Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwomięta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwomięta. Pokaż wszystkie posty

kwietnia 10, 2026

Wygraj "Skąd wyleciało to ciało?"! Konkurs ambasadorski (zakończony)

Wygraj "Skąd wyleciało to ciało?"! Konkurs ambasadorski (zakończony)

Komedia kryminalna, jak każdy podgatunek kryminału, jest pojęciem bardzo pojemnym. Co musi zawierać? Na pewno dobrą intrygę kryminalną i dobry humor! Cała reszta pozostaje już do inwencji twórcy, a ci mają swoich autorskich pomysłów sporo! Weźmy na przykład pod lupkę książki Małgorzaty Starosty z serii z Jeremim Organkiem i Lindą Miller - tam zbrodnia pozostaje poważna, ba!, najczęściej mocno bazuje na historycznej zbrodni prawdziwej, a to, co wokół niej jest wulkanem humorystycznym. To dobre połączenie? W przypadku tej autorki na pewno, sprawdza się znakomicie! Nie inaczej jest z najnowszym tomem serii, z "Skąd wyleciało to ciało?", które na tapet bierze nadal niewyjaśnioną zbrodnię sprzed wieku, a równocześnie jest tak zabawne, że głośne parskania śmiechem gwarantowane! To historia, która powinna uradować jak najwięcej czytelników, więc dzisiaj zamierzam się do tego trochę przyczynić - zapraszam na konkurs z tym tytułem! 

"Skąd wyleciało to ciało?" to czwarty serii serii z Jeremim i Lindą, jednak pisany tak, że bez problemów można czytać go od pozostałych tomów niezależnie. Więcej o książce znajdziecie w mojej recenzji - klik! oraz w zapisie live'a, jaki miałam przyjemność w dniu premiery książki przeprowadzić z Małgorzatą Starostą - klik! 


By wziąć udział w konkursie, odpowiedz na pytanie:
Czy intryga kryminalna oparta na zbrodni prawdziwej jest dla Ciebie atrakcyjniejsza niż powieść całkowicie fikcyjna? Swoją odpowiedź uzasadnij.

Zgłoszenia możecie zamieszczać w dowolnej formie, im ciekawiej, bardziej oryginalnie – tym lepiej!

Konkurs organizuję na moich wszystkich profilach, więc swoje zgłoszenia można zamieszczać tutaj w komentarzu pod postem lub pod konkursowymi postami na FB i IG - zgłosić można się tylko raz!

  1. Konkurs trwa od 10 do 14 kwietnia, wyniki ogłoszę w tym poście, na FB i IG do 21 kwietnia.
  2. Z nadesłanych odpowiedzi wybiorę sześć, które moim zdaniem będą najciekawsze. Przy ich wyborze pod uwagę będę brała również aktywność uczestników na profilach Kryminału na talerzu.
  3. Wysyłka tylko na terenie Polski.
  4. Udzielając odpowiedzi na pytanie konkursowe uczestnik równocześnie oświadcza, że zapoznał się z regulaminem konkursu zamieszczonym na tej stronie  – klik!

Zachęcam też do polubienia profilu wydawnictwa na IG (klik!) i FB, autorki (IG - klik!FB - klik!) oraz moich własnych (IG klik! FB klik!), a także do dołączenia do obserwatorów mojego bloga. Będzie mi też bardzo miło jeśli na swoich profilach udostępnicie informację o tym konkursie (możecie po prostu podać dalej mój post o konkursie, który zamieściłam na IG i FB) i zaprosicie do zabawy znajomych. 


Serdecznie zachęcam do udziału i życzę wszystkich uczestnikom powodzenia!




Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

18.04 aktualizacja - wyniki konkursu:
Muszę przyznać, że odpowiedzi były zróżnicowane! Sporo osób wskazywało fabułę opartą na zbrodni prawdziwej za atrakcyjniejszą, choć bardziej przerażającą, to jednak wzbudzającą potrzebę pogrzebania o sprawie więcej, ale były też głosy, którym jest to obojętną, lubią wszystko, jak i tacy, co wolą fikcję - właśnie dlatego, że zbrodnia prawdziwa przeraża, a książka ma być rozrywką. Na szczęście przy komedii potrzeba rozrywki zapewniona jest i tak, więc nie musicie się bać i po "Skąd wyleciało to ciało?" sięgać śmiało! A dzisiaj nagrodzone książką zostają: 

Facebook:
1) Eugenia Jaroszuk
Bardzo lubię historie oparte na faktach. Szczególnie, że mogę wyszukać różne informacje dotyczące danego wydarzenia. Zresztą, zdarza się, że prawdziwe wydarzenia wydają się bardziej fikcyjne niż sama fikcja. Czasami nie mogę uwierzyć i zrozumieć jak ludzie mogą być tak okrutni w stosunku do innych ludzi. Zresztą czytając książki oparte na faktach zazwyczaj dowiaduję się jakie było rozwiązanie danej sprawy.

2) Magdalena Pierewoj
Lubię taką i taką formę kryminału. Choć muszę powiedzieć, że gdy czytam o tej opartej na prawdziwych faktach to mam z tyłu głowy to wszystko, tą historię. A jeszcze do tego trzeba dodać, że dużo wtedy myślę o tych bohaterach i tych rzeczach co ich spotkało. Taką trochę przeżywająca osóbka ze mnie😀🫣.

3) Bożena Długajczyk
Hm i to kusi i to nęci (lubię czytać połowicznie jezeli to komedia kryminalna -to wolę fikcję (autor może rozwinąć swoją inwencję twórczą ,nawet jezeli fabuła wyda się absurdalna(takie książki czytam jak mam chandrę )Lubię też książki oparte na faktach -są autentyczne, wywołują dreszcz emocji.

4) Dorota Kobiera Warchoł
Ja myślę, ja wolę nawet jak jest fikcja. Dlaczego, bo ciężko jest mi myśleć że tacy zwyrodnialca jeden z drugim stąpali po tej samej ziemi co ja.

Instagram:
5) @zaczytanamatkapolka
Och jakie trudne pytanie się wylosowało 😂 Nie wiem czy jest atrakcyjniejsza, ale ja osobiście wiedząc, że fabuła oparta jest na faktycznie mającej miejsce kiedyś sprawie kryminalnej, lubię doczytać i się czasem doinformować już w trakcie lektury. Tak było np. w przypadku ksiązki "Smugi" również Małgorzaty Starosty. Po lekturze kryminału opartego na prawdziwych wydarzeniach mam w głowie chyba więcej refleksji, jakiegoś oburzenia, zdziwienia że cos takiego mogło się w ogóle wydarzyć. Więc ostatecznie może więc faktycznie można powiedzieć, że to wszystko co wymieniłam podnosi poziom atrakcyjności lektury. No I oczywiście zgłaszam się do zabawy zwlaszcza, że zaczęłam nadrabiać poprzednie tomy tej serii😍

6) @sandrula2008
Zdecydowanie stawiam na "złoty środek ". Ciekawa jest historia zbrodni ,która wydarzyła się naprawdę ale to budzi respekt. Czuję napięcie. Taka fikcyja otoczka pozwala mi się odprężyć, czuję się spokojniejsza. Wtedy historia mnie nie przytłacza. Czuję jakbym obserwowała śledztwo ale też jakbym w nim uczestniczyła. Dzięki takiemu miksowi prawdziwy dramat staje się inteligentnym humorem.

Gratulacje!
Czekam na Wasze dane adresowe wraz z numerem telefonu dla kuriera.
Wszystkim uczestnikom dziękuję za zgłoszenia i zachęcam do stałej aktywności, komentowania postów na moich profilach, jak i próbowania swoich sił w kolejnych konkursach!

marca 23, 2026

"Skąd wyleciało to ciało?" Małgorzata Starosta - ambasadorska recenzja przedpremierowa

"Skąd wyleciało to ciało?" Małgorzata Starosta - ambasadorska recenzja przedpremierowa

Autorka: Małgorzata Starosta
Tytuł: Skąd wyleciało to ciało?
Cykl: Jeremi Organek, tom 4
Data premiery: 25.03.2026
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 304
Gatunek: komedia kryminalna
 
Małgorzata Starosta polskim czytelnikom dała się poznać jako autorka komedii kryminalnych, zanim sięgnęła po inne gatunki. Debiutowała w roku 2020 powieścią “Pruskie baby”, pierwszym tomem trylogii o tym samym tytule, i przez kolejne cztery lata umacniała swoją pozycję w tym jednym gatunku literackim, choć nie obyło się już bez pierwszych skoków w bok - w 2022 roku wydane zostały “Cynamonowe gwiazdy” (powieść obyczajowa), w 2023 pojawiła się jej pierwsza książka skierowana do młodszych czytelników. Jednak to rok 2024 przyniósł coś, co otworzyło przed nią bramy do czytelnika typowo kryminalnego – to wtedy ukazały się przejmujące “Smugi” (recenzja - klik!). Teraz autorka zapowiada więcej powieści poważnych, choć równocześnie uspokaja, że z komedii kryminalnych nie rezygnuje.
To dobrze, bo seria z medykiem sądowym Jeremim Organkiem właśnie do komedii kryminalnych się zalicza. Po raz pierwszy ten bohater pojawił się na świecie w 2023 roku w “Gdzie są moje zwłoki”, pierwszym tomie cyklu, który teraz liczy już cztery tomy. Seria wydawana jest systematycznie, jedna książka na rok w sezonie zimowo-wiosennym.
 
Komisarz Michał Bączek w ramach zastępstwa został oddelegowany na Mazowsze, do Teresina, gdzie przez pół roku ma pełnić obowiązki szefa posterunku. Przekonany, że taka odległość od Wrocławia zapewni mu spokój, który w jego miejscu zamieszkania tak skutecznie odbiera ma wplątująca się co chwilę w afery kryminalne historyczka Linda Miller, wpada w panikę, gdy okazuje się, że to właśnie ją wkrótce Teresin będzie gościć na weekendowej konferencji historyków. Jakie były na to szanse?! Ale skoro Linda przyjeżdża, to Bączek już szykuje się na nową sprawę kryminalną. I dobrze, bo tuż po pierwszej części referatu, jaki Linda wygłasza na temat podejrzanej śmierci księcia Władysława Druckiego-Lubieckiego, do której doszło w 1913 roku, na trawniku przed teresińskim pałacem ląduje ciało… Tylko skąd ono wyleciało? Dobrze, że na miejscu jest też Jeremi Organek, medyk sądowy, który od razu oferuje swoje usługi.
“Zaczynam podejrzewać, że ten pałac stoi na jakichś wrotach do piekieł. Ludzie giną i winnych nie ma, dokumenty znikają. Co tu się w ogóle dzieje?!”
Książka rozpisana jest trzydzieści tytułowanych rozdziałów oraz posłowie, w którym autorka dokładniej opisuje sprawę śmierci księcia i przytacza zapiski z akt sądowych. Rozdziały pisane są naprzemiennie z perspektywy trzech postaci: Lindy, Organka i Bączka w narracji trzecioosobowej czasu przeszłego i nie są już dzielone na krótsze fragmenty - nie ma takiej potrzeby, każdy rozdział to dosłownie kilka stron, książkę więc czyta się bardzo wygodnie. Styl powieści jest charakterystyczny dla autorki i gatunku, w jakim pisze - dialogi podszyte są sporą dawką lekko uszczypliwego humoru z solidną domieszką ironii, co daje wymianę zdań przy których parska się śmiechem. I to właśnie w dialogach humor kryje się przede wszystkim, bo sama zbrodnia jest jak najbardziej poważna. Autorka sprawnie posługuje się słowem, które pod jej piórem jest bardzo plastyczne, a same żarty często opierają się na grach słownych, nieoczywistych skojarzeniach w znaczeniu poszczególnych wyrazów. Wymiany zdań postaci wypadają naturalnie, a słowa są rozciągane na potrzeby - czasami pojawiają się więc językowe przekręcenia. Całość wypada bardzo starostkowo!
“- Jednak miałeś rację co do tego gogusia. Totalna ceramika.
- Przepraszam? - nie zrozumiał jej przyjaciel.
- No ceramika: dzban znaczy, ładny, ale pusty.”
Choć “Skąd wypadło to ciało?” jest czwartym tomem serii z Organkiem, czytelnik nie będzie miał problemu, jeśli zdecyduje się na lekturę tego typu bez znajomości poprzednich. Dlatego warto przybliżyć kreacje głównych postaci: Jeremi to medyk sądowy, mężczyzna po 50,, fan ciężkich brzmień, który nie lubi się uzewnętrzniać, choć kobiety w jego otoczeniu bardzo byłyby z tego zadowolone - z wyglądu podobny jest do George’a Clooneya. W tym tomie jednak Jeremi pozwala sobie na nieco więcej okazywanych emocji - przechodzi etap złamanego serca, co jego dwa razy młodszą przyjaciółkę Lindę początkowo szokuje, a później wzbudza współczucie. I właśnie dlatego zaprasza go na konferencję do Teresina!
“Jak się człowiek napatrzył na złamane serca i pogruchotane dusze, to dostrzega nawet najdrobniejsza znaki. A pan wygląda jak słup ogłoszeniowy, bez urazy.”
Linda Miller to historyczka i blogerka, która ma tendencje do wplątywania się w afery kryminalne. Rude loki i pewność siebie sprawiają, że w żadnym pomieszczeniu nie jest niewidzialna, choć jeśli chce, potrafi się dobrze kamuflować. W “Skąd wyleciało to ciało?” jest szczególnie mocno zainteresowana pewnym historykiem zwanym przez Bączka Alvarem, który wkrótce staje się przedmiotem wielu ironicznych żartów…
No i Bączek, policjant dociekliwy i mężczyzna prawie idealny. Pojawiający się nie tylko w tej serii, ale i w innych powieściach autorki - i dobrze, bo wzbudza on morze sympatii!
“- Zaczynam się zastanawiać, komisarzu (...) czy to na pewno Linda przyciąga problemy. Wygląda na to, że pan ma niebywałe szczęście do trafiania na zagmatwane sprawy.
- Ma pan rację, doktorze (...). Sam zacząłem dochodzić do tego wniosku. Gdybym był bohaterem literackim, znienawidziłbym autora moich przygód.
- Raczej autorkę - zauważyła Linda. - Kobiety są bardziej złośliwe od mężczyzn. I mają lepszy warsztat, tak na marginesie.”
Poza stałymi postaciami serii, tom czwarty usiany jest kreacjami lekko karykaturalnymi (jak to w komediach bywa), które stają się powodem do wielu zabawnych żartów. W większości otaczają nas historycy, pracownicy pałacu i policjanci, którzy pojawiają się w odpowiednich momentach, by podsunąć w sprawie nowe tropy.
“(...) tacy jak on nie mają własnego światła, tylko odbijają cudze. Nie widzi pani, że to pustak jest?”
Akcja powieści prowadzona jest w tempie przyjemnie dynamicznym, a większość zdarzeń i zaskoczeń przekazywane są czytelnikowi za pomocą dialogów. Sama intryga oparta jest na motywie zbrodni sprzed stu lat - szybko staje się jasne, że aktualna ofiara, młoda kobieta, która skądś wyleciała, prawdopodobnie odkryła informacje, które rzucą nowe światło na śmierć księcia z 1913 roku. I tak historia się zapętla - na bazie zbrodni prawdziwej próbujemy znaleźć hipotezę tak dopasowaną, by równocześnie wyjaśniła sprawę śmierci młodej kobiety. Połączenie historii prawdziwej z fikcyjną daje ciekawy efekt, pobudza ciekawość, która w trakcie, albo już po lekturze każe czytelnikowi uruchomić przeglądarkę internetową i poszukać o śmierci księcia czegoś więcej. Sama intryga została zbudowana sprawnie, z pewnością wszystkie jej elementy byłyby trudne do samodzielnego wytypowania, jednak postać sprawcy nie bierze się znikąd, więc zasady klasycznej powieści kryminalnej w pewnym sensie zostają zachowane. Mnie podobało się to, jak autorka wykorzystuje swoją wiedzę, by przedstawić zaskakującą hipotezę rozwiązującą sprawę obydwu morderstw.
“(...) czy naprawdę żyjemy w świecie, w którym bezkarnie morduje się ludzi? Młoda dziewczyna traci życie na oczach setek ludzi i nikt, dosłownie nikt!, niczego nie widzi, nie słyszy? Jeśli tak jest, to wróżę kiepską przyszłość ludzkości.”
Małgorzata Starosta w “Skąd wyleciało to ciało?” po raz kolejny udowadnia, że potrafi połączyć humorystyczne spojrzenie na codzienność z solidną zagadką kryminalną, która nie tylko zaskakuje, ale i robi wrażenie ilością faktów, na których jest oparta. Historia sprzed stu lat angażuje równie mocno, jakby była historią współczesną, a finalne uzupełnienie aktami sądowymi sprawy zmusza czytelnika do pewnych refleksji i porównań dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Zagadka, w którą uwikłane są postacie serii, prowadzona jest z dużym detektywistycznym wyczuciem, a postacie są wisienką na torcie - to one, ich kreacje, ich dialogi ubierają tę opowieść w ton mocno humorystyczny, sprawiają, że sporą część powiedzonek postaci chciałoby się od razu wprowadzić w naszego codziennego języka. Bardzo lubię taki humor, ironiczny, ale nie w sposób obraźliwy, a wręcz odwrotnie, błyskotliwy.
“No to jak będzie, doktorku? Kęs serniczka, kilka słów i znowu kęs serniczka? Niech się pan nie martwi, że zabranie ciasta, mam jeszcze całą blachę.”
Moja ocena: 7,5/10
 

W dniu premiery zapraszam na live z Małgorzatą Starostą!
Odbędzie się on na Instagramie na moim profilu @kryminalnatalerzu o godzinie 19:00.



Recenzja powstała w ramach współpracy ambasadorskiej z Wydawnictwem Mięta.


Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 13, 2026

"Skąd wyleciało to ciało?" Małgorzata Starosta - zapowiedź ambasadorska

"Skąd wyleciało to ciało?" Małgorzata Starosta - zapowiedź ambasadorska
W ostatnich miesiącach Małgorzata Starosta prezentowała nam się od mocno poważnej strony, ale wcale nie znaczy to, że o komediach zapomniała! Ten rok jej twórczości rozpoczynamy zatem na wesoło - już 25 marca na naszym rynku ukaże się "Skąd wleciało to ciało?", a Kryminał na talerzu ma przyjemność zostać ambasadorem tej powieści! 


Jakie jest prawdopodobieństwo, że weekendowa konferencja historyczna zamieni się w poszukiwanie mordercy, a nawet dwóch morderców? A jeśli w tym równaniu pojawi się duet Miller–Organek?
Linda Miller i Jeremi Organek oddalają się od rodzimego Dolnego Śląska, pewni, że nie grożą im żadne trupy, denaty i zwłoki. Ani żaden zaprzyjaźniony policjant. Tymczasem podwarszawski Teresin, skrywający ponadstuletnią tajemnicę, ma wobec nich swoje plany. Lecząc złamane serce, Jeremi znów znajdzie się w prosektorium, gdzie przyjdzie mu odkryć niejeden sekret, a Linda – jak to Linda – wbrew wszystkim nadepnie komuś na odcisk.
Zapraszamy do poznania zawiłości najgłośniejszego i do dziś nierozwiązanego morderstwa Kongresówki oraz sprawdzenia, skąd wyleciało pewne ciało i kto pomógł mu wylecieć.

"Skąd wyleciało to ciało?" to czwarty tom serii z lekarzem medycyny sądowej Jeremim Organkiem i Lindą Miller, jednak jeśli macie chęć, możecie po niego sięgnąć od pozostałych tomów niezależnie. A co ten tytuł nam oferuje? Oczywiście dobry, inteligentny humor, świetny styl, dzięki któremu książka czyta się praktycznie sama i jak najbardziej poważną zagadkę kryminalną, która sprawi, że lektura okaże się po prostu nieodkładalna. To Małgorzata Starosta w najlepszym, komediowym wydaniu! 

Autorka: Małgorzata Starosta
Tytuł: Skąd wyleciało to ciało?
Cykl: Jeremi Organek, tom 4
Data premiery: 25.03.2026
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 304
Gatunek: komedia kryminalna

Zaproszenie!
Już w dniu premiery tj. 25 marca o godzinie 19:00 odbędzie się live z Małgorzatą Starostą, który będę miała przyjemność poprowadzić. Miejsce spotkania: mój profil na Instagramie - klik! 

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży. 


Dostępna jest już teraz, przedpremierowo!, w abonamencie 


We współpracy z Wydawnictwem Mięta. 



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

stycznia 20, 2026

"Szmelc" S.J. Lorenc

"Szmelc" S.J. Lorenc
 Autor: S.J. Lorenc
Tytuł: Szmelc
Data premiery: 14.01.2026
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 368
Gatunek: powieść grozy / horror / thriller
 
S.J. Lorenc na polskim rynku literackim pojawił się niedawno - debiutował w lutym 2025 thrillerem “Koniec mapy”, którego akcja toczyła się daleko stąd, aż na Svalbardzie. Teraz, w “Szmelcu”, swojej drugiej książce, zostaje na terenie znanym mu na co dzień - w Warszawie, a opowieść opiera o swoją największą pasję - fotografię. W książce pobrzmiewają też echa z jego ulubionych autorów - Stephena Kinga i Deana Koontza, jak i kina grozy lat 80-tych i 90-tych XX wieku.
 
Do Warszawy po dwóch latach nieobecności na prośbę swojego przyjaciela przyjeżdża Lucjan Stanisławski, w skrócie - Lucy. Okazuje się jednak, że chyba zjawił się tam za późno – Piotra Zmory nigdzie nie ma. Gdzie go szukać? W wydawnictwie magazynu modowego Fabryka mówią, że takie zniknęcia dla Zmory są normalne, dają mu klucz do jego mieszkania i proszą o zastępstwo. Czemu nie? I tak musi czekać na powrót przyjaciela… Czy jednak faktycznie wróci? Mijają dni, Zmory nadal nie ma, a Lucy z nudów zaczyna przekopywać jego mieszkanie… Aparaty analogowe, Polaroidy, ogrom fotografii - coś w tym wszystkim jest niepokojącego, tylko co? W co wpakował się Zmora i czy faktycznie ma jeszcze szansę wrócić?
“Nigdy się nie spodziewałem, że pustka może być aż tak przerażająca.”
Książka rozpisana jest na prolog, 54 zdjęcia i epilog. Zmiana rozdziałów na zdjęcia jest zabiegiem nie tylko czysto językowym - każde zdjęcie to uchwycone zdarzenie, chwila, które razem wcale nie są ułożone chronologicznie, a czytanie ich kojarzy się z przeglądaniem rozrzuconych zdjęć - raz sięgamy po opis chwili z teraz, raz wracamy do przeszłości, do czasów zanim Lucjan z Warszawy wyjechał. Niektóre chwile to zdjęcia w pewien sposób zakrzywiające rzeczywistość - coś rozmytego, na granicy realności i snu. Z jednej strony daje to ciekawy efekt, z drugiej jednak sprawia, że czytelnik często czuje się zdezorientowany - w jakim czasie jesteśmy, w jakiej rzeczywistości się znajdujemy?
“Perfekcja jest nudna, życie nie jest doskonałe, niech żyją kurz i pyłki.”
Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, głównie z perspektywy Lucjana, jest jednak od tego kilka wyjątków. Język dopasowany jest do środowiska, w jakim toczy się akcja - artystów wszelkiego rodzaju, zatem i imiona, i sposób ich wypowiedzi czasami odbiegają od tego, z czym spotykamy się na co dzień. Zresztą autor słowa traktuje bardzo swobodnie - czasami sięga po takie, które wyszły już z użytku, czasami przekształca je na własne potrzeby. W dialogach czy monologach pojawiają się przekleństwa, momentami jest ich sporo, są też i nieco brutalniejsze, bardzo dosadne opisy. Same dialogi w większości wypadają naturalnie, czasami jednak, gdy rozmowa toczy się pomiędzy dwoma płciami, wkrada się nutka sztuczności. Nie na tyle, by miało to utrudnić czytanie, jednak w momentach, gdy jest kumulacja wszystkich “dziwności”, książka budziła we mnie mieszane emocje.
“Jedni, żeby się wyluzować, szli na wódkę, a on na wywoływacz z utrwalaczem.”
Choć z opisu powieści może wydawać się, że jest to thriller z elementami kryminału, to jednak nie do końca tak jest. Historia zaczyna się w sposób spokojny, obyczajowy - w końcu z początku zniknięcie Zmory nie budzi w nikim dużego zdziwienia, więc czytelnik towarzyszy Lucjanowi w jego nowej codzienności, styczności z nowymi ludźmi i starymi znajomymi, którzy sprawiają, że pojawiają się wspomnienia sprzed wyjazdu. A jednak sam prolog zaczyna się morderstwem, gdzieś więc wątek kryminalny się czai. Nie jest to jednak typowa intryga dla kryminału - autor bazuje raczej na powieści grozy, pojawiają się wątki paranormalne, subtelnie fantastyczne, a realność, jakiej spodziewamy się po kryminale, rozmywa się w onirycznych fragmentach, które do samego końca trudno jest rozgryźć. Z powieści obyczajowo-kryminalnej historia przeradza się w coś ulotnego, coś delikatnie niepokojącego, by za chwilę zmienić się w makabryczny horror - te elementy gatunkowe raz po raz się przeplatają dając powieść trudną do jednoznacznej kategoryzacji.
“(...) analog, a już nie wspomnę o Polaroidach, to fotografia naturalna, jedyna, która pokazuje rzeczywistość taką, jaka ona jest. Tylko że dziś nikt jej już nie potrzebuje i nie chce oglądać.”
Sama intryga bazuje na starych przesądach, które pojawiają się w różnych kulturach, na pewnym motywie, który był już w popkulturze wykorzystany, jednak nie dokładnie w taki sposób, w jaki robi to tutaj S.J. Lorenc. Jego pomysł jest świeży, a równocześnie fajnie wykorzystuje kontrast pomiędzy tym, co jest teraz, a tym, co było - tu świat jeszcze z czasów przełomu ustrojów w Polsce miesza się ze współczesnością, świat analogiczny ze światem cyfrowym. Rozwiązanie jest dobrze przemyślane i zaskakujące, a jednak coś w tej fabule było takiego, że sama nie czułam dużej ciekawości w jaki sposób ta historia się skończy - czy to dlatego, że sięgając po ten tytuł spodziewałam się intrygi bardziej realistycznej? A może po prostu zabrakło mi bardziej pogłębionych kreacji postaci, porządku fabularnego? Nie wiem, niemniej jednak moja ciekawość gdzieś w trakcie lektury się ulotniła.
 
Tym jednak, co uwagę mocno przyciąga, jest wątek fotografii - cała fabuła właśnie o niego się opiera, cały świat przedstawiony to świat przedstawiony oczami fotografa. I to daje bardzo ciekawy efekt, który nie jest jeszcze w literaturze wyeksploatowany - spojrzenia na świat w kadrach, w obrazach. Równocześnie dzięki temu opowieść zadaje ciekawe pytania - czy to, co teraz zwie się fotografią, nadal można uważać za sztukę? Przy ilości programów do obróbek, całej fotografii cyfrowej, wydaje się, że ta magia łapania chwili na kliszy już gdzieś przepadła. Bo czym naprawdę jest fotografia, co ma na celu, gdzie kryje się jej czar, jej magia? To ważny aspekt tej powieści - ścieranie się plusów i minusów fotografii cyfrowej i analogowej, wrzucanie zdjęć do programów komputerowych kontra wywoływanie ich w ciemni - pod tym kątem Lucy i Zmora przedstawiają dwa różne punkty widzenia, obydwoje jednak zdają się kochać to, co robią - a czytelnicy, którzy podzielają tę pasję, będą to mocno odczuwać.
“(...) tym Polaroidem, robisz fotę… (...) I drugiej takiej już nigdy, nigdzie nie będzie. To jest tak, jakbyś wziął nożyczki i wyciął kawałek tego, co widzisz. Wyciął, zabrał i schował do kieszeni.”
Wydaje się, że S.J. Lorenc pisząc “Szmelc” chciał stworzyć coś oryginalnego - bez wątpliwości mu się to udało. To powieść wymykająca się jednego określeniu gatunkowemu, korzystająca z motywu znajomego, zakorzenionego w różnych kulturach od dawna, ale ujętego w nieoczywisty sposób mocno bazujący na polskiej historii. Również i sam język wymyka się schematom, często wzbudza różne emocje - zaskakuje, szokuje, czasem nawet i obrzydza. Na uwagę zasługuje też motyw fotografii, który w powieści zajmuje sporo miejsca, to zarazem hołd dla tej pasji, ale i dysputa o tym, co dzieje się z fotografią teraz i jak zmienia się w stosunku do tego, co było przed lat. Niemniej jednak nie jest to powieść idealna - postacie same w sobie nie są specjalnie dopracowane pod kątem psychologicznym, a fragmentaryczność historii wprowadza w lekturę chaos. Szokująco brutalne momenty też nie wywołały we mnie entuzjazmu, nie znalazłam dla nich uzasadnienia. Może to właśnie spowodowało, że gdzieś po drodze moja ciekawość lekturą się rozmyła? Mimo tych mankamentów cieszę się, że “Szmelc” pokazał się na naszym rynku - S.J. Lorenc uświadomił mi, jak niewiele jest powieści, które wykorzystują w fabułach motyw fotografii, który przecież daje ogromne twórcze możliwości! Zdecydowanie jest to lektura dla tych, którzy podzielają pasję autora.
 
Moja ocena: 6,5/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Mięta. 



Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 04, 2025

"Sekrety domu Wintera" Alicja Czarnecka-Suls

"Sekrety domu Wintera" Alicja Czarnecka-Suls

Autorka: Alicja Czarnecka-Suls
Tytuł: Sekrety domu Wintera
Cykl: Ludwika Rekucka, tom 2
Data premiery: 27.08.2025
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 432
Gatunek: powieść przygodowa / cozy mystery
 
Alicja Czarnecka-Suls w swoim życiu podejmowała się przeróżnych prac zawodowych, jednak miłość do literatury i historii była w niej od zawsze. Już jako dziecko wolała czas spędzać z książkami niż w towarzystwie, a jej wielkim marzeniem była własna maszyna do pisania. Pisała wiersze i opowiadania, które doczekały się wydania w kilku magazynach. Na studia wyjechała z Rabki do Krakowa, a potem jeszcze dalej, do Warszawy, gdzie mieszka do tej pory. Ostatnie lata spędziła na pracy w telewizji, gdzie była producentką wykonawczą różnych programów rozrywkowych, a później dyrektorką zarządzającą. W roku 2024 w końcu spełniła swoje marzenie - debiutowała na rynku książki tytułem “Dziewięć kołatek Troya”, w którym po raz pierwszy czytelnicy mogli spotkać się z czwórką przebojowych, żądnych przygód seniorów. W “Sekretach domu Wintera” spotykamy się z nimi po raz drugi, choć również można po książkę sięgnąć jak po powieść osobną.
 
Wiosna, czasy współczesne, wyspa Fuerteventura. Na obrzeżach miasteczka Morro Jable Lula, czyli Ludwika Rekucka z swoim partnerem Gabrysiem i przyjaciółmi Adą i Krisem na sześć tygodni wynajęli wygodną willę. Znaleźli się tam za sprawą Luli, która właśni tyle czasu ma na opracowanie konceptu do swojej nowej książki, a pisać chce o Fuerteventurze i domu Wintera, wokół którego krążą niejasności i podejrzenia o tajną współpracę z nazistami w czasach II wojny światowej, jak i chwilę po. Towarzystwo więc zamierza pozwiedzać i dowiedzieć się jak najwięcej o lokalnej historii związanej z Gustavem Winterem. Przypadkowo dom, który wynajmują, jest własnością pewnego starca, który może nawet jeszcze tamte czasy pamiętać… Jednak nie jest on przyjaźnie usposobiony, a pierwszy nabytek Luli - stary dziennik jakiegoś Ricarda - dodatkowo wywołuje jego irytację. Dlaczego? Jakie tajemnice może skrywać stary dziennik?
“(...) choć zbrodnia ginie wraz ze zbrodniarzem, to przekleństwo i wina przechodzą na kolejne pokolenia.”
Książka rozpisana jest na 48 kilku - bądź kilkunastostronicowych rozdziałów i epilog. Otwiera ją spis postaci, szczegółowy, z podziałem role i reprezentacje, a każdy rozdział rozpoczyna się cytatem, najczęściej wycinkiem z tekstów piosenek, które pewnie wszyscy znamy. Wizualnie start rozdziałów robi przyjemnie wrażenie - ładna czcionka i grafika łodzi podwodnej jasno sugerują czytelnikowi, że ma do czynienia z powieścią humorystyczną. Rozdziały toczą się naprzemiennie w dwóch czasach: współcześnie, oczami Luli, która relacjonuje przygody jej i przyjaciół w narracji trzecioosobowej oraz w przeszłości poczynając od roku 1936, gdzie zaczyna się relacja Ricarda zamieszczona w jego dzienniku, jednak wraz z biegiem lektury dołączają się do niego inne głosy w tę historię zamieszane. Fragmenty z perspektywy Ricarda pisane są w pierwszoosobowej narracji, pozostałe w trzecioosobowej czasu przeszłego. W czasach współczesnych kilka razy pojawiają się też protokoły z przesłuchania na policji. Te różne formy budowy opowieści połączone w jedną historię dają czytelnikowi przyjemne urozmaicenie, a zarazem dobrze podkreślają w jakich czasach aktualnie się znajdujemy. Styl powieści jest więc odpowiednio do formy narracyjnej dostosowany, nie da się jednak nie zauważyć, że autorka lubi budować długie zdania, nie tylko w opisach, ale i dialogach, co w tych drugich momentami daje mało realistyczne wrażenie. Czasami wydaje się, że dialogi nie są przytoczone w pełni, a skupiają się mocniej tylko na jednej stronie dialogu. Są w nich wtrącenia hiszpańskie, ale większość jest od razu tłumaczona na polski (w tekście, nie przypisach), więc czytelnik nie ma problemu ze zrozumieniem co się dzieje. Uwaga narratora skierowana jest przede wszystkim na zdarzenia, nie poświęca on raczej specjalnie uwagi na to, by zgłębić się w emocje opisywanych postaci (chyba że forma narracyjna zakłada inaczej, jak np. pamiętnik). I może właśnie dlatego kiedy już przywykłam do stylu powieści, to jednak nadal nie byłam w stanie wczuć się w emocje, jakie wydarzenia, których doświadczali bohaterowie, przyniosły, a zatem do historii podeszłam dość neutralnie.
“Kiedyś musi być postawiona granica pretensji i roszczeń, inaczej narody i ludzie będą zawsze w stanie wojny.”
Towarzystwo, w które zaprasza nas autorka, jest specyficzne. Cała czwórka przyjaciół to osoby w okolicach 60-tki - panie trochę młodsze od panów. Lula to pisarka i reżyserka filmów dokumentalnych, kobieta samodzielna, ale jednak licząca też na wsparcie swoich bliskich. Jej przyjaciółka Ada to ruda piękność, która na wyspie zamierza przeżyć płomienny romans, chyba trochę jako odskocznię od trudnego związku, w którym tkwiła przez lata. Kris to człowiek inteligentny, ale niewylewny, a Gabryś jest dobrym wsparciem dla wszystkich. Jednak, mimo że postacie są tym elementem historii, który ją wymusza i popycha naprzód, to nie wydają się specjalnie ważne - nie czuję, żebym ich dobrze poznała, zrozumiała i się z nimi związała. To prawdopodobnie wynik braku analizy ich reakcji, przez co bywały momenty, w których ich zachowanie wydało mi się po prostu dziwne.
“Nie możemy uciekać od tego, kim byliśmy, lub od przeszłości naszej rodziny, ale możemy zdecydować, kim chcemy być teraz.”
Ciekawsze wydaje się towarzystwo, które poznajemy na wyspie, choć i ono nie zawsze wydaje się spójne charakterologicznie. Niemniej jednak dzięki ich historii, którą z biegiem lektury poznajemy, książka wzbogacona zostaje o element powieści historycznej z czasów II wojny światowej.
“Czasami wydaje się, że tragedie, które nosimy w sobie, są jak wielkie kamienie. Ciężar, którego nie sposób unieść. Ale gdy patrzymy na świat wokół nas, na to, jak powstają i upadają miasta, jak wybuchają kolejne wojny, jakby historia niczego nas nie nauczyła, jak szybko nowe pokolenia zastępują stare, widzimy, że te nasze kamienie to tylko drobne okruchy w ogromnym mechanizmie czasu.”
Bo tym, co w książce jest punktem centralnym (a może zapalnym?) jest tytułowy dom Wintera. Teraz ruina, którą ciągle można zwiedzać, o której mieszkańcy niespecjalnie chcą mówić, kiedyś wielka willa, w której… no właśnie co? To w niej mieszkał człowiek, który zrobił wiele dobrego dla wyspy na tamte czasy - dał ludności miejskiej ziemię, otworzył szkołę. Jednak krążą też plotki o tym, że była to tajna baza nazistów, do której przypływały łodziami podwodnymi ładunki pełne skarbów. I te legendy Lula z przyjaciółmi bada, równocześnie odkrywając przed czytelnikiem ciekawą historię Ricarda, który wyłamał się ze swojej hiszpańskiej rodziny i jako Niemiec po ojcu dołączył do wojska. To jemu towarzyszymy w szkoleniach, później w wyprawach łodziami podwodnymi i tak naprawdę to właśnie ta historia z przeszłości, mimo iż bardziej obyczajowa niż kryminalna, jest w powieści tym, co budzi emocje.
“Nie możesz pozwolić, żeby tajemnice z przeszłości zdominowały twoje życie (...).”
Wydarzenia współczesne to z kolei połączenie powieści przygodowej z cozy mystery - nie crime, bo choć na początku faktycznie pojawia się trup, to ma on znaczenie marginalne, a właśnie mystery, zagadka, bo to na zagadkowości zdarzeń oparta jest intryga współczesna. Jesteśmy świadkami przestępstw, albo prób ich popełnienia, co nadaje lekturze lekko kryminalnego wydźwięku, a jednak pisanego w lekkim stylu, w którym skupiamy się raczej na zabawnych efektach ubocznych zbrodni. I choć sama nie śmiałam się w głos podczas lektury, to dobrze mnie ona odprężyła.
“Dość niebezpieczna ta wasza wyspa szczęśliwa, ja to mówię bez sarkazmu.”
Alicja Czarnecka-Suls w “Sekretach domu Wintera” łączy w lekkim stylu prawdziwe miejsca i faktyczne przypuszczenia z przygodową fikcją literacką, gdzie nie brak też chwili na refleksję. W poszukiwaniu tego, co przyniosła przeszłość, a co do teraz pozostało nieodkryte, zadaje pytania o wagę poczynań naszych przodków - czy ma znaczenie z jakich korzeni wyrastamy? Czy grzechy, złe uczynki przechodzą z pokolenia na pokolenie i determinują nasze własne zachowanie? Sporo wiedzy o dawnych czasach, czasach II wojny światowej równoważone jest nie całkiem poważnymi poczynaniami czwórki seniorów, którzy przyjechali na wyspę, by raz po raz pakować się w kłopoty. Nie jest to powieść bez wad, ale mimo wszystko stanowi ciekawe połączenie gatunkowe, przy którym zaznałam przyjemnego relaksu. Nie wykluczam więc, że w przyszłości z Lulą i jej przyjaciółmi będę chciała spotkać się ponownie.
Nasze życie nie jest wiatrem historii, lecz małym, jedynym ogniskiem, które rozpalamy, by ograć tych, którzy są najbliżej.”
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Mięta.



Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!


lipca 11, 2025

"Efekt pandy" Marta Kisiel

"Efekt pandy" Marta Kisiel

Autorka: Marta Kisiel
Tytuł: Efekt pandy
Cykl: Tereska Trawna, tom 2
Data premiery: 02.07.2025
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 304
Gatunek: komedia kryminalna
 
Marta Kisiel długo trzymała się gatunku fantastyki. Po raz pierwszy na scenie literackiej pojawiała się w 2006 roku z opowiadaniem „Rozmowa dyskwalifikacyjna” na łamach internetowego magazynu „Fahrenheit”, które zostało uznane za jej debiut, choć z pełnoprawną powieścią wróciła dopiero cztery lata później, w 2010 po raz pierwszy wydane zostało “Dożywocie”. Musiało jednak jeszcze upłynąć aż jedenaście lat, aż autorka pokusiła się o gatunkowy skręt ku kryminałowi, a raczej komedii kryminalnej - narodziła się Tereska Trawna w pierwszym tomie swoich przygód pt. “Dywan z wkładką” (recenzja- klik!). Książka wywołała spore poruszenie wśród fanów gatunku, zyskała ogromną liczbę pozytywnych opinii, a charakterna Tereska chwilę później wróciła - jeszcze w tym samym roku wydany został “Efekt pandy”. W roku 2022 Marta Kisiel rozpoczęła swoją współpracę z Wydawnictwem Mięta i to tam ukazał się tom trzeci przygód Tereski pt. “Zawsze coś” (recenzja - klik!), któremu miałam przyjemność patronować. Przy okazji tej premiery Wydawnictwo Mięta wznowiło również tom pierwszy, ale dopiero teraz, dwa lata później dostaliśmy uzupełnienie kolekcji - nowe, spójne graficzne wydanie “Efektu pandy”. Sama wykorzystałam tę okazję, by ponownie sięgnąć po lekturę i uzupełnić lukę w recenzjach cyklu, jakie ukazały się na blogu.
Od czasów Tereski Marta Kisiel chyba dobrze poczuła się w gatunku kryminału, bo stworzyła jeszcze jeden cykl nazwany Autokorekta, którego do tej pory wydane zostały dwa tomy („Nagle trup” – recenzja!). Liczba wszystkich wydanych jej powieści skierowanych do dorosłego czytelnika to na ten moment dwanaście, autorka ma też sporą liczbę opowiadań na koncie, jak i cykl książek dla młodszego czytelnika, który bardzo chętnie i często jest nagradzany.
 
Początek lutego, zima. Do Trawnych w odwiedziny wpadła matka Tereski, Briżit. Jej wizyty do częstych nie należą, Briżit, jak już imię wskazuje, ostatnio zamieszkuje Francję i tam pracuje sobie w firmie, w której biegle na co dzień posługuje się trzema językami: polskim, francuskim i rosyjskim, co ewidentnie wpływa na jej sposób swobodnej wymowy. Wizyty nieczęste, są przeważnie bardzo krótkie, tym razem jednak coś się zmieniło - Briżit zamiast wpaść, narobić szumu i wyjechać, oznajmia, że zorganizowała tygodniowy tydzień w spa dla kobiet z rodziny Trawnych i jej samej. W tym czasie przyplątuje się jeszcze matka Andrzejka, czyli teściowa Tereski, Mira, a że w spa wynajęty mają cały domek, to i ona zostaje na wyjazd zaproszona. I tak Tereska, Briżit, Mira, Zoja i psica Pindzia ruszają na podbój Dzierżążnia-Zdroju! Choć jak się zaraz ma okazać, niedawne przejścia kryminalno-dywanowe odbiły na Teresce i Mirze ślad, a może i zadziałały jak magnes - bo dlaczego już pierwszej nocy słyszą za ścianą coś, co każe im przypuszczać, że stało się tam coś bardzo, bardzo, ale to bardzo ostatecznego?
 
Książka rozpisana jest na coś w kształcie prologu i 25 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora relacjonującego opowieść z perspektywy kobiecych bohaterek, głównie skupia się na oddaniu akcji, choć i miejsce na wzmiankę o emocjach buzujących też się znajdzie. Styl, och, ten styl! Niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Autorka posługuje się słowem pisanym z taką swobodą, jaką jeszcze u nikogo innego nie spotkałam - dosłownie nagina go do potrzeb oddania tego, co dyktuje jej wyobraźnia i robi to nie tylko obrazem, ale właśnie też słowem. Bo czego tu nie ma! Są zabawy łamańcami językowymi, przejęzyczeniami, spolszczeniami, nazwami własnymi stworzonymi w tak zaskakująco zabawny sposób, że miałam podczas lektury takie momenty, że wpadałam w niekontrolowany chichot, zwyczajnie zaśmiewałam się do łez i nie mogłam przestać. Humor jest tu tak naprawdę wszędzie - w słowie, w postaciach, sytuacjach, dialogach, każda jedna okazja do śmiechu jest wykorzystana i to tak inteligentnie, że nawet najbardziej absurdalne sytuacje są po prostu i zwyczajnie przezabawne, nigdy granica między śmiesznością a żenadą nie zostaje przekroczona. Tu po prostu nie ma ani jednego nieudanego żartu! Jestem pod wielkim wrażeniem błyskotliwości, jaką już w samej warstwie językowej wykazuje autorka.
“Tymczasem Mira była w lesie.
Znaczy, była w lesie w znaczeniu przestrzennym, choć nie tylko. Czy raczej - nie przede wszystkim, bo tak ogółem to czuła się bardziej w czarnej dupie. Z całym szacunkiem.”
Kreacje postaci to również prawdziwe perełki. Tereska to księgowa o charakterze mocno wybuchowym, która pełna traum z własnego dzieciństwa, swoje dzieci wychowuje w poczuciu wolności, choć z ciągłą matczyną troskliwością. I to w jej dzieciakach widać - Zoja, która tutaj zdecydowanie mocniej zaangażowana jest w akcję niż jej brat Maciejka, który został w domu, jest nastolatką mocno niezależną, pewną siebie, ale ciągle ufającą i blisko związaną ze swoją matką. Starsze pokolenie w postaci Briżit i Miry też kreacjami od tej dwójki nie odstaje - Briżit to starsza wersja Tereski, kobieta, która dobrze wie, czego chce, czego nie boi się wysławiać, przez co spisywanie uwag do rezerwacji w spa trwało prawie dwie godziny… Jej trójjęzyczność jest przezabawna, a choć przecież sama nie znam rosyjskiego, to nie miałam żadnym problemów, by zrozumieć, co kobieta chce przekazać. Mira z kolei odstaje od Tereski i Briżit charakterem, jest dużo bardziej wyciszona, nastawiona przede wszystkim na działanie. To obraz zdrowej emerytki, która po kilku nieudanych małżeństwach absolutnie nie zamierza rezygnować z życia, a czerpie z niego ile się da. Doskonałe postacie kobiece!
Jest i oczywiście tak zwany zbrodzień. Potencjalny złoczyńca, gbur, który wraz z żoną i córką mieszka z babską ekipą ściana w ścianę. Jak na złoczyńcę przystało, mężczyzna uosabia wszystko, co złe, stanowi prześmiewczą karykaturę pewnych siebie, lekko socjopatycznych narcyzów o patriarchalnych poglądach. I choć wszystko jest w nim przesadzone, to przesadzone w sposób, który zmusza do śmiechu, a nie zakłopotania.
“Spojrzała na rozdartą foliową saszetkę ze słodką pandą, a potem na tąpnięte twarze matki i teściowej. Cały ten babski wypad do spa z szykanami był jak te cholerne maseczki. Niby takie ładne, takie zabawne, a jak przyszło co do czego i rzeczywistość zweryfikowała oczekiwania, to co z nich wyszło?
Efekt pandy… i to w pełnym galopie.”
A co z intrygą kryminalną? Jest, ale też niebanalna. Bo zbrodzień jest, ale nie ma ciała, a cała zagadka polega na tym, by odkryć, co się z tym ciałem stało - kobiety podejrzewają, że mężczyzna zrobił coś ze swoją żoną, nie wiedzą tylko co. Historia jest dynamiczna, dużo się dzieje, i to też spora sztuka, zbudować akcję tak, by kręciła się wokół zagadki zbrodni, w której nie ma nawet ciała. Zmierzenie się z morderstwem doskonałym? Dlaczego nie!
Autorka bardzo sprawnie kieruje intrygą, niezauważalnie podrzuca tropy, które tak naprawdę zauważamy dopiero przy rozwiązaniu całej intrygi - faktycznie wszystko prowadzi do rozwiązania, ale wszystko, co obudowuje szkielet intrygi, jest tak absorbujące, że skutecznie odciąga uwagę czytelnika od tropów, które mogłoby na rozwiązanie zagadki naprowadzić.
“Tereska pokiwała głową i wróciła do snucia narracji. Czuła się niemalże jak Herkules Poirot, tylko jej gustownego wąsa jako rekwizytu brakowało. Próbowała kręcić nonszalancko kubkiem, lecz tylko oblała sobie legginsy herbatą.”
Na koniec to, co kryje się między wersami. Bo i dobre wartości znalazły sobie miejsce w tej książce. Mamy piękny obraz matczynej miłości, mamy obraz otwartości na świat i zrozumienia, że człowiek, to złożona istota i tak naprawdę każdy z nas może zbłądzić, a jeden błąd wcale nie oznacza głupoty czy złego, podstępnego charakteru - to jest po prostu ludzkie. Autorka podsuwa też dobry pomysł na sposób na zdrowe rozładowanie gniewu 😉
“- Trochę… chyba nie wczoraj poniosło…
- Ale charakter czy ułańska fantazja?
- Ułańskie macierzyństwo…”
“Efekt pandy” to coś zdecydowanie więcej niż po prostu komedia kryminalna, choć to z pewnością te parskanie śmiechem i niekontrolowane chichotanie zostanie w pamięci najdłużej. To doskonała literatura już pod samym względem językowym, która zachwyca swobodnym stylem, nie tylko zrozumieniem słowa pisanego, ale umiejętnością zaczarowania go, by ukazywał dokładnie to, co autorka chce czytelnikowi przekazać. To świetne i bogate kreacje kobiece, to niebanalna, ale dobrze trzymająca w zaciekawieniu zagadka kryminalna, a równocześnie historia tak pozytywna, tak dodająca energii i wiary w siebie, że po zakończonej lekturze czytelnik czuje się, jakby mógł góry przenosić. Czy można chcieć czegoś więcej? Jedynie kolejnej książki Marty Kisiel.
 
Moja ocena: 8,5/10
 
PS. Każdy tom serii z Tereską da się również czytać jak powieść niezależną od reszty.
 

Już w najbliższy poniedziałek 14 lipca o godzinie 18:00 na moim profilu na Facebooku będę miała przyjemność poprowadzić spotkanie na żywo z Martą Kisiel
Link i opis wydarzenia znajdziecie tu - klik, serdecznie zapraszam do udziału!

 
We współpracy z Wydawnictwem Mięta.



Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

maja 28, 2025

"Rysa" Kamila Bryksy

"Rysa" Kamila Bryksy

Autorka: Kamila Bryksy
Tytuł: Rysa
Data premiery: 14.05.2025
Wydawnictwo: Mięta
Liczba stron: 304
Gatunek: thriller
 
“Rysa” to piąty thriller w dorobku literackim Kamili Bryksy, jednak pierwszy, w którym wykorzystała coś, co sama przeżyła - moment zgubienia się w bieszczadzkim lesie, już po zmroku, w czasie jednej z pieszych wędrówek… Jak sama przyznaje, na górskich szlakach spędziła sporą liczbę godzin, dobrze więc wie, że góry błędów nie wybaczają… czy jednak wybaczą to, co stało się w fikcyjnej opowieści autorki?
Kamila Bryksy na rynku książki działa od roku 2021 - w debiutanckim roku ukazały się dwie jej powieści, kolejne wydawane były przez Wydawnictwo Mięta w spokojniejszym rytmie jednej książki rocznie, choć na “Rysę” trzeba było poczekać jeszcze kilka miesięcy dłużej. Pisarstwem autorka jednak nie zajmuje się w pełni zawodowo - na co dzień prowadzi z mężem własną firmę. Pochodzi i żyje w Gdańsku, który podobnie jak Bieszczady, w “Rysie” odgrywa ważną rolę.
 
Lato 2021, Gdynia. Na orłowskich klifach znalezione zostaje ciało. Policjanci szybko rozpoznają w nim kobietę, która wczoraj odwiedziła ich komisariat, przyniosła jakąś teczkę, nie była jednak pewna czy powinna z nimi rozmawiać, a oni nie naciskali. Czy popełnili wtedy błąd? Czy gdyby zareagowali bardziej stanowczo, ta kobieta nie byłaby teraz martwa?
Jakiś czas wcześniej, podczas wycieczki do Wilna narzeczeństwo Szymon i Paulina na portalu łączącym Wilno z Lublinem dostrzegli kobietę, która wygląda dokładnie tak jak Julia, młodsza siostra Pauliny, która zniknęła dziesięć lat wcześniej podczas ich wycieczki w Bieszczady. Jak to możliwe? Czy to na pewno Julia? Co miałaby robić w Lublinie? I co działo się z nią przez te dziesięć lat? A może powinniśmy zapytać: co sprawiło, że dziesięć lat temu zniknęła, a teraz wróciła?
 
Książka rozpisana jest na króciutkie rozdziały, które nie są numerowane, a ich wyznacznikami jest miejsce i czas. Historia toczy się naprzemiennie w roku 2011 i 2021, a głównymi miejscami akcji są Bieszczady w przeszłości, teraz Wilno i Gdańsk. Całość otwiera się wydarzeniami ułożonymi chronologicznie najpóźniej, jasne jest więc, że przez całą historię będziemy dążyć do tego, by odkryć powody, dla których jakaś kobieta wylądowała martwa na klifie w Gdyni. Nieustanne przeskoki w czasie - raz w 2021, zaraz znowu w 2011 - z początku mogą wprowadzać niewielki zamęt, jednak szybko można się do ich rytmu przyzwyczaić, a ostatecznie ten zabieg dodaje powieści dynamizmu i dodatkowo podsyca ciekawość - autorka skutecznie wykorzystuje cliffhangery. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, narrator naprzemiennie oddaje relacje z perspektywy czterech postaci: Pauliny, Julii, Szymona i Jarka. Wyjątkiem od tego są pierwsze i końcowe rozdziały, kiedy to uwaga zwrócona jest ku policjantom. Narrator skupia się na wydarzeniach, nie ignoruje jednak emocji postaci, co dodatkowo pozwala czytelnikowi wczuć się w ich sytuację. Styl powieści jest prosty, codzienny, wymiany zdań pomiędzy postaciami są szybkie, co uwiarygadnia ich stan podenerwowania, w którym przez większą część powieści się znajdują.
 
Historia “Rysy” zbudowana jest na liczbie dwa: mamy dwa czasy, dwa miejsca, dwa rodzeństwa, dwie siostry i dwóch braci, dwóch policyjnych partnerów. Najważniejsze są tu jednak obydwa rodzeństwa i relacje jakie ta forma więzi wytwarza – zawsze jest postać bardziej rozsądna i mniej, ta, która układa sobie życie i ta, której wychodzi to gorzej. Tym, którym wychodzi to Paulina i Szymon, którzy już od ponad dekady są parą. Jarek i Julia są mniej stabilni życiowo, bardziej nieprzewidywalni. Czy to znaczy, że ci pierwsi lepiej poradzili sobie z zaginięciem? Kreacje postaci są ciekawie zbudowane, oszczędne, ale wiarygodne na tyle, że nie mamy problemów z akceptacją ich zachowania. Przyglądamy się dynamice związku Szymona i Pauliny, jak wpłynęło na nich zaginięcie Julii, przyglądamy się też dynamice obydwu rodzeństwa - dziewczynom w roku 2011, kiedy to Paulina zdaje się roztaczać parasol ochronny nad Julią, co nie zawsze wzbudza pozytywne emocje i braciom, u których Szymon nieustannie stara się wyważyć burzliwe emocje Jarka. Jak duże, jak istotne są te zależności? Czy jeśli zaczynają przybierać destrukcyjne formy, jesteśmy w stanie mimo wszystko się od nich uwolnić?
“Kto z nich nie mógł spokojnie spać w nocy? Kto zamykał powieki, a mimo to przed oczami widział obrazy z przeszłości? Kto się bał samego siebie? Kto nie patrzył w lustro? Czy każdy z nich miał jakąś rysę na życiorysie?”
Intryga powieści zbudowana jest ciekawie, autorka sprawnie dawkuje napięcie. Przyglądamy się zdarzeniom z Bieszczad mając wrażenie, że w każdym momencie może stać się to, co sprawiło, że Julia zniknęła. Czy to właśnie teraz jest ta chwila? Kiedy stanie się coś złego? Bo, że się stanie, to przecież jest jasne. Z kolei w 2021 przyglądamy się, jak postacie ułożyły sobie życie i co pojawienie Julii może w nich zmienić. Czy się ucieszą czy wręcz odwrotnie? Ważnym zagadnieniem dla całej historii jest manipulacja - w różnych odcieniach, i ta niewinna i ta, która sprawi, że w końcu ktoś zginie…
 
Poza dobrze budowanym napięciem na pewno warto zwrócić też uwagę na same miejsca akcji. Zarówno Bieszczady, jak i Gdańsk oddane są z dużym wyczuciem, ich klimat jest nienachalny, ale tak, że czytelnik czuje się, jakby był tam razem z postaciami. Ciemny las, niewielki domek, a w drugiej przestrzeni czasowej piasek i morze - choć tak naprawdę większa część historii z 2021 rozgrywa się po prostu w mieście, to sam wstęp na klifach podziałał tak, że morskość jest wręcz namacalna.
“Słowiańskie wierzenia. Bies i Czad. To od nich pochodzi nazwa Bieszczady.”
“Rysa” to thriller z gatunku tych lekkich i szybkich, przy których można się dobrze rozerwać. Autorka świetnie oddaje klimat miejsc, dobrze buduje napięcie - od początku czekamy aż wydarzy się coś złego. Lęk, niepewność, poczucie zmieszania - to wszystko choć w prostych, krótkich zdaniach, oddane jest na tyle dosadnie, że nie mamy wątpliwości w kłopotliwości sytuacji, w których znajdują się postacie. Autorka równocześnie pyta o to, jak ułożyć sobie życie o stracie, jak żyć dalej, gdy sumienie jest obciążone. Ważne są tu relacje - zarówno te partnerskie, jak i te pomiędzy rodzeństwem, relacje przecież tak skomplikowane, bo naszpikowane różnymi emocjami i przeżyciami. Analiza psychologiczna może nie jest bardzo głęboka, jednak wystarczająca, by sprawić, by książka jako thriller czytelnika usatysfakcjonowała. Nie żałuję, że po nią sięgnęłam!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Mięta.



Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!