo zaczyna analizować to, co zostało w jej pamięci i niezbicie wychodzi jej, że sprawa nie jest tak oczywista. Czy zatem trzeba szukać innego winnego? Jak po dwudziestu trzech latach dojść do prawdy, gdy nieodkryte dowody dawno uległy zatarciu, a pamięć ludzka po takim czasie musi przecież być zawodna?
„Niepokoją mnie najczęstsze tropy true crime i to, że zaczął służyć rozrywce.”
Książka rozpisana jest na nienazwany prolog i dwie części – pierwsza toczy się w 2018 roku i liczy 60 rozdziałów, druga w 2022 roku i liczy 41 rozdziałów. Narracja prowadzona jest przez Bodie w pierwszej osobie czasu przeszłego, bohaterka zwraca się bezpośrednio do jednego z nauczycieli szkoły. Dlaczego właśnie do niego, dlaczego to do niego kieruje swoją historię i te kilka tytułowych pytań? Styl powieści jest trudny do opisania, przynajmniej dla mnie. Pozornie zwyczajny, przyjemnie codzienny, ładnie wyważony i dobrany, tak że zdania pasują do siebie i przyjemnie, rytmicznie przez lekturę się płynie. A jednak jest w nim coś niezwykłego, w sumie właśnie za to podziwiam kilku innych pisarzy literatury pięknej – jak w prostych zdaniach potrafią zawrzeć esencję tego, co ważne. Tu jest dokładnie tak samo. Poprzez narrację pierwszoosobową dostajemy świat naładowany emocjami bohaterki, ale równocześnie możemy dokładnie śledzić jakie procesy myślowe zachodzą w jej głowie. A jako że jest to bohaterka nawykła do szukania prawdy w historycznych zakłamaniach, to możemy się spodziewać dociekliwości w analizie dawnych zdarzeń.
„Historia, którą znałam, bardzo przypominała te, które badaliśmy z Lance’em w podcaście, powtarzane przez dziesięciolecia, pełne dezinformacji i uprzedzeń. Prawda gdzieś tam była, ale trzeba by się do niej dokopać.”
Od razu zaznaczę – „Mam do pana kilka pytań” to książka tak pełna, tak wielotematyczna, tak doskonała, że po prostu nie jestem w stanie oddać wszystkiego tego, co ze sobą niesie. Cokolwiek tu napiszę, to będzie tylko malutką cząstką tego, co faktycznie czytelnik może w książce znaleźć. Postaram się jednak zwrócić uwagę przynajmniej na kilka istotnych zagadnień.
„Research zawsze przynosił mi spokój. Być może ma to związek z niegdysiejszym gromadzeniem faktów o rówieśnikach, z tym, że czułam się bezpieczniejsza, kiedy mogłam sporządzić mapę otaczającego mnie świata. Jeśli potrafię rozrysować wszystko, co wokół mnie, jak okiem sięgnąć, to znaczy, że sama znajduję się pośrodku, prawdziwa i w jednym kawałku. ‘Jesteś tutaj’.”
Zacznijmy więc od gatunku. Teoretycznie dostajemy tu miks powieści kryminalnej, thrillera i literatury pięknej. Dla mnie ta trzecia wygrywa, dla mnie jest to literatura piękna osadzona na wątkach kryminalnych oraz tych zaczerpniętych z thrillera prawniczego. Dlaczego tak uważam? Bo pod pretekstem analizy zbrodni z przeszłości, dostajemy dużo więcej – analizę tego jak przeszłość ma się do teraźniejszości, funkcji pamięci, tego, jak wydarzenia z czasów nastoletnich nas kształtują jako dorosłych, tego jak żyć w czasach aktualnych i jak zmieniło się postrzeganie społeczne w ostatnim pokoleniu. Co to znaczy sprawiedliwość i zadośćuczynienie, jak szybko człowiek osądza innych, jak mocno jest stronniczy, ale jak bardzo może też być ślepy. Tematem przewodnim, albo może tym jednym z ważniejszych, jest krzywda, o jakiej się nie mówi (a może nie mówiło – czas przeszły?), do czasu aż jest już na reakcję za późno. Przez tekst ciągle przewijają się sprawy kobiet zamordowanych przez ich mężów, kochanków. Skrzywdzonych, zgwałconych, naruszonych fizycznie, psychicznie. Równocześnie jednak pojawia się pytanie co to jest krzywda i w którym momencie to, co jest naszym przeoczeniem, naszą własną winą, zaczynamy niesłusznie przenosić na innych.
 
Autorka w bardzo szeroki sposób przedstawia aktualne czasy, czasy, w których każdy ma cały świat na wyciągnięcie ręki, wystarczy włączyć telefon. Z jednej strony dzięki temu łatwiej jest szukać prawdy, nagłośnić palące problemy i uwrażliwić na nie społeczeństwo. I to widać, uczniowie Bodie są dużo bardziej tolerancyjni, wolni, otwarci do wyrażania siebie, niż ci z pokolenia wcześniej. Z drugiej jednak można też wywoływać afery bez powodu – każdy może powiedzieć wszystko i znajdą się ludzie, którzy uwierzą. Zatem jak w czasach współczesnych odróżnić prawdę od zakłamania? Komu wierzyć? Autorka podsunęła bardzo ciekawy przykład do analizy związany z ruchem #metoo i „cancelowaniem” (wymazywaniem z pamięci społeczności, ignorowanie wszystkich dokonań i istnienia w ogóle) ludzi.
„Moim zdaniem to się zrobiło strasznie modne, nie sądzicie? Oskarżanie ludzi o różne rzeczy.”
Ważnym wątkiem jest też ta różnica pokoleń – rzeczywistość Bodie-nastolatki w latach 90tych wyglądała całkiem inaczej niż nastolatków aktualnych. Co ciekawe, na to, co działo się wtedy, automatycznie, we własnej wyobraźni patrzymy przecież przez pryzmat tamtych czasów i wspomnień, zatem dopiero teraz, gdy Bodie zaczyna sobie przypominać tamte doświadczenia, teraz, jako kobieta 40letnia, może spojrzeć na nie inaczej – widzi jak wiele było tam nadużyć, o których się nie mówiło, których ofiary się wstydziły, bo gdyby powiedziały głośno, to zostałyby wyśmiane. A przecież to traumy, nawet jeśli niesprecyzowane, to wpłynęły podświadomie na dalsze życie. Życie 30 lat temu, a życie teraz różni się ogromnie, świadomość społeczna jest całkowicie inna. Czy więc zbrodnia sprzed lat powinna zostać zanalizowana ponownie? A to, co wtedy było nieważne, teraz może zmienić bieg historii wielu ludzi?
„No i, jakby, jako osoba biała, gdybym chciała opowiedzieć o zabójstwie kogoś białego, lekceważyłabym przemoc wobec czarnych i brązowych ciał – powiedziała Britt. – A nie mogę opowiadać o przemocy wobec osób kolorowych, bo jestem biała, więc to byłoby z mojej strony przywłaszczenie.”
Również pod samym kątem kryminalnym to niezwykle ciekawa historia. Prowadzona w tempie umiarkowanie spokojnym, ze skupieniem na historii i głównej bohaterce. Lubię, gdy śledztwo prowadzone jest przez zwyczajnego człowieka, a tworzenie podcastu jest tego doskonałą współczesną wersją. Prywatne, cywilne śledztwo posuwające się do przodu dzięki pamięci innych, innemu spojrzeniu na dowody, których kiedyś przez słabszy rozwój technologiczny aż tak dobrze jak teraz nie rozumiano. Intryga zbudowana jest solidnie, trzyma w napięciu, zaskakuje, ale przede wszystkim zmusza do samodzielnego myślenia, samodzielnej analizy.
„Muszę jednak przyznać, że sama podobnie przejmuję się osobami, których nigdy nie poznałam. Przejmuję się Judy Garland, Natalie Wood i Czarną Dalią. (...) Mam na temat ich śmierci opinie, do których nie jestem uprawniona. Zarazem jednak nieswojo mi z myślą, że te kobiety stały się własnością publiczną, elementami zbiorowej wyobraźni."
Emocje, jakie towarzyszą tej lekturze to nie tylko ciekawość i napięcie. Są wielowymiarowe, dogłębne. U mnie przeważał smutek, a po zakończeniu lektury czułam się całkowicie otępiała, ciężko wytłumaczyć dlaczego. Czy dlatego, że to powieść o krzywdach tak prawdziwych, ujętych tak dokładnie w punkt? O życiu w czasach współczesnych pokolenia, który urodziło się jeszcze w poprzednim wieku, a teraz wychowuje własne dzieci? Przede wszystkim o kobietach, bo to ich sytuacja zmieniła się diametralnie? O tym, i wielu innych. To powieść dosadna, głęboka, pełna, doskonała. Prawdziwa, mimo że to ciągle fikcja literacka. Mnie brak słów, po lekturze na długo zaniemówiłam, teraz też nie potrafię opowiedzieć o książce tak szeroko i dosadnie, jak ta powieść na to zasługuje. Zatem nich ocena mówi sama za siebie.
 
Moja ocena: 10/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

sierpnia 24, 2023

"Jedziemy z matką na północ" Karin Smirnoff

"Jedziemy z matką na północ" Karin Smirnoff

Autor: Karin Smirnoff
Tytuł: Jedziemy z matką na północ
Cykl: saga rodziny Kippów, tom 2
Seria: Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Tłumaczenie: Agata Teperek
Data premiery: 17.05.2023
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura piękna
 
Karin Smirnoff należy do grona pisarzy, którzy długo dojrzewali do swojego debiutu literackiego, choć to właśnie pisanie od zawsze było tym, co chciała robić. I trochę robiła, bo przez wiele lat pracowała jako dziennikarka, w międzyczasie pobierała różne pisarskie kursy. Jednak to dopiero ten na Uniwersytecie w Lund przełamał jej literacką barierę – by się na niego dostać, musiała napisać rozdział powieści, która później przerodziła się w jej debiut i początek sagi rodziny Kippów pt. „Pojechałam do brata na południe” (recenzja – klik!). Książka od razu zachwyciła czytelników i krytyków na rodzimym rynku autorki, polscy czytelnicy musieli na podzielenie tego zachwytu chwilę poczekać – tom pierwszy ukazał się u nas cztery lata później, w 2022 roku. Sama sięgnęłam po niego szybko po jego wydaniu i z niecierpliwością czekałam na tom drugi – to znowu trwało rok, ale w końcu jest!
 
Historia „Jedziemy z matką na północ” toczy się chwilę po wydarzeniach z tomu pierwszego. Jana i jej brat bliźniak, zwany przez nią brorem właśnie zostali wezwani do ośrodka, w którym ostatnie lata życia spędzała ich matka. Teraz przyszedł koniec, a jej ostatnią wolą było, by wieczny spoczynek spędzić na cmentarzu wioski, w której się wychowała – na północy, w Kukkojärvi, w małej zamkniętej społeczności. Jana i bror, mimo krzywd jakich doznali z jej winy, nie wahają się ani chwili – jadą z nią na północ, z zamiarem złożenia jej do grobu i szybkim powrotem. Jednak na miejscu plany się zmieniają – okazuje się, że spora część wioski to ich rodzina, która chce ich poznać. Zatrzymują się więc u jednego z kuzynów Jussiego i coraz mocniej wsiąkają w tak zwaną wspólnotę, która niebezpiecznie zbliża się na współczesnego pojęcia sekty. Jana szybko to dostrzega, niestety bror nie – jemu podoba się tam coraz bardziej, zaczyna nawet zastanawiać się nad porzuceniem dotychczasowego życia w Smalånger i pozostaniem we wspólnocie. Czy to w tym miejscu ich drogi się rozejdą? Czy Jana tak po prostu może pozwolić bratu zostać?
„Marta przedstawiła się. Jesteśmy kuzynkami.
Nie jesteśmy do siebie podobne.
Fakt powiedziała ale może mamy podobne wnętrze.”
Książka składa się z 63 krótkich rozdziałów. Narracja prowadzona jest z perspektywy Jany w pierwszej osobie czasu przeszłego, gdy mowa o aktualnych wydarzeniach. Historia przeplatana jest retrospekcjami z dzieciństwa Jany, które pisane są również z jej perspektywy, ale w czasie teraźniejszym i stylem bardziej rwanym. W tekście znajduje się również list matki bliźniąt, który opowiada jej historię – jak na list przystało, pisaya jest w pierwszoosobowej narracji, ale też innym stylem. Bo wyjaśnienia wymaga styl, w jakim pisana jest większa część tej powieści, ta właściwa, tocząca się aktualnie. Tekst pozbawiony jest znaków interpunkcyjnych prócz kropek na końcu zdania, dużych liter, prócz tych, które zdanie rozpoczynają. Imiona i nazwiska pisane są razem, nazwy własne z myślnikami, dialogi pozbawione są myślników. Z pewnością na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, taki tekst pisany jednym ciągiem z pominięciem interpunkcji, ale zaskakująco szybko łapie się rytm i przestaje się zauważać brak tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, co nakazują wymogi gramatyczne.
„Nie lubię strachliwych ludzi dodał. Świat jest ich pełen. Takich którzy walą na oślep we wszystkich kierunkach a potem podkulają ogon jeśli napotkają opór.”
Myślę, że w tym wypadku możemy mówić o prozie eksperymentalnej, a gdzie jest na nią lepsze miejsce niż w literaturze pięknej? Styl powieści jest surowy, emocje opisywane są skąpo, raczej czytelnik czuje je w domyśle, czyta je między wierszami, gdyż historia, która jest opowiedziana, mimo że pisana prostym, zwyczajnym językiem, jest przerażająca i smutna, a czytelnik bardzo szybko zaczyna to odczuwać. Może dzięki temu zwyczajnemu językowi historia szokuje jeszcze bardziej?
Wspomniałam o innym stylu przy listach matki bliźniaków – tu wracamy do zasad gramatycznych, jest interpunkcja, są wielkie litery. Przez to nasuwa się pytanie – czy inność stylu, sposobu narracji Jany nie wynika z tego, że i ona czuje się inna, niepasująca do innych, do normalnego życia?
„Na tym polegało przebaczenie. Na zdaniu sobie sprawy że nie da się w niej wskrzesić poczucia winy i obrócić go w proch.”
Ten tom, ta historia opowiada o pokoleniach patologii, na którą ślepi są wszyscy wokoło. Jana wspominając swoje dzieciństwo raczej nie opisuje za wielu szczęśliwych chwil, a opowiada o tym, jak molestował ją jej własny ojciec, jak bił brata, a matka po prostu na to wszystko przywalała. W listach matki teraz dzieci mogą zrozumieć jej stronę – to ona opowiada swoją historię, tłumaczy skąd jej obojętność. Szkopuł w tym, że listy kierowane są nie do nich, do jej pokrzywdzonych, naznaczonych dzieci, a do córki, którą urodziła jeszcze jako nastolatka. No i czy swoimi traumatycznymi przeżyciami chyba nie do końca może wytłumaczyć, że swoim dzieciom, robiła później to samo, co kiedyś robiono jej? Wygląda jednak na to, że Janie poznanie tej historii przynosi niejakie pogodzenie się z przeszłością, w końcu sama może zacząć chcieć, a przynajmniej spróbować...
„Takim oto sposobem nasze geny przekazywano dalej. Wzmocnione genami innych nam podobnych.”
Historia współczesna również nie jest za wesoła. Po pierwsze przyglądamy się uważnie chwytom, trikom, jakie stosuje się w sekcie, do kontrolowania innych. Jest postać pastora, który szanowany, umiłowany przez społeczeństwo, pod płaszczykiem swojej funkcji wcale nie okazuje się tak dobry, na jakiego się kreuje. Wspólnota jest odcięta od reszty świata, panują tam żelazne zasady, każdy na swoją funkcję, które nam kojarzą się raczej z czasami .. średniowiecza. A jednak ci, którzy żyją w ten sposób, wspólnoty nie krytykują – tylko czy nie jest to po prostu podyktowane strachem, a nie faktyczną wiarą w propagowane przez nią zasady?
„Dlaczego nie wolno tu czytać spytałam i odkręciłam szybę żeby wpuścić powietrze.
Bo czytanie rozwija odparł jussi. Temu kto czyta mogą przychodzić do głowy osobliwe pomysły.
I może opuścić wspólnotę dodałam.”
Pomiędzy tym wszystkim Jana próbuje dojść ze swoim życiem do ładu. To kobieta mocno poraniona tym, co spotkało ją w dzieciństwie, która nigdy sobie z tym nie poradziła. W poprzednim tomie podjęła pierwszą próbę, teraz jej przemiana zachodzi głębiej. Bo Jana tak naprawdę jest dobrym człowiekiem, czułym na krzywdę innych, ale jednak nie potrafi tego okazywać tym, którzy faktycznie coś dla niej znaczą. Kiedy relacja się pogłębia, Jana ucieka, chowa się w sobie. Tylko czy całe życie naprawdę można uciekać? W tej wiosce poznaje człowieka dobrego, który choć niepozbawiony własnych ran, jest gotowy ułożyć sobie z nią życie. Czy jednak ona kiedykolwiek będzie na to gotowa?
„Dla mnie wdzięczność nie była kwestią filozoficzną. Dziękowanie za to że cielak mnie polizał albo tyttö trąciła nosem wydawało mi się oczywiste. Trudniej przychodziło mi dziękowanie drugiemu człowiekowi. Ludzie oczekiwali czegoś w zamian. Uwarunkowywali swoje czyny. Zwierzęta po prostu były.
Bror jest trochę jej przeciwieństwem – ona twarda, on miękki, nagina się do woli innych. W pierwszym tomie, przy pomocy Jany, jakoś wyszedł na prostą, tu znowu zaczyna się gubić. Choć może nie, może dla niego życie we wspólnocie to miejsce właściwe? Czy Jana powinna pozwolić mu zostać? Ich więź zdaje się słabnąć, choć ciągle dokańczają za siebie zdania, to zdają się chcieć czego innego...
„(...) zawsze jesteś tak cholernie silna. Jakby to co się dzieje nie miało na ciebie żadnego wpływu. Po prostu otrząsasz się z tego i stajesz na nogi. Nie jestem taki jak ty. Dobrowolnie się kładę i czekam aż ktoś mnie podniesie.”
Historia toczy się na głębokiej północy, gdzie natura jest równie dzika i surowa co ludzie. Panuje szwedzka zima, trwają noce polarne. A jednak postacie, jak i czytelnik znajdują jakieś pocieszenie w tej niezmienności natury, tym, że cokolwiek by się nie działo, ona toczy się stałym rytmem, jej długowieczność zapewnia, że cokolwiek się stanie, świat nadal będzie. Ona jest stała, to ludzie przemijają. Czy zatem nie warto w końcu zacząć żyć?
„Im dłużej szłam tym krok stawał się lżejszy. Jakby las chciał mi o czymś powiedzieć. Zapomniałam ile wybacza. Jak drzewa dodają otuchy głaszcząc rękami plecy smutnej jannykippo.”
O „Jedziemy z matką na północ” dziwnie trudno mi się pisze – nie dlatego, że książka mi się nie podobała, wręcz przeciwnie, po raz kolejny jestem zdziwiona i zachwycona stylem autorki (a i pewnie tłumaczki). Więc może dlatego, że porusza temat okrucieństwa, jakim częstują najbliżsi, co dla większości z nas jest niepojęte. To historia o ludziach skrzywdzonych, których krzywdy ciągną się od pokoleń... Czy ten przeklęty krąg da się kiedyś przerwać? A może człowiek skazany jest na powielanie błędów swoich przodków? Czy mimo traum, mimo krzywd, może wybaczyć, zaakceptować i nauczyć się żyć w pełni, szczęśliwie? Saga Kippów to powieści niezwykle, zaskakujące i nowatorskie, już nie mogę się doczekać wydania tomu trzeciego! A tymczasem polecam dwa pierwsze– da się je czytać oddzielnie, choć dla zrozumienia historii głównej bohaterki warto czytać we właściwej kolejności. W końcu przebywanie z taką prozą to niesamowite przeżycie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 21, 2023

"Ostatni sen" Pedro Almodóvar

"Ostatni sen" Pedro Almodóvar

Autor: Pedro Almodóvar
Tytuł: Ostatni sen
Tłumaczenie: Agata Ostrowska, Katarzyna Okrasko
Data premiery: 31.05.2023
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 240
Gatunek: literatura piękna / autobiografia
 
Pedro Almodóvar to najpopularniejszy, najbardziej rozpoznawalny hiszpański twórca filmowy, scenarzysta, reżyser i producent. Na scenie filmowej debiutował w latach 80tych XX wieku, wcześniej działał w teatrze. Już chyba jego trzeci film zdobył popularność światową, teraz na swoim koncie ma około dwudziestu dzieł, za które zdobył ponad sto wyróżnień filmowych, w tym jednego Oscara i dwie Złote Palmy. Do jego najpopularniejszych produkcji należą: „Złe wychowanie”, „Wszystko o mojej matce”, „Przerwane objęcia”, „Volver”. Jego dzieła zawsze były bardzo odważne, bardzo nieszablonowe, kolorowe i poruszające tematy krzywd, traum i dyskryminacji mniejszości, mimo tego nie brak w nich humoru. Mówi się, że jego dzieła najłatwiej byłoby skategoryzować jako kino offowe, gdyby nie to, że są tak popularne.
„Od dziecka wiedziałem, że jestem pisarzem, zawsze pisałem. Jeśli coś było dla mnie jasne, to moje powołanie literackie, a jeśli czegoś nie jestem pewny, to moich osiągnięć.”
„Ostatni sen” to drugie opublikowane literackie doświadczenie Pedra Almodóvara, pierwsze jakie ukazało się w Polsce. W 1981 roku na rynku hiszpańskim debiutował krótką powieścią, która nigdy nie została przetłumaczona na polski.  Zbiór, który trafił w ręce polskiego czytelnika, składa się z 12 opowiadań, które autor tworzył całe życie, a które zachowała i przechowała jego asystentka. Opowiadania ułożone są w kolejności chronologicznej powstania i są bardzo różne – od typowo autobiograficznych, przez hołd dla osób, które w jego życiu wiele znaczyły, aż po opowieści, scenki, które mogły albo faktycznie w końcu przerodziły się w dzieła filmowe. Łączy je jedno – zgrabny język i ta nutka barwności, twórczego szaleństwa, którą tak dobrze znamy z jego filmów.
„(...) rzeczywistość potrzebuje fikcji, żeby stać się pełniejsza, przyjemniejsza, bardziej znośna. Dla narratora to fundamentalna nauka.”
Książka pod względem budowy złożona jest ze wstępu autora i 12 różnej długości opowiadań – kilka z nich liczy około kilkunastu-kilkudziesięciu stron, kilka jest krótszych. Narracja prowadzona jest różnie, w zależności od formy opowiadania – te autobiograficzne pisane są oczywiście przez autora w pierwszej osobie, te typowo fikcyjne w trzeciej osobie. Styl jest barwny, skupiony na detalach i choć nie trzeba być fanem tego twórcy, by sięgnąć i docenić ten zbiór, to jednak ci, którzy znają jego filmy od razu wyczują ten jego niepowtarzalny, trochę surrealistyczny, trudny do uchwycenia słowami klimat.
„Wyobraźnia zbiorowa jest potężniejsza niż jednostkowa, choćby jednostka ta była obdarzona najbardziej wybujałą wyobraźnią, a członkowie zbiorowości byli najbardziej tępi (skądinąd uważam, że wyobraźnia nie ma żadnego związku z inteligencją).”
Opowiadania autobiograficzne można podzielić na dwa rodzaje – wspominkowe, pisane jako hołd dla osób, które właśnie opuściły ten świat. Takie są dwa, o matce Almodóvara i artystce Chaveli. Są też typowo autobiograficzne, opowiadające o wycinki z życia autora – pisze na przykład o tym, jak wpadł na pomysł swojego pierwszego filmu, co nierozerwalnie łączy się z krótką historią jego związku z pewnym aktorem. Pisze o swoich inspiracjach, o czytanej literaturze, ale i też trochę o niczym – a w wykonaniu Almodóvara nawet nic jest ciekawe!
„Wszystko, co czytam, karmi mnie i inspiruje. Wiele z moich filmowych fabuł albo pomysłów, które przełamywały narracyjny zastój, przyszło mi do głowy, gdy podróżowałem samolotem, otoczony śpiącymi nieznajomymi.”
Opowiadania fikcyjne, beletrystyczne również można podzielić na te, które zostały później zaadaptowane na film czy punkt wyjścia do fabuły filmu i te, które mogłyby, ale nigdy filmem nie zostały. Zbiór otwiera opowiadanie, które mogliśmy zobaczyć na wielkim ekranie – to początek „Złego wychowania”, genialne opowiadanie – głównie jest to po prostu rozmowa pomiędzy młodą kobietą a księdzem, ale tak charakterna, tak pełna detali i zadziorności, ale i tajemnicy, że wręcz nie da się od niego oderwać. Poza tym jest kilka innych ciekawych historii: o klasztorze i pewnym arystokratycznym podróżniku, który przybywa nocą i chce dołączyć do mnichów – z elementami lekko nadprzyrodzonymi, ale to przecież też do Almodóvara pasuje, a na pewno nie dziwi! Jest opowieść o Jezusie, bardzo alternatywna historia jego ostatnich dni na Ziemi. Jest nawet przerobiona baśń o Śpiącej Królewnie! Jest też i opowiadanie o odwrotnym biegu życia, coś jak „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”, tyle że bardziej zakręcony (w końcu to Almodóvar!) i powstały jakąś dekadę przed filmem... Każde te opowiadanie napisane jest wyśmienitym stylem, każde niesie w sobie coś, nad czym warto chwilę pomyśleć.
„Zaczyna się przyzwyczajać, że nie rozumie, co się dzieje w jego życiu, i uczy się przyjmować je takim, jakie jest.”
Przyznam, że trochę obawiałam się tego, co ten zbiór przyniesie, teraz mogę stwierdzić, że całkowicie niepotrzebnie! Nie ma w nim ani jednego opowiadania, które by nudziło, wiadomo – jedne wciągają mocniej, inne ciut mniej, wszystko zależy od tego jak bardzo ekstrawagancki styl czytelnik lubi. Jednak jest pewne – to zbiór bardzo różnorodny, a jednak spójny, zachwycający swoim kolorowym stylem pełnym detali, opisywanych z wyczuciem i lekkością tak dobrze znaną z filmów reżysera. Nie jest to typowa książka autobiograficzna, ale a pewno przyjemnie przybliża postać i charakter tego twórcy. Polecam tym, którzy lubią nieszablonową prozę, a dla tych, co znają filmy autora, jest to pozycja zdecydowanie obowiązkowa!
„(...) poczucie doskonałości jest odwrotnie proporcjonalne do upływu czasu.”
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lipca 18, 2023

"Żeńska końcówka języka" Martyna F. Zachorska

"Żeńska końcówka języka" Martyna F. Zachorska

Autor: Martyna F. Zachorska
Tytuł: Żeńska końcówka języka
Data premiery: 26.04.2023
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura popularno-naukowa / reportaż
 
Martyna F. Zachorska należy do pokolenia młodych popularyzatorów nauki w Polsce, jej specjalnością jest język. Jest doktorantką na kierunku językoznawstwo w Szkole Doktorskiej Nauk o Języku i Literaturze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, pracuje i wykłada jako tłumaczka języka angielskiego. Od roku 2021 prowadzi konto na Instagramie jako Pani od Feminatywów, które cieszy się dużą popularnością, a które teraz w lipcu przyniosło autorce wygraną w plebiscycie Ofeminin Infuence Awards 2023 w kategorii „Prawa kobiet”. „Żeńska końcówka języka” to jej pierwsza duża publikacja skierowana na szerokiego grona odbiorców.
„Szczególnie interesuje mnie obalanie mitów, zwłaszcza tych mocno zakorzenionych w kulturze.”
„Żeńska końcówka języka” to książka, która przede wszystkim odsłania przed nami tak groźnie brzmiące pojęcie jak feminatywy, które od dobrych kilku lat wywołują ogrom emocji w Polakach i Polkach. Spora część osób ich nie akceptuje, mówią, że są to wymysły współczesnych feministek. Martyna F. Zachorska udowadnia, że jest inaczej, przygląda się historii feminatywów, opowiada o okresie, w którym pierwszy raz pojawiły się w naszym języku. Tłumaczy dlaczego zniknęły i skąd wokół nich tyle kontrowersji. A jednak to nie jedyny temat o jakim opowiada – znajdą się też rozdziały poświęcone ogólnie językowi inkluzywnemu, jak i językowym tabu jakim cały czas jest u nas seksualność, w szczególności ta postrzegana z perspektywy kobiet. Jest też miejsce na coś mocno do tego wszystkiego kontrastowego – manosferę, przekonania i język, jakie ta społeczność propaguje, co też nie pozostaje bez wpływu na język polski w ogóle.
„(...) przerażały mnie silne emocje, które ta kwestia wywołuje w laikach. Nie chciałam wikłać się w tę debatę, która przypominała bardziej kłótnię niż kulturalną dyskusję. Przede wszystkim jednak nie czułam się na siłach stawić czoła wyzwiskom i mowie nienawiści, której celem są osoby przekazujące wiedzę o języku inkluzywnym, w tym o feminatywach.”
Książka rozpisana jest na wstęp i 10 rozdziałów, z czego 5 z nich jest typowo o feminatywach. Na końcu poza bibliografią i podziękowaniami znajdziemy również krótki słowniczek pojęć oraz spis książek dla czytelników chętnych poszerzać swoją wiedzę. Mimo że książka to głównie tekst, to muszę zaznaczyć, że wydana jest bardzo przyjemne, podtytuły czy inne istotne fragmenty są odpowiednio wyróżnione, przez co pod względem graficznym zaznajamia się z nią bardzo przyjemnie.
Stylistycznie autorka książki pisze o sobie w liczbie pierwszej, często odnosi się do własnych doświadczeń, nie chowa się przed czytelnikiem. Język, jakim się posługuje, jest bardzo przystępny, prosty, a to, co trochę trudniejsze, jest od razu w tekście bądź przypisach wytłumaczone, nie ma więc obaw, że laik nie znający terminów z językoznawstwa się w tej publikacji pogubi. Styl jest lekki, momentami nawet delikatnie zabawny, książkę przyswaja się naprawdę bez żadnego zbędnego wysiłku, nie trzeba się specjalnie wysilać, by zrozumieć, co autorka chce nam przekazać.
„(...) feminatywy nie są bynajmniej nowością, lecz częścią polskie tradycji językowej, która trwa tak długo, jak długo kobiety wykonują wspomniane zawody.”
Dla mnie najważniejsze i najistotniejsze były rozdziały poświęcone feminatywom. Autorka opisując ich historię, tego skąd i po co się wzięły sprawia, że tracą one te nacechowanie społeczno-polityczne, jakie teraz aktualnie się z nimi kojarzy. Feminatywy czyli rodzaj żeński określeń nazw zawodów czy innych funkcji były po prostu konieczną ewolucją języka w czasie, gdy kobiety wkroczyły w obszar pracy zawodowej – czyli nazywały coś, czego wcześniej nie było, a teraz się pojawiło, więc logiczne, że i musi zostać jakoś nazwane. To logiczne podejście pozwala zauważyć czytelnikowi, że feminatyw to nie wyraz kobiety wojującej o coraz to większe prawa w męskim świecie, a po postu logiczna odmiana języka, który odmienia się przez rodzaje. Zatem dlaczego przestaliśmy ich używać? To też autorka tłumaczy – w czasach PRL-u feminatywy zostały sztucznie usunięte na naszego języka, a powróciły w na początku XXI wieku dzięki pewnej polityczce, przez co teraz odbierane są z takim nacechowaniem polityczno-światopoglądowym. Oczywiście wszystko, co autorka tu przytacza, popiera fragmentami z dawnej prasy, definicjami słownikowymi i badaniami, więc nie jest to gadanie niczym niepoparte, a przytoczone i udowodnione fakty – nie ma się z czym kłócić.
„Tworzenie feminatywów nie było elementem emancypacji kobiet, ale jednym z przejawów ówczesnego pragnienia zachowania ‘ducha języka’, ‘tradycji polszczyzny, rozumianej w tym wypadku jako dążenie do zachowania regularności, symetrii w zakresie zjawisk derywacynych’. Pragnienie to było związane z przekonaniem, że w czasach niestabilności państwa polskiego to język polski powinien być czymś stałym.”
Poza samymi feminatywami autorka mówi też o języku inkluzywnym w ogóle, czyli języku niewykluczającym, takim w którym każda społeczność, każda mniejszość znajdzie miejsce dla siebie. Mówi o tym jak odnosić się do ludzi o innych kolorach skóry, innej budowie ciała, innej orientacji seksualnej czy innej płci. Tłumaczy krótko, podaje jasne przykłady, ale przede wszystkim podkreśla znaczenie języka inkluzywnygo - tu każdy może mówić o sobie tak, by czuć się z tym dobrze, nikt nie zostaje wykluczony czy wyśmiany. Wszystko to ma nadal uzasadnienie w regułach gramatycznych naszego języka, nadal pozostaje jasne i logiczne.
„Język zmienia się na naszych oczach, tak samo jak społeczeństwo. Nie jest to efekt ‘zmian na siłę’ czy politycznych strategii, lecz owoc emancypacji kolejnych grup społecznych, które dochodzą do głosu, odzyskują język, jakim się o nich mówi. Choć sporo osób, być może większość, może czuć się przez to zagubiona, mam jedną radę: zauważcie Człowieka w drugim Człowieku. To zawsze procentuje.”
Jak już wcześniej wspomniałam, jest też rozdział o językowym podejściu do seksualności, do nazywania części ciała i czynności z seksem związanych, które w języku polskim mają ciągle status tabu. Autorka wyjaśnia dlaczego nie umiemy mówić o seksie otwarcie i jasno, i jak wpływa to na przyszłe pokolenia – to również istotne spojrzenie na to, przekazuje nam polski język.
„A gdyby chociaż spróbować, tak po prostu, mówić o ciele neutralnie, bez wartościowania go?”
Przyznam jednak, że jest w książce jeden rozdział, przez który nie przebrnęłam w pełni – ten o manosferze. Rozumiem, że jest on w książce dlatego, że język używany w tej społeczności również dostaje się do mainstreamu, ale autorka dosyć dokładnie przytacza ich twierdzenia, ich spojrzenie na życie. Dla mnie to była po prostu mowa hejtu, coś przed czym bronię się jak tylko mogę, więc nie dałam rady czytać przytaczanych treści. Nie do końca rozumiem po co autorka aż tak dokładnie tę ideologię nam tu przytacza, czy miało to na celu uświadomienie przez zszokowanie, że takie miejsce w sieci, na świecie istnieje?
 
Ogólnie jednak cieszę się, że taka książka powstała i mam nadzieję, że sięgną po nią ci, którzy mają wątpliwości, czy feminatywów używać stale i konsekwentnie czy jednak nie. W moim wypadku książka rozwiała najmniejsze wątpliwości – jeśli nadal chcę dbać o poprawność gramatyczną, wykazywać, że język polski i to jak się kształtuje, nie jest mi obojętny, to nie powinnam bać się wyrazów, które z początku wydają się brzmieć śmiesznie – to po prostu wyraz nieosłuchany. W Polsce koniecznie jest nadal podkreślanie, że kobieta może być tym, kim jest mężczyzna, jest to naprawdę istotne dla świadomości naszego społeczeństwa. W końcu jak sama autorka pisze:
„(…) dzięki temu dziewczynki zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że w przyszłości mogę wykonywać bardzo różne zawody. Nie możemy się stać tym, kogo nie widzimy.”
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 14, 2023

"Jak nie zginąć w kosmosie" Paul M. Sutter

"Jak nie zginąć w kosmosie" Paul M. Sutter
Autor: Paul M. Sutter
Tytuł: Jak nie zginąć w kosmosie. Przegląd groźnych zjawisk astrofizycznych
Seria: Zrozum
Tłumaczenie: Dariusz Rossowski
Data wydania: 12.04.2023
Wydawnictwo: Poznańskie
Liczba stron: 360
Gatunek: literatura popularno-naukowa
 
Seria książek popularno-naukowych Zrozum ukazuje się u nas już od trzech lat, a ja fascynuję się nią od początku. W tym czasie wydanych zostało dokładnie dwadzieścia tytułów, ja co prawda jeszcze wszystkich przeczytać nie zdążyłam, ale sporo recenzji z serii znajdziecie na tym blogu. Dzisiaj mam przyjemność opowiedzieć Wam o tej, która w mojej ocenie jest najlepsza, z wszystkich jakie czytałam. Dlaczego? O tym za chwilę!
 
„Jak nie zginąć w kosmosie” to książka napisana przez Paula M. Suttera, w oryginale ukazała się w roku 2020. Jej autor jest kosmologiem i nagradzanym popularyzatorem nauki, ma doktora z fizyki, pracował w wielu ciekawych miejscach jak np. Instytut astrofizyki w Paryżu czy obserwatorium w Trieście. Teraz wykłada na amerykańskiej uczelni Stony Brook University. Poza tym pisze artykuły do znanych czasopism, prowadzi kilka programów naukowych, jak „How the Universe Works” czy „Space Out” oraz podkast „Ask a Spaceman”. Poza tym tytułem wydał jeszcze jedną książkę, która jak na razie na język polski nie została przetłumaczona.
„(...) nie ma różnicy między odczuwaniem przez ciebie siły pchania w przyspieszającej rakiecie a odczuwaniem grawitacyjnego przyciągania Ziemi.
Wiem, wiem. Usiądź spokojnie, pooddychaj, weź łyk wody. Przebrniemy przez to razem, bo to ważne. Bob zaraz wyda ostatnie tchnienie i chcemy zrozumieć jego końcowe chwili. Nie rób tego dla mnie, zrób to dla niego.”
Jak sama nazwa tej książki wskazuje, opowiada o tym, co w kosmosie niebezpieczne. Czyli w sumie o wszystkim. Składa się z czterech części, przedmowy i zakończenia. Każda część liczy cztery rozdziały, każdy rozdział (jak i część) są tytułowane i otwierają się cytatem z fikcyjnej ballady romantycznej „Rymy o starym astronomie”. Każdy rozdział liczy po 20-30 stron, ale nie jest to tekst pisany jednym ciągiem – są oddzielane kropkami podrozdziały. Książka ułożona jest tak, że tematycznie zaczynamy od tego, co nam najbliższe, czyli Ziemi i naszego Układu Słonecznego wraz z przerażająco niebezpiecznym Słońcem, wokół którego wszystko się kręci.
„Słońce jednorodnie emituje światło z widzialnej części widma, z równo reprezentowanymi wszystkimi kolorami tęczy. Traktujemy jednak białe Słońce jako żółte, bo od wieków patrzymy na nie przez filtr niebieskiej atmosfery, a biały minus niebieski równa się żółty. Kiedy jednak wydostaniesz się ponad atmosferę, ujrzysz Słońce w jego pełnej krasie: płonącą ognistą kulę rozpalonej do białości furii.”
Później przechodzimy dalej – przez Drogę Mleczną i gwiazdy, galaktyki w czarnymi dziurami w środku aż po tematy, które mogą zainteresować fanów fantasy tj. kosmici czy podróże w czasie. Zatem zaczynamy od tego co nam najbliższe i kierujemy się coraz szerzej, coraz dalej, głębiej w kosmos.
„Od przestrzeni kosmicznej wcale nie dzielą nas kosmiczne odległości. Gdybyś mógł jechać samochodem pionowo w górę, bez ślimaczenia się, ale ekonomicznie, powiedzmy z prędkością sto kilometrów na godzinę, dotarłbyś do twardej próżni w niecałe cztery kwadranse.”
Wiem, że to na razie brzmi trudno i skomplikowanie. Ale Paul M. Sutter udowadnia, że wcale takie nie jest! I tu na osobny akapit zasługuje styl, w jakim książka jest napisana. Autor po pierwsze, cały czas zwraca się bezpośrednio do czytelnika jako do potencjalnego podróżnika po kosmosie – zakładamy przecież, że chcemy wybrać się na taką wycieczkę, a autor ma nas przestrzec przed tym, czego musimy unikać, by nie zginąć marnie.
„Proces ten jest znany w kręgach lekarskich pod nazwą ‘zgon’ i zaleca się go unikać.”
Sama przyznam, że do tej pory uważałam tematy kosmiczne za bardzo skomplikowane i trudne do zrozumienia. Autor jednak tłumaczy wszystko tak, że nagle okazuje się, że to wcale nie jest takie trudne! Często ucieka się do porównań nam bliskich – sama wychwyciłam bardzo dużo porównań kulinarnych!
„Galaktyki są jak fasola, a gaz jak bulion w tej gigantycznej zupie. I tak jak zupa wszystko to powoli stygnie, a zarazem kondensuje się i skupia przy centralnym jądrze. Tak zaś czeka centralna galaktyka wraz z potężną czarną dziurą, gotową przełknąć więcej strawy.”
Najlepsze jest jednak to, że wszystko to autor robi z niebywałym humorem! Jego komentarze, wtrącenia są tak zabawne, że nie da się przy tej książce nie prychać śmiechem. Dzięki temu temat staje się bliższy, dużo bardziej przyjemny i łatwiejszy do zrozumienia. Niebywały dar! Po raz pierwszy wszystkie zawiłości fizyczne Wszechświata okazały się dla mnie zrozumiałe, a co więcej, naprawdę świetnie się podczas lektury bawiłam. Oczywiście nie będę oszukiwać, jest to książka, która wymaga jako takiego skupienia, jednak wystarczy po prostu spokój domowego zacisza, by lektura była w pełni zrozumiała i do tego przyjemna!
„Grawitację w ujęciu ogólnej teorii względności łatwo streścić. W praktyce mamy tam mnóstwo zaawansowanej matematyki, ale opis słowny jest raczej strawny. Zgodnie z ogólną teorią względności (OTW) wszystko we Wszechświecie dzieli się na dwie kategorie: tancerzy i parkiet. Tancerzami są wszystkie rzeczy: planety, ludzie, cząstki, wszystko co tylko ma masę, pęd lub energię. Parkietem jest czasoprzestrzeń.”
Dla tej książki podeszłam jako całkowity laik w tematach kosmicznych z prostego powodu – zawsze te tematy były dla mnie za trudne. Dlatego też nie powiem, czy książka wyczerpuje temat całkowicie, jednak wydaje mi się, że autor opisał w niej wszystko, co w kosmosie najważniejsze. Jak wspomniałam, zaczynamy od naszych bliskich rejonów, poznajemy sąsiadujące do Ziemi planety, potem przechodzimy do gwiazd – najpierw tej naszej, poznajemy dokładnie jej sposób działania, jej moc i potęgę, by przejść do innych rodzajów gwiazd, od karłów po wielkie supernowe. I autor wszystkie te rodzaje dokładnie opisuje, wyjaśnia czym się różnią – wygląda na to, że to po prostu różne cykle życia gwiazd w zależności od ich wielkości.
„Znowu chodzi o kwestie agonalne. Gwiazdy wręcz upierają się przy tym, aby odchodzić w widowiskowy sposób. Popisówka. Czy nic we Wszechświecie nie może zamierać bez robienia scen?”
Oczywiście po drodze są opowieści o dużo mniejszych elementach Wszechświata, tych podstawowych, dzięki którym to wszystkie działa, jest więc tu wytłumaczona i grawitacja, i teoria względności i tego typu teorie i zjawiska. Po gwiazdach wszelkiego rodzaju możemy poczytać o galaktykach i czarnych dziurach – też różnych rozmiarów. Na koniec autor przedstawia tematy, które brzmią dosyć fantastycznie, jak ciemna materia czy tunele czasoprzestrzenne, które teoretycznie mogą posłużyć do przenoszenia się w czasie. Jest tu też oczywiście o życiu we Wszechświecie, o tym czy na pewno jesteśmy w nim sami. Każdy temat poruszany jest w sposób, jak na potrzeby laika, całkowicie kompletny, jest tu i o tym, co wiemy teraz, i o tym, co było kiedyś, o odkryciach astronomów i zmianach w sposobie patrzenia na kosmos. Po tym opisie już rozumiecie, czemu uważam, że autor temat kosmosu wyczerpał całkowicie?

„Fizyka to opowieść snuta przez matematykę (...).”
Nie będę tutaj sama tłumaczyć jak te wszystkie kosmiczne elementy działają, bo nigdy nie zrobię tego tak dobrze, jak sam autor – od tego jest książka. Mogę tylko przyznać, że jest to coś, co zmienia całkowicie perspektywę, uświadamia, jak jesteśmy mali, w stosunku do tego, co dzieje się poza Ziemią, jakie moce, jakie energie się tam znajdują i wciąż kotłują.... Z drugiej strony jednak daje to poczucie, że to jest jeden wielki świat, do którego należymy, którego jesteśmy częścią. W końcu wszystko co we Wszechświecie, było jednością przed Wielkim Wybuchem... Wszystko co mamy na Ziemi, czym sami jesteśmy, pochodzi z kosmosu.
„Wszechświat stoi przed tobą otworem. Nie możesz jednak uniknąć upływu czasu – nie możesz uniknąć nastania swojej przyszłości. Niezależnie od tego, co robisz w przestrzeni, musisz się ciągle posuwać do przodu w czasie.”
„Jak nie zginąć w kosmosie” jest lekturą niesamowitą. Niesie tak wielką, tak skomplikowaną wiedzę przedstawioną w sposób tak banalnie prosty, zabawny, taki codzienny, zwyczajny. Jestem pod jej ogromnym wrażeniem, czuję wielki podziw dla umiejętności autora, że w sposób tak prosty i fajny był w stanie nam to wszystko wyjaśnić. To książka, dzięki której Wszechświat w końcu naprawdę jest na wyciągnięcie ręki, zrozumiały i dostępny dla wszystkich. Powinna to być lektura obowiązkowa dla wszystkich dzieciaków na fizyce – jestem pewna, że zmieniłaby postrzeganie tego przedmiotu na prosty, logiczny i przyjemny. Ja jestem nią zachwycona i na pewno będę chciała jeszcze kiedyś ją w całości ponownie przeczytać!
„Generalnie jednak Wszechświat się powiększa. To zaś oznacza, że w przeszłości był mniejszy. Trochę logiki i wszystko jasne. Kto powiedział, że fizyka jest trudna?”
Moja ocena: 9/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!