października 11, 2019

"Kryminalne przypadki Matyldy" Bożena Mazalik

"Kryminalne przypadki Matyldy" Bożena Mazalik

Tytuł: Kryminalne przypadki Matyldy
Data premiery: 28.02.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 396
Audiobook wydany przez Heraclon International, 14h 27min, czyta Donata Cieślik

„Kryminalne przypadki Matyldy” to trzecia książka Bożeny Mazalik. Autorka debiutowała w 2012 roku „Babą na Safari”. Z zamiłowania humanistka, z wykształcenia umysł ścisły. Kilka lat mieszkała z rodziną w leśniczówce, więc wyprowadzając swoją bohaterkę w głuszę i las, wiedziała co robi😊
Ja, jako fanka komedii kryminalnych, skusiłam się na jej najnowszą książkę – z opisu zapowiadała się świetna lektura, ale czy była taka w rzeczywistości?

Akcja powieści zaczyna się w momencie kiedy Matylda zostaje porzucona przed ołtarzem. Pełna wstydu i złości wybiega z kościoła i już ma ukraść któryś z samochodów, by jak najszybciej się stamtąd wydostać, kiedy pomocną dłoń oferuje jej znajomy z liceum, Władek. Oferuje jej Sarni Dworek, jego posiadłość w okolicy Tarnowskich Gór, na totalnej wsi. Władek musi wyjechać z kraju, by zarobić na remont posiadłości, a Matylda decyduje się na roczny pobyt na wsi, by pilnować jego dobytku. Jak się szybko okazuje dworek nie jest w najlepszym stanie, a sama kobieta w głuszy słyszy co chwilę jakieś dziwne odgłosy... Na ratunek przybywa jej niespodziewanie przyjaciółka Ilka, która postanawia chwilę z Matyldą pomieszkać. Przyjaciółki plotkują i piją, aż tu nagle pewnego wieczora ktoś wali do drzwi. Okazuje się, że to koń, głodny jak sto diabłów. Dziewczyny nieco skonsternowane, postanawiają zobaczyć co z innymi zwierzętami, w końcu przecież do ich opieki zatrudniony jest mężczyzna, więc koń nie powinien chodzić głodny... Po szybkiej kontroli dziewczyny znajdują u jałówki trupa wspomnianego parobka. Oczywiście wzywają policję, a sytuacja po kilku dniach tym bardziej komplikuje się, kiedy ofiarą pada Ilka. Kto uśmierca mieszkańców Sarniego Dworu? I kto zjada Matyldzie jej przyłóżkowe suszone morele?!

Kompozycyjnie książka składa się z 18 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, narratorem jest Matylda, a co za tym idzie bardzo dogłębnie poznajemy myśli i odczucia bohaterki. Styl powieści jest raczej zwyczajny, chwilami skupia się mocno na szczegółach i detalach otoczenia.

To teraz trochę o Matyldzie. Jest w okolicach 30stki, pisarka kryminałów i malarka. Właśnie jest w trakcie przygotowywania wystawy, dlatego propozycja zamieszkania w Sarnim Dworku, z dobrą malarską pracownią z dala od cywilizacji wydaje jej się świetnym pomysłem, bo do przygotowania w krótkim czasie ma jeszcze 5 obrazów. Matylda jest bogata, a wszystkie niepowodzenia życiowe nagradza sobie butami. Jak już wspomniałam, kobieta została wystawiona przed ołtarzem, więc na początku stroni od ludzi. Jednak szybko to jej mija, zadziwiająco ekspresowo godzi się ze zdarzeniem i już rozgląda się za  nowymi miłostkami....

Jej przyjaciółka Ilka, to psychiatra. Uczy zawodu na jakieś uczelni oraz praktykuje go w przychodni. Z nieznanego powodu bierze nagle miesiąc wolnego i przyjeżdża do Matyldy. Kobieta jest dosyć przy ciele, nie odmawia sobie słodkości. Uwielbia szpilki, jest całkiem zabawna i wygadana.

Oczywiście nie mogło tutaj zabraknąć postaci męskiej. Jest nią policjant komisarz Marek Mleczko. Przystojny, samotny, szybko wpada w oko Matyldzie...

Najpierw trochę o plusach. Zaskoczeniem dla mnie było, że akcja powieści toczy się na dobrze znanych mi terenach. Autorka wykorzystała podziemne tunele Tarnowskich Gór, które ciągną się przez całe miasto. Dużo tutaj znajdziemy opisów okolicznych wsi, wszystko prezentuje się świetnie. Autorka przytacza miejscowe legendy, opowiada o kopalni srebra, widać, że dobrze zaznajomiona jest z tymi terenami.

I to tyle z plusów... Co mi się nie podobało? Bardzo szybko zaczęła mnie główna bohaterka, a zarazem narratorka, mocno irytować. Jej zachowanie jest dziecinne, ewidentnie jest bogatą, rozpuszczoną panną. Szybko się obraża, musi wszystko mieć już.
Dużym minusem był też dla mnie wątek miłosny. Matylda ekspresowo zakochuje się w komisarzu i zaczyna robić jakieś dziwne podchody. Komisarz nie okazuje z początku wielkiego zainteresowana, a potem nagle jego nastawienie zmienia się o 180 stopni.
Zakończenie intrygi też mnie nie usatysfakcjonowało. Wyskoczyło trochę jak Filip z konopi, szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze.

Ogólnie zamiast czerpać przyjemność z lektury to cały czas się irytowałam. Kompletnie książka do mnie nie przemówiła, główna bohaterka była tak idiotyczna, że mogłabym ją udusić gołymi rękami. Szkoda, bo motyw z tunelami podziemnymi i legendami był bardzo interesujący, może gdyby właśnie temu autorka poświęciła większą uwagę, to mogłoby wyjść z tego coś fajnego.

Moja ocena: 4/10

października 09, 2019

"Niewinny człowiek" John Grisham

"Niewinny człowiek" John Grisham

Tytuł: Niewinny człowiek
Tłumaczenie: Robert Waliś
Data premiery: 07.08.2019
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 464

„Niewinny człowiek” to książka bardzo wyróżniająca się na tle pozostałego dorobku Johna Grishama, autora, którego chyba nie trzeba nikomu przestawiać - w świecie czytelniczym nazwisko to na pewno jest wszystkim znane. Grisham, amerykański pisarz thrillerów prawniczych swoją karierę pisarską rozpoczął w 1988, a już jego druga powieść „Firma” trafiła na listy bestsellerów. Po tym sukcesie, z wykształcenia prawnik, porzucił wcześniejszą pracę i na dobre poświęcił się pisaniu. Wiele jego książek zostało zekranizowanych, a jego powieści zyskują milionowe nakłady.

W 2004 roku autor jednak odszedł od dobrze sobie znanego gatunku literackiego. Kilka dni po śmierci Rona Williamsona trafił na jego nekrolog w gazecie, któremu towarzyszył dłuższy artykuł na temat tego człowieka opisujący pokrótce jego historię oraz jedno bardzo znaczące zdjęcie. Pisarz, zafascynowany historią, zaczął w niej trochę grzebać, skontaktował się z najbliższą rodziną Rona i po tych kilku rozmowach zdecydował się na napisanie książki z gatunku literatury faktu.

Zbieranie materiałów i pisanie tej książki zajęło mu ponad 18 miesięcy, podczas których przeprowadził ogromną liczbę rozmów, grzebał w aktach sądowych, gazetach i innych tego typu źródłach. Odwiedził miasteczko Ada w Oklahomie, gdzie to wszystko miało miejsce, odwiedzał więzienia, w których przebywał Ron, a nawet i stadiony (Ron w młodości grał w baseball). Rozmawiał z rodziną, znajomymi, współwięźniami, sędziami, prawnikami, dziennikarzami. Research do książki przeprowadził naprawdę szeroki, co widać na każdej stronie tej książki.

Sama książka liczy trochę ponad 450 stron i podzielona jest na 17 rozdziałów oraz posłowie zatytułowane jako ‘słowo od autora’, w którym Grisham nie tylko dziękuje tym, którzy przyczynili się do powstania tej książki, ale opisuje jak w ogóle doszło do tego, że taką książkę napisał. Mimo, że książka o całkiem konkretnej liczbie stron, podzielona jest tylko na 17 rozdziałów, to nie są pisane one jednym ciągiem – tekst bardzo często oddzielany jest gwiazdkami, przez co czyta się łatwo i szybko. Język książki jest prosty, zrozumiały dla każdego, autor nie ucieka się do specjalistycznych słów czy zwrotów. Narrator książki przedstawia każdy aspekt historii bardzo rzetelnie i w miarę obiektywnie, chociaż od początku wiadomo po której stronie barykady stoi. Niemniej jednak powstrzymuje się od prywatnych komentarzy, przedstawia sprawę tak, jak udało mu się ją z wszystkich zeznań i opowieści złożyć.

Książka opisuje historię Rona Williamsona oraz jego przyjaciela Dennisa Fritza. Mężczyźni ci zostali oskarżeni o brutalne zamordowanie w 1982 roku Debbie Carter, młodej dziewczyny, kelnerki z jednego z okolicznych klubów. Ich aresztowanie nastąpiło dopiero po 5 latach od morderstwa, jednak policja od samego początku właśnie na nich się uparła. Po bardzo wąsko ukierunkowanym policyjnym śledztwie, nastąpił bardzo poszlakowy proces, w którym nikt nie był obiektywny. Ron został skazany na karę śmierci, Dennis na karę dożywocia. W więzieniu spędzili 12 lat, dopiero po wprowadzeniu możliwości badań DNA prawnicy byli w stanie zwalczyć system i uniewinnić swoich klientów.

Historia opisywana w książce jest tragiczna. Opowiada o człowieku, który kiedyś miał przed sobą świetlaną przyszłość, jednak jego wybory, zrządzenia losu, osąd innych i w końcu choroba psychiczna spowodowały, że był już dosłownie kilka kroków od śmiertelnego zastrzyku.
Autor bardzo rzetelnie opisuje całą historię. Rozpoczyna od przestawienia społeczności miasteczka, w którym opisywane wydarzenia miały miejsce, później na podstawie zeznań odtwarza ostatni wieczór zamordowanej, znalezienie cała, aż w końcu przechodzi do opisu życia Rona. Dalej poznajemy przebieg śledztwa i dokładne więzienno-sądowe losy Rona. Książka jest bogata w informacje, autor nie dodaje nic od siebie, przedstawia historię dokładnie taką jaka była. W końcu nie trzeba tutaj nic ubarwiać, prawdziwe wydarzenia były dużo bardziej absurdalne niż można by wymyślić...

Książka ta, poprzez opowiedzianą historię, uświadamia kilka ważnych kwestii. Zwraca uwagę nie tylko na błędy policji, fatalnie poprowadzone śledztwo czy prokuratora, który nie zważając na dowody, koniecznie chce przepchnąć własne zdanie. Dużą wagę autor przywiązuje do naświetlenia problemu, jaki jest szybki osąd zwyczajnych ludzi, sąsiadów, znajomych. Mimo że nie zapadł jeszcze wyrok, wszyscy tych dwóch mężczyzn już osądzili. A nawet po uniewinnieniu parafia, ksiądz, którzy przecież z założenia powinien być otwarty i wrażliwy na ludzi, nie był w stanie potraktować Rona jako człowieka. To smutne jak szybko oceniamy innych, bez w ogóle żadnych dowodów, po prostu na podstawie tego co ktoś powie. Rozumiem, że to była brutalna zbrodnia, miasteczko było wstrząśnięte, chciało wymierzyć sprawiedliwość i ruszyć dalej, ale ta ślepa wiara w nikłe dowody na winę Rona i Dennisa jest naprawdę przerażająca. Naprawdę lepiej osądzić pierwszego lepszego i ruszyć dalej niż ukarać tego, który faktycznie jest winny? Mimo że wydarzenia te miały miejsce ponad 30 lat temu, myślę że i teraz jest sporo takich sytuacji. Osąd ludzi, chęć zamknięcia sprawy, wymierzenia kary i zamknięcia rozdziału nieraz przeważają nad prawdą i faktyczną sprawiedliwością. I to bardzo mnie przeraża.

Prócz oczywistej niesprawiedliwości dużo dowiadujemy się też o samych więzieniach – jakie panują tam warunki, jak więźniowie są traktowani przez strażników i swoich współwięźniów. Jaki mają dostęp do prawników, do walki o swoje prawa. Jak wygląda sytuacja więźniów skazanych na śmierć. Ron przez pewien czas przebywał w nowym więzieniu wybudowanym specjalnie dla więźniów skazanych na karę śmierci. Naprawdę w głowie mi się nie mieści kto w ogóle mógł wpaść na pomysł wybudowania takiego potwornego budynku. Okrucieństwo ludzkie nie zna granic...
Dodatkowym problemem dla Rona było to, że nie był on zwyczajnym szarym człowiekiem. Ron miał problemy psychiczne, które z każdym dniem w więzieniu tylko się nasilały. Nikt jednak się tym nie interesował, a strażnicy wręcz to wykorzystywali, bardziej się nad nim znęcali. Większość ludzi, którzy stanęli na drodze Rona była kompletnie nieczuła na jego chorobę, co jest dla mnie całkowicie niepojęte. Wiem, że większość wierzyła w jego winę, ale nawet jeśli, to ich znęcanie się nad tym człowiekiem było nieludzkie.
Oczywiście znalazła się garstka, która bardzo chciała Ronowi pomóc – i to po części daje nadzieję na to, że świat nie jest do końca zły. Niemniej jednak ta garstka musiała naprawdę walczyć latami, przebijać mur za murem, by coś osiągnąć. Gratuluję wytrwałości i cieszę się, że jednak tacy ludzie istnieją. Chciałabym tylko, by tego typu ludzi było więcej. Świat mógłby być o wiele lepszy, gdybyśmy tylko zwracali uwagę na drugiego człowieka, a nie oceniali od pierwszego wejrzenia, albo na podstawie tego co ktoś powiedział...

Autor wytyka jeszcze sporo błędów systemu, porusza jeszcze wiele istotnych tematów, jednak nie będę ich tu wszystkich opisywać, a po prostu zachęcam do sięgnięcia samodzielnie po tą lekturę. To książka niełatwa, momentami wstrząsająca i okrutna, ale dająca też wiele do myślenia. Cieszę się, że ją przeczytałam i teraz na pewno zobaczę serial o tym samym tytule, który powstał na podstawie właśnie tej lektury.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!



października 09, 2019

"Ostatni żywy świadek" Hugh Aynesworth, Stephen G. Michaud - fragment

"Ostatni żywy świadek" Hugh Aynesworth, Stephen G. Michaud - fragment

Dokładnie za tydzień, 16 października, nakładem Wydawnictwa Bez Fikcji ukażą się dwa reportaże o Tedzie Bundym. By zachęcić Was do lektury, dzięki uprzejmości wydawnictwa, mam dla Was fragment pierwszego rozdziału książki "Ostatni żywy świadek", od której należy zacząć, by w pełni zrozumieć drugą o tytule "Ted Bundy. Rozmowy z mordercą."


"Rozdział 1

Surowe, imponujące, wulkaniczne Góry Kaskadowe dzielą stan Waszyngton na dwie odrębne i odmienne strefy. Na wschód od tej wysokiej linii podziału ciągną się pofałdowane tereny rolnicze i niemal pustynne obszary, cechujące się upalnymi latami i nierzadko ostrymi zimami. Na niższych wysokościach na zachód od Gór Kaskadowych klimat jest łagodniejszy i znacznie bardziej wilgotny. Gleba bywa wysoce kwasowa, panuje tam wszechogarniająca wilgotność oraz bogactwo fauny i flory. W tych warunkach wystawione na działanie przyrody zwłoki znikają bardzo szybko.


Dominującymi barwami zachodniego Waszyngtonu są zielony, niebieski, biały i szary. Zieleń rozległych lasów iglastych i parków narodowych, błękit jezior i słonowodnych zatoczek wykrojonych eony temu przez monumentalne lodowce, biel przez okrągły rok pokrywa co wyższe górskie szczyty, natomiast niebo przez większość czasu jest przygnębiająco szare, a to z powodu często spotykanych układów atmosferycznych północnego Pacyfiku, które spadają z pluskiem na półwysep Olympic, a następnie, przesuwając się w głąb lądu ku zaporze Gór Kaskadowych, łagodnieją. Słońce lśni nad zachodnim Waszyngtonem rzadko.


Na przekór chłodowi i mgłom oraz ciemnym dniom, które zimą już około pierwszej po południu zaczynają przechodzić w zmierzch, nieustępliwi mieszkańcy stanu spędzają wiele czasu pod gołym niebem. Można odnieść wrażenie, że praktycznie każdy posiada tam łódkę, kampera, domek w górach albo nad jeziorem, ewentualnie regularnie jeździ w takie miejsca kolosalnymi RV, czyli pojazdami rekreacyjnymi (recreational vehicle). Polowania na ptaki, jelenie czy niedźwiedzie cieszą się w Waszyngtonie dużą popularnością. Podobnie wędkowanie.


Nawet miejska ludność stanu, skupiona głównie w Seattle i wokół tego miasta, gdzie największymi przedsiębiorstwami są Boeing i Microsoft, jest krzepka, w zdecydowanej większości biała i zorientowana na świat natury poza obrzeżami metropolii. Dla miejscowych zachodni Waszyngton od zawsze był boską ziemią, na wpół odizolowaną, zachowawczą, żyjącą własnym życiem strefą, do której chaos, gwar i skrajności świata zewnętrznego nie zdołały jeszcze wtargnąć. Wydaje się bardzo bezpieczny i czysty. Powiadają, że to dobre miejsce, aby założyć rodzinę.


Przed 1 lutego 1974 roku James i Joyce Healy zapewne by się pod tym podpisali. Mieszkali na wygodnym, porośniętym jodłami przedmieściu na wschód od Seattle. James pracował w firmie zajmującej się kasami fiskalnymi, Joyce była gospodynią domową. Dorobili się trojga radosnych, dobrze wpasowanych w otoczenie dzieci: nastoletniego syna Roberta oraz córek Laury i dwudziestojednoletniej Lyndy.


Lynda Healy były spełnioną piosenkarką, ekstrawertyczką i ulubienicą matki. Miała uroczy głos, duże błękitne oczy, sięgające ramion brązowe włosy oraz spokojny uśmiech świadczący o opanowaniu i pewności siebie. Była smukła i energiczna, studiowała na ostatnim roku psychologii na Uniwersytecie Waszyngtońskim i chciała zostać nauczycielką. Lubiła pracę z dziećmi.


Poprzedniej jesieni wraz z czterema koleżankami przeniosła się z akademika do zielonego, dwupiętrowego drewnianego domu w dzielnicy uniwersyteckiej Seattle. Lynda miała własny pokój z oknem, choć w piwnicy. Za cienkim przepierzeniem ze sklejki znajdował się drugi.


Pracowała jako prezenterka wiadomości narciarskich w lokalnej rozgłośni radiowej. Dla rzeszy miejscowych miłośników narciarstwa była po prostu słodką Lyndą (w eterze nie podawano nazwisk), która przyjemnym, mruczącym głosem ogłaszała, że Paradise Valley jest już otwarta, że w Crystal Mountain napadało 15 centymetrów świeżutkiego puchu, że w Alpenthal będzie można pozjeżdżać nocą.


Każdego ranka przed zajęciami Lynda wstawała i jechała do radia na rowerze. Była to krótka podróż w ciemnym choć oko wykol przedświcie zimowego Seattle. Często padało, a po dzielnicy uniwersyteckiej rzadko chodzili o tej porze jacyś ludzie. W niewielu amerykańskich miastach młoda kobieta odważyłaby się na takie ryzyko, ale Lynda Healy najwyraźniej nie uważała, że samotne przemierzanie dzielnicy, w której mieszkała od czterech lat, niesie ze sobą jakieś zagrożenie. Wydaje się, że nie wiedziała, iż na początku stycznia 1974 roku nieopodal miejsca, w którym mieszkała, ktoś zaatakował młodą kobietę.


Mary Adams (pseudonim) podobnie jak Lynda mieszkała w piwnicznej sypialni z oknem, w domu, który dzieliła z kilkoma innymi osobami. Gdy w łóżku napadł ją obcy mężczyzna, twardo spała. Wielokrotnie uderzył ją w głowę ciężkim, metalowym prętem. Brutalnie wsadził w nią wziernik, powszechnie dostępny w magazynach z materiałami medycznymi próbnik dopochwowy. To krwawe, szaleńcze „badanie” spowodowało rozległe obrażenia wewnętrzne. Mary Adams spędziła kilka miesięcy w śpiączce, ale przeżyła. Nie pamiętała ataku ani napastnika.


Wieczorem w czwartek 31 stycznia 1974 roku Lynda Healy przygotowała na kolację dla współlokatorów zapiekankę. Po posiłku poszła z jedną z dziewczyn oraz znajomym mężczyzną na kilka piw do pobliskiego studenckiego baru „U Dantego”. O 21.00 była z powrotem w domu, a o 23.00 położyła się do łóżka i jak zwykle nastawiła budzik na 5.30. Mniej więcej godzinę później dziewczyna mieszkająca w prowizorycznym pokoju obok sypialni Lyndy zeszła na dół i także położyła się spać. Ta łatwo wyrywająca się ze snu współlokatorka nie słyszała żadnych hałasów przez całą noc, dopóki rano nie rozdzwonił się budzik Lyndy – i nie milknął. Po pewnym czasie zadzwonił kierownik z radia. Gdzie Lynda? Nie przyjechała do pracy. Szybkie poszukiwania pozwoliły ustalić, że w domu jej nie ma, choć rower stał na miejscu.


Współlokatorki Lyndy od razu nabrały obaw. Gdy nie pojawiła się przez cały piątek, obawy przerodziły się w strach. Około 16.00 do domu dziewcząt zadzwoniła Joyce Healy, która wraz z resztą rodziny spodziewała się córki na kolacji.


– Nie widziałyśmy Lyndy od rana! – wypaliła do słuchawki jedna z mieszkanek domu i zalała się łzami. Joyce poczuła, jak lód skuwa jej kręgosłup. 


„Od razu wiedziałam, że stało się coś bardzo złego. Natychmiast zadzwoniłam na policję”, wspominała w rozmowie z nami.


Razem z mężem Jimem spotkała się z funkcjonariuszami w domu Lyndy. Wszystkie dziewczyny zgromadziły się w salonie i żadna nie wychodziła z niego samotnie. Policjanci zachowywali się uprzejmie, fachowo i nie ukrywali sceptycyzmu, że doszło do przestępstwa. Podobne przypadki stanowiły dla nich chleb powszedni. Swoimi pytaniami sugerowali, że w tajemniczym zaginięciu nie ma żadnej tajemnicy. Mówili, że Lynda na pewno znajdzie się u swojego chłopaka albo zadzwoni, że niedługo wróci do domu.


Ale Joyce Healy wiedziała, że to nieprawda.


Spokojnie wyjaśniła policjantom, że Lynda by tak nie postąpiła. Nie jej Lynda.


– Cóż – odparł jeden z funkcjonariuszy – właśnie te, po których człowiek się nie spodziewa, tak robią.


Policja sprawdziła pokój Lyndy. Na jej poduszce i prześcieradle znaleziono małe plamy krwi. Należały do grupy A+, grupy Lyndy, podobnie jak z kolejnej zakrzepłej plamki odkrytej na jej koszuli nocnej, którą ktoś starannie powiesił w szafie. Oficjalny wniosek: Lynda Healy doznała nocnego krwawienia z nosa i udała się gdzieś, żeby je zatamować. Ktoś powinien sprawdzić okoliczne szpitale.


Z pokoju zniknął jej czerwony plecak oraz część ubrań, co sugerowało, że opuściła dom dobrowolnie. Jednak brakowało też kołdry i ozdobnej czerwonej jedwabnej poszewki na poduszkę. Co więcej, łóżko zostało bardzo starannie, po szpitalnemu zaścielone, co wymagało odsunięcia, a następnie ponownego przysunięcia łóżka do ściany. Policja mogłaby się zastanawiać, dlaczego młoda kobieta, która w ogóle rzadko ścieliła łóżko, zadała sobie tyle trudu przy krwawiącym nosie? Po co usunęła kołdrę? Dlaczego zabrała poszewkę?


Teoria, która później zostanie uznana za najbardziej prawdopodobną, z początku brzmiała niedorzecznie. No bo jak ktoś mógł w środku nocy wejść do domu, zakraść się na dół, obezwładnić Lyndę, owinąć ją w kołdrę, po czym wynieść jej mierzące 170 centymetrów i ważące 52 kilogramy ciało z powrotem po schodach na zewnątrz, tak że nikt tego nie usłyszał? Podejrzany musiałby też starannie pościelić łóżko, odwiesić koszulę nocną, wybrać jej strój na zmianę i zabrać plecak.


Policja odrzuciła tę naciąganą możliwość i nie zebrała w pokoju Lyndy odcisków palców ani dowodów w postaci włosów czy włókien. Nie sprawdziła nawet plamy nasienia odnalezionej na prześcieradle.


Przez kilka kolejnych miesięcy policja z Seattle nie dowie się niczego nowego. Nawet gdy zrozumie, że nie chodziło o żadne nocne krwawienie z nosa i że Lyndę Healy naprawdę ktoś porwał, będzie musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim policja pomyśli o porównaniu zniknięcia Healy z napaścią na Mary Adams. Z całą pewnością było za wcześnie na wysuwanie hipotezy, że po dzielnicy uniwersyteckiej grasuje nocami morderca, który być może ma jakieś doświadczenie szpitalne (charakterystyczny sposób zaścielenia łóżka), dostęp do materiałów medycznych (wziernik) i poluje na ofiary.


„Seattle Times” i „Seattle Post-Intelligencer” opublikowały kilka artykułów o zniknięciu Lyndy Healy, ale gdy policyjne dochodzenie utknęło w ślepym zaułku, gazety przestały opisywać sprawę.



Wtedy, 29 marca, niemal dwa miesiące po zaginięciu Healy, czytelnicy „Timesa” ujrzeli nagłówek: „W poszukiwaniu rozwiązania zaginięcia studentki”. Autor artykułu pisał, że 12 marca z kampusu Uniwersytetu Stanowego Evergreen w stolicy stanu Olympii, niecałe 100 kilometrów na południe od Seattle, zaginęła dziewiętnastoletnia Donna Gail Manson. Po raz ostatni widziano ją około 19.00, gdy wychodziła z akademika na odbywający się na kampusie koncert jazzowy."


Zapowiada się rzetelnie i ciekawie, prawda? Książki na zagranicznych portalach mają wysokie noty, więc liczę na kawał dobrej dziennikarskiej roboty. Na ich podstawie powstał też serial dokumentalny na Netlixie - ja jeszcze go nie oglądałam, ale myślę, że po lekturze tych dwóch książek na pewno go nadrobię.
To co, zainteresowani?



Książki można już zamówić przedpremierowo na stronie empik:






października 08, 2019

"Anonimowa dziewczyna" Greer Hendricks, Sarah Pekkanen - zapowiedź

"Anonimowa dziewczyna" Greer Hendricks, Sarah Pekkanen - zapowiedź

Lubicie klimatyczne thrillery? Jest mi bardzo miło ogłosić, iż 22 października nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka ukaże się druga książka duetu pisarskiego Greer Hendricks i Sarah Pekkanen pt. "Anonimowa dziewczyna" z moją rekomendacją na skrzydełku! 

Gdy Jessica Farris zgłasza się do udziału w badaniu psychologicznym prowadzonym przez tajemniczą doktor Shields jest przekonana, że będzie musiała jedynie odpowiedzieć na kilka pytań, po czym odbierze wynagrodzenie i na tym skończy się jej rola.Jednak gdy pytania stają się coraz bardziej natarczywe i dogłębne, a sesje badawcze przeradzają się w zadania do wykonania, podczas których Jessica dostaje wytyczne, jak ma się ubrać i zachowywać, dziewczyna zaczyna mieć odczucie, że doktor Shields zna jej myśli... i wie, co Jess ma do ukrycia.
W im większą Jess popada paranoję, tym bardziej jasne staje się dla niej, że nie wie już, co w jej życiu jest realne, a co stanowi jeden z eksperymentów manipulacyjnych doktor Shields. Uwikłana w sieci podstępnych oszustw i zazdrości, dziewczyna szybko się przekonuje, że niektóre obsesje bywają zabójcze...


Miałam już tę przyjemność przeczytać książkę pod koniec wakacji i muszę przyznać, że jest to naprawdę interesujący thriller! Mocno trzyma w napięciu, wręcz nie sposób go odłożyć. Zaskakuje, wciąga i dostarcza naprawdę dużo emocji! Do tego wizualnie książka prezentuje się znakomicie! Czego chcieć więcej? ;) Ja jestem zadowolona, mam nadzieję, że i Wy będziecie!

Książkę można już przedpremierowo zamawiać na stronie wydawnictwa - klik!


Autor: Greer Hendricks, Sarah Pekkanen
Tytuł: Anonimowa dziewczyna
Tłumaczenie: Marta Faber
Data wydania: 22.10.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 448



października 07, 2019

"Proś o wybaczenie" Melinda Leigh

"Proś o wybaczenie" Melinda Leigh


Autor: Melinda Leigh
Tytuł: Proś o wybaczenie
Cykl: Morgan Dane, tom 1
Tłumaczenie: Olga Kwiecień
Data premiery: 31.07.2019
Wydawnictwo: Editio Black
Liczba stron: 320

Seria o Morgan Dane to pierwsze powieści Melindy Leigh, które ukazały się w Polsce. Autorka w Stanach debiutowała w 2011 roku i od razu spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem. Do tej pory wydała już 30 tytułów, z czego 5 z wspomnianego cyklu. W Polsce na razie planowane są 3 tomy, 22 października premierę będzie miał drugi pt. „Jej ostatnie pożegnanie”. Czy warto sięgnąć po cykl?

„Proś o wybaczenie” rozpoczyna się od brutalnego morderstwa młodej Tessy. Dziadkowie, którzy opiekują się dziewczyną zaniepokojeni jej nieobecnością, dzwonią do Morgan Dane, której córkami opiekowała się Tessa. Morgan postanawia pomóc w poszukiwaniach i razem z kolegą Lancem Krugerem odnajduję zwłoki dziewczyny nad jeziorem. Policja szybko typuje podejrzanego - oskarżony zostaje sąsiad Morgan, chłopak Tessy – Nick. Morgan jego jedna z nielicznych nie wierzy w jego winę i postanawia podjąć się obrony prawnej chłopaka. Kobieta musi nie tylko zmierzyć się z nieprzychylnymi władzami, ale i z całym miasteczkiem, które już dawno wydało na chłopca wyrok...

Kompozycyjnie książka została podzielona na 44 dosyć krótkie rozdziały. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego i podąża nie tylko za Morgan, ale i za Lancem, Nickiem (w chwili gdy trafia do więzienia) i mordercą.  Styl powieści jest lekki, mocno skupia się na odczuciach bohaterów. Narracja, kiedy tylko pod jej obserwacją są Morgan i Lance mocno sugeruje, że pomiędzy bohaterami jest chemia, bardzo dużą wagę poświęca na uwagi typu podniecającego wyglądu i to jak przypadkowe dotknięcia wywołują dreszcze. Ja niestety nie jestem fanką tak prowadzonej narracji, raczej trzymam się z daleko od miłostek w kryminałach, więc i tutaj nie do końca przypadło mi to do gustu. Tak samo z humorem w książce – narrator stara się niezobowiązująco rzucać zabawne komentarze odnośnie wielu sytuacji, jednak dla mnie były one za bardzo wymuszone, wywoływały raczej pobłażliwy uśmiech niż faktyczne rozbawienie.
Co do samego wydania książki, to grafika na okładce jest dosyć przyjemna, a mimo małych literek książkę czyta się szybko i bez wysiłku.

Głównym bohaterem powieści jest Morgan Dane. To kobieta po 30stce, matka trójki małych dziewczynek (bodajże 7, 6 i 3 lata). Dwa lata temu była szczęśliwą żoną, matką i zastępcą prokuratora, niestety sielanka skończyła się gdy jej mąż, żołnierz, zginął na misji. Wtedy Morgan zwolniła się z pracy, wróciła w rodzinne strony i poświęciła się dziewczynkom. Teraz, po dwóch latach, w końcu postanowiła podjąć z powrotem pracę, jednak spontaniczna decyzja o obronie Nicka pokrzyżowała jej plany. Morgan jest kobietą walczącą o sprawiedliwość, która zaskoczona jest błędami systemu. Wcześniej zawsze wierzyła w sądy i urząd prokuratora, teraz przy tej sprawie otwierają jej się oczy. Jest bardzo zaradna, umie walczyć o swoje i nie traci szybko zimnej krwi. Jest uczuciowa, ale nie pozwala, by uczucia nią zawładnęły.

Lance też jest ciekawym bohaterem. Były policjant, zrezygnował ze służby po tym, jak został postrzelony w nogę, która od tego czasu mu dokucza. Teraz pracuje w prywatnej firmie detektywistycznej. Razem z Morgan chodzili do tej samej szkoły, nawet przez chwilę mieli się ku sobie, jednak ich drogi się rozeszły. Lance został w miasteczku, by opiekować się chorą psychicznie matką. Duże oparcie znajduje w swoim szefie, prócz niego i Morgan z nikim nie jest blisko. Wcześniej nie pozwalał sobie na romanse ze względu na matkę, jednak Morgan trochę zmienia jego podejście...

Ogólnie przez  książkę przewija się wiele postaci, poznajemy dzieci Morgan, jej dziadka i mieszkającą z nimi dziewczynę. Dowiadujemy się o Tessie, jej rodzinie, przyjaciołach, o Nicku i jego życiu, a także wielu wielu innych bohaterów bardziej lub mniej powiązanych ze sprawą. Mimo ilości bohaterów, większość odgrywa małe role, ale są na tyle charakterystyczni, że nie miałam problemów z zapamiętaniem kto jest kim.

Akcja powieści może nie pędzi na łeb, na szyję, jednak zdarzają się momenty, gdy dzieje się dużo. Poprzez zmienną narrację autorka ucieka od nudy. Tak jak wątki z mordercą nawet dosyć przypadły mi do gustu, chociaż uważam, że i tak mogłyby być bardziej psychologicznie rozpisane, tak wątki przedstawienia Nicka w więzieniu wydawały mi się kompletnie nietrafione. Rozumiem, że narrator chciał przez to podkreślić ciężki więzienny los niesłusznie osądzonych, jednak te kilka rozdziałów wydało mi się mocno oderwanych od reszty. Po prostu jakoś mi się to nie zgrało. Za mało ich było by zrobić wrażenie.

Cała książka oparta jest głównie na pośpiesznym, niesłusznym oskarżeniu, o tym jak szybko ludzie oceniają, nawet nie znając wszystkich faktów. To dosyć ciężki, a co za tym idzie, ważny temat. Ostatnio często na niego trafiam i naprawdę dziwi mnie jak dużo błędów popełnianych jest przez policję czy prokuraturę, czy to ze względu na pośpiech, niedopatrzenia czy może w ogóle przez polityczne wpływy. Za tym też idzie najczęściej opinia publiczna i media, bardzo szybko wydając wyrok, mimo że tak naprawdę ten jeszcze nie zapadł. Z tym przyszło się mierzyć Morgan i Nickowi, a nie była to łatwa walka. Większość spraw raczej obrazuje smutną prawdę, że z systemem jest naprawdę ciężko wygrać.

Po części książka porusza też problem chorób psychicznych i molestowania seksualnego – tak jak powyżej, to tematy aktualne i ważne, w pełni popieram przemycanie ich do literatury, bo może w taki sposób niektórym ludziom otworzą się oczy na kilka spraw.

Ogólnie nie do końca wiem jak ocenić tę książkę. Sama fabuła mi się podobała, tematy poruszane w książce też, jednak sposób przedstawienia narracji i wątki miłosne kompletnie do mnie nie trafiły, pod koniec książki coraz mocniej nie to denerwowało. Nie wykluczam jednak, że te pozornie zabawne komentarze mogą innym czytelnikom przypaść do gustu, a dla tych, którzy nie mają takich obiekcji jak ja do romansów, wątek dwójki głównych bohaterów może być przyjemny. Jeśli chodzi o mnie, to mimo sprzecznych odczuć, nie przekreślam jeszcze serii całkowicie, możliwe że dam szansę drugiemu tomowi.

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz książki trafił do mnie poprzez Klub Recenzenta z portalu nakanapie.pl


października 06, 2019

Konkurs patronacki - wygraj "Winę" Piotra Wójcika (rozwiązany)

Konkurs patronacki - wygraj "Winę" Piotra Wójcika (rozwiązany)

W środę 2 października swoją premierę miał kolejny ciekawy polski debiut kryminalny, który został objęty moim patronatem – „Wina” Piotra Wójcika wydana nakładem Wydawnictwa Dragon. W tym samym dniu okazała się moja recenzja książki, którą znajdziecie tutaj (klik!). A dzisiaj, dzięki uprzejmości wydawnictwa, mam dla Was konkursowy egzemplarz książki z autografem autora!

Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w konkursie?


Napisz w komentarzu pod tym postem krótką odpowiedź na pytanie:

Czy lubisz kryminał, którego akcja rozgrywa się w zatłoczonym wielkim mieście? Swoją odpowiedź krótko uzasadnij.

Odpowiedzi możecie zamieszczać w dowolnej formie, ich bardziej kreatywne – tym lepiej!

Zachęcam też do polubienia profilu wydawnictwa na IG (klik!) i FB (klik!) oraz moich własnych (IG klik! FB klik!), a także do dołączenia do obserwatorów mojego bloga. Będzie mi też bardzo miło jeśli na swoich profilach udostępnicie informację o tym konkursie (możecie po prostu podać dalej mój post o konkursie, który zamieściłam na obydwu profilach)

  1. Konkurs trwa tydzień – od 6 do 12 października do 23:59, wyniki ogłoszę w tym poście kolejnego dnia.
  2. Z nadesłanych odpowiedzi wybiorę jedną, która moim zdaniem będzie najciekawsza.
  3. Wysyłka tylko na terenie Polski.
  4. Udzielając odpowiedzi na pytanie konkursowe uczestnik równocześnie oświadcza, że zapoznał się z regulamin konkursu zamieszczonym na tej stronie  – klik!


Serdecznie zachęcam do udziału i życzę wszystkich uczestnikom powodzenia!

13.10 rozwiązanie konkursu
 Zwycięzcą zostaje: Fraulein Buch – gratuluję! Swoje dane adresowe razem z numerem telefonu proszę prześlij na mail kryminalnatalerzu@gmail.com, w tytule wpisz konkurs Wina. Na nadesłanie adresu czekam 3 dni.

Wszystkim pozostałym uczestnikom serdecznie dziękuję za wzięcie udziału w konkursie i zachęcam do obserwowania bloga, bo na pewno na tym jednym się nie skończy 😊

Zapraszam też na mój profil na FB oraz IG - niedługo ruszą tam  rozdania z tym tytułem!


października 03, 2019

"Somebody to love" Matt Richards, Mark Langthorne

"Somebody to love" Matt Richards, Mark Langthorne

Autor: Matt Richards, Mark Langthorne
Tytuł: Somebody to love. Życie, śmierć I spuścizna Freddiego Mercury’ego
Tłumaczenie: Robert Filipowski
Data premiery: 30.07.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 496


„Somebody to love” to biografia Freddiego Mercury’ego wydana po raz pierwszy w Anglii 3 lata temu, w 2016 roku. Jej autorzy – Matt Richards i Mark Langthorne napisali wcześniej razem już jedną biografię dotyczącą osoby Michaela Jacksona, teraz wzięli na warsztat postać Mercury’ego. Richards to reżyser filmowy, który ma na swoim koncie wiele dokumentów. Langthorne, przed objęciem funkcji prezesa w znanym domu modowym, był blisko związany z przemysłem muzycznym.

Książka „Somebody to love” składa się z prologu, czterech części i epilogu. Na samym końcu książki znajdziemy też bogatą bibliografię. Części podzielone są na 53 rozdziały, kilka z nich jest tytułowanych. Styl autorów jest prosty, bez zbędnych ozdobników, przekazują po prostu najważniejsze według nich informacje popierając je od razu odnośnikami do bibliografii.


Od razu też tutaj powiem kilka słów o wydaniu – książka ukazała się w twardej oprawie, z oryginalną okładką, która swoją drogą coś w sobie ma, niby prosta, a mocno przyciąga wzrok. W środku książki znajdziemy też dwie wkładki ze zdjęciami. Czcionka i cała oprawa tekstu jest wydana bardzo starannie, czyta się łatwo i przyjemnie. Myślę, że książkę muszę zaliczyć do jednych z ładniejszych wydań tego wydawnictwa.


Historia w książce rozpoczyna się prologiem – opisuje życie Freddiego na 2 tygodnie przed samą śmiercią. Wraz z początkiem części pierwszej zaczynają się równolegle trzy historie – historia Freddiego, a raczej Farrokha Bulsary, historia HIV/AIDS oraz historia podejścia społeczeństwa do homoseksualistów.

Dwa ostatnie tematy są bardzo obszernie opisane, napakowane wręcz informacjami. Czytelnicy mogą zaznajomić się z całą historią rozwoju wirusa HIV, skąd się wziął, jak się rozprzestrzeniał, co robiono, by go zatrzymać, czy znaleźć na niego lekarstwo. Jak podchodził do tematu rząd, co myśleli o tym ludzie. Tak samo potraktowana została historia homoseksualistów. Może nie dostajemy przeglądu od zarania dziejów, ale wszystkie nastroje, podejście do tematu od czasów urodzenia aż po śmierć Freddiego zostają bardzo wyczerpująco opisane.


Co do historii tytułowego bohatera, to autorzy głównie skupiają się na Freddiem jako na muzyku, showmanie. Jego dzieciństwo i późniejsze dorosłe życie osobiste są tylko lekko zarysowane. Poznajemy za to całą historię Queen, ich ciężkie początki, zmagania z koncertami, wytwórniami i ogólnym popytem na ich muzykę, poprzez szalone trasy koncertowe, wydawanie płyty za płytą, singla za singlem.


 Mimo tego autorzy znowu nie zagłębiają się w relacje w zespole, są tylko ogólnie określone. Za to autorzy skupiają się mocno na ostatnich latach życia artysty – opisują jak przebiegała jego choroba, dużą uwagę poświęcają na obsesję mediów na ostatnie chwile Freddiego, próbują zgadywać jakie emocje targały muzykiem. Oczywiście nie jest to wysnute z palca, mają na to potwierdzenie w postaci słów przyjaciół Freddiego, którzy spędzili z nim ostatnie chwile.
Ogólnie druga połowa książki dotyczy już czasów, kiedy Freddie zachorował, więc już nawet objętościowo widać na czym skupili się autorzy biografii.


Historię muzyka zamyka opis koncertu zorganizowanego przez pozostałych członków Queen na jego część, w którym udział wzięło wiele gwiazd ówczesnej sceny muzycznej. Dowiadujemy się też co działo się z Queen dalej. Autorzy podkreślają też jak śmierć Freddiego i nagłośnienie faktu, że tak wielki artysta umarł na AIDS, wpłynęły na badania nad chorobą i lekami pomagającymi z nią żyć. Jak postrzeganie choroby przez zwykłych ludzi, w dużej części właśnie dzięki jego śmierci, się zmieniło.


Książka wywołała u mnie dużo emocji, a szczególnie jej druga połowa. Narracja poprowadzona była mocno sugestywnie, podkreślając jak Freddie był traktowany, jak było mu ciężko, jak całe jego życie opierało się na pozorach, ale też jak bardzo kochał muzykę, jej tworzenie. Nie traktuję tego jako coś złego, w sumie wręcz przeciwnie, cieszę się, że ta druga część była nastawiona na wywoływanie dużych emocji.


Muszę jednak też zaznaczyć, że to była moja pierwsza styczność jeśli chodzi o biografię tego artysty, więc po książce spodziewałam się więcej jeśli mowa o prywatności artysty. Liczyłam na to, że poznam go bardziej jako człowieka, bo to, że Freddie Wielkim Artystą był, wiedziałam już od dawna. Oczywiście nie zmienia to faktu, że i tak dowiedziałam się bardzo dużo, a przytaczanie tytułów piosenek zmotywowało mnie do oglądania teledysków, co bardzo dopełniło tę biografię. Ogólnie jestem zadowolona z lektury, mocno mną wstrząsnęła, ale czuje niedosyt, jeśli chodzi o prywatne życie i charakter Freddiego. Rozumiem jednak, że na pewno w innych biografiach temat był już poruszany, więc takie spojrzenie na Mercury’ego wydaje mi się w pełni uzasadnione.


Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!



października 02, 2019

"Wina" Piotr Wójcik - patronacka recenzja premierowa

"Wina" Piotr Wójcik - patronacka recenzja premierowa

Tytuł: Wina
Cykl: Metropolia, tom 1
Data premiery: 02.10.2019
Wydawnictwo: Dragon
Liczba stron: 304

„Wina” to debiut kryminalny Piotra Wójcika, a zaraz pierwszy tom otwierający cykl pod tytułem „Metropolia”. Autor znany jest głównie z artykułów ekonomiczno-społecznych, publikuje je głównie w „Tygodniku Powszechnym” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Wychował się w Tychach w blokowisku, teraz mieszka w Katowicach, gdzie ulokował akcję swojej pierwszej powieści kryminalnej.

Wiosna 2018. W jednej z katowickich parafii dochodzi do brutalnego morderstwa znanego na całą Polskę księdza Antoniego Nosala. Mimo medialnej osoby sprawa wydaje się całkiem prosta, jeden z świadków widział znanego dobrze policji blokersa, gdy wybiegał zakrwawiony z kościoła. Dochodzenie obejmuje komisarz Paweł Góralczyk, który od samego początku uważa, że sprawa jednak nie może być tak prosta na jaką wygląda... Czy ma rację? Komu zależało na śmierci księdza? Kto faktycznie jest w tą sprawę wplątany?

Od strony kompozycji książka prezentuje się bardzo ciekawie. Podzielona jest na 4 dni śledztwa, które dzielą się na kilka rozdziałów. Rozdziały z kolei rozpisane są na osoby, tak że czytelnik poznaje wydarzenia z różnych punktów widzenia. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, jest kilku bohaterów, których obserwuje narrator. Styl powieści bardzo mi się spodobał, jest taki z pazurem, chwilami potoczny, nie stroni od wulgaryzmów, ale też nie szczędzi wiele ciekawych uwag. Muszę też zaznaczyć, że czasami przewija się w dialogach gwara śląska – najczęściej takie zabiegi mi się nie podobają, a tutaj było to tak dobrze wplecione w kontekst i fabułę, że w ogóle nie miałam z tym problemów. Koniecznie też muszę podkreślić same dialogi w powieści – są świetnie skonstruowane, bardzo realistyczne, dużo w nich żartów i dogryzania - mimo, że to nie komedia, nieraz parsknęłam śmiechem.

Głównym bohaterem jest wspomniany już komisarz Paweł Góralczyk. Jest to mężczyzna lekko przed 40stką, dosyć przystojny, ale też dosyć ciężki we współżyciu. Nie ma przyjaciół, jest samotnym wilkiem. Nie toleruje chaosu.
„Moją naczelną ideą jest porządek.”
Pedantyzm i rutyna pomagają mu uporać się z lękami psychicznymi, które od dawna go nękają. Wspomaga się też farmakologicznie. Na komendzie nikt z nim nie chce pracować.
„Nie znosił, gdy kluczowe działania w prowadzonej przez niego sprawie przeprowadzał ktoś inny. Nie dlatego, że nie miał zaufania do współpracowników – po prostu do siebie miał dużo większe. Nie twierdził, że inni pracowali źle, po prostu on by to zrobił przynajmniej nieco lepiej. Dlatego poboczne działania bez większych wątpliwości zlecał innym, ale nad tymi najważniejszymi chciał pełnej kontroli.”
 Są tylko dwie osoby, które cenią sobie jego zdanie – jedną z nich jest jego partnerka podkomisarz Sabina Trzmiel.

Jak wspomniałam, bohaterów powieści jest kilku. Znajdziemy tutaj jeszcze Ankę Janczak, skrytą dziewczynę, nienawidzącą przemawiać, która została liderką sprawnie działającej małej Frakcji Antyfaszystowskiej. Mamy tutaj też Marcina Wiśniewskiego, mięśniaka, który pracuje dla katowickiego biznesmena zajmującego się skupywaniem kamienic i wysiedlaniem mieszkańców. Wydarzenia poznajemy też okiem podejrzanego o morderstwo Dawida Kwieka, drobnego dilera, który nieraz miał już zatargi z prawem, a który też przeżywa pewną osobistą tragedię. Na koniec wymienię jeszcze tylko panią psycholog, do której zostaje skierowany Góral, bo jego zachowanie coraz mocniej martwi przełożonych. Każda z tych postaci jest ciekawa, ale odsłaniana bardzo powoli, z biegiem fabuły czytelnik dopiero odkrywa co postacie skrywają.

Akcja powieści jest ciekawa, muszę przyznać, że wciąga od pierwszych stron. Na pewno jest to duża zasługa narracji kilkuosobowej i świetnych dialogów, ale też sama intryga jest dobrze i solidnie zbudowana, ewidentnie mocno przemyślana. Autor bawi się trochę z czytelnikiem, jest sporo zwrotów akcji – naprawdę chciałabym powiedzieć Wam o tym trochę więcej, ale też wiem, że jeśli zdradzę jeszcze coś, to popsuję frajdę z lektury, więc to tyle o akcji 😊

Podobała mi się też atmosfera panująca w powieści. Mamy duże, pełne mieszkańców Katowice, blokowiska, stare kamienice, brudne przejścia podziemne i na środku Spodek. Jest duszno, ciasno i brudno. Wiem, że Katowice powoli się zmieniają, co też jest wspomniane w książce, ale mimo tego wydaje mi się, że autor odtworzył bardzo realnie klimat miasta.

Skoro jesteśmy przy wyglądzie miasta, to w książce poruszany jest też ciekawy temat skupu starych kamienic za niewielkie pieniądze i to, co dzieje się dalej z mieszkańcami, jak są traktowani przez nowych właścicieli. Całkiem niedawno było o tym dosyć głośno w prasie, więc jest to temat jak najbardziej aktualny, a książce został bardzo ciekawie przedstawiony.

Wspomnę jeszcze tylko o kwestii zdrowia psychicznego, która poruszana jest w książce. Główny bohater ma pewne problemy, które próbuje rozwiązać farmakologicznie. Co przynosi efekt, ale krótkotrwały. Na dalszą metę jednak się to nie sprawdza, swoje problemy trzeba przepracować, trzeba porozmawiać i uwolnić się od poczucia winy. Bardzo mi się to podobało, co prawda po przeczytaniu książki nie wiem czy potrafię lubić głównego bohatera, ale to w sumie dobrze. Nic nie jest czarno-białe, nikt nie jest albo dobry albo zły.
„Wina, która nie wyszła na światło dzienne, może zatruć relacje na całe życie.”
Podsumowując, jestem całkowicie zadowolona z lektury. To jest rasowy kryminał, nie ma tutaj żadnych zbędnych wątków czy tematów. Jest zbrodnia, trup i rzetelne dobre dochodzenie. Postacie są ciekawe, niejednoznaczne, a akcja powieści wciąga od pierwszej strony. Jeszcze raz podkreślę, że sposób narracji był bardzo ciekawy, lubię taki podział na kilka punktów widzenia. Koniecznie jeszcze raz muszę też podkreślić jak dobre są dialogi w powieści! Naprawdę, jedne z lepszych z jakimi ostatnio się spotkałam. Jest mi też bardzo miło, że mogłam objąć tą książkę swoim patronatem.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość objęcia książki patronatem serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dragon, a autorowi za bardzo dobry kryminał!


września 27, 2019

"Kółko się pani urwało" Jacek Galiński

"Kółko się pani urwało" Jacek Galiński

Autor: Jacek Galiński
Tytuł: Kółko się pani urwało
Cykl: Zofia Wilkońska, tom 1
Data premiery: 03.04.2019
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 252
Audiobook wydany przez Bibliotekę Akustyczną, czas trwania 7h 59min, czyta Elżbieta Kijowska

„Kółko się pani urwało” to debiut literacki Jacka Galińskiego. Autor, prócz pisarstwa, zajmuje się jeszcze scenopisarstwem, jest wielkim miłośnikiem sportu i sztuk walki. 13 listopada ma się ukazać druga część przygód Zofii Wilkońskiej, a sam autor mówi, że cykl planuje na od 3 do 5 tomów, później jednak zamierza zostać w tym gatunku literackim jakim jest komedia kryminalna. Postacią Zofii Wilkońskiej autor chciał podkreślić ciężkie życie emerytów oraz sprawić, by czytelnicy utożsamiali z bohaterką wszystkie staruszki napotkane na drodze. Czy mu się to udało?

„Kółko się pani urwało” to historia starszej pani Zofii, opowiedziana jej oczami. Emerytka żyje skromnie, od emerytury do emerytury, a i tak pieniędzy jej w sumie nie starcza. Pewnego dnia, gdy wraca do mieszkania po próbie upolowania kurczaka na promocji, okazuje się, że ktoś się włamał. Drzwi wyważone, mieszkanie przewrócone do góry nogami, oszczędności życia na spadek dla wnuka zniknęły. Zofia zgłasza sprawę na policję, ale widząc ich ociąganie i brak przyrzeczenia o znalezieniu sprawcy, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i samodzielnie wytropić złodzieja. Tym bardziej, że już ma mocne przypuszczenia co do jego tożsamości....

Od strony kompozycji książka podzielona jest na 13 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego, narratorem jest Zofia, przez co czytelnik patrzy na świat jej oczami oraz poznaje wszystkie jej myśli.

Główna bohaterka niestety nie zyskała mojej sympatii. To okropne, hipkrytyczne babsko, które nie tylko nie zna wartości pieniądza, ale i ocenia każdego napotkanego człowieka praktycznie nawet zanim go zobaczy. Według niej inni są źli, tylko ona jest ta jedna dobra i wyrozumiała. Kiedy coś chce to musi to dostać, lubi robić z siebie ofiarę, a jak tylko ktoś się do niej odezwie, to od razu na niego naskakuje. Szczerze, jeśli miałabym na wszystkie staruszki patrzeć jak na Zofię, to raczej nie mogłabym wyjść z domu.

Prócz Zofii poznajemy także jej syna, sąsiada i policjanta. Sąsiad przejawia kolejne niezrozumiałe zachowania – na każdym kroku płaszczy się przez Zofią, ona na niego warczy i w ogóle zachowuje się okropnie, a on i tak dalej jej się podlizuje. Kompletnie tej relacji nie zrozumiałam.

Autor w swojej książce porusza problemy osób starszych, jak niskie emerytury, problemy z wizytami u lekarza czy brak zainteresowania dzieci ich losem. Ogólnie oczywiście popieram uświadamianie społeczeństwa i nagłaśnianie problemów, ale tutaj wszystko było oklepane i w najlepszym razie nijakie.

Drugim tematem poruszanym w książce jest reprywatyzacja starych kamienic. Autor nagłaśnia problem, ukazuje że nie zawsze dzieje się to zgodnie z prawem, a później to mieszkańcy cierpią. I tutaj znowu – pomysł dobry, z wykonaniem gorzej. Ten temat jest ostatnio bardzo popularny w polskie literaturze, więc dostałam tu powtórkę z tego co już było.

Na koniec przejdźmy do kategoryzacji tej lektury. Jej przesadna promocja głosiła, iż jest to komedia kryminalna. Autor sam na jednym ze swoich profili głosił, iż ludzie mówią na niego Chmielewska w spodniach. No cóż, ciężko mi w to uwierzyć. Książka dla mnie była mocno irytująca i kompletnie nieśmieszna. Ani razu nawet się nie uśmiechnęłam. Starałam się, chciałam ją dobrze przyjąć – niestety nie miałam na to szans. Zastanawiam się co z drugą częścią, ale wydaje mi się, że nie ma szans, żeby autor podniósł poziom na tyle, by mogła mi przypaść do gustu.

Moja ocena: 3/10

września 26, 2019

"Pamiętnik księgarza" Shaun Bythell

"Pamiętnik księgarza" Shaun Bythell

Autor: Shaun Bythell
Tytuł: Pamiętnik księgarza
Tłumaczenie: Dorota Malina
Data premiery: 19.06.2019
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 388

„Pamiętnik księgarza” to dziennik obejmujący roczny zapis Shauna Bythell, antykwariusza z Wigtown w Szkocji. Shaun, rudy okularnik po 40stce, 13 lat temu pod wpływem impulsu odkupił od pewnego starszego pana antykwariat. W tej książce przedstawia czytelnikom wycinek z życia nie tylko antykwariatu, ale i własnego prywatnego.

Wigtown to mała miejscowość w Galloway w Szkocji. Miasteczko słynie ze swojego corocznego festiwalu książki (Wigtown Book Festival), który odbywa się zawsze pod koniec września. W Wigtown istnieje także takie coś jak Open Book – czyli księgarnia, którą prowadzą wolontariusze, by przekonać się jak to jest prowadzić tego typu biznes. Jej „wynajmowanie” jest czasowe, przeważnie na miesiąc lub kilka. Open Book cieszy się ogromną popularnością, rezerwacje trzeba składać co najmniej z ponad rocznym wyprzedzeniem.

Sam antykwariat The Book Shop znajduje się w starym wiktoriańskim domu. Poniżej znajdziecie jeden z filmików, o których pisał autor w swojej książce, na którym widać rozmiary tego antykwariatu. Bardzo stylowe i klimatyczne miejsce.


Od strony kompozycji książka podzielona jest na miesiące, te na dnie. Przygodę w The Book Shop zaczynamy 5 lutego 2014 roku, kończymy 4 lutego 2015. Książkę zamyka epilog, który autor dopisał niecałe dwa lata później, przed samym jej wydaniem.
Każdy miesiąc otwiera cytat z książki George’a Orwella pt. „Bookshop memories” z 1936 roku, do którego autor zawsze krótko się odnosi podkreślając podobieństwa lub różnice w pracy antykwariusza. Później dostajemy codzienne wpisy, rozpoczynające się od wypisania liczby internetowych zamówień, a kończące na liczbie klientów oraz wysokości gotówki w kasie. Wpisy są bardzo różnej długości, dotyczą pracowników antykwariatu, jego klientów, intrygujących tytułów książek oraz codzienności Shauna – gdzie był, co robił. Wiele też miejsca poświęcone jest na wyprawy po książki, które przeważnie autor skupuje z prywatnych zbiorów (z masy spadkowej).

Styl książki jest dosyć specyficzny i, z tego co widzę, nie każdemu przypada do gustu (bardzo różne oceny książki). Dla mnie akurat styl narracji był strzałem w dziesiątkę – to takie spokojne wyrywkowe obserwowanie rzeczywistości z mocno sarkastycznymi uwagami bibliofila, który rozczarował się życiem antykwariusza. Jak sam przyznaje, przez tą pracę, książki raczej straciły u niego na magiczności, teraz są po prostu towarem, który musi przewieźć, spakować, rozpakować, wycenić, wystawić online, ułożyć na półkę itp. Humoru w książce jest dużo, ale jest on bardzo gorzki, czarny. Jednak, by nie było tak mrocznie, muszę podkreślić, że Shaun ma się całkiem dobrze, mimo różnych biznesowych problemów, wygląda na to, że życie wiedzie całkiem przyjemne i spokojne, a i bardzo dba o to, by jego biznes się ciągle rozwijał.

Shaun dużo uwagi poświęca na opisanie aktualnej kondycji antykwariatów. Jest to dosyć niszowy już biznes, antykwariusz musi walczyć nie tylko z księgarniami stacjonarnymi oferującymi nowości, ale z takimi gigantami internetowymi jak Amazon, na którym jest przeogromna liczba książek w bardzo niskiej cenie. Antykwariatom także wiele problemów sprawia digitalizacja – teraz większość książek dostępna jest w postaci ebooka, więc coraz mniej osób sięga po papierową książkę. To wszystko składa się na bardzo mały popyt, na szczęście ciągle nie brakuje ludzi, którzy kochają papierowe książki i zaglądają do antykwariatów.
„Właściwie to zastanawiam się, dlaczego zamawia książki u mnie, skoro łatwiej mógłby zrobić to na Amazonie. Może nie ma komputera. Może nie chce go mieć. A może jest przedstawicielem wymierającego gatunku ludzi, którzy wiedzą, że jeśli chcą, żeby księgarnie przetrwały, muszą je wspierać.”
Prócz życia kręcącego się wokół książek, autor opisuje też swoje życie w miasteczku, które, muszę przyznać, brzmi sielsko. Autor wiele czasu spędza na wycieczkach rowerowych, żeglowaniu, wędkowaniu czy po prostu pływaniu w morzu. Za domem na przepiękny ogródek, w którym uwielbia spędzać czas. Wraz z biegiem roku i porami roku autor obserwuje zmieniającą się naturę, dostrzega np. małe kijanki w stawie czy ptaki wijące gniazda w jego dobudówce. Wszystko to składa się na obraz bardzo spokojnego życia blisko natury, którego nie są w stanie nawet zaburzyć problemy z The Book Shop.

Shaun poświęca też dużo uwagi na ludzi. Opisuje swoich stałych klientów, przytacza ich słowa, opowiada o swoich relacjach z pracownikami.
„Można powiedzieć, że jest dość elegancki (pan Deacon), bo ma dobrze skrojone ubrania, tyle że nie nosi ich jak należy: nie zwraca uwagi na takie szczegóły jak poły koszuli, guziki czy rozporki. Wygląda to tak, jakby ktoś załadował jego ubrania do armaty, potem je na niego wystrzelił, a one jakoś przylgnęły i tak już zostały.”
 W tamtym czasie w antykwariacie pracowała bardzo ekscentryczna Nicky, której osoba bardzo mocno ubarwia cały pamiętnik. Shaun też jest mocno ekscentryczny, więc każdy opis ścierania się ich osobowości jest bardzo zabawny i oryginalny.

Ogólnie bardzo przyjemnie spędziłam czas z tą książką. Kocham wszystkie książki o książkach, a tutaj jeszcze sarkastyczny humor autora bardzo wpasował się w mój własny. „Pamiętnik księgarza” to świetna odskocznia od codziennych lektur, lekka i przyjemna. Mam nadzieję, że na naszym rynku szybko pokaże się i druga książka autora, tym razem zatytułowana „Confessions of a Bookseller (wyznania księgarza), która na rynku angielskim ukazała się w tym roku.

Moja ocena: 7/10

Książka trafiła do mojej biblioteczki dzięki portalowi czytampierwszy.pl



września 25, 2019

"Helter skelter" Vincent Bugliosi, Curt Gentry

"Helter skelter" Vincent Bugliosi, Curt Gentry

Autor: Vincent Bugliosi, Curt Gentry
Tytuł: Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood
Tłumaczenie: Mirosław P. Jabłoński
Data premiery: 09.07.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 660

„Helter skelter” to książka wydana w Stanach w 1074 roku przez prokuratora Vincenta Bulgiosi oraz pisarza Curta Gentry. Rok później, w 1975 roku, otrzymała nagrodę Edgara Allana Poe, a w 1976 roku została zekranizowana. W Polsce pierwszy raz ukazała się dopiero w 1999 roku, a teraz, dokładnie 50 lat po dokonanych morderstwach, z okazji premiery filmu Tarantino „Pewnego razu... w Hollywood” ukazało się jej wznowienie. To porządny kawał literatury faktu, skupiający się na morderstwach dokonanych przez Rodzinę Mansona, a szczególnie na morderstwie 7 osób – piątki z 9 sierpnia 1969 roku: Sharon Tate, Jaya Sebring, Wojtka Frykowski, Abigail Folger oraz Stevena Parent oraz małżeństwa z nocy później: Rosemary i Leno LaBianca, za które 5 członków Rodziny, w tym sam Manson, zostali skazani na karę śmierci.

Książka od strony kompozycji składa się z 8 części, epilogu, posłowia oraz spisu osób uczestniczących w sprawie. Pierwsze dwa rozdziały pisane są bezosobowo i skupiają się na morderstwach i policyjnym dochodzeniu, w kolejnych rozdziałach ujawnia się w końcu autor, Vincent Bugliosi, który był głównym oskarżającym w sprawie Mansona. Autor przeprowadza czytelnika przez własne dochodzenie oraz relacjonuje cały przebieg procesu sądowego, by na końcu 25 lat później, opisać pokrótce dalsze losy wszystkich powiązanych z tą zbrodnią. Każda z części opatrzona jest dokładną datą, a dodatkowo w każdej z nich dostajemy podział na dni/tygodnie/miesiące.
„Był to najdłuższy proces w sprawie o morderstwo w historii Ameryki, trwał bowiem dziewięć i pół miesiąca. Był też najdroższy (kosztował w przybliżeniu milion dolarów), najbardziej nagłośniony przez media, a sędziowie przysięgli spędzili w odosobnieniu więcej niż jakakolwiek inna ława przysięgłych, tzn. dwieście dwadzieścia pięć dni. Same protokoły sądowe liczyły dwieście dziewięć tomów, co dawało trzydzieści jeden tysięcy siedemset szesnaście stron, w przybliżeniu osiem milionów słów – minibiblioteka.”
Styl narracji jest bardzo przyjemny, książkę czyta się szybko, jak dobry kryminał. Autor naprawdę potrafi zaciekawić czytelnika, ja przed lekturą tej książki nie wiedziałam za wiele na temat Rodziny Mansona i popełnionych przez nich morderstw, więc książka naprawdę mocno mnie zainteresowała.

Autorem i zarazem narratorem, przedstawiającym historię ze swojego punktu widzenia jest Vincent Bugliosi. W chwili dostania tej sprawy był zastępcą głównego prokuratora, miał 35 lat, a na sto prowadzonych spraw przegrał dosłownie jedną. Był to nie tylko dobry prawnik, ale i bardzo dokładny śledczy. W sprawę zaangażował się na całego, nie pozwolił sobie na zlekceważenie najmniejszego szczegółu.
„... sprawą Tate – LaBianca będziemy żyć przez niemal dwa lata, że będę ślęczał nad nią siedem dni w tygodniu, pracując średnio po sto godzin tygodniowo, rzadko kładąc się spać przed drugą w nocy. Nie wiedzieliśmy, że chwile podczas których Gail, dzieci i ja będziemy razem, zostaną obdarte z prywatności, bo nasz dom zamieni się w fortecę, a ochroniarz nie tylko zamieszka z nami, ale w związku z groźbą Charlesa Mansona, że „zabije Bugliosiego”, nie będzie odstępował mnie na krok.”
Autor książki nie zaniedbuje każdego szczegółu. Opisuje dokładnie całe policyjne dochodzenie, szczegółowo odtwarza jego przebieg, pozornie obiektywnie, jednak nie szczędzi wytykania błędów i niedopatrzeń policji. Niemniej jednak nieraz podkreśla, że nie chce obarczać winą kolegów.
 „W literaturze miejsce zbrodni porównywane jest często do obrazkowej układanki. Jeśli ktoś jest wystarczający cierpliwy i nie ustaje w wysiłkach, ułoży w końcu wszystkie kawałki we właściwych miejscach. Policyjne wygi mają na tę sprawę inny pogląd. Wolą porównanie do kilku układanek, z których na dodatek nawet żadna nie jest kompletna. Nawet jeśli pojawia się jakieś rozwiązanie, to pozostają zbędne kawałki – dowody, które do niczego nie pasują. A niektórych fragmentów zawsze będzie brakować.”
Taką samą uwagę poświęca na dokładne przedstawienie przebiegu procesu, a wcześniej własnego śledztwa, które jeszcze raz, po policji, samodzielnie przeprowadzał. Bogliosi podkreślał, że zawsze stara się samodzielnie przesłuchać świadków, bo bardzo często potrafi z nich wyciągnąć więcej niż policja, co też na kartach książki nieraz udowadnia.

Prócz dokładnego otworzenia przebiegu wydarzeń z 9 i 10 sierpnia 1969 roku, autor skupia równie wielką uwagę na znalezieniu motywu zbrodni. W końcu była to zbrodnia bardzo nietypowa – dokonana przez 4 osoby, którym przywódca, Manson, zlecił jej wykonanie. Wielkim wyzwaniem było udowodnienie, że bez Mansona, zbrodnie nie zostałyby popełnione, że to on za nimi stoi, ponosi za nie największą odpowiedzialność, mimo że nie dokonał ich własnoręcznie, a nawet 9 sierpnia nie było go na miejscu zbrodni.
„Pisarze sugerują czasami istnienie „zbrodni bez motywu”. Nie spotkałem się nigdy z takim fenomenem i jestem przekonany, że nie istnieje. Motyw może być niekonwencjonalny; oczywisty tylko dla zabójcy, sprawca może w duże mierze nie uświadamiać sobie jego istnienia – ale każda zbrodnia zostaje popełniona z jakiego powodu.”
Autor wielką wagę przykłada do tego, by jak najrzetelniej przedstawić Rodzinę Mansona, wszystkie jej zależności i sposób funkcjonowania. Wręcz niepojęte jest, że jedna osoba mogła uzyskać taką władzę nad innymi ludźmi, podkreśla, że Manson był człowiekiem niezwykle inteligentnym, potrafiącym przekonać innych do własnego zdania, poglądów, tak by i oni uznali je za własne.
Kilka razy porównuje wręcz Mansona do Hitlera, wykazuje, że obydwoje mieli ze sobą wspólnego. I robi to w sposób bardzo przekonujący.

Zastanawia się też nad fenomenem Mansona. Podkreśla, że sam proces i całe zamieszanie z nim i z samymi zbrodniami związane, wzbudziło chyba najgłośniejszy rozgłos w mediach i w ogóle w popkulturze. Pomijając zainteresowanie mediów podczas procesu, autor podkreśla ilość fanów Mansona, przytacza muzyków, którzy się na nim wzorowali, podkreśla ile filozofia i podejście Mansona ma wyznawców. Trochę jest to przerażające.
„Wydaje się niepojęte, że postawiony w stan oskarżenia masowy morderca może zostać bohaterem kontrkultury, ale tak właśnie się stało w wypadku Mansona – dla niektórych był idolem.”
Podsumowując, książka jest faktycznie bardzo dobrym kawałkiem literatury faktu. Ilość szczegółów i wątków przez nią poruszanych jest ogromna, jednak jest to przedstawione w bardzo czytelny i interesujący sposób.
W tym roku teoria Bogliosiego dotycząca motywu popełnienia zbrodni została obalona przez Toma O’Neilla, nie umniejsza to jednak tej pozycji. Myślę, że nawet dla tych, co tak jak ja, wcześniej nie wiedzieli za wiele na ten temat, książką będzie naprawdę interesującą, godną uwagi pozycją.

Na koniec jeszcze powiem krótko o wydaniu książki – mimo że książka wydana jest w miękkiej oprawie, to jest to wydanie porządne – grzbiet, mimo objętości, się nie łamie. Dokładnie w połowie książki znajduje się też wklejka ze zdjęciami z miejsca zbrodni jak i sali sądowej, a także późniejszego więzienia. Jednak mam też mały zarzut do wydania – książka wydana została małą czcionką, co jest dosyć uciążliwe podczas czytania. Jej lektura zajęła mi 4 dni i naprawdę czytając miałam wrażenie, że w ogóle nie posuwam się do przodu. Przeczytanie strony zajęło mi średnio o połowę dłużej niż normalnie i winą obarczam za to nie sam tekst, a właśnie małą czcionkę. Szczerze wolałabym, żeby książka liczyła nawet tysiąc stron, ale z większą czcionką, która nie przysparzałaby problemów przy czytaniu. Drugi minus to tusz lub papier, nie wiem co za to odpowiada, ale przy mocniejszym naciśnięciu palcem na stronę, tekst się rozmazuje. Nie wiem czy to tylko mój egzemplarz, czy może jest to problem powszechny, ale podczas tak długiej lektury, to dosyć irytująca sprawa.

Pomijając te dwie kwestia dotyczące wydania, to cieszę się, że miałam okazję tę książkę przeczytać. Wcześniej niewiele na ten temat wiedziałam, teraz mam ochotę swoją wiedzę dalej pogłębiać. Zawsze interesowała mnie psychologiczna strona morderstw, więc i tutaj fascynujące dla mnie były relacje Rodziny i cała filozofia Mansona. Do tego całość przedstawiona jest w bardzo prostej zrozumiałej relacji, co zaliczam na ogromny plus.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!