Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwovesper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwovesper. Pokaż wszystkie posty

października 05, 2022

"Deman" Artur Urbanowicz

"Deman" Artur Urbanowicz

Autor: Artur Urbanowicz
Tytuł: Deman
Cykl: Demanverse, tom 1
Data premiery: 28.09.2022
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 704
Gatunek: literatura grozy
 
Jeśli dobrze pamiętam, to moja przygoda z jednymi z najlepiej wydawanych książek na rynku (czytaj: tych, wydawanych przez Wydawnictwo Vesper) zaczęła się właśnie od debiutu Artura Urbanowicza. Debiutu, co prawda wznowionego, ale jednak. To od „Gałęziste” (recenzja – klik!) pokochałam te wydawnictwo, a przede wszystkim polubiłam się z piórem tego jednego z najbardziej rozpoznawalnych aktualnie autorów polskiej literatury grozy. I myślę, że lepiej trafić nie mogłam, bo jest to autor, który nie daje się wpisywać w schematy, który chce, by każda jego kolejna książka różniła się od poprzedniej, a ponadto – była jeszcze lepsza. I mimo, że faktycznie pierwsze jego książki to przede wszystkim literatura grozy, to ostatnie dwie – „Paradoks” (recenzja – klik!) i „Deman” to także o wiele, wiele więcej…
 
Historia „Demana” ma swoje zaczątki w czasach II wojny światowej, bo w końcu w 2019 rozpocząć się na dobre. To wtedy Dorian Wach, młodziutki ksiądz, pełniący posługę wikarego w jednej z warszawskich parafii, człowiek pełen dobrych chęci i próbujący postępować jak należy, ale jednak w pewnych kwestiach ciągle kierujący się strachem, bierze udział w odprawianiu egzorcyzmów, które prowadzi ksiądz Kropidłowski, jego zwierzchnik i proboszcz parafii. Opętaną, którą się zajmują, jest młoda dziewczyna, która zachowuje się w sposób przerażający – chodzi o ścianach, jej oczy stają się czarne, a głos jakoby podwójny, zza światów… Dziewczyna, a raczej demon, który w niej zamieszkał, zna wszystkie mroczne sekrety obecnych i wykorzystuje je, do osłabienia egzorcyzmów. I po części mu się to udaje – Dorian wpada do basenu, przy którym egzorcyzm się odbywał, Kropidłowski ląduje na ziemi, a dziewczyna… z kawałkiem kafelka w gardle. Kropidłowski zostaje oskarżony o morderstwo, a Dorian trafia do szpitala, gdzie odkrywa, że coś się w nim zmieniło. Ma moc. Słyszy tajemnice, mroczne sekrety, przewinienia ludzi, którzy znajdują się w pobliżu – im większe zło, to woła do niego z większej odległości. Jest niesamowicie silny, może poruszać się niezależnie od grawitacji, a jego wygląd zmienia się nie do poznania… Czy został opętany? Nie całkiem, bo przecież może to kontrolować…
W tym samym czasie Dawid Volkodlak, fighter MMA przygotowuje się do najważniejszej rozgrywki w swoim życiu, która ma zapewnić mu tytuł mistrza świata. Nikt jednak nie wie, że i jego siła pochodzi z innego źródła mocy niż wszystkim się wydaje…
„Niewidzialność, czyli bezkarność. Mało? Podbijmy stawkę: niewidzialność i nieśmiertelność. Nikt nigdy nie dowie się, co zrobiliście. Nigdy nie umrzecie, więc nigdy nie zostaniecie ukarani, niezależnie od tego, co czekałoby was po drugiej stronie. Wyobraźcie to sobie i przeanalizujcie konsekwencje takiego porządku świata.”
Książka złożona jest z dziewięciu części, których tytuły nawiązują do chronologii znanych z filmowych historii o superbohaterach. Pierwsza to coś jakby prolog – składa się z trzech rozdziałów, a każdy opowiada o genezie powstania trzech głównych postaci dysponującymi nadnaturalnymi zdolnościami. Ostatnia część to coś jak epilog zapowiadający temat, który będzie kluczowy dla zagadki z tomu kolejnego. Pozostałe siedem części składa się z 48 rozdziałów prowadzonych w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego z perspektywy przede wszystkim Dawida i Doriana, ale i od czasu do czasu spojrzenie narratora jednak skupia się też i na postaciach drugoplanowych. Opisuje zarówno odczucia postaci, jak i wydarzenia, których są częścią. Styl powieści jest płynny, prosty, jest sporo dialogów, a (nieproszone) myśli bohaterów pojawiające się w ich głowach odpowiednio w tekście zaznaczone. Pojawia się też kilka listów i artykułów z gazet, które skupiają uwagę bohaterów.
„Ludzie tacy są: ferują wyroki, nie dają drugich szans, nie wnikają w kontekst, choć sami nie są nieskazitelni.”
„Deman” to literatura grozy oparta na charakterystyce zaczerpniętej z historii o superbohaterach. Mamy tu więc kilka postaci, które zyskują nadprzyrodzone zdolności. Przede wszystkim są wspomniany w opisie książki Dorian i Dawid. Obydwoje z trudnym dzieciństwem, z którego wyniesione traumy zaważyły na ich drodze życiowej już w czasach dorosłości. Obydwoje żyją z poczuciem winy, sekretem, który nie powinien ujrzeć światła dziennego. Psychologicznie oddani są świetnie, i to zarówno jako ludzie, jak i ci, borykającymi się z mocą, jaka dają im nadprzyrodzone zdolności, które są wyjściem do rozważań na ciekawego zagadnienia.

(Piosenka, która pojawia się się w tej historii i dobrze oddaje zmagania jednego z bohaterów)

„Nie można skupiać władzy w jednych rękach. Zwłaszcza ludzkich. Zbyt dużo pokus, by jej nadużywać. W historii świata jeszcze nigdy nie skończyło się to dobrze.”
Książka przede wszystkim zadaje pytania o to, czym tak naprawdę jest dobro w aktualnych czasach. Pewnie większość ludzi na Ziemi ma się w swojej opinii za dobrych i postępuje według zasad, które w ich mniemaniu takie są. Jednak czy faktycznie? Kto o tym decyduje? Czy coś, co w subiektywnej ocenie jest dobre, jest dobre także w pojęciu ogólnym? Każdy z nas z pewnością wyznaje nieco inny system wartości, więc kto może tu decydować, który z nich jest tym naprawdę właściwym? Jak zdefiniować dobro?
Zło wydaje się dużo prostsze do określenia…
„Jeżeli grzeszysz, jesteś człowiekiem. Jeżeli nie grzeszysz, przestałeś nim być.”
Drugim tematem wynikającym trochę z poprzedniego, jest sposób wprowadzania i utrzymywania porządku w ludzkich społecznie zachowaniach. Dlaczego większość z nas żyje uczciwie, bez popełniania przestępstw, bez wykroczeń? Dlatego, że mamy świadomość kary, jaka grozi za ich nieprzestrzeganie? Zarówno państwo jak i kościół opierają się na takich założeniach. Czy więc dobre zachowania można uzyskać tylko poprzez strach przed karą?
„(…) ludzie są zmuszani do wielu rzeczy i dostosowują się do nich. Muszą jeść, bo inaczej umrą z głodu. Muszą spać, więc częściej funkcjonują w dzień niż w nocy. Muszą chronić się przed zjawiskami pogodowymi, więc wymyślili dachy, parasole okulary przeciwsłoneczne. Dlaczego więc w ten sam sposób nie uświadomić im, jak należy postępować? To tylko nowy element rzeczywistości, w jakiej przyjdzie im żyć.”
Obydwa zagadnienia są bazą wyjściową dla całej tej historii.
 
Kiedy już opisałam to, co w mojej ocenie jest w książce najważniejsze, pora przejść do tematów, które jej towarzyszą. Na pewno trzeba wspomnieć o elementach świata superbohaterów, które tak dobrze znany z filmów, komiksów i ogólnie pojętej popkultury. Urbanowicz świetnie je w swojej powieści zaadaptował, zrobił z nich coś nowego, osadzonego we współczesnej polskiej rzeczywistości. Mamy tu więc odkrywanie mocy, walki pomiędzy superbohaterami i złoczyńcami, wielką bitwę, która jest punktem kulminacyjnym historii, a także relację otoczenia na tego typu postaci i postać kobiecą, dla której superbohater jest w stanie się poświęcić. Cały ten szkielet jest nam dobrze znany, ale tematy są ze sobą połączone w sposób świeży, przez co czytelnik nie ma wrażenia wtórności historii. Urbanowicz stworzył historię o superbohaterach, którą na pewno nie pogardziłoby Hollywood 😉
„Zjawiska nadprzyrodzone kontra ludowe legendy.”
Fabuła toczy się sprawnie, jest przemyślana i dobrze rozpisana – każdy jej element (postacie, wydarzenia, przemyślenia, tematy do zastanowienia) pojawia się we właściwych proporcjach i pasuje do reszty, a co za tym idzie, historia ładnie splata się w całość. Akcja toczy się dynamicznie, oczywiście największe jej zagęszczenie dostajemy w tej wielkiej walce, która jest kumulacją historii naszych polskich superbohaterów.
„Czas to najważniejszy wymiar drogi do dowolnego celu.”
Muszę przyznać, że trochę bałam się historii o superbohaterach, gdyż czasy, kiedy interesowałam się tą tematyką minęły dobrych kilka lat temu. Jednak Urbanowicz po raz kolejny mnie zaskoczył. Temat ten świetnie wpisał w polskie współczesne realia, przez co zgrabnie porusza w nich np. temat polityki, władzy, mediów.
„Czasem problem można rozwiązać inaczej, pod okiem kamer, kiedy patrzy na to cały świat. Pod pretekstem lub niby przypadkiem, korzystając z okazji. A potem wmówić ludziom, że stało się to niechcący, ale na szczęście w imię wyższe go dobra, które udało się osiągnąć.”
Mamy tu więc szkielet, który znamy od lat, ubrany w to, co znamy z naszej codzienności. Do tego cała ta historia jest jakby otoczką do pogadania, zastanowienia się nad tak uniwersalnym założeniem jakim jest dobro, jego pochodzenie i sposób jego egzekwowania w społeczeństwie. Są świetne, dopracowane kreacje postaci, które z założenia są dobre lub złe, ale to jak postępują zależy od wielu czynników. Są przemiany, jest dynamiczna akcja, zagadka, trochę momentów uczuciowych, które mocno wpływają na emocje czytelnika. I choć może znalazłam w książce kilka zbędnych powtórzeń wcześniej już poruszanych kwestii, to są one na tyle delikatne, że nikt, kto rozłoży sobie lekturę na kilka dni (co raczej w normalnym trybie jest konieczne ze względu na objętość książki i niewielką czcionkę) raczej nie będzie w stanie tego wyłapać. Ja przyznaję, że mimo iż „Paradoks” (do którego znajdziemy tu jedno nawiązanie 😉) nadal jest moją ulubioną książką autora, to „Deman” pod wieloma względami jej dorównuje. To zajmująca, dobrze przemyślana historia, z której można wynieść więcej niż tylko rozrywkę, gorąco polecam!
„Jak żyć, kiedy zupełnie nie wiadomo, jak to robić, i przy tylu zmiennych nikt jeszcze nie wymyślił przepisu na udane egzystowanie? Jak podejmować decyzje, kiedy każda może okazać się błędna i prowadzić do katastrofy, nawet jeżeli przyświecają im dobre intencje?"

Moja ocena: 8,5/10
 
Recenzja powstała we współpracy z Agencją Media&Work.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

maja 03, 2022

"Horrorstör" Grady Hendrix

"Horrorstör" Grady Hendrix
 

Autor: Grady Hendrix
Tytuł: Horrorstör
Tłumaczenie: Lesław Haliński
Data premiery: 16.02.2022
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 248
Gatunek: horror / powieść grozy
 
Grady Hendrix to amerykański autor literatury grozy – klimatycznych powieści, w których nie brak satyry i humoru, ale przede wszystkim nawiązań kulturowych zarówno do czasów aktualnych, jak i tych dawniejszych. Na polskim rynku dostępne są cztery jego książki, na rynku amerykańskim już pięć.
„Horrorstör” to debiut literacki Hendrixa, który w oryginalne ukazał się w roku 2014 i do tej pory prawdopodobnie jest jego najlepiej sprzedającą się książką. Nic w tym dziwnego, bo jej wydanie jest naprawdę oryginalne! Na półkach księgarskich oczywiście, bo gdyby tak postawić ją wśród katalogów Ikea, to ciężko byłoby ją znaleźć 😉 U nas książka ukazała się dopiero w tym roku i właśnie dla niej Wydawnictwo Vesper zrobiło wyjątek w warstwie wizualnej swoich tytułów – to chyba jedyna książka Vesper, która ukazała się tylko w miękkiej oprawie i w odbiegających od normy rozmiarach. I znowu – nie dziwi mnie to, w końcu to właśnie wydanie sprawia, że książka jest tak niesamowita i oryginalna!
 
Jak można się domyśleć, historia toczy się na terenie sklepu meblowego, który powstał na wzór salonów meblowych Ikea – nazywa się Orsk i mieści się w Cleveland w USA. Od pewnego czasu pracownicy pojawiający się na porannej zmianie natykają się na dziwne szkody – tu jakieś roztrzaskane naczynia, tu brudna kanapa, jakieś graffiti. Wygląda na to, że do zniszczeń dochodzi w nocy – ktoś ewidentnie musi zostawać w sklepie po zamknięciu, by dokonać tych ataków wandalizmu. Szkody sklepu są coraz większe, zarząd się burzy, zaraz ma zjawić się nadzór, by zbadać przyczynę tych problemów. Basil, kierownik sklepu zaprasza dwie pracownice: Amy i Ruth Anne, by zostały z nim w sklepie po zamknięciu w celu przeprowadzenia nocnej kontroli i wykrycia sprawców zamieszania. Ruth Anne jest najuczynniejszą postacią wśród pracowników, więc chętnie przystaje na propozycję, a Amy boryka z problemami finansowymi, więc mimo niechęci do Basila, też przyjmuje możliwość dodatkowego zarobku. Nadchodzi noc, sklep się wyludnia… Co czeka ich tej nocy? Czy uda im się odkryć przyczynę zniszczeń? Gdyby wiedzieli co odkryją, nigdy w życiu nie zdecydowali by się na tę zmianę…
 
Książka składa się z 17 rozdziałów i epilogu. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje wszystkich uczestników zdarzeń, choć uwagę skupia przede wszystkim na Amy – to ona jest główną bohaterką tej historii. Styl powieści jest naprawdę fajny – autor z lekkością opowiada o najstraszniejszych wydarzeniach często uciekając się do humorystycznych stwierdzeń czy wypowiedzi. Książkę czyta się lekko i szybko.
 
O wydaniu wspomniałam już na wstępie, warto jednak przyjrzeć mu się bliżej. Książka wydana jest dokładnie na wzór katalogu Ikea – już na wstępie dostajemy mapę sklepu, oficjalne powitanie, formularze, kupony i różne inne informacje, które można spotkać w tego typu katalogach. Każdy rozdział nosi tytuł jakiegoś mebla, którego obrazek widzimy na wstępie rozdziału, a pod nim zamieszczony jest krótki opis mebla, zachęcający do kupna. Tak, jednak im dalej, tym robi się coraz mniej normalnie, choć wizualnie katalog wcale się nie zmienia… Nigdy nie widziałam tak wydanej książki, pomysł na to, to po prostu strzał w dziesiątkę! Wszystkie nawiązania, wszystkie elementy tu pasują, są jakby satyrą katalogu. Naprawdę rewelacja!
 

Co do samej historii, która została ubrana w tak ciekawą szatę graficzną, to jest to klasyczna opowieść o nawiedzonym domu, z tym że osadzona we współczesności, a miejscem akcji nie jest dom, a sklep wielkopowierzchniowy. Fabuła pełna jest zwrotów akcji, zaskakujących zdarzeń, a i nie brakuje jej klimatu – chwilami, kiedy jeszcze nie wiadomo było skąd biorą się te wszystkie zaskakujące zdarzenia, naprawdę odczuwałam niepokój. Szczególnie, że czytałam tę książkę przeważnie wieczorami. Później, kiedy już dowiadujemy się, kto za tym wszystkim stoi, robi się już z tego typowy horror – jest trochę zjawisk paranormalnych, choć ich wytłumaczenie jest niezłe. Ja za zjawiskami paranormalnymi nie przepadam, potrzebuję jakiego logicznego uzasadnienia bliskiego realności, by potraktować taką historię poważnie, jednak dla osób lubujących się w paranormalnych horrorach na pewno będzie to satysfakcjonująca lektura. Ja również bawiłam się przez większą jej część naprawdę dobrze.
 
W książce poukrywana jest krytyka współczesnych czasów, a mechanizm sprzedaży i nakłaniania klientów do zakupów jest tu dobrze zobrazowany. Na przykładzie kierownika sklepu, który stoi w kontraście do podejścia Amy, widzimy lekki fanatyzm w wiarę wartości sieci obsługiwanych sklepów. Ogólnie postacie są tu całkiem ciekawe i raczej niejednoznaczne. Basil, mimo odpychającego pierwszego wrażenia, okazuje się godnym przyjaźni człowiekiem, Amy mimo swojego buntowniczego charakteru, jest naprawdę odważna. Każdy z występujących tu bohaterów reprezentuje sobą coś ważnego, co nadaje lekturze głębi, a przede wszystkim przechodzi zaskakującą przemianę. Finał historii… no cóż, nie będę zradzać, powiem tylko, że dobrze obrazuje podejście kardy kierowniczej do zwykłych pracowników.
 
Podsumowując, „Horrorstör” to niesamowicie pomysłowy debiut. Wzrok przyciąga już samo wydanie, które zasługuje na ocenę 10/10. Historia oparta jest na typowych motywach powieści grozy, ale jednak niesie ze sobą trochę więcej – satyrę czasów aktualnych i dobre kreacje postaci. Jest klimat, jest niepokojąco i zaskakująco – bawiłam się naprawdę dobrze, a ze względu, że jest to debiut, tym bardziej książka zasługuje na uznanie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Vesper!



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

grudnia 07, 2021

"Na południe od Brazos" Larry McMurtry

"Na południe od Brazos" Larry McMurtry

 

Autor: Larry McMurtry
Tytuł: Na południe od Brazos
Cykl: Lonesome Dove, tom 1
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Data premiery: 18.10.2017
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 896
Gatunek: western
 
Książka „Na południe od Brazos” to jeden z najpopularniejszych tytułów amerykańskiego pisarza Larry’ego McMurtry’ego. Samo wydawnictwo Vesper mówi o niej, że jest to perła w koronie ich katalogu wydawniczego, bezwzględnie najlepsza powieść sygnowana ich logotypem. Powieść wybitna, powieść totalna. Powieść, którą powinno się w ciągu życia przeczytać. Po jej lekturze z czystym sumieniem mogę się pod tymi stwierdzeniami podpisać.
Larry McMurtry jest autorem dwudziestu dziewięciu powieści, trzech biografii, dwóch zbiorów esejów i ponad trzydziestu scenariuszy filmowych. Jego najważniejszymi powieściami są właśnie „Na południe od Brazos”, które zostało nagrodzone w 1986 roku Nagrodą Pulitzera, oraz „Czułe słówka”. Obydwie książki (i nie tylko) doczekały się swoich ekranizacji filmowych – „Na południe od Brazos” zostało zekranizowane jako miniserial, który na początku lat 90tych ubiegłego stulecia pojawił się też w polskiej telewizji. Książka ta ostatecznie też doczekała się kolejnych tomów, „Ulice Laredo” to kontynuacja tej historii, poza tym powstały jeszcze dwa tomy opowiadające historię toczącą się wcześniej niż „Na południe…”.
Tytuł ten w Polsce po raz pierwszy pojawił się w 1991 roku, jak i kilka innych jego książek, które zostały u nas wydane w latach 90tych. Na początku lat dwutysięcznych pojawiły się jeszcze „Czułe słówka”, a w ostatnich latach Wydawnictwo Vesper przypomniało polskiemu czytelnikowi o tym wybitnym twórcy. Na razie prócz „Na południe od Brazos” Vesper wydało „Ostatni seans filmowy” oraz wspomniane „Ulice Laredo”. I właśnie z okazji tej premiery trafiła do mnie część pierwsza, która to wszystko zapoczątkowała…
 
Fabuła powieści rozpoczyna się w Teksasie, przy samej granicy z Meksykiem. Tam, w małym miasteczku Lonesome Dove biznes prowadzi dwóch przyjaciół – Call i Augustus, którzy od kilku dobrych lat zajmują się sprzedażą bydła i koni, a wcześniej przewodzili słynnemu oddziałowi pograniczników, którzy walczyli z Indianami i Meksykanami. Ich życie toczy się spokojnym rytmem i choć mężczyźni różnią się od siebie jak dzień od nocy, to jednak ich współpraca przebiega pomyślnie. Sytuacja zmienia się, kiedy na ranczo dociera ich dawny przyjaciel – Jake, który ucieka przed szeryfem małego teksańskiego miasteczka, gdzie przypadkowo zastrzelił burmistrza… Jake przekonuje Calla, że powinni się udać z bydłem do Montany, w której jeszcze prawie nikt się nie osiedlił, a która lada moment zostaje uznana za raj do hodowców. Call, o dziwo, pomysł ten podchwytuje – zatrudnia kilku kowbojów, razem z nimi udaje się za granicę po bydło i w końcu z prawie trzema tysiącami krów ruszają na północ. Nikt przed nimi tak daleko nie spędzał bydła, nikt nie odważył się na tak daleką, wielomiesięczną podróż przez tereny, który uznawane są za naprawdę niebezpieczne i to ze względu na Indian i ze względu na ich pustynny charakter. Czy uda im się dotrzeć do celu?
„Pomysł, by pędzić stado przez osiemdziesiąt mil bezwodnego pustkowia, nie był wprawdzie roztropny, ale z lat, które zajęło mu tropienie Indian, Call wyniósł tę wiedzę, iż rzeczy z pozoru niewykonalne często okazują się możliwe. Trudności tylko wtedy wydawały się nie do pokonania, gdy za wiele się o nich myślało i nad wszystkim brał górę strach. Chodziło o to, żeby nieustępliwie przeć naprzód.”
Książka składa się z trzech części i 102 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszystkowiedzącego, który uważnie i naprzemiennie obserwuje bohaterów powieści. Każda kolejna część wprowadza do fabuły kilku nowych bohaterów. Styl powieści jest prosty, stylizowany na dawną mowę. Podczas lektury warto też mieć na uwadze to, że polskie tłumaczenie ma już też 30 lat, więc od czasu do czasu można spotkać trochę dziwną konstrukcję gramatyczną, co jednak kompletnie nie umniejsza przyjemności z lektury. Bo książkę czyta się po prostu doskonale! Płynnie i przyjemnie, prostota z jaką wszystko jest przekazane jest naprawdę mocno zajmująca.
 
Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o pięknym wydaniu, z którego słynie wydawnictwo Vesper. Wizualnie książka prezentuje się doskonale – twarda oprawa, wydanie jest nieco większe niż normalnie, ciekawa grafika na okładce. Książka rozszerzona jest o bardzo konkretne, a równocześnie bogate w ciekawe zagadnienia posłowie Michała Stanka, który określa „Na południe od Brazos” jako powieść totalną, a także o kilka fotografii serialu i zdjęć z epoki. Wszystko to składa się na książkę, która jest perełką w każdej biblioteczce, jednak przy tak wielkiej objętościowo i gabarytowo książce, pierwszy raz naprawdę żałuję, że wydawnictwo Vesper nie zaoferowało nam również ebooka. Mimo że książka prezentuje się naprawdę pięknie, to jednak taką cegłę czyta się po prostu fizycznie trudno. W aktualnych czasach brak ebooka przy takim tytule naprawdę boli.
„Nie próbuj odpłacać bólem za ból (…). W takich sprawach nigdy nie udaje się dokładnie wyrównać rachunków.”
Kwestie wydania to jednak temat poboczny, skupmy się na tym co naprawdę ważne, a zatem na samej powieści. Klika filmów-westernów na pewno w życiu widziałam, jednak to była pierwsza książka, jaką przeczytałam w tym gatunku. I od razu, dzięki genialnego posłowiu, uświadomiłam sobie jak wiele więcej dał nam autor pod przykrywką tego gatunku. Western to powieść o kowbojach i Indianach, którzy prowadzą między sobą walki na Dzikim Zachodzie. Często jest spęd bydła i kilka typowych ról kobiecych. Wszystko to tutaj znajdziemy. Mamy wielką wyprawę, spęd bydła przez cały obszar Stanów Zjednoczonych w czasach, kiedy ziemie te dopiero się zaludniały. Indianie przedstawieni są jako ci źli, choć już tutaj mamy trochę odstępstw od gatunku – prócz tych złych, którzy krzywdzą białych, są i ci, którzy potrafią żyć z nimi w zgodzie. Oczywiście głównymi postaciami jest garść kowbojów, którzy nadzorują przeprawę bydła, są też wspomniane postacie kobiecie – Lorena, kobieta lekkich obyczajów marząca o lepszym życiu w innym miejscu oraz Klara, dawna miłość Gusa, której utraty ciągle nie potrafi przeboleć. Jest szeryf, właściciel saloon-baru i tym podobne postacie kojarzące się z tym gatunkiem. Jednak głębia każdego bohatera pojawiającego się w powieści jest naprawdę zaskakująca. Autor niesamowicie dobrze przedstawił psychologię swoich bohaterów, ich bolączki i motywy działania. Każda postać jest inna, każda przedstawia coś innego, każda boryka się z czymś innym, a jednak wszyscy razem przez kilka dobrych miesięcy biorą udział we wspólnej, niebezpiecznej przygodzie.
„Taka właśnie jest dzicz: kryją się w niej rozmaite niebezpieczeństwa i na tym między innymi polega jej urok. Indianie władają tym krajem od wieków. Dla nich jest cenny, bo stary, a nas podnieca, bo taki nowy.”
Książka przede wszystkim jest powieścią drogi. Nasi kowboje przemierzają cały kraj w poszukiwaniu lepszego życia. Każdego ta wędrówka zmienia, każdy w pewien sposób dojrzewa. Najlepszym przykładem tego jest postać młodego chłopaka, Newta, który wiele lat temu został przygarnięty przez Calla i Gusa, a teraz po raz pierwszy pełni rolę kowboja, po raz pierwszy trzyma broń. Newt właśnie w tej przeprawie zderza się z prawdziwym światem, obserwuje jego urok, ale i grozę, uczy się jak radzić sobie w sytuacjach, które wymagają natychmiastowej reakcji. Newt dojrzewa, w czasie podróży staje się mężczyzną, który przestaje się bać i zaczyna w siebie wierzyć. To jedna z postaci, którą polubiłam najmocniej, a jak okazało się w posłowiu, to właśnie on jest tytułowym samotnym gołębiem (w oryginale książka nosi tytuł „Lonesome Dove”).
Poza Newtem oczywiście wszyscy pozostali uczestnicy dzięki tej przeprawie też zaczynają na życie spoglądać inaczej i to tyczy się też obydwu panów, którzy zapoczątkowali ten spęd. Mimo że są to mężczyźni doświadczeni, starsi, to jednak okazuje się, że są rzeczy, które dopiero taka wędrówka przed nimi odkrywa…
„- (…) Ja tam się cieszę, że nie wyszedłem z wprawy w błądzeniu.
- A po co człowiekowi taka wprawa? Ja bym myślał, że błędów raczej woli się unikać.
- Skoro nie sposób ich uniknąć, trzeba się nauczyć, jak sobie z nimi radzić. Jeżeli tylko parę razy w życiu stajesz oko w oko ze skutkami własnych pomyłek, musi to okropnie boleć. Ja swoim błędom patrzę w twarz codziennie, więc niewiele bardziej mnie bolą niż golenie na sucho.”
Sama wyprawa jest też niesamowita i dosyć smutna. Tyle niebezpieczeństw ile czeka na jej uczestników, tyle trudnych przemyśleń i sytuacji. Czy bohaterowie porwali się na coś, czemu nie dadzą rady sprostać? Coś, co ich przerośnie? W pewnym momencie wydaje się, że tak, że porwali się z motyką na słońce… Kraj jest groźny, pusty i nieprzyjazny, i nie tylko Indianie są zagrożeniem. Węże, brak wody, warunki atmosferyczne, to tylko część problemów z którymi przyjdzie się bohaterom zmierzyć.
„Nigdy w życiu nie pił czegoś tak smakowitego. Nawet nie przypuszczał, że można być tak spragnionym najzwyklejszej w świecie wody. Przypomniało mu się, ile razy pił do syta, nie przykładając do tego większej wagi. Postanowił bardziej się delektować przy następnej okazji – jeżeli będzie ją miał.”
Mimo że jest to powieść przedstawiająca historię fikcyjną, to autor sprytnie powplatał wiele z prawdziwej historii Stanów Zjednoczonych. Dobrze oddał styl życia, warunki w jakich żyli wtedy ludzie, jak wyglądały miasta i osiedlanie nowych mieszkańców. W posłowiu Stanek świetnie to wszystko wyjaśnia, nie będę więc za nim powtarzać, jednak musiałam zaznaczyć, że i pod powieść historyczną można tę książkę wpisać.
 
„Na południe od Brazos” to jedna z tych powieści, o których można by pisać i pisać, a i tak nie powiedziałoby się wszystkiego. To wielowątkowa historia, w której przeplatają się losy wielu postaci, a każda z nich opisana jest z ogromnym wyczuciem i zrozumieniem. To powieść, która urzeka spójnością, prostotą i po prostu swoją historią. To zarazem powieść prosta i głęboka, która zbudza ogrom emocji – kilka razy nad nią płakałam, śmiałam się, cieszyłam i smuciłam. Mimo niewygody podczas lektury ogromnie cieszę się, że dane mi było ją przeczytać. Nie wydaje mi się, bym mogła o niej kiedykolwiek zapomnieć, zostanie ze mną na zawsze.
 
Moja ocena: 9/10
 
Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Vesper!  

września 22, 2021

Warszawskie Targi Książki 2021 - relacja

Warszawskie Targi Książki 2021 - relacja
Od 9 do 12 września w Warszawie odbywały się Targi Książki. Była to już 11. edycja tego międzynarodowego wydarzenia, tym razem jednak w innym miejscu - przed Pałacem Kultury i Nauki na Placu Defilad, i o innej porze roku - zawsze odbywały się w maju, teraz ze względu na pandemię zostały przełożone na wrzesień i to rok później, niż były planowane! Prawdopodobnie właśnie ze względu na te zmiany oraz ciągle jeszcze szalejące zagrożenie kolejnym lockdownem część wydawnictw, które zjawiały się zawsze, w tym roku się nie pojawiła, przez co wydarzenie było trochę bardziej kameralne. Dla mnie na pewno to był plus, gdyż te targi były moim pierwszym w życiu takim wydarzeniem, na którym miałam okazję się pojawić! I już teraz miałam pełne trzy dni biegania od stoiska do stoiska, więc nie wyobrażam sobie jak to miałoby wyglądać, gdyby tych spotkań autorskich i wywiadów było jeszcze więcej!

Na miejsce udałam się 10 września, w piątek, gdyż zwyczajowo dzień pierwszy targów przeznaczony jest głównie dla szkół, bibliotek i księgarzy. Z warszawskiego dworca odebrała mnie siostra - Słoneczna Strona Życia, dzięki której w ogóle moje pojawienie się na tych targach było możliwe. I tak ruszyłyśmy na pierwsze spotkania autorskie.
Przed godziną 17:00 udało nam się dobiec do Aleksandry Borowiec, autorki "Gwiazdy Szeryfa" (recenzja - klik!). Dla mnie te spotkanie było ważne przede wszystkim z dwóch powodów: po pierwsze, jej książka została objęta moją patronacką opieką, po drugie, to było moje pierwsze spotkanie autorskie w całym moim życiu! I było naprawdę miło, tym bardziej, że i Ola ucieszyła się na mój widok 😊 Chwilkę porozmawiałyśmy, pośmiałyśmy się, uwieczniłyśmy spotkanie na zdjęciu i trzeba było ruszać dalej!


Drugim punktem naszego piątkowe programu była rozmowa i spotkanie autorskie z Karoliną Macios, autorką  rewelacyjnego "Czarnego morza" (recenzja - klik!) i "Nadchodzącej fali". Na spotkanie nie zdążyłyśmy, ale autorka była na tyle miła, że podpisała nam książki po godzinnym wywiadzie, który przeprowadził z nią Piotr Dobrołęcki, redaktor naczelny magazynu KSIĄŻKI. Autorka okazała się bardzo miłą, zabawną i elokwentną osobą, a rozmowa była tym bardziej interesująca, gdyż mowa była nie tylko o książkach autorki, a również o jej pracy w wydawnictwie - z tym rynkiem związana jest od lat, zna wydawnictwa od kuchni, a teraz jest niezależną redaktorką współpracującymi z tak głośnymi nazwiskami jak np. Wojciech Chmielarz czy Maciej Siembieda. 


Na koniec zrobiłyśmy szybką rundkę po stoiskach wystawców, a ja odwiedziłam namiot czeski, w którym w końcu miałam przyjemność poznać się z paniami pracującymi w Wydawnictwie Afera. I na tym pierwszy dzień targów się dla nas zakończył.


Za to w sobotę plan napięty był od samego południa. Równo o 12:00 miała miejsce rozmowa z Ivą Procházkovą, autorką czeskich kryminałów, z których najnowszy pt. "Zagraj mi na drogę" (recenzja - klik!), zastał objęty moim patronatem medialnym. Rozmowa trwała godzinę i była niezwykle ciekawa! Dotyczyła głównie nowej książki autorki, ale i gdzieś tam pomiędzy, Procházková dzieliła się swoimi doświadczeniami życiowymi, a biorąca też udział w rozmowie Julia Różewicz, tłumaczka i właścicielka Wydawnictwa Afera, opowiadała też trochę o swoich wyborach w tłumaczeniu czeskiej literatury. 
Po rozmowie nadszedł czas na podpisywanie książek oraz pamiątkowe zdjęcia. Kolejka do autorki była spora i ze względu na barierę językową i lekkie zamieszanie w namiocie nie miałam za bardzo okazji z nią prywatnie porozmawiać, ale za to na zdjęciu upamiętnioną mam nie tylko autorkę, ale i Julię Różewicz i graficzkę Kasię Michałkiewicz-Hansen, która odpowiada za wszystkie trzy świetne polskie okładki tej serii. 


W tym samym czasie odbywała się rozmowa z Tomaszem Żakiem, debiutantem, autorem "Trzydziestki". Sama tę lekturę mam ciągle jeszcze przed sobą, ale po tak wesołym spotkaniu, jaki autor zapewnił nam przez tę godzinę, na pewno jestem do książki mocniej zachęcona! Dawno nie spotkałam tak pozytywnie zakręconego człowieka!


Popołudniu spotkałyśmy się z Małgorzatą Oliwią Sobczak, autorką cyklu Kolory Zła ("Czerwień" recenzja klik!, "Czerń" recenzja klik!) i krótko porozmawiałyśmy o jej pisarskich planach na przyszłość - nic oficjalnie nie zdradzam, powiem tylko, że zdecydowanie jest na co czekać!


Sobotni dzień zamknęłyśmy spotkaniem z Magdą Stachulą, autorką thrillerów psychologicznych domestic noir, której książki czytam od lat ("Odnaleziona" recenzja klik!). Było mi więc bardzo miło, kiedy i sama autorka mnie rozpoznała 😊 Znowu chwilkę miło porozmawiałyśmy, powypytywałam o plany na przyszłość - będzie coś na pewno w przyszłym roku! Już czekam!


W ciągu dnia, pomiędzy spotkaniami z autorami, w końcu udało się wypatrzeć w tłumie znajome twarze! W sobotę miałam przyjemność poznać na żywo Jolę z @czytanie.na.platanie, z którą odbyłam, jak na warunki, dosyć długą rozmowę, a z której cieszę się przeogromnie, bo Jola okazała się osobą naprawdę przesympatyczną! W niedzielę udało nam się spotkać na chwilę znowu, a nawet dzięki niej na jednej z rozmów razem z siostrą miałyśmy miejsca siedzące 😊 Drugą osobą, na którą natknęłyśmy się w biegu była Zuza z @zuzamaniek i faktycznie było to spotkanie w biegu - liczyłyśmy, że uda się w ciągu dnia spotkać jeszcze raz na chwilę rozmowy, ale niestety nie wyszło. Miło jednak, że udało się choć zrobić zdjęcie pamiątkowe 😊


Na koniec drugiego dnia targów zrobiłyśmy sobie również siostrzane zdjęcia zarówno z Pałacem Kultury w tle, jak i te upamiętniające nasze blogowe koszulki!



I tak nadeszła w końcu pora na dzień trzeci targów - ostatni. Tym razem książek do podpisów miałyśmy jeszcze więcej, a spotkania zaczynały się już od 11:00! Pierwszym, na które się udałyśmy tego dnia było z Anną Potyrą, autorką cyklu o komisarzu Lorenzie ("Pchła" recenzja klik!, "Potwory" recenzja klik!). Dla mnie to było naprawdę ważne spotkanie, bo sama autorka raczej w mediach się nie udziela (na spotkaniu pochwaliła mi się, że właśnie, po wielu namowach, założyła profil na fb, więc teraz możecie ją znaleźć tutaj - klik!), więc tak naprawdę nie wiedziałam, kto za książkami stoi, a jej cykl kryminalny jest dla mnie wyjątkowy - "Pchła" to był pierwszy mój patronat w ogóle, zaledwie po pół roku istnienia tego bloga, a zarazem był to też debiut autorki w gatunku kryminał. Autorka też od razu mnie rozpoznała, nasza rozmowa była niezwykle przyjemna. Dowiedziałam się trochę o pisarskich planach na przyszłość, a także skąd w ogóle takie ciągotki do tego gatunku literackiego. Było miło i wesoło!


Chwilę później, na tym samym stoisku dopadłyśmy Wojciecha Wójcika, autora książek kryminalnych, m.in. "Kursu na śmierć" (recenzja - klik!), któremu w tym roku miałam przyjemność patronować. Autor zdradził, że jest lekko zestresowany, bo były to jego pierwsze targi, na których pojawił się jako autor, ale i tak chwilkę miło o jego twórczości udało nam się porozmawiać. 


W tym samym czasie odbywało się spotkanie z Magdaleną Majcher, kolejka była spora i duże zamieszanie, ale kiedy już udało się nam dostać do pisarki, to i znalazła się nawet dłuższa chwila na rozmowę - i znowu usłyszałam takie plany pisarskie na przyszłość, że już teraz jestem przyszłorocznych książek naprawdę przeciekawa! Na razie jednak muszę ze wstydem nadrobić "Mocną więź"! Kusi mnie też najnowsza książka autorki pt. "Obca kobieta".


O tej samej porze, co dwa powyższe spotkania, miała miejsce rozmowa z Robertem Małeckim - udało nam się zdążyć na drugą połowę, w czasie której padały pytania od publiczności i chwilę autor opowiadał o serii z Grossem, a i krótko napomknął o najnowszej książce pt. "Najsłabsze ogniwo". Autor wydaje się być człowiekiem niezwykle spokojnym, ale i skorym do żartów, szkoda że nie udało się wysłuchać całej rozmowy, ale jako że to dosyć popularny autor, to na pewno będzie jeszcze okazja do kolejnego spotkania. 


Po rozmowie z Małeckim znowu na szybko trzeba było pędzić do kolejnych autorów. Pognałyśmy więc na stoisku Wydawnictwa Vesper i jako druga załapałam się do kolejki do Artura Urbanowicza, znanego polskiego pisarza powieści grozy, z których najbardziej podobała mi się jego ostatnia książka pt. "Paradoks" (recenzja - klik!). Nie jestem pewna czy autor skojarzył mój blog, ale udało nam się krótko porozmawiać o tej książce, ogólnie o jego twórczości i o tym, że warto testować nowe, a także znowu powypytywałam o najbliższe plany pisarskie. Było naprawdę miło!


W tym samym czasie swoje książki podpisywała Małgorzata Starosta, autorka komedii kryminalnych, której książki od dawna chciałam poznać, a dopiero teraz udało mi się zdobyć jej najnowszy tytuł pt. "Wina wina". Autorka od razu mnie rozpoznała, dała znać, że dobrze zna mój blog i rozumie czytelnicze zabieganie. Było miło, przyjaźnie i naprawdę wesoło! A ja obiecałam, że szybko ukaże się moja recenzja jej najnowszej książki, więc na pewno niedługo tę obietnicę spełnię! 


I znowu trzecie wydarzenie trwające dokładnie w tym samym czasie! Biegiem udałyśmy się na rozmowę z Igorem Brejdygantem, autorem kryminałów i scenarzystą, którego najnowszy tytuł "Wiatr" można było zdobyć przedpremierowo właśnie na tych targach. I książka cieszyła się taką popularnością, że chwilę później, podczas podpisywania książek, właśnie tego tytułu na stoisku zabrakło! Na szczęście autor w W.A.B. wydał więcej książek, więc i tak było co podpisywać 😊 Rozmowa z autorem była bardzo ciekawa, Brejdygant opowiadał o swoich doświadczeniach z gór oraz o trochę pracy scenarzysty filmowego. Naprawdę interesujące tematy!


Pomiędzy, lub w trakcie tych wszystkich spotkań znowu udało się wypatrzeć w tłumie kilka znajomych twarzy. O Joli już wcześniej wspominałam, a już z samego rana, przy stoisku z Anną Potyrą wpadła na nas Asia z bloga czytaska.pl, której wpisom przyglądam się od samego początku mojego bloga, śledzę uważnie jej rozwój, więc naprawdę przemiło było w końcu zobaczyć się na żywo! Już teraz liczę, że niedługo spotkamy się znowu 😊 Chwilę później, przy stoisku z Magdaleną Majcher wpadłam na Malwinę z @zakatek.czytelniczy. Zamieniłyśmy dosłownie trzy słowa, zrobiłyśmy pamiątkowe zdjęcie i okazało się, że grono bookstagramerek jest tu dużo większe! W kolejce do autorki stały też Marta z @misera_ble, Asia z @panda_zksiazka_ i Marta z @bookholiczka_poleca. Z tego szoku, że tyle dziewczyn poznałam w jednym miejscu, zapomniałam o zdjęciach pamiątkowych! Mam nadzieję, że nadrobimy to następnym razem 😉


Na sam koniec zrobiłyśmy sobie już ostatnie siostrzane pamiątkowe zdjęcie i nadeszła pora, by wracać do domu!


To były naprawdę intensywne, mocno zabiegane trzy dni! Mimo powoli rosnącego garbu od noszenia tych wszystkich książek i zmęczenia ścinającego z nóg, moja czytelniczo-społeczna strona jest naprawdę przeszczęśliwa, że w końcu udało mi się uczestniczyć w tak ważnym czytelniczo wydarzeniu! Cudownie było porozmawiać z autorami na żywo, poznać tych, którym książkom mam przyjemność patronować, a do tej pory nasze kontakty ograniczały się do wymiany maili poprzez wydawnictwo. Spędziłam cudowny czas z równie mocno zafiksowaną na punkcie książek siostrą i jej dwójką dzieciaków, które również podzielają naszą miłość do czytania! No i spotkałam w końcu dziewczyny, z którymi od prawie trzech lat znałam się tylko przez blogi i profile instagramowe, a teraz w końcu mogłyśmy ze sobą chwilę pogadać na żywo! Niesamowicie miły czas, mam nadzieję, że wkrótce uda nam się to powtórzyć! I spotkać też nowe osoby, by przecież nasza społeczność jest naprawdę duża!


Dziękuję za cudowne trzy dni!

października 22, 2020

"Paradoks" Artur Urbanowicz

"Paradoks" Artur Urbanowicz

Autor: Artur Urbanowicz
Tytuł: Paradoks
Data premiery: 16.09.2020
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 592
Gatunek: thriller / literatura grozy / science fiction

Artur Urbanowicz jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych polskich pisarzy w gatunku literatury grozy. Debiutował w roku 2016 powieścią „Gałęziste”, która rok temu została ponownie wydana przez Wydawnictwo Vesper (recenzja – klik!). Na swoim koncie ma jeszcze trzy powieści – „Grzesznika”, „Inkuba” (recenzja – klik!) i oczywiście „Paradoks”. Jest kilkukrotnym laureatem Złotego Kościeja i Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. W „Paradoksie” autor ewidentnie wiele czerpie z własnego doświadczenia – z wykształcenia jest matematykiem, z charakteru perfekcjonistą...

Podobnie jest z Maksem, głównym bohaterem powieści – Maks mam 22 lata i jest studentem trzeciego roku matematyki. Jest też chorobliwym perfekcjonistą – musi zawsze być najlepszy, najefektywniejszy i najmądrzejszy. Do życia podchodzi z matematyczną precyzją, co niestety mocno odbija się na jego życiu prywatnym – ciężko dogadać się z ludźmi, kiedy cały czas wytyka im się nieścisłości i podchodzi się do nich z poczuciem wyższości… Maks jest również mocno krytyczny wobec siebie – nieustannie wytyka sobie najmniejsze błędy, przez które nie czuje się perfekcyjny. Jego obsesja na tym punkcie jest mocno nacechowaną złą energią oraz złością, chłopak nie potrafi odpuszczać. Jego życie płynie dosyć stałym rytmem do 25 stycznia, gdy policja zatrzymuje go za nieprawidłowe przejście przez drogę – policjanci mówią, że już wczoraj zwracali mu na to uwagę, jednak Maks jest przekonany, że nic takiego nigdy się nie wydarzyło… Kiedy wokół niego zaczyna się dziać coraz więcej tak dziwnych zdarzeń, chłopak zaczyna podejrzewać, że chodzi za nim ktoś kto wygląda i się za niego podaje… Czy faktycznie ktoś taki istnieje czy to po prostu kolejny etap obsesji i paranoi bohatera?
„Obsesję człowieka zawsze można wykorzystać jako jego słabość.”
Książka składa się z prologu i czterech tytułowanych części, które dzielą się na rozdziały i podrozdziały – te opatrzone są datą oraz dniem tygodnia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, w większości skupia się na Maksie, w mniejszości na detektywie zajmującym się jego sprawą i dwóch innych osobach. Styl powieści jest ciekawy – dużo tu dialogów, dużo przemyśleń i matematyczno-logicznych zagadnień, nie brakuje też akcji. Książkę, mimo tych matematycznych wstawek, czyta się naprawdę dobrze, wszystko jest zrozumiałe, a fabuła rozłożona jest tak, że już od początku dziwnie wciąga. Szczerze – mimo tych 600 stron najchętniej przeczytałabym książkę na jeden raz! Niestety brak czasu mi na to nie pozwolił, więc przez cztery czy pięć dni myślami byłam cały czas przy Maksie i jego paradoksach 😊 Naprawdę ciężko jest się od tej fabuły uwolnić 😊

Ciężko też o niej pisać nie zdradzając kluczowych informacji, więc podejrzewam, że ta recenzja długa nie będzie. Po pierwsze warto oczywiście zwrócić uwagę na rewelacyjną postać głównego bohatera – pewnie każdy z nas gdzieś tam bardziej lub mniej posiada gen perfekcjonizmu, chęć pracy nad sobą i poszanowania dla własnego czasu. U Maksa jednak nie jest to chęć zdrowa. U niego wszystko jest mocniej, z większą intensywnością – jego pragnienie perfekcyjności staje się niezdrową obsesją, która prowadzi do innych zaburzeń, czy to obsesyjno-kompulsywnych czy jeszcze poważniejszych. Maks nie jest otwarty na nowe doświadczenia, nie ma dla siebie wyrozumiałości – nie rozumie, że człowiek nie może być perfekcyjny. Coraz mocniej zatraca się we własnym dążeniu do doskonałości, po drodze gubiąc wszystko inne, nawet zrozumienie samego siebie. Mimo tak ogromnego natręctwa, nie jest jednak w stanie nie popełniać błędów – to w końcu cecha ludzka. On jednak nie umie tego zaakceptować, co tylko powoduje w jego głowie coraz większy bałagan, co prowadzi do dużo poważniejszych konsekwencji… Na jego przykładzie możemy zobaczyć do czego prowadzi chorobliwa perfekcja, możemy się uczyć, że obsesyjne dążenie do doskonałości w byciu najlepszym uczniem czy pracownikiem nie idzie w parze z innymi, równie ważnymi częściami życia. Przez to człowiek traci powiazanie z innymi ludźmi, nawet z tymi, którzy z założenia są z nim związani genetycznie. A kto chciałby być całkiem sam na świecie? Samotny w wielkim, pełnym ludzi mieście? Nie da się żyć bez drugiego człowieka, a by żyć z kimś, trzeba się nauczyć tolerancji i wybaczania błędów nie tylko sobie, ale i innym. Maks tego nie rozumie i ponosi tego konsekwencje.
“Jak to jest, że traktujemy obcych lepiej niż bliskich, których w założeniu mamy kochać? Dlaczego kiedy przyzwyczajamy się do czegoś, przestajemy to doceniać?”
I tutaj trochę już jestem zablokowana, bo nie za bardzo mogę napisać o czymkolwiek innym, tak by nic z fabuły nie zdradzić. I w książce po części właśnie o to chodzi – cały czas nie wiadomo jakie jest rozwiązania zagadki, bo zagadka po części kryminalna oczywiście jest tu obecna. Autor bardzo sprytnie rozłożył wszystkie wskazówki, wszystkie tropy, tak że od samego początku lektury czujemy niepokój, wiemy że coś jest nie tak, tylko oczywiście nie wiemy co. Wraz z biegiem lektury te uczucia się nasilają, bohater plącze się w coraz to nowe dziwne sytuacje, które powodują tylko większy mętlik w naszej głowie. Nigdy bym nie powiedziała, że książka opowiadająca o naprawdę niesympatycznym matematyku może być tak ogromnie wciągająca!

Oprócz analizy ludzkiej psychiki pod względem dążenia do perfekcji, związków społecznych i rodzinnych, autor porusza tu też pewien temat z zagadnień filozoficzno-fizycznych. Niestety nie mogę dokładniej powiedzieć o co chodzi, jednak temat ten jest naprawdę świetnie przemyślany i prosto czytelnikowi wytłumaczony.

Recenzja miała nie być długa, zatem pora kończyć. Żałuję, że nie mogę Wam o książce opowiedzieć więcej, bo jest w niej tyle tematów wartych poruszenia! Niestety gdybym o nich wspomniała, mogłabym Was zasugerować część rozwiązań, a samodzielne do nich dochodzenie jest połową frajdy z tej powieści. Ogólnie jest to książka rewelacyjna pod względem spojrzenia na człowieka i jego charakter. Akcja rozpisana jest tak, że nie sposób ją odłożyć – cały czas dzieje się coś na tyle dziwnego, że od razu chcemy wiedzieć o co chodzi. W porównaniu z poprzednimi książkami autora, ta jest dużo bliższa realności, jeśli przy powieści z wątkami sf można tak powiedzieć 😊 Nie ma tu jednak czarownic, czy leśnych duszków, jest coś, co jest dużo bardziej prawdopodobne. Według mnie, wpośród tych trzech książek Urbanowicza, które miałam okazję czytać, ta jest zdecydowanie najlepsza! Proszę więcej tego typu powieści!

Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Vesper!



czerwca 15, 2020

"Całopalenie" Robert Marasco

"Całopalenie" Robert Marasco


Autor: Robert Marasco
Tytuł: Całopalenie
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Data premiery: 22.04.2020
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 324
Gatunek: literatura grozy

Robert Marasco to amerykański pisarz żyjący w XX wieku. Początkowo był nauczycielem języków klasycznych, później po sukcesie sztuki „Child’s play” poświęcił się pisaniu. Swoją karierę pisarską rozpoczynał od gatunku komedia, który w tamtych czasach królował na rynku amerykańskim. Przy „Child’s play” postawił jednak na jego przeciwieństwo – literaturę grozy. Historia była straszna, mroczna i gotycka, pierwszy spektakl nie miał pełnego obłożenia, co jednak szybko się zmieniło. Sztuka została doceniona, wystawiono ją 343 razy i zdobyła kilka statuetek Tony. Na jej podstawie powstał później również film.
„Całopalenie” to drugie dzieło, z którego znany jest pisarz. Tak naprawdę też ostatnie – późniejsze jego powieści i sztuki już nie spotkały się z entuzjazmem. „Całopalenie” zostało wydane w 1973 roku. Najpierw miała to być sztuka, mroczna komedia, jednak ostatecznie przybrała kształt powieści grozy. Książka sprzedała się bardzo dobrze, powstał też na jej podstawie film. Autor sprytnie wplótł w fabułę aktualne społeczne niepokoje – kryzys finansowy i uciekanie miastowych na przedmieścia. A jak historia wypada w czasach współczesnych?

Marian i Ben są wieloletnim małżeństwem. Mają kilkuletniego syna Davida i mieszkanie w ciasnej, brudnej i głośnej kamienicy w Queens. Obydwoje są już zmęczeni kurzem, hałasem i zagęszczeniem ludności, w których przyszło im żyć. Niestety nie mają specjalnych oszczędności, by było ich stać na zmianę swojej sytuacji – tylko Ben pracuje, Marian czasami dorywczo coś znajduje, ale głównie siedzi w domu, sprząta i podziwia swoje antyczne zbiory – jest kolekcjonerką mebli. Kiedy kolejne lato zbliża się nieubłaganie Marian wpada na pomysł, by poszukać czegoś na wynajem poza granicami miasta – jedno ogłoszenie w gazecie robi na niej wrażenie – właściciele szukają lokatorów do dużego domu z basenem położonego nad zatoką na całe lato. Cena wynajmu nie jest zaporowa, jedynie właściciele wydają się ciut ekscentryczni. Ale ich przecież latem nie będzie, prawda? Więc nie ma co się zastanawiać! Marian i Ben decydują się na spędzenie lata na wsi, zapraszają też na wakacje ciotkę Bena, ponad 70letnią panią. Po przyjeździe Marian jest oczarowana wnętrzem, od razu bierze się za porządki… Ben, David i ciotka Elizabeth również znajdują sobie zajęcia. Szybko okazuje się jednak, że z domem jest coś nie tak – każda z przebywających w nim osób zmienia się wcale nie w pozytywny sposób…

Książka składa się z 11 rozdziałów oraz posłowia Grandy’ego Hendrixa – jest krótkie i rzeczowe. Dodatkowo powieść została ozdobiona kilkoma grafikami Macieja Kamudy. Wydanie, jak zawsze u Vesper, jest eleganckie i solidne.
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia dorosłych postaci, najczęściej jednak opisuje przeżycia Marian. Styl jest uważny i spokojny, przywiązuje ogromną uwagę do opisu otoczenia, co nadaje książce niepowtarzalnego klimatu.

Baza powieści jest sprytnie wymyślona. Kto z nas nie chciałby uciec z dusznego, zatłoczonego miasta w środku lata na wieś, do ogromnego starego dworku, chłodnego, urokliwego i spokojnego? Spiżarnia pełna, dookoła cisza, spokój, plaża, zatoka… Cena śmiesznie niska. Podejrzewam, że wielu z nas nie zastanawiałoby się dwa razy – ja wiem, że na pewno bez wahania zdecydowałabym się na tak cudowne spędzenie lata. Myślę, że w latach 70tych XX wieku w samym środku Ameryki, w zatłoczonym Queens, potrzeba ucieczki była jeszcze większa – a przynajmniej tak sugeruje nam autor posłowia. Mieszkańcy miasta na gwałt szukali posiadłości na przedmieściach, masowo uciekali z miast. Niestety kryzys finansowym, który dopadł większą część społeczeństwa, bardzo utrudniał zmianę lokum. To był problem, który mocno w tamtym czasie zaprzątał społeczeństwo, a Marasco sprytnie to wykorzystał. U niego sielskie, wymarzone wakacje powoli i niepostrzeżenie zmieniają się w koszmar.
„…czasem czuję, jakbym miał gdzieś mały przycisk. I jest na nim nalepka… „Samozniszczenie”. Jest na podeszwie mojej stopy, na moim zadku albo gdzieś, gdzie ciągle go niechcący naciskam.”
O nawiedzonych domach historie powstawały już wcześniej. Jednak najczęściej były to bardzo abstrakcyjne twory, domy nawiedzone były przez złe duchy, a śmiałkowie brali za cel ich zbadanie. Marasco wymyślił coś innego – tu dom owszem, też jest bohaterem, ale cichym i niepokojącym – jego przemiana jest spokojna, dzieje się bez zbędnego splendoru i hałasu. Tu nic nie wyskakuje z kątów, tu gra toczy się na płaszczyźnie psychicznej – przebywanie w tym miejscu robi coś z mieszkańcami, coś złego… Uwidacznia ich niepokoje, lęki, ale i umacnia ich negatywne cechy, co ostatecznie prowadzi do katastrofy. Mrocznej, przerażającej, ale równie cichej. W tamtych czasach zabieg był bardzo innowacyjny, i to na jego podstawie dopiero później powstały takie głośne dzieła jak np. „Lśnienie”, z którym ta historia właśnie mocno mi się kojarzyła. Marasco pokazał inny sposób na sianie grozy – nie musi być efektownie, ale trzeba wykorzystać ludzkie odwieczne lęki.

Warto wspomnieć też o klimacie powieści – akcja toczy się niespiesznie, a rezydencja opisana jest szczegółowo i bardzo urokliwie. Z kart powieści wręcz wylewa się zamiłowanie Marian (i narratora?) do pięknych, starych wnętrz, widać też, że narrator zna się na rzeczy. Najbardziej mroczne i niekojące momenty są jednak w chwili, gdy Marian zanosi tacę z jedzeniem starszej pani – to człowiek -widmo, które siedzi cały czas zamknięte za białymi drzwiami ozdobionymi tajemniczymi znakami. Pokój prowadzący do tych drzwi ma swój dziwny urok, wręcz hipnotyzuje. To największa niewiadoma historii, epicentrum wydarzeń. To magnez, który przyciąga Marian coraz mocniej i mocniej.

A jakie są moje wrażenia z lektury? Oczywiście doceniam wykorzystanie niepokoju społecznych i klimat historii. Trochę jednak nie umiałam się w nią wciągnąć, chociaż podejrzewam, że winą bardziej mogę obarczyć własne rozkojarzenie, niż samą powieść. Zakończenie też mnie nie zaskoczyło – ale tu znowu trzeba wziąć poprawkę na to, że jest to powieść z 1973 roku. Możliwe, że wrócę jeszcze kiedyś do niej, bo bardzo chciałabym w pełni docenić jej duszny i niepokojący klimat.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Vesper!

czerwca 11, 2020

"Chata na krańcu świata" Paul Tremblay

"Chata na krańcu świata" Paul Tremblay

Autor: Paul Tremblay
Tytuł: Chata na krańcu świata
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 308
Gatunek: literatura grozy

Paul Tremblay to młody, obiecujący pisarz, który już teraz na swoim koncie ma kilka nagród literackich. W Polsce kilka lat temu wydana została „Głowa pełna duchów”, teraz swoją premierę miała druga powieść pt. „Chata na krańcu świata”. Obydwie zdobyły nagrody Bram Stoker Award, która podobno jest najbardziej prestiżową nagrodą przyznawaną książkom zaliczanym do gatunku literatury grozy. Do obydwu tych tytułów zostały też już wykupione prawa do ekranizacji.

Historia „Chaty na krańcu świata” zaczyna się sielsko – Wen, 8letnia dziewczynka razem ze swoimi ojcami Andrew i Ericem wyjeżdżają na wakacje w odludne miejsce, by odpocząć od zgiełku miastowego życia. Wynajmują chatkę przy jeziorze, pośrodku lasu, w głuszy, nawet nie ma tu zasięgu. Pogoda jest piękna, ojcowie odpoczywają, Wen bawi się przed domem – zbiera koniki polne do słoika. Nagle dołącza do niej młody mężczyzna – Leonard. Miło rozmawia z dziewczynką, pomaga jej z konikami, w końcu prosi, by zawołała tatusiów, bo musi z nimi porozmawiać. Jego słowa brzmią złowróżbnie, a gdy Wen dostrzega nadchodzące kolejne trzy osoby, tym razem niosące przerażającą broń, szybko ucieka i ostrzega rodziców. Zamykają się w chacie, odmawiają wpuszczenia obcych do domu, jednak ci są nieustępliwi – muszą wejść i z nimi porozmawiać, bo inaczej skończy się świat… Obcy mają przewagę liczebną, w dodatku odcięli linię telefoniczną – rodzina Wen utknęła w chacie. Co im grozi? Czy są się w stanie obronić przez czwórką groźnych nieznajomych? I czego oni od nich chcą?!
„Twoi tatusiowie nie zechcą nas wpuścić, Wen. Ale muszą to zrobić. Powiedz im, że muszą. Nie przyszliśmy, żeby cię skrzywdzić. Musisz nam pomóc ocalić świat. Proszę.”
 Książka składa się z siedmiu rozdziałów podzielonych na kilka tytułowanych części. Narracja podzielona jest na osoby – głównie Erica, Andrew i Wen, jednak czasami do głosu dochodzą też obcy. Prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego. Narratorzy opisują aktualne wydarzenia, swoje niepokoje, a także trochę wspomnień. Styl powieści jest zrozumiały i przejrzysty, książkę czyta się dobrze.
Warto tu też od razu wspomnieć o wydaniu powieści – twarda oprawa, w środku świetne grafiki Macieja Kamudy i ciekawe odznaczenia części. Jedynie czego mi trochę zabrakło to posłowie, do którego przyzwyczaiło nas Vesper. Chętnie poczytałabym na koniec o wątku apokalipsy w literaturze na przestrzeni lat, czy może też coś więcej o samej powieści, jej znaczeniu i tematach w niej poruszanych.

Bohaterowie i akcja powieści są tu tylko niejako tłem do zagadnień w niej poruszanych. Oczywiście kreacje bohaterów są ciekawe, każda z nich ma tu jednak swoje znaczenie np. Wen symbolizuje dzieci adoptowane przez rodziny homoseksualne, ukazuje jej problemy z rówieśnikami, coś co dla niej jest całkiem normalne, dla innych takie nie jest, a to wprowadza dziewczynkę w konsternację. Z kolei jeden z jej ojców – Eric to osoba bardzo podatna na wpływy innych, łatwo przyznająca innym rację, co często powoduje ogromny mętlik w głowie jej posiadacza, brak pewności w co powinno się wierzyć. Czworo obcych to obraz fanatyków, głównie tych religijnych, bo ich jest najwięcej, choć może nie tylko. Na podstawie ich zachowań widzimy jak rozwija się psychoza, jak wspierana przez otoczenie rozrasta się do niebotycznych rozmiarów. To też obraz działania w grupie – każdy z nich na pewno w pojedynkę nie zdecydowałby się na te działania, które podejmują razem.
„Otrzymałam dowód, że gdzieś tam istnieje coś większego niż ja, większego niż my, coś wykraczającego poza codzienność, i to coś komunikowało się ze mną, mówiło, co robić. Macie pojęcie, jak słodkie jest całkowite oddanie się czemuś bez reszty?”
Ciekawym tematem, który mocno podkreślany jest w książce, jest niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą internet, dla ludzi mających problemy psychiczne. Sieć pełna jest różnych teorii spiskowych, a dzięki portalom społecznościowym, forum dyskusyjnym zyskuje dodatkowych wyznawców. Tam osoby niezrównoważone mogą wspierać się w swoich wymysłach, umacniać je, pogłębiać i nakłaniać do działania. Zamiast szukać pomocy w najbliższym otoczeniu, szukają zrozumienia w sieci. To często prowadzi do fatalnych skutków jak np. strzelaniny w szkołach.
„…czytał o typowym dla dwudziestego pierwszego wieku kryzysie psychicznym: coraz więcej ludzi cierpiących na omamy paranoidalne odcina się od rodzin i znajomych. Ludzie ci szukają wsparcia emocjonalnego w Internecie, gdzie znajdują setki, a nawet tysiące sobie podobnych (którzy często określają siebie mianem „osób nękanych”, ON). Odnajdują się w mediach społecznościowych i na forach ogłoszeniowych. Osoba cierpiąca na omamy nie usłyszy w sieci, że cierpi z powodu zmian chemicznych w mózgu czy wadliwego funkcjonowania połączeń synaptycznych, nikt nie zarzuci jej choroby psychicznej. Grupy online wzmacniają i potwierdzają omamy, ponieważ inni członkowie przeżywają to samo.”
Czwórka obcych nakręcana jest wizją apokalipsy. To temat znany praktycznie od zarania dziejów, już Biblia ogłasza przecież nadejście apokalipsy. I to właśnie z tej historii po części ci bohaterowie się biorą – są jak czterech jeźdźców apokalipsy, niosących mroczne proroctwa i kolejne fazy zniszczenia. To też gra na jednym z największych strachów ludzkości – nadciągający koniec świata. Poza tym jest tu też zabawa z człowiekiem wybranym, tym który może zbawić ludzkość.
„Scenariusze końca świata, choćby nie wiadomo jak ponure i mroczne, pociągają nas, ponieważ idea końca ma dla nas sens. Pomijając oczywisty, szeroko dyskutowany fakt, że sycimy własny narcyzm, wyobrażając sobie, że spośród miliardów ludzi, którzy zginą, akurat my zdołamy przetrwać, Andrew twierdził, że bycie świadkiem początku końca i unicestwienie wraz ze wszystkim i wszystkimi mają niezaprzeczalny urok. Drocząc się ze studentami i wywołując zmarszczenie niejednego czoła, mówił: ‘W ziarnach lęku i ekstazy, jakie budzi kres czasu, kryją się kiełki wszystkich zorganizowanych religii.’”
Poza tymi dużymi tematami, sporo jest też tu bardziej przyziemnych kwestii jak wspomniane już wychowanie dziecka w rodzinie homoseksualnej, czy sama akceptacja homoseksualistów przez otoczenie. Miłość, rodzina, więzy, zaufanie, możliwości wyboru i religia to tylko kilka z tego typu tematów.
„Żywił irracjonalną nadzieję, że może odkładać dzień, gdy córka pojmie, że okrucieństwo, ignorancja i niesprawiedliwość są filarami porządku społecznego równie nieuniknionymi jak pogoda.”
Niemniej jednak książka zaliczana jest do literatury grozy, więc trzeba tu też wspomnieć o napięciu, jakie powinna wywoływać w czytelniku. I owszem, wywołuje, szczególnie pierwsza część, przed wkroczeniem obcych do domu. Później robi się coraz bardziej absurdalnie, jednak nie w złym tego słowa znaczeniu – książka wciąga swoją dziwnością. Niestety jakieś ostatnie ¼ książki nastrój trochę się rozwiewa – za dużo tu rozważań, za mało działania. Trochę mi się tej końcówki nie chciało czytać, było nudnawo. Szkoda, bo gdyby książka skończyła się jakimś mocnym akcentem, to na pewno zyskałaby mój entuzjazm.
„Domyślam się, jak bardzo musicie się denerwować naszą nagłą wizytą. To zrozumiałe. Dla nas też nie jest to łatwe. Jeszcze nigdy nie znajdowaliśmy się w takim położeniu. W całej historii ludzkości nikt się w nim nie znajdował.”
Podsumowując, „Chata na krańcu świata” to literatura grozy biorąca sobie na cel wskazanie kilka zagrożeń, jakie w aktualnych czasach stanowią dla siebie nawzajem ludzie i ich nieposkromione wymysły. To wizja spełniania się ludzkich największych lęków – końca świata, osaczenia, sytuacji bez wyjścia. To historia o tym jak przyjemne, sielskie wakacje, o których pewnie marzy każdy z nas zmieniają się w piekło. To tam kończy się dla bohaterów świat, jaki do tej pory znali. To historia ciekawa, wciągająca, której jednak czegoś na końcu zabrakło, żebym mogła uznać ją za pełną. Brakuje jakiegoś konkretnego podsumowania, jak na wydarzenia z całej książki, koniec jest za bardzo nijaki. Szkoda, niemniej jednak przez większą część historii bawiłam się dobrze.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vesper!