lutego 20, 2025

"Na popiół" Jiří Březina - zapowiedź patronacka

"Na popiół" Jiří Březina - zapowiedź patronacka
Połowa drugiego miesiąca roku 2025 już za nami, najwyższa więc pora zaprezentować książkę, która jeszcze w lutym ukaże się na rynku z logo Kryminału na talerzu na okładce! Jest to kryminał czeski Jiříego Březiny pt. "Na popiół" - a jego premiera będzie miała miejsce równo za tydzień, 27 lutego!

Młody policjant Tomáš Volf – samotny wilk, któremu czasem powija się łapa – tym razem pracuje w jednostce na peryferiach Pragi.
Jego pierwsza sprawa w nowym miejscu to zagadkowa śmierć kobiety, która spłonęła we własnym mieszkaniu, jednak… otoczenie pozostało nietknięte. Spaliło się tylko ciało, i to niecałe – bo od kolan w górę.
Śledztwo idzie opornie, a nowi koledzy nie przepadają za Tomášem, posądzając go o kumoterstwo. Volf – wbrew założeniu reszty ekipy, że kobieta zmarła wskutek nieszczęśliwego wypadku – uparcie bada sprawę dziwnego pożaru i trafia przy tym na podobny, jeszcze ciekawszy przypadek sprzed kilku lat oraz na pamiętnik nastoletniej Veroniki…
Kto stoi za tajemniczym pożarem w praskim mieszkaniu? Jak do niego doszło? Co kryje dziennik Veroniki?

"Na popiół" to tom trzeci przygód policjanta Tomáša Volfa, a zarazem drugi, który ukaże się pod patronatem Kryminału na talerzu. Jiří Březina ma specyficzny styl opowiadania historii - w sposób całkowicie zwyczajny pisze o zbrodniach przerażających i dokładnie tak jest też w tym przypadku. Przyznam, że zbrodnia, wokół której ta historia się kręci, zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie, a pamiętnik młodej dziewczyny wzbudził ogromną ciekawość, ale i absolutne niedowierzanie w rozwiązanie, które zaczęło mi się w głowie majaczyć... czy okazało się słuszne? Gorąco polecam tę książkę fanom kryminałów spokojnych, ale jak najbardziej poważnych, opowiadających o mrokach ludzkiej duszy... Oczywiście można ten tytuł czytać bez znajomości tomów poprzednich.

Autor: Jiří Březina
Tytuł: Na popiół
Cykl: Tomáš Volf, tom 3
Seria: Czeski Krymi
Tłumaczenie: Agata Wróbel
Data premiery: 27.02.2025
Wydawnictwo: Afera
Liczba stron: 288
Gatunek: kryminał


Książka dostępna jest już w przedsprzedaży na stronie wydawnictwa - klik!

A jeśli macie chęć uzupełnić biblioteczkę o całą dostępną w polskim tłumaczeniu serię z Tomášem Volfem, to wydawnictwo przygotowało dla Was specjalną promocję - klik!


We współpracy z Wydawnictwem Afera.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 18, 2025

"Współlokator" Linus Geschke

"Współlokator" Linus Geschke
Autor: Linus Geschke
Tytuł: Współlokator
Tłumaczenie: Danuta Fryzowska
Data premiery: 12.02.2025
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 344
Gatunek: thriller psychologiczny / kryminał
 
“Współlokator” to pierwsza książka Linusa Geschkego, która ukazała się w Polsce, a równocześnie pierwsza jego powieść, która tworzy osobną, jednotomową, zamkniętą historię. Autor na niemieckim rynku debiutował w roku 2014 pierwszym tomem kryminałów o Janie Römerze, który na ten moment rozwinął się do czterech cześci i doczekał się swojej ekranizacji w niemieckiej telewizji. Dorobek literacki autora jednak na tym się nie kończy - stworzył jeszcze dwie inne serie kryminalne oraz drugi osobny thriller, który na rynku rodzimym autora miał premierę w minionym roku.
Poza tworzeniem powieści, Linus Geschke jest dziennikarzem, pracował dla znanych niemieckich magazynów, a za swoje reportaże zdobył kilka nagród dziennikarskich.
 
Historia “Współlokatora” rozpoczyna się w momencie aresztowana pary trzydziestokilkulatków: Sarah i Marca. W ich apartamencie tego poranka sprzątaczka odkryła kuchnię skąpaną we krwi, nic więc dziwnego, że od razu powiadomiła policję. Po szybkiej inspekcji okazuje się, że mieszkanie było zamieszkiwane przez trzy osoby: parę Sarah i Marca oraz przyjaciela mężczyzny Henninga, ale kiedy pierwsza dwójka zostaje szybko zlokalizowana, z Henningiem nie ma ciągle kontaktu. Policjanci zakładają więc, że to on jest ofiarą, a pierwsze dowody jasno wskazują, że mieszkająca z nim para mogła mieć coś z tym wspólnego… Oboje zgodnie upierają się, że noc spędzili razem w hotelu, ale czy to nie podejrzane, że akurat, kiedy nocowali poza domem, ktoś brutalne zamordował ich współlokatora? Pora zacząć przesłuchania, odkryć historię tej trójki… Tylko co, kiedy podejrzani przedstawiają dwie różne jej wersje?
“Z czasem stworzyłeś własną prawdę. Ja też mam swoją, a najgroźniejsze kłamstwa to i tak te, które sami sobie opowiadamy.”
Książka rozpisana jest na pięć rozdziałów poprzedzonych krótką notką, którą autor rzuca czytelnikowi wyzwanie rozwiązania zagadki przed jej finałem - zabieg w sumie prosty, ale nad wyraz skuteczny, gdyż od razu sprawia, że czytelnik inaczej, bardziej uważnie do lektury podchodzi. Każdy z rozdziałów otwiera krótki fragment piosenki pochodzącej z twórczości Voltaire i dzielony jest na krótkie, kilkustronicowe fragmenty pisane z trzech różnych, naprzemiennych perspektyw: Sarah, Marca i policji. Sarah i Marc opowiadają swoją historię w narracji pierwszoosobowej, fragmenty opisujące to, co dzieje się w śledztwie, to narracja trzecioosobowa czasu przeszłego. U Sarah i Marca czas jest płynny - siedząc w areszcie opowiadają głównie o tym, co wydarzyło się wcześniej, a więc operują zarówno czasem teraźniejszym, jak i przeszłym. Styl powieści jest uważny, spokojny, skupiony na wewnętrznych przemyśleniach i wspomnieniach postaci. Oczywiście nie brak i dialogów, szczególnie bogate są w nie fragmenty opisujące działania policji. Również językowo książka jest wyważona, dosadniejsze słownictwo można zliczyć na palcach jednej ręki, warto też podkreślić obecność feminatywów. Całość czyta się naprawdę dobrze.
“Śmieszna sprawa z tą miłością, myślę. Nie da się za nią nic kupić ani nie leczy chorób, a mimo to wielokrotnie obalano przez nią królów i wszczynano wojny. Miłość potrafi zmienić ludzi w żałosne stworzenia (...).”
Dużym plusem tej powieści jest jej klimat, nastrój, który wprowadza - to aura tajemnicy, niedomówień i nieufności, bo my jako czytelnicy, ostrzeżeni wcześniej przez autora, nie ufamy jej narratorom. Z początku odpowiada za to właśnie ten wstęp, później już same wypowiedzi narratorów ciekawość i podejrzenia podsycają. Intryga nie jest oparta na zaskakujących, dynamicznych, pojawiających się co chwilę twistach, a wręcz odwrotnie - odkrywana jest przed nami powoli, opatrzona emocjami postaci i ich odczuciami związanymi z opisywanymi wydarzeniami. Tylko czy przedstawiają nam faktycznie to, co się wydarzyło, czy raczej to, w co chcą byśmy wierzyli? Z biegiem lektury pojawiają się okruchy informacji pozwalające budować swoje hipotezy, choć myślę, że autor we wstępie nie przestrzegał na wyrost - w mojej ocenie finalny twist jest faktycznie zaskakujący! A co najważniejsze, logiczny, więc w teorii faktycznie możliwy do samodzielnego odgadnięcia… Tylko czy komuś się to uda?
“Ci, których kochamy, to zwykle też ci, którzy mogą nas najbardziej zranić, bo tylko ich wpuściliśmy do swojego serca.”
Jest to historia znajomości trójki osób: Sarah, Marca i Henninga. Wszyscy są po trzydziestce, od jakiegoś czasu mieszkali wspólnie, ale i bardzo wygodnie w jednym dużym apartamencie. Pozornie? Sytuacja bezkonfliktowa, nikt nikomu w drogę na wchodził. Marc i Henning to przyjaciele od lat dziecięcych, Sarah pojawiła się w ich życiu trzy lata temu. Z początku poznajemy historię związku Sarah i Marca, powoli odkrywamy też coraz dokładniej niuanse przyjaźni Marca z Henningiem, którzy wydają się bardzo od siebie różni, a jednak przyjaźnią się tyle lat. Każdy z tej trójki przedstawia inny typ człowieka - Sarah to kobieta, która chce być lubiana przez wszystkich, Marc tak naprawdę nikim się nie przejmuje - nikim prócz Sarah, która jest jego oczkiem w głowie. Henning to z kolei mocno rozrywkowy, imprezowy typ człowieka, którego praktycznie nigdy nie ma w domu. Potencjalnie więc mógł się wplątać w cokolwiek, co poskutkowałoby jego śmiercią, ale skoro autor zapowiedział, że sami będziemy mogli rozwiązać zagadkę, to jednak grono podejrzanych jest wąskie… Sarah i Marc to kreacje postaci, które poznajemy od wewnątrz, są niesamowicie dobrze zbudowane, przemyślane. Autorowi doskonale udało się zachować tajemnicę, poczucie niepewności - przez cały czas te kreacje sugerują nam, że coś wiedzą, a przynajmniej muszą mieć coś ważnego w pamięci, tylko co? 
“Muszę dokonać sekcji naszego życia - rozkroić je jak zwłoki i szukać tak długo, aż znajdę przyczynę śmierci.”
Henning to postać, którą poznajemy oczami innych, więc i wokół niego, w inny sposób, ale jednak, osnuta jest mgła tajemnicy.
Poza tą trójką jest jeszcze zajmująca się sprawą policja - przede wszystkim nadkomisarka Bianca Rakow, która dopiero co została przeniesiona i awansowana w lokalnym komisariacie. Bianca też ma osobę, z którą się ściera - to Höger, który miał awansować zamiast niej. Autor i pomiędzy tą dwójką stworzył fajną dynamikę, choć oczywiście ze względu na trzecioosobową narrację wiemy o nich dużo mniej, niż o zamieszanych w sprawę lokatorach. Jasne jest jednak to, że Bianca to postać inteligentna i spostrzegawcza, która pochopnie nie ocenia, a uważnie przygląda się zebranym dowodom.
“(...) osądzam czyn, nie sprawcę.”
Poza dobrym dreszczykiem emocji autor funduje czytelnikom też sporo zagadnień do przemyślenia. Jak często zdarza nam się okłamywać samych siebie? Czy są w naszym życiu osoby, dla których bylibyśmy się w stanie poświęcić? Czy jednak człowiek to osoba na tyle egoistyczna, że jednak zawsze, nawet nieświadomie, samego siebie będzie stawiał na pierwszym miejscu? Zastanawiamy się też nad tym jak często zdarza się nam przymykać oko na grzeszki innych, nie reagować, byle to sobie samemu zapewnić spokój, albo nie przysporzyć sobie samemu kłopotów. Bardzo ciekawe zagadnienia, w których granica pomiędzy tym co dobre, a co nie, wydaje się lekko rozmazana…
“(...) zła nie da się całkiem pokonać, bo stanowi ono nieodłączną część ludzkiej natury. Może być mniej lub bardziej widoczne i przejawiać się w najróżniejszy sposób, ale to nie zmienia faktu, że jest w każdym z nas; tak jak dokładnie takie same narządy obecne w każdym ludzkim ciele.”
Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się to, co Linus Geschke we “Współlokatorze” zrobił. To mocno kameralna historia znajomości pary z przyjacielem na dokładkę, która, co jest jasne od początku, zakończyła się tragicznie. Pytanie brzmi czy pozostała dwójka miała w tym tragizmie swój udział. Autor bardzo sprawnie wchodzi w głowy obydwu narratorów, sprytnie meandruje pomiędzy gatunkiem thrillera psychologicznego i kryminału - bo przecież przebieg śledztwa też odgrywa ważną rolę w tej opowieści. Intryga, mimo iż prowadzona tempem bardzo spokojnym, jest zbudowana umiejętnie, tak, że ciekawość czytelnika, niepewność zdarzeń cały czas zostaje utrzymana, a finalny twist przekonuje, że mimo starań, czytelnik nigdy nie wpadłby na rozwiązanie tej zagadki samodzielnie. Czy wpadłby? Musicie to sprawdzić sami, a ja mogę sobie tylko życzyć, by kolejny thriller autora, był tak dobry jak ten - już czekam na polskie tłumaczenie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 17, 2025

"Wołanie umarłych" Michał Zgajewski

"Wołanie umarłych" Michał Zgajewski

Autor: Michał Zgajewski
Tytuł: Wołanie umarłych
Cykl: detektyw Norbert Krzyż, tom 3
Data premiery: 12.02.2025
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 352
Gatunek: kryminał
 
Niecały rok temu Michał Zgajewski po raz pierwszy zaprosił nas do świata detektywa Norberta Krzyża, prywatnego detektywa, który nawiązując do czarnych, rasowych kryminałów, ma tendencje do sarkazmu i pakowania się w kłopoty. W końcówce lutego roku 2024 autor debiutował książką “Strażnik Jeziora” (recenzja - klik!), która wielu czytelników zachwyciła nie kryminalną otoczką, ale także miejscem akcji - to Żywiec i okolice, miejsce autorowi dobrze znane, gdyż sam mieszka tam już od jakiegoś czasu. Pół roku później czytelnicy mogli spotkać się z Norbertem po raz drugi w “Ciemność żyje w nas” (recenzja - klik!), teraz robimy to po raz trzeci. I choć seria zachowuje nadal główne założenia budowy świata przedstawionego, to powoli zaczyna też ewoluować…
Michał Zgajewski przygody Norberta Krzyża tworzy w czasie wolnym, na co dzień pracuje w social mediach, przygotowuje programy o tematyce filmowej. I tę fascynację również w jego powieściach czuć!
 
Od wydarzeń z “Ciemność żyje w nas” minęły cztery lata. Jest grudzień, Norbert Krzyż siedzi w biurze i zajmuje się wysyłką pamiątek góralskich - to jego dodatkowa praca, jako prywatny detektyw teraz przyjmuje mniej zleceń, unika tych czasochłonnych, tych, które mogłyby go zaprowadzić w niebezpieczne rejony… Do czasu, gdy zjawia się u niego znajomy prawnik z prośbą, by przyjrzał się śmierci mężczyzny, którego Norbert kojarzy - dlatego, że cztery lata temu na zlecenie jego żony go śledził. Odkrył wtedy coś dziwnego, o czym nie powiedział jego żonie, a teraz zaczyna się zastanawiać czy to przypadkiem nie przez to mężczyzna odebrał sobie życie… Rozważnie jednak nie deklaruje się, że zlecenie przyjmie - najpierw trzeba powęszyć dokąd może go ta sprawa zaprowadzić. Pierwszy trop to znajomy lokalny biznesmen i jego były pracownik, żywo zainteresowany motywami spirytystycznymi, z którym zmarły podobno często rozmawiał… Czy naprawdę szukał jakichś odpowiedzi w zaświatach?
“Tępy przeciwnik może być groźny, ale łatwiej go rozgryźć. Inteligentni bandyci to już zupełnie inny kaliber. Panują nad emocjami. Ich nie interesuje gwałtowne zaspokajanie niższych instynktów.”
Książka rozpisana jest na trzy tytułowane części: Sznur, Sumienie i Golem, które składają się w sumie na 20 rozdziałów toczących się najpierw w grudniu 2022, później w marcu 2023. Historia ułożona jest chronologicznie (prócz jednego wyjątku), a zmiana daty zawsze jest w rozdziałach zaznaczona. Te z kolei składają się na krótkie scenki, nienumerowane podrozdziały, w których narrator albo opisuje to, co działo się przed chwilą, albo zdarzenia bieżące. Narratorem jest Norbert, który przedstawia całą historię w pierwszej osobie czasu przeszłego i jest w tym bardzo swobodny - używa języka codziennego, nieraz nieco bardziej dosadnego słownictwa, ale zachowuje w tym umiar - styl jego wypowiedzi przypomina dawne, rasowe czarne kryminały, gdzie narrator wypowiada się w sposób sarkastyczny, podszyty czarnym humorem. Oczywiście to tylko delikatne zabarwienie, ogólnie historia jest jak najbardziej poważna, momentami nawet dość sensacyjna. Całość czyta się łatwo i przyjemnie.
“Wciąż nie jest dobrze. Ale całkiem źle też nie. Na tym chyba polega życie. Idziesz przez nie środkiem. Nie bokami, ale tą chujową, najnudniejszą drogą. Nie ma euforii, ale też bez dołów, które pchają cię do czarnej dupy.”
Seria z Norbertem Krzyżem pisana jest tak, że czytelnik może sięgnąć po każdym tom niezależnie od pozostałych. Jednak ci, którzy serię znają od początku, docenią przemianę głównego bohatera, jaka zaszła w nim na przestrzeni tych czterech lat dzielących fabułę tomu drugiego i trzeciego. Norbert Krzyż w końcu zmienił swoje priorytety, w końcu ma kogoś, na kim mu zależy - to jego kilkuletnia córka, z którą próbuje odbudować kontakty. Widać, że mężczyzna się stara, próbuje podejmować mniej ryzykowne, bardziej racjonalne decyzje, choć oczywiście nie zawsze te podejście w nim wygrywa. W “Wołaniu umarłych” Norbert jest jednak łatwiejszy do zrozumienia i polubienia.
“Babranie się w ludzkim gównie coraz bardziej mnie męczyło. Każdy ma swój limit. Z wiekiem zaczynałem to dostrzegać.”
Nie znaczy to oczywiście, że i w tym tomie nie ściąga na siebie tarapatów - chyba nie byłoby Norbertem Krzyżem, gdyby tego nie robił! W “Wołaniu umarłych” intryga zabiera nas w dziwne rejony - stara legenda, motywy spirytystyczne i pewna podejrzana grupa przestępcza mieszają się z wątkiem wyraźnie sensacyjnym (przy nim na myśl przyszła mi serii z Bezimiennym Wojciecha Chmielarza) i pilnie strzeżoną tajemnicą z przeszłości. Jest wątek podejrzanych śmierci i zaginięcia, są szemrane interesy i próby przekupstwa. Mimo poruszania tylu różnych tematów, wszystko to bardzo zgrabnie się ze sobą łączy, a czytelnik nie ma wrażenia pośpiechu - bywają oczywiście momenty nieco bardziej dynamiczne, ogólnie jednak cała historia toczy się przyjemnie umiarkowanym rytmem. Samo rozwiązanie zagadki jest logiczne i zaskakujące.
“Tak to już bywa w toku ziemskiej egzystencji. Ciągle się rozczarowujemy. Próbujemy dopasowywać rzeczywistość do naszych oczekiwań. Niestety, tak to nie działa. Wciąż o tym zapominam pomimo wieku, doświadczenia, liczby przeczytanych książek…”
Ważną rolę w powieści odgrywa również samo miejsce akcji - to wspomniany już Żywiec, w którym tak jak w poprzednim tomie nie poruszamy się tylko po mieście, ale także okolicznych górach - tym razem przede wszystkim jest to wzgórze Łyska. Jednak to nie jedyne rejony, które w “Wołaniu umarłych” zwiedzamy - autor zabiera nas na przeprawę po mniejszych okolicznych wioskach jak np. wieś Kucoby, na chwilę zatrzymujemy się też w Tarnowskich Górach. Gdzieś tam przewija się Zawoja i Babia Góra. Wszystkie te miejsca, mimo iż ich rola nie jest eksponowana, dają powieści niepowtarzalny klimat - z jednej strony znany (kto nie lubi kryminałów małomiasteczkowych?), z drugiej w połączeniu tego wszystkiego przyjemnie dla autora oryginalny - podczas lektury, przy opisie odwiedzanych miejsc, nieustannie myślami wracałam do tomu drugiego.
“W nocy myślę inaczej. Szerzej. Jaśniej Ciemność wyostrza zmysły.”
MIchał Zgajewski pisze powieści kryminalne dobrze trzymające się ram gatunkowych i robi to w sposób inteligentny. Kryminał jest rasowy, świat jaki oddaje jest pełen mrocznych tajemnic, bywa brutalny i skorumpowany. Ale poprzez osadzenie tego wszystkiego w ciekawym, ciągle niewyeksploatowanym literacko miejscu i dorzuceniu sporej liczby przyjemnych popkulturowych (głównie filmowych, lecz nie tylko) nawiązań czytelnik dostaje coś na miarę naszych czasów. Dobra rozrywka na poziomie, która gdzieś tam w lekko sarkastycznych uwagach trafnie określa rządzące naszym współczesnym światem wartości. Czekam na dalsze przygody Norberta trzymając kciuki za jego dalszą przemianę w dobrym kierunku! 😉
“Nie znalazłem nic ciekawego. Nie trafiłem też na żadne zdjęcia. Był to znak naszych czasów. Wszystko, co istotne, znajdowało się w smartfonach i konwersacjach przypisanych do kont społecznościowych.”
Moja ocen: 7,5/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Agora.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 16, 2025

Kilka pytań do... Piotra Gajdzińskiego, autora "Operacji Monastyr"

Kilka pytań do... Piotra Gajdzińskiego, autora "Operacji Monastyr"

Dlaczego Piotr Gajdziński zdecydował się w "Operacji Monastyr" poruszyć tak drażliwy temat, jakim teraz jest Rosja i jej wpływ nie tylko na Europę, ale i cały świat, kto powinien sięgnąć po ten tytuł, czy książki z dziennikarzem Terleckim trzeba czytać w kolejności chronologicznej i co autor zmienił w tej postaci po sugestii swojej redaktorki, czy podróżuje do miejsc, które później w swoich książkach opisuje i co musi nadrobić w kolejnej swojej powieści?

Zapraszam na rozmowę z Piotrem Gajdzińskim!

fot. Katarzyna Gajdzińska
Piotr Gajdziński notka biograficzna:
Absolwent Wydziału Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, publicysta miesięcznika "Odra". Autor biografii Władysława Gomułki, Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego, książek o Leszku Balcerowiczu, Józefie Piłsudskim i Mateuszu Morawieckim. Napisał także między innymi "Imperium plotki, czyli amerykańskie śniadanie z niemowląt" i "Anatomię zbrodni nieukaranej" oraz trzy powieści sensacyjne: "Sierociniec janczarów", "Szczurzy szlak" oraz "Fabryka szpiegów".


I część wywiadu

 - opublikowany został również na onet.pl


Kryminał na talerzu: Mimo wieloletniego doświadczenia w posługiwaniu się piórem, dopiero niedawno zwrócił się Pan ku beletrystyce, a dokładniej mówiąc ku powieści sensacyjnej – skąd przyszła taka potrzeba i jak się Pan w takiej formie odnajduje?

Piotr Gajdziński: Wcześniej pisałem przede wszystkim o polityce lub jej obrzeżach, wydałem trzy biografie byłych I sekretarzy KC PZPR (Gomułki, Gierka oraz Jaruzelskiego) i to było inne pisanie, poruszanie się w zupełnie innym reżimie. Chciałem spróbować czegoś innego, co pozwoliłoby mi spożytkować tamtą wiedzę, ale jednak wejść na nowy teren. Wydaje mi się, że była to dość naturalna ewolucja, przy czym cały czas bardzo pilnuję, aby moje książki były bliskie prawdy, rzeczywistych wydarzeń, możliwych ludzkich motywacji i emocji, aby akcja nie była wyimaginowana, a bohater przy pomocy jednego magazynka nie wystrzelał całego oddziału komandosów z Navy SEALs. Stąd waga, którą przywiązuję do reaserchu i weryfikacji faktów. 


„Operacja Monastyr” to czwarta Pana powieść, a zarazem kolejna, w której pojawia się dziennikarz Terlecki. Czy konieczne jest czytanie wszystkich książek chronologicznie? 

Nie, każda książka jest osobnym bytem, a łączy je tylko dziennikarz Rafał Terlecki oraz kilka mniej znaczących postaci, które pojawiają się i w „Sierocińcu janczarów”, i „Szczurzym szlaku”, w „Fabryce szpiegów” i wreszcie w „Operacji Monastyr”. Trzy pierwsze książki wiąże jeszcze miejsce akcji – Wolsztyn, moja rodzinna miejscowość, urocze miasteczko położone w zachodniej Wielkopolsce między dwoma jeziorami. Miejsce fascynujące także dlatego, że po odzyskaniu niepodległości Wolsztyn leżał na pograniczu polsko-niemieckim i był zamieszkany nie tylko przez Polaków i Niemców, ale także sporą grupę Żydów.


„Operacja Monastyr” kieruje naszą uwagę na Wschód, na naszych sąsiadów, budzącej niechęć Rosji. Odsłania sposoby działania tego kraju, stosunek do władzy i w jaki sposób wpływa on na Europę i świat. Dlaczego uwikłał Pan Terleckiego w intrygę z Rosją w roli głównej? I czy nie obawia się Pan, że jest to jednak temat, którego czytelnicy w tym momencie wolą unikać?

To ważny temat, powiedziałbym, że egzystencjalny. Nie ma nic ważniejszego niż to, co w drugim dziesięcioleciu XXI wieku zostało zapoczątkowane w Rosji, bo to zmieniło nie tylko ten kraj, nie tylko sytuację na terenach dawnego Związku Sowieckiego, ale też w Europie i na świecie. Chyba nie do końca zdajemy sobie sprawę, że Putin uruchomił procesy, które grzebią znany nam świat, ten wyznaczany przez pokój i globalizację. To większa zmiana niż w 1989 roku, gdy runął Mur Berliński. Większa, a przede wszystkim znacznie bardziej dramatyczna. Wpełzamy w nową rzeczywistość, w bardzo burzliwy okres, tylko nie bardzo zdajemy sobie jeszcze z tego sprawę i nie umiemy zdefiniować, co się z tego chaosu wyłoni.


Zwracam uwagę na polityczny aspekt Pana książki, bo znakomicie pokazuje Pan, w jaki sposób nie tylko pośrednio, przez decyzje polityków, ale i bezpośrednio, jesteśmy poddawani rosyjskim wpływom. Na przykład bardzo wyraźnie opisuje Pan, jak Rosja sieje dezinformację w sieci, czyli w miejscu, w którym każdy z nas jest narażony na taką manipulację. No właśnie - jak nie dać się zmanipulować, jak odróżnić prawdę od politycznych działań?

To jest niezwykle trudne, a w świecie mediów społecznościowych obawiam się niemal niemożliwe - dezinformacja stała się bardzo wygodnym i niezwykle tanim narzędziem, przy pomocy którego można dezintegrować społeczeństwo i w dużym stopniu paraliżować całe państwa. Sowieci, a raczej wszystkie państwa totalitarne, zawsze kładły duży nacisk na propagandę, ale kiedyś przez swój prymitywizm była ona dość łatwa do rozpoznania. Dzisiaj jest inaczej, Moskwa nauczyła się stosować subtelne metody i robi to znakomicie. Już nie przekonują, że ludziom w Tule lub Władywostoku żyje się lepiej niż w Paryżu czy Warszawie, ale uwypuklają negatywne zjawiska na Zachodzie, przekonują, że wszyscy jesteśmy oszukiwani, okłamywani, okradani, że nie ma dla nas przyszłości. To są działania mające podważyć wszystkie znane prawdy i wywołać nie miłość do Rosji, ale niechęć do naszego świata, ciągły niepokój, strach i chaos. Gdy powiedzmy we Francji rozbije się mały prywatny samolot, którego pilot zginie, to w mediach społecznościowych znajdzie Pani informację pod hasłem „Katastrofa samolotu w Paryżu. Nikt nie przeżył”. Niby prawda. Niby. Rosyjska dezinformacja jest oparta właśnie na niby-prawdzie.


Wspomina Pan też, że właśnie poprzez działania w sieci inne państwa mogą wpływać na to, jak obywatele postrzegają swój kraj, swój rząd. Czy można to w jakimś stopniu odnieść do sytuacji, jaką jeszcze niedawno mieliśmy w naszym kraju?

Jeśli Pani pozwoli trochę ucieknę od tego pytania i przywołam przykład Rumunii. W grudniu ubiegłego roku tamtejszy Sąd Konstytucyjny unieważnił wybory prezydenckie udowadniając, że zwycięzca pierwszej tury, Călin Georgescu, nacjonalista i demagog, był bardzo wydatnie wspierany przez Rosję i to jej wsparciu zawdzięczał swój sukces. W Rumunii to udowodniono, ale przecież podobne, bardzo poważne podejrzenia dotyczyły wyborów także w wielu innych krajach. Rosja będzie to robiła, cały czas udoskonala swoje narzędzia i metody, a obrona przed nimi jest bardzo trudna. Mam wrażenie, że w Polsce nie jest aż tak źle, ogromna większość Polaków ma świadomość, jakie geopolityczne niebezpieczeństwo stwarza moskiewska satrapia, ale na Zachodzie tego brakuje. Dobrym przykładem są Niemcy, gdzie nadal królują pacyfistyczne poglądy, podczas gdy wschód Europy płonie.


To teraz pomówmy jeszcze chwilę o zakonach świeckich – ten pojawiający się w Pana książce jest oczywiście fikcją literacką, ale w posłowiu wspomina Pan, że takie zakony nadal istnieją. Czemu one służą? Czy mają realną władzę i wpływ, czy raczej podsycają fanatyzm?

Tak, Towarzystwo Chwały Jedynego Boga jest fikcyjnym zakonem, ale świeckie zakony oczywiście istnieją. W ich działalności nie ma niczego zdrożnego, większość z nich robi dobrą robotę, zajmując się między innymi działalnością charytatywną. Gromadzą ludzi głęboko wierzących, dla których wiara jest ważna. Ale potencjalnie mogą być wykorzystywane do złych celów i na tym zasadza się akcja „Operacji Monastyr”. To nie jest pomysł wzięty z sufitu, bo polscy dziennikarze udowodnili jednej ze świeckich międzynarodowych organizacji katolickich powiązania finansowe z Rosją.



Czy trudno było napisać taką książkę? Co przyniosło najwięcej trudności: zawiłości polityczne, research, czy może wymyślenie intrygi?

Tak, wymyślenie intrygi, a raczej jej sprecyzowanie. Sama intryga nie jest znowu aż tak daleka od rzeczywistości, właściwie jej elementy uważny czytelnik mediów i analiz politycznych dostrzega wokół siebie niemal codziennie. 


Mimo tego, iż książka jest mocno osadzona w zawiłościach politycznych, to jednak tym, co wiąże wszystko w jedną spójną całość jest śledztwo dziennikarskie Terleckiego. Lubi Pan tę postać?

Tak, raczej tak. Terlecki trochę ewoluuje, to na skutek sygnałów, które napłynęły od czytelników. W pierwszych książkach mój bohater jest strasznym birbantem, spożywa duże ilości rozlicznych alkoholi, zwłaszcza burbona. Teraz się trochę uspokoił, choć czasem jeszcze wierzgnie. Małgorzata Burakiewicz, moja niezrównana redaktorka z Muzy, czytając „Operację Monastyr” napisała mi: „Czy on naprawdę musiał iść z nią do łóżka?! Naprawdę?”. No to zmieniłem, zrobili to na kuchennym blacie.  


Który etap pracy nad książką, od pierwszego pomysłu po finalne jej wydanie, był dla Pana najprzyjemniejszy?

Początek jest oczywiście najlepszy, bardzo swobodny, tajemniczy, bo wszystko może się zdarzyć i wszystko jest jeszcze możliwe. W połowie wpadam w panikę, zwątpienie, strach, że nie dotrzymam terminu. Końcówka jest męcząca, może nie dla mnie, ale dla rodziny, bo wtedy cały tkwię w alternatywnej, książkowej rzeczywistości i nieustannie rozpatruję różne rozwiązania. Przywiązuję dużą wagę do szczegółów, więc wydzwaniam do ludzi, specjalistów z różnych dziedzin, pytając, czy coś jest możliwe, czy to tylko moja imaginacja. Ostatnio jeździłem w nocy po jednej z poznańskich ulic, chcąc się upewnić czy Terlecki rzeczywiście mógł dostrzec pewne szczegóły w śledzącym go samochodzie i zanudzałem pewną specjalistkę od papieru, biegłą sądową, jak mogą wyglądać dokumenty zakopane w ziemi w specjalnym pojemniku przez kilkadziesiąt lat. Podczas pisania jednej z wcześniejszych książek zapytałem znajomego weterynarza, czy świńskie oczy przypominają ludzkie. Dość ponure…


Na koniec chwila na autopromocję: jak zachęci Pan czytelników do sięgnięcia po „Operację Monastyr”?

To książka adresowana do osób, którym nie jest obojętne, co się wokół nas dzieje i którzy chcieliby rozumieć otaczający nas świat, chcą poczuć dreszczyk emocji, trochę zadumać nad rzeczywistością i może dostrzec to, co na co dzień im umyka. I rzecz jasna dobrze się bawić.


II część wywiadu - dodatek dla Kryminału na talerzu


Czytając opisy książek o Terleckim nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dwie pierwsze były klasycznymi kryminałami, skupionymi na tajemnicy z przeszłości, a dwie najnowsze to raczej thrillery polityczne podszyte elementami powieści sensacyjnej. Czy moje wrażenia są poprawnie i jeśli tak, to skąd taki zwrot?

To prawda, choć również w dwóch pierwszych jest trochę politycznych akcentów, ale o ile w „Sierocińcu janczarów” i „Szczurzym szlaku” są one zarysowane delikatnie, to w dwóch kolejnych powieściach stanowią rdzeń akcji. Ten zwrot wynika z samej konstrukcji akcji „Fabryki szpiegów” i „Operacji Monastyr”, gdzie przeszłość odgrywa bardzo istotną rolę. I w jakimś sensie wynika też z mojej obserwacji rzeczywistości, która jest bardzo, a może nawet niezwykle upolityczniona. Mamy do czynienia z końcem „końca historii”, w efekcie czego „kobyła historii” zmieniła się w konia wyścigowego i pędzi w nieznanym kierunku.


Jak wyglądał Pana research do książki? Czy praca wymagała wielu podróży, czy raczej oparł się Pan na internetowych poszukiwaniach?

Bardzo sobie cenię Internet, jest niezwykle pomocny i przyspiesza pracę, ale muszę „poczuć” miejsce. Pisząc „Operację Monastyr”, gdzie część akcji dzieje się w Malborku, spędziłem cały dzień w tym krzyżackim zamku, wlokąc za sobą rodzinę, choć bywałem tam wcześniej wielokrotnie i wydawało mi się, że znam ten piękny obiekt dość dobrze. Ale jednak było warto. Pisząc nową książkę spędziłem tydzień na Sycylii, bo tam dzieje się część akcji.


Czy może Pan zdradzić, o czym będzie kolejny tom o dziennikarzu Terleckim?

To też jest thriller polityczny. Praca jest już bardzo zaawansowana, muszę skończyć przed 1 marca, książka ma wyjść przed wakacjami.


To jeszcze kilka pytań ogólnych – Pana ulubiony sposób na relaks?

Sport. Dużo czasu poświęcam na tenis, gram regularnie trzy razy w tygodniu. To pierwsze miejsce. Dalej jogging, który w ostatnich miesiącach niestety zaniedbałem, pochłania mnie teraz praca nad kolejnymi przygodami Rafała Terleckiego, ale obiecuję sobie, że w marcu wrócę. Do tego rower i rzecz jasna czytanie. No, ale z reguły dobrym relaksem jest dla mnie również pisanie, zwłaszcza początek każdej książki, gdy wszystko jest jeszcze płynne i swobodne. Gorzej jest później, gdy ramy są już nakreślone i trzeba zachować dyscyplinę.


Jak wygląda Pana biblioteczka, jakich autorów, gatunków znajdziemy w niej najwięcej?

Przeważają książki historyczne i z zakresu polityki, czytam dużo biografii, wspomnień, dzienników. „Dziennik” Stefana Kisielewskiego albo „Dzienniki” Mieczysława F. Rakowskiego to dla mnie szczyt przyjemności, mogę się nimi rozkoszować na okrągło.


I ostatnie obowiązkowe pytanie na moim kulinarno-kryminalnym blogu: co najbardziej lubi Pan jeść?

Stawiam na krewetki i sushi. Dopiero po Pani pytaniu uświadomiłem sobie, że moi bohaterowie z lubością konsumują krewetki, a sushi jakoś mi umknęło. Muszę to nadrobić w kolejnej książce.


Dziękuję za poświęcony czas i życzę dalszych sukcesów w karierze pisarskiej! 

Wywiad przeprowadzony w ramach współpracy z Wydawnictwem Muza.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 14, 2025

"Śnieżna dziewczyna 2: Gra o duszę" Javier Castillo

"Śnieżna dziewczyna 2: Gra o duszę" Javier Castillo

Autor: Javier Castillo
Tytuł: Śnieżna dziewczyna 2: Gra o duszę
Cykl: dziennikarka Miren Triggs, tom 2
Tłumaczenie: Grzegorz Ostrowski
Data premiery: 05.02.2025
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 440
Gatunek: thriller / kryminał
 
Polski czytelnik w wypadku “Śnieżnej dziewczyny” musiał się trochę naczekać… Już w 2023 roku na Netflixie dostępny był dla nas pierwszy sezon serialu, który został stworzony na podstawie hiszpańskiego thrillera o takim samym tytule autorstwa Javiera Castillo. Niewielu jednak widzów w ogóle zwróciło uwagę, że pierwowzorem fabularnym historii była książka… Dopiero premiera sezonu drugiego, opartego o drugi tom serii “Gra o duszę” zmotywowała polskiego wydawcę do działania - chwilę po niej na polski rynek książki trafiły dwa pierwsze tomy serii, a fani serialu zyskali świadomość, że jednak historia gdzie indziej ma swój pierwowzór…
Sama o serialu wcześniej nie słyszałam, zatem tym razem zachowuję prawidłową kolejność - o “Śnieżnej dziewczynie” pisałam w poprzednią środę (recenzja – klik!), teraz pora na tom drugi, po czym będę mogła zasiąść do serialu!
Seria z Miren Triggs na rynku hiszpańskim od minionego roku liczy już trzy tomy, trzeci również ma zostać zekranizowany przez Netflix.
 
Historia tomu drugiego rozpoczyna się kilka miesięcy po finale “Śnieżnej dziewczyny”. Dziennikarka Miren Triggs napisała książkę o śledztwie w sprawie Kiery Templeton, która bardzo szybko wskoczyła na listy bestsellerów. Miren wpadła w szał spotkań autorskich, szybko jednak poczuła, że to nie jej świat - potrzebuje powrotu do rasowego śledczego dziennikarstwa. Przypomina jej o to koperta, którą znajduje po jednym ze spotkań z czytelnikami - w niej ktoś zostawił zdjęcie związanej dziewczyny, Giny Pebbles, która zaginęła w 2002 roku, a w poszukiwaniach której Miren brała udział. Teraz, kiedy sprawa Kiery jest rozwiązana, może to właśnie Gina zasługuje na jej uwagę?
W tym samym czasie do byłego wykładowcy Miren pisze anonimowy użytkownik na czacie - wysyła mu zdjęcie dziewczyny powieszonej na krzyżu… Okazuje się, że to fotografia wykonana na chwilę przed morderstwem - kolejnego dnia ciało tej dziewczyny zostaje odnalezione. Kto przesłała Jimowi to zdjęcie i co chciał nim przekazać? I czy to zbieg okoliczności, że ciało tej dziewczyny odnaleziono bardzo blisko miejsca, w którym ostatnio widziano Ginę Pebbles?
“(...) świat to jedno wielkie gówno. Ciągle dochodzi do jakichś nieszczęść, musimy rozważnie wybierać, na czym się skupić.”
Książka rozpisana jest na 49 kilkustronicowych rozdziałów i epilog. Każdy rozdział określony jest osobą, z perspektywy której historię opisuje (są trzy: Miren, Jim i Ben), miejscem zderzeń, datą (to dosłownie trzy dni w marcu 2011 roku), odliczaniem do punktu zero, w którym wystartowaliśmy w rozdziale pierwszym i zdaniem-sentencją. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego w rozdziałach Jima i Bena oraz w pierwszej osobie czasu przeszłego w rozdziałach Miren. Stylistycznie książka bogata jest w dialogi, autor chętnie wplata w tekst własne spostrzeżenia, swego typu złote myśli - niektóre wypadają nieco banalnie, inne są faktycznie trafne. Mimo tego tekst jest dynamiczny, dialogi sprawne, a język prosty - czasami zdania bywają dziwne sformułowane (np. “być w płomieniach” zamiast “stać…”), ale to znowu coś na tyle dyskretnego, że zauważą tylko ci czytelnicy faktycznie wrażliwi na język, w jakim książka jest pisana. Nie jest to też coś, co pojawia się nagminnie, całość czyta się w miarę płynnie.
“Świat się wali, a my oglądamy tę katastrofę w telewizji, jakby to było widowisko, które nas nie dotyczy.”
W porównaniu do tomu pierwszego, w tomie drugim autor zmienia tak naprawdę wszystko, prócz formy epilogu. Zamiast akcji rozłożonej na lata, mamy akcję rozpisaną na trzy dni, zamiast rozpaczającej rodziny, skupiamy się tylko na śledczych, a zamiast na systematycznym budowaniu napięcia - na szybkiej akcji. Dzięki perspektywie trzech bohaterów, każdego z nich możemy poznać lepiej - w tomie pierwszym tak naprawdę poznaliśmy tylko wcześniejsze losy Miren, w tym mamy już wgląd w życie Jimiego i Bena (agenta FBI), dzięki czemu możemy zrozumieć lepiej dlaczego podczas tej opowieści postępują tak, a nie inaczej. Postać Miren w tym tomie wydaje się bardziej pogubiona, jeszcze bardziej impulsywna, a przez to jak na dorosłą kobietę i poważną dziennikarkę, zdaje się zachowywać się bardzo … infantylnie. Wydaje mi się, że autor nie uchwycił głębi tej postaci, przez co jej zachowanie wydało mi się bardzo niezrozumiałe i płaskie. To jednak są moje własne odczucia, Miren podobnie jak panowie, odsłania się przed czytelnikiem ze swoim wnętrzem, nie wykluczam więc, że inni czytelnicy będą w stanie odebrać tę postać inaczej niż ja.
“To chyba wiek sprawia, że wreszcie zdajesz sobie sprawę, że nie wszyscy zasługują na to, by inwestować w nich tyle uczuć. A później dochodzisz do wniosku, że zasługują na to bardzo nieliczni.”
Intryga kryminalna tomu drugiego oparta jest o dynamizm akcji. Pojawia się motyw fanatyzmu religijnego, a także czegoś na kształt sekty, a fabuła zawiera w sobie elementy sensacyjne momentami ocierające się o nastrój z powieści grozy - jest dziwna chrześcijańska szkoła, pojawiają się przerażające cytaty z Biblii i nastolatkowie, którzy mogą być uwikłani w coś naprawdę mrocznego… Zagadka częściowo opiera się o morderstwo Allison, która zawisła na krzyżu, a częściowo o zaginięcie Giny. Akcja poprowadzona jest filmowo, miałam wrażenie, że oglądam mroczny film akcji, w którym postacie są tylko nośnikiem historii - ich zachowanie nie zawsze jest poważne, ważne, żeby dzięki temu coś się działo. Możliwe jednak, że autor w ten sposób stara się w swojej powieści zawrzeć klimat z kryminałów noir. Nie do końca jednak mu się to udało, poprzez dążenie za kolejnymi twistami, postacie straciły na wiarygodności.
“Dobrym ludziom nie zawsze przytrafiają się dobre rzeczy. Czasami padają ofiarą demonów. A demony czasami wybierają kogoś i postanawiają go zniszczyć dla czystej przyjemności.”
Warty uwagi jest na pewno obraz świata, jaki autor kreuje. To rok 2011, świat zmieniający się. W pierwszym tomie był on ciągle mocno analogowy, teraz zaczyna być wybierany przez to, co wszyscy mogą znaleźć w sieci. I tak gazety muszą zmienić sposób swojego funkcjonowania, zmieniają się priorytety - już nie liczy się dojście do sedna, prawda sama w sobie, a sensacja, coś, co przyciągnie czytelnika. Świat przez to wydaje się jeszcze mroczniejszy niż dotychczas, w końcu dostał nowe pole, w którym może szerzyć się zło… Podoba mi się to, jak autor podkreśla zmianę w mediach, jak obrazuje to, jak szybkość życia i dostępność wszystkiego wpłynęła na postrzeganie prawdy.
“(...) w dziale śledczym zajmowaliśmy się każdą sprawą miesiącami, ale tamte czasy już minęły. Musimy przyspieszyć, nawet jeśli coś pominiemy.”
Oczywiście nie zabrakło też tematu zaginięć, choć nie jest on tutaj tak priorytetowy, jak w tomie pierwszym. Ale jednak jest wystarczająco zarysowany, by czytelnik odczuł tę różnicę - dla rodzin zaginionych zaginięcie to tak naprawdę koniec świata, dla osób zajmujących się ich szukaniem - służbom porządkowym, policji, FBI, dziennikarzom - to temat jeden z wielu… Oczywiście nie umniejsza to problemowi, uświadamia jednak perspektywę.
“Nieprzerwany strumień telefonów na numery alarmowe od osób, które rozdzierająco szlochając, krzyczą, płaczą: “Proszę odnaleźć moje dziecko”, a z drugiej strony inne osoby odpowiadają: “proszę zachować spokój”.
Mam jednak wrażenie, że pozostałe tematy - dyskryminacja kobiet, nadużycia księży i zrzucanie winy na religię, to w tym momencie tematy już dosyć ograne. Oczywiście inaczej sytuacja mogła wyglądać cztery lata temu, kiedy książka była wydana w oryginale, dla polskiego czytelnika jednak obydwa problemy, a raczej sposób w jakie są przedstawiane, mogą wydać się dość szablonowe, a na pewno mocno jednostronne.
“- Wiem, że to nie moja sprawa, ale to nie jest odpowiednie miejsce ani pora dla samotnej kobiety.
- Być może byłyby, gdyby wszyscy mężczyźni w tym kraju potrafili zapinać rozporki.”
Przyznam, że emocjonalnie nie umiałam się w tom drugi wczuć, zmiana skupienia ze spokojnego budowania napięcia i poczucia tajemnicy na dynamiczną, szybką, zawartą w trzech dniach akcję w moim odczuciu nie wypadła korzystnie, straciły też na tym kreacje postaci, które przez zmianę nacisku fabularnego pozbawione zostały głębi psychologicznej, a ich emocje zostały spłaszczone do tych podstawowych. Odbiór książki jednak zależeć będzie od potrzeby odbiorcy - ci, co lubią nuty sensacyjne w powieściach kryminalnych, którzy szukają głównie rozrywki powinni być z niej zadowoleni.
“(...) twoja przeszłość nie jest moją. Że moje doświadczenia nie są twoimi i że moje lęki, zwłaszcza one, nie przypominają w niczym tych, które dręczą ciebie. Życie każdego człowieka jest czymś subiektywnym, nie do mnie należy roztrząsanie twoich spraw i twoich walk.”
“Śnieżna dziewczyna 2: gra o duszę” to historia o mrocznym potencjale, która szybkością akcji dobrze sprawdzi się w roli filmu sensacyjnego. To też coś całkowicie innego od wcześniejszego tomu serii z Miren, ewidentnie autor próbował obrać inną ścieżkę prowadzenia fabuły. Czy wyszło to na plus? Zależy to od tego, czego czytelnik w książce szuka - jeśli przede wszystkim szybkiej akcji, dobrej, mrocznej zagadki, to historia powinna usatysfakcjonować. Sama jednak jestem fanką tomu pierwszego - w tym zabrakło mi głębi psychologicznej i spokojnego budowania napięcia, które tak zachwyciły mnie w “Śnieżnej dziewczynie’. Teraz pozostaje czekać na to, co przyniesie tom trzeci… I sprawdzić ekranizację!
“(...) dziś rzadko spotyka się dobrze wychowanych ludzi. Wszyscy zrobiliśmy się nieufni, jakby nasi sąsiedzi byli mordercami.”
Moja ocena: 6,5/10
 
PS. Tomy serii bez problemów można czytać jako całkowicie od siebie niezależne lektury.
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Literackim.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 12, 2025

"Erem" Aldona Reich

"Erem" Aldona Reich

Autor: Aldona Reich
Tytuł: Erem
Cykl: Witold Darasz, tom 1
Data premiery: 10.02.2025 (wersja cyfrowa 20.01.2025)
Wydawnictwo: Labreto
Liczba stron: 288
Gatunek: kryminał / thriller
 
Aldona Reich to polonistka, redaktorka i korektorka, która od roku 2020 może się również określać jako wydawana pisarka. Debiutowała powieścią kryminalną “Bebok”, którą wydała własnym nakładem w ramach self-publishingu, a która przyjęła się tak dobrze, że autorka szybko zyskała umowę z pierwszym z kilku wydawnictw, z którym do tej pory współpracowała. Aktualnie na koncie ma jedenaście pozycji, z czego pięć zaliczana jest do kryminalnego gatunku, pozostałe sześć to książki kategoryzowane jako powieści obyczajowe. “Erem” to jej pierwszy kryminał, ale druga książka wydana we współpracy z Wydawnictwem Labreto, które charakteryzuje się tym, że przed premierą papierową, czytelnicy mają już do dyspozycji synchrobook, czyli ebook i audiobook powiązane w jeden plik, pomiędzy którym można się swobodnie przełączać. Audio czyta Modest Ruciński. “Erem” to także tom pierwszy nowej serii kryminalnej z policjantem Witoldem Daraszem.
 
Policja w całym kraju zostaje postawiona na nogi w związku z morderstwem, do którego doszło w Gliwicach. Ofiary to dwóch chłopców, synowie jednego z szemranych biznesmenów tamtych rejonów… Jasne jest, że zbrodnię popełnił zawodowy zabójca, snajper strzelający z daleka. Gdzieś się jednak musiał teraz podziać? Na posterunku w Sanoku Witold Darasz też dostaje dokumenty tej sprawy, nie do końca jednak wie, co miałby zrobić, by pomóc…
W tym czasie w małej wiosce w Bieszczadach zjawia się kobieta niedookreślonej narodowości - porusza się austriackim samochodem, posługuje też takim paszportem, choć jej nazwisko brzmi bardzo polsko. To Lara, która po drodze z jednego punktu pracy do drugiego przyjechała w te strony, by chwilę odpocząć i załatwić pewną sprawę rodzinną. Nic jednak od początku nie idzie po jej myśli - już choćby to, że z przyjemnego pensjonatu zostaje wysłana do jakiegoś obskurnego pseudo-hotelu, w którym nawet nie serwuje się posiłków dla gości (ba! jakich gości? Nikt do tej dziury nie przyjeżdża!). Tylko … dlaczego to właśnie ją obserwujemy?
 
Książka rozpisana jest na prolog i siedem dni akcji: od poniedziałku do niedzieli, a każdy dzień jest zaznaczony i podzielony na numerowane podrozdziały - te są krótkie i najczęściej ułożone naprzemiennie, akcja przeskakuje z Darasza na Larę. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy dwóch postaci, wyjątkiem jest prolog, który pisany jest w osobie drugiej - przyznam od razu, że jest oryginalny, frapujący. Styl powieści jest spokojny, skupiony na bohaterach i ich zachowaniach, jest więc sporo opisów, a dialogi prowadzone są sprawnie. Całość czyta się płynnie, bez problemów.
“Wiadomo przecież, i to nie od dziś, że dzieci są zawsze najsłabszym punktem każdego rodzica, niezależnie od jego profesji i klasy społecznej. (...). To ani pierwszy taki przypadek, ani ostatni.”
Mimo iż seria skupiać będzie się wokół postaci policjanta Darasza, to w “Eremie” jednak głównie Lara przyciąga uwagę czytelnika. Autorka kreuje ją na postać tajemniczą, o której tak naprawdę nic nie wiemy, a jej zachowanie raz budzi sympatię, raz odrzuca. Niezmienne jest jednak to, że dziwne do siebie przyciąga, czytelnik jest pełen wątpliwości co do jej celów i intencji, ale nic nie jest pewne, a podejrzenia co chwilę zmieniają kierunek… Bo kim ona jest w tej historii, że tak bacznie ją obserwujemy?
Lara przyjechała do malutkiej bieszczadzkiej miejscowości, a więc i koloryt miejsca jest tutaj wyraźny. W Bieszczady ucieka się dla spokoju, prawda? I tak częściowo tam jest - życie płynie spokojnym rytmem, miejscowi głównie siedzą w knajpce, w której leje się tani alkohol, a jedzenie jest mocno regionalne - z uwagą obserwowałam, co ląduje na talerzu Lary!
 
Za to fragmenty z Daraszem wydają się bardziej neutralne. Od początku wiemy, że za tym bohaterem ciągnie się jakieś trudne zdarzenie ze służby z przeszłości, które położyło się cieniem na jego karierze, jak i ogólnie całym życiu. Szybko można zorientować się też w tym, że Darasz nie jest spory do wchodzenia w układy, raczej trzyma się z daleka od władzy. Policja trochę żyje sprawą z Gliwic, jednak już zaraz dostają sprawę lokalną, którą muszą się zająć. I tak obserwujemy ich poczynania, które toczą się w tempie spokojnym, nie wzbudzają w czytelniku większego napięcia - przyznam szczerze, że w tych momentach czekałam aż wrócimy do narracji Lary, choć możliwe, że autorka zbudowała sobie tutaj bazę pod rozwój postaci Darasza do dalszych tomów serii. Sama do tej pory nie wiem jakie mam podejście do Darasza i jakimi on tak naprawdę wartościami się kieruje, sam koniec wyjątkowo mocno namieszał mi w jego pojmowaniu. Mam nadzieję zatem, że kolejne tomy przyniosą zrozumienie!
 
Intryga kryminalna budowana jest tempem spokojnym, ale skrupulatnie, co czytelnik mocno doceni, gdy pod koniec wszystkie elementy powieści zaczną wskakiwać na swoje właściwe miejsce. Podczas lektury oczywiście mamy swoje podejrzenia, dzięki temu czytelnik praktycznie od początku jest w rozwiązanie intrygi zaangażowany. Nie jest to może książka, od której oderwać się nie da, ale zasiewa ziarenko niepewności, które długo w czytelniku kiełkuje… tylko czy na pewno kiełkuje w stronę rozwiązania? Przyznam, że finalny twist solidnie mnie zaskoczył i bardzo się z tego cieszę - dzięki niemu na całą tę wcześniejszą spokojną, lekko leniwą historię spojrzałam inaczej.
“(...) spodziewaj się niespodziewanego.”
Wspomniałam już o miejscu, które nadaje lekturze charakter małomiasteczkowości, warto też zaznaczyć, że akcja toczy się zimą, a to nadaje jej dodatkowo aury lekko sennej, tajemniczej, mglistej. Zarówno miejsce, jak i porę roku autora wyraźnie wplotła w fabułę, nadając im znaczenia.
 
“Erem” to powieść kryminalna dla fanów akcji niespiesznych, klimatycznych, jak i niebanalnych postaci - zarówno Darasz, jak i Lara nie budzą jednoznacznych emocji, trudno jest ich ocenić i to jest właśnie w nich ciekawe! Sama intryga, podzielona na dwa miejsca akcji, dwa osobne wątki, systematycznie buduje w czytelniku delikatne napięcie, które wzrasta w scenach końcowych - te faktycznie robią wrażenie, są esencją historii tu przedstawionej, która wcześniej może się wydawać nieukierunkowana. Całościowo książka wypada dobrze, jest przemyślana i ewidentnie inna, a te cechy współcześnie sobie cenię. Czekam więc co przyniosą dalsze losy Darasza!

Moja ocena: 7/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Labreto.


Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

lutego 11, 2025

"Kluski. Teoria i praktyka" Paulina Nawrocka-Olejniczak

"Kluski. Teoria i praktyka" Paulina Nawrocka-Olejniczak


Autor: Paulina Nawrocka-Olejniczak
Tytuł: Kluski. Teoria i praktyka
Data wydania: 22.01.2025
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 256
Gatunek: książka kulinarna
 
“Kluski” to pierwsza książkowa publikacja skierowana do szerokiego grona odbiorców autorstwa Paulina Nawrockiej-Olejniczak, autorki podcastu Zabawy Jedzeniem. Dlaczego właśnie kluski stały się jej przedmiotem? To o nich pisała pracę dyplomową na studiach food studies na Uniwersytecie SWPS, po czym tekst naukowy przerobiła na ebook dla swojego grona odbiorców skupionych w sieci wokół jej podcastu. I nim zainteresowało się Wydawnictwo Marginesy - został przerobiony, przepisy i informacje dopisane, i tak powstała książka, która nie tylko dostarcza przepisów, sporej wiedzy o kluskach, ale jest też po prostu świetnie wydana.
Autorka książki poza prowadzeniem podcastu, jest dziennikarką radiową w TOK FM, swego czasu była też przewodniczką kulinarną po Krakowie. Jest osobą społeczną, która kocha karmić ludzi - a poprzez książkę może to zrobić dla całej Polski! 😊
 
Czym są kluski? To jedno z typowych dań polskich, które może być zarówno dodatkiem do zupy bądź stałych potraw, jak i daniem osobnym. Można je jeść na wszelakie sposoby - na słono, na słodko, prosto z wody, albo podsmażane. Robi się je też z różnych składników - z ziemniaków, z mąk, z jajek, z twarogu. To określenie niezwykle pojemne, bardzo możliwe, że nie ma drugiej potrawy, która mogłaby kryć w nazwie tak wiele, jak kluski! Autorka określa, że kluską nazwać można w sumie wszystko pomiędzy makaronem a pierogami… I to właśnie nam udowadnia!
“Są takie potrawy, takie dania, którym można zrobić zdjęcie kalkulatorem. Z lampą. Po południu. Na brzydkim talerzu. A i tak będą wyglądać apetycznie!
Ramen taki jest.
Beza taka jest.
Suflet czekoladowy z malinami też.
Kluski takie nie są. Po prostu.”
Publikacja złożona jest z trzech części. Pierwsza to trochę historii - wycinki ze starych słowników, z najstarszych książek kulinarnych. Dowiadujemy się skąd kluski się wzięły i jak podawano je przez wieki. To także wszystkie podstawowe informacje, jakie o kluskach może zebrać - przede wszystkim ich podział stworzony według produktu, który jest ich bazą: ziemniaki gotowane, ziemniaki surowe, mączne, drożdżowe itp. To taka wiedza o kluskach w pigułce.
 
Część druga to kluski w praktyce, czyli krótki poradnik - co jest potrzebne do robienia klusek, jakie produkty wybrać i co zrobić, kiedy ciasto się nie klei. Bardzo przydatna wiedza, gdy nie robi się klusek na co dzień, a i pewnie ci już z tematem obeznani, znajdą cenne rady dla siebie.
 
Część trzecia zajmuje najwięcej miejsca, to ponad 150 stron przeróżnych przepisów. Autorka podzieliła je na cztery działy: kluski znane, regionalne, zapomniane i współczesne wariacje na ich temat. Każdy przepis posiada informację na ile jest porcji, czy jest wegański, bez laktozy, bez glutenu, jak i wskazanie na podstawie jakiego przepisu został wykonany, jeśli nie jest to typowo autorski przepis Pauliny Nowrockiej-Olejniczak. Przepisy są bardzo jasne, bardzo proste, ale też nic dziwnego, kluski to przecież kilka składników i nieskomplikowane przygotowania. Składniki są jasno określone, przepis podany punkt po punkcie, a na jego końcu bardzo często znajdują się uwagi, w których znajdziemy propozycje podania, historię danych klusek czy anegdotkę autorki z nimi związaną. Dodatkowo przy popularnych kluskach są wskazane nazwy, pod którymi one występują.
“Kartacze to duma Podlasia i danie, którego bałam się najbardziej. Gdy pokonałam lęki i je wreszcie zrobiłam (i wyszły!), uwierzyłam, że kluski to nie fizyka kwantowa, tylko znajomość procesów, dobre ziemniaki i cierpliwość. Bez kartaczy nie byłoby tej książki!”
Wydanie książki jest bardzo przyjemne. Cała publikacja utrzymana jest w kolorystyce różu, granatu i ciepłej żółci. Twarda okładka ozdobiona jest złoceniami, w książce poza zdjęciami przygotowanych klusek znajdują się też zabawne grafiki, stylizowane czcionki, jak i malutkie detale, które sprawiają, że książka robi się po prostu urocza - jak na przykład numery stron otoczone różowym szlaczkiem. Wydanie doskonale pasuje do istoty klusek - jest retro, ale w stylu nowoczesnym.
 

Bardzo podoba mi się to, co autorka robi z kluskami - nie traktuje ich, jako potrawy nieatrakcyjnej, bo wywodzącej się z kuchni biednej, chłopskiej. Wręcz odwrotnie - widzi w nich ogromny potencjał na miarę makaronu i to w swojej publikacji chce pokazać. Kluska to materiał tak plastyczny, że można zrobić z niego wiele, więc dlaczego nie miałby gościć we współczesnej kuchni na stałe? To doskonałe danie zarówno w kuchni mięsnej, jak i tej całkowicie wegańskiej! Poprzez pokazanie jak wiele odmian może mieć kluska, jak różne można ją w posiłkach zastosować, autorka otwiera nam oczy na nowe kulinarne doznania - ja na pewno po lekturze tej publikacji nieco urozmaicę swoje codzienne menu!
“Kluski kojarzą się z kuchnią domową, ale jednocześnie - jako materia niezwykle plastyczna mogą stanowić podstawę dań prezentujących klasyczną kuchnię polską w nowym wydaniu. Polskie kluski, jako potrawy tanie, proste i wywodzące się z kuchni chłopskiej, mają moim zdaniem ogromny potencjał, by jak pizza czy makarony zawojować świat, również świat wegański. To właśnie regionalne kluski, bardzo często jarskie, bo z kapustą, soczewicą czy grzybami, stanowią łącznik między tradycyjnie pojmowaną kuchnią polską a współczesną kuchnią wegańską.”
“Kluski. Teoria i praktyka” to publikacja dla tych, co kochają jedzenie, tych, którzy chcą w kuchni tworzyć coś świadomie - dzięki jej pierwszym dwóm częściom czytelnik dowiaduje się naprawdę dużo, ma świadomość jak dużo historii znajduje się w tak pozornie zwykłym daniu, jakim jest kluska. Dzięki przeróżnym, bogatym, ale podanym w bardzo prosty sposób przepisom autorka podsuwa pomysły na eksperymenty w kuchni, a zarazem podkreśla prostotę - najczęściej do podania sugeruje po prostu masło czy sosy. Myślę, że każdy miłośnik jedzenia znajdzie tu trochę przepisów i inspiracji dla siebie, a i na pewno doceni urocze wydanie tej publikacji. Sama bardzo się cieszę, że ten tytuł zagościł na mojej półce i już tworzę listę kolejności testowania przepisów!
 
Moja ocena: 8/10
 
PS. Lepiej nie czytać na głodniaka! Chyba, że jest się gotowym od razu gnać do kuchni i gotować kluski 😉
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!