Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwomarginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwomarginesy. Pokaż wszystkie posty

kwietnia 24, 2026

"Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału" Susanne Lieder

"Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału" Susanne Lieder

Autorka: Susanne Lieder
Tytuł: Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału
Tłumaczenie: Barbara Niedźwiecka
Data premiery: 08.04.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 320
Gatunek: powieść biograficzna
 
Susanne Lieder to niemiecka autorka powieści kryminalnych, historycznych i biograficznych. Miłość do książek przejawiała już jako dziecko, w wieku nastoletnim zdecydowała, że chce zostać pisarką, musiały jednak minąć jeszcze trzy dekady zanim wzięła się za to na poważnie. Dd roku 2012 pisaniem zajmuje się zawodowo, tworzy dla kilku wydawnictw i pod kilkoma pseudonimami: Anne Seiler, Romy Seidel, Kristina Lüding to wszystko Susanne Lieder. Jej powieści tłumaczone są na ponad dziesięć języków, jednak na rynku polskim na razie pojawiła się tylko dwa razy - w roku 2024 z powieścią biograficzną “Astrid” opartą o postać pisarki Astrid Lindgren i dwa lata później z “Agathą Christie. Narodziny królowej kryminału”.
 
Francja, rok 1908. Osiemnastoletnia Agatha Christie przebywa w Paryżu ze swoją matką, uczy się śpiewu i gry na fortepianie - to w końcu czasy, kiedy etykieta społeczna jest ciągle bardzo istotna, a młoda kobieta raczej przygotowywana jest na ozdobę i gospodynię domu niż na oddzielny byt. Na szczęście matka Agathy jest wyrozumiała - wie, że dziewczyna musi wkrótce znaleźć kandydata na męża, ale nie chce by jej córka wychodziła za kogoś, kogo nie będzie kochać… Jak z tej młodziutkiej, całkiem zwyczajnej dziewczyny narodziła się kobieta, która zmieniła postrzeganie literatury kryminalnej w oczach całego świata? Z jakimi doświadczeniami, emocjonalnymi przeżyciami ta przemiana się wiązała?
“– Ty i tata tworzyliście wspaniałe małżeństwo, prawda? Pełne ciepła, miłości i zrozumienia. Potrafiliście śmiać się razem i z siebie. Byliście sobą zainteresowani. Ja też chcę takiego związku, nie rozumiesz tego? Chcę mężczyzny, który będzie mnie dostrzegał.
Matka ponownie westchnęła, a potem skinęła głową.
– Rozumiem cię, Agatho, naprawdę bardzo dobrze cię rozumiem. Chcę tylko, żebyś miała zapewniony byt.
– Nie chcę mieć tylko zapewnionego bytu, chcę być szczęśliwa.”
Książka rozpisana jest na prolog i cztery części, a wszystkie krążą wokół roku 1926, który dla Agathy przyniósł najwięcej szokujących, trudnych przeżyć. W prologu historia toczy się w jej domu rodzinnym na moment po śmierci matki i we trzech pierwszych częściach, na samym ich końcu, zawsze do tego samego momentu wracamy. Każda z części rozpisana jest na lata, pierwsze trzy toczą się pomiędzy 1908 a 1926, ostatnia część opisuje lata 1927 i 1928. Każda część rozpisana jest na numerowane, kilkustronicowe rozdziały, w których zmiany miejsca akcji i czasu są jasno sygnalizowane. Rozdziały dzielone są dodatkowo na krótsze fragmenty, a akcja powieści, poza przeskokami do roku 1926, który jest jej centrum, toczy się w miarę linearnie, choć niekoniecznie płynnie - autorka raczej przeskakuje do najważniejszych wydarzeń z życia Agathy Christie, które w jej ocenią ją ukształtowały. Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy Agathy, przez co autorka pozwala sobie na interpretację uczuć, jakie w jej ocenie Agatha czuła. To na emocjach Lieder się skupia, przedstawiając zdarzenia jako punkty istotne, ale traktowane jako pretekst do przeanalizowania zmian emocjonalnych, jakie na przestrzeni dwudziestu lat ukształtowały z młodziutkiej panny na wydaniu królową kryminału. Styl, w jakim prowadzona jest narracja, pasuje do powieści obyczajowo-historycznej, jest płynny i przyjemny.
 
Rok 1926 był rokiem granicznym dla Agathy Christie, rokiem, który podzielił jej życie na dwa etapy - z młodej, niedoświadczonej dziewczyny marzącej o romantycznej miłości powstała kobieta twardo stąpająca po ziemi, która wierzy w swoje możliwości i ma odwagę odkrywać świat na własny rachunek i na własnych zasadach. To rok, w którym stało się coś, czego nigdy badaczom Agathy Christie nie udało się wytłumaczyć, to wtedy na ponad tydzień zaginęła, ale Lieder nie stara się tego tłumaczyć, po prostu ten etap pomija, jak zrobiła to sama Christie w swojej “Autobiografii”. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym czasie Agatha Christie przeszła ogromny wstrząs i właśnie dlatego ten czas jest dla powieści Lieder centrum - to wychodząc z tego punktu poznajemy kim Agatha była wcześniej i jak ponownie wróciła do życia.
“Być może o to chodziło: o wolność. Wolność, która nie oznacza, że człowiek może robić, co chce, bez żadnych ograniczeń. Tylko że ma swobodę podejmowania właściwych lub niewłaściwych decyzji.”
Dwadzieścia lat, w czasie których działo się tak dużo. Nie tylko w życie samej Agathy, ale również na świecie. Początek XX wieku rządził się starymi prawami, kiedy to zasady etykiety, debiuty towarzyskie młodych panien, bale, na których poznawało się przyszłych mężów były momentami, wokół których kręciło się życie młodych dziewczyn i ich matek. To wtedy obserwujemy osiemnastoletnią Agathę, która nie miała jeszcze wtedy sprecyzowanego celu w życiu. Później przyszły zawirowania polityczne, aż w końcu wybuchła I wojna światowa, który postawiła cały świat na głowie. Autorka te zdarzenia oddaje przez pryzmat postaci, jednak ich waga jest wyraźnie odczuwalna - strach o los i bezpieczeństwo najbliższych były w czasie wojny stale w życiu bohaterki obecne.
 
Na tle zdarzeń historycznych, przechodzimy z bohaterką wszystkie ważne momenty w jej młodym życiu - naukę w Paryżu, pierwszą wycieczkę do Egiptu, poznanie przyszłego męża, ślub, perypetie małżeńskie aż do rozwodu. Pomiędzy tym pojawia się potrzeba tworzenia, a autorka sprawnie interpretuje emocje, jakie Agatha na początku swojej pisarskiej kariery mogła odczuwać. Strach, niepewność, w końcu ekscytację i niedowierzanie - to wszystko oddaje przyjemnie, jak i całkiem prawdopodobnie.
 
Bo choć to życie prywatne Agathy Christie jest w tej powieści dla autorki najważniejsze, to nierozerwalnie wiąże się z narodzinami światowej sławy pisarki. Jak wyglądały początki, dlaczego to właśnie kryminał, gdzie Christie zdobywała wiedzę, doświadczenia do pisania potrzebne - to wszystko tu jest. Jest też interpretacja jej procesu twórczego z lekkim wątkiem fantastycznym - a przynajmniej sama go tak odczytuję, kto wie, może pisarze uznają go za prawdopodobny.
“Pisanie opowiadań stało się taką samą częścią jej życia jak dla innych dziewcząt haftowanie powłoczek czy obrusów. Nie tylko lubiła to robić, ale czuła też, że to zajęcie jest integralną częścią jej osobowości. Nie mogła się już bez tego obejść. Potrzebowała pisania, aby być kompletną. Sama się tego najmniej spodziewała. Myślała, że chodzi tylko o dobrą zabawę i zabicie czasu. Ale ten etap miała już dawno za sobą.”
Sama kreacja Agathy, choć bazuje na faktycznych zdarzeniach z jej życia, które autorka zaczerpnęła z “Autobiografii” oraz innych źródeł historycznych (brakuje mi ich spisu na końcu książki!), jest jednak fikcyjna. Kto wie, co Agatha naprawdę myślała, co przesuwało się przez jej głowę przy poszczególnych zdarzeniach? Autorka jednak sprawnie obraz swojej bohaterki buduje – jest to obraz spójny, ale nie statyczny, w końcu kto z nas nie ulega w trakcie życia przemianom? Zgrabnie wplata w kreację postaci to, co faktycznie o Christie wiadomo, z tym, co jej samej się wydaje. Powstaje z tego przyjemna, całkiem prawdopodobna kreacja.
 
“Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to powieść, którą najlepiej traktować w kategorii historii obyczajowo-historycznej o młodej kobiecie, która przypadkowo odkrywa, jak bardzo kocha pisać, tworzyć historie. To postać fikcyjna, to interpretacja tego, jaka Agatha Christie mogła naprawdę być, wytwór fantazji autorki, dobrze oparty na tym, co o Christie faktycznie wiadomo. Dzięki temu z powieści można dowiedzieć się kilku ciekawych faktów z życia królowej kryminału, ale też wyciągnąć pewne wartości uniwersalne o życiu, które toczy się sobie tylko znanym rytmem, a człowiek może mieć tylko i wyłącznie odwagę, by czerpać garściami z tego, co przynosi. Czy tak robiła Agatha Christie? Na pewno, w końcu bez takiej umiejętności nie mogłaby osiągnąć nieśmiertelności, jaką swoimi powieściami, jak i swoją własną kreacją kobiety przełomowej sobie zapewniła. Książka Susanne Lieder dobrze sprawdzi się wśród czytelników, którzy niechętnie sięgają po typowe biografie, a mimo wszystko chcieliby się też czegoś o Christie dowiedzieć.
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

marca 31, 2026

"Zima pożegnanych" Anna Kańtoch

"Zima pożegnanych" Anna Kańtoch

Autorka: Anna Kańtoch
Tytuł: Zima pożegnanych
Cykl: Krystyna Lesińska, tom 4
Data premiery: 11.03.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 312
Gatunek: powieść kryminalna
 
Anna Kańtoch to autorka, która na polskim rynku książki działa już od ponad dwudziestu lat. Początkowo przez pierwszą dekadę tworzyła w jednym gatunku literackim, pisała powieści i opowiadania fantastyczne. Po kryminał sięgnęła później - dokładnie dekadę temu, w 2016 roku ukazał się jej debiut w tym gatunku pt. “Łaska”. Od tego czasu w jej twórczości fantastyka przeplata się z kryminałem, a obydwie odsłony autorki cieszą się dużą popularnością, co widać nie tylko w ilości czytelników, chętnych, by czytać jej prozę, ale również w nagrodach literackich, jakie na przestrzeni lat zdobyła. Jedną z powieści, jakie zostały w ten sposób wyróżnione, jest “Wiosna zaginionych”, laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru, pierwszy tom serii z Krystyną Lesińską, która na przestrzeni 2020-2022 roku przybrała formę trylogii. I istniała duża możliwość, że na trzech tomach przygody Krystyny się zakończą, czego autorka przed czytelnikami nie kryła, choć pozostawiała ich z iskierką nadziei twierdząc, że nie planuje więcej tomów, ale też nie wyklucza… Dopiero po czterech latach od premiery tomu trzeciego pt. “Jesień zapomnianych” seria z Krystyną Lesińską, której tytuły noszą nazwy kolejnych pór roku, w końcu doczekała się zakończenia, na które tak czekaliśmy. “Zima pożegnanych” jednak odbiega formą budowy powieści od wcześniejszych trzech, co jasno wskazuje, że jest dopowiedzeniem, ale też można ją traktować jak historię oddzielną.
 
Połowa grudnia, czasy współczesne, Katowice. Dni zbliżającej się do 80-tki Krystyny Lesińskiej, emerytowanej policjantki, płyną spokojnym rytmem, który zakłóca jej młody sąsiad, Miłosz Najder. To dziwny człowiek, bardzo nachalny, pozornie niesympatyczny, jednak, gdy przyjrzeć mi się bliżej, widać, że to po prostu społeczna nieporadność. Miłosz ma dla niej zagwozdkę - kilka dni temu dostał mail bez tekstu, tylko z nagraniem, na którym ktoś filmuje kobietę idąc za nią przez las, a ona raczej nie jest tego świadoma. Choć wygląda to niepokojąco, to Krystyna nie jest w stanie nic z tym zrobić - nie wiedzą przecież gdzie ten film został nagrany, ani nawet jak nagrana kobieta wygląda, bo w żadnym kadrze nie widać jej twarzy. Jednak gdy kolejnego dnia przychodzi drugie nagranie, na którym w tle widać coś więcej, Krystyna zaczyna działać - z pomocą wnuczka zawęża miejsce nagrania, a Miłoszowi każe na mail odpisać. Zanim jednak sprawa posunie się do przodu, nadchodzą święta, a z nimi choroba Krystyny, która zlekceważyła swoje przeziębienie, przez co trafiła do szpitala…
Dwa miesiące później odzywa się do niej siostra Miłosza. Informuje, że chłopak nie żyje, w Wigilię zjawił się u jakiejś obcej dziewczyny i pozabijali się nawzajem. Krystyna łączy to z nagraniami i SMSem, jaki Miłosz wysłał jej w Wigilię, w którym pisał, że chyba wie, jak może tę kobietę uratować. Decyduje się więc przyjrzeć się tej sprawie, bo i ona nie jest przekonana o winie Miłosza.
“Jest coś podniecającego w takim czajeniu się w mroku, kiedy ludzie nie mają pojęcie, że ich obserwujesz. To poczucie władzy może uzależniać (...).”
Książka rozpisana jest na prolog, osiem tytułowanych rozdziałów i epilog. Każdy rozdział bardziej przybiera formę części, każdy dzielony jest na krótsze, kilkustronicowe, a czasami nawet kilkuzdaniowe scenki. Akcja powieści w całości toczy się współcześnie i linearnie (prócz prologu, który opisuje zdarzenie z Wigilii, by w rozdziale pierwszym ruszyć od połowy grudnia), co wyróżnia ten tom z pozostałych trzech tej serii. Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z dwóch perspektyw (trzech, jeśli liczyć prolog), a sam narrator jest wszechwiedzący - wie, jak opowieść się potoczy i jak się zakończy, choć swoją wiedzą się nie popisuje. Styl powieści można potraktować jako cechę charakterystyczną dla Anny Kańtoch - w bardzo spokojny, wyważony sposób autorka buduje klimat niepewności, subtelnego niepokoju, w którym granica między fikcją literacką a naszą realnością zdaje się zacierać. Język powieści jest przyjemny, uniwersalny, bez przekleństw, a choć słowa nie są wydumane, to autorka składa je z literackim zacięciem - trafne porównania, zaskakujące skojarzenie, nieoczywiste metafory sprawiają, że już sama warstwa językowa daje czytelnikowi dużo przyjemności. W dialogach i spostrzeżeniach można też dopatrzeć się subtelnego humoru, lekko ironicznych spostrzeżeń, które są przenikliwe w swojej prawdziwości, a zarazem ujęte tak, że przyznaję się do kilkukrotnego parskania śmiechem.
“Na czubku jej głowy chwiał się niedbale zawiązany kucyk, który jeszcze bardziej wyciągał jej sylwetkę w górę, tak że Małgorzata Kerc, spowita w czerwoną indyjską suknię, wyglądała jak postawiony z wściekłością wykrzyknik.”
Mimo tego, sama zagadka kryminalna jest jak najbardziej poważna. Już po zawiązaniu akcji można się domyśleć, że motyw obserwowania, stalkingu będzie odgrywał w powieści pewną rolę. Anna Kańtoch, tak jak lubi najbardziej, zaprasza nas po raz kolejny do niewielkiej społeczności, do rodziny i przyjaciół zamordowanej Doroty, która wydaje się kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa jej i Miłosza. Wraz z biegiem lektury poznajemy kolejne fakty z życia dziewczyny, a poprzez rozmowy z całym jej otoczeniem obraz robi się pełny, ale jednak kanciasty na brzegach - coś nie pasuje, tylko co? Akcja powieści toczy się spokojnie, w klasycznym stylu, w pełnym skupieniu na zagadce, choć nie brakuje w niej motywów współczesnych - Krystyna chętnie korzysta z internetowych umiejętności wnuka, sama również przeszukuje internet, media społecznościowe. Jednak tę współczesność łączy z klasyką - z chodzeniem i rozpytywaniem, z uruchamianiem kontaktów, by dowiedzieć się jak najwięcej. I choć długo nie wiadomo w jakim kierunku opowieść zmierza, to już od początku czuć, że jest to coś, czemu warto poświęcić uwagę - ten klimat powieści, pytania, jakie podsuwa fabuła sprawiają, że trudno jest się od tej historii oderwać.
“(...) wszystko to w pierwszej chwili wydawało się nie takie, jakie powinno być, choć gdyby ktoś ją zapytał, nie potrafiłaby wyjaśnić, na czym polega różnica. Znajoma przestrzeń przypominała obrażonego kota, któremu po powrocie trzeba dać chwilę, nim znów zacznie się łasić do nóg.”
Autorka jednak nie stosuje literackich trików, nie pozwala swojej wyobraźni popłynąć w kierunkach nierealnych - ta powieść jest tak mocno zakorzeniona w naszej realności, jak tylko się da. A to znaczy, że zbrodnia jest nie rozrywką, a dramatem osób, które były ofiarom najbliższe. Tu na każdym kroku spotykamy się ze smutkiem i żałobą, z niedowierzaniem i niezgodą na pogodzenie się ze śmiercią Doroty. Ale gdzie w tym wszystkim jest Miłosz? Autorka bardzo mocno skupia się na postaciach, na ich emocjach, które oddane są perfekcyjnie.
“- (...)Po czyjej pani właściwie jest stronie? Bo chyba nie kobiet.
- Jeśli już jestem po czyjejś stronie, to tylko ofiar.”
W tej historii są dwie postacie wiodące - Krystyna i przyłączający się do jej śledztwa początkujący pisarz Olgierd. Każdy z nich ma swoje życie prywatne, każdy jest postacią budzącą sympatię, choć w całkiem inny sposób. Olgierd rozczula swoją zagmatwaną relacją z kotami ciotki, której mieszkaniem zajmuje się podczas jej pobytu w szpitalu. Krystyna z kolei jest sobą – ci, co znają ją z poprzednich tomów, znają też jej profesjonalizm, jej przenikliwość i upartość w dążeniu do prawdy. Jednak autorka nie ignoruje jej wieku - choć Krystyna dobrze radzi sobie ze sprzętem, to jednak fizycznie czuć już jej starzejące się ciało, które nie chce jej pozwalać na tak wiele, jak kiedyś. Jej duch jest żywy, jest ciekawy, ale ciało zaczyna momentami niedomagać.
“- Zdaje sobie pani sprawę, że tak naprawdę to wszystko może prowadzić donikąd? Że w gruncie rzeczy ta sprawa może być dokładnie tak prosta, na jaką wygląda? Czasem rzeczy są po prostu tym, czym się wydają.
- Wiem. Zdaję też sobie sprawę z tego, że jestem starą kobietą, która przywitałaby z chęcią odrobinę ekscytacji w swoim nudnym życiu i może dlatego jest skłonna dopatrywać się tajemnic tam, gdzie ich nie ma.”
“Zima pożegnanych” to historia, w której nic nie jest tym, co wydaje się na pierwszy rzut oka. To pierwsze założenia, te najprostsze, te, które nieraz przyjmujemy przeglądając artykuły w sieci czy media społecznościowe pokazują, jak bardzo człowiek może się mylić, a tym samym krzywdzić innych. Autorka pokazuje, że każdy tak naprawdę jest w stanie przejść od słowa do czynów, a słowa często maskują coś innego niż faktycznie znaczą. Anna Kańtoch po raz kolejny pokazuje, że zakamarki ludzkich dusz nie mają przed nią tajemnic, a jej talent literacki doskonale jej spostrzeżenia oddaje - z lekkością, a zarazem ciężarem trafności. Przyznam jednak, że tym razem sama zagadka kryminalna budzi we mnie mieszane odczucia - jest świetnie prowadzona, ale nie czuję po jej rozwiązaniu satysfakcji. Ale może nie powinnam? Bo Anna Kańtoch mocno trzyma się w tej powieści realności, a przecież w prawdziwym życiu rzadko kiedy finał jest dokładnie taki, jakiego sobie życzymy…
“Jeśli już czytam kryminały, to wolę te w staroświeckim stylu. Bywają naiwne, ale jako rozrywka nieźle się sprawdzają. Poza tym podoba mi się, powiedzmy, ich moralna prostota. Sprawca zostaje złapany i stosownie ukarany, zakłócona zbrodnią równowaga zostaje przywrócona i wszystko kończy się dobrze. Miło byłoby, gdyby tak samo funkcjonował prawdziwy świat.”
Moja ocena: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 28, 2026

"Przemienienie" Szczepan Twardoch

"Przemienienie" Szczepan Twardoch
 

Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Przemienienie
Data premiery: 11.02.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 336
Gatunek: thriller szpiegowski
 
Od dobrych kilku, a nawet kilkunastu lat Szczepan Twardoch uznawany jest za ważny głos literatury polskiej - wielokrotnie nagradzany, tłumaczony na inne języki, ekranizowany zarówno na małym ekranie, jak i w teatrze, z ponad milionowym nakładem książek sprzedanych na koncie. W jego literackiej biografii znaleźć można kilkanaście powieści i kilka zbiorów opowiadań, a każdy kolejny tytuł odbija się głośnym echem na polskim rynku, jak choćby “Null” z 2025, który właśnie zdobył statuetkę Bestsellerów Empiku. Ale nie zawsze tak było, kiedyś przecież i Twardoch nie był aż tak znany. Teraz, dzięki Wydawnictwu Marginesy, możemy wrócić do jego początków - w poprzednim roku wydana ponownie została jego czwarta powieść pt. “Zimne wybrzeża” (recenzja - klik!) z roku 2009, a ten rok zaczynamy od powieści jeszcze wcześniejszej, trzeciej w dorobku pisarza z 2008 roku pt. “Przemienienie”.
 
Pierwsza dekada drugiego tysiąclecia. Komisarz Świetlik zjawia się na miejscu potencjalnej zbrodni. Ofiarą padł ksiądz Poniński, człowiek postępowy, znany z artykułów, jakie pisał do “Tygodnika”. Nie jest jednak jasne, czy ksiądz popełnił samobójstwo czy jednak ktoś mu w odejściu z tego świata pomógł - pistolet leży tak, jakby wypadł mi z ręki, jednak dziura po kuli znajduje się na samym środku czoła. Po oględzinach Świetlik coś znajduje - to rozładowany dyktafon. Czyżby ksiądz nagrał swoje ostatnie spotkanie, czy to taśma z zapisem jego morderstwa? Po powrocie do komendy Świetlik przesłuchuje nagranie - to zapis spotkania z Antonim Szarzyńskim, który spotkał się z księdzem, by opowiedzieć mu historię sprzed dwudziestu lat... Zaczyna się ona pierwszego sierpnia 1985 roku, kiedy Antoni, dwudziestokilkulatek, właśnie rozpoczął swój pierwszy dzień służby w IV Wydziale Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Katowicach. Co takiego wydarzyło się w tamtym roku, że w konsekwencji dwadzieścia lat później dobry ksiądz stracił życie?
 
Książka rozpisana jest na prolog, 7 rozdziałów i epilog, a nowe wydanie z 2026 zamyka trzydziestostronicowe posłowie, którego autorem jest historyk Sebastian Rosenbaum (to tekst mocno akademicki, pełen analizy historycznej porównującej ówczesną rzeczywistość z prozą Twardocha, który uświadamia, jak bardzo “Przemienienie” było zaangażowane w tematykę poruszaną w czasie jej pierwszego wydania). Rozdziały książki są długie i nie są dzielone na krótsze fragmenty, pisane jednym ciągiem mogą dać wrażenie, że tekst czyta się dłużej niż inne powieści tych samych rozmiarów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, prolog i epilog osadzone są w pierwszej dekadzie XXI wieku, a wszechwiedzący narrator oddaje historię z perspektywy komisarza Świetlika. Wszystkie siedem rozdział to rok 1985 i historia pisana z perspektywy Antoniego Szarzyńskiego. Styl powieści jest specyficzny dla autora - sposób budowy zdań może przypominać strumień świadomości, to długie opisy i analizy emocji oraz zdarzeń pisane z zacięciem przyjemnie literackim, które z jednej strony zachwyca poetyckimi porównaniami, metaforami, by za chwilę przywrócić do rzeczywistości dialogami, w których słowa do wyszukanych nie należą, a przekleństwa i dosadne opisy mocno osadzają w szarości śląskiego życia. To styl pełen spostrzeżeń, może nawet dygresji, które mocno wpływają na mniejszą dynamikę akcji od tej, jaką nadają faktycznie zdarzenia. Z pewnością ten rodzaj narracji trzeba po prostu poczuć, wyczuć jej rytm - dla jednych czytelników może to być nużące, dla innych (w tym mnie) zachwycające. Niemniej jednak nawet nowe wydanie książki Twardocha nie jest pozbawione niewielkich potknięć - pojedyncze literówki, powtórzenie refleksji czy niewielka nieścisłość fabularna sprawiły, że nie mogę powiedzieć, że jest to powieść doskonała, ale mimo to nadal temu bliska.
Na koniec analizy językowej wróćmy jeszcze do dialogów, bo tak kryją się ciekawe stylizacje. Największą uwagę przyciągają wypowiedzi pisane gwarą śląską (która wraz z wtrąceniami obcojęzycznymi nie jest tłumaczona, co może stanowić mały problem dla tych, którzy jej nie znają) czy grasejowanie (wymawianie “r” w sposób gardłowy) pewnego hrabi, jednak stylizacji tak naprawdę jest więcej. Autor doskonale oddaje mowę poszczególnych grup społecznych, wieków i zawodów - rozmowy pomiędzy funkcjonariuszami prawa państwowego czy kościelnego są całkowicie inne. To kolejny element stylu autora, dzięki czemu całość wypada tak dobrze.
“Nie rozumiał, jakim cudem ludzie mogą się skarżyć na samotność, nie rozumiał, po co szukają permanentnego towarzystwa. Przecież i tak każdy człowiek zawsze jest sam ze swoim bólem i ze swoim orgazmem - chociażby leżał właśnie na kobiecie, to jednak ona nie czuje tych samych spazmów. A ludzie, zamiast się tą samotnością delektować, próbują ja zagłuszyć, siedzą razem w domach i paplają, a przecież każdy ma w głowie taki mur, którego nie da się sforsować. Ludzie nie mogą zrosnąć się mózgami, nie mogą połączyć swoich myśli, swojej świadomości, samotność jest więc naturalnym stanem człowieka.”
Jednak styl, niezależnie od tego, jak dobry by nie był, potrzebuje odpowiedniej historii. Fabuła tej powieści oparta jest o postać młodego Antoniego Szarzyńskiego, jednostkę według niego samego wyjątkową. I faktycznie tę wyjątkowość czuć, choć z biegiem lektury zmienia się skala, w jakiej się ją postrzega. Antoni to rozbudowana kreacja - początkowo poznajemy go jako ambitnego młodego mężczyznę, który składa się z kontrastów: służy komunistycznej Polsce, a nosi się w stylu amerykańskim, do tego słucha zagranicznej punkowej i rockowej muzyki, a i z biegiem lektury okazuje się, że niekoniecznie ustrój w jakim żyje, jest tym, co sam wyznaje. To człowiek, który do tego, kim jest, doszedł dzięki sobie samemu i swego rodzaju szczęściu, a przynajmniej tak uważa - wychowany w domu dziecka w wieku nastoletnim znalazł się pod opieką milicjanta, który pokierował jego dalszym życiem, pełniąc rolę jego mentora. Teraz ma swoje mieszkanie, szybkie, zagraniczne auto, pieniędzy ile tylko chce i urodę, dzięki którego każda kobieta może być jego. Początkowo jest to postać, do której można zapałać sympatią, jednak z czasem poznajemy jego prawdziwe oblicze… Oblicze, które sporo wyjaśnia, a równocześnie jest motorem napędowym całej intrygi. Jego indywidualizm, brak moralnych zasad, a równocześnie późniejszy moment tytułowego przemienienia wpisują go w formę pewnego rodzaju mściciela. Jest to więc postać odpowiednia dla gatunku thrillera szpiegowskiego, samotny wilk, który działa tylko z sobie znanych pobudek, ale przełożony na realia Polski końca czasów PRL-u.
“(...) przemyślał na nowo to przekonanie, które wcześniej traktował jak aksjomat, i zdziwił się, jak mógł tak długo wyobrażać sobie, że w świecie jest jakaś równowaga sprawiedliwości. Byli przecież tacy, którym w dzieciństwie wydarzyło się takie samo nieszczęście jak jemu, a reszta ich życia nie była serią sukcesów, lecz dalszych pogłębianiem porażki (...). Dopiero wtedy, również na studiach, przestał myśleć, że może być ktoś lub coś, co decyduje, komu jak się wiedzie; teraz był pewien, że nie ma niczego poza przypadkiem.”
Intryga powieści oparta jest o wątek pracy SB, a mówiąc dokładnie, o inwigilację duchownych. Już pierwszego dnia Antek ma za zadanie opracować plan nakłonienia gliwickiego księdza do współpracy z ich wydziałem - mamy więc tajne służby, tajniaków, donosicieli i grę na dwa fronty, a to daje kolejne składniki potrzebne do stworzenia powieści szpiegowskiej. Od samego początku intryga prowadzona jest sprytnie, choć wtedy jeszcze tego tak się nie dostrzega, wprowadzenie jest jednak koniecznie, by z czasem docenić jej wielowymiarowość, każdy najmniejszy element fabularny, który razem daje poczucie roboty koronkowej. W powieści nie brak scen akcji, wielkich pościgów i tajnych operacji, które powodują szybsze bicie serca.
“(...) opinie innych na jego temat nie miały dlań znaczenia. To nie była poza, nie musiał dusić w sobie wściekłości, kiedy słyszał, że ktoś mówi o nim coś złego. Rozważał i analizował – (...) ogólnie rzecz biorąc, to, czego wymagał od niego ten ktoś, od kogo coś zależało. Jeśli zaś źle mówił o nim chłopak albo dziewczyna, kolega ze szkoły albo z bidula, to dla Antka było to tak samo obojętne, jakby ktoś powiedział, że nie lubi pomidorówki. Nie chował nawet urazy, bo za co?”
Jednak i intryga nie robiłaby aż takiego wrażenia, gdyby nie to, że osadzona jest w prawdziwych realiach ówczesnych czasów. Powtarzając za Rosenbaumem: autor doskonale zna realia pracy SB, zarówno operacyjnej, jak i papierkowej. Bo choć to fikcja literacka, to całe jej tło oddane jest jak najbardziej realistycznie. Sposób działania SB, metody inwigilacji i pozyskiwania nowych źródeł, relacje władzy świeckiej i duchownej, a cała śląska codzienność mimo tego, że jest tłem historii fikcyjnej, to tak naprawdę jest bardzo realna. Co więcej, pierwsze wydanie książki miało miejsce, kiedy w Polsce głośno mówiło się o działaniach SB i ich “współpracy” z duchowieństwem. Książka zatem w dwójnasób wpisuje się w to, co dla Polski było, a może nadal jest ważne.
 
Mówiąc o tle, nie sposób nie wspomnieć o Katowicach i jego okolicach. Myślę, że książkę można by potraktować jak mapę, jak przewodnik po Katowicach późnych lat 80. - autor z dokładnością opisuje trasy, którymi porusza się Antoni, oddaje klimat odwiedzanych miejsc i ludzi po drodze spotykanych. Ważny jest też rozgłos pomiędzy mieszkańcami Górnego Śląska, tymi, którzy mieszkali na tych ziemiach od dawna, a tymi, którzy sprawdzili się tam dopiero w czasach powojennych. Co więcej rozgłos ten wyjątkowo mocno podkreślony jest pomiędzy zwyczajnymi mieszkańcami, obywatelami Polski, a służbami SB, z których nikt tak naprawdę nie był faktycznym Ślązakiem, co tym bardziej zaostrzało obopólną nienawiść.
“(...) chociaż spacer zajmował prawie godzinę, a wahająca się wcześniej między słońcem a deszczem aura podjęła wreszcie decyzję i przez cały czas lało, jakby Bóg miał już dosyć lat osiemdziesiątych i postawił uraczyć je potopem. Już gdzieś tam, w Kędzierzynie i Opolu, Odra wzbierała i podtapiała domy. Antek bawił się myślą o potopie, nie miałby nic przeciwko wyginięciu całej ludzkości, kiedy ostałby się jeno jakiś jeden Noe, na przykład rolnik spod Kolna albo z Chin czy jakiś Indianin z Boliwii.”
Podsumowując, “Przemienienie” to ambitny thriller szpiegowski przeniesiony w realia Polski końca czasów PRL-u. To tajne operacje i wielkie pościgi rozgrywające się na ulicach Górnego Śląska pogrążone w dymie z kopalnianych kominów, smogu i szarości komunistycznej codzienności, z której chce się zwyczajnie uciec. Historia oparta jest o wielowątkową intrygę, w której nie brakuje miejsca na motywy lekko kryminalne i romansowe, a choć autor lubi czasem napisać coś dosadnie, to jednak nie przekracza granic dobrego smaku. Kreacja głównego bohatera jest świetnie dopracowana, kontrast, jaki skrywa się w tej postaci, daje do myślenia - czy to nie przez sprzeczne emocje, jakich czytelnik doświadcza obserwując jego poczynania? To powieść, w której widać pasję i wiedzę, wyczucie w jej przekazywaniu w fikcyjnej formie i stylu, który choć niektórym może wydać się rozwlekły, ma swój rytm, ma swoją logikę, w której zawarte są ciekawe, czasami kontrowersyjne spostrzeżenia. Mimo wszystko, nie jest to powieść bez wad, jednak patrzę na nią przez pryzmat Twardocha jakiego znamy teraz - poważanego, nagradzanego, od którego oczekuje się więcej od innych. Jednak “Przemienienie” to książka sprzed osiemnastu lat, trzecia pozycja w jego karierze, a jeśli tak na nią spojrzeć, to naprawdę robi duże wrażenie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 20, 2026

"Drzewa" Percival Everett

"Drzewa" Percival Everett

Autor: Percival Everett
Tytuł: Drzewa
Tłumaczenie: Tomasz Macios
Data premiery: 28.01.2026
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura piękna
 
Percival Everett to zeszłoroczny zdobywca Nagrody Pulitzera, dzięki której w końcu doczekał się tłumaczenia na język polski. Oczywiście jego pierwszym tytułem na naszym rynku była książka nagrodzona pt. “James”, która nadal pozostaje najnowszą jego powieścią. Teraz na polskim rynku pojawił się po raz drugi, tym razem z książką z 2021 pt. “Drzewa”, która znalazła się na krótkiej liście nominowanych do Nagrody Bookera, jak i zdobyła dwa inne nagrody literackie.
Na rynku anglojęzycznym Percival Everett obecny jest od lat 80. XX wieku i choć podobnie jak S.A. Cosby większość swoich historii osadza na południu Stanów Zjednoczonych, porusza tematy rasy i tożsamości, to jednak robi to w całkowicie innym stylu. Sam o sobie mówi, że jest patologicznym ironistą, często ucieka się w swoich powieściach do satyry, a równocześnie eksploruje różne gatunki, takie jak: thriller, kryminał czy western. I to wszystko czuć w “Drzewach”.
 
Czasy współczesne, niewielkie miasteczko na Południu Stanów Zjednoczonych, Money w Missisipi. W dzielnicy białej hołoty dochodzi do bestialskiego morderstwa: zginął biały mężczyzna, niespecjalnie społeczeństwu przydatny, krętacz i miłośnik piwa, ale jednak mąż i ojciec. Na miejscu zbrodni to nie jedyne znalezione ciało - obok niego leżał czarnoskóry mężczyzna, nieco mniejszy, niższy, ale potraktowany również bardzo brutalnie. Na miejscu zjawia się lokalna policja, która nigdy z czymś takim nie miała do czynienia. Oczywiście, jak to na Południu, jest nieco do czarnoskórej ofiary uprzedzona - to chyba sprawca, prawda? Ale dlaczego wygląda znajomo? Po oględzinach miejsca zbrodni obydwa ciała zostają zabrane do kostnicy, a tam… jedno z nich znika, by za chwilę pojawić się na drugim miejscu podobnej zbrodni. Takiej sprawie na pewno lokalna, uprzedzona rasowo policja nie podoła! Na miejsce zjawiają się funkcjonariusze z Biura Śledczego Missisipi, Ed i Jim, obydwoje czarnoskórzy, którzy mają rozwikłać o co w tej sprawie chodzi. Jak się szybko okazuje, to dopiero początek - zarówno morderstw, jak i ludzi ściągających do Money.
“- Agentka specjalna FBI Herberta Hind.
- Panie, zmiłujże się, wszędzie agenci. Strach otworzyć lodówkę.”
Książkę otwiera cytat Ulyssesa Simpsona Granta, prezydenta USA i dowódcy Armii Unii podczas wojny secesyjnej oraz hasło “Powstańcie” - czy można je traktować jako podtytuł powieści? Rozpisana jest na 108 króciutkich rozdziałów, niektóre liczą kilka stron, inne jedną, a najkrótszy to zaledwie zdanie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, narrator oddaje historię z kilku perspektyw, zarówno mieszkańców Money, jak i przyjezdnych. W tekście pojawiają się też wtrącenia jak np. relacje z dzienników telewizyjnych, wypowiedzi polityków czy konferencji prasowych, jest też spis nazwisk osób czarnoskórych, które straciły życie z powodu swojej rasy, a później również odwrotnie. Przede wszystkim jednak autor opiera swoją historię na dialogach, które w ironiczny sposób naśladują mowę regionalną - mówiąc bezpośrednio, wypowiedzi większości mieszkańców Money stylizowane są na mowę wieśniaków, szyk zdań i same słowa są poprzekręcane. Oczywiście, gdy akcja przenosi się gdzie indziej, wtedy zmienia się też mowa na zwyczajną, codzienną, kiedy indziej znowu na mocno naszpikowaną przekleństwami. Język jest żywy, użyty karykaturalnie (co często wprowadza wydźwięk humorystyczny), ale z dużą konsekwencją i wyczuciem. Zdania budowane są szybko, są krótkie, dobrze oddają dynamizm akcji powieści.
“- (...) Jak to jest napisane w dobrej książce, kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.
- Co to za dobra książka? - zapytała Charlene. - “Broń i amunicja”?
- Nie, Biblia, bezbożnico.”
Fabuła jest nieźle pokręcona, to tak naprawdę gotowy scenariusz na film z gatunku starych czarnych komedii kryminalnych - zbrodnie są brutalne, nikt nie wie o co chodzi, wydaje się, że w intrygę wplatane są wręcz paranormalne elementy. Nagle wszyscy zjeżdżają się do Money, później wszyscy rozpierzchają się po kraju, dzieje się dużo i szybko, a poziom zakręcenia intrygi sięga zenitu, a może nawet czasem go przebija - czy to dobrze? To zależy od czytelnika, jedno jest pewne - do intrygi zagadki kryminalnej na pewno nie można podchodzić całkiem serio.
“(...) pełno tam tępych białych wieśniaków, którzy utknęli w epoce sprzed wojny secesyjnej i są żywym dowodem na to, że chów wsobny nie prowadzi do wyginięcia (...).”
A czemu ona tak naprawdę służy? Rozliczeniu się z problemem rasowym, z tematem, który kilka lat temu ponownie wzburzył nie tylko Amerykę, ale i cały świat. Chodzi o zabójstwa osób czarnoskórych ze względu na rasę. To problem, który ciągnie się w Ameryce od wieków, a jednak ciągle nie został zażegnany. Zbrodnie, które nie zostały rozliczone, w których winni nie zostali ukarani - to je tutaj jedna z postaci porównuje do ludobójstwa.
“Wszyscy mówią o ludobójstwach na całym świecie, ale kiedy ludzie są zabijani powoli przez sto lat, nikt tego nie zauważa. Tam, gdzie nie ma masowych grobów, nikt nie widzi ludobójstwa. Amerykańskie oburzenie jest zawsze na pokaz. Ma datę ważności.”
Przede wszystkim temat podziałów rasowych ciągle żywy jest na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie autor osadza akcję swojej powieści. A choć charakter tego obszaru oddaje w krzywym zwierciadle, a zatem przerysowuje i ujednolica, ale jednak opiera na nastrojach, jakie można w społeczeństwie wyczuć.
Niemniej jednak jego karykaturalna kreska jest ostra, ale też i zabawna - obraz białych wieśniaków oddany na początku powieści wzbudza w czytelniku wesołość, o ile oczywiście ten ma świadomość, że nie powinien traktować warstwy fabularnej ze śmiertelną powagą.
“- Zastanawiam się, dlaczego teraz - powiedziała Gertruda.
- Ten biedny chłopiec został zlinczowany sześćdziesiąt pięć lat temu. Może duchy miały już dość - stwierdziła Mama Z.
- Dopiero co powiedziała pani, że nie wierzy w duchy - zdziwił się Ed.
- Nigdy nie mówiłam, że się nie mylę.”
Autor jednak nie tylko problem rasizmu zarysowuje, ale też się z nim rozprawia. W końcu jest to też historia o wymierzeniu zemsty, o oddaniu pięknym za nadobne. I to mnie w tej powieści zastanawia - czy faktycznie chodzi w niej o zemstę, o te tytułowe hasło “powstańcie”? Czy może jednak przewrotnie ukazuje, że pragnienie zemsty konflikt tylko zaostrza, że przemoc nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem? To warte refleksji, a każdy czytelnik z pewnością dojdzie do własnych wniosków.
“-Myślisz, że biali po prostu boją się czarnych mężczyzn?
-Myślę, że to sport.”
Na koniec zwróćmy uwagę na tytułowe drzewa i samą okładkę polskiego wydania, która wydaje mi się bardzo znacząca. Drzewa są tu symbolem krzywdy, gołe gałęzie w tytule budzą smutek i grozę, ale jednak nie są całkiem martwe - wydały owoce, nowe życie. Czy to alegoria losu czarnoskórych prześladowanych przez białych? A może relacji pomiędzy rasami? Kolory okładki też wydają się ważne: czarny to kolor skóry, zielony kolor nadziei, czerwony przelanej krwi… Choć nie mam w zwyczaju analizować okładek, ta jest tak wymowna, że narzuca to sama!
“- Nieznany mężczyzna to imię i nazwisko - powiedziała stara kobieta. - W pewnym sensie bardziej niż jakiekolwiek inne. Odebrany im trochę więcej niż życie.”
Podsumowując, “Drzewa” Percivala Everetta to ciekawe doświadczenie literackie. Powieść, którą można połknąć na raz, ze względu na dużą ilość dialogu, jak i sam prosty, mimo że stylizowany język, czyta się ją po prostu bardzo szybko - tu pewnie też należy się pochwała dla tłumacza i redakcji, dzięki którym tekst tak doskonale wpasował się w polskie standardy językowe. Fabularnie mocno zahacza o czarny, prześmiewczy kryminał, który kieruje się wręcz w stronę groteski - akcja jest dziwna, z jednej strony prosta, z drugiej ilość udziwnień zaskakuje, co może być przez czytelników odebrane różnie, ważne jednak, by pamiętać, że tej warstwy powieści nie należy brać całkiem serio. Na serio są tematy, które intryga porusza - kwestia rasizmu tak dobrze w społeczności Stanów Zjednoczonych zakorzeniona, która nawet teraz ma się całkiem dobrze, niestety w smutnym tego słowa znaczeniu. A samo zakończenie? Jest dziwne, w mojej ocenie, nacechowanym pacyfistycznym podejściem, można je odbierać dwojako. Czy skuszę się na kolejne książki autora, jeśli zostaną po polski przetłumaczone? Prawdopodobnie tak.
“Jeśli chcesz poznać miejsce, rozmawiasz z jego historią (...).”
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

listopada 28, 2025

"Zimne wybrzeża" Szczepan Twardoch

"Zimne wybrzeża" Szczepan Twardoch
Autor: Szczepan Twardoch
Tytuł: Zimne wybrzeża
Data premiery: 12.11.2025
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura piękna / powieść szpiegowska
 
W tym roku Szczepan Twardoch świętuje dwudziestolecie twórczości - w 2005 roku na rynku ukazał się jego pierwszy zbiór opowiadań “Obłęd rotmistrza von Egern”, pierwsza powieść pojawiła się dwa lata później. Rok 2005 jest jednak dla autora z jeszcze jednego powodu znaczący - to wtedy po raz pierwszy udał się na Spitsbergen, gdzie odnalazł dziwny spokój i od tego czasu raz po raz tam wraca. Z inspiracji tej wyprawy powstała właśnie jego czwarta powieść pt. “Zimne wybrzeża”, która po raz pierwszy wydana została w 2009 roku przez Wydawnictwo Dolnośląskie. Teraz, szesnaście lat i milion sprzedanych egzemplarzy książek ze nazwiskiem Twardocha później, “Zimne wybrzeża” ukazują się jeszcze raz, w nowej szacie graficznej, wydane przez aktualnego wydawcę autora i mam wrażenie, że teraz są jeszcze bardziej aktualne niż były, gdy wydane zostały po raz pierwszy. Choć przecież akcja tej powieści rozgrywa się w 1957 roku…
“Jest coś takiego jak literackie kłamstwo (...). Ale nie polega na tym, że w powieści opisane są rzeczy, które się nigdy nie wydarzyły. Polega to na tym, że z tych fikcyjnych wydarzeń czy bohaterów, które składają się na książkę, wynika jakaś fałszywa rzeczywistość. Ale jestem pewien, panie Sammling, że w fikcji czasem zawrzeć można taką prawdę o świecie, której nie da się wyłożyć wprost.”
Arktyka, wyspa Spitsbergen, lato 1957 roku. Do norweskiego miasteczka Longyearbyen przylatuje sześć osób: piątka Norwegów i John William Smith, który tak doskonale wtapia się w tło, jak jego popularne imię i nazwisko. Ze sobą ma niewiele - brytyjski paszport, zdjęcie kobiety, kilka numerów telefonów, karabin. Od razu po przylocie udaje się do burmistrza miasteczka, ten kieruje go do jego miejsca zakwaterowania. Smith chodzi, poznaje wyspę i jej mieszkańców, aż w końcu burmistrz zaprasza go do siebie - dostał informację, że w polskiej stacji polarnej położonej w Hornsund zaginął naukowiec, a że Smith i tak chciał się tam udać, burmistrz zaprasza go, by pojechali razem i przy okazji pomogli w poszukiwaniach… Co wydarzyło się na stacji w czasie pierwszej polskiej całorocznej misji na Spitsbergen? Kim tak naprawdę jest John Smith i jaki jest jego cel przyjazdu na wyspę? I czy na pewno jego przeszłość zahartowała go na tyle, by był w stanie przetrwać w tak surowych, arktycznych warunkach?
 “(...) uśmiechnął się, lecz nie był zbyt zadowolony z prezentu. Nie żeby nie lubił whisky, bardzo lubił, dużo bardziej niż samogon albo wódkę, whisky smakowała antykomunistycznie, reakcyjnie, musiał zatem lubić whisky. Nie lubił po prostu, kiedy ktoś mu się odwdzięcza, wolał być wierzycielem wdzięczności.”

Książka rozpisana jest na prolog i 19 różnej długości rozdziałów, a nowe wydanie dodatkowo zamyka posłowie Łukasza Jana Berezowskiego, w którym osadza “Zimne wybrzeża” w światowej ówczesnej sytuacji politycznej i analizuje na tle całej twórczości Twardocha. Rozdziały powieści liczą różną liczbę stron, przeważają jednak takie, które mają ich kilkanaście bądź kilkadziesiąt i jest to tekst ciągły. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, które nieraz ujawnia czytelnikowi informacje, zanim sam Smith do nich dotrze. Czas powieści jest nielinearny, bo choć zdarzenia toczą się w kolejności chronologicznej, to jednak historia pełna jest opowieści i wspomnień z przeszłości - przede wszystkim tej skupionej wokół II wojny światowej, jednak nie tylko, w których cofamy się nawet o dwieście lat. Styl powieści jest dla dla Twardocha charakterystyczny - literacki, w którym nawet zwyczajne, a wręcz tragiczne zdarzenia opisane są w sposób nieoczywisty:

“(...) miesiąc później mina przeciwpiechotna, niemiecka zresztą, rozerwała go na dwa osobne kawałki i żaden z nich nie był w stanie samodzielnie podtrzymać ciągłości istnienia Heinricha Dunckera jako istoty ludzkiej.”
momentami wymagający od czytelnika wiele - zdania są długie, skomplikowane, pełne informacji politycznych i obco brzmiących słów (najczęściej rusycyzmów), by zaraz przerodzić się w sprawnie rozpisany dialog, czy krótkie, wyraziste opisy. Język, jakim autor się posługuje, trudno uznać za codzienny - czuć w nim dużą wiedzę historyczną, polityczną i specjalistyczną. Nie jest to więc książka, którą można czytać w kolejce do lekarza czy w podróży do pracy - wymaga uwagi, skupienia i możliwości wejścia w ten specyficzny rytm lektury.
“Smith przyzwyczaił się do marszu i po dwóch kwadransach zdołał osiągnąć to specyficzne odrętwienie, które pamiętał z treningów w Szkocji - idzie się, nogi przestawiają się same, krok niezbyt szybki, oczy wbite w ziemię, wzrok przesuwa się po gruncie bez żadnej refleksji, a w głowie żadnej myśli, nic. Nie czuje się wtedy zmęczenia ani znudzenia, człowiek staje się zwierzęcy trochę bardziej niż zwykle, idzie tak, jak bizon przemierza prerię, nie rozmyślając przecież o kolorze nieba i traw. Jest w tym zwierzęctwie pewna nauka, nauka o człowieku i jego fizyczne kondycji. I dobra sala wykładowa dla tej nauki to Arktyka, jedyna część ziemi, którą człowiek nigdy nie końca nie zawładnął, ostatni kawałek świata, po którym musi chodzić uzbrojony nie przeciwko innemu człowiekowi, lecz stworzeniom potężniejszym od rodzaju ludzkiego (...).”
O “Zimnych wybrzeżach” mówi się w kategorii thrillera szpiegowskiego, jednak sama nie posuwałabym się aż tak daleko. Choć faktycznie intryga bazuje na pewnej szpiegowsko-kryminalnej zagadce, to jednak nie ona jest tutaj ważna. Tu najważniejsze są te same Zimne Wybrzeża, samo miejsce akcji, które możemy poznać od każdej możliwej strony. Spitsbergen to arktyczna wyspa, która należy do Norwegii, praktycznie cała jest skuta lodem. Życie na niej do łatwych nie należy, to przecież sam lód i woda - i my ze Smithem te tereny przemierzamy. Obserwujemy krajobraz, jego przenikliwy chłód odczuwalny nawet latem i białe noce. Jego faunę i florę, której wola przetrwania zachwyca. Książka pełna jest opisów tego krajobrazu, jego przejmującej surowości.
Jednak Spitsbergen to nie tylko krajobraz, nie tylko niedźwiedzie polarne, foki i ptaki. To też ludzie, którzy w tym jednym miejscu tworzą bardzo barwną i dziwną społeczność. Bo choć Spitsbergen należy do Norwegii, to narodowości jest tam wiele - w czasie, gdy toczy się akcja powieści znajdują się tam Norwegowie, Rosjanie, Polacy i Smith, który choć posługuje się angielskim paszportem, mówi, że jest Austriakiem. Każda z tych narodowości ma swoją osadę, każda jest tam w jakimś celu - Norwegowie mają tam swoją kopalnię, reszta znajduje się tam w celach naukowych, choć czy na pewno? Tak naprawdę to miejsce ścierania się wpływów i ambicji różnych krajów, które zdają się chcieć czegoś więcej. A zatem jest to wyspa pełna tajemnic, potencjalnych szpiegów i potencjalnych zdrajców.
“To było obrzydliwe. I wcale nie dlatego, że to ja pociągnąłem za cyngiel, raczej dlatego, że nie zrobiłem tego wcześniej. I że pozwoliłem, żebyście nadali pozory jakiejś zasranej legalności temu, co było zwierzęcą koniecznością: zabij, jeśli chcesz żyć.”
Mimo tego, że głównym bohaterem jest Smith, to jednak mam wrażenie, że każda z pojawiających się tam postaci na chwile kradnie uwagę czytelnika. Z każdym bohaterem przychodzi jego historia - wtedy akcja się zatrzymuje, a czytelnik może poznać życiorys postaci, w którym czasy II wojny światowej i te zaraz po niej odgrywają znaczącą rolę. Każdy jest tu w jakiś sposób polityczny uwiązany, każdy ma w swojej przeszłości jakieś grzechy, które zagoniły go na tę wyspę.
“Ze Spitsbergenu kolonię karną chcieli zrobić Anglicy, tyle że wszyscy więźniowie wymarli pierwszej zimy (...). Teraz też brakuje chętnych do pracy tutaj mimo wysokich pensji. Dlatego, panie Smith, kiedy ktoś podpisuje kontrakt, nie pytamy go o przeszłość.”
W tym wszystkim Smith pozostaje bardzo długo bohaterem niejasnym - towarzyszymy mu w jego wędrówkach tak naprawdę niewiele o nim wiedząc. I w tym jest spory urok powieści, te powolne odkrywanie historii głównego bohatera, jego psychologicznej i nacjonalnej głębi.
“W każdym razie swoboda i bezpretensjonalność, z jaką Sammling przyszedł do nieznajomego obcokrajowca, aby porozmawiać o książkach, bardzo się Smithowi podobała - mały Norweg miał cechę u górnika zaskakującą, przekonanie, iż intelektualne poszukiwanie prawdy w pełni usprawiedliwia towarzyską niezręczność, jaką w istocie była ta wizyta.”
Wspomniana już intryga szpiegowska jest szkieletem powieści, tym kręgosłupem, który pozwala stać się wszystkim opowieściom i ludziom Spitsbergen zamieszkującym jedną spójną powieścią, w której surowość i prostota natury przeciwstawiona jest ludzkim, a może przede wszystkim narodowościowym ambicjom. Niemniej jednak sama zagadka jest prosta, klasyczna, ale zamyka ją dość niejednoznaczny twist. Przyznam, że momenty, w których pojawia się mikro śledztwo nieco mnie ożywiały, wyprowadzały z tego transu, w który wprowadza wędrówka przez surowy krajobraz i mroczne ambicje.
“Boże, jak on tego nienawidził! Tej odwiecznej polskiej obawy przed czynem, tego strachu przed każdą, nawet najbardziej uzasadnioną przemocą, tych filtrów, które wszyscy zakładali sobie na oczy, aby widzieć rzeczywistość nie taką, jaka była lub jest w istocie, tylko taką, jaką widzieć by woleli.”
W “Zimnych wybrzeżach” piękny, acz surowy i groźny krajobraz zdaje się wyciągać z ludzi ich zwierzęce instynkty. Tu liczy się przetrwanie - dosłowne, ale i metaforyczne - przetrwanie w kraju, do którego po krótkim pobycie na wyspie przecież trzeba wrócić. Kraju, dla którego w jakiś sposób trzeba się zasłużyć, bo to on jest tutaj wartością nadrzędną, dla której pojedyncze istnienia nie mają znaczenia. Każdy więc musi udowodnić, że jest inaczej, że na swoje istnienie faktycznie zasługuje.
“Żal nawet, dobry muzyk z niego był (...). Ale taka jest logika historii. Jednostka niczym.”
W tekście czuć ogromną wiedzę autora w zakresie historii i polityki, ale i miłość, jaką czuje do tego miejsca - opisy tamtejszego krajobrazu naprawdę zachwycają. To moje ulubione fragmenty tej powieści, która momentami stanowi wyzwanie, zachęcam jednak, by się z nim zmierzyć - takiej literackiej, arktycznej przygody nie zapewni nam żaden inny polski autor!
 
Moja ocena: 7,5/10 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 31, 2025

"Złotowłosa" Wojciech Chmielarz

"Złotowłosa" Wojciech Chmielarz

Autor: Wojciech Chmielarz
Tytuł: Złotowłosa
Data premiery: 15.10.2025
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 352
Gatunek: thriller psychologiczny
 
Wojciech Chmielarz to autor bardzo mi bliski - jego powieści zaczęłam czytać na dobrych kilka lat przed powstaniem tego bloga, można więc powiedzieć, że od dawna towarzyszę mu w jego pisarskiej drodze, obserwuję kierunki, w jakich się rozwija, jak zmienia się jego warsztat. To autor z tych, którzy nie szukają drogi na skróty, który mimo że odniósł już wiele sukcesów, nie osiada na laurach, nie powiela schematu, który się sprawdził, a cały czas szuka dla siebie nowych wyzwań. To ryzykowne podejście, to narażanie się na krytykę tych czytelników, którzy chcą, by autor cały czas pisał tak samo. Dla mnie jednak powieści są czymś więcej niż tylko rozrywką i widzę, że dla Chmielarza mają podobne znaczenie - stąd mój szacunek i podziw. “Złotowłosa” to jego dwudziesta pierwsza powieść, a zarazem coś nowego - thriller pisany z perspektywy uwięzionej kobiety, swego typu dorosła interpretacja baśni o Złotowłosej i trzech niedźwiadkach.
 
Ula budzi się w zimnym, małym pomieszczeniu - wokół niej zakratowane okno, goła żarówka i materac. Jest obolała, a jej ostatnim wspomnieniem jest niedźwiedź. Niedźwiedź? To chyba jednak wymysł jej wyobraźni, przecież po Warszawie niedźwiedź tak po prostu biegać nie mógł, prawda? Coś musiało się jej pomieszać, przecież czuje się taka otumaniona…. Co się z nią stało? Gdzie jest? Kto jej to zrobił? I dlaczego w swojej głowie cały czas słyszy głos Malwiny, starszej pani, którą opiekowała się w hospicjum?
“(...) zrozumiała, że jest wiele rodzajów strachu, które różnią się od siebie jak ogień i woda. I każdy z nich oznacza coś innego.”
Książka rozpisana jest na 10 części, te tytułowe są pisane z perspektywy Uli, te nietytułowane opowiadają historię Tadka i Krzysia. Każda z części dzielona jest na numerowane rozdziały, numerowanie do każdej części jest osobne. Rozdziały są kilkustronicowe i raczej nie są już dzielone na krótsze fragmenty. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, jednak uwaga narratora skupia się przede wszystkim na wewnętrznych przeżyciach postaci, głównie na Uli, co jest charakterystyczne dla thrillera psychologicznego. Styl powieści jest ciekawy - początkowo to tylko Ula zamknięta w niewielkim pomieszczeniu, rozmawiająca ze wytworem swojej wyobraźni i jest to narracja niesamowicie udana i oryginalna - przez kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt stron mamy przecież jednego aktora, a napięcie, jakie ta jedna sceneria wytwarza, jest niesamowite. Fragmenty wypowiedzi wyimaginowanej Malwiny pisane są kursywą, więc tekst bardzo łatwo się czyta. Później historia się rozszerza, a swobodny styl autora sprawia, że się przez nią przepływa - tu wszystko się ze sobą zgrywa, opisy, dialogi, wewnętrzne przeżycia postaci tworzą jedną spójną, doskonale pasującą do siebie całość. Dzięki temu lektura jest rytmiczna, jest płynna i zwyczajnie przyjemna. Język w dialogach doskonale naśladuje mowę, a nawet i subtelne błędy, jakie w języku mówionym się popełnia. Choć kilka literówek akurat do tego efektu się nie zalicza. Przekleństw w powieści nie ma wiele, a jeśli się pojawiają, to użyte są odpowiednio do sytuacji, co nawet wrażliwych na wulgaryzmy czytelników w oczy kłuć nie będzie. Jest za to poczucie humoru, które choć na pierwszy rzut oka nie pasuje do powagi sytuacji, to jednak sprawdza się znakomicie, sprawia, że lektura nie jest przytłaczająca, a uwaga czytelnika zwrócona jest nie ma grozę sytuacji, a na tematy, do której zauważania zmusza.
“Jaka ulga w końcu to powiedzieć! (...) Jaka ulga w końcu nie musieć się hamować! Wiesz, jak trudno było trzymać te wszystkie myśli w głowie? (...) Jak trudno było ich pilnować, żeby żadna z nich nigdy się nie wyślizgnęła?”
“Złotowłosa” to powieść w pewien sposób interpretująca baśń. A jak to w baśniach bywa, nie wszystko musi być dosłowne, nie wszystko musi być całkowicie realistyczne. I mam wrażenie, że właśnie na takiej bazie Chmielarz zbudował tę powieść - tu przede wszystkim liczą się emocje, tu liczy się przesłanie i refleksje, jakie historia niesie, a żeby to osiągnąć czasem trzeba sięgnąć po środki, które mogą się wydać nieco naciągane czy nieprawdopodobnie. Nie znaczy to oczywiście, że taka jest cała fabuła - wręcz przeciwnie, w większości jest przerażająco realna, bazuje na mrokach ludzkich umysłów, które pod wpływem bardzo skrajnych emocji, czasem potrafią skupić się tylko na jednym. Intryga zbudowana jest z rozmysłem i prowadzona jest świetnie - skręca w mocno nieprzewidywanych kierunkach, a choć jej tempo z początku nie jest za szybkie, to jednak już od pierwszych stron dobrze buduje napięcie. Po jakimś czasie akcja przyspiesza, subtelnie zapożycza rozwiązania z literatury sensacyjnej - może stąd te kilka chwil, których realność można podać w wątpliwość?
“Walka jest męcząca, nadzieja jeszcze bardziej.”
Cała powieść oparta jest tak naprawdę na kilku aktorach, a czytelnik otrzymuje bezpośrednią relację od trójki z nich: Uli, Tadka i Krzysia, choć to Ula jest aktorką pierwszoplanową. Autor doskonale wczuł się w położenie postaci uwięzionej, przeprowadza ją przez wszystkie etapy - od niedowierzania, przez zwątpienie, aż po potrzebę działania, podsycania poczucia, że przecież wyjście z sytuacji znaleźć trzeba. Ula ma się za osobę dobrą, a zarazem jest energiczna, chętna do działania, a to charakter, który niełatwo ugina się pod żądaniami innych. Jednak im dalej w lekturę, tym lepiej poznajemy jej historię, bo siedząc w zamknięciu sama opowiada o swoim życiu - dzieciństwie, czasach nauki, życiu dorosłym. Dzięki poznawaniu jej doświadczeń, jej przeżyć, coraz lepiej ją rozumiemy, a tym samym widzimy, że nie jest to postać łatwa do oceny, posiada różne oblicza, jak każdy z nas.
“Jeśli na świecie panowała jakaś fundamentalna sprawiedliwość i porządek, to kto inny powinien być w tej piwnicy, Nie ona. Bo ona była dobrą osobą. Stwierdzała to bez samochwalstwa, bez przesadnej dumy, po prostu jako zwyczajny, obiektywny fakt.”
Tadek i Krzysio, choć i z ich perspektywy historię poznajemy, są postaciami drugoplanowymi, poświęcamy im zdecydowanie mniej uwagi niż Uli. Tadek to narzeczony kobiety, który teraz musi borykać się ze śledztwem i opinią publiczną, a Krzysio… to nastolatek o dość długo niejasnej roli w tej historii. Jednak i w tym wypadku autor motywacje, zachowania postaci oddaje bardzo wiarygodnie, bardzo realistycznie - nie oszukuje, że postacie działają po prostu w imię dobra i troski o innych, bo przecież każdy jednak gdzieś tam w głębi, nawet nie chcąc się do tego przyznać, jednak myśli o sobie.
“Jest wielki, jest silny, ale równocześnie jest wściekły. Czuję. że w nim ten gniew buzuje. Bo wie, że spotkało go coś strasznego, coś złego i coś bardzo niesprawiedliwego. I nie rozumie dlaczego.”
Otoczenie, w jakim rozgrywa się akcja, też nawiązuje do baśni o Złotowłosej i niedźwiadkach. Do porwania Uli doszło w parku, a w całej historii, prócz tego, że toczy się w zamkniętym pomieszczeniu, ważną rolę odgrywa las. To nadaje lekturze odpowiedniego klimatu odosobnienia, wrażenia, że wszystko się może zdarzyć.
“(...) powietrze w górach nie pachniało palonymi śmieciami jak w miasteczku, ale świeżą żywicą. Pomyślała, że ktoś powinien je złapać, zapakować w szeleszczący papierek i sprzedawać jako cukierki.”
I w końcu docieramy do tego, co tak naprawdę ważne, czyli tematów, z jakimi autor w tej powieści do nas przychodzi. A są to tematy pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego. Historia zmusza do refleksji nad dobrem, nad tym czy człowiek po prostu rodzi się dobry, czy jest to coś, czego można się nauczyć, co da się wypracować. A jeśli to drugie, to jaki człowiek jest naprawdę? Czy to ta słynna biała karta? Niewiele wspólnego ma z tym hejt, prześladowanie, z jakim spotykają się dzieci w szkole. Ci, co obserwują Chmielarza w sieci wiedzą, że los nauczycieli i dzieci w szkołach nie jest mu obojętny i to też znajduje swoje odzwierciedlenie w tej powieści, co jest połączeniem naprawdę zaskakującym. Poza tym Ula przynosi też temat pragnienia życia, tego jak trudno jest się go wyzbyć, jak nawet w najgorszych sytuacjach człowiek nadal chce żyć. To równocześnie też opowieść o zemście, o konsekwencjach i poczuciu własności, które czasami interpretowane jest jako miłość.
“(...) w ten sposób tylko zmarnowałaby własną złość, a ta była dla niej zbyt cenna. Zamierzała ją teraz czule hodować, zbierać w sobie i magazynować. Tak żeby nigdy jej nie zabrakło, kiedy będzie potrzebna.”
Choć w “Złotowłosej” wybrzmiewają znajome już dla Chmielarza nuty, to jednak jako jedna spójna melodia zabiera nas w nowe rejony. Rejony strachu i walki o wolność, której siły nie łatwo złamać. Autor postawił na nieoczywiste rozwiązanie, w którym na scenie występuje jeden aktor, a wokół niego jest ciemność - to niełatwy punkt wyjścia opowieści, bo trzeba go zagrać tak, by czytelnik nie poczuł się znużony, a maksymalnie zaciekawiony. I ja to poczułam - rozmowy Uli z Malwiną to mistrzostwo literackie, bawiłam się przy nich świetnie, a przecież sceneria, w której się rozgrywają, jest naprawdę straszna. Dalej historia płynie w mocno nieprzewidywalne rejony, a choć sam finisz nabiera cech lekko sensacyjnych, to jednak nie rozmywa tego, co tutaj jest tak naprawdę ważne - czyli poruszanych tematów społecznych, ale i prywatnych, takich, które zmuszają nas samych do zastanowienia się czy to, jak sami siebie postrzegamy, faktycznie jest równoznaczne z tym, kim jesteśmy. Przede wszystkim polecam pamiętać o tym, że “Złotowłosa” to swobodna interpretacja baśni, a zatem to ten morał, a nie same rozwiązania fabularne, jest najważniejszy.
“To co miało się stać, tak naprawdę już się wydarzyło.”
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 01, 2025

"Wiara" Anna Kańtoch

"Wiara" Anna Kańtoch

Autorka: Anna Kańtoch
Tytuł: Wiara
Data premiery: 17.09.2025
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 472
Gatunek: powieść kryminalna
 
Anna Kańtoch pisać zaczynała już w podstawówce, jednak musiało upłynąć jeszcze trochę czasu, zanim zdecydowała się coś wydać. Debiutowała w pierwszych latach tego tysiąclecia, przez pierwszą dekadę jednak trzymała się gatunku fantastyki - pisała opowiadania i powieści. Dopiero w 2016 przyszła pora na gatunkowy skręt w stronę kryminału - to wtedy po raz pierwszy ukazała się “Łaska”, pierwszy kryminał, a zarazem powieść otwierająca tak zwany tryptyk kryminalny. Rok później ukazała się “Wiara”, po kolejnych dwóch latach “Pokuta”. Książki fabularnie nie są ze sobą powiązane, łączy je za to czas akcji. Dwa pierwsze tytuły od razu zostały nagrodzone, pierwsza otrzymała Nagrodę Kryminalnej Piły, druga Nagrodę Specjalną im. Janiny Paradowskiej (przyznawaną w ramach Nagrody Wielkiego Kalibru). Obydwie też doczekały się ostatnio nowych wydań - “Łaska” wydana została ponownie w 2024 roku, “Wiara” kilkanaście dni temu.
 
Początek lipca 1986 roku, niewielka podbeskidzka miejscowość Rokitnica. Ksiądz Jerzy Marczewski, proboszcz lokalnej parafii wraca na rowerze od jednej ze swoich schorowanych parafianek, mimo porannej pory zmęczony narastającym upałem. Kiedy wjeżdża na nasyp kolejowy coś dostrzega - na torach coś leży. Nie coś. Ktoś. Młoda dziewczyna w bluzce zalanej krwią. Nie żyje. Co z nią zrobić? Przecież nadjeżdża pociąg! Na szczęście maszynista w porę zaczyna hamować, by nie staranować ciała ani księdza… Sześć dni później do wioski przyjeżdża milicyjne wsparcie w postaci kapitana Andrzeja Witczaka. Śledztwo stoi w miejscu, lokalni policjanci nie zdołali odkryć nawet tożsamości dziewczyny. Czy Witczak będący osobą z zewnątrz tej społeczności będzie w stanie zdziałać więcej?
 
Książka rozpisana jest na prolog, dziewięć tytułowanych części i epilog. Części nie są dzielone na tradycyjne rozdziały, a rozpisane według daty, przez co czytelnik może łatwo zaobserwować jak długo trwa śledztwo i co w danym dniu się wydarzyło. Każdy dzień śledztwa dzielony jest na krótsze scenki, czasami kilkustronicowe, czasami krótsze. Narracja powieści prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy kilku postaci, dominują trzy osoby: Witczak, Marczewski i milicjantka Hania. Styl powieści jest spokojny, uważny, dialogi prowadzone są sprawnie, z wyczuciem, tak samo jak opisy, których stosunek do dialogów jest porównywalny. Język powieści jest dopasowany do postaci - jest młody jąkający się milicjant, są mieszkańcy Rokitnicy, którzy mówią gwarą, jest mocno pijany mężczyzna - wszystkie te zniekształcenia autorka w piśmie naśladuje, co daje bardzo ciekawy efekt. Czytało się to świetnie!
“Sprawiała wrażenie osoby, której emocje płyną bardzo płytko, tuż pod skórą, gotowe w każdej chwili wytrysnąć na zewnątrz.”
Naśladownictwo słowotwórcze jest jednak częścią czegoś większego - to jeden ze składników odpowiadających za realizm powieści. Autorka mocno skupia się na tym, by jak najwierniej oddać klimat małej PRL-owskiej, podgórskiej miejscowości, by czytelnik poczuł te wszystkie zależności międzyludzkie, wpływy, tajemnice. Rokitnica to miejsce, do którego latem zjeżdżają się letnicy, kolonie, gdzie często przebywają młodzi nocujący w namiotach. Jasny jest podział pomiędzy tych przyjezdnych a miejscowych, którzy żyją tam na stałe. Jednak w tym czasie w Rokitnicy jest ktoś jeszcze - protestujący przeciwko elektrowni, która właśnie tuż obok lokalnego jeziora powstaje, jak i ci, którzy ją budują. I ta zmienna rodzi konflikty, gdyż czasowo akcja osadzona jest na chwilę po katastrofie w Czarnobylu. Teraz zatem elektrownia budzi jeszcze większy strach niż wcześniej, a przerażeni mieszkańcy zwracają się do księdza o pomoc, o mszę, o coś, co uchroni ich przed powstaniem funkcjonującej na tych ziemiach elektrowni.
“Była przyzwyczajona do wiejskich nocy, nieraz przecież chodziła po polach, kierując się tylko światłem księżyca. Ale to było dawno, (...). Zanim starsza szeregowa uświadomiła sobie, jakie potwory czają się w ciemności.”
Jednak Rokitnica to nie tylko aktualne protesty. To też po prostu zamknięta społeczność, która przed obcymi strzeże swoich sekretów z przeszłości. I tak się składa, że wszystkie trzy postacie, które wraz z narratorem obserwujemy, to postacie mniej lub bardziej z zewnątrz. Witczak z zewnątrz jest najbardziej z całej trójki, mieszka w Bielsku-Białej, Rokitnica jest mu kompletnie nieznana. Hanka to milicjantka, która mieszka w Żywcu, jednak wioskę jako tako zna, tu mieszka jej rodzina, tu spędzała lata dzieciństwa. No i ksiądz, który parafię objął kilka lat temu, ale jakoś do tej pory czuje, że nie znalazł tak naprawdę z mieszkańcami wspólnego języka… czy to przekleństwo tego stanowiska?
Wszystkie te postacie, jak i te drugoplanowe pokazujące się w powieści, są bardzo skrupulatnie opracowane. Każdy też coś sobą reprezentuje, każdy coś za sobą ciągnie.. Wydaje się jednak, że grzechy przeszłości każdego z nich wynikają z własnej niepewności, z własnych, skrzętnie skrywanych kompleksów.
 
Bo i sama przeszłość odgrywa w tej powieści ważną rolę. I ta dalsza w postaci krzyża tuż przy torach, którego intencji nikt zdaje się nie znać, jak i ta bliższa, wynikająca z katastrofy w Czarnobylu, ale i prywatnych decyzji postaci. Przeszłość, która zostaje i dorasta wraz z człowiekiem, co doskonale widać na postaciach zarówno młodych, jak i tych wiekowych. Przeszłość często niełatwa, której wspomnienie boli. Wiele tu bohaterów, którzy chcieliby cofnąć czas, w kluczowym momencie podjąć inną decyzję… Ale czy złe decyzje nie działają jak kula śnieżna?
“Chciałbyś, żeby to było on, pomyślała Hanka. Wszyscy byśmy chcieli, bo tak byłoby najwygodniej. Ktoś z zewnątrz, kogo nie znamy. Tylko że rzeczywistość nie zawsze jest taka uprzejma, żeby dostosowywać się do naszych życzeń.”
Poprzez rozpisanie perspektywy pomiędzy milicją a duchownego czytelnik może przyjrzeć się działaniu dwóch władz w małej, PRL-owskiej miejscowości. Rozpatrując ten podział pod kątem kryminału czytelnik obserwuje swoisty mecz - kto dowie się więcej, milicjant czy ksiądz? Jednak ważny jest też kąt społeczny, w którym przyglądamy się oczekiwaniom mieszkańców co do każdej z tych władz, a zarazem ich wpływów. Warto zaznaczyć, że w czasach PRL-u obydwie stały po dwóch przeciwnych stronach barykady, więc już poprzez rozłożenie perspektywy powstaje pewien konflikt.
 
A co z tytułową wiarą? Można rozpatrywać ją pod kątem kościelnym, ale również ogólnym. Autorka świetnie oddaje wierzenia panujące w tak małej wiosce, w której z jednej strony mieszkają osoby mocno chrześcijańskie, w drugiej jednak nadal wierzące w przesądy… przesądy głęboko zakorzenione, które choć nielogiczne, jednak nie pozwalają się wyplenić.
Jest i trzecia wiara - wiara w człowieka, wiara w sprawiedliwość, wiara, że odkrycie prawdy pozwoli pogodzić się z tym, co się stało… a może odwrotnie?
“Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć, i zawsze potrafią zinterpretować fakty tak, żeby się zgadzały.”
Cała powieść prowadzona jest bardzo spokojnym tempem w klasycznym nurcie - nie ma tu dzikich pościgów, strzelanek. Jest rozmowa, jest dedukcja, jest obserwacja. Dzięki temu możemy bardzo dobrze poznać całe otoczenie, przesiąknąć tylko rokitnickim klimatem niewypowiedzianej tajemnicy… Sama intryga zbudowana jest dobrze, choć myślę, że części rozwiązania można się domyśleć. Nie jest to minus, bo tutaj przede wszystkim ważny jest powód zbrodni, zrozumienie intencji, co prowadzi do dość smutnych refleksji…
“Z łagodności uczyniła broń groźniejszą niż ta, której używali aresztowani przez Witczaka bandyci.”
“Wiara” to kryminał bardzo kameralny, w którym zło skrywa się tuż pod powierzchnią, ale też jest po prostu bardzo ludzkie. Tu w centrum stoi człowiek, zarówno ze swoimi zaletami, jak i wadami, zdolny do największych poświęceń, ale i do niewyobrażalnego okrucieństwa. Jak rozróżnić, które intencje są prawdziwe? Które działanie podyktowane wiedzą, a które wiarą? Wiarą, która nawet i podszyta dobrymi intencjami, może jednak prowadzić do złego? Historia jest spójna, spokojna i na tyle uniwersalna, że mimo akcji osadzonej czterdzieści lat temu, wiele pochodzących z niej refleksji jest ciągle nad wyraz aktualne. I to w tym wszystkim jest takie smutne…
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!