Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwoznak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwoznak. Pokaż wszystkie posty

marca 28, 2026

"Moja wina, twoja wina" Liane Moriarty

"Moja wina, twoja wina" Liane Moriarty

Autorka: Liane Moriarty
Tytuł: Moja wina, twoja wina
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Data premiery: 11.03.2026
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 528
Gatunek: powieść obyczajowa / psychologiczna
 
Liane Moriarty zalicza się do nielicznego grona współczesnych pisarzy, którzy nie ulegają presji czasu pisania na szybko, wydawania określonej liczby tytułów rocznie. I to w jej prozie widać - na swoim koncie ma dziesięć książek, ale takich, które docenił cały świat - tłumaczona jest na ponad 40 języków, a ilość sprzedanych egzemplarzy przekroczyła 20 milionów. Jak sama przyznaje, pisała od zawsze, ale dopiero jej młodsza siostra pokazała jej, że nie trzeba pisać do szuflady - wydanie powieści dla młodzieży Jaclyn Moriarty, zmotywowało Liane, by i ona postarała się o wydanie. I tak, po doszkoleniu się na uniwersytecie w Sydney, debiutowała w 2003 roku powieścią “Three wishes”, która do tej pory nie została wydana w Polsce, tak samo jak jej drugi tytuł “Last Anniversary”. Pozostałe osiem powieści już tak - najpierw wydawane były przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka, teraz, kilka lat temu prawa do publikacji Moriarty w Polsce przejęło Wydawnictwo Znak Literanova.
“Moja wina, twoja wina” to siódma powieść w twórczości Liane Moriarty, w oryginale wydana w 2016, na polskim rynku po raz pierwszy rok później. Teraz, dziewięć lat po polskiej premierze czytelnicy mogą cieszyć się nią ponownie - w nowym wydaniu, we wszystkich trzech dostępnych formatach.
 
Osiem tygodni temu życie dwóch przyjaciółek zmieniło się na zawsze, choć nic nie zapowiadało tego, gdy umawiały się na niedzielne popołudniowe spotkanie. Clementine, artystka grająca na wiolonczeli miała odwiedzić Erikę i jej męża Oliviera wraz z Samem i dwójką swoich córeczek: Ruby i Holly, za którymi Erika wręcz przepadała. Plany się jednak zmieniły - sąsiad Eriki Vit zaprosił ich na spontanicznego grilla, na co ona przystała. Wprowadziło to nieco komplikacji w ich plan - Erika i Olivier planowali przecież o coś przyjaciół zapytać, ale plany zawsze można zmienić… teraz, osiem tygodni po tym pechowym dniu, Erika i Clementine ledwo ze sobą rozmawiają, Sam nie jest w stanie zrobić skupić się na niczym, a Clementine zamiast ćwiczyć przed najważniejszym przesłuchaniem swojego życia, jeździ po mieście na pogadanki o tamtym dniu… Co wydarzyło się tej niedzieli, że ich życie, choć pozornie takie samo, zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni? A może po prostu zmieniło ich własną perspektywę?
"Dokądkolwiek poszła i cokolwiek robiła, część umysłu zawsze podsuwała jej hipotetyczną wizję równoległego życia, w którym w odpowiedzi na telefon Eriki z  zaproszeniem na grilla Clementine mówi: „Nie, dziękuję”."
Książka rozpisana jest na osiemdziesiąt dziewięć rozdziałów pisanych w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego z perspektywy dziewięciu osób zamieszanych w wydarzenia tamtej niedzieli, z czego jednak sześć to perspektywy wiodące: to trzy pary, które uczestniczyły w niedzielnym grillu. Akcja powieści toczy się równolegle w pechową niedzielę i osiem tygodni po niej, zdarzenia opisywane są naprzemiennie, a czas, gdy wraca do przeszłości zawsze jest zaznaczony. Narrator opisując zdarzenia z różnych perspektyw skupia się głównie na emocjach postaci, to ich przeżycia, myśli, wspomnienia są priorytetem. Styl powieści jest więc refleksyjny, ale równocześnie zaskakująco lekki, autorka ma niesamowity dar, dzięki któremu w zwyczajnych, często nawet podszytych subtelnym humorem słowach, potrafi zamknąć to, co w życiu, w psychice człowieka ważne. Ten lekki humor widać przede wszystkim w dialogach, a w całym tekście, na każdym kroku, czuć przenikliwość. Autorka nie bawi się w umoralnianie swoich powieści, oddaje głos postaciom, które poprzez swoje przeżycia pokazują czytelnikowi, z czym ludzie borykają się w swoich zwyczajnych życiach, z czym może boryka się on sam. Język, jakim to robi, jest codzienny, niewymagający specjalnie dużej koncentracji, przez książkę przepływa się gładko.
"- Właśnie zawiozłem jednego barana na samolot – poinformował taksówkarz. Urwał i zmienił pas, z jedną mięsistą ręką na kierownicy, a drugą przerzuconą od niechcenia przez oparcie fotela, i Erika wyobraziła sobie prawdziwego barana na tylnym siedzeniu.”
Bazą tej powieści jest przyjaźń Eriki i Clementine, które znają się od lat szkolnych. Problem w tym, że ich przyjaźń jest skomplikowana, momentami może wydawać się, że wręcz toksyczna. To wynika z ich dzieciństwa - Clementine wychowała się w normalnej rodzinie, w której nigdy jej niczego nie brakowało, choć nie żyli ponad stan. Erika jednak żyła tylko z matką, która po odejściu jej ojca stała się zbieraczką - ich dom nagle zaczął przypominać graciarnię, wielki kosz na śmieci, a choć nikt teoretycznie o tym nie wiedział, to jednak matka Clementine zauważyła, że Erika potrzebuje przyjaciółki. I tak się zaczęło, tak zostało - Clementine przyjaźni się z Eriką z poczucia powinności, Erika z Clementine z poczucia wdzięczności, to jej rodzina przez długie lata była dla niej ostoją normalności, wzorem do naśladowania. Ich przyjaźń i ich dzieciństwo ukierunkowały je na dorosłe osoby - Erika żyje schludnie, zgodnie z zasadami, w ściśle utrzymywanym porządku, Clementine odwrotnie, jej życie to wesoły chaos. Czy przez to nie każda z nich popada w skrajność?
"(…) zerknęła na matkę w poszukiwaniu aprobaty, bo okazała dobroć, a dobroć to najważniejsza rzecz pod słońcem, tyle że Clementine wcale nie czuła się dobra. Udawała. Nie chciała mieć do czynienia z małą brudaską. Jej egoizm był plugawym sekretem, który musiała ukryć za wszelką cenę, ponieważ była uprzywilejowanym dzieckiem."
Ich relacja zwraca uwagę czytelnika na pojęcie przyjaźni, na to, jak różne przyjmuje odcienie, z jak różnych pobudek wynika i jak różne myśli przynosi w trakcie. To prawdziwa relacja, którą faktycznie można nazwać przyjaźnią, czy po prostu przyzwyczajenie? Jak wiele można zrobić w imię takiej przyjaźni? Czy to altruizm czy wręcz odwrotnie - nie ma czegoś takiego, a każde zachowanie w jakiś sposób jest egoistyczne, tylko niektóre pobudki po prostu lepiej skrywamy sami przed sobą? Czy wszystko ma jakieś ukryte intencje, wstydliwe powody swoich zachowań, które kryje przed światem?
"(...) altruizm bez konieczności działania, coś wspaniałego!"
Zresztą cała powieść zbudowana jest na skomplikowanych relacjach. Tutaj Moriarty i małżeństwa wystawia na próbę, rzuca problem, z którym mają sobie poradzić i patrzy w którą stronę się kierują. Czy można jednoznacznie powiedzieć, że ci, którzy akceptują swoje wady, swoje potknięcia są małżeństwem lepszym, bardziej szczerym niż ci, których rozbieżności zaczynają dzielić? I czy w ogóle można określi ilość potknięć, ich wagę, którą w ogóle można znieść?
"Nikt nie uprzedzał, że dzieci sprowadzają człowieka do pierwotnej, prymitywnej wersji samego siebie, gdzie jego talenty, wykształcenie i osiągnięcia znaczą tyle, co nic."
Ważne są też i relacje rodzic-dziecko, których w tej historii pełno. To relacje trudne, bo pełne odpowiedzialności. Jedni nie potrafią jej znieść - jak rodzice Eriki i Oliviera, którzy popadli w choroby uniemożliwiające ich dzieciom doświadczenia normalnego dzieciństwa, a tym samym zmieniły ich w osoby, które czują potrzebę bycia w gotowości, umiejętności poradzenia sobie z każdą kłodą rzuconą pod nogi, nawet jeśli radzić sobie z tym same nie powinny. Czy w ogóle da się normalnie żyć, cieszyć się życiem, gdy ciągle spodziewa się najgorszego?
“On też dorastał wśród bezinteresownej złośliwości, lecz przyjmował ją jak pogodę, podczas gdy Erika nadal stawiała opór, miała żal i doszukiwała się ukrytych znaczeń.”
Punktem zwrotnym w powieści jest jedna chwila, dramat, jaki wydarza się dosłownie przez przypadek. I tu pojawia się wątek poczucia winy, obwiniania siebie i innych, tego, jak nie potrafimy odpuścić, po prostu wyciągnąć wniosków i żyć dalej, a musimy kogoś obwinić, gdzieś ulokować winę. Bo może po takim czymś po prostu nie da się inaczej? Życie w jednej sekundzie może zmienić swój bieg, a człowiek wydaje się nigdy na to nieprzygotowany.
“A więc tak to jest, pomyślała przelotnie. Takie to uczucie. Człowiek się nie zmienia. Nic go nie chroni, gdy przekracza niewidzialną granicę, która dzieli zwykłe życie od równoległego świata, gdzie dochodzi do tragedii. To się dzieje od tak.”
Refleksji, tematów, problemów Moriarty przedstawia w tej powieści naprawdę dużo, jednak robi to w sposób całkowicie naturalny - czytelnik nie ma wrażenia, że książka napakowana jest wątkami na siłę, tu wszystko dobrze do siebie pasuje. Intryga subtelnie kieruje się w stronę thrillera psychologicznego, dramatu rodzinnego, przez sporą część powieści napięcie związane z zagadką niedzielnych wydarzeń jest wyraźnie odczuwalne, jest tym, co sprawia, że ciekawość cały czas utrzymana jest na wysokim poziomie. Równoczesne przedstawienie dwóch czasów tylko tę ciekawość podsyca, a wątek lekko kryminalny, który się po czasie pojawia, dodatkowo ją wzmacnia. Mimo że tempo powieści można określić jako spokojne, to jednak na każdej stronie jest coś, co nie pozwala się oderwać - sam styl, zagadnienia, kolejne refleksje są tym, co skutecznie do lektury przyciąga.
“Impuls: jedno z wiarygodnych słów o zabarwieniu psychologicznym dla zatuszowania prawdy, że jest nienormalna. Normalność, ten niedościgniony ideał!”
Liane Moriarty jest mistrzynią w ukazywaniu zwyczajnych żyć, ludzi i ich dramatów, które w jednej chwili mogą wywrócić życie do góry nogami. W “Moja wina, twoja wina” poza rozważaniem na temat poczucia winy, wdzięczności czy próby odpokutowania, skupia się na relacjach, na przyjaźni, na partnerstwie i rodzicielstwie, które potrafią przybierać tak różne formy. A choć emocje, jakie można w nich wyczytać, czasami są bardzo normalne, to jednak jest w nich coś takiego, że pod piórem Moriarty stają się objawieniem - autorka doskonale zna człowieka, dostrzega to, czego nie widzą inni i robi z tego wartość uniwersalną, z której każdym może wyciągnąć coś dla siebie. Jej proza nie jest sztucznie napompowana patosem, a wręcz odwrotnie - jest lekka, jest przyjemna, a równocześnie przeraźliwie, boleśnie, prawdziwie głęboka. “Moja wina, twoja wina” to mądra powieść, która każdego czytelnika zmusi do refleksji nad swoim życiem, zachowaniem, relacjami. Powieść, którą można czytać wielokrotnie, a za każdym razem dostrzeże się w niej coś nowego.
 
Moja ocena: 8/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 11, 2026

"Historie łajdackie" Jacek Dehnel

"Historie łajdackie" Jacek Dehnel

Autor: Jacek Dehnel
Tytuł: Historie łajdackie
Data premiery: 25.02.2026
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 176
Gatunek: opowiadania / literatura piękna
 
Jacek Dehnel to polski pisarz, który już w wieku szkolnym oddawał się tworzeniu - wtedy wygrywał konkursy poetyckie, by kilka lat później stanąć wśród kandydatów do najważniejszych polskich nagród literackich. Debiutował na przełomie wieków zarówno w prozie, jak i poezji, a choć na swoim koncie ma wiele tytułów, to i na tym nie poprzestaje - zajmuje się też tłumaczeniami prozy i poezji. Ponadto tworzy pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa wraz ze swoim mężem Piotrem Tarczyńskim serię retro kryminałów z profesorową Szczupaczyńską - i właśnie dzięki najnowszemu tomowi pt. “Szaleństwo i śmierć spłyną z gór” (recenzja - klik!) jego prozą się bliżej zainteresowałam. Zresztą wątki kryminalne przewijają się również w jego solowej twórczości - może nie aż tak wyraźnie, na pierwszym miejscu stoi po prostu literatura piękna, jednak nie da się ukryć, że jest to temat autora interesujący. Kilka lat temu prowadził nawet blog poświęcony zbrodniom międzywojennych, z którego powstała książka non-fiction “Tajna Warszawa”.
 
A wspominam o zbrodni, bo zbiór opowiadań zatytułowany “Historie łajdackie” właśnie na tym motywie się opiera. Wydawca nazwał go literacką odpowiedzią na rosnącą popularność true crime w wersji głębokiej i psychologicznej. I faktycznie, jest w tym sporo racji, bo w każdej z ośmiu opowieści granice tego, co prawe, co moralne, zostają w jakiś sposób przekroczone. W każdym z nich można znaleźć tytułowe łajdactwo - czasami to ono gra pierwsze skrzypce, czasami przyjmuje rolę drugoplanową. To wycinki z różnych żyć, różnych czasów i różnych miejsc, które można interpretować szeroko.
“Ja nie wiem, czy ja się wypowiadam w sposób jasny w tej całej ciemności? Jestem zrozumiała? Sala mnie rozumie, pani w trzecim rzędzie z boku mnie rozumie? To nie są łatwe rzeczy, ale też nikt nie obiecywał, że będzie łatwo być nieżywą.” (“Nieznajoma z Sekwany”)
Książka składa się z ośmiu opowiadań różnej długości, z czego sześć było publikowane już wcześniej - w magazynach, antologiach czy specjalnych projektach. Każde z opowiadań opatrzone jest datą powstania, każde ma swój tytuł i na tym ich podobieństwa w budowie się kończą. Narracje, jakie autor w nich obiera, są bardzo różne - raz jest to alter ego autora i narracja pierwszoosobowa, raz kilka postaci sprzed wieku w narracji trzecioosobowej. Niektóre opowiadania kierowane są bezpośrednio do kogoś - w “Nieznajomej z Sekwany” narratorka zwraca się do widowni (pierwotnie był to monodram wystawiony w 2024), w “Wicekrólowej Rugii” bezpośrednim odbiorcą jest sąd. Podobnie jest również z samym stylem, który przybiera formę odpowiednią do treści i czasu opowieści. Znaleźć można tu stylizacje na język, jakim wiek temu posługiwały się niższe i wyższe klasy, pojawiają się lekko poetyckie wstawki czy zapiski przypominające pamiętnik. Niemniej jednak to w języku pod warstwą stylizacji można znaleźć wspólne mianowniki - to inteligentny humor, który ma moc zmieniania dramatów w komedie. W każdym z opowiadań czuć, że język jest autorowi posłuszny, plastyczny, dopasowuje się do potrzeb, a narracja płynie w sposób elokwentny, nawet kiedy stylizowana jest na niespecjalnie bystre postacie. Tu słowo jest tak samo ważne, jak treść, bo już samo niesie jakieś znaczenie. Czasami wymaga skupienia, czasami chwili zastanowienia, a czasami rezonuje w głowie na długo po przeczytaniu.
“(...) każdy z nich ze swoimi meblami, swoimi życiami, melodiami, z opowieściami do opowiadania i takimi, których nigdy nie opowiedzą, i kamienice, które nie istnieją, w a nich nieistniejący ludzie i opowieści, które powinny były zostać opowiedziane, ale nie było im to dane - i czuję, jak przez całe miasto biegną nitki tych historii, od kamienicy do kamienicy, i świecą: tak, że niebo robi się zupełnie różowe.” (“Bieg okoliczności”)
Każde z opowiadań ma swoje miejsce akcji, jest Warszawa i Paryż, Hiszpania i Kraków. Czasami miejsca oddane są dokładnie, jak na przykład w opowiadaniu pierwszym “Biegu okoliczności”, w którym tłem do refleksji narratora jest trasa jego biegu po Warszawie oddana w żywych, barwnych kolorach. Czasami z kolei pełnią rolę tła jak to jest w “Ćwiartce papieru”, gdzie miejsce usuwa się w cień, a postacie i okoliczności przejmują plan pierwszy. Zresztą w każdym z nich to właśnie postacie, ich refleksje, ich uczynki są tym, co faktycznie ważne. Każda historia w jakiś sposób przekracza granice społeczne, granice moralne - często przez opowieść przewija się temat zbrodni wojennych, są morderstwa i samobójstwa. Jest fascynacja zbrodniarzem, jego poczuciem wolności psychicznej mimo uwięzienia fizycznego. Nie brak i wątku wielkiej, acz nieszczęśliwej miłości czy prawości, której granice są przesuwane odpowiednio do potrzeb. Ale to nie sam czyn zbrodniczy stoi na pierwszym miejsce - te zajmują powody, motywacje i okoliczności.
“Człowiek póki żyje, to nie wie, że ciągle patrzy na rzeczy, a powinien może na ludzi.” (“Nieznajoma z Sekwany”)
Autor poprzez swoje opowieści zadaje wiele bardzo ciekawych pytań, zwraca uwagę na zagadnienia, które w codzienności umykają. Pyta o sprawiedliwości i sądy, pyta o prawa i ich egzekwowanie, o społeczną obojętność na ludzką krzywdę, ale dziwną fascynację tym, gdy krzywda wyrządzona zostaje. Te pytania, forma opowieści, która narzuca ich zadanie, zostają w głowie, poruszają i odbijają się echem na długo po zakończeniu lektury. Aż chciałabym przytoczyć przykłady, jednak robiąc to, mogłabym pozbawić Was elementu zaskoczenia - bo każde z opowiadań ma naprawdę mocny koniec. Autor nie obiera banalnych kierunków, dobrze odwraca uwagę czytelnika, który nie jest w stanie przewidzieć, do jakich wniosków dojdzie wraz z zakończeniem opowieści.
“Tak, proszę wysokiego sądu, wszystko to jest ważne dla sprawy. Przenajważniejsze nawet. Stąd to wszystko, proszę wysokiego sądu, stąd to całe… jak to powiedziano… wejście na drogę przestępstwa. Stąd to, z gazet, z książek. Naczytał się, a potem powtarza.” (“Wicekrólowa Rugii”)
Przyznam, że trudno opowiada się o krótkich formach zamkniętych w jednej książce, gdy każda z nich tak mocno różni się od pozostałych, a równocześnie każda jest tak zaskakująca, że nie chce się tej przyjemności zaskoczenia czytelnikowi odbierać. Autor doskonale w każdym jednym opowiadaniu gra słowem, raz kieruje się w liryczną stronę, raz w sarkastyczną, jedne opowiadania są melancholijne, inne żywe, dynamiczne. Jedne łapie się wprost, inne na długi czas jeszcze po lekturze pozostają zagadką, ale bez wątpliwości mają wspólny mianownik - to opowieści, w których zbrodnia, przekraczanie granic oddziałuje na postacie, ale to one, ich decyzje bardziej czy mniej świadome, ich motywacji i historie interesują nas najbardziej. Miejsca, czasy, płeć, klasy społeczne - to wszystkie jest zmienne, płynne, ale myśli, refleksje, jakie sobą niosą, pozostają stałe.
“Wydaje się wam, że sprawujecie tu sprawiedliwość. Ale wy sprawujecie tylko sądy, ludzie i ułomne.” (“Wicekrólowa Rugii”)
Moja ocena: 7/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 21, 2025

"Szaleństwo i śmierć spłyną z gór" Maryla Szymiczkowa - recenzja przedpremierowa

"Szaleństwo i śmierć spłyną z gór" Maryla Szymiczkowa - recenzja przedpremierowa

Autorka: Maryla Szymiczkowa
Tytuł: Szaleństwo i śmierć spłyną z gór
Cykl: Śledztwa profesorowej Szczupaczyńskiej, tom 6
Data premiery: 26.11.2025
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 384
Gatunek: powieść kryminalna / kryminał retro
 
Maryla Szymiczkowa to autorka serii kryminałów retro z profesorową Zofią Szczupaczyńską, która debiutowała w roku 2015. Dwa pierwsze tomy ukazały się z rocznym odstępem, kolejne już premierę miały co dwa-trzy lata. W najbliższą środę (po dwóch latach oczekiwania) oficjalnie na rynku pojawi się tom szósty, od którego sama zaczynam przygodę z tą serią. Każdy jej tom jednak napisany jest tak, że można czytać go od reszty niezależnie.
Nazwisko autorki serii tak naprawdę jednak powstało w tym samym roku, co pierwsza część przygód profesorowej. Jest to pseudonim małżeństwa Piotra Tarczyńskiego i Jacka Dehnela. Obydwoje piszą pod własnymi nazwiskami - Tarczyński tworzy non-fiction, Dehnel jest zarówno prozaikiem, jak i poetą, obydwoje również zajmują się tłumaczeniami. Zresztą ich wspólny cykl z profesorową Szczypaczyńską również doczekał się zagranicznych przekładów, pierwsze dwa tomy były nawet nominowane do EBRD Literature Prize. Obydwoje też angażują się w inne projekty kulturowe - piszą artykuły do magazynów, Dehnel współtworzył program kulturowy dla telewizji, a Tarczyński podcast. Są również współzałożycielami i członkami Unii Literackiej.
 
Lato, rok 1905. Zofia Szczupaczyńska właśnie siedzi w pociągu do Zakopanego i jest zachwycona tym, jak ten środek lokomocji skrócił czas podróży - z Krakowa do Zakopanego w niecałe siedem godzin! A choć miejsce destynacji niespecjalnie ją ekscytuje, to jednak powód podróży już tak! Dwa dni temu dostała telegram od znajomego sędziego śledczego, w którym informował ją o popełnionej w Zakopanem zbrodni i prosił o przyjazd. Zofia ani myślała się zastanawiać - w końcu od ostatniej rozwiązanej zagadki kryminalnej minęły już dwa lata. Nakłamała zatem mężowi i służce, że jej zdrowie wymaga podreperowania górskim powietrzem i tak oto właśnie zmierza do celu… Szybko jednak okazuje się, że jej ekscytacja była przedwczesna, a na miejscu nim nie jest takie, jakie być miało.
“Zbrodnia to oczywiste morderstwo, choć na razie mamy tylko zaginięcie.”
Książka rozpisana jest na prolog, 31 rozdziałów, epilog i kilka słów od autorki, w których wskazuje skąd czerpała swoją wiedzę wykorzystaną do zbudowania świata tu przedstawionego. Rozdziały poprzedzone są skrótowym streszczeniem tego, co się w nich wydarzy, jednak jest ono pisane tak, by nie oszukać, a równocześnie nic nie zdradzić - bardzo sprytnie przeprowadzony zabieg! Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy Zofii, która skupia się nie tylko na zbrodni, ale wszystkim tym, co widzi wokół. Ale to sam styl powieści jest prawdziwym majstersztykiem! Stylizowany na język literacki, jakim posługiwano się na przełomie XIX/XX wieku - szyk zdań jest nieco inny, język barwny, a słowa nam znajome przeplatane takimi, które teraz wyszły już z użytku. Co więcej, jako że historia toczy się w Zakopanem, a Zofia podążając za tropami musi kontaktować się z jego mieszkańcami, w tekst wpleciona jest też tamtejsza gwara, która w zapisie może nie jest najłatwiejsza do szybkiej lektury, a jednak daje powieści niesamowity klimat. Tekst pisany gwarą nie jest tłumaczony, przez co czytelnik czuje się tak jak Zofia - niewiele z niego rozumie. To daje naprawdę zabawny efekt!
“Tu, w Zakopanem, była zupełnie obca, i to obca w dwójnasób, bo tak naprawdę nie znała nawet języka, którym władali tutejsi - każda rozmowa z góralem czy góralką wymagała od niej istnego taternictwa cierpliwości i samozaparcia, żeby zrozumieć, co się do niej mówi.”
Słowa polskie, które już wyszły z użytku również nie są tłumaczone, ale można się domyśleć ich znaczenia z kontekstu. Może brzmi to skomplikowanie, ale autorzy posługują się młodopolskim językiem tak sprawnie, że czuć w nim naturalność i realizm, a przez to czyta się świetnie! Częściowo z pewnością odpowiada też za to humor, lekko sarkastyczny, lekko ironiczny, który znajdziemy i w opisach, i dialogach, który korzysta i z sytuacji, i po prostu z zabawy słowem. Odniosłam wrażenie, że autorzy doskonale się przy pisaniu tej powieści bawili! Warto też wspomnieć, że tekst usiany jest nawiązaniami literackimi do twórców Młodej Polski, jednak jest to raczej dodatkowa gratka dla tych zafascynowanych tym okresem literackim, niż przeszkoda dla tych, co kojarzą z niego tylko nazwiska - które zresztą też się w tej historii pojawiają!
“(...) Chałubiński wmówił Polakom, jakoby to podgiewontowe osiedle było krynicą zdrowia dla suchotników i stawiało ich na nogi niczym panaceum, a właściwie nie miał żadnych danych na to. Tymczasem - zaśmiał się - zmienna aura Zakopanego kładzie zdrowego na bety, halny wiatr chorych na płuca wytraca, a z silniejszych robi alkoholików.”
Intryga kryminalna zbudowana jest na klasycznej zasadzie, opartej na spokojnej obserwacji, rozmowach i dedukcji aż do finalnej sceny, gdzie zebrani w jednym pokoju zostają wszyscy podejrzani. Tempo jej prowadzenia jest spokojne, z początku bardziej skupiamy się po prostu na miejscu niż zagadce, później jednak środek uwagi coraz mocniej kieruje się w stronę kryminalną. Zagadka do najłatwiejszych nie należy, ale jest możliwa do samodzielnego rozwiązania - autorzy zostawiają czytelnikowi tropy. Jest solidnie, jest klasycznie, co bardzo mi odpowiadało!  
“- Ja tu już nic nie rozumiem, pogubiłam się (...) Czy ci ludzie nie mogliby się zabijać w jakiś łatwiejszy do spamiętania sposób?”
Przez sporą część fabuły jednak to Zakopane odgrywa pierwszoplanową rolę. Rok 1905 to czas, gdy Zakopane było jeszcze wioską, czas, gdy popularność tego miejsca jako atrakcji turystycznej dopiero się naradzała. Ba! to właśnie ten czas, kiedy z wioski przekształca się w atrakcję turystyczną, kiedy nowe pensjonaty pojawiają się jak grzyby po deszczu, kiedy każdy mieszkaniec Zakopanego zaczyna przestawiać się na turystykę - a tu gaździny sprzedają masło, a tu zjeżdżają się bogacze, by budować luksusowe hotele. Biznes kwitnie, ale to budzi lokalne konflikty - jedni są za rozwojem miasteczka, inni chcieliby, by Zakopane pozostało czyste, naturalne, w niezmienionej swojej górskiej formie.
“(...) każdy… każdy… kto kocha Tatry, powinien, przechodząc, zacierać za sobą własne ślady. Nie zmienić ani trawki, nie złamać ani gałązki, nie potrącić ani kamyka.”
Opis tej zmiany, tego, co wtedy działo się w Zakopanem, jest ujęty w sposób satyryczny, humorystycznie krytykujący zachowanie zarówno letniaków, jak i mieszkańców miasteczka. Hordy turystów, którzy w deszczowe dni zalegają w kawiarniach i restauracjach wypatrując potencjalnym romansów, w czasie pogody gromadnie wybierają się w góry, już wtedy w niedostosowanym obuwiu!
“(...) po pensjonatach gnieździło się idiotów na pęczki; były to prawdziwe inspekty kretynizmu, w których głupota ludzka rosła wybujale, karmiona “zdrową, domową kuchnią”, plotką i nudą wakacyjną. Być idiotką tutaj - oznaczało najdoskonalszy kamuflaż.”
Lokalsi, który udają bardziej góralskich niż faktycznie są, którzy powiedzą wszystko, by trochę dutków zarobić. Wyzysk, romans i pijaństwo, a to wszystko ujęte w taki sposób, że ze śmiechu można boki zrywać!
“Owa malutka, okrąglawa osóbka z twarzą rumianą i życzliwą miała małe upierścienione rączki, które działały tylko w jednym kierunku: zagarniającym ku sobie. Była ona zatem, choć obca, dolska, z dolin, prawdziwą duchową siostrą wszystkich, którzy prowadzili w Zakopanem hotele, sanatoria, pensjonaty, wynajmowali wille lub najpodlejsze nawet izby.”
Jednak nie tylko same Zakopane ujęte jest zabawnie pod kątem historycznym. Są i postacie historyczne - niektórzy zostają tylko wspomnieni, inni faktycznie biorą pomniejszy udział w fabule jak np. Stanisław Witkiewicz, twórca stylu zakopiańskiego, którego fascynacja tym miejscem jest tutaj nieustannie podkreślana - i znowu w ujęciu satyrycznym, ale jednak podszytym bardzo dużą wiedzą.
“Wytrącony ze swojej proroczej antysemickiej diatryby, która nie padła na podatny grunt, Witkiewicz zamrugał tylko, po czym cały Wernyhora w nim się zwinął.”
I w to szaleństwo sztuki i turystyki górskiej ładuje się Zofia Szczupaczyńska, która gór nawet przecież nie lubi. To rasowa mieszczka, której środowiskiem naturalnym jest Kraków, a nie jakieś lasy, górki i widoczki. A jednak jej pragnienie udowodnienia, że nie wyszła z wprawy, że ciągle potrafi sprawnie rozwiązywać zagadki kryminalne, zwycięża - i ta ambicja przewodzi jej przez całą tę opowieść. Choć jej charakterystyka nie jest nachalna, to nie da się oprzeć wrażeniu, że bohaterka ubrana jest w cechy każdego dobrego ówczesnego detektywa. To kobieta dumna, intuicyjna i pomysłowa, która w swoich próbach rozwiązania zagadki odnajduje dużo dobrej zabawy. Przyjmuje odpowiednie kamuflaże, sprytnie osacza podejrzanych, robi wszystko, by faktycznie zagadkę rozwiązać. Jednak to ciągle mieszczka krakowska wśród górali, więc jej próby wyciągnięcia informacji nieraz wypadają naprawdę komicznie.
“Rolą Zofii Szczupaczyńskiej było wszakże odnajdywanie zbrodniarzy metodą dedukcji, a nie ruszanie za nimi w pogoń - podróże, jak już zostało powiedziane, nie były pasją profesorowej (...).”
“Szaleństwo i śmierć spłyną z gór” to powieść kryminalna oparta o dobre, stare, klasyczne zasady gatunku, z dobrą, satysfakcjonującą, opartą o dedukcję zagadką kryminalną i ciekawą postacią inteligentnej śledczej-amatorki. Takich książek jest jednak na rynku wiele, a tym, co ten tytuł wyróżnia, jest styl, w jakim jest napisany - ta stylizacja językowa, ten humor, ten sarkazm, który faktycznie bawi dlatego, że poparty jest ogromną wiedzą na temat czasów ówczesnych, jak i samej historii miejsca akcji. To inteligentna proza, która będzie nie lada gratką dla miłośników zabaw językowych, zabaw stylem. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak świetnie autorzy się w tym młodopolskim świecie odnaleźli i przełożyli go tak, by współczesny czytelnik czuł się w nim dobrze, mógł się w tej kreacji dobrze bawić, ale i sporo przy okazji się dowiedzieć. Jedyne czego żałuję to tego, że o tej serii dowiedziałam się dopiero teraz!
“(...) kiedy halny zawieje, kiedy szaleństwo i śmierć spłyną z gór, niejedno może się wydarzyć…”
Moja ocena: mocne 8/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 10, 2025

"Gołoborze" Maciej Siembieda - recenzja przedpremierowa

"Gołoborze" Maciej Siembieda - recenzja przedpremierowa

Autor: Maciej Siembieda
Tytuł: Gołoborze
Data premiery: 15.10.2025
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 528
Gatunek: powieść sensacyjna / historyczna
 
Maciej Siembieda na polskim rynku powieści kryminalnej pojawił się zaledwie kilka lat temu (debiutował w 2017 roku książką “444”), a już chwilę później stał się ulubionym pisarzem polskich czytelników tego gatunku. Na koncie na dwanaście powieści (recenzje - klik!), z czego siedem to cykl z Jakubem Kanią, a trzy to saga polsko-grecka, której napisanie było wielkim marzeniem autora. “Gołoborze”, czyli powieść najnowsza, jest z kolei najbardziej osobista z wszystkich, jakie wydał – jej akcja toczy się w okolicy miejsca jego urodzenia, miejsca, z którym wiąże swoje dzieciństwo i zawiera elementy wspomnień jego własnej rodziny.
Maciej Siembieda zanim stał się autorem powieści sensacyjnych, przez trzydzieści lat był szanowanym i nagradzanym dziennikarzem, który specjalizował się w śledztwach historycznych. Pisał dla największych polskich magazynów, a część reportaży została wydana i opublikowana w formie książek. Teraz, w karierze beletrystycznej, chętnie z wtedy zdobytej wiedzy korzysta przeplatając historie, które wydarzyły się naprawdę z doskonale spinającą je fikcją literacką.
 
Góry Świętokrzyskie, niewielka wieś Grabin, miejsce urodzenia Tomasza Kończaka i Walentego Cebrzyna, którzy stanęli po dwóch stronach barykady podczas powstania styczniowego - Walenty wydał ruskim Tomasza, który cudem przeżył po tym, co uczynili mu oprawcy. I choć już wcześniej całe pokolenia tych rodów nie pałały do siebie sympatią, to te wydarzenie przelało czarę, takiej zdrady się nie wybacza, za taką zdradę trzeba zapłacić. Osobiście, honorowo, nie mieszając do tego władz i prawa państwowego - to sprawa osobista, zatarg na śmierć i życie. Zatarg, który nieustannie podsyca nienawiść jednego rodu do drugiego, nienawiść, która wcale nie znika wraz ze śmiercią tych, którzy krzywd doznali. Taka nienawiść przenosi się z pokolenia na pokolenie, zatruwając krew i umacniając przekonanie, że zemsta i honor są ważniejsze niż życie. Czy wraz ze zmianą wieków i ustrojów nienawiść może przygasnąć? Czy w końcu pojawi się coś lub ktoś, kto będzie w stanie tę spiralę zła odkręcić?
“- Co się stanie z tą trumną, jak już ją skończę?
- To już najmniejsze zmartwienie (...). Trumna zawsze się człowiekowi przyda.”
Książka podzielona jest na prolog i dziewięć części, które składają się w sumie na 56 rozdziałów, a te zamyka posłowie, gdzie autor wyjaśnia jak wiele historii w tej powieści zawartych ma podłoże w prawdzie historycznej (wiele!). Każda część ma określony mniej więcej rok zdarzeń, opowieść rozpoczyna się w 1863 roku i ciągnie aż do ostatnich lat XX wieku, na moment po zakończeniu czasów PRL-u. Autor zatem przegania nas po sporym kawałku historii Polski - powstanie styczniowe, I i II wojna światowa, PRL i jego upadek. Oczywiście czas podany po otwarciu każdej z części jest orientacyjny, większość z nich rozgrywa się na przestrzeni kilku lat. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora, który naprzemiennie obserwuje obydwa rody, choć mam wrażenie, że z przewagą rody Kończaków. Czasami pojawiają się i inne postacie, inne rodziny uwikłane w ten odwieczny spór, a pod koniec historii jest również i starachowicki milicjant. Jak zawsze u Macieja Siembiedy, narrator nie skupia się typowo na postaciach, a na oddaniu historii, którą sobą niosą. Styl powieści doskonale dopasowany jest do czasów, w których toczy się akcja, dialogi to prawdziwe perełki! Stylizowane są na sposób wypowiadania się zarówno ze względu na czas, jak i klasę społeczną, poziom wykształcenia. O dziwo, nie ma w nich wiele przekleństw (a zdziwienie wynika z tego, że przez spory okres czasu ród Cebrzynów uważany był za coś na kształt gangsterów, rzezimieszków). W tej powieści autor rezygnuje z zabaw językiem i stylem (co robi np. w cyklu z Kanią), stawia na prostą elegancję - nadal czuć, że słowo jest mu posłuszne, może robić z nim, co chce, jednak tym razem styl przypomina powieści, jakie pisało się kiedyś - wiekopomne literackie dzieła, które mimo że osadzone w konkretnych czasach, niosą uniwersalne opowieści o ludzkich skazach charakteru. I tak też jest w tym przypadku.
“- Nie nam to rozstrzygać! Bój się Boga! Kim ty chcesz być? Sędzią i katem? Co ci daje takie prawo?
- Ludzka krzywda.”
Mimo że w powieści postacie na przestrzeni lat się zmieniają, poznajemy kolejne pokolenia, to dwie rzeczy są stałe: miejsce i zatarg pomiędzy rodami. Obydwie przedstawione są bogato i bardzo ekspresyjnie, obydwie wymagają osobnego omówienia. Zacznijmy od miejsca. Grabin to miejsce fikcyjne, jednak zbudowane na wspomnieniach autora o podobnych mu wioskach położonych w Górach Świętokrzyskich, tuż pod Łysą Górą. To w Grabinie znajduje się świętokrzyskie gołoborze (miejsce prawdziwe!) i Czarcia Polanka, miejsce dziwnej mocy, pełne uzdrawiających ziół. Z nimi związane są legendy, prastare wierzenia, które tu wraz z biegiem lektury poznajemy, a które mają wpływ na zachowanie postaci. Bo tu miejsce ma znaczenie. Góry Świętokrzyskie wychowały sobie ludzi twardych, którzy jak to w małych miejscowościach bywa, swoje brudy piorą w gronie lokalnym, przed obcymi zachowując milczenie. Na tej cesze opiera się tak naprawdę cała fabuła powieści - cokolwiek by się w Grabinie nie działo, pozostaje przed obcymi - władzą, prasą itp. - zamknięte. Tu sprawy załatwia się samodzielnie, na pięści, na noże, w bardzo starotestamentowy sposób. Nie wiem czy aktualnie takie miejsca nadal w Polsce istnieją, jestem jednak przekonana, że jak na czasy, w których toczy się akcja, autor oddał nastroje takiego miasteczka naprawdę wiernie.
“W Grabinie spornych spraw nigdy nie załatwiano słowami.”
No właśnie - a z miejscem związana jest ta druga stała rzecz, niezmienna przez wszystkie lata opisane w fabule. Zatarg, nienawiść pomiędzy rodami. Autor nawiązuje tu nieznacznie do tematyki starych gangsterskich powieści i filmów (typu Ojciec Chrzestny), ale również sięga jeszcze dalej - do historii Romea i Julii, członków dwóch nienawidzących się rodów, których wbrew tej nienawiści połączyła miłość tragiczna. Maciej Siembieda przenosi ten dramat na polską wieś, interpretuje ją na potrzeby swojej powieści. Zarówno miłość, jak i nienawiść to bardzo burzliwe emocje, jedne z tych, które popychają do czynów najgłupszych.
“(...) za dużo w tobie gniewu, (...). Diabeł szczuty przez tych, coś ich życia pozbawił, wykorzystał to, wlazł w ciebie i zżera od środka. Z nienawiści chorujesz.”
Nie mogę jednak powiedzieć, że “Gołoborze” to historia miłosna. Nie, to tylko epizod. “Gołoborze” to historia o wyniszczającej nienawiści, pragnieniu zemsty, pragnieniu wyrządzenia krzywdy, którą zaraża się kolejne pokolenia. Autor dokładnie analizuje to, co dzieje się z ludźmi fiksującymi się na takiej emocji, którzy honor pojmują w sposób mocno starotestamentowy, a może po prostu gangsterski. Zaskakujące, ale jakże okropnie prawdziwe jest to, jak wiele złego można zrobić samemu sobie w imię nienawiści do innych, jak wiele zła może przynieść chęć zemsty, i to taka, której w swoim zacietrzewieniu nie potrafi się odpuścić. Bo czy nie jest to samonakręcająca się spirala? Raz jedni się odpłacają drugim, by zaraz sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni… Jedno jest pewne - postacie w taką sytuację uwikłane nigdy nie mogą być szczęśliwe, nigdy nie będą bezpieczne. I choć jest to świetne podłoże pod powieść kryminalną, to jednak jest to również coś, co znamy z życia prawdziwego, ludzka natura w najgorszej postaci. A to napawa naprawdę ogromnym smutkiem.
“- (...) Jezu Nazareński! - Wzniosła złożone ręce do nieba. - A za cóż nas tak karzesz? Za jakie grzechy?
Za waszą nienawiść (...).”
Bo ta opowieść tak naprawdę składa się z emocji. Emocji przejmujących, gorących, raz dobrych, a raz złych. Niektóre postacie są mądrzejsze od innych, inne okrutnie złe i wynaturzone, ale każde, niezależnie od nacechowania, budzą w czytelniku duże emocje. To czar opowieści Macieja Siembiedy - potrafi ożywić każdą historię tak, że czytelnik czuje się, jakby stał tuż obok jej bohaterów.
“Pieniędzy nie miała. Dawałam jej, ale odmówiła. Powiedziała, że to byłoby niehonorowo. A tam w waszych stronach to honor chyba od życia ważniejszy, co?”
Jak w każdej powieści tego autora ważne jest również tło historyczne. Tutaj tym bardziej, gdyż akcja rozłożona jest na jakieś 130 burzliwych lat naszego kraju. I choć to nie wydarzenia polityczne stoją na pierwszym miejscu, to jednak mają wpływ na losy postaci - to przecież od bestialskiego czynu Rosjan rozpoczyna się cała spirala zemsty i wzajemnego odpłacania pięknym za nadobne. Później przychodzą wojny, świętokrzyska partyzantka i jeszcze dalej partia polityczna. To, co dzieje się w kraju, oddziałuje na bohaterów, jest pośrednio odpowiedzialne za ich losy. Czy jednak zmiany ustroju nie bywają w ich zachowaniach tylko pretekstem, by podsycać wzajemną nienawiść? Sposobem na unikanie win prywatnych, zrzucaniem ich na karb wydarzeń krajowych? Pretekstem, by nie przyjmować pełnej odpowiedzialności za swoje czyny?  Tło historyczne, tak burzliwe, jest oddane z dużą dokładnością, czuć w nim ogromną wiedzę autora, a zarazem budzi lęk - bo może sami wojny nie doświadczyliśmy, ale wiemy, jak bardzo jest blisko.
“A takie rzeczy, niepomszczone, są jak demony, zabierające człowiekowi duszę i zżerające go od środka.”
“Gołoborze” to przejmująca saga dwóch rodzin zamknięta w jedną powieść. Burzliwych historii prywatnych rozgrywających się na tle burzliwej historii kraju. Powieść z morałem, ale nie moralizatorska, powieść fikcyjna, ale zbudowana z różnych fragmentów historii prawdziwej i cech ludzkich charakterów. Autor w bardzo przejmujący sposób obrazuje do czego prowadzi skupienie na złych emocjach, na niemożności odpuszczenia krzywd. To historia bardzo starotestamentowa, oddająca surowość charakterów i źle pojmowany honor. Bo czy to nie ludzkie ego jest tutaj tym, co wyrządza najwięcej krzywd? Monumentalne dzieło na wzór kanonu literatury światowej.
“Stare rany to zawsze dobry powód nowej wojny.”
Moja ocena: 9/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

kwietnia 29, 2025

"Zaledwie moment" Liane Moriarty

"Zaledwie moment" Liane Moriarty

Autorka: Liane Moriarty
Tytuł: Zaledwie moment
Tłumaczenie: Dominika Kardaś
Data premiery: 23.04.2025
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 656
Gatunek: powieść obyczajowa / thriller psychologiczny
 
Moja miłość do powieści Liane Moriarty rozpoczęła się jeszcze zanim powstał blog Kryminał na talerzu. Był rok 2017, a ja zobaczyłam serial Wielkie kłamstewka, który powstał na podstawie jej książki, a mną wstrząsnął tak, że od razu sięgnęłam po pierwowzór. Ten okazał się jeszcze lepszy niż serial, więc przeczytałam wszystkie dostępne wtedy na naszym rynku książki autorki i oficjalnie uznałam, że jestem fanką jej twórczości. I z biegiem lat ta miłość nie mija, choć ostatnio myślałam, że może czasy świetności autorki przeminęły - jej najnowsze tytuły były oczywiście nadal dobre, ale nie aż tak świetne jak wcześniejsze powieści. “Zaledwie moment” jednak przeczy temu założeniu – po jej przeczytaniu mogę stwierdzić, że to jedna z moich ulubionych, tych najlepszych książek autorki.
 
Liane Moriarty na rynku debiutowała w 2004 zmotywowana tym, że jej młodsza siostra napisała i wydała książkę. Polski czytelnik niestety nadal nie doczekał się tłumaczenia tego tytułu („Trzy życzenia”), tak jak i drugiej książki autorki („Ostatnia rocznica”). W Polsce zatem jej trzecia książka została pierwszą i każdą kolejną już w naszym języku mamy - niektóre wydane zostały nawet dwa razy: najpierw przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka, później przez Znak Literanova.
Książki autorki znane są aktualnie na całym świecie, część tytułów sięgnęła szczytów list bestsellerów, dwie zostały zekranizowane, a dwie kolejne ekranizacje mają się wkrótce ukazać. Aktualnie Liane Moriarty jest autorką pełnoetatową, choć jej tempo wydawania jest spokojne - to jedna książka na 2-3 lata. Fanom przychodzi więc długo na nowe czekać! Najnowszą, dziesiątą powieścią w jej dorobku jest “Zaledwie moment”, która wydana została u nas niecały rok po wydaniu angielskim.
 
Marzec, Australia, krótki lot z Hobart do Sydney. Na pokładzie stewardessa Allegra dba o komfort i bezpieczeństwa pasażerów, którzy zaczynają się niecierpliwić - jest jakaś usterka, na naprawę której muszą poczekać, co znacząco opóźnia wylot samolotu. Pasażerowie są poddenerwowani, na pewno nie ułatwia im też płacz niemowlaka jednej z pasażerek. W końcu jednak startują, a na chwilę przed końcem lotu jedna z pasażerek wstaje. To starsza, niepozorna pani, która nagle zaczyna kierować palec w stronę innych pasażerów i przewidywać ich przyczynę śmierci oraz wiek, w jakim to nastąpi… Kobieta wygląda jak w transie, a kolejni obdarzeni przepowiednią pasażerowie na zszokowanych. Ale to przecież nie na poważnie, prawda? Po lądowaniu starsza pani nic nie pamięta, a pozostali pasażerowie udają, że przepowiedniami się nie przejmują… ale jednak coś w ich głowie zostaje. Czy na pewno to nic nie znaczyło? A może jednak? A jeśli tak, to czy los da się zmienić, oszukać?
“Z przestrogami jest pewien problem. Ten, kto ją dostaje, musi w nią uwierzyć. Musi zmienić swoje działanie.”
Książka rozpisana jest na 126 krótkich rozdziałów i epilog. Narracja prowadzona jest z perspektywy kilku postaci, których historie poznajemy naprzemiennie. To szóstka pasażerów, którzy usłyszeli przepowiednie oraz starsza pani, która ich nimi uraczyła. Jej narracja oddana jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, pozostałe perspektywy poznajemy w trzeciej osobie czasu teraźniejszego. Styl powieści jest jednym z jej atutów - jest lekki i swobodny, mimo swojej przenikliwości spostrzeżeń, prowadzony jest przyjemnie, czasem nawet z nutką humoru, która sprawia, że kilka razy podczas lektury śmiałam się w głos. Szczególnie mocno wyraźne jest to w narracji pierwszoosobowej, choć i w przypadku trzecioosobowych w oddaniu myśli czy dialogach pomiędzy postaciami też można trafić podobnie zabawne momenty. Autorka ma dar to uchwycania tego, co naprawdę ważne i prawdziwe w sposób całkowicie niewymuszony, prosty i codzienny, choć przyznam, że niektóre sformułowania wypadają bardzo nieszablonowo - to też bardzo mi się podobało, pozwala spojrzeć na pozornie zwyczajne emocje od innej strony.
“(...) szorstkie jak papier ścierny uczucie.”
Zawsze myśląc o książkach tej autorki nie do końca wiem do jakiego gatunku literackiego je przypisać - są to opowieści o życiu przecież jak najbardziej codziennym, ale zawsze oparte o nutę tajemnicy. Tutaj tę funkcję pełni postać starszej pani, która w samolocie miała epizod z przepowiedniami. Mimo iż jako jedyna z postaci opowiada nam o sobie w narracji pierwszoosobowej, a może właśnie dzięki temu, długo pozostaje dla nas zagadką. Wiemy, że to ona jest odpowiedzialna za przepowiednie, wiemy, że sama nie wie, co się wtedy tak naprawdę stało, obserwujemy też jej reakcje na kolejne wydarzenia związane z pasażerami lotu. Kim jednak jest? Co się działo wtedy w jej życiu? Czy mamy podstawy, by w jej przepowiednie wierzyć? Na odpowiedzi na te pytania musimy poczekać. Bohaterka powoli zaczyna się przed nami otwierać, powoli odkrywa to kim jest i jaka jest jej historia - historia jej życia.
“Ogromne przestrzenie pastwisk wywoływały u mnie przyjemne zawroty głowy. Lubiłam to, że w ich obliczu czuła się mała i nieznacząca. To zdrowo przypomnieć sobie czasem, jak mało znaczymy.”
Pozostali bohaterowie tej książki są od siebie bardzo różni, ba! nie łączy ich tak naprawdę nic, poza tym jednym spóźnionym lotem. Dzięki temu możemy obserwować różne charaktery i to jak radzą sobie w sytuacji, w jakiej się znaleźli. Mamy matkę, tę od płaczącego noworodka, której starsza pani przepowiedziała śmierć syna w wieku 7 lat, mamy młodego chłopaka, który ma zginąć w przeciągu roku, mamy mężczyznę po 40-stce, pracoholika, męża i ojca, mamy starsze małżeństwo, które teraz na emeryturze zaczyna dopiero żyć. Jest też stewardessa, młoda, ambitna, pozornie szczęśliwa, której przepowiedziane zostało niedalekie samobójstwo… I młoda panna, która dostała przepowiednię śmierci z ręki partnera. Każdy z nich znalazł się w sytuacji pozornie mocno abstrakcyjnej, ale jednak czy nawet największy racjonalista nie dopuści w takim momencie wątpliwości: a co jeśli? Przy każdej postaci potrzebujemy chwili, by się z nią zapoznać, by scharakteryzować jej życie, jednak im bliżej się im przyglądamy, tym bardziej złożone kreacje się przed nami objawiają. A jednak każdy z nich nosi w sobie cząstkę, którą sami z życia dobrze znamy, każdy jeden wymusza na nas jakieś własne przemyślenia.
“Uważam, że tak naprawdę uczucie, jakie budzi w ludziach przepowiadanie przyszłości, mogą być wielowarstwowe niczym tort szwarcwaldzki. Twój racjonalny umysł mówi: “Nonsens!”. Twoja podświadomość odpowiada: “A jeśli to prawda?”.”
Bo to właśnie to, za co tak książki tej autorki lubię. Poprzez sytuacje, w jakich stawia swoje postacie, wymusza na czytelniku reakcje, zadaje pytania. Tutaj z początku może się wydawać, że dostajemy literacką wersję “Oszukać przeznaczenie”, szybko okazuje się, że mamy w rękach wiele więcej. Najważniejsze pytania to te o los człowieka - czy jest on z góry przesądzony? Czy mamy wpływ na swoje życie, wolną wolę, czy nasze decyzje mają jakieś znaczenie, czy tylko wydaje nam się, że mamy jakieś decyzje do podjęcia, a jednak są one już gdzieś z góry od dawna we wszechświecie zapisane? Temat ten ujęty jest tak, że nawet największe niedowiarki, najbardziej racjonalnie osoby zaczną się nad tym zastanawiać. Śledząc losy postaci zastanawiamy się nieustannie czy faktycznie przyszłość da się przewidzieć, czy niezależnie od tego, co zrobią, skończą tak, jak przypadkowo przepowiedziała starsza pani. I czy taka przepowiednia na pewno zawsze jest przekleństwem? Czy nie lepiej byłoby nam wiedzieć czego się wystrzegać, na co uważać? I czy żyjąc ostrożnie naprawdę żyje się tak jak żyć się powinno? Temat życia, korzystania z tego, co dostajemy, tego jak swoje życie, czas na ziemi wykorzystujemy, jest tym, co mocno przyciąga uwagę. Tego, jak wykorzystujemy swoje szanse, czy ryzyko jest tym, co się opłaca.
“(..) wszystko, co się dzieje, każde decyzja i działanie, które podejmujesz, są “z gruntu nieuniknione”. Dlaczego? Bo wszystko ma swoją przyczynę w czymś innym - w poprzedzającym je działaniu, zdarzeniu bądź sytuacji.”
Skoro mowa o życiu, musi być też mowa o śmierci - to przecież jej widmo jest tym, co tak emocjonuje bohaterów - jednych przeraża, innych zmusza do działania, niezmiennie jednak wzbudza emocje. Czy łatwiej się żyje mają poczucie swojej śmiertelności czy odwrotnie? Czy będąc śmierci świadomym żyje się lepiej, bardziej wykorzystuje się to, co to życie, codzienność przynosi? Dla jednych postaci faktycznie tak jest, innych jednak perspektywa śmierci paraliżuje, sprawia, że wszystko, co mogłoby cieszyć, cieszyć przestaje. A jak MY chcemy żyć?
“(...) żyj swoim życiem (...). Żyj najmocniej, jak umiesz.”
Ważnym punktem jest też śmierć innych. Mamy wątek żałoby, tego, jak trudno sobie jest ze śmiercią kogoś bliskiego bądź nieco dalszego w swoim życiu poradzić. Co znaczy odejście i czy faktycznie śmierć właśnie odejściem jest? Czy wspomnienia są darem czy przekleństwem?
“Każdy kocha jakąś wersję ciebie i gdy dana osoba odchodzi, jej wersja ciebie odchodzi razem z nią.”
Liane Moriarty w “Zaledwie moment” doskonale prowadzi fabułę - każde zachowanie postaci zmusza nas do własnych refleksji, każda narracja niesie sobą coś, nad czym musimy się zastanowić, ale robi to nie pompatycznie, a bardzo zwyczajnie, bardzo naturalnie, ba! wręcz z humorem. Ważne tematy podane są zatem w bardzo przystępnej, lekkiej i miłej do lektury formie, co tym mocniej wzbudza mój podziw - bo jak o sprawach tak ważnych jak czerpanie radości z życia i nie obawianie się odejścia z tego świata mówić tak, by w żadnym razie nie przytłoczyć, nie wprowadzić w dołek, a jednak sporo rzeczy uświadomić? Liane Moriarty tak potrafi, a swoim najnowszym tytułem udowadnia, że formy w przekazie i budowaniu zajmujących narracji nie straciła - mimo iż książka liczy ponad 600 stron, czyta się ją tak, jakby miała 300. Jedyny problem jest teraz taki, że na kolejny tytuł autorki znowu pewnie przyjdzie nam czekać długie miesiące, jak nie lata…
 
Moja ocena: 8,5/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

stycznia 22, 2025

"Ciemne słońce" Éric-Emmanuel Schmitt

"Ciemne słońce" Éric-Emmanuel Schmitt

Autor: Éric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Ciemne słońce
Cykl: Podróż przez czas, tom 3
Tłumaczenie: Łukasz Müller
Data premiery: 15.01.2025
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 472
Gatunek: literatura piękna
 
Éric-Emmanuel Schmitt to jeden z najpopularniejszych współczesnych pisarzy i dramaturgów francuskich. W początkowych latach swojej kariery równocześnie tworzył i wykładał filozofię, szybko jednak zdecydował poświęcić się tylko pisaniu. Na rynku książki obecny od lat 90-tych, w Polsce zaczął pojawiać się niewiele później. Jego proza charakteryzuje się esencjonalnością, są to teksty krótkie, czasem bardziej przypominają opowiadania, których w jego twórczości też nie brakuje. Dlatego dzieło, które tworzy ostatnich kilka lat, jest tak wyjątkowe, tak inne. Jak można wyczytać w notce każdego tomu cyklu Podróż przez czas, jest to monumentalny projekt, który głowę autora zaprzątał od trzydziestu lat. Projekt, w którym łączy wiele obszarów z nauk humanistycznych i nie tylko, splatając je w jedną opowieść o historii świata… I tak “Raje utracone” (recenzja - klik!) czyli tom pierwszy wydany u nas w  2022 roku opowiadał o czasach neolitu i wielkim potopie, tom drugi pt. “Brama do nieba” (recenzja – klik!), który pojawił się półtora roku później, przenosi nas do Mezopotamii i przypowieści o wieży Babel… Choć oczywiście obydwa tomy nie opierały się tylko na przypowieściach biblijnych, to jednak są to czasy tak odległe, że sami o nich wiemy niewiele. Z tomem trzecim następuje mała zmiana - zaczynamy okres starożytności, okres, na którego temat poprzez choćby lekcje w szkole, wiemy już co nieco. Dodatkowo autor, by w pełni oddać monumentalność, ogrom tego przedsięwzięcia, zrezygnował z charakterystycznego dla niego esencjonalizmu - tutaj swobodnie przytacza dłuższe myśli, snuje pełną, bogatą opowieść….
Wszystkie tomy łączą się poprzez dwie główne nieśmiertelne postacie - Noama i Nurę, parę, która to gubi się, to odnajduje na nowo. Ich opowieść to historia ciągła, ale każdy tom opowiada o innym okresie historii, a kluczowe prywatne wątki postaci są w każdym z nich przypomniane, więc da się je również czytać od siebie niezależnie.
 
Opowieść “Ciemnego słońca” rozpoczyna się w momencie, gdy wieży Babel już nie ma, a Noam i Nura po raz kolejny się spotykają i ruszają we wspólną wędrówkę. Ich przewodnikiem jest Nil, a z ich wyprawy powstaje mit o Ozyrysie i Izydzie… W końcu jednak znowu przychodzi czas rozstania: Nura znika, a Noam zjawia się w Egipcie w czasach jego starożytnej świetności. Miasto huczy od ludności, ale i podziałów - społeczeństwo żyje na zasadzie piramidy, gdzie faraon jest na samej górze, a chłopi, rolnicy na samym dole… Noam chce wpleść się w warstwę wysoko postawionych przedstawicieli społeczności, gdyż ma w tym swój cel - musi znaleźć przyrodniego brata, który jest powodem porzucenia, opuszczenia go przez Nurę... Zatem, by połączyć się na nowo z ukochaną kobietą, Noam musi mieć pewność, że brat im nie zagraża. Czy uda mu się ją uzyskać?
“Co nazywa się ‘tragedią’? Połączenie dwóch dramatów. Tragedia następuje wtedy, gdy w obliczu jednego problemu nasuwają się dwa rozwiązania, a żadne z nich nie jest ani dobre, ani złe. Nie mają wartości absolutnej, lecz względną.”
Książka podzielona jest na pięć tytułowanych części, a każda z nich (poza częścią pierwszą) składa się z otwierającego ją rozdziału nazwanego Intermezzo opisującego czasy współczesne oraz kilku kolejnych numerowanych już rozdziałów, które przenoszą nas w czasy starożytne. Rozdziały są dość długie, ale dzielone są na krótsze, kilkustronicowe scenki, dzięki czemu książkę czyta się całkiem wygodnie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego przez narratora podążającego za Noamem w rozdziałach nazwanych Intermezzo, a historię ze starożytności poznajemy w pierwszej osobie czasu przeszłego z perspektywy Noama - to on spisuje swoją historię. Styl powieści jest spokojny, elokwentny, co da się wyczuć w zastosowanym słownictwie, jednak nie sili się on specjalnie na poetyckość, sprawiając, że jest to tekst przystępny tak naprawdę dla wszystkich. Bardzo ciekawym zabiegiem są też przypisy, które pojawiają się z historii ze starożytności - są to przypisy stworzone przez Noama, który tłumaczy różnice pomiędzy nazwami stosowanymi w starożytności, czy samym postrzeganiem opisywanego tematu na przestrzeni wieków. Przytacza też przykłady z wieków późniejszych niż starożytne, co nie tylko sprawia, że historia daje wrażenie wiarygodnej, ale też obiecuje czytelnikowi, że jeszcze wiele tomów Podróży przez czas przed nami…
“Pisać, żeby zrozumieć. Pisać, by wyjaśnić zawiłości historii. Pisać, by odkryć sens przed innymi, przed samym sobą.”
Na razie jednak znajdujemy się w starożytności i wkraczamy w świat Egipcjan. Poprzez wiecznie podróżującego i poszukującego Noama, autor łączy jego fikcyjną historię z historią świata i jej przypowieściami. W “Ciemnym słońcu” wyraźnie widać te połączenie historii i religii - poznajemy dokładnie jak wyglądało życie Egipcjan na różnych szczeblach, poznajemy ich zwyczaje, ich wierzenia, solidnie przyglądamy się roli faraona i całej jego rodziny, jak i pochówkom zmarłych, czyli mumifikacji… Ta wiedza, jaką autor zawarł, budzi respekt przede wszystkim tym, że jest tak swobodna - to powieść, nie lekcja historii, ale powieść bogata w szczegóły, dzięki czemu świat jaki przedstawia, daje wrażenie, jakbyśmy sami się do niego przenieśli. A jednocześnie przybliża nam te jakże odległe czasy, przekonuje, że przecież i wtedy wierzący w różnych bogów Egipcjanie, to ciągle byli po prostu ludzie z pragnieniami i wadami takimi jakie sami i teraz dobrze znamy…
“Każdy z nas nosi w sobie kilka istot. To, że ukazujemy tylko jedną twarz, jedno ciało, jedno imię, sprzyja nieporozumieniu: wewnątrz tej jednej powłoki musi mieszkać tylko jedna osoba. Błąd! Składa się na nas zbyt wiele sprzecznych napięć, kształtuje nas zbyt wiele rozbieżnych zdarzeń, mieszka w nas zbyt wiele wykluczający się wzajemnie wartości i przeciwstawnych pragnień, żebyśmy się sprowadzali do jednego monolitycznego bytu.”
No właśnie, postacie to jeden z kolejnych rewelacyjnych elementów świata przedstawionego. Poza główną parą, czyli Noamem i Nurą, którzy przewodzą całemu cyklowi, w niespodziewanych momentach pojawiają się znajome już nam postacie, ale przede wszystkim postacie charaktyrystyczne tylko dla tego tomu. Jest wiele kreacji fikcyjnych, które mają na celu przedstawienie nam zależności ówczesnego świata, oddanie kolorytu społeczności i wykonywanych zawodów (jest harfistka z dworu faraona, jest też i pan do towarzystwa…), ale są i postacie historyczne (rodzina faraona), jak i biblijne (Mojżesz). Zaskakujące jest to, jak autor buduje ich kreacje - opierając się na źródłach o nich, buduje pełne kreacje postaci, tworzy osoby z krwi i kości, które są po prostu ludzkie. Jedni są źli, inni dobrzy, ale najwięcej jest tych pomiędzy - którzy mają w sobie obydwie te cechy. Autor bazując na tym co wie, tworzy coś pełnego, coś, w co dużo łatwiej jest uwierzyć, coś, co daje wrażenie, że wszystkie te biblijne czy historyczne przekazy prostuje. A co ciekawe i chyba najważniejsze, z dwóch źródeł, które nigdy wcześniej nie wydawały się łączyć, tworzy jeden świat - sacrum i profanum funkcjonujące obok siebie, które razem dają pełnię.
“Czym jest szczęście? Brakiem pytań.”
Oczywiście poza bazą zaczerpniętą z religii i historii, jest też i opowieść fikcyjna, która porusza tematy uniwersalne. Tematy takie jak miłość, przemijanie, jak czas, który zdaje się zataczać kręgi. Wszystko przemija i wszystko się powtarza, a my obserwując opowieść ze starożytności i czasów współczesnych, dokładnie takie odnosimy wrażenie. O czasach współczesnych też warto wspomnieć, bo w nich kryje się wątek nieco bardziej kryminalny - jest pewien zamach, pewna intryga… i choć te intermezzo to faktycznie tylko przerywniki, ot cztery fragmenty, to dobrze wprowadzają w powieść element niepewności, jak i są historią, która ciągnie się przez wszystkie tomy… głównie ze względu na zaskoczenie,z jakim autor nas pod koniec zostawia, bardzo chciałabym mieć od razu pod ręką tom czwarty!
“Wszystko się powtarza? Wszystko obraca się we własną karykaturę.”
Éric-Emmanuel Schmitt w cyklu Podróż przez czas robi coś naprawdę niesamowitego. Ożywia historię, łączy wszystko, co dała ludzkość, by zbudować jedną spójną opowieść. Dlatego tak dobrze pasuje tutaj określenie ‘monumentalna’ - bo kiedy w pierwszych tomach to ciągle było bazowanie głównie na przypowieściach, niejakie wprowadzenie, tak teraz zaczyna się łączenie, które faktycznie każdy z nas dostrzeże i doceni. Mamy więc niesamowicie zajmującą, żywą lekcję historii z lekcją filozofii i piękną opowieścią o miłości i przemijaniu, a także wątki lekko kryminalne, które pobudzają czytelnika, dają ten mały dreszczyk emocji. Poza tym “Ciemne słońce” wzbudza po prostu mój podziw - ta wiedza, jaką autor zawarł w powieści, jak przekształcił ją na piękną, porywającą, pełną emocji i ciekawych życiowych prawd powieść, naprawdę robi ogromne wrażenie. Nie mogę się już doczekać co przyniesie i gdzie przeniesie nas tom czwarty!
“Ja na całe szczęście nie odczuwałem tęsknoty za krajem ojczystym. Chociaż z przyjemnością wspominam pewne miejsca z przeszłości, które zniknęły, i chociaż nadal we mnie mieszkają, wcale nie pragnę do nich wrócić, ponieważ widzę w tym ślepy zaułek: żeby do nich dotrzeć, należałoby przemierzyć nie tylko przestrzeń, ale i czas.”
Moja ocena: 8/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 27, 2024

"Morderstwo w Lakeview Hall" Lynn Messina

"Morderstwo w Lakeview Hall" Lynn Messina

Autor: Lynn Messina
Tytuł: Morderstwo w Lakeview Hall
Cykl: Kryminalne zagadki panny Beatrice, tom 1
Tłumaczenie: Maria Kabat
Data premiery: 19.06.2024
Wydawnictwo: Znak Koncept
Liczba stron: 352
Gatunek: kryminał cozy crime / komedia kryminalna
 
Lynn Messina to amerykańska autorka literatury lekkiej - pisze książki zaliczane do gatunków chick lit, cozy crime i regency romance, a na swoim koncie ma już pokaźną liczbę tytułów oscylującą w okolicy dwudziestki. Debiutowała w 2003 roku książką “Moda i sukces” i do tej pory był jedyny jej tytuł, jak ukazał się w Polsce. Teraz, po 20 latach autorka powraca z serią kryminałów cozy crime, które przenoszą nas do Anglii przełomu XVIII/XIX wieku, a “Morderstwo w Lakeview Hall” to jej pierwszy tom. Na rynku rodzimym autorki ukazał się już sześć lat temu i do tej pory seria rozrosła się do dwunastu tomów! Tym samym jest najdłuższą serią w dorobku tej autorki. Mnie pozostaje wyrazić nadzieję, że i u nas polski wydawca na jednym tomie nie poprzestanie!
 
Historia rozpoczyna się z początkiem września, kiedy to Beatrice Hyde-Clare została zaproszona, by towarzyszyć swojej ciotce i jej dzieciom na wydaniu podczas ich wizyty u starej znajomej ciotki, jeszcze z czasów szkolnych, która mieszka w Krainie Jezior w rezydencji Lakeview Hall. Poza nimi w posiadłości ma znajdować się jeszcze jedna arystokratyczna rodzina oraz książę Kesgrave - Damien Matlock. Teraz, 48 godzin później Bea siedzi z nimi wszystkimi przy kolacji i ostatnią siłą woli powstrzymuje się, że nie rzucić jedzeniem w księcia, jako kara za jego pyszałkowatość. Nikt jeszcze w życiu ją nie irytował tak mocno jak ten książę! Oczywiście zatem to jego spotyka nad ciałem pana Otleya w nocy w bibliotece, gdzie udała się, by zaradzić coś na swoją bezsenność. Pan Otley był, podobnie jak oni, gościem w Lakeview Hall, głową drugiej odwiedzającej tę rezydencję rodziny. A teraz leży martwy po solidnym ciosie świecznikiem w głowę… Bea wraz z księciem naradzają się co zrobić i choć ona najchętniej pobiegłabym od razu zawiadomić o tej sytuacja pana domu, to książę jej to perswaduje - gdyby ktoś dowiedział się, że obydwoje byli ciemną nocą w bibliotece, plotkom nie byłoby końca. Ostatecznie Bea, choć niechętnie, opuszcza miejsce zbrodni pozostawiając księciu powiadomienie o sytuacji kogo trzeba. Jednak gdy rano słyszy, że pan Otley zginął w nocy z własnej ręki popełniając samobójstwo, nie jest już skora do większej liczby ustępstw - postanawia sama zorientować się w sytuacji i samodzielnie wytypować mordercę! Czy faktycznie jej się to uda? W końcu przez całe swoje 26letnie życie uważana była za szarą myszkę, a takie przecież nie rozwiązują potajemnie zagadek kryminalnych?
 
Książka rozpisana jest na 14 rozdziałów pisanych w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego z perspektywy Beatrice. Styl powieści jest delikatnie stylizowany na dawny, szczególnie w dialogach, jednak w taki sposób, że nie nastręcza współczesnemu czytelnikowi żadnych trudności, a wręcz odwrotnie, jest przyjemny i uroczy, niewinny, choć przecież opisujący zagadkę morderstwa. Oczywiście cała historia pisana jest w lekkim tonie, są momenty humorystyczne, a i cechy, jakie przejawiają postacie, również do lekko komediowych można zaliczyć. Mamy więc tu delikatny humor sytuacyjny, słowny i zawarty w postaciach.
A skoro już jesteśmy przy postaciach, to skupmy się na chwilę na głównej bohaterce tej historii. Beatrice Hyde-Clare to 26letnia dziewczyna, która w dzieciństwie straciła obydwoje rodziców. Wtedy przygarnęła ją ciotka, mimo tego jednak, że dała jej dach nad głową i jako takie wykształcenie, to przez całe życie traktowała Beatrice jako kogoś gorszego, biedniejszego, nie zasługującego na to, na co zasługuje choćby córka ciotki. Bea nauczyła się zatem siedzieć cicho, ba! Udział w towarzyskich spotkaniach tak ją stresował, że się zaczęła jąkać. My jednak poznajemy ją inaczej, bo niejako od środka, taką jaka jest naprawdę. A w środku to inteligentna, bogata w wiedzę młoda dama, która chciałaby przeżyć w swoim życiu wiele. I ta postać, te oblicze, które do tej pory trzymała zamknięte na cztery spusty w środku siebie, w momencie gdy dowiaduje się o zakłamaniu w sprawie morderstwa, zaczyna wychodzi na wierzch. Oczywiście nadal utrzymuje pozory, ale kiedy jest sama, albo kiedy spotyka księcia, jej hamulce puszczają, a my możemy delektować się kobietą, która potulna wcale nie jest, która dobrze wie, jak zawalczyć o swoje racje. I to tej Beatrice kibicujemy!
Wiele drugoplanowych postaci ma przede wszystkim w historii miejsce komediowo-prześmiewcze, jak np. ciotka Beatrice czy córka lorda, który został zamordowany. Jedna jest strażniczką konwenansów, która ogromnie lubi swoją podopieczną strofować, druga to młoda dama przekonana o swojej doskonałości. Jednak dla czytelnika postacią, która zwraca uwagę zaraz po Beatrice, jest książę Kesgrave, który też niejako pokazuje się z nieco innej strony. Początkowo to bufon jakich mało, pedant i bogacz przekonany o własnej wielkości, który wierzy, że gdy tylko pstryknie palcem, to już obok pojawi się kandydatka na jego małżonkę. A przynajmniej tak widzi go Bea, bo to przecież z jej perspektywy historię poznajemy. No właśnie, ale jak jest naprawdę? Czy nawet taki zarozumialec może okazać się kimś innym niż się wydaje?
 
Intryga kryminalna, zgodnie z tym, co przyjęte w tym rodzaju kryminału, prowadzona jest spokojnie, ze skupieniem na dedukcję. Jest dobrze przemyślana, dobrze osadzona w czasach akcji, czyli przełomu XVIII/XIX wieku, który sprytnie wykorzystuje i wikła w kolejne tropy. Przyznam, że sama na rozwiązanie nie wpadłam, choć patrząc na lekturę już po jej zakończeniu przyznaję, że autorka podsunęła nam kilka właściwych tropów. Oparta na klasycznych zasadach gatunku, daje frajdę z odkrywania kolejnych faktów z życia ofiary i próby ułożenia wszystkich dostępnych informacji w spójną całość.
 
Jednak tym, co najmocniej mi się w tej powieści spodobało, jest solidne osadzenie w czasach, w których się toczy. Autorka bardzo dokładnie oddaje wszystkie zasady, jakie wtedy panowały w towarzystwie, w treść wplata książki, które się wtedy czytało, bitwy, o których się dyskutowało. Panie w czasie wolnym gadają o wyszywaniu i etykiecie, panowie idą na polowanie czy łowienie ryb - wszystko to, co znamy z filmów kostiumowych, tutaj jest naprawdę dokładnie przedstawione. Oczywiście największe zdziwienie w czytelnikach wzbudzą ówczesne konwenanse, zasady towarzyskie, jakich biedna Bea powinna się trzymać. A gdy tego nie robi to cóż… powstają sytuacje mocno komediowo. Dla współczesnego czytelnika ówczesne zasady wydają się śmieszne, dosyć niewyobrażalne przez sztuczny podział społeczeństwa. To równocześnie nieco gorzka nutka, którą podszyta jest komediowa historia z trupem w tle… Muszę przyznać, że autorce udało się wszystkie te elementy połączyć w naprawdę spójną, przyjemną całość.
 
Podsumowując, “Morderstwo w Lakeview Hall” to kryminał utrzymany w lekkim, starym, klasycznym stylu, w którym skupienie czytelnika kierowane jest na łamigłówkę jaką jest zagadka kryminalna. Tutaj dostajemy ją w wersji lekko komediowej przez obraz postaci i przedstawienie czasów, w jakich opowieść się toczy - autorka wykorzystuje to, jaka ówczesna etykieta była zasadnicza, jak bardzo tamtejsze zwyczaje są dla nas teraz nie do przyjęcia i zwyczajnie się z tego podśmiewa tworząc przerysowane sytuacje i kreacji bohaterów. To z jednej strony nadaje lekturze lekkości, tego zabawnego charakteru, z drugiej solidnie osadza akcję na przełomie XVIII/XIX wieku, a z trzeciej zmusza do porównań z jaką wolnością żyje nam się teraz. Naprawdę dobrze się przy tej historii bawiłam i z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy, jeśli się tylko na polskim rynku ukażą!
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Znak Koncept.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!