Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwoakurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwoakurat. Pokaż wszystkie posty

kwietnia 15, 2026

"Malorie" Josh Malerman

"Malorie" Josh Malerman

Autor: Josh Malerman
Tytuł: Malorie
Cykl: Bird Box, tom 2
Tłumaczenie: Filip Sporczyk
Data premiery: 08.04.2026
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść grozy / postapo
 
Josh Malerman to autor powieści grozy, który na rynku amerykańskim znany jest już od ponad dekady, dokładnie od roku 2014, kiedy to ukazał się jego debiut pt. “Nie otwieraj oczu” (recenzja - klik!). Książka bardzo szybko przyciągnęła uwagę czytelników i krytyków, a nawet filmowców - Netflix wykupił prawa do jej ekranizacji i cztery lata po jej wydaniu ukazał się film. Jednak to nie zamknęło historii, jaką autor w niej opowiedział - jak sam przyznaje, pewien wątek przy pracy nad wersją finalną musiał wyciąć, by kilka lat później do niego powrócić. I tak w 2020 roku ukazała się kontynuacja “Nie otwieraj oczu” pt. “Malorie”. Oczywiście to nie jedyne książki, jakie autor napisał, teraz na koncie ma kilkanaście wydanych tytułów, udziela się też w innych obszarach sztuki - jest muzykiem, producentem i reżyserem filmowym.  
W Polsce jednak jedno nazwisko długo pozostało anonimowe. Chwilę po ekranizacji “Nie otwieraj oczu” wydany został jej pierwowzór i na tym się skończyło. Dopiero w 2025 roku, gdy Wydawnictwa Muza i Akurat rozpoczęły swoją nową serię grozy, jego nazwisko powróciło - i tak niecały rok później możemy się delektować już jego trzema tytułami: “Coś się dzieje w naszym domu” (klik), nowym wydaniem “Nie otwieraj oczu” i od tygodnia również “Malorie”.
 
Stan Michigan, od zagnieżdżenia się dziwnych stworów na Ziemi minęło siedemnaście lat, a jednak nadal ludzkość nie wynalazła sposobu, jak sobie z nimi radzić - ludzie nadal muszą żyć z zamkniętymi oczami, w strachu przed morderczym szaleństwem, do którego doprowadza za każdym razem jeden rzut oka na stwora. Malorie od dziesięciu lat zamieszkuje opuszczoną bazę wraz z dwójką swoich dzieci, szesnastolatków Olimpią i Tomem. Ich życiem rządzą ścisłe zasady, ciągłe “nie”, “nie wolno”, “to niebezpieczne”. Każdy dźwięk nadal w Malorie wywołuje strach, który stara się przenieść na dzieci - jeśli się nie boją, to mogą popełnić błąd, który będzie kosztować ich życie. I tak, gdy pewnego dnia na progu ich domu zjawia się mężczyzna, który twierdzi, że chodzi po kraju, spisuje ludzi, nazwiska i ich historię, Malorie krzykiem go przegania. A jednak za namową jej dzieci coś im zostawił - to kopia jego dzieła. Kiedy Malorie rusza na obchód, by sprawdzić, czy są już bezpieczni, czy mężczyzna na pewno sobie poszedł, jej dzieci siadają do lektury - a tam znajdują nie tylko informacje, jak radzą sobie inni ludzie, ale też nazwisko, które nie powinno się tam znaleźć. To coś, o czym Malorie musi wiedzieć, coś, co stanie się powodem, dla którego po tylu latach zacznie zastanawiać się nad ponownym ruszeniem w drogę…
“Pod opaską nie ma przeszłości i teraźniejszości. Linearność czasu gdzieś się zagubiła.”
Książka rozpisana jest na cztery tytułowane części, które składają się na trzydzieści jeden rozdziałów pisanych z kilku perspektyw: wiodąca nadal jest Malorie, jednak towarzyszą jej w tym również Tom i Olimpia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, jednak i tak jest to narracja wychodząca z wewnątrz - świat przedstawiony jest subiektywnie z perspektywy wspomnianych osób, tym, co czytelnika zaprząta, są ich myśli i reakcje na otoczenie i zdarzenia, jakie ich spotykają. Narracja prowadzona jest z ogromnym wyczuciem, w taki sposób, że najmniejszy gest wywołuje napięcie - autor tak buduje nastrój grozy, że strach jest na każdej ze stron powieści wręcz namacalny. Jak to robi? Na pewno spora w tym zasługa języka, budowy zdań - w odpowiednich momentach krótkie, urwane wypowiedzi dobrze podsycają nastrój. Język jest bardzo plastyczny, doskonale oddaje emocje - czasami padają mocne słowa, czasami pisane są dużymi literami, czasami przeszłość miesza się z teraźniejszością, a wspomnienia nie chcą zamknąć się we właściwej szkatułce pamięci. Ten napływ, wszystko to, co dzieje się w głowach postaci, doskonale, w perfekcyjnym rytmie oddają słowa.
“Ale czym jest szaleństwo (...) jeśli nie przeciwieństwem tego, co zwykłe?”
A z językiem, z narracją opowieści, nierozerwalnie związane są postacie, które swoimi zmysłami oddają nam to, czego same doświadczają. I te kreacje robią w powieści wrażenie największe - autor doskonale oddaje nie tylko charakter człowieka, który od dawna żyje w ciągłym napięciu, ciągłym strachu, pod dyktando obcych sobie zasad, ale też oddaje różnice pokoleniowe, które są nieodłączną częścią świata, tu jednak potraktowaną bardzo dosłownie - każde młode pokolenie ma wrażenie, że żyje w innym świecie niż rodzice, w tym wypadku autor przełożył to jeden do jednego, Tom i Olimpia faktycznie żyją w całkowicie innej rzeczywistości niż ich matka, gdy była w tym samym wieku. Każda myśl postaci, każda emocja, jaką czytelnikowi przekazuje wydaje się bardzo realna, podczas lektury ani na moment nie miałam wrażenia sztuczności - a oddać emocje są tak żywe, a czasami wręcz paraliżujące, jak tu, to nie lada sztuka.
“Wszyscy opierają swoje bezpieczeństwo na czyjejś teorii na temat tego, co jest bezpieczne, a co nie.”
Różnice pokoleniowe to tak naprawdę baza tej powieści. To na jej kartach zderza się doświadczenie Malorie z żywiołowością, z naturalnym buntem młodzieńczym, który wyraźnie przejawia Tom. Olimpia jest dużo bardziej racjonalna, ostrożna, mniej entuzjastyczna, wydaje się ostoją, a może mostem, który nieraz na powrót łączy jej lekko paranoiczną matkę z wyrywającym się do działania i wprowadzania zmian Tomem. Tom, jak wiele młodych ludzi, czuje potrzebę zmiany, chce być samowystarczalny, chce decydować o swoim życiu. W końcu zbliża się już do pełnoletności, może już sam wyciągać wnioski, prawda? Jego wyrywność stoi w kontraście do Malorie, która do teraz walczy z koszmarem wspomnień, która jest panicznie ostrożna - w końcu na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za życie nie tylko swoje, ale też dwójki młodych ludzi, to ona musi im przekazać wszystko, co wie, jak żyć bezpiecznie. Dla niej to niezbędne środki ostrożności, dla Toma paranoja. Wydaje mi się, że ten świat, jaki Malerman tu przedstawia, może być zwyczajną metaforą relacji rodzic - dorastające dziecko. Rodzic stara się przecież zawsze uchronić swoje dziecko przed niebezpieczeństwami świata - w tej powieści po prostu robi to dosłownie.
“Czy urodziłeś się w tym świecie, czy nie, ciągle słyszysz, jak było przedtem. A wtedy? Chcesz tego doświadczyć na własnej skórze.
Chcesz to zobaczyć.”
Poprzez tę opowieść autor zdaje się zadawać pytanie, co jest istotą życia - samo przetrwanie czy jednak doświadczenie tego życia w pełni? To mocno frasuje Toma, który całe swoje szesnastoletnie życie spędza pod dyktando surowych zasad, w których nie ma miejsca na przyjemności, jest tylko i wyłącznie ciągła czujność. Czy takie życie jest warte życia? Szczególnie kiedy nie wiadomo, czy przyszłość może przynieść coś innego?
“Na świecie są inni, którzy myślą tak jak on. Wiedzą, że szesnaście lat szybko przerodzi się w trzydzieści dwa, a trzydzieści dwa w sześćdziesiąt cztery, a… a potem… a potem całe życie przemknie zmarnowane, wyssane przez bezduszne, paranoiczne zasady narzucone przez te cholerne stwory!”
Fabuła powieści tak naprawdę do skomplikowanych nie należy, jednak to emocje postaci, ich dylematy sprawiają, że robi się w pełni absorbująca. Historia dobrze zgrana jest z “Nie otwieraj oczu”, a równocześnie bazuje na innych założeniach emocjonalnych, przez które nie wydaje się jej kalką. Czytelnik przez całą powieść utrzymywany jest w napięciu, autor perfekcyjnie ocenił, w których momentach potrzebne są twisty fabularne, by czytelnik ani na moment nie tracił uwagi. Sam finał może wywołać różne emocje, niemniej jednak w porównaniu do tempa całej powieści wydaje się dość szybki, jak zadanie, które autor po prostu chce odhaczyć. Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć - pasuje on do całości i dobrze historię Malorie i jej dzieci zamyka. To całkiem satysfakcjonujące zakończenie.
“Jak daleko trzeba iść, by dotrzeć do spokoju ducha? Zawsze “jeszcze trochę dalej”.”
“Malorie” to powieść, która, jak mi się wydawało, nie mogła się udać - przecież pomysł na “Nie otwieraj oczu” był tak oryginalny, że trudno byłoby zbudować autorowi coś podobnego, a równocześnie nadal absorbującego. A jednak mu się udało. Historia jest świetnym dopełnieniem losów postaci poznanych w jego debiucie, a mimo osadzenia w tym samym świecie, wydaje się inna - lęk pozostał ten sam, jednak środek ciężkości położony jest gdzie indziej. Teraz ciężar emocjonalny to nie odpowiedzialność młodej kobiety za dwójkę małych dzieci w nowym dla niej świecie, a kobiety mocno przez życie doświadczonej, która próbuje znaleźć sposób, by dotrzeć do dwójki młodych ludzi, którzy z natury są w wieku, w jakim muszą się buntować. Tu lęki wszystkich rodziców stają się realne - niebezpieczny świat naprawdę jest morderczy, więc jak pozwolić tym młodym ludziom żyć po swojemu? Josh Malerman po raz trzeci zaskoczył mnie tym, jak z abstrakcyjnego pomysłu może zrobić fabułę pochłaniającą, trzymającą w napięciu tak, że kartki podczas lektury przewracały mi się same, serce biło w tempie szaleńczym, by za chwilę wzruszyć mnie do łez. Tak, Josh Malerman to mistrz budowania napięcia poprzez genialne kreacje psychologiczne postaci! Kiedy następna jego książka na polskim rynku i dlaczego tak późno? ;)
 
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

stycznia 27, 2026

"Nie otwieraj oczu" Josh Malerman - recenzja przedpremierowa

"Nie otwieraj oczu" Josh Malerman - recenzja przedpremierowa
 

Autor: Josh Malerman
Tytuł: Nie otwieraj oczu
Cykl: Bird Box, tom 1
Tłumaczenie: Filip Sporczyk
Data premiery: 28.01.2026
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 320
Gatunek: cosmic horror / postapo
 
Josh Malerman to jeden z członków zespołu rockowego High Strung, który w czasie tras koncertowych napisał wiele powieści, zanim jednak odważył się pomyśleć o ich wydaniu, minęło trochę czasu. Stało się to w 2014 roku z historią skategoryzowaną jako cosmic horror - podgatunek grozy, w którym tym, co przeraża, jest coś niepojętego i niezrozumiałego dla ludzkości. To właśnie “Nie otwieraj oczu”, książka, która szybko okazała się sensacją na rynku anglojęzycznym, doczekała się nagród i ekranizacji, ukazała się na Netflixie pod koniec roku 2018. Choć może bardziej odpowiednim określeniem będzie “oparta o”, bo sam film mocno odbiega od oryginału, o czym dopiero teraz mogłam się przekonać! Książka “Nie otwieraj oczu” w Polsce ukazała się po raz pierwszy po premierze filmu, w 2019 roku i długo była jedyną powieścią Malermana dostępną na naszym rynku. W końcu zmieniło to Wydawnictwo Akurat, które w poprzednim roku wydało najnowszą powieść autora “Coś się dzieje w naszym domu” (recenzja - klik!), teraz wznowiło “Nie otwieraj oczu”, a już na kwiecień zapowiedziało kontynuację tej historii w powieści “Malorie” (w oryginale wydaną w 2020 roku).
 
Przedmieście Detroit, październik. Od ponad czterech lat zbliżająca się do 30-tki Malorie jest zamknięta w jednym domu. Mieszka tam z dwójką swoich dzieci, teraz czterolatków, które wyszkoliła tak, że słyszą każdy szmer. Bo słuch jest im ogromnie potrzebny - właśnie postanowiła, że to dzisiejszego ranka ruszają w drogę, która może okazać się dla nich zabójcza, ale, jeśli się im powiedzie, w końcu poprawi warunki ich życia i zmniejszy natężenie strachu, które tak dotkliwie odczuwają mieszkając samotnie. Szkopuł w tym, że całą trasę muszą pokonać ufając tylko swojemu słuchowi - pod żadnym pozorem nie mogą otworzyć oczu, bo tam, na zewnątrz, czai się coś, co, gdy tylko znajdzie się w zasięgu wzroku, powoduje utratę zmysłów i szaleńczą, bezwzględną śmierć. A przecież Malorie zrobiła już tak wiele, by w trójkę przeżyli… Czy teraz naraża ich niepotrzebnie na śmierć? Czy mają jednak szansę osiągnąć swój cel?
“Po latach powtarzania, jak ważne jest słuchać, jak wielkie znaczenie ma nadstawianie uszu, czasami wydaje jej się, że dzieci potrafią usłyszeć nawet jej myśli.”
Książka rozpisana jest na czterdzieści trzy rozdziały, w większości pisane z perspektywy Malorie w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego. Akcja toczy się w dwóch naprzemiennych czasach: teraz, podczas ich wyprawy oraz pięć lat wcześniej, w chwili, gdy Malorie odkryła, że jest w ciąży, a równocześnie świat zaczął coraz głośniej huczeć o niewytłumaczalnych, agresywnych przypadkach morderstw i samobójstw. Książka pisana jest prostym językiem, krótkimi zdaniami, a myśli, które Malorie wypowiada w swojej głowie, są pisane kursywą. A jednak w tym prostym stylu autora jest coś takiego, że książkę czyta się z zadziwiającą szybkością i płynnością - dzięki czemu te trzysta stron można połknąć dosłownie w ciągu jednego dnia.
 
Wygląda na to, że Josh Malerman już od swojego debiutu doskonale operuje emocjami czytelnika. “Nie otwieraj oczu” zbudowane jest tak, że po początkowym niepokoju, odczuwamy coraz większy strach - jednak nie jest on wywoływany czymś fizycznym, namacalnym, a wręcz odwrotnie, tym, czego nie widać, czymś, czemu nie można ufać, czymś, co wywołuje w ludziach potworne zmiany prowadzące do śmierci wszystkich, którzy są wokoło. Autor doskonale opisuje sytuacje grozy, w których każdy szmer, każdy głośniejszy oddech, przyprawia o palpitację serca. Historia, która podzielona jest na dwa czasy naprzemiennie się ze sobą przeplatające, dobrze utrzymuje ciekawość czytelnika: rozdziały z Malorie przeprawiającej się przez rzekę wraz z dziećmi są krótka, pełne matczynego strachu, a pomiędzy nią poznajemy jak w ogóle cała ta sytuacja się zaczęła i jak to się stało, że Malorie została sama z dwójką małych dzieci w domu od dawna naznaczonym przerażającym rozlewem krwi…
 
Tutaj strach nie bierze się jednak z makabry, brutalności. Tu ma on podłoże psychologiczne. Autor doskonale oddaje ludzki charakter w sytuacji kryzysowej, w sytuacji, gdy życie ludzkości jest zagrożone - teraz, kiedy w pamięci ciągle jeszcze mamy pandemię koronawirusa ten strach jest dla nas dużo łatwiejszy do wyobrażenia. Podczas naszej pandemii jednak, choć baliśmy się nieustannie o zdrowie najbliższych, mogliśmy się wspierać, działać razem, w sytuacji, którą wymyślił Malerman, każdy może okazać się śmiertelnym zagrożeniem. Bo jak wiedzieć, komu ufać, kiedy nie można patrzeć? Jak żyć, w ciągłym poczuciu zagrożenia, strachu, że to, co niewiadome, jednak przedrze się do domu i spowoduje śmierć tych, na których zależy nam najbardziej?
 
 
Kiedy ludzkość staje w obliczu takiego kryzysu, są dwa wyjścia - walczyć albo uciekać, starać się coś zrobić, albo zostać w tym miejscu, w którym się jest. Bo czy nie lepsze więzienie znane niż potencjalna, ale mocno niepewna wolność? Dylemat Malorie jest jednak jeszcze głębszy, bo tam, gdzie się udaje, wcale nie czeka na nich wolność prawdziwa - to po prostu większa szansa na przeżycie. A czy coś takiego warte jest narażania jej własnych dzieci, które i tak nie znają życie innego niż te samotne, w zamkniętym, ciemnym domu? W retrospekcjach z kolei przyglądamy się grupie ludzi, którzy obrazują różne podejścia - jedni szukają nowych rozwiązań, drudzy poddają się po prostu nowej sytuacji, istnieją, bez próby poprawy własnej sytuacji. Które podejście jest lepsze, bardziej odpowiedzialne, właściwsze?
“Czas w zasadzie przestał mieć znaczenie, ale jego upływ i liczenie dni sprawia, że zachowujemy rutynę. Przypomina o życiu, które wiedliśmy wcześniej.”
Wyprawa Malorie to równocześnie też pytania o macierzyństwo. Macierzyństwo w świecie, w których dzieci, by zagwarantować im przetrwanie, trzeba tresować, jak psy. Czy coś takiego nie odczłowiecza, czy w takich warunkach można w ogóle mówić o miłości matczynej? Malorie nie potrafi pozbyć się tego pytania z głowy: czy jestem dobrą matką? Czy w ogóle utrzymywanie dzieci przy życiu w takiej sytuacji jest czymś, co faktycznie powinno się zrobić? A może ich śmierć byłaby darem łaski? Bo co to za życie, w którym cały czas spędzać trzeba w zamknięciu, w ciemności, bez możliwości doświadczenia tego cudu świata, w jakim jeszcze tak niedawno żyła ich matka?
 
Choć historia z biegiem fabuły się rozwija, a do ciągłego napięcia czytelnik mimo wszystko w jakiś sposób się przyzwyczaja, zainteresowanie przez całą lekturę zostaje utrzymane na wysokim poziomie. Twisty fabularne, pełne napięcia sceny są dawkowane odpowiednio tak, że nie doświadcza się tu uczucia przesytu, a finalne rozwiązanie, choć racjonalnie można jest podawać w wątpliwość, jest tak podane, że w żadnym razie się go nie kwestionuje - bo tak naprawdę nie ono jest ważne, a emocje z jakimi się wiąże, emocje, jakie przedstawiają sobą w danym momencie postacie.
 
Przyznaję, że jestem pod wrażeniem, że już w swojej pierwszej wydanej powieści Josh Malerman tak doskonale operuje napięciem, uczuciem niesprecyzowanego lęku - choć niewiele horrorów wzbudza we mnie faktyczny lęk, podczas lektury tego ciemną nocą naprawdę bałam się wstawać z łóżka. Co więcej, tym, co ten lęk wzbudza, nie są tak naprawdę potwory, a coś, niesprecyzowanego, coś, co jakoś na człowieka wpływa - czy to stwory, czy coś niewidzialnego, czy jeszcze coś innego? Nikt tak naprawdę tego nie wie, a przez to strach jest jeszcze większy, bo przecież skąd mamy spodziewać się zagrożenia? W takiej sytuacji każdy najmniejszy szmer jest potencjalnym zagrożeniem, a to sprawia, że żyje się w ciągłym napięciu. Autor doskonale oddaje te emocje, przez co czytelnik cały czas zastanawia się, jak sam postąpiłby w takiej sytuacji? W poczuciu zagrożenia, w grupie, w samotności? Historia jest dobrze rozpisana, dobrze zbudowana, tak że ani na moment nie nudzi, co sprawia, że lektura upływa w tempie ekspresowym. Josh Malerman już drugi raz zaskoczył mnie swoją twórczością i już nie mogę doczekać się, kiedy zrobi to ponownie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 26, 2025

"Slewfoot" Brom

"Slewfoot" Brom

Autor: Brom
Tytuł: Slewfoot. Opowieść o wiedźmie
Tłumaczenie: Anna Standowicz-Chojnacka
Data premiery: 12.11.2025
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 512
Gatunek: folkowy horror historyczny / fantastyka
 
Brom to nazwisko i przydomek amerykańskiego szeroko uzdolnionego artysty Gerarda Broma. Już pod koniec lat 80-tych XX wieku Brom zaczął swoją działalność jako ilustrator - początkowo pracował dla dużych amerykańskich koncernów, kilka lat później zaczął kierować się w stronę tego, co faktycznie sprawia mu frajdę - w stronę mrocznej fantastyki. Swoje talenty wykorzystywał w różnych dziedzinach: grach planszowych i komputerowych, filmach, a także w powieściach grozy, które zaczął pisać w pierwszych latach tego tysiąclecia. Każda jego książka to niepowtarzalna przygoda, każda osadza się w nieco innym nurcie, ale każda charakteryzuje się pełną oprawę graficzną jego autorstwa. “Slewfoot” to jego szósta z siedmiu do tej pory wydanych powieści, w oryginale ukazała się w 2021 roku, a na polskim rynku jest pierwszą, która zapoznaje nas z twórczością tego autora.
 
Północny-wschód Ameryki, Nowa Anglia, osada Sutton, wiosna 1666 roku. Dwa lata temu do tamtejszej purytańskiej społeczności dołączyła młoda Abitha - przypłynęła ze starego kontynentu, by zawrzeć związek małżeński z Edwardem, jednym z tutaj mieszkających mężczyzn. Ich małżeństwo pozbawione jest pasji, która tak tępiona jest wśród purytanów, a jednak Edward jest dla Abithy dobry, co sprawia, że zaczynają tworzyć parę na równych zasadach - w zaciszu swojego oddalonego od reszty społeczności domu. A kiedy już są o krok od spłaty farmy, na której mieszkają, już za moment mają zyskać własną ziemię, coś się dzieje - najpierw znika ich kozioł Samson, a później ginie sam Edward. Obydwu zabrała ciemna jaskinia, w której Abitha wyczuwa mroczne moce - coś tam nabiera kształtów, coś budzi się do życia…
 
Książka rozpisana jest na szesnaście rozdziałów toczących się na przestrzeni sześciu miesięcy i epilog. Każdy z rozdziałów dzielony jest na krótsze fragmenty, a perspektyw jest kilka - zarówno tych magicznych, jak i ludzkich: są przedstawiciele leśnego ludku, jest istota zwana przez nich Ojcem, a przez Abithę Samsonem, jest i sama Abitha, jak i inni mieszkańcy wioski - przede wszystkim znienawidzony przez nią szwagier Wallace. Narracja każdego z nich prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, oddaje nie tylko zdarzenia, ale i emocje, i myśli postaci. Język powieści jest bardzo subtelnie stylizowany na taki, jakim posługiwano się dawniej, jednak zmiana jest naprawdę niewielka, to zaledwie kilka inaczej brzmiących czy zapisanych słów. W żadnym razie nie utrudnia to odbioru lektury, całość czyta się bardzo gładko, bez rytmicznych potknięć. Początkowo może fragmenty nasycone wątkami magicznymi wymagają nieco więcej skupienia, później jednak i one przybierają bardzo łatwo przyswajalną formę - kiedy już wiemy mniej więcej kto jest kim i co się dzieje.
 
Na wstępie wspomniałam, że autor dba również o stronę graficzną powieści, nie inaczej jest przy tym tytule - każdy rozdział otwiera niewielka grafika, każde oznaczenie strony ozdobione jest grafiką oka, a podział scen w rozdziałach grafiką pająka. W samym środku powieści znajduje się wklejka z pełno stronicowymi ilustracjami głównych bohaterów powieści. Wszystkie ilustracje utrzymane są w gotyckim, mrocznym stylu.
“(...) czasami bywa wiele prawd.”
W “Slewfoot” autor łączy ze sobą dwa światy: świat ludzki dobrze osadzony w realiach historyczno-religijnych i świat magiczny, świat prastarych istot. Do takiego połączenia świetnie wybrał czas, bo to właśnie wtedy kultura rdzenna mieszała się z kulturą najeźdźców, białych ludzi. To oni przejęli tę ziemię we władanie, zniszczyli życie, jakie funkcjonowało tam dotychczas, wyparli starą wiarę. W czasie, kiedy toczy się akcja, Ameryka była jeszcze ciągle kolonizowana, pionierzy osiedlali się na obcych terenach i próbowali uprawiać tamtejszą niechętną temu ziemię. I właśnie na takich terenach powstało Sutton, a farna Abithy i jej męża okupiona została ciężko pracą, by faktycznie dało się coś na niej hodować. Niemniej jednak uwagę czytelnika przyciąga coś mocniej – te żelazne zasady, jakimi kieruje się społeczność purytanów. To bardzo skrajny odłam religii chrześcijańskiej, gdzie kobiety traktowane są jak ludzie niższej kategorii, nie mają głosu, muszą ukrywać swoje ciała, których pokazanie choć skrawka od razu uznawane jest za zachętę do grzechu…
“Próbuję postępować właściwie… tylko jakże trudno stwierdzić, co jest właściwe.”
I właśnie w takim świecie żyje Abitha, młoda dziewczyna, którą matka zachęcała do własnej indywidualności, do czerpania z życia radości. Abitha wierzy w Boga, a jednak nie potrafi podporządkować się zasadom społeczności, które uważa za niepotrzebnie krępujące - bo co z tego, że spod czepka wystaje jej kosmyk włosów? Ta dziewczyna chce się czuć wolna, chce o sobie decydować, jednak ani miejsce, ani czasy jej w tym nie sprzyjają…
“Na świecie jest tyle radości, trzeba ją tylko znaleźć.”
Przyznam, że postać Abithy nasunęła mi na myśl Hioba. Po śmierci Edwarda doświadczana jest na wiele sposobów, a jednak jej duch pozostaje czysty. Abitha posiada tę nadzwyczajną zdolność oddzielenia ludzi od religii i choć ludzie ją raz za razem rozczarowują, to wiary w Boga nie traci. Jej podejście jest otwarte, nastawione na czynienie dobra, na czerpanie dobra z natury. Tylko że w tamtych czasach mogło to być uznane za czary… Abitha nie ucieka też przed swoją cielesnością, nie traktuje ciała jako coś od ducha odrębnego, grzesznego. Wśród takiej społeczności, w ogóle w czasach, w jakich autor ją osadził, prezentuje sobą bardzo nowoczesne podejście. A jednak to, co są spotyka, to, co czynią jej inni ludzie, sprawia, że zaczynamy się zastanawiać ile człowiek jest w stanie znieść, do jakiej skrajności nienawiść i egoizm innych może człowieka popchnąć i czy tak naprawdę każdego można złamać?
“Niestety nigdy nie wiesz, że to najlepsze czasy, póki nie miną, póki ich nie stracisz. (...) Nic nie trwa wiecznie, nawet księżyc i gwiazdy.”
Obok Abithy występuje Samson/Ojciec, istota magiczna, która ukazuje się w postaci czegoś na kształt kozła. I choć wszystkie jego atrybuty wskazują na to, że to sam diabeł, to jednak nie jest to postać dogłębnie zła. To istota pełna skrajności, zdolna i do miłości, i do najwyższego okrucieństwa. Równocześnie jest zagubiona, niepełna, ciągle szukająca odpowiedzi na to, kim jest, szukająca w swojej duszy tego zła, które wskazywałoby na diabła, a jednak go tam nie znajdująca - woli czynić dobro, mimo że przecież czasem zabija. Ale czy robi to, bo chce, czy w imię wyższego dobra? Samson obok restrykcyjnych purytan przynosi do powieści temat wiary - to postać ciągle się zastanawiająca. Kim jest bóg, a kim diabeł? Co to znaczy dobro, a co znaczy zło? I co przynosi, co daje wiara?
“- Czy bóg może być jednocześnie pogromcą i pasterzem? Może nagradzać i dręczyć? Czy też wasz bóg czyni jedynie dobro?
Abitha już miała odpowiedzieć, że tak, lecz przypomniała sobie treść trzymanej na kolanach księgi.
- Nie, chyba nie. Nas Pan, Bóg, zatopił cały świat i sprowadził nań plagi, a tych, którzy go obrażają, skazuje na wieczne męki. Być może wszystko zależy od tego, jak się definiuje dobro.”
To dwie postacie pierwszoplanowe, głębokie pod względem psychologicznym, mimo okoliczności nie pozwalające się wpisać łatwo w schemat. Reszta jest już bardzo oczywista do przypisania pomiędzy dobrem a złem, a wyjątkowo jasny jest czarny charakter powieści - to Wallace, człowiek przesiąknięty egoizmem, manipulator, który potrafi naginać innych do swojej woli. Piękne słówka i chciwość niestety prowadzą wszystkich do prawdziwej katastrofy…
“Jeśli ostatnią rzeczą, którą zrobi przed śmiercią, będzie zabicie tego nikczemnika, to umrze szczęśliwa.”
W powieści ważna jest też sama natura, przyroda. To ta ziemia, którą człowiek próbuje zawłaszczyć, sobie podporządkować. We wspomnieniach leśnych ludków doświadczamy okrucieństwa człowieka, tej chęci posiadania, która niszczy wszystko. A czy nie lepiej byłoby świat traktować jak jedność, jak jeden żywy organizm, w którym każdy ma rację bytu? To najważniejszy wydźwięk tej powieści.
“Prawda, którą wówczas ujrzała, w końcu stała się dla niej jasna jak słońce. ‘Wszystkie te oczy, wszyscy ci bogowie są częścią tego samego. Matka Ziemia, Chrystus, wszystkie religijne sekty z całego świata, słońce, ziemia, planety, księżyc, gwiazdy, ludzie i zwierzęta, bogowie i diabły, wszystkie istnienie. Wszystko jest jednym!’”
Poza jasnymi refleksjami wynikającymi z fabuły powieści, w „Slewfoot” można zajrzeć głębiej, potraktować metaforycznie – bo czyż nie jest to przypowieść o miłości? Czy oddanie komuś serca nie jest aktem wiary? Czy pojawiające się tu czary, to nie po prostu uniesienia miłosne? Relacja Abithy z Samsonem, ich naprzemienne niepewności i wahanie można zinterpretować jako rozterki, do których dochodzi w każdym związku. Sam finał też dobrze wpisuje się w tę interpretację.
“(...) Jak mam nie być nieufna, jak mam się nie bać, że diabeł bądź demon z ciebie? Że jeśli dam ci z siebie zbyt wiele, to posiądziesz mą duszę? Czyż nie jest to słuszne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że sam nie wiesz, kim jesteś?”
“Slewfoot” z osadzonej w czasach kolonialnych biblijnej hiobowej opowieści przeradza się w historię o magii i zemście. Zemście, do której popycha sam człowiek swoją hipokryzją, chciwością i egoizmem. Autor zgrabnie łączy wątki magiczne z historycznymi mocno podlewając to wszystko tematyką wiary - pyta czy żelazne zasady na pewno są tym, czym powinna się religia charakteryzować, czy może jednak otwartość i dobro powinny być tym, co niezależnie od wyznawanej religii, powinno ludzi napędzać. To magiczna opowieść niosąca uniwersalne refleksje, ale i momentami przerażająca - nie brak w niej dziwności, w niektórych momentach wręcz makabry. Wszystko to oparte jest o znane motywy - w końcu mściciele, czarownice i diabelskie kozły to coś, co wszyscy dobrze znamy, a jednak poprzez połączenie historii i magii sprawia, że opowieść nie daje wrażenia powtarzalności, a budowania czegoś nowego z tego, co znane. Choć sama nadal uważam, że wątki fantastyczne i motyw krwawej zemsty to nie do końca moja bajka, to jednak doceniam kunszt i wyobraźnię autora, i z pewnością będę wypatrywać polskiego tłumaczenia jego pozostałych powieści!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 07, 2025

"Diabeł i pani Davenport" Paulette Kennedy

"Diabeł i pani Davenport" Paulette Kennedy
Autorka: Paulette Kennedy
Tytuł: Diabeł i pani Davenport
Tłumaczenie: Ewa Skórska
Data premiery: 22.10.2025
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść grozy / thriller psychologiczny / historyczny
 
“Diabeł i pani Davenport” to trzecia z czterech książek amerykańskiej autorki Paulette Kennedy, które ukazały się na jej rodzimym rynku, jednak pierwsza jaka została przetłumaczona na polski. Jej debiut z 2021 roku zdobył nagrodę HNS Review Editor's Choice Award, a każdy z tytułów został doceniony przez największe czasopisma literackie. Autorka dobrze czuje się w powieściach o charakterze gotyckim, jest zapaloną miłośniczką historii, a gdy już zgłębia się w badania nad interesującym jej tematem, oddaje mu się w pełni i po prostu znika na co najmniej kilka godzin… “Diabeł i pani Davenport” to historia osadzona w jej rodzinnych okolicach, w Ozarks, w latach 50-tych XX wieku. Mocną inspiracją do jej powstania była twórczość Shirley Jackson, Daphne du Maurier też odcisnęła na niej swój ślad.
 
Jesień rok 1955, niewielka miejscowość Myrna Grove w Ozarks. 27-letnia Loretta od jedenastu lat jest żoną Paula, wykładowcy specjalizującego się w naukach biblijnych na pobliskim uniwersytecie. Prowadzą pobożne życie, mają dwójkę dzieci, którymi głównie zajmuje się ona, mąż, jak na ówczesne standardy, zapewnia rodzinie potrzebne finanse. Teraz jednak Loretta się rozchorowała, mąż musiał zająć się przez kilka dni dziećmi, co wywołało w nim wyraźną irytację. Choroba jednak przyniosła coś nowego - Loretta zaczyna słyszeć czyjś głos, kogoś, kogo nie ma… Po konsultacji z lekarką, zostaje skierowana do doktora specjalizującego się w parapsychologii, jednak Paul od razu to wyśmiewa, to przecież nie jest zgodne z jego wizerunkiem poważnego wykładowcy, jak i ich własną wiarę. To grzech! Loretta jednak coraz wyraźniej coś słyszy i widzi, aż w końcu orientuje się, że kontaktuje się z nią zaginiona przed kilkoma dniami dziewczyna, wskazuje, gdzie leży jej ciało… Kiedy jej wizja się potwierdza, Loretta nabiera przekonania, że jest to dar, który może być przydatny, jednak by trzymać go w ryzach potrzebuje pomocy z zewnątrz - a taką może dać jej tylko polecony psycholog.
“Pomyślała o tym, co napisała dzisiaj rano, o wszystkich swoich najlepszych słowach, które, złączone w całość, tworzyły drogę: drogę, która pewnego dnia zaprowadzi ją w nowe miejsce.”
Książka rozpisana jest na 39 rozdziałów, których akcja toczy się głównie w jesienno-zimowych miesiącach, 2 interludia oraz epilog, a na koniec dostajemy jeszcze kilka słów od autorki o podstawach literackich i historycznych, jakie posłużyły jej do powstania tej powieści. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego w rozdziałach i w czasie teraźniejszym w interludiach - całość oddana jest z perspektywy Loretty z budzącą podziw psychologiczną głębią. Język, jakim powieść jest pisana, jest subtelnie stylizowany na ten, jakim posługiwano się w ówczesnych czasach, z zachowaniem form grzecznościowych i innych charakterystycznych cech widocznych szczególnie w dialogach. Mimo to książkę czyta się bardzo płynnie, bez najmniejszych potknięć, a dialogi wypadają bardzo naturalnie. Kiedy historia skupia się na psychologicznych aspektach można wręcz zapomnieć, że akcja nie toczy się współcześnie, kiedy z kolei uwaga przenosi się na detale codzienności, realność tamtych lat jest wręcz uderzająca.
“(...) to, co dzieje się w pani domu, nie jest ani dobre, ani normalne, i powinna pani o tym wiedzieć. Jest “normalne” tylko dla pani, ponieważ jest pani przyzwyczajona i nie zaznała niczego innego.”
Mimo że książka wydana została w serii grozy, to jednak nie można uznać jej za typowego przedstawiciela tego gatunku. Tutaj paranormalne umiejętności, które objawiają się głównej bohaterce są tylko pretekstem, a nawet zwyczajną metaforą cichej rozpaczy codzienności kobiet żyjących w toksycznych związkach nie tylko w czasach, w których toczy się akcja, ale i teraz, współcześnie. Zresztą i w samym wątku paranormalnym, autorka bazuje na zbrodniach prawdziwych - w tej okolicy w Ozarks faktycznie doszło do wielu niewyjaśnionych zbrodni na kobietach, a to właśnie z nimi kontaktuje się Loretta. Groza jest tutaj więc bardzo subtelna, przez większą część czasu praktycznie niezauważalna…
“(...) teraz widziała duchy takimi, jakimi były naprawdę: skrzywdzeni ludzie, którzy potrzebowali jej pomocy.”
No chyba że mówimy o grozie, jakim jest życie w toksycznym, rozpadającym się, przepełnionym niezrozumieniem i egoizmem z jednej strony, z drugiej uległością związku. Zaczyna się niepozornie, główna bohaterka nawet nie zauważa, że w takim żyje, czytelnik też z początku nie dostrzega czerwonych flag. Bo przecież to jej normalna, zwyczajna codzienność, prawda? Dopiero po ujawnieniu się jej mocy, dopiero gdy zaczyna szukać dla siebie pomocy, jej postrzeganie się wyostrza, a my dokładnie zgłębiamy się w kolejne fazy związku przemocowego, w którym to niekoniecznie przemoc fizyczna jest tym, co wyrządza najwięcej psychologicznych szkód. Autora dba o każdy detal, tłumaczy dokładnie każdą decyzję głównej bohaterki tak, że czujemy jej wszystkie emocje - a nie są to emocje dobre.
“Ludzie często zakładali, że uśmiech oznacza szczęście. A przecież uśmiech może być również maską. Lepszą niż taka z papieru albo plastiku.”
Ale i na dobro w jej życiu jest przecież miejsce. Sama, dzięki swoim nowym zdolnościom, może pomagać innym, może pomagać policji w nierozwiązanych dotąd sprawach, przynieść rodzinom zmarłych czy zaginionych ukojenie. To subtelny wydźwięk kryminalny tej powieści, ale ważny, bo dzięki temu bohaterka zaczyna rozumieć, że i ona ma coś temu światu do zaoferowania. A to znaczy, że musi o siebie walczyć.
“Jak to możliwe, że nie widziała wcześniej głębi swojego nieszczęścia? Jak to możliwe, że te wszystkie, tak podobne do siebie taka, tak szybko upłynęły? Kiedy pogodziła się z zanegowaniem jej własnych pragnień, z frymarczeniem swoimi zasobami. Jej ciało stało się jedyną walutą w małżeństwie z człowiekiem, którego, jak się zdawało, przez większość czasu po prostu irytowała.”
Kreacja psychologiczna Loretty nie jest nachalna, ale perfekcyjnie skonstruowana. To przecież młoda kobieta, która w związek i dorosłe życie weszła, kiedy sama była dzieckiem. Jej przeszłość jest skomplikowana, pełna poplątanych emocji, dzięki którym tym bardziej rozumie, co czują kobiety, które się z nią na poziomie spirytualnym kontaktują. Jednak teraz to przede wszystkim matka, której dobro dzieci jest najwyższym priorytetem. Która nieustannie zastanawia się, czy to, co robi, faktycznie jest tym, na co zasługują jej dzieci. To kolejne spojrzenie na toksyczny związek, w który uwikłane są przecież również i dzieci.
“Zawsze zaczyna się od kontroli: finansów, decyzyjności, czasu. Potem ograniczenia stają się coraz bardziej ekstremalne, aż wreszcie mogą doprowadzić do śmierci. Musi pani zdać sobie z tego sprawę.”
Większą część historii można określić jako dramat bądź thriller obyczajowy - towarzyszymy Loreccie w jej życiu, w jej codzienności, obserwujemy zmagania z nowymi umiejętnościami i to, jak w końcu zyskuje coraz większą samoświadomość jako kobieta. A jednak podskórnie czuć w tej historii cały czas niepokój - o jej los, o to, jak potoczy się jej życie. A kobieta w latach 50-tych XX wieku w Ameryce, miała zdecydowanie więcej przeszkód do pokonania niż teraz… Książka wzbudza ogromnie emocje, szokuje, wzrusza, sprawia, że czytelnik czuje się przez opowieść pochłonięty całkowicie, a to, co faktycznie znajduje się dookoła niego, znika.
“I poczułam współczucie dla duchów. Przeżywanie jeszcze raz tego wypadku, ze świadomością, że nie mogę zrobić nic, by go powstrzymać… Pewnie tak właśnie się czują, kiedy widzą cierpienie swoich bliskich. Nic dziwnego, że niektórzy z nich wpadają w desperację i zaczynają walić w garnki i patelnie. Nigdy nie czułam aż takiej bezradności.”
Tło historyczne jest równie ważne. Autorka zbadała dokładnie każdy aspekt życia kobiety zajmującej się dziećmi i domem w latach 50-tych XX wieku. Jakie miała możliwości, jakie prawa, jakie obowiązki. Co mogła, co musiała, co mógł w jej sprawie zrobić mąż. Jak wyglądała opieka psychologiczna tamtych lat, jak mocno wiara mogła ingerować w codzienne życie. Całe tło zbudowane jest na tym, co faktycznie kiedyś istniało, każdy detal oddany jest dokładny, oddany z precyzją i uwagą. I to robi wrażenie.
“- To prawda, dzieci wszystko komplikują. Człowiek czuje, że musi się starać, dbać o małżeństwo. Właśnie dla dzieci. (...)
-Wybacz, jeśli nie powinnam się wtrącać, Loretto, ale czy trwanie w nieszczęśliwym małżeństwie naprawdę będzie dla nich takie dobre? Czy nie powtórzą tych samych wzorców, gdy założą własne rodziny?”
“Diabeł i pani Davenport” to powieść, po skończeniu której trudno jest uspokoić emocje. Która porusza tak szerokie spektrum tematów, która jest tak dopracowana psychologicznie, ale i historycznie, że nie sposób w kilku akapitach omówić wszystkiego, co sobą niesie, jednocześnie nie zdradzając z fabuły za wiele. To historia o zwyczajnej kobiecie, która nagle orientuje się, że może wcale taka zwyczajna nie jest, że może jednak ma coś światu do zaoferowania. A czy nie jest to coś, co każda z nas powinna sobie uświadomić? Czy w latach 50-tych, czy teraz, nie musimy się godzić na usuwanie się w cień i zapominanie o siebie po to, by nie inny mieli miejsce na własne przerośnięte ego, a wręcz nie powinnyśmy tego robić. “Diabeł i pani Davenport” to książka wielowymiarowa, której warstwy można odczytywać i dosłownie, i metaforycznie. To opowieść o rozpadzie, zniszczeniu i powstaniu na nowo. Powieść grozy, powieść obyczajowa i historyczna, thriller psychologiczny, kryminał i dramat rodzinny. Coś, po co warto sięgnąć niezależnie który z tych wymienionych gatunków lubi się najbardziej. Na mnie dopracowanie każdego szczegółu powieści zrobiło ogromne wrażenie, wzbudziło w mnie takie emocje, że długo nie mogłam się jeszcze uspokoić po zakończeniu lektury, mimo tego, że autorka dała nam kilka ostatnich rozdziałów na wyciszenie. Świetna, poruszająca, głęboka psychologicznie historia! To kiedy polskie tłumaczenie którejś z pozostałych książek Pauletty Kennedy?
“(...) za długo byłam zagubiona w pragnieniach, w potrzebach innych ludzi.”
Moja ocena: 8,5/10 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!


października 06, 2025

"We wrześniu ściany krwawią" Carissa Orlando

"We wrześniu ściany krwawią" Carissa Orlando

Autorka: Carissa Orlando
Tytuł: We wrześniu ściany krwawią
Tłumaczenie: Ewa Ziębińska
Data premiery: 24.09.2025
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść grozy / thriller psychologiczny
 
“We wrześniu ściany krwawią” to debiut Carissy Orlando z roku 2023, a zarazem na ten moment jej jedyna wydana powieść. Książka szybko podbiła serca czytelników, zdobyła sporo nominacji na najlepszy debiut i najlepszą powieść grozy na zagranicznych portalach czytelniczych (typu Goodreads). Po jej lekturze wcale mnie to nie widzi - autorka doskonale połączyła swoją miłość do horrorów z solidną psychologią, czyli zawodem wyuczonym (ma doktorat z psychologii klinicznej i społecznej) i praktykowanym (pracuje nad poprawą dostępności opieki psychiatrycznej dla dzieci i ich rodzin). Jeszcze przez rozpoczęciem pracy zawodowej przeszła kurs kreatywnego pisania, a nakłoniona przez przyjaciół z Uniwersytetu Karoliny Południowej zdecydowała się stworzyć powieść, która ma szansę zostać wydana. To “We wrześniu ściany krwawią”.
 
Właśnie mija czwarty rok od kiedy Margaret i Hal wprowadzili się do ich wymarzonego domu. Duży, stary, wiktoriański, z wieżyczką, drewnianymi parkietami i wanną na lwich łapkach, położony z dala od wszystkiego - może nie był w stanie idealnym, ale dla nich, a szczególnie dla Margaret uosabiał wszystko to, o czym od zawsze marzyła. Te pragnienie było tak wielkie, że Margaret nie przyjęła się specjalnie, gdy dom okazał się nawiedzony. Bo cóż z tego, że czasem spotka jakiego ducha, czasem musi dziwnym stworom zejść z drogi? Wszystko ma swoje plusy, a Margaret wcale nie narzeka na gosposię, która nieustannie i za darmo dba o nią i ich dom. Hal jednak nie dał rady dostosować się do otoczenia tak dobrze, jak jego żona. Przez czwartym wrześniem, czyli miesiącem, kiedy duchy faktycznie zaczynają robić to, z czego ogólnie są znane, znika. Co gorsza, nie odbiera telefonów od córki, co sprawia, że dziewczyna zapowiada przyjazd. A to wzbudza w Margaret popłoch. Bo przecież właśnie jest wrzesień, a Katherine nigdy w tym domu nie była… Duchy, nocne krzyki i krew ściekająca po ścianach to jednak może być dla niej na pierwszy raz za dużo…
“Było w tym coś naprawdę niepokojącego: rano otwierasz oczy i pierwsze, co widzisz, to smuga gęstej czerwieni, ściekającej po twojej ładnej tapecie prosto na twoją głowę. To naprawdę ustawiało nastrój na resztę dnia. Potem wychodzisz na korytarz, a tam jeszcze więcej krwi sączy się ze szczelin w tapetach i powoli jak miód spływa na podłogę. Trudno się na to patrzyło przed śniadaniem.”
Książka rozpisana jest na prolog i dwadzieścia sześć rozdziałów. Rozdziały są różnej długości - niektóre to dosłownie dwie strony, inne kilkanaście. Dłuższe najczęściej dzielone są na krótsze fragmenty, które są dobrze widocznie - poza odstępem w tekście wyróżniają je też pierwsze słowa pisane dużymi literami. Od razu też warto wspomnieć, że każdy rozdział ozdobiony jest grafiką okładkowej tapety - mały akcent, a klimatyczny dodatek. Narracja powieści prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego przez Margaret, a zatem, jak w thrillerze psychologicznym, czytelnik poznajemy świat tylko jej oczami, nacechowany od razu jej emocjami, jej sposobem postrzegania rzeczywistości. Styl powieści jest ciekawy - osadzony pomiędzy powieścią grozy o zabarwieniu makabrycznym a czarnym humorem, wynikającym z akceptacji Margaret tego, co wydaje się nam za bardzo makabryczne, by przejść nad tym do porządku dziennego. A jednak ona potrafi, co powoduje co najmniej kilka parsknięć śmiechem podczas lektury. Biorąc pod uwagę styl narracji rozłożenie historii na dialogi i opisu jest mniej więcej równe, autorka świetnie gra obrazami znanymi z filmów i powieści grozy ubierając je w słowa i spojrzenie bardzo nowoczesne. Język powieści jest bardzo ekspresyjny, nieraz padają przekleństwa, a jednak są one tu po to, by podkreślić buzujące w postaciach emocje - szok, strach, niedowierzanie. Wszystko naprawdę dobrze się zgrywa w jedną, spójną całość i wypada bardzo naturalnie. Ogólnie warstwa języka jest dobrze dopracowana, w czasie lektury natknęłam się może na jedno dziwne słowo i jedno powtórzenie. Niedaleko jej więc pod tym kątem do ideału!
“Zaśmiałam się cicho. Co za ironia: martwa kobieta - ta z rozrąbaną głową i raną, biegnącą przez pół czaszki i oko, ta, która właśnie przegoniła garstkę zakrwawionych, okaleczonych dzieci, uparcie informujących mnie o potworze w piwnicy - zapewniała mnie, że, w rzeczy samej, nie zwariowałam.”
Punktem wyjścia historii nie jest zniknięcie Hala, a przyjazd Katherine do domu, w którym straszy. Bo w tej opowieści to dom gra pierwsze skrzypce. To miejsce, którego Margaret za żadne skarby nie chce opuścić. Dom, który mimo swoich niedoskonałości, jest jej miejscem na ziemi, miejscem znajomym, dziwnym, ale przecież swojskim. Dom czasami idealny, więc jak mogłaby opuścić go, w chwilach, gdy na moment swoją idealność traci? Co z tego, że czasami trzeba wzywać egzorcystę i szybko odsuwać rękę przed kłami małego potworka? Dal Margaret to błahostka, drobnostka, z którą może się pogodzić, by móc żyć w tym domu. Ale nie będzie to błahostką dla innych. Hal nie dał rady tego znieść, Katherine na pewno też tego nie zrobi. Margaret musi więc zrobić wszystko, by ukryć tajemnice domu, by jej własna córka nie odkryła, jaki dom jest naprawdę…
“Ten dom nie był idealny, ale czasem jednak był. Albo przynajmniej tak bliski ideału, jak to możliwe w tym życiu, czyli, trzeba przyznać, niezbyt bliski. Nie był straszny dzień w dzień - niewiele rzeczy takie jest - a kiedy nie był straszny, był niemal cudowny. Umiałam tutaj przeżyć i zawsze miałam poczucie, że jeśli przeżyję wystarczająco długo, jeśli będę przestrzegać zasad wystarczająco pilnie, zrobię z niego idealny dom, raz na zawsze. Musiałam tylko trochę bardziej się postarać.”
Z biegiem lektury coraz więcej się dowiadujemy. Nie tylko o domu, bo ten przedstawiany jest nam od pierwszych stron, ale na temat samej Margaret i relacji, jakie ma z otoczeniem. Jak wyglądał jej związek z mężem od poznania do jego odejścia, jak czuła i czuje się jako matka. Przyglądamy się, jak cicha zgoda, jak dostosowanie się do zmieniającej się codzienności, wpływa na relacje, które przecież tak łatwo mogą stać się toksyczne.
“Zaczyna się stopniowo, zmiany dokonują się niezauważalnie. Praktycznie nie widzisz różnic, a kiedy się objawiają, są tak drobne, że z łatwością je akceptujesz, odrobinkę dostosowujesz swoje życie. Każdy może dokonać takich maleńkich zmian. Potem przychodzi następna zmiana, większa, ale wciąż możesz łatwo się dostosować. Żaden problem, naprawdę. Potem jeszcze jedna zmiana, znowu się dostosowujesz, i tak dalej, i tak dalej, i zanim się obejrzysz, żyjesz życiem, które pod każdym względem powinno być ci obce, ale jest po prostu normalne. Twoje życie jest życiem kogoś obcego, ale zupełnie ci to nie przeszkadza.”
Ale i zniknięcie Hala ma swoją rolę w powieści. To zagadka, do której odkrycia dąży Katherine, motyw, który wprowadza niewielki wątek kryminalny. Towarzyszymy przecież dziewczynie w poszukiwaniach, próbach odtworzenia ostatnich kroków jej ojca - to przecież w taki sposób może odkryć, gdzie podział się teraz. I w tym wątku możemy odczuć jak silne są więzi rodzinne - Katherine tak naprawdę wcale za swoim ojcem nie przepada, a jednak nie zamierza spocząć, zanim nie pozna jego losu. Gdy on się tak naprawdę podział?
“Przypuszczałam, że powinna była mnie niepokoić perspektywa spędzenia września samotnie. Ale przecież w tym domu nigdy nie byłam tak naprawdę sama, prawda?”
Akcja powieści nie toczy się tempem zawrotnym. Fabuła bazuje raczej na dziwności zdarzeń, na kontraście pomiędzy tym, co my uznajemy za makabrę, a co Margaret uznaje za swoją codzienność. Bo czy nie do wszystkiego człowiek jest się w stanie przyzwyczaić? Ważne, by robić to powoli i systematycznie…
“Człowiek się przekonuje, że wszystko, nawet rzeczy pozornie nie do zniesienia, da się do pewnego stopnia znieść. Wszystko zależy od tego, jak sobie z nimi radzisz. Od punktu widzenia, który przyjmujesz. Od tego, jak szybko się nauczysz, co robić, a czego nie, i dostosujesz swoje zachowanie.”
Autorka doskonale gra motywami znanymi z horrorów o nawiedzonym domu, które przekształca na metaforę tego, co jest w życiu bardzo realne. To tak naprawdę historia o tym, jak łatwo potrafimy zaakceptować zło i jak działając w pojedynkę, w samotności, trudno jest je wykorzenić. Bo choć tutaj zło skrywa się w piwnicy, to wcale nie trzeba go traktować tak dosłownie. Warstwa psychologiczna, która kryje się pod warstwą fabularną, jest bardzo dobrze dopracowana, porusza wiele trudnych, ale równocześnie bardzo życiowych tematów.
“Osamotnienie to dziwna sprawa. Właściwie nigdy go nie zauważasz, kiedy trwa. Oczywiście masz świadomość, że nikogo przy tobie nie ma, ale pochłaniają cię drobiazgi. Przyzwyczajasz się do osamotnienia, jednak wystarczy jeden mały wstrząs, żeby uświadomić ci, że przez ostatnie kilka lat byłaś z tym wszystkim zupełnie sama.”
“We wrześniu ściany krwawią” bawiąc się motywami znanymi w horrorów i literatury grozy daje czytelnikowi nie tylko dobrą zabawę, którą zapewnia tutaj czarny humor i makabra traktowana jak coś całkowicie normalnego, ale również głęboką powieść psychologiczną, w której pytania o naturę zła, o jego pochodzenie, o oddziaływanie na innych i przyzwalanie otoczenia na to, by zło się dokonywało, jest ujęte mądrze i szeroko. Carissa Orlando w swoim debiucie odkrywa przed czytelnikiem to, czym powieści grozy naprawdę są - w sposób metaforyczny opowiadają o tym, czego naprawdę się boimy. I nie są to potwory, a emocje, niełatwe relacje i ból, jaki czasami drugi człowiek potrafi wyrządzić. Autorka w przemyślany sposób zaznajamia nas z mechanizmem, jak można przetrwać wszystko - ale czy na wszystko naprawdę trzeba się zgadzać?
 
Moja ocena: mocne 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

sierpnia 06, 2025

"Pisklęta" Nat Cassidy

"Pisklęta" Nat Cassidy
 Autor: Nat Cassidy
Tytuł: Pisklęta
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Data premiery: 30.07.2025
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416
Gatunek: horror
 
Nat Cassidy to amerykański aktor i autor horrorów w formie powieści i scenariuszy teatralnych. Na rynku książki anglojęzycznej pojawił się po raz pierwszy w 2017 roku z adaptacją podcastu, a z pełnoprawną, autorską powieścią wrócił pięć lat później - to była “Mary”, książka bardzo entuzjastycznie przyjęta przez czytelników i krytyków. Od tego czasu Cassidy stworzył i wydał jeszcze trzy powieści, otrzymał nominację do jednej z najważniejszej nagród gatunkowych - Brama Stokera, został też okrzyknięty jednym z pisarzy wprowadzających horror w nowy złoty okres tego gatunku. Na polskim rynku pojawił się dość późno, bo dopiero w czerwcu 2025, ale za to faktycznie ze swoim debiutem - dopiero wtedy została w polski przetłumaczona “Mary” (recenzja - klik!). Na szczęście nie musieliśmy czekać praktycznie wcale na kolejną jego powieść, bo już w kolejnym miesiącu do naszych rąk trafiła druga wydana w kolejności książka pt. “Pisklęta”.
 
W sercu Nowego Jorku, na Manhattanie stoi budynek, który przyciąga wszystkich turystów. Zachwyca ich architektura sprzed stu pięćdziesięciu lat, przerażające gargulce na jego fasadzie i ciemna kuta brama, która oddziela jego mieszkańców od ciekawskich spojrzeń. Mimo sławy budynek owiany jest tajemnicą - wiadomo, że mieszkają tam celebryci, ale też krążą plotki o wiele niepokojących wypadkach, które na tym terenie miały miejsce. A właśnie - może to tylko głupie plotki? W każdym razie jest tam piętro, jedno z tych najwyższych, przeznaczone dla ludzi, których normalnie na takie zbytki nie stać - szczęśliwców, którzy dostają tam miejsce w ramach loterii. I los w ten sposób właśnie uśmiecha się do Any i Reida. Nareszcie! Bo za nimi naprawdę fatalny rok: nie dość, że przez pandemię musieli się pożegnać z matką Reida, którą obydwoje mocno kochali, to jeszcze to, co miało być ich największym szczęściem związało się z równie wielkim nieszczęściem - po latach starań Ana urodziła córeczkę, ale sama podczas porodu doznała paraliżu nóg. I właśnie przez to waha się, czy na pewno powinni się do Deptford wprowadzać - to w końcu wysokie piętro, z którego będzie mogła zabrać ją na dół tylko jedna winda. Ale jednak czar miejsca wygrywa z tą przeszkodą i decydują się na przeprowadzkę. Teraz już wszystko będzie w porządku, prawda? No, nie do końca… Reid dostaje obsesji na punkcie budynku, a Ana chyba zaczyna popadać w obłęd.
“Kłamstwa, wszędzie kłamstwa. Katastrofa rozłożona na raty.”
Książka rozpisana jest na części, rozdziały i podrozdziały. Części jest pięć, są numerowane i zatytułowane, rozdziały są tylko tytułowane krótkimi hasłami, podrozdziały z kolei krótkie i numerowane. Większa część historii pisana jest z punktu widzenia Any i Reida w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego, pojawiają się jednak też fragmenty opisujące wydarzenia z punktu widzenia kogoś innego - najczęściej dzieje się to w rozdziałach nazwanych “interludium miejskim”. One również prowadzone są w trzecioosobowej narracji czasu przeszłego, prócz ostatniego, które pisane jest w czasie teraźniejszym. Styl powieści jest charakterystyczny dla tego autora, o ile w ogóle przy drugiej książce można się o takie stwierdzenie pokusić. Tekst normalny opowiadający o tym, co się dzieje, przetykany jest pismem pochyłym bądź nawiasami, które wtrącają aktualne myśli postaci - często te niechciane. Język dopasowany jest do emocji, jakie w danym momencie autor chce oddać np. podczas kłótni zdarzają się przekleństwa, które ten ładunek emocjonalnej złości podkreślają. Są chwile, gdy autor posługuje się wyrazami dźwiękonaśladowczymi, są dialogi bardzo elokwentne, szybkie wymiany zdań i dłuższe monologi. W każdym jednak czuć, że język jest podatny, jest narzędziem, dzięki któremu dostajemy nie tylko dobrą fabularnie historię, ale i zdecydowanie coś więcej. Dzięki poczuciu, że autor doskonale nad słowem panuje, książkę czyta się świetnie.
“Podręczniki mówiły w takim przypadku o depresji poporodowej, prawda, że ładnie i fachowo brzmi taka klasyfikacja? Doświadczenie jednak było zdecydowanie mniej miłe, mniej jasne, a bardziej przerażające i mylące. >> W moim odczuciu - nienormalne. Niepoddające się diagnozie. Niewłaściwe. Bez precedensu. A nawet też niosące potępienie.<<”
W porównaniu do “Mary” ten horror jest dużo mniej krwawy, mniej obrzydliwy - autor nie zrezygnował z tego całkowicie (w końcu to horror, a dokładniej podgatunek, który jednak trochę takich wątków wymaga), ale tego typu sceny można policzyć raczej na palcach jak nie jednej, to na pewno dwóch rąk. Przede wszystkim dominuje tutaj klimat niepewności, klimat graniczący z thrillerem psychologicznym, w którym zastanawiamy się, czy to, czego doświadczamy, dzieje się naprawdę, czy raczej jest przejawem nadmiernej interpretacji, a może po prostu odrobiny szaleństwa? Napięcie jest doskonale wyczuwalne, dobrze budowane, przez pierwszą połowę książki mamy wrażenie, że coraz mocniej zbliżamy się do przepaści… ale czy ona na pewno tam jest?
“To właśnie idzie w parze z macierzyństwem: bycie na krawędzi i przetrwanie.”
Od razu zaznaczę - nie zdradzę na jakim podgatunku autor się opiera - wyjaśnia się to tak naprawdę w połowie książki, więc samo odkrycie tego jest sporą frajdą (a przynajmniej mogłoby być, gdybym sama nie trafiła wcześniej na taki spoiler w którychś z opinii, więc czytając w sieci o tej książce, uważajcie!). Mogę jednak przyznać, że choć nie jest to mój ulubiony podgatunek, to autor ujął go ciekawie, tak samo jak w “Mary”, tak i tu ładnie połączył różne znajome wątki w jedną, spójną, pełną, zaskakująco logiczną historię.
Nieuchronny finał każdej relacji: przemoc fizyczna.”
A jednak fabuła wydaje się tutaj tylko warstwą ochronną, pretekstem do pogadania o tym, co ważne, ale też, co na pewno mocno niewygodne - dla jednostek, ale i dla społeczeństwa. Nie brakuje wątków dyskryminacji grup ze względu na religię czy rasę, nie brakuje stereotypowego wykluczenia grup przez starodawne przesądy. Równocześnie dostajemy obraz Nowego Jorku, dużego miasta jako jednego organizmu, w którym każdy ma swoje miejsce, swoją funkcję. Czy to metafora życia w społeczeństwie?
“(...) Nowy Jork był wtedy znacznie mniejszy niż teraz, ale jak na tamte czasy zdawał się ogromny. Stłoczony. Ściśnięty. Zupełnie jak kluczowe organy w tułowiu. Każdy narząd odgrywa swoją unikatową rolę. Każdy jest zbudowany z własnych elementów składowych. Każdy pełni ważną, ba, fundamentalną funkcję w ciele.”
Przede wszystkim jednak jest to historia o granicach, do których przypiera nas rola rodzica (a przede wszystkim matki) i partnera, jak i własnych ograniczeń ciała. Granicach cierpienia, jakie jeden człowiek, jest w stanie znieść. O pytaniach celu życia – czy to może być po prostu cierpienie? A może jednak przetrwanie?
“- Religia Mojżeszowa uczy nas tego, jak przetrwać. Istniejemy po to, by przetrwać.
- Ale dlaczego zawsze musimy tyle doświadczyć po drodze (...)?”
Temat macierzyństwa jest dla całej historii bazą, zostaje przedstawiony bardzo szeroko i trafnie (a przynajmniej tak mi się wydaje, ale to już ocenią kobiety, które matkami faktycznie są), tak też jest z wątkiem niepełnosprawności, który mimo wszystko jest tutaj ujęty całkiem inaczej niż w innych powieściach tego gatunku, co ogromnie mi się podobało.
“Co to znaczy być matką? Na tym polegała sztuczka. Nie było jednej odpowiedzi. (...) Macierzyństwo było sprzecznością samą w sobie. I na tym polegało jego piękno. Na tym polegało jego okropieństwo. A jeśli doprowadzało cię do szału podczas prób pogodzenia niekonsekwencji, cóż, trudna rada, ponieważ macierzyństwo za nic miało to, co dzieje się w tobie. Zdążyło już wziąć z ciebie, co chciało, i dać światu. Reszta należała do ciebie i losu.”
Tematów do analizy jest tak naprawdę dużo, chyba nawet zbliżamy się do granicy przesytu - teraz autor jej jeszcze nie przekroczył i mam nadzieję, że nie zrobi tego w następnych książkach, bo bardzo podoba mi się to, że swoje gatunkowe powieści chce zrobić czymś głębszym, czymś co zostawi każdego czytelnika z jakimiś własnymi przemyśleniami, pytaniami co do własnego światopoglądu.
“Co jednak zrobić, gdy straciło się wiarę we wszystko? Łącznie z wiarą we własne ciało?”
Same postacie „Piskląt” zbudowane są sprawnie, nie są jednowymiarowe, nie są czarno-białe, a kipią od przeróżnych emocji. Nikt tu nie jest doskonały, a my przyglądamy się ich reakcjom, jak i relacjom z otoczeniem. Reid to mężczyzna, który dba o swoją rodzinę, trzyma ją razem, by się nie rozpadła - od roku opiekuje się nie tylko córką, ale i niepełnosprawną Aną, co jest dla niego sporym wyzwaniem, czego nikomu jednak nie okazuje. Jak długo można tak to trzymać w sobie, nieść cały ciężar po cichu, samodzielnie, z szerokim uśmiechem na ustach?
“(...) dowcip jako obrona przed bólem sprawdza się doskonale, ale czy nie uważasz, że to, co przeszedłeś, zasługuje na poważne traktowanie?”
Ana jest bardziej wybuchowa, zresztą jej dawny sposób życia mocno ją charakteryzuje - zawsze była w ruchu, ćwiczyła, tańczyła, cały czas coś robiła. Nic więc dziwnego, że więzienie na wózku jest dla niej doświadczeniem granicznym, doświadczeniem, przez które stoi na krawędzi szaleństwa. A to przecież tylko ułamek jej aktualnej rzeczywistości - jest jeszcze opieka nad nieustannie płaczącą córką, która nie pozwala rodzicom na normalny sen… To baza do tego, co z Aną stanie się za chwilę. Naprawdę dobra psychologiczna baza.
“Potrzebowała się czymś zająć. Potrzebowała odwrócić czymś swoją uwagę. Pragnęła pobiegać, okrążyć Central Park, dotrzeć nad Hudson River. Kalectwo nie dość, że doprowadzało ją do szału, to jeszcze było takie nudne. Tak samo zresztą jak macierzyństwo - gdyby nawet nie siedziała w wózku inwalidzkim, musiałaby tu tkwić, czekając, aż Charlie się obudzi.”
Co zaskakujące, “Pisklęta” nie dały mi takiej pewności oceny, jaką czułam przy “Mary” - tam zaskoczyła mnie ilość makabry, ale jednak doskonale zgrywała mi się ona z tym, co emocjonalnie było do przekazania. W “Pisklętach” scen obrzydliwych jest mniej i może właśnie przez ten kontrast z graniczącym z thrillerem klimatem wydają mi się wybijać z rytmu lektury. Z drugiej strony też mają jednak jakieś znaczenie metaforyczne, więc i swoje uzasadnienie, całkiem ciekawe zresztą. To jednak jedyny punkt, który wzbudza moje zawahanie, wszystko pozostałe - klimat miejsca, cała związana z nim historia, napięcie dawkowane, kreacje postaci, cala ta warstwa psychologiczno-refleksyjna i stylistyczna wzbudzają mój podziw i zachwyt. Nat Cassidy o ile zachowa balans tematyczny, nie będzie próbował w kolejnych powieściach napakować za wiele na raz i dalej będzie grał podgatunkami horroru tworząc z nich płaszczyk dla tematów ważnych, naprawdę może okazać się jednym z najważniejszych autorów horrorów aktualnych lat. Trzymam kciuki, żeby faktycznie tak było! I czekam na kolejne tłumaczenia na polski 😊
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Akurat.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!