maja 18, 2020

"Ktoś tu kłamie" Jenny Blackhurst

"Ktoś tu kłamie" Jenny Blackhurst

Autor: Jenny Blackhurst
Tytuł: Ktoś tu kłamie
Tłumaczenie: Maria Gębicka - Frąc
Data premiery: 06.05.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller

Jenny Blackhurst to jedna z moich ulubionych brytyjskich pisarek lekkich thrillerów psychologicznych. Na swoim koncie ma już 5 powieści. Debiutowała w 2014 roku książką „Tak cię straciłam”, a o premierze z roku poprzedniego pt. ‘Noc, kiedy marła” możecie poczytać tu – klik! „Ktoś tu kłamie” to jej najnowszy thriller, który określiłabym jako coś pomiędzy „Wielkimi kłamstewkami” Moriarty oraz serialem „Gotowe na wszystko”.

Akcja powieści toczy się na bogatym, małym, zamkniętym osiedlu w Cheshire. Rok temu podczas sąsiedzkiej imprezy halloweenowej zmarła w skutek nieszczęśliwego wypadku jedna z mieszkanek – Erica Spencer. Sprawę szybko zamknięto, jednak sąsiedztwo o tym nie zapomniało… Niecały rok później podczas szkolnego pikniku ktoś na facebookowym profilu szkoły zamieszcza post sugerujący, że Erica została zamordowana, a on chce zdemaskować sprawcę. Ogłasza też podcast, w którym w każdym z odcinków będzie odkrywał kolejne tajemnice podejrzanych o to osób. To wąskie grono, 6 najbliższych sąsiadów… Kto kryje się za tym postem? Czy faktycznie coś wie? Co stało się tamtej nocy rok temu? Sytuacja zagęszcza się, gdy najbliższa przyjaciółka zmarłej znika w podejrzanych okolicznościach…

Książka składa się z prologu i epilogu opowiedzianych z perspektywy Erici oraz z 80 bardzo krótkich rozdziałów poprzetykanych treścią podcastu. Narracja w rozdziałach przedstawiona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z punktu widzenia każdego z podejrzanych. Styl powieści jest lekki, książkę czyta się szybko i przyjemnie, nie trzeba się wysilać. Jedynie warto szybko przyswoić sobie imiona głównych bohaterów, by się ze sobą nie mieszały się.
„Tak wielu winnych twarzy można spotkać w Seven Oaks, w miejscu, gdzie ziszczają się marzenia i gdzie życie jest bezpieczne. Ale czy jedna z nich jest twarzą mordercy? A jeśli tak, to która?”
Książka od samego początku na zamknięte grono bohaterów. Mamy tu, prócz najbliższej przyjaciółki Erici, młodą mamę bliźniaczek, singielkę prowadzącą własną firmę. Jest znane małżeństwo – Marcus to trener personalny, jego żona Karla to perfekcyjna pani domu. Jest jeszcze mąż zaginionej – Peter, oraz Miranda i Alex – on nieziemsko przystojny, mimo to ciągle w pracy, ona matka dwójki dzieci, która chce uchodzić za perfekcyjną organizatorkę. Jest też mąż Erici z dwójką dzieci oraz oczywiście tajemniczy człowiek prowadzący podcast. Całe te towarzystwo mieszka w bliskiej odległości od siebie, wręcz widzą się z okien własnych domów. Wszyscy kreują się na przyjaciół, spędzają razem czas, ale czy naprawdę są sobie bliscy? Czego nie wiedzą o swoich sąsiadach? Jakie tajemnice skrywają?
To dosyć znany temat – jak dobrze znasz swoich sąsiadów, co kryje się za ścianami ich domów. Historia jest jednak całkiem ciekawie przedstawiona, powoli na jaw wychodzą różne dziwne sekrety, brudy rodzinne. Co stanie się, gdy już nic nie będzie tajemnicą? Czy ci tak zwani przyjaciele będą w stanie dalej żyć obok siebie?

Warto tu też zwrócić uwagę na przedstawienie charakterów postaci – każdy z nich jest inny, odróżnia się na tle pozostałych, myślę, że każdy czytelnik polubi kogoś innego. Niemniej jednak z biegiem lektury autorka odkrywa prawdziwe motywacje i cechy charakterów postaci, przez co ostatecznie każdy z nich może być lepiej zrozumiany niż wydawałoby się na początku. Aż chciałoby się powiedzieć „nie oceniaj książki po okładce” 😉

Ciekawe też było tutaj przedstawienie zamkniętego osiedla jako tego pewnika dającego bezpieczeństwo. Jednak kolejne odkrywanie sekretów, każdy kolejny odcinek podcastu burzy te poczucie u bohaterów, udowadnia, że nawet pod osłoną kamer, na własnym podwórku nic się nie ukryje. Chociaż z drugiej strony w tak bliskiej społeczności chyba niemożliwym byłoby, gdyby żadna z tajemnic w końcu nie wyszła na jaw. Zawsze jest ktoś kto patrzy lub słucha… Ostatecznie jednak mimo wszystko ta dziwna przyjaźń pomiędzy sąsiadami zwycięża, ta wąska grupa osób jest dla siebie wsparciem, stoi za sobą murem gdy jest to potrzebne. Wśród tych tajemnic, kłamstw i niejasności, to bardzo miły, pozytywny akcent.

Na koniec jeszcze wspomnę o wątku z policją – mamy tu też wgląd w śledztwo policyjne – jeden z detektywów badał rok temu sprawę Erici i od początku coś tam się znowu z nią nie zgadza. Drugi to świeżak, który wytrwale dąży do odkrycia prawdy. Mimo że wątek ten nie jest specjalnie rozbudowany, to jest przedstawiony bardzo ciekawie – tu też mocną stroną są na pewno charaktery i sposób przedstawienia postaci.

Ogólnie „Ktoś tu kłamie” to przyjemny, lekki thriller, na jeden – dwa wieczory. Akcja jest ciekawa, ciężka do przewidzenia, historia zaskakuje. Bohaterowie są przedstawienie interesująco, są zdecydowanie bardzo mocną stroną tej historii. Nie wiem czy można się tu pokusić o jakieś przesłanie płynące z książki, niemniej jednak to na pewno dobry relaks. Dostałam to co chciałam i oczywiście będę wypatrywać kolejnej książki tej pisarki.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 15, 2020

"Totalna magia" Alice Hoffman

"Totalna magia" Alice Hoffman

Autor: Alice Hoffman
Tytuł: Totalna magia
Cykl: Practical magic, tom 2
Tłumaczenie: Danuta Górska
Data premiery: 29.01.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura obyczajowa / romans

Alice Hoffman to amerykańska pisarka, która debiutowała w roku 1977. Pisze książki lekkie, kobiece, często ze szczyptą magii. W ten rodzaj wpisuje się jej jedna z najgłośniejszych powieści pt. „Totalna magia”, która swoją oryginalną premierę miała w 1995 roku, a w Polsce pojawiła się dopiero teraz, 25 lat później. Trochę ten fakt dziwi, gdyż w 1998 roku do kin trafiła ekranizacja powieści, która została ciepło przyjęta i do tej pory ma swoim zwolenników. Jednak to nie film, a nowo powstały prequel powieści pt. „Zasady magii”, o których pisałam Wam kilka dni temu (recenzja – klik!) był pretekstem, by w końcu i na naszym polskim rynku pojawiła się „Totalna magia”. Za wydanie tego cyklu odpowiada niezastąpiony Albatros, którego obydwie okładki zachwycają – są piękne, błyszczące, brokatowe. „Zasady magii” w środku też były trochę takie błyszczące, ale czy i „Totalna magia” jest tak urocza jak jej okładka?

Historia zawarta w tej powieści opowiada o dwóch siostrach Owens – Sally i Gillian, które w dzieciństwie straciły rodziców i zamieszkały ze swoimi ciotkami w domku przy ulicy Magnolii w Massachusetts. Dorastały w domu pełnym magii, gdzie nic nie trzeba i nie ma żadnych obowiązków. Sally szybko stała się najbardziej obowiązkową osobą z całej żyjącej rodziny – dbała o dom, posiłki, naukę. Gillian z kolei wyrosła na lekkoducha i uciekła z miasta z jedną z wielu swoich miłości. Przez wiele, wiele lat dziewczyny się ze sobą nie widziały, jednak w końcu nadszedł czas, by ich los ponownie się połączył. Pewnej nocy Gillian staje na progu domu dorosłej Sally, która już wie, że razem z siostrą przyjechały kłopoty większe niż zazwyczaj…  Jednak Sally ma teraz swoje własne życie i dwie nastoletnie córki, za które jest odpowiedzialna. Czy będzie w stanie pomóc siostrze? Czy decyzje podjęte tej nocy pociągną za sobą straszne konsekwencje? Jak potoczą się ich dalsze losy?
„W końcu kłopoty są całkiem jak miłość; przychodzą niezapowiedziane i przejmują władzę, zanim zdążysz się opamiętać czy w ogóle pomyśleć.”
Książka składa się z kilku tytułowanych rozdziałów. Narracja w pierwszym z nich prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, później czas zmienia się na teraźniejszy. Styl powieści jest ciut lepszy niż w „Zasadach magii”, chociaż te zmiany czasu, w których historia jest opisana, trochę wybijały mnie z rytmu. Na szczęście nie ma tu tak wielu powtórzeń jak w poprzedniej historii.

Nie ma również tej mgiełki magii, która w „Zasadach…” tak mi się podobała, stworzyła klimat powieści. „Totalna magia” jest mroczniejsza, chwilami nawet niepokojącą. Opowiada o kilku trudnych tematach takich jak przemoc fizyczna w rodzinie, źle ulokowane uczucie czy wykorzystywanie młodych dziewczyn. Prócz dorosłych już sióstr ważną rolę w powieści pełną też córki Sally – 16letnia Antonia oraz 13letnia Kayle. Obydwie są nastolatkami, obydwie mocno się zmieniają na kartach książki. Rozumiem, że autorka chciała ukazać dojrzewanie dziewczynek, zmianę z dziecka w kobietę, ale za obraz tych zmian obrała 13letnią Kayle. Muszę przyznać, że kłuło mnie to mocno w oczy, częste powtarzanie, że w wieku 13 lat dziewczynka jest już kobietą, epatuje seksualnością i jest pożądana przez wszystkich mężczyzn w okolicy. Trochę to było dla mnie niesmaczne, teraz może faktycznie 13latki wyglądają jak 16latki, ale 25 lat temu chyba tak nie było? Jakoś kompletnie mi ta 13stka nie pasowała w tym co autorka chciała przedstawić. Szkoda, że na swój obiekt przemiany Hoffman nie wybrała starszej Antoni.

Jak pisałam, historia porusza sporo trudnych tematów, na które w swoich życiu mogą natknąć się kobiety – Gillian była bita przez partnera, Kayle ledwo uniknęła gwałtu. To sprawy, o których trzeba mówić głośno, jednak tutaj znowu wydały mi się przedstawione za łatwo i banalnie, w ogóle nie miały głębi, uzasadnienia czy jakiegoś podłoża prawdopodobieństwa. Nie wiem, może w tych kobiecych lekkich lekturach przedstawia się wszystko tak banalnie i jednostronnie, jednak mnie to kompletnie nie usatysfakcjonowało.

Tak jak w „Zasadach magii”, tak i tu miłość jest tym tematem najważniejszym. Każda z bohaterek chce być kochaną i docenianą, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. Mamy Sally, która wiele w przeszłości się nacierpiała, teraz skupia się tylko i wyłącznie na córkach. Jest też Gillian, która przez całe swoje życie podejmowała złe miłosne decyzje. Są też Antonia i Kayle’a, które dopiero mają zacząć odkrywać pierwsze zauroczenia i miłości. Czy dla każdej z nich los szykuje odpowiedniego mężczyznę? Czy siostry w końcu osiągną szczęście?

Prócz pragnienia bycia kochaną i szczęśliwą, znajdziemy tutaj też wiarę w moc krwi. W razie kłopotów bohaterki zwracają się do rodziny, to właśnie na nią mogą liczyć. Rodzina zawsze pomoże, znajdzie wyjście z kłopotów i naprowadzi na właściwą ścieżkę. Nie osądza, mimo iż mogłoby się wydawać inaczej. To węzy krwi są tu najważniejsze. I nawet gdy wydaje się, że więcej z powiązaniami rodzinnymi jest kłopotów niż pożytku ostatecznie wszystko dobrze się układa.
„To tylko świadczy o tym, że nigdy nie można polegać na domysłach - informuje siostrzenicę ciotka Frances. – Po to wymyślono język. Inaczej bylibyśmy jak psy obwąchujące się nawzajem, żeby sprawdzić, na czym stoimy.”
Podsumowując, mimo że w „Totalnej magii” można dopatrywać się wątku kryminalnego i mroczniejszego klimatu, to jednak ich prequel „Zasady magii” podobały mi się bardziej. Tu zabrakło mi magicznej mgiełki, jakiejś jednej spójnej niosącej przesłanie historii i zarysu historycznego. Doceniam, że autorka poprzez lekką lekturę chciała poruszyć trudne tematy przemocy w rodzinie, problemy dojrzewania i przemiany w kobietę, jednak dla mnie to było wszystko za płytkie. Mogę jednak napisać, że podobało mi się ostateczne rozwiązanie problemu i, chyba nie zdradzę żadnej tajemnicy, jak napiszę, że również happy end. Niemniej jednak historia mnie nie urzekła, może osoby zaczytujące się w romantycznych, prostych historiach mogłyby być bardziej usatysfakcjonowane niż ja.

Moja ocena; 5,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 13, 2020

"Zasady magii" Alice Hoffman

"Zasady magii" Alice Hoffman

Autor: Alice Hoffman
Tytuł: Zasady magii
Cykl: Practical magic, tom 1
Tłumaczenie: Danuta Górska
Data premiery: 16.10.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura obyczajowa / fantastyka / romans

Podejrzewam, że wszyscy ze starszego pokolenia znają film „Totalna magia” z Nicole Kidman i Sandrą Bullock z 1998 roku. Nie wszyscy jednak wiedzą, że jest to ekranizacja książki Alice Hoffman o tym samym tytule wydanej w 1995 roku. Teraz, 22 lata później, autorka zdecydowała się napisać prequel historii. To opowieść o ciotkach Gillian i Sally, które przygarnęły je w dzieciństwie. Nie dotarłam niestety do informacji, dlaczego autorka po tylu latach zdecydowała się na powrót do tej historii, a bardzo mnie to ciekawi.
Alice Hoffman to, powtarzając za notką zamieszczoną na pierwszej stronie książki, jedna z najbardziej lubianych amerykańskich pisarek. Na swoim koncie ma już trzydzieści tytułów (w Polsce ukazało się kilka z nich), które przetłumaczone zostały na ponad 20 języków i doczekały się ponad stu zagranicznych wydań. Autorka pisze również książki dla młodzieży, a na podstawie omawianych „Zasad magii” ma powstać serial dla platformy HBO.

„Zasady magii” opowiadają historię rodzeństwa Owensów wychowanych z dala od magicznego domu w Massachusetts przy ulicy Magnolii. Ich matka Susanna odcięła się od swojego dziedzictwa i razem z mężem, psychiatrą zdecydowali się na założenie rodziny w Nowym Jorku. Frany, Jet i Vincent jednak od samego początku wiedzą, że są inni niż pozostałe dzieci. Powoli odkrywają w sobie magiczne moce, a gdy wkraczając powoli w dorosłość dostają zaproszenie na spędzenie lata przy ulicy Magnolii, mają nadzieję na zapoznanie się ze historią swojej rodziny oraz wyjaśnienie o co w tym wszystkim chodzi. Szybko dowiadują się, że od dawien dawna nad rodziną Owensów ciąży klątwa – prawdziwa miłość jest u nich zakazana, ten, w którym Owensówny się zakochają, umrze. Czy to prawda? Niestety szybko przekonają się, że tak. Czy uda się uniknąć działania klątwy, jakoś ją obejść? A może czy możliwe jest w ogóle życie bez miłości?
„Nie wzywajcie ciemności, kiedy nie jesteście przygotowani na konsekwencje.”
Książka składa się z sześciu części: Intuicja, Alchemia, Zaklęcie, Elemental, Grawitacja, Remedium – każda z nich opowiada o pewnej części życia rodzeństwa. Podzielone są na nienumerowane podrozdziały, więc książkę czyta się wygodnie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje wydarzenia z boku. Styl powieści to niestety największy minus jaki mam do zarzucenia tej książce – jest bardzo nierówna, raz czyta się ją z zainteresowaniem, raz trochę męczy. W tym męczących fragmentach jest dużo powtórzeń, zarówno tych samych wyrazów w zdaniu, jak i przypomnień o wcześniejszych zdarzeniach, zdecydowanie za częstych i za szczegółowych. Ogólnie też miałam wrażenie, że czasami zdania są trochę złożone nieporadnie, kulowe stylistycznie. I tu znowu wychodzi kwestia pracy tłumacza – nie wiem na jak dużą ingerencję w tekst tłumacze mogą sobie pozwolić, więc ciężko jest mi określić czy to wina tłumaczenia czy oryginału.
„… Frany doszła do wniosku, że magia niewiele się różni od nauki. Obie szukały sensu tam, gdzie go nie było, światła w ciemności, odpowiedzi na pytania zbyt trudne, żeby śmiertelnicy mogli je zrozumieć.”
Co do samej historii to jest całkiem przyjemna. Zgrabnie łączy magię z opowieścią o dojrzewaniu, miłości, poszukiwaniu szczęścia, poczuciu obowiązku i odczuciu inności, wyalienowania. Każdy z trójki rodzeństwa od początku czuje się inny, wie, że ma moce, których nie mają zwyczajni ludzie. I tak Vincent oczarowuje każdą napotkaną istotę, a siostry wzbudzają zachwyt swoją urodą. Ciężko im odpędzić się od adoratorów, jednak mając wiedzę, iż może im przez to grozić niebezpieczeństwo. Każdy z nich jednak chce żyć normalnie, założyć rodzinę, mieć swoje miejsce na świecie. Każdy z nich ma uczucia, cierpi tak jak inni, a nawet mocniej, mając świadomość ciążącej nad nimi klątwy. Poprzez historię o magii autorka sprytnie opowiada o tym, że każdy człowiek potrzebuje kogoś bliskiego, partnera, uczucia bycia kochanym i jest w stanie dla tej emocji poświęcić wszystko.
„ – Jestem skazana, żeby stracić wszystkich, których kocham – oświadczyła April. – Już o tym wiem. - Oczywiście – potwierdziła Jet spokojnym, wyważonym tonem. – Na tym polega życie.”
Widać też, że prócz warstwy uczuciowej, autorka poświęciła sporo czasu na research odnośnie magii, czarów i wierzeń w moce, jaki powinny posiadać czarownice. Mamy tutaj czarne koty, chowańce, żuczki, kruki. Każdy, w którym płynie krew Owensów, unosi się na wodzie, nie jest w stanie utonąć. Co ciekawsze, wiele tutaj ziołolecznictwa – przy domku przy ulicy Magnolii ciotka rodzeństwa ma duży ogród, w którym znajdują się wszystkie potrzebne rośliny jak szałwia, lawenda, rozmaryn itp. Dla osób zainteresowanych działaniem ziół na pewno będzie to interesujący dodatek.
„Nie była stworzona do takich rzeczy. Pragnęła latać, pragnęła wolności i wolałaby żyć wśród ptaków, rozbić namiot w Central Parku i nie mieć nic wspólnego z rodzajem ludzkim.”
Warto jeszcze wspomnieć, że cała ta opowieść toczy się osadzona w prawdziwej historii Ameryki. Natkniemy się tu np. na wyprawę na księżyc, wojnę w Wietnamie oraz walkę o prawa homoseksualistów. Nie ma tego tutaj może wiele, od czasu do czasu jednak znajdziemy jakiś fakt, który zakorzenia historię w prawdziwym świecie. Możliwe też, że dla mieszkańców Nowego Jorku książka jest jeszcze bardziej prawdopodobna – wiele jest tu wspomnianych ulic i budynków, które istnieją naprawdę.
„… na wszystko są zasady. Po pierwsze, nie rób krzywdy. Musisz o tym pamiętać.”
Podsumowując, „Zasady magii” to lekka, przyjemna historia, opowiadająca o dosyć uniwersalnych zagadnieniach osnutych mgiełką magii. Spodoba się osobom, które chcą się oderwać od rzeczywistości, przenieść na chwilę w świat, gdzie możliwe jest więcej, jednak ze świadomością, że wszystko ma swoje konsekwencje. To również historia miłosna, o ogromnej sile tego uczucia. Żałuję tylko, że styl powieści nie był lepszy, momentami naprawdę mocno kłuł mnie w oczy, przez co przez historię nie byłam w stanie przejść płynnie.  Ja jednak zawsze zwracam dużą uwagę na warstwę językową, ale myślę, że dla tych, dla których nie jest to tak ważne, książka powinna się bardziej podobać.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 11, 2020

"Zatruty ogród" Alex Marwood

"Zatruty ogród" Alex Marwood

Autor: Alex Marwood
Tytuł: Zatruty ogród
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 384
Gatunek: thriller psychologiczny

Alex Marwood to pseudonim literacki Sereny Mackesy, brytyjskiej pisarki, która debiutowała w roku 1999 powieścią „The Temp” zaliczaną (według autorki błędnie) do ‘chick lit’ (lekkie, pozytywne romantyczne historie). Pod swoim prawdziwym nazwiskiem wydała jeszcze trzy inne powieści, jednak by uciec od skojarzenia z tym gatunkiem, w 2012 roku narodziła się Alex Marwood. Alex pisze powieści mroczniejsze, skupiające się na trudnych zakątkach ludzkiej psychiki. Zbiera też za nie dużo ciekawych nagród m.in. za powieść „Dziewczyny, które zabiły Chloe” zdobyła Nagrodę Literacką Edgara Allana Poe. Aktualnie jest w trakcie pracy nad serialem na podstawie jej przedostatniej książki pt. „Najmroczniejszy sekret”. Jej najnowsza powieść pt. „Zatruty ogród” jest efektem jej fascynacji sposobami funkcjonowania sekt – jak autorka przyznała w jednym z wywiadów, gdy doszło do masowego samobójstwa kultu Jima Jonesa miała 15 lat, więc ta głośna zbrodnia wpisała się w nią na zawsze. Od tego czasu zastanawia ją manipulacja ludzką psychiką i to, jak wiele ludzi poszukuje schronienia w tego typu organizacjach. Ostatnimi laty coraz mocniej autorka odczuwała potrzebę napisania tego typu powieści – zaczęła dostrzegać w wielu kręgach społeczeństwa coraz więcej sposobów myślenia charakterystycznych dla kultów i sekt. To jest jej najpoważniejsza powieść, do której przelała wiele swoich prywatnych obaw.
„Dla nich liczy się tylko przetrwanie. Kiedy nadejdzie koniec, to w ich rękach spocznie przyszłość rasy ludzkiej. Nie ma nic ważniejszego.”
Wrzesień 2016. Na odosobnionej farmie w Walii znalezionych zostaje ponad sto pięćdziesiąt ciał osób należących do sekty Arka. Przyczyna śmierci – zatrucie. Policja szybko stwierdza masowe samobójstwo – historia tragiczna, ale przecież do takich aktów dochodziło też już wcześniej. Ocalało niewielu, w przeważającej liczbie dzieci, w tym Eden i Ilo. Jedyną osobą dorosłą, która ocalała jest Romy, przyrodnia siostra dwójki nastolatków. Romy trafia najpierw do szpitala psychiatrycznego, później do ośrodka przejściowego, aż w końcu otrzymuje własne mieszkanie. Wreszcie. Bo Romy ma sekret, którego dłużej niż nie mogłaby w takim miejscu utrzymywać…
Eden i Ilo trafiają pod opiekę Sary. To ich ciotka, która dopiero po masowym samobójstwie dowiedziała się o ich istnieniu. Kobieta sama nie do końca potrafi poradzić sobie z własnym życiem, jednak poczucie obowiązku w niej zwycięża i przygarnia dzieciaki – czy poradzi sobie z dwójką, która nigdy nie żyła w prawdziwym współczesnym świecie?

Książka podzielona jest na prolog, 56 krótkich rozdziałów i epilog. Akcja złożona jest z dwóch, przeplatających się z sobą planów czasowych – toczy się teraz, pod koniec 2016 po tragedii – te rozdziały nazwane są „wśród Martwych”, oraz od 2001 do 2016 w Arce – to rozdziały „przed końcem”. Rozdziały toczące się teraz przedstawione są z punktu widzenia Sary i Romy w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, rozdziały ‘przed końcem’ z punktu widzenia Romy w pierwszej osobie tego samego czasu. Styl powieści jest lekki, książkę czyta się szybko, wciąga.
„Ogród jest jak społeczeństwo – mawia Ojciec. – Niewyrwany chwasty zduszą pożyteczne rośliny i ukradną im substancje potrzebne do życia. Musimy być czujni. Złe myśli, złe pomysły i źli ludzie, wszystko to zagraża naszemu przetrwaniu.”
Jak wspomniałam, historię poznajemy z punktu widzenia dwóch postaci kobiecych. Jest Romy, której przeżycia związane z sektą odkrywamy wraz z biegiem lektury. To młoda, dwudziestojednoletnia kobieta, która z jakiegoś powodu przeżyła. Do sekty trafiła jako pięciolatka, więc życie w prawdziwym świecie to dla niej coś całkowicie nieznanego. Romy uczy się zachowywać tak by nie wzbudzać ciągłych zdziwień, chociaż sama nadal wierzy w to, co wyznawała cała sekta… Dlaczego Romy przeżyła? I co ukrywa?
Z kolei Sara pozornie jest zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się ze społeczeństwa kobietą. Dwa lata temu rozwiodła się z mężem i wróciła do domu rodzinnego, który nie zbudza w niej wcale ciepłych wspomnień. Jej rodzice należeli do dosyć radykalnego Kościoła, założonego przez jej przodków – żyli w dziwnych warunkach, bez specjalnych wygód, uciech i przyjemności. Takie wychowanie naznaczyło Sarę na całe życie, ona sama ma problemy z okazywaniem uczuć. Teraz pracuje w szkolnej administracji i po prostu egzystuje, dopóki nie pojawiają się w jej życiu Ilo i Eden. Kobieta stara się zapewnić im normalne życie, chce by nauczyli się żyć w społeczeństwie i byli szczęśliwi.

Co do fabuły, to akcja toczy się dosyć powoli. Nie ma tu typowego dla thrillera dreszczyku emocji – jest po prostu dobra, wciągająca historia opowiadająca o życiu w sekcie oraz teoretycznym powrocie do normalności. Te rozdziały opowiadające o życiu w sekcie były ciekawie przedstawione – z punktu widzenia Romy, która wierzy w zasady Arki, więc były one opisane dosyć neutralnie, a nawet pozytywnie. Nie ma tu bezpośrednich zarzutów, chociaż ostatecznie podstawa funkcjonowania tej sekty zostaje zdemaskowana.
Bardziej przerażające są rozdziały dotyczące aktualnych wydarzeń. Romy coś knuje, ma jakiś cel, w końcu ciągle wierzy w to co w Arce, coś chce zrobić, jednak czytelnik długo nie wie co. Raczej nic dobrego. Z drugiej strony mamy dwójkę nastolatków, 15letnią Eden i 13letniego Ilo, którzy nagle trafiają do normalnej szkoły i powinny żyć jak zwykłe dzieciaki. Ten dysonans tego co dla nich jest normalne, a co faktycznie przystoi w naszym społeczeństwie jest ogromny – i czytelnik powoli tego doznaje. To przerażające jak duży wpływ na zachowanie człowieka na wychowanie i jak ciężko później cokolwiek zmienić.

Sekty i kulty to tematy, o których można pisać wielkie prace naukowe. Mają jakieś założenie, które można uznać za prawdopodobne – tu: koniec świata jaki znamy, zagładę ludzkości – i wokół tego budują całą skomplikowaną religię. Przeważnie całość toczy się to wokół jednego człowieka, który jest wielkim przywódcą, któremu oddawana jest cześć. Niestety to nie bajki, a sam fakt, jak łatwo można zmanipulować człowiekiem, który trafił na słaby moment w swoim życiu, nie widzi celu czy przyszłości, jest przerażający. Sporo tu też tematów zahaczających o pojęcie władzy, siły i nierównego podziału ról.
„Nie przemówisz im do rozumu. Próbując, jeszcze bardziej utwierdzasz ich w przekonaniu, że mają rację. Dysonans poznawczy wzmacnia lojalność – nigdy jej nie osłabia.”
Nie chcę pisać za dużo, myślę, że każdy czytelnik będzie miał po tej lekturze własne przemyślenia. To ciekawa i dobra historia, dosyć przerażająca w końcowym wydźwięku. Nie nastawiajcie się na typowy thriller, a będziecie zadowoleni 😊

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 09, 2020

"Pokój motyli" Lucinda Riley

"Pokój motyli" Lucinda Riley

Autor: Lucinda Riley
Tytuł: Pokój motyli
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska
Data premiery: 13.11.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 528
Gatunek: powieść obyczajowa

Po literaturę obyczajową sięgam niezmiernie rzadko, prawie wcale. Wyjątkiem od tej reguły jest twórczość Lucindy Riley, brytyjskiej pisarki irlandzkiego pochodzenia, która oczarowała mnie swoją serią „Siedem Sióstr” (o ostatniej premierze pt. „Siostra Słońca” pisałam tu – klik!). Na każdy jej kolejny tom trzeba jednak czekać aż rok, więc pomiędzy nimi oczekiwanie umilają mi jej osobne powieści – część została napisana jeszcze przed pomysłem na serię, część pomiędzy jako przerywnik dla tamtych tematów. Do tej drugiej kategorii zalicza się właśnie omawiany „Pokój motyli”. Jak sama autorka przyznaje w pytaniach i odpowiedziach zamieszczonych na końcu powieści zarys tej książki miała gotowy już ponad 10 lat temu. W 2018 roku, po skończeniu piątego tomu serii pt. „Siostra Księżyca” szukała jakiegoś lekkiego projektu na lato. Wtedy przypomniała sobie właśnie o tym rękopisie, który wtedy nosił jeszcze tytuł „Rusałka admirał”. Jednak w miarę poprawiania, całość powieści uległa dużym zmianom, sama Lucinda przyznaje, że widzi jak bardzo dojrzała jako pisarka. I to w tej powieści zdecydowanie widać.

Historia „Pokoju motyli” skupia się losach Posy Montague, angielskiej arystokratki oraz całej jej rodzinie. Dziewczynę poznajemy w 1943 roku, kiedy w wieku siedmiu lat wiedzie dosyć idylliczne dzieciństwo w pięknym rodzinnym dworku na angielskiej wsi Suffolk. Czas beztroski, który spędzała ze swoim ojcem botanikiem na łapaniu motyli jednak szybko się kończy – ojciec musi wracać na wojnę. Czy uda mu się wrócić do domu? Jak będzie wyglądało dalsze życie Posy?
Ponad 60 lat później Posy samotnie zamieszkuje Dom Admirała, jej dom dzieciństwa. Stworzyła w posiadłości cudowny ogród, który pozwala jej zapomnieć o troskach życia. Ma dwójkę dorosłych synów, jest babcią. Niespodziewanie na jej drodze pojawia się też ktoś, kto bardzo dawno był całym jej światem… Dlaczego wtedy zniknął? I czy jego powrót cokolwiek może teraz zmienić?
„No cóż, przez te blisko siedemdziesiąt lat życia Posy nauczyła się jednego: ludzie to bardzo dziwny gatunek. Nigdy nie przestawali jej zaskakiwać.”
Książka składa się z 42 rozdziałów toczących się w czasach współczesnych. Poprzetykane są one opowieścią z czasów dzieciństwa i młodości Posy. Narracja powieści w czasach dawnych prowadzona jest z punktu widzenia bohaterki w pierwszej osobie czasu przeszłego, w czasach aktualnych jest trzecioosobowa i przedstawia losy całej rodziny. Styl powieści jest piękny i czarujący – autorka wypracowała doskonały balans pomiędzy opisami, dialogami a przemyśleniami bohaterów. Przez powieść się po prostu płynie, historia jest tak urzekająca, że książki nie da się odłożyć.

Wydanie książki zamykają wspomniane już pytania i odpowiedzi do autorki, w których opowiada trochę o powstaniu i swoich przemyśleniach odnoście powieści.

Główną bohaterką powieści jest oczywiście Posy. To energiczna, pozytywna osoba, która przeszła w swoim życiu sporo. Zaczynała je jako bogata panna z dobrego domu, początkowe rozdziały opisujące jej dzieciństwo są dosyć dojrzałe jak na jej młody wiek, ale dobrze zgrywają się z całością.
„- Och, Posy, nie bądź taka zasadnicza! W świecie teatru takie sprawy to nic nadzwyczajnego. A zresztą przecież nikt nie jest winien temu, że się urodził taki, a nie inny. Ludzie powinni móc być tym, kim są, bez względu na przepisy, nie myślisz?I dzięki Estelle zaczęłam myśleć. Nie tylko o fotosyntezie i związkach chemicznych jak do tej pory, ale też o tym, że świat narzuca nam zasady, co jest dozwolone, a co nie. I zaczęłam patrzeć na nie krytycznie.Dorastałam.”
 Od dzieciństwa Posy, tak jak jej ojciec, interesowała się botaniką, uwielbiała obserwować roślinność i małe żyjątka od niej zależne. Z nią też ostatecznie wiąże swoją przyszłość. Motyle i ogród są dla niej ukojeniem, przywracają ją do równowagi. To właśnie w swoim ogrodzie szuka schronienia, gdy coś idzie nie tak. A idzie sporo. Jej starszy syn Sam ma ciągłe problemy finansowe, każdy biznes, który zaczyna kończy się klapą. To odbija się nie tylko na nim i Posy, ale i na jego żonie i dzieciach, którzy coraz mocniej odczuwają brak stabilności finansowej.  Z kolei jej młodszy syn Nick powraca w końcu do Anglii po 10 latach nieobecności. Czy wróci teraz na stałe i ułoży sobie w końcu życie? Prócz problemów rodzinnych dochodzą cienie przeszłości. Wraca ktoś, kto wzbudza w Posy mieszane emocje, od euforii po ogromne skołowanie. Czy w końcu sytuacja się wyklaruje?

Powieści Lucindy są zawsze pełne mądrych prawd życiowych, poruszają tematy ważne, ale i trudne. Życie ich bohaterów nie jest proste, każdy z nich wystawiony jest na czas prób. I tak tutaj dostajemy historię przemocy w rodzinie, która zostaje zauważona przez najbliższych dopiero, gdy prawie jest na to za późno. Historia przedstawiona jest też z punktu widzenia ofiary, która równie długo tłumaczy i ukrywa zachowania oprawcy. To opowieść o tym jak dobrze kogoś znamy, jak długo można przymykać oko na niewygodne tematy i co robią z rodziną, najbliższymi tajemnice. To również opowieść o tym, że zawsze jest jakieś wyjście, trzeba tylko znaleźć w sobie odwagę. To opowieść trudna, ale i pokrzepiająca, dająca nadzieję w dobro. To piękna historia, przy której odczuwałam głęboko przeżycia bohaterów, razem z nimi śmiałam się, płakałam, cierpiałam i oburzałam się. Bohaterowie są opisani bardzo głęboko, z dużym zrozumieniem dla odczuć każdego z nich. To niesamowite jak autorka potrafi oddać tak szeroki wachlarz uczuć, jak dobre rozumie ludzkie emocje, w które wyposaża swoich bohaterów.
„Z mojego doświadczenia, gdy faceci się spotykają, wszystko kręci się wokół piwa i sportu, no, może jeszcze któryś od czasu do czasu opowie dowcip. Zwykle są fatalni w komunikowaniu się, a szczególnie, wybacz, że to mówię, mężczyźni z pewnego pokolenia, których od kołyski uczono, że nie wolno im pokazywać po sobie, co myślą i czują. A już Brytyjczycy są najgorsi. U nich to zaciskanie zębów jest wrodzone.”
Oczywiście trzeba też wspomnieć, że powieści autorki to nie tylko piękne i mądre historie, ale także konkretna dawka historii. Do każdej ze swoich książek Lucinda przeprowadza duży research, tym większy, że zawsze część jej historii toczy się w dawnych czasach. Tu pozyskanie informacji o warunkach życia w latach 40. I 50. XX wieku może nie było aż tak wymagające, bo historia toczy się na ojczystej ziemi pisarki, ale dostajemy tu też sporą dawkę wiedzy na temat pierwszych kobiet na uniwersytetach, ich walki o równouprawnienie i radzeniu sobie w męskim świecie.
„… wszystko opiera się na bardzo kruchej równowadze. I jeden trzepot motylich skrzydeł może odmienić cały świat.”
Nie przedłużając, „Pokój motyli” mnie oczarował. Uwiódł mnie na tyle, że przeczytałam większą część historii na raz, nie chciałam jej odkładać. Opowieść toczy się w pięknym starym dworku w Anglii i okolicznej wiosce, co jest jednym z moich ulubionych miejsc na akcję powieści. Historia jest wciągająca, ciepła, ciekawa i mądra. Mimo że od początku domyślałam się jednej tajemnicy, to nie zmieniło to mojego podejścia do lektury – jestem nią oczarowana, styl snucia opowieści Lucindy uważam za prawdziwy majstersztyk. Uwielbiam, kocham i czekam na więcej.

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!

maja 08, 2020

"Świst umarłych" Graham Masterton

"Świst umarłych" Graham Masterton

Autor: Graham Masterton
Tytuł: Świst umarłych
Cykl: Katie Maguire, tom 9
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska
Data premiery: 29.01.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 448
Gatunek: kryminał/thriller

Graham Masterton to kolejne głośne nazwisko, które od lat przewija się na rynku czytelniczym. Pisarz brytyjskiego pochodzenia debiutował w 1979 roku. Od tego czasu wydał ponad 80 książek – poczynając od poradników seksuologicznych, przez horror, sagi historyczne, thrillery a nawet opowiadania dla dzieci. W całości jego książki sprzedały się w ponad 20 milionach egzemplarzy, zostały przetłumaczone na 18 języków, a w samej Polsce sprzedano ponad ich dwumilionowy nakład. Pisarz, swoją drogą, nie kryje swojej sympatii do naszego kraju, często go odwiedza, a jego żona na polskie korzenie. Masterton jest laureatem wielu nagród literackich, teraz głównie poświęca się pracy nad cyklem o policjantce Katie Maguire.
Dla mnie to było pierwsze spotkanie nie tylko z serią, ale ogólnie z twórczością autora. Nie miałam do niej specjalnych oczekiwań, nie wiedziałam nawet czego się spodziewać. Teraz, po lekturze, jestem bardzo ciekawa czy gdybym znała już serię i jej bohaterkę to czy książka spodobała mi się jeszcze mocniej?

„Świst umarłych” zaczyna się mocną sceną. Pewien irlandzki policjant zostaje porwany przez trzech zbirów w maskach. W tym czasie nadkomisarz Katie Maguire zostaje wezwana do morderstwa – ofiarą w swoim własnym domu padł znany biznesmen, który wydawał się być lubiany przez całą społeczność. W mieszkaniu nie ma żadnych śladów po mordercy, wygląda to na robotę profesjonalisty. Chwile później na rzadko odwiedzanym cmentarzu zostaje znalezione ciało bez głowy – w jego krtań wbity jest flet irlandzki… Szybko okazuje się, że jest to porwany wcześniej policjant. Za kilka dni miał zeznawać przed sądem na niekorzyść swoich policyjnych kolegów, zakładów więziennych i gangsterów. Kto go dopadł? Dlaczego został tak brutalnie potraktowany? I czy na tej zbrodni się zakończy?

Książka składa się z 45 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, podąża za kilkoma znaczącymi dla fabuły postaciami. Styl jest surowy, trochę taki beznamiętny, co potęguje wrażenie makabry – opisy zbrodni szczególnie, ale także opisy ogólnie są bardzo szczegółowe, epatują brzydotą, wręcz wzbudzają niesmak – nie radzę przy tej książce czegokolwiek jeść. Jest brutalnie i dosadnie, pisarz nie przebiera w środkach, przedstawia wszystko od tej zdecydowanie brzydszej strony. Nigdy czegoś takiego jeszcze nie czytałam, więc zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie.
„Pewnie ma paranoję. Ale lepiej mieć paranoję, niż dać sobie obciąć głowę.”
Nowością dla mnie była też główna postać. Katie ma stopień nadkomisarza – szczerze, chyba jeszcze nie czytałam kryminału, w których bohater miałby tak wysoki stopień. Wiąże się to z tym, że bohaterka prowadzi kilka spraw naraz, ma kilka zespołów śledczych, opowiada nie tylko za rozwiązanie spraw, ale i za wielu ludzi jej podległych. Dodatkowo jest kobietą na tak wysokim stanowisku, co ciągle zdarza się nieczęsto. To ciekawa bohaterka, widać, że jej życie nie było usłane różami, niemniej jednak ma za sobą sporo ciekawych historii – chciałabym je kiedyś poznać. Autor powieści bohaterki nie oszczędza, nie tylko rzuca ją w wir poplątanych śledztw i sporych komplikacji, ale i prywatne Katie musi się zmierzyć z kilkoma problemami sporej wagi. Kiedy mamy nadzieję, że może już w końcu coś się poukłada, autor doświadcza ją znowu. Oj, nie ma łatwego życia ta bohaterka, jednak wzbudza sympatię.
 „- … Wie pani, czasami myślę, co jest gorsze… być żywym i stale bać się śmierci czy nie żyć i nie musieć się już o nic martwić.- Może najlepiej nigdy się nie urodzić – odparła patolożka. – Wtedy nie trzeba by było odkrywać, jak bardzo okrutne może być życie.”
Co do akcji, to jak wspomniałam ze względu na to, że bohaterka prowadzi kilka śledztw, tak i czytelnik obserwuje kilka spraw. Historie mocno się przeplatają, co chwilę coś innego się dzieje. Czytelnik nie ma czasu na odpoczynek, akcja postępuje do przodu, a historia schodzi na coraz mroczniejsze i bardziej tragiczne tematy. Mimo wielu spraw, a tym samym dosyć powolnym rozkręcaniu się akcji (w końcu trzeba dobrze nakreślić kilka spraw naraz), historia dziwnie wciąga, ciężko książkę odłożyć. To dla mnie samej było sporym zaskoczeniem, bo czytając nie czułam specjalnej ekscytacji, jednak ciekawość, jak okazywało się przy próbie odłożenia książki, była naprawdę duża. Coś w tej historii jest takiego, że chce się więcej i więcej.

Oczywiście tematy poruszane w tym tomie są ciężkie i jest ich dużo. Główna część fabuły skupia się na pytaniu czy ważniejsza jest lojalność wobec kolegów po fachu, w tak zamkniętej społeczności jak policjanci, czy może krystaliczna uczciwość. Są łapówki, narkotyki i konszachty na wysokich szczeblach. Poza tym jest trochę o walkach psów i ich właścicielach, chociaż myślę, że ten temat był rozwinięty w którymś z tomów poprzednich. Jest też trochę o wyłudzaniu pieniędzy od osób starszych oraz przekrętach finansowych. To tylko kilka z tych ważniejszych spraw jakie autor porusza w fabule tego tomu. Dzieje się sporo.
„Złość ma swoje konsekwencje, Katie, nawet jeśli jest usprawiedliwiona. Powinienem był pojąć to dawno temu.”
Co było dla mnie ciekawe, to to, że akcja toczy się w Irlandii. Niewiele czytałam tego typu kryminałów, więc osadzenie akcji w tym miejscu było dla mnie powiewem świeżości. To bardzo zbite i pobożne środowisko, a zarazem pełne gangsterów i dziwnych bojowników. To był dla mnie inny świat, mroczny świat, ale wzbudzający spore zainteresowanie.

Podsumowując książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Wątków było dużo, tematy poważne i istotne, bohaterka nieszablonowa, a styl i umiłowanie do makabry dosyć przerażające, ale i odświeżające. Mimo ogólnie panującej w powieści brzydoty, szokujących scen i opisów, muszę przyznać autorowi, że ma talent pisarski i nerwy ze stali. Dla mnie to było całkiem coś innego niż czytałam do tej pory i na pewno sięgnę w przyszłości po kolejne tomy tej serii. Chciałabym tylko mieć jeszcze czas, by nadrobić wszystkie osiem poprzednich.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros!


maja 07, 2020

"Stulecie kryminału" antologia

"Stulecie kryminału" antologia

Autor: antologia - Chmielarz, Małecki, Ćwirlej, Bińkowska, Wożniak i inni
Tytuł: Stulecie Kryminału
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 400
Gatunek: opowiadania kryminalne

Krótkie formy literackie cieszą się dużo mniejszą popularnością od wielostronicowych powieści. Jednak czy pisze się je łatwiej? Nie mnie to oceniać, ale zdaję sobie sprawę, jak wiele wysiłku trzeba poświęcić, by opowiadanie było dobre. Przeważnie pisarze swoją karierę rozpoczynają właśnie od takiej formy, najpierw są krótkie opowiadania, na których szkolą swój warsztat, dopiero później przychodzi czas na powieść. Niemniej jednak znani pisarze od czasu do czasu wracają do opowiadań, najczęściej w wyniku zaproszeń do specjalnych projektów. Na polskim rynku co roku ukazuje się kilka antologii polskich autorów, część z nich przeznaczana jest na cele dobroczynne. Tak jest i tym razem – zysk ze sprzedaży antologii „Stulecie Kryminału” zostanie przekazany na Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach.

Zbiór „Stulecie kryminału” powstał jako wynik konkursu organizowanego przez Biuro Programu „Niepodległa” oraz Komendę Główną Policji z okazji setnej rocznicy powołania Polskiej Policji. Konkurs został podzielony na 3 części: kryminał sto lat temu, kryminał współczesny oraz kryminał za sto lat. Zgłoszeń do konkursu napłynęło ponad 400 – obowiązek wybrania najlepszych spadł na jury w skład którego wchodzili Ryszard Ćwirlej, Robert Małecki, Wojciech Chmielarz i Anna Bińkowska. W każdej kategorii zostały przyznane 3 pierwsze miejsca oraz wyróżnienia – po dwa w kryminale przeszłości i współczesnym, jedno w kryminale przyszłości. Te nagrodzone opowiadania, razem z opowiadaniami jury, weszły w skład tej antologii.

Główny trzon książki, tak jak sam konkurs, podzielony został na: kryminał sto lat temu, kryminał dzisiaj i kryminał za sto lat. Poprzedza go przedmowa dyrektora Biura Programu „Niepodległa” oraz 4 opowiadania jury. Ryszard Ćwirlej i Anna Bińkowska pokusili się o kryminał retro, Robert Małecki kryminał współczesny, a Wojciech Chmielarz o kryminał przyszłości. Oczywiście jak to w takich zbiorach bywa, styl opowieści, narracji w każdym opowiadaniu jest inny, jedne historie są napisane lepiej, inne gorzej, jednak ogólny poziom całej antologii jest faktycznie na wysokim poziomie.
„Być może, myślę sobie, wszystko jest odtworzeniem czegoś innego. Cieniem na ścianie. Każda kłótnia, każde złamane serce. W jakimś sensie tylko zbrodnia jest wieczna.”
Przed rozpoczęciem lektury najbardziej ciekawa byłam członu ostatniego – kryminału przyszłości. Dlaczego? Bo kryminał retro zaczęłam czytać niedawno – to specyficzny podgatunek kryminału, którego akcja toczy się wolniej, często uwikłana jest w polityczne tematy, które nie zawsze opowiedziane są tak, by mnie zaciekawić. Opowiadanie w tym podgatunku wydaje się jeszcze trudniejsze, bo oddać powojenny klimat i przedstawić ciekawą i zrozumiałą dla wszystkich jednocześnie historię na kilkunastu stronach do łatwych zadań na pewno nie należy.
Kryminał współczesny z kolei znam wręcz od podszewki, więc założyłam, że zaskoczyć mnie w tym temacie i to w krótkiej formie może być ciężko. Przecież wiem, czego tu się mam spodziewać.
Kryminał przyszłości jednak wydaje się ogromnie fascynujący – mocno ciekawiły mnie wizje przyszłej pracy policji, jak w ogóle świat, życie zostanie w nich przedstawione.

Czy moje założenia pokryły się z tym, co dostałam?

Nie do końca. W swoich założeniach zapomniałam uwzględnić, że akcja kryminału przyszłości osadzona będzie aż sto lat później – dla postępu techniki to naprawdę spory okres czasu. Przez to część opowiadań jak dla mnie bardziej zahaczała o fantasy niż o faktyczny kryminał. Tak było w dwóch pierwszych opowiadaniach Łukasza Szustera pt. „Kwantowy Smok” oraz Rafała Pawlaka pt. „To o Was”. Z kolei w ostatnim opowiadaniu Rafała Lewandowskiego pt. „Śmietnik” świat przedstawiony wydawał mi się za bardzo podobny do tego, który mamy teraz. Postęp techniki był niewielki – kilka gadżetów techników i kilka baz danych. Wrażenie zrobiło na mnie za to opowiadanie Macieja Koncmana pt. „Punkt odcięcia” – to zarówno ciekawa wizja przyszłości, w której śledztwa rozwiązywane są głownie za pomocą dronów i daleko posuniętej techniki, ale i z której płyną naprawdę przerażające wnioski – bardzo prawdopodobne, ale straszne.
Jak wspomniałam w tej tematyce opowiadanie napisał także Wojciech Chmielarz i tym samym pobił wszystkich laureatów konkursu. On skupił się z kolei na zmianach klimatycznych i do czego mogą one doprowadzić. Oczywiście postęp techniki też został tu uwzględniony, przez co taka wizja przyszłości również wydaje się mocno prawdopodobna.

Kryminał retro faktycznie najmniej trafił w moje gusta. Tu znowu najbardziej podobało mi się opowiadania członka jury – Ryszarda Ćwirleja, który wykorzystał prawdziwy brulion zapisków posterunkowego Ludwika Bielawskiego, który kiedyś trafił w jego ręce. Na jego podstawie ułożył całkiem zgrabną historię o porwaniu świni i daktyloskopii. Co do opowiadań konkursowych to najciekawsze było dla mnie opowiadanie Margoty Kott pt. „O mały włos” – poprzez postać kobiecą fascynującą się daktyloskopią, której ojciec jest policjantem, przedstawiła zgrabną i zajmującą historię. Oczywiście nie kwestionuję prawdopodobieństwa pozostałych opowiadań, jednak dwa z nich były dla mnie za polityczne, drugie nie do końca zrozumiałe, a jeszcze jedno jakoś tak narracyjnie denerwujące.  Tutaj założenia okazały się poprawne – nie dosyć, że opowiadanie w podgatunku kryminału retro musi być naprawdę trudne do napisania, to jeszcze ja nie jestem łatwym odbiorcą – tylko dobre wyważenie tematów i odpowiedni klimat wzbudzają moje zainteresowanie.
„Tego dnia stała się kobietą. Jedyna kobietą w domu. Spoczął na mnie obowiązek nieodchodzenia, nieopuszczania, nieporzucania. Musiałam być silniejsza od ojca i brata. Dla nich i dla siebie.”
Dużym zaskoczeniem jednak był dla mnie kryminał współczesny. Myślałam, że nic mnie tu nie zaskoczy – jakże się myliłam – każde z tych opowiadań okazało się niesamowicie dobre! Sebastian Imielski i jego „Przebudzenie” miało bardzo intrygującą narrację i opowiadało o wznowieniu starego śledztwa zaginięcia – czytałam je z wypiekami na twarzy. Katarzyna Skręt w „Tyś Jedność, jam Pełnia” przedstawiła ciekawą historię policjantki, która trochę skojarzyła mi się z moim ulubionym serialem „Killing Eve” – zdecydowanie chciałabym przeczytać jej powieść! Kolejne dwa opowiadania „Teczka” Magdaleny Lewandowskiej – Rosa i „Zasłona” Stefana Weisbrodta również wzbudziły mój ogromny entuzjazm – w pierwszym zaskakujący bieg wydarzeń, w drugim dodatkowo bardzo interesująca narracja naprawdę robią wrażenie. Ostatnie wyróżnione opowiadanie „Stópki Chrystusa” Joanny Kosińskiej było dobre, choć rozumiem, dlaczego zostało opublikowane jako piąte w tej kategorii.

Podsumowując, „Stulecie Kryminału” nie dosyć, że wydane jest w szczytnym celu, to jeszcze jego poziom jest naprawdę wysoki (mimo tego, że trochę w tej recenzji pomarudziłam 😉). Jest tu sporo nazwisk debiutanckich, których chciałabym kiedyś zobaczyć na okładce powieści. To było naprawdę dobre oderwanie od dłuższych form, całość czytałam z zainteresowaniem i dużym entuzjazmem. Myślę, że fani kryminału, a i fantastyki nie będą zawiedzeni, a wręcz odwrotnie – zaskoczeni bardzo wysokim poziomem.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona Kryminału!


maja 02, 2020

"Zniknięcie Sary" Nadia Szagdaj

"Zniknięcie Sary" Nadia Szagdaj


Autor: Nadia Szagdaj
Tytuł: Zniknięcie Sary
Cykl: Kroniki Klary Schulz, tom 2
Data premiery: 26.02.2020
Wydawnictwo: Dragon
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał retro

„Zniknięcie Sary” to drugi tom cyklu kryminałów retro toczących się w przedwojennym Wrocławiu. Książka pierwszy raz wydana została w 2014 roku, teraz Wydawnictwo Dragon wydaje ponownie całą serię w nowej, eleganckiej, złoto-szarej szacie graficznej.
Autorka serii, Nadia Szagdaj do tej pory napisała 5 tomów przygód Klary Schulz oraz 3 osobne powieści. Zajmuje się również muzyką i filmem oraz udziela się w radiu. Od dawna zafascynowana jest starym Wrocławiem, co było zaczątkiem powstania tej serii. O tomie pierwszym pt. „Sprawa pechowca” pisałam niedawno, jego recenzję znajdziecie tu – klik! Dzisiaj trochę o tomie drugim pt. „Zniknięcie Sary”.

Klara dostaje list z zaproszeniem na sesję od gdańskiego fotografa, który oczarowany jej autoportretem, który kupił na aukcji dobroczynnej. Mile połechtana czarującym, pełnym uwielbienia listem nie zastanawia się dwa razy – planuje podróż do Danzig. Towarzyszy jej gosposia, Gerta, która ma nie spuszczać z niej oka. Niestety już od razu na wstępie wyprawy nic nie idzie tak jak Klara sobie zaplanowała – a to dopiero początek nieszczęśliwych zdarzeń, które mają ją tam spotkać…
W Breslau z kolei zaczynają ginąć młode dziewczyny. Matka jeden z nich, pracownica fabryki mebli, zatrudnia firmę detektywistyczną Klary i jej ojca. Szybko nadchodzi drugie zlecenie – to bogaty kolega Bernarda, męża Klary, zgłasza porwanie swojej córki, Sary. Obydwie rodziny są zrozpaczone, policja nie ma żadnych poszlak, a wręcz jakby w ogóle nie zajmuje się tą sprawą. Cała odpowiedzialność spada na Klarę i jej ojca – czy uda im się odnaleźć zaginione?

Książka składa się z dwunastu rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, obserwuje naprzemiennie Klarę i Sarę. W tekst wplecione są stare zdjęcia Wrocławia, co dodaje lekturze smaczku. Styl powieści wydaje się lepszy niż w tomie pierwszym – owszem, czasami dalej miałam wrażenie, że czytam kryminał współczesny, jednak nie pojawiało się ono aż tak często jak wcześniej. A może po prostu już się przyzwyczaiłam, nie wiem. Niemniej jednak „Zniknięcie Sary” czytało mi się dużo lepiej.

Moje nadzieje, co do charakteru Klary, też się spełniły. Kobieta, mimo że dalej rozpieszczona i egoistyczna, wysnuła wnioski z katastrofalnych wydarzeń z poprzedniego śledztwa, więc teraz podchodzi do sprawy ostrożniej. Zdaje sobie też sprawę ze swojego porywczego charakteru i stara się go sama temperować. Oczywiście zdarzają jej się wpadki i dziwne zachowania, jednak nie jest to tak irytujące jak wcześniej.

Jak wspomniałam, Klara założyła biuro detektywistyczne razem ze swoim ojcem, emerytowanym policjantem. Teraz działają razem, jej ojciec hamuje jej porywy, na czym książka dużo zyskała. Śledztwo jest spokojniejsze, bardziej wyważone i bardziej racjonalne.

Co do samej akcji to sprawa toczy się wokół psychiki człowieka i zjawisk, że tak je nazwę, duchowych. Mamy tu trochę numerologii, hipnozy i tym podobnych tematów. Nie będę ich rozpatrywać przez szansę prawdopodobieństwa, mimo iż sama nie wierzę w takie rzeczy, to jednak historia była ciekawa i wciągająca. Pół książki przeczytałam praktycznie naraz, więc to o czymś świadczy. Na pewno dużym plusem było też ukazania akcji z punktu widzenia Sary – to zapewniało ciągły dreszczyk ciekawości.

W tym tomie nie ma też tak widocznych podziałów na opisy krajobrazu i akcję. Oczywiście uwaga dalej skupiona jest na wyglądzie i charakterze przedwojennego miasta, jednak jest to zgrabniej wpisane w powieść. Nie zauważałam tak dużej granicy między jednym a drugim, jak w tomie pierwszym.

Ogólnie, mimo małych potknięć, ten tom jest dużo lepszy niż poprzedni. Cieszę się, że na swojej półce w chwili, gdy rozpoczynałam lekturę serii, miałam od razu obydwa tomy – gdybym na drugi miałam czekać, raczej bym po niego nie sięgnęła. A teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że widzę duży postęp w stylu i sposobie prowadzenia fabuły i trzymam kciuki, by tom trzeci był jeszcze lepszy! Mam nadzieję, że będzie mi dane to sprawdzić. Spokojnie też można po ten tom sięgnąć bez znajomości tomu pierwszego, główna akcja powieści nie jest powiązana z poprzednim.

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Dragon!

kwietnia 27, 2020

"Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

"Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

Autor: Nadia Szagdaj
Tytuł: Sprawa pechowca
Cykl: Kroniki Klary Schulz, tom 1
Data premiery: 16.10.2019
Wydawnictwo: Dragon
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał retro

Życie Nadii Szagdaj mocno związane jest ze sztuką i szeroko pojętą kulturą. Z wykształcenia jest wiolonczelistką i śpiewaczką operową. Z pasji pisarką. Zajmuje się również fotografią i filmem. Od lat zafascynowana dawnym Wrocławiem, daje temu obraz we wszystkich swoich powieściach. Debiutowała w 2009 roku powieścią fantasy, w 2013 roku rozpoczęła cykl Kronik Klary Schulz – kryminałów retro z akcją osadzoną w początkach XX wieku. Od tego czasu o bohaterce ukazały się jeszcze 4 powieści oraz 2 osobne, niepowiązane thrillery dziejące się współcześnie. Przy okazji zmiany wydawcy cykl o Klarze został wznowiony w nowej szacie graficznej, na ten moment ponownie wydane zostały dwa pierwsze tomy serii. „Sprawa pechowca” jest tomem otwierającym cały cykl. W swoich zbiorach mam już też drugi tom, którego recenzja ukaże się niebawem.

„Sprawa pechowca” rozpoczyna się w 1910 roku w breslauskiej operze. Podczas sztuki „Czarodziejski flet” Mozarta dochodzi do spektakularnego morderstwa. Odtwórca roli Papagena, który w sztuce ma podjąć nieudaną próbę samobójczą, zostaje powieszony na oczach publiczności. Na miejscu jest Klara Schulz ze swoim mężem, lekarzem, dzięki czemu już na wstępie ma wstęp za kulisy. Sprawę oczywiście przejmuje policja, jednak śledztwo prowadzą tak nieudolnie, że po kilku dniach do Klary zgłasza się partner zamordowanego z prośbą po przeprowadzenie prywatnego śledztwa. Klara jest mocno podekscytowana, to jej pierwsze duże zlecenie, od wyników którego zależy jej dalsza kariera detektywistyczna. Czy Klara zdoła rozwiązać zagadkę morderstwa nim zabójca uderzy ponownie?

Książka składa się z trzynastu różnej długości rozdziałów. Poprzetykane są zdjęciami starego Wrocławia oraz wycinkami z tytułowych Kronik Klary. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, główne podąża za bohaterką. Styl powieści wzbudził we mnie mieszane odczucia. Z jeden strony mocno skupia się na opisach dawnego Wrocławia, co oczywiście zaliczam na plus. Widać, że autorka spędziła długie godziny w archiwach, zrobiła naprawdę bogaty research. Z drugiej strony jednak coś mi nie pasowało w warstwie językowej wypowiedzi bohaterów. Język z jednej strony stara się naśladować styl dawnych powieści, tak by było lekko i powabnie, z drugiej chwilami bohaterowie wypowiadają się bardzo współcześnie, co kompletnie nie zgrywa się z dawnym klimatem. Im dalej w lekturę tym większy zgrzyt z tego powodu czułam. Mam jednak nadzieję, że w dalszych tomach udało się autorce wypracować jakiś balans, w końcu „Sprawa pechowca” to dopiero druga jej książka, pierwsza napisana w takim stylu.

Skupmy się teraz na chwilę na plusach powieści. O jednym już wspomniałam – to świetnie przedstawiony dawny Wrocław z początku XX wieku. Opisy budynków, ulic, parków, restauracji są bardzo szczegółowe i klimatyczne, widać, że autorka mocno się tym fascynuje. Dodatkowo kilka fotografii zamieszczonych w odpowiednich miejscach dodaje książce na atrakcyjności.

Druga sprawa, która wzbudziła mój entuzjazm, to osadzenie akcji w operze, w środowisku artystycznych. Tu też razem z bohaterką zwiedzamy wnętrze gmachu opery, poznajemy się trochę na zwyczajach panujących w tych kręgach. Ponadto w tekście widać wielka miłość autorki do muzyki, którą ubiera w zgrabne słowa.
„Głosy śpiewaków sprawiły, że na chwilę, chcąc nie chcąc, uległa unoszącemu się w powietrzu czarowi muzyki, która od lat wabiła prostotą i wdziękiem. Schematyczność i przewidywalność kompozycji Mozarta przywodziła jej na myśl miłosne uniesienia. Logika była tu taka sama. Mimo ich powtarzalności i świadomości ich konsekwencji wciąż chciało się je przeżywać od mowa. Podobnie było z Mozartem – wciągał, więził na zawsze i nigdy się nie nudził. A był taki prosty i przewidywalny.”
Trzecim plusem jest wyposażenie Klary w ogromną determinację. Początek XX wieku to były czasy, kiedy kobiety chętniej widziano na drugim planie, w roli pań domów czy gospodyń. Klara jednak nie jest skora do siedzenia w domu, ona chce być policjantką, a jak się nie da to detektywką. Od postaci bije bardzo mocny feminizm pod względem równouprawnienia.
„Zastanawiała się – choć czasem powtarzała sobie w duchu, że to głupie – czy ta prosta dziewczyna nie ma przypadkiem lepszego życia od niej. Bez konwenansów, opinii, potrzeby podobania się na każdym kroku bogatym znajomym męża. Bez ironii i obłudy, jaka panowała w tak zwanych wyższych sferach.”
Jednak w większości Klara wzbudza we mnie negatywne odczucia. Kompletnie się z nią nie polubiłam, mimo że starałam się jej impulsywne zachowanie tłumaczyć młodym wiekiem, to jednak z biegiem lektury to nie wystarczyło. Klara jest ogromną egoistką, cały świat musi się kręcić wokół niej. Jest też głupio uparta i lekkomyślna. Mimo że podstawy postaci są dobre – Klara ma 25 lat, od 5 lat jest mężatką i matką, jej mężem jest szanowany lekarz, a dnie spędza, jeśli nie na śledztwie, to na malowaniu. Dawno temu przeżyła wielką tragedię, co przeważyło szalę o jej przyszłym zawodzie. Jej ojciec jest emerytowanym policjantem, który nie tylko jej pomaga, ale i użycza własnych znajomości. Potencjał postaci jest więc ogromny, jednak okropny charakter, w który wyposażyła ją autorka, spowodował, że z czasem książkę czytało mi się już naprawdę bardzo ciężko. Miałam ochotę potrząsnąć bohaterką, wytknąć jej głupotę, lekkomyślność i egoizm. Dawno żadna postać mnie tak nie irytowała jak Klara. Tutaj też jednak mam nadzieję, że może w dalszych tomach kobieta trochę dojrzeje i jej charakter się utemperuje.

Co do samej sprawy, akcji powieści, to pomysł był ciekawy, ale też wydaje mi się, że poszedł trochę w przesadę. Nie mogę tu zdradzić za dużo, by nie ułatwić Wam rozwiązania zagadki, ale były momenty, gdy morderca epatował przesadną brutalnością, a śledztwo Klary kompletnie nie poruszało się do przodu z… no właśnie, bez powodu. Trochę się tych małych wpadek nazbierało i znowu im dalej, tym mocniej były one zauważalne.

Ogólnie mam bardzo mieszane odczucia co do tej powieści. Nie jestem pewna czy dotarłabym do rozwiązania zagadki, gdyby to nie był egzemplarz recenzencki – tak mocno Klara mnie ostatecznie irytowała. Doceniam jednak umieszczenie akcji w środowisku artystycznym, odniesienia do muzyki i cudowny, klimatyczny stary Wrocław. Po drugi tom sięgam w nadziei, iż autorka już się trochę wyrobiła w stylu, a Klara dojrzała. Mam nadzieję, że tym razem się nie zawiodę.

Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Dragon!

kwietnia 25, 2020

"Wrzask" Izabela Janiszewska

"Wrzask" Izabela Janiszewska

Autor: Izabela Janiszewska
Tytuł: Wrzask
Cykl: Larysa Luboń i Bruno Wilczyński, tom 1
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał

„Wrzask” Izabeli Janiszewskiej to kolejny polski debiut kryminalny wydany nakładem Wydawnictwa Czwarta Strona Kryminału, co moim zdaniem, jest gwarancją przynajmniej dobrej, jak nie bardzo dobrej lektury. Z każdym kolejnym tytułem przekonuję się, że mogę im ufać, bo oni dobrze wiedzą jak powinien wyglądać rasowy kryminał.
I tak też jest i tym razem. Literacką debiutantką jest Izabela Janiszewska, matka, żona, dziennikarka prasowa i telewizyjna. Z tematami, które porusza w swojej pierwszej książce (głównie mam tu na myśli sponsoring) spotkała się już wcześniej, przy okazji swoich dziennikarskich reportaży. Teraz zabiera głos w beletrystyce, poprzez bardzo popularny gatunek literacki opowiada o krzywdach i wpływach wychowania i społeczeństwa na poszczególne jednostki.
„Jakie to uczucie, gdy krzyczysz, a twój głos wpada w próżnię?”
Historia „Wrzasku” rozpoczyna się od morderstwa. Bruno Wilczyński, detektyw warszawskiej policji zostaje wezwany do potencjalnego samobójstwa. Młoda dziewczyna, w dużym, przestronnym apartamencie została znaleziona martwa. Wygląda na to, że zażyła tabletki i popiła alkoholem. W mieszkaniu brak jakichkolwiek śladów osób trzecich, ale Bruno ma przeczucie, że z tą śmiercią wiąże się coś dużo głębszego, sięgającego wielu lat wstecz… W tym samym czasie Larysa, bardzo specyficzna dziennikarka, wpada na trop brutalnego sponsora, który wykorzystuje studentki. To ktoś przy władzy, z dużym zapleczem finansowym i znajomościami, kto myśli, że może krzywdzić innych do woli. Larysa ma swoje zdanie na ten temat, postanawia odkryć kim jest ten człowiek i napisać na jego temat duży artykuł. Czy te dwie sprawy się łączą? Czy bohaterowie dadzą radę rozwiązać obydwie zagadki? I czy świat w końcu usłyszy wrzask?!

Książka dzieli się na ‘wcześniej’ i ‘teraz’. ‘Wcześniej’ to krótki prolog, ‘teraz’ to część główna powieści. Nie ma podziału na rozdziały, jest podział na sceny, przedstawione z punktu widzenia trzech postaci: Larysy, Brunona i Emilii. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Styl jest lekki i przyjemny, widać, że autorka od lat na co dzień ma do czynienia ze słowem pisanym, posługuje się nim sprawnie, nie ucieka w wulgaryzmy czy potoczności. Książkę czyta się dobrze, historia wciąga.

Bohaterowie „Wrzasku”, jak to często w kryminałach bywa, są mocno poturbowani przez życie, niosą ze sobą naprawdę spory bagaż ciężkich przeżyć i doświadczeń. Jest dziennikarka, która za wszelką cenę dąży do ujawnienia krzywd i ich sprawców, nie waha się i nie boi konsekwencji. Jest opryskliwa i bezpośrednia, zdecydowanie nie można nazwać jej miłą.
„Wszystkie jej reportaże dotykały tematów przemocy seksualnej, przemocy domowej, krzywdzenia dzieci i mężczyzn wykorzystujących swoja pozycję, by poniżać kobiety.”
Bruno z kolei ukrywa się za sarkazmem i głupimi komentarzami, robi z siebie macho, pozuje na twardziela, który zawsze wie najlepiej. Na ich tle mocno wyróżnia się trzecia bohaterka: Emilia, dobra żona, matka, która w pewnym momencie zaczyna mieć dziwną obsesję, ma wrażenie, że ktoś ją obserwuje…. Ta postać ciągle zbija z tropu, ciekawi najmocniej, gdyż do końca nie wiadomo jak jej historia wiąże się z pozostałą dwójką. Muszę przyznać, że od początku to właśnie ona wzbudzała we mnie największe zainteresowanie.

Akcja powieści skupia się na dwóch śledztwach – dziennikarskim i policyjnym. Każde z nich toczy się swoim tempem, nie znajdziemy tu jednak dzikich pościgów – tu główną rolę gra dedukcja, poszukiwanie i odkrywanie nowych faktów, logiczne myślenie. Według mnie, jak na debiut, historia poprowadzona jest bardzo dobrze, całość trzyma w napięciu, powoli odkrywa kolejne karty. Oczywiście, jak wspomniałam, jest to rasowy kryminał, więc znajdziemy tu wiele znanych już czytelnikowi zabiegów. Nie uważam tego za minus. Czytelnicy są teraz przyzwyczajeni do tego, że coś musi być inne, musi szokować, wychodzić poza ramy. Myślę jednak, że trzymanie się określonych ram też może być dobre, zapewnić znaną i pewną rozrywkę, ale i nieść odpowiednie przesłanie.
„Tylko ona mogła zrozumieć, że niekiedy emocjonalny ból jest tak bardzo trudny do zniesienia, że jesteś w stanie posunąć się do wszystkiego, by go zatrzymać. Znała chwile, w których wewnętrzny krzyk rozsadzał bębenki, a wtedy była gotowa pokruszyć świat na kawałki, by go zagłuszyć. Zatrzymać wrzask.”
Tutaj tym przesłaniem, tematem, który zaprząta całą historię, jest krzywda jaką ludzie są w stanie wyrządzać innym. Poczynając od tej fizycznej, bezpośredniej przemocy, aż po zwyczajne zbagatelizowanie problemu, brak reakcji, często nawet wyrażone odruchowo, bez wcześniejszego zastanowienia. To historia o tym, jak duży wpływ na człowieka ma otoczenie, wychowanie i sposób jego traktowania. Kiedy człowiek przez całe życie jest źle traktowany, poniżany, czy po prostu niezauważany, ignorowany, jego psychika ulega znaczącej zmianie. Poczucie krzywdy, niezrozumienia, które może przerodzić się w albo całkowite zamknięcie od świata zewnętrznego, odseparowanie się od wszystkiego grubym murem, albo przerodzić się w tytułowy wrzask, złość na świat tak wielką, że nie ma już od niej odwrotu. Podoba mi się, że książka porusza takie tematy, to sprawy, o którym należy mówić głośno i często, by ludzie zaczęli reagować na krzywdy innych, by wzbudzić w nich więcej empatii, więcej zaangażowania w świat, a także uświadomić jak ważne jest pozbywanie się swoich własnych złych emocji na bieżąco, nie kumulowanie ich w sobie. By wyrzucić z siebie wrzask, póki nie jest na to za późno, by przywrócić równowagę psychiczną. Jestem ciekawa w ilu czytelników książka wzbudzi chwilę refleksji, chwilę na zastanowienie się nad sobą i swoim zachowaniem wobec najbliższych.
„Tak bardzo chciałaby przyznać się do wszystkiego, do jednego małego błędu, przez który stała się kłębkiem nerwów. Los otwierał przed nią furtkę do wyznania. Zapraszam i kusił, by uwolniła tajemnicę, która trawiła ją od środka. Jakby słyszała szept: „zrób to, później będzie tylko trudniej”. A mimo to nie potrafiła odpuścić kontroli, bała się, że konsekwencje będą jak tajfun, który nie wybiera ofiar, pochłania je bez względu na czystość sumienia i rodzaj intencji. Ale najbardziej obawiała się, że wrzask, który przez cały czas dusiła w sobie, wydostanie się na zewnątrz, a wtedy wszyscy zobaczą, kim jest naprawdę.”
Na koniec jeszcze jeden temat, który mi się podobał. Poprzez Larysę, dziennikarkę, autorka dała nam wgląd w życie prasy, redakcji. Dzięki temu mogła poświęcić chwilę na zastanawianie się nad sytuacją prasy we współczesnych czasach, pokazać jak zmienia się jej charakter i jak zawód dziennikarza może wyglądać w najbliższej przyszłości. Nie ma tego może dużo, ale można to potraktować jako ciekawostkę – mnie temat dziennikarstwa i słowa pisanego zawsze mocno interesuje, więc i tutaj byłam zadowolona z tych kilku wstawek.

Podsumowując, „Wrzask” to dobry kryminał. Ma wszystko to, co książka w tym gatunku posiadać powinna, niesie też dobre przesłanie. Ja oczywiście mam małe uwagi co do relacji dwóch głównych bohaterów, ale ci co znają ten blog dłużej, wiedzą, że na wszelkie wątki romansowe w kryminałach mam po prostu uczulenie. Ogólnie jestem z lektury zadowolona, Janiszewska zrobiła dobre wejście na naszą polską scenę kryminalną, na pewno z chęcią przeczytam o dalszych losach dwójki głównych bohaterów, które, swoją drogą, podobno mają ukazać się w niedalekiej przyszłości.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona Kryminału!


kwietnia 22, 2020

"Siostra Słońca" Lucinda Riley

"Siostra Słońca" Lucinda Riley

Autor: Lucinda Riley
Tytuł: Siostra Słońca
Cykl: Siedem Sióstr, tom 6
Tłumaczenie: Anna Esden - Tempska
Data premiery: 15.04.2020
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 672
Gatunek: literatura obyczajowa

Lucinda Riley to brytyjska pisarka irlandzkiego pochodzenia. Literacko debiutowała w 1996 roku, wcześniej zajmowała się aktorstwem. Na polski rynek wkroczyła jakieś 15 lat później, ale o jej nazwisko zrobiło się tak naprawdę głośno dopiero przy serii „Siedem Sióstr”. To niesamowita saga rodzinna, której każda część zabiera czytelnika na inny kontynent, zaznajamia z inną historią z przeszłości. Przygotowanie każdego tomu wymaga od autorki naprawdę potężnego researchu, każda z nich poprzedzona jest półrocznym pobytem w opisywanym miejscu i zaznajomieniem się z jego historią. Prawa do ekranizacji serii zostały już wykupione.
Ja na cykl natknęłam się przypadkowo, w połowie roku 2018. Przeczytałam tom pierwszy i przepadłam. Od tego czasu z niecierpliwością wyczekiwałam każdej jednej publikacji autorki, a cyklu o Siostrach szczególnie. Teraz, przy szóstym tomie, mogę powiedzieć, że jest to moja ulubiona seria, a Lucinda to zdecydowanie jedna z moich ulubionych zagranicznych autorek. Boję się chwili, kiedy na rynku ukaże się siódmy, ostatni tom – naprawdę nie chcę, by seria się kończyła!

Cykl „Siedem sióstr” opowiada historię sześciu sióstr, które w dzieciństwie adoptowane zostały przez Pa Salta, ich ojca, z różnych części świata. Każda z nich na inne korzenie, inny kolor skóry, ale wszystkie wychowały się w pięknej dużej prywatnej posiadłości nad Jeziorem Genewskim.  Teraz, gdy każda z nich jest już dorosła, dni Pa Salta dobiegły końca. Każdej ze swoich córek zostawił spadek - list i współrzędne geograficzne miejsca, w którym je znalazł. Teraz każda z nich może odkryć własne korzenie, poznać własną historię, by się odnaleźć i móc budować nowe, dorosłe życie.
Tom szósty pt. „Siostra Słońca” dotyczy opowieści o szóstej siostrze, Elektrze. To dwudziestokilkuletnia dziewczyna, modelka o hebanowej skórze, którą zna cały świat. Miesza w Nowym Jorku, ale tak naprawdę nie ma swojego miejsca na ziemi. Smutki i złości tłumi używkami. To chyba najbardziej pogubiona z sióstr, która od samego początku nie była tak zżyta z pozostałymi.  Teraz musi w końca zdecydować, czy chce walczyć o siebie i swoją przyszłość czy się poddać. W zrozumieniu siebie pomoże jej historia z przeszłości, która sięga lat 30tych XX wieku, pewnej bogatej białej arystokratki i Wesołej Doliny w Kenii. Czy Elektrze uda się znaleźć sens życia i szczęście, którego tak usilnie szuka?
„Greckie słowo na bursztyn to electron, a legenda mówi, że w tym kamieniu zostały uwięzione promienie słońca. Pewien grecki filozof zauważył, że jeśli pociera się o siebie dwa kawałki bursztynu, z tarcia tworzy się energia… Nie mogłabyś mieć bardziej odpowiedniego imienia.”
Książka składa się z 54 rozdziałów, które podzielone są naprzemiennie na historię Elektry i Cecily. Narracja Elektry jest pierwszoosobowa, historii Cecily przedstawiona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Obydwie historie poznajemy poprzez oczy bohaterek, widzimy to co one, znamy ich odczucia i emocje nimi targające.
Styl Lucindy jest niepowtarzalny. Można by pomyśleć, że każda książka zbudowana na podobnej zasadzie (historia współczesna i dawna), dążąca w sumie do tego samego, czyli znalezienia szczęścia i zrozumienia swojego istnienia i sensu życia, z czasem może wydać się powtarzalna, nieoryginalna i ostatecznie dosyć nużąca. Nic bardziej mylnego. Autorka ma niesamowity dar, zamienia każdą z tych historii w piękną baśń o poszukiwaniu tego co ważne. To, jak zachwyca się krajobrazami, jak oddaje charakter miejsc, poprzez prywatna opowieść bohaterów opowiada o ważnych wydarzeniach z historii świata, za każdym razem mnie zdumiewa. Nikt nie potrafi pisać tak jak ona. Każda z tych historii jest pełna emocji, aż kipi. Ten tom jest mi szczególnie bliski, prócz Star, Elektra jest mi chyba najbliższa, mimo iż w poprzednich tomach nie miałam nawet takich podejrzeń. Ale tak jest właśnie z Lucindą – każdą siostrę odkrywa nam od nowa, tłumaczy ich zachowania, pokazuje, że pierwsze wrażenie przeważnie jest mylne, by kogoś zrozumieć, trzeba go poznać.
„To fascynujące, że tak wielu z nas marzy o sławie. Z doświadczenia wiem, że przynosi ona często jedynie nieszczęście. Ludzie myślą, że sława da im prawo do robienia i zdobywania wszystkiego, co im się tylko zamarzy, tymczasem tracą najcenniejsze, co mamy… swoją wolność.”
Historia tego tomu zaznajamia nas z wydarzeniami z okresu II wojny światowej na terenach Afryki. Wiele dowiadujemy się o białym człowieku, który kolonizuje tamte tereny, a także trochę o zwyczajach tamtejszych plemion Masajów. Jednym okiem spoglądamy też na lata 60te XX wieku w Ameryce, gdzie rozgrywała się walka o równość ras i prawa Afroamerykanów. Część historii poznajemy oczami białej kobiety, część czarnej, obydwie, według mnie, oddane są bardzo rzetelnie i prawdopodobnie. Jak przy każdym z tomów, tu też wiele się dowiedziałam o dawnych czasach, odkrywałam historię z ogromnym zainteresowaniem. Ta powieść pozwala inaczej spojrzeć na własne życie, docenić to co się ma i w jakim czasie żyje.
„…kiedy patrzyłam przez okno na światełka w dole, które musiały być Ameryką Południową, myślałam sobie, że przecież ja się o to nie prosiłam. Mnóstwo celebrytów, których poznałam, mówiło mi, że od dziecka marzyli o bogactwie i sławie. Ja marzyłam tylko o świecie, w którym nie czułabym się obca, gdzie byłabym u siebie, Tylko tego zawsze chciałam.”
Oczywiście czasy współczesne również niosą swoje problemy. Elektra boryka się z uzależnieniami, poczuciem bezsensu i brakiem swojego miejsca w życiu. Muszę przyznać, że po Star, to właśnie Elektrę rozumiem najmocniej, jest drugą siostrą, która jest mi bardzo bliska. Książkę zaczynałam czytać w podobnym nastroju co Elektra, smutna, trochę pogubiona i przytłoczona. Jednak z biegiem lektury historia przyniosła mi spokój, poczułam się dużo lepiej, inaczej spojrzałam na własne życie. Nie wiem czy jakakolwiek inna seria ma na mnie taki wpływ co ta, szczerze - nie wydaje mi się. Lucinda czaruje słowem, czaruje opowieścią i wartościami, które ze sobą niesie.
„Szkoda tylko, że tracimy poczucie więzi społecznych, Dorastałam w angielskim miasteczku, gdzie wszyscy wszystkich znali. Pamiętam, że kiedy zmarł tata, wspierali mamę. Mogła liczyć na sąsiadów. Ja też. Teraz jest inaczej. Szwendamy się po świecie. Nie mamy poczucia przynależności. Do miejsca czy jakiejkolwiek osoby. To pewnie jeden z negatywnych skutków globalizacji. Ilu masz przyjaciół, którym naprawdę ufasz?”
To co tu opowiedziałam, to ledwie początek rozmyślań o tej powieści. Nie będę jednak przeciągać, chciałabym, żeby każdy z Was odkrył osobno dzieje sześciu sióstr, a wszystkim tym, którzy tę przygodę mają jeszcze przed sobą, trochę zazdroszczę. Na koniec może warto jeszcze wspomnieć o pięknym wydaniu – Albatros zawsze wydaje ładne książki, ale ta seria prezentuje się szczególnie. Małe graficzne dodatki w środku, cudowne kolorowe okładki i baśniowe wyłożenie w środku naprawdę robią duże wrażenie. Uwielbiam patrzeć na te książki stojące na półce.

Podsumowując, to był naprawdę mocny i wstrząsający tom. To, co przeżywa bohaterka, to chyba najbardziej ekstremalne przeżycia z całej szóstki. Niesamowite jest to, jak autorka potrafiła się wczuć w Elektrę, jak świetnie oddała emocje nią targające. Historia z przeszłości jak zawsze jest ciekawa i pouczająca, a całość piękna i baśniowa. Tym, co jeszcze nie mieli przyjemności zapoznać się z serią, za całego serca polecam nadrobić, a ja będę teraz trwać w oczekiwaniu na tom siódmy, ostatni – bardzo mnie ciekawi, jak historia zostanie wyjaśniona, ale naprawdę, naprawdę nie chcę, by się kończyła…

Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!