stycznia 09, 2020

"Co mówią zwłoki" Sue Black

"Co mówią zwłoki" Sue Black

Autor: Sue Black
Tytuł: Co mówią zwłoki
Tłumaczenie: Adam Wawrzyński
Data premiery: 02.10.2019
Wydawnictwo: Feeria Science
Liczba stron: 416

Autorka książki „Co mówią zwłoki” Sue Black jest jednym z wiodących antropologów sądowych na świecie. Czym dokładnie zajmuje się antropolog sądowy? W skrócie badaniem kości. Na ich podstawie może wywnioskować wiele cech, którymi charakteryzował się żyjący człowiek, a co ważniejsze, dzięki ich zbadaniu często jest w stanie określić jak zginął. Sue Black wywodzi się ze Szkocji, liczy sobie niecałe 60 wiosen i na swoim koncie ma naprawdę pokaźną sumę osiągnięć. Wydała wiele publikacji naukowych, a teraz skusiła się, by napisać książkę o sobie, o swoim zawodzie, swoich doświadczeniach ze śmiercią. Dlaczego ją napisała? Jak sama przyznaje w posłowiu, głównie dla swoich córek, by pozostawić dla nich po sobie ślad, by mogły ją lepiej zrozumieć.

Książka składa się z wstępu, 13 rozdziałów oraz epilogu. Sue Black snuje swoją opowieść stylem bardzo przyjemnym w odbiorze, nawet gdy ucieka się do naukowych zagadnień, tłumaczy je w sposób bardzo przystępny dla laika. Autorka ma bardzo lekkie pióro, nie szczędzi czytelnikowi humoru, czym często udaje jej się rozładować naprawdę ciężkie tematy. Książka we mnie wzbudziła masę emocji, prócz wspomnianego parskania śmiechem, były też łzy, złość i niedowierzanie.



W tych trzynastu rozdziałach autorka porusza bardzo różne tematy. Ja sięgając po lekturę spodziewałam się dokładnych opisów dotyczących jej dnia pracy, może też kilku ciekawszych zagadnień z policyjnych śledztw. Dostałam jednak całkiem co innego. Z początku byłam zdziwiona i, nie będę ukrywać, lekko rozczarowana, jednak z biegiem lektury trochę oczekiwanych zagadnień prześlizgnęło się do tekstu, a dodatek personalny, prywatne wspomnienia i przemyślenia autorki na pewno dodały lekturze głębi. Teraz przy pisaniu recenzji, sprawdziłam jednak jak brzmi oryginalny tytuł i wydaje mi się, że tej rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami co do lektury a samymi wrażeniami z niej można było uniknąć. Po angielsku książka zatytułowana jest „All that remains: a life in death”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Wszystko co zostaje: życie w śmierci”. Myślę, że ten tytuł dużo lepiej oddaje ducha całej książki, od razu sugeruje rozważania na temat życia i śmierci oraz innych zbliżonych tematów.

Co faktycznie dostajemy w tej książce? Wiele prywatnych doświadczeń autorki – Sue Black opisuje jak została antropologiem, wspomina swoje pierwsze sekcje, a głównie podkreśla jak wiele nauczył ją dawca, który zdecydował się na przekazanie swojego ciała na cele naukowe, a na którym ciele razem z partnerem laboratoryjnym uczyli się ludzkiej budowy przez rok. W ciągu całej lektury Black kilka razy powraca do tematu ofiarowania ciała na cele naukowe, podkreśla jak ważne jest, by lekarze i przyszli antropolodzy na początku swojej kariery mieli styczność z prawdziwym ludzkim ciałem – tylko tak są w stanie nauczyć się dokładnie zawodu, a tym samym mogą w przyszłości nie tylko pomóc innym, ale i zmienić oblicze medycyny. Co ważne, autorka cały czas podkreśla, że wszystkie te darowizny traktują z ogromnym szacunkiem, a po skończonej pracy szczątki spalają i organizują im nabożeństwo żałobne.



Sue opowiada też sporo o własnych doświadczeniach śmieci – o swoim dziadku, ojcu, matce, co wtedy czuła, czego  żałuje i jakie te sytuacje wywołały przemyślenia.

Muszę powiedzieć, że autorka przez połowę książki ukrywa jak wiele zrobiła dla rozwoju antropologii oraz w jak wielu przypadkach po prostu pomogła bliskim odnaleźć ciała ich zmarłych. Dopiero w drugiej połowie przyznaje się, że była w Kosowie po wojnie o tej ziemie pomiędzy Turkami a Serbami z końca XX wieku. Pomagała w identyfikacji ofiar tsunami w Tajlandii z 2004 roku. Napisała przełomową książkę dotyczącą rozwoju kości dziecka. Pomogła w ogromnej liczbie spraw policyjnych dotyczących morderstw. Zmusiła rząd brytyjski do wprowadzenia procedur DVI (identyfikacja ofiar katastrofy) oraz jako pierwsza w Anglii i Szkocji zmieniła sposób trwałego przechowywania zwłok – już nie napełnia się ich formaliną, a specjalnym związkiem ‘solankowym’, dzięki czemu zwłoki są bardziej podobne do prawdziwych żywych ciał. Opracowała nowy sposób na identyfikacje pedofilów wykorzystując do tego rozkład żył w dłoniach, co jak się okazuje, jest równie indywidualną cechą co odcisk palca czy wygląd małżowiny usznej. Oczywiście prócz tych wszystkich i pewnie jeszcze większej liczby zasług, o których nie wspomniała, autorka ciągle naucza na szkockim uniwersytecie, a nauczanie ewidentnie ma we krwi. Ci, którzy mogą się od niej uczyć, myślę że dostępują naprawdę wielkiego zaszczytu.

Dodatkowo autorka wzbogaca tą lekturę własnymi przemyśleniami na temat życia i śmierci, z którymi jak najbardziej się zgadzam. Podkreśla, że strach przed śmiercią jest niepotrzebny, w końcu nie ma na świecie nic pewniejszego niż śmierć. Ważne by wykorzystać czas życia najlepiej jak potrafimy, a śmierć potraktować po prostu jako ten ostatni, zwieńczający wszystko etap.

Szczerze jestem z lektury zadowolona. Sporo się dowiedziałam o budowie ciała człowieka, o pracy antropologa sądowego, o postępowaniu w sytuacji katastrofy. Rozmyślałam razem z autorką o znaczeniu życia i śmierci, śmiałam się i płakałam nad jej opisami własnych doświadczeń. Myślę, że wszyscy, których choć trochę interesuje natura, człowiek i kryminologia oraz nie stronią od rozmyślań na określające nasze życie tematy, będą zadowoleni.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Feeria Science!

stycznia 06, 2020

"Morderstwo na święta" Francis Duncan

"Morderstwo na święta" Francis Duncan

Autor: Francis Duncan
Tytuł: Morderstwo na święta
Cykl: Mordecai Tremaine, tom 2
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
Data premiery: 26.11.2018
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 312

Z książką „Morderstwo na święta” wiąże się całkiem ciekawa historia, którą dokładniej opisałam już w maju 2019, przy premierze pierwszego tomu cyklu o detektywie Mordecai Tremaine pt. „Morderstwo ma motyw” – klik! Tutaj przypomnę tyle, iż książka pierwotnie ukazała się w 1949, a w 2015 została odkryta na nowo, jednak poszukiwania jej prawdziwego autora sprawiły wydawcom nie lada wyzwanie. Autor cyklu o Tremaine żył do 1988 roku, jednak pisał tylko do lat 50. Na swoim koncie ma ponad 20 tytułów, z czego w Wielkiej Brytanii wznowionych zostało jak na razie tylko 5. Mam nadzieję, że ta liczba szybko się powiększy oraz, że polski wydawca szybko przetłumaczy pozostałe 3 dostępne na ten moment tytuły. Mnie ten cykl oczarował już przy pierwszym tytule, teraz, podczas lektury drugiego, moja miłość się tylko utrwaliła 😊

Akcja „Morderstwa na święta” toczy się w starym szlacheckim dworku na odległej angielskiej prowincji. Właściciel, Benedict Grame niedawno odkupił posiadłość od prawowitego właściciela, który nie był w stanie odrestaurować posiadłości. Grame, starszy pan ze sporym majątkiem, nie miał z tym problemu i teraz zaprosił do swojej posiadłości kilku gości, by razem spędzić święta Bożego Narodzenia w ‘starym’ stylu. Jest duża choinka, gospodarz dba o aktywności dla gości, a sam w noc Wigilii przebiera się za świętego Mikołaja i rozwiesza na choince prezenty. Brzmi baśniowo, prawda? Jednak mieszkańcy dworku tak się nie czują. Sekretarz Grame’a Blaise jest przekonany, że Grame’owi grozi jakieś niebezpieczeństwo. Tak samo dziwny niepokój odczuwa mieszkanka dworku, wychowanka przyjaciela, piękna i młoda Denys Arden. Z tego powodu zaproszenie na święta dostaje Mordecai Tremaine. Blaise w tajemnicy prosi go o rozwiązania zagadki, zanim będzie za późno... Czy Mordecai zdąży zanim morderca wprowadzi w życie swój plan? Kto jest zagrożony, a kto grożącym?

Kompozycyjnie książka składa się z prologu i 18 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Styl powieści jest czarujący. Spokojny, klimatyczny, starodawny. Pierwsze kilka stron z tego powodu może czytać się trochę dziwnie, jednak szybko te wrażenie znika i czytelnik może się delektować cudowną atmosferą starego klasycznego brytyjskiego kryminału.

Akcja powieści toczy się w czasie świąt, więc i atmosfera jest bardzo świąteczna. Za oknami śnieg, w środku, w dużym reprezentacyjnym pokoju stoi ogromna choinka, a bohaterowie nastawieni są na świętowanie. Ta atmosfera oddana jest tak szczegółowo, że czytając czułam się jakbym tam była. Właściciel lubi przepych, lubi świętować hucznie i chce święta w, jak narrator to określa, ‘dickensowskim’ stylu.

Gości, a zarazem bohaterów mamy trzynastu. Główną postacią jest oczywiście detektyw amator Mordecai Tremaine. To starszy pan na emeryturze, który przez cały życie fascynował się kryminologią, a teraz w końcu może ze swojej wiedzy zrobić użytek. Jego nazwisko jest już trochę znane, w wakacje rozwiązał jedną sprawę morderstwa (z pierwszego tomu), o czym pisały gazety. To dobry, uczuciowy, wierzący w miłość i dobroć człowiek, który, mimo że sam nie założył rodziny, uważa, że największy dar, to miłość pomiędzy dwojgiem ludzi. Mordecai jest też wyśmienitym obserwatorem, dostrzega małe niuanse w zachowaniu innych, które dla pozostałych są niewidoczne. Jest mistrzem dedukcji, a ze swojej wiedzy potrafi zrobić pożytek.
Poza detektywem, świętować razem z Grame’m ma małżeństwo w średnim wieku, które na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. Dwie piękne kobiety, o urodzie skrajnie odmiennej. Najbliższy przyjaciel Benedicta, a zarazem opiekun Denys. Jest też wspomniany już sekretarz, siostra Grame’a oraz pewien naukowiec, który ewidentnie świąt nie lubi. Znany polityk oraz samotny mężczyzna, który jak się szybko okazuje, również jest na utrzymaniu Grame’a. Do towarzystwa dołącza też młody człowiek, który w Danys jest szaleńczo zakochany. Wszyscy wymienieni są obecni w kluczową noc dla dalszych wydarzeń powieści, przez co z zagadka nosi znamiona tak zwanego ‘zamkniętego pokoju’.

Akcja powieści jest poprowadzona spokojnie ale ciekawie. Autor dokładnie wie, jak przyciągnąć uwagę czytelnika i utrzymać delikatne, przyjemne napięcie przez całą lekturę. Zakończenie jest mocno zaskakujące, sama nigdy bym na takie rozwiązanie nie wpadła.

Ogólnie jestem lekturą oczarowana. Świetny, dawny styl (ukłony dla tłumacza!), uroczy starszy detektyw i ciekawa, wciągająca zagadka gwarantują przyjemne kilka godzin lektury. Przyznam się, że podczas czytania było mi tak miło i przyjemnie, że cały czas się uśmiechałam 😊 Duncan zdecydowanie trafia na listę moich ulubionych autorów, a Tremaine bohaterów. Uwielbiam tego starszego pana! Mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na kolejną część!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

stycznia 04, 2020

Likier piernikowy

Likier piernikowy

Co może być lepsze niż własnoręcznie przygotowane prezenty? Likier piernikowy to idealna propozycja dla dorosłych! A i po świętach dobrze się ugościć takim smakołykiem :) Kremowy, gęsty i po prostu przepyszny! Świetny zamiennik ciasteczka do kawy ;)

Składniki (na 700ml):
  • 200ml złotego rumu
  • 2 duże łyżki nutelli
  • 400ml śmietanki 36%
  • 2/5 szklanki cukru pudru
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika (u mnie firma prymat)


Przygotowanie:
Przygotowujemy mikser i miskę. Do miski wkładamy nutellę i stopniowo dolewamy rum mieszając mikserem na niskich obrotach tak by nie było grudek. Dolewamy śmietankę, mieszamy. Dodajemy cukier puder i przyprawę i mieszamy ponownie. Przelewamy do butelki i gotowe!

Likier przechowujemy w lodówce, przed podaniem wstrząsnąć.

Źródło przepisu: kurkanielotka.pl

stycznia 03, 2020

"Dom tajemnic" Alek Rogoziński

"Dom tajemnic" Alek Rogoziński

Autor: Alek Rogoziński
Tytuł: Dom tajemnic
Data premiery: 18.09.2019
Wydawnictwo: Edipresse Książki
Liczba stron: 328

Alek Rogoziński to jeden z moich ulubionych autorów komedii kryminalnej, zaliczam go to tej najlepszej trójki razem z Chmielewską i Rudnicką. Na jego książki zawsze mogę liczyć, a te wydane w poprzednim roku zasługują na szczególne wyróżnienie – każda z nich trzyma dobry poziom, bawi, śmieszy i intryguje. „Dom tajemnic” to trzecia solowa książka autora wydana w roku 2019, poza nimi ukazały się jeszcze dwa opowiadania w dwóch różnych zbiorach. Na ten rok zapowiedziana już została kolejna książka pt. „Miłość ci nic nie wybaczy”. Jej premiera ma się odbyć 12 lutego, więc jest na co czekać!

„Dom tajemnic” to coś pomiędzy wielkim domem a bunkrem gdzieś na Podlasiu, w którym zamkniętych zostaje 12 celebrytów – w tym Mario i Miśka, właściciele agencji eventowej  „360 stopni”, znani już z wcześniejszych książek autora. Każdego z nich obserwują kamery, a każdego wieczoru bohaterowie dostają zagadkę do rozwiązania, co obserwują widzowie przed telewizorami. Dom pełen jest dziwnych zapadni, pułapek, klatek, nikt z uczestników nie wie co ich czeka. To coś jak Big Brother w Escape roomie. Jednak szybko się ukazuje, że dom nie jest tak bezpieczny jak wszyscy myśleli – komisarz Darski dostaje anonim, w którym szantażysta grozi śmiercią uczestnikom o ile nie dostanie 12 milionów złotych. Czy groźba jest prawdziwa? Czy szantażysta zwany „Poetą” zacznie zabijać? Jak poradzą sobie Mario i Miśka? I co w tym wszystkim znowu robią Iwka i Stefania?!

Książka od strony kompozycji podzielona jest na wstęp, spis postaci, prolog, 26 rozdziałów i epilog. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, akcja toczy się dwu a nawet trójtorowo – obserwujemy gwiazdy w Domu Tajemnic na czele z Mario i Miśką, Darskiego na komendzie jak walczy na słowa z Poetą oraz Iwkę razem ze Stefanią, które ruszają na ratunek. Styl powieści jest jak zawsze u Rogozińskiego lekki, przyjemny i zabawny. Autor wykorzystuje każdy sposób na przemycenie dobrego humoru do powieści – jest ten humor sytuacyjny, postaci oraz słowny.

Postaci w powieści mamy sporo. Wielu celebrytów uczestniczących w reality show znanych jest już z wcześniejszych książek autora. Na czele ich mamy Klaudię Hutnik, która jest równie irytująca co zawsze 😊 Jest też Pamela Sas czy Tomek Ciachorowski, który prowadzi całe show. Mario jak zawsze skupiony na własnym wyglądzie czasami zaskakuje swoją inteligencją. Iwka, jego asystentka pokazuje się trochę z innej strony – jest ciut bardziej normalniejsza niż w poprzednich książkach, chociaż ciągle jest wyróżniającym się kolorowym ptakiem. Pani Stefania, matka Miśki jak zawsze kradnie show, to rewelacyjna, zabawna postać. Nie będę może wszystkich wymieniać, wspomnę tylko jeszcze, że mamy też córkę właściciela stacji i pisarza kryminałów, więc towarzystwo jest zróżnicowane i całkiem zacne. Każdy z bohaterów nosi jakąś cechę charakterystyczną, każdy jest na swój sposób zabawny.

Co do samej zagadki to muszę przyznać, że jest intrygująca i ciekawa. Mamy trochę zwrotów akcji, a zakończenie zaskakuje. Autor we wstępie przyznał się, że zapożyczył sobie pomysł z magazynu „Detektyw”, jednak ja tej zagadki nie znam, więc też ciężko mi powiedzieć co było zapożyczone a co oryginalne. W każdym razie podobały mi się opisy wystrojów pokoi, w których bohaterowie rozwiązywali zagadki – w jednej z takich biblioteczek mogłabym zamieszkać, jeśli oczywiście pominąć morderstwo 😊 Cały Dom Tajemnic jest bardzo zgrabnie i ciekawie opisany, jestem ciekawa czy autor pisząc książkę rozrysował sobie mapkę 😊

Oprócz zabawnej i inteligentnie napisanej historii Rogoziński przemycił tu też trochę krytyki na polską rzeczywistość. Oberwało się trochę służbie zdrowia, mocno telewizji i jej prawdomówności oraz oczywiście masowej rozrywce. Podziwiam autora jak zgrabnie potrafi to wszystko wpleść w akcję i dialogi bohaterów. Nie dosyć, że uwagi są słuszne, to jeszcze bardzo zabawne.



Ogólnie jestem zadowolona z lektury. Książkę czyta się przyjemnie i bardzo szybko (za szybko!), poprawa humoru gwarantowana. Ja jestem na tak i odliczam dni do kolejnej premiery!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki!

stycznia 02, 2020

"Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne" wydanie zbiorowe

"Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne" wydanie zbiorowe

Autor: wydanie zbiorowe, 15 klasycznych brytyjskich autorów kryminałów
Tytuł: Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń, Jerzy Łoziński
Data premiery: 26.11.2019
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 328

„Cicha noc” to zbiór 15 opowiadań z gatunku brytyjskiego klasycznego kryminału. Znajdziemy tu znanych autorów tj. Doyle i Chesterton oraz kilka nazwisk, które już dawno zostały zapomniane. Opowiadania oryginalnie ukazywały się najczęściej w czasopismach pod koniec XIX i na początku XX wieku, ale niektóre z nich dopiero teraz pierwszy raz ukazały się w wydaniu książkowym. Zbiór ten złożył Martin Edwards, znany angielski badacz literatury klasyki kryminału. Każde z tych opowiadań toczy się w okolicy Świąt Bożego Narodzenia, w niektórych czas nie odgrywa większej roli, a w innych wręcz przeciwnie....

Jak wspomniałam, zbiór składa się z 15 opowiadań. Każde z nich poprzedzone jest krótką notką o autorze oraz o samym utworze. Muszę od razu przyznać, że zabrakło mi tutaj ogólnego wstępu – szkoda, że Edwards się o niego nie pokusił, byłoby to świetne połączenie utworów w jedną całość.
Opowiadania są różnej długości, każde ma swój własny styl i klimat. Oczywiście jak zawsze w takich zbiorach jedne opowiadania są lepsze, innego gorsze. Koniecznie trzeba też zaznaczyć, że wszystkie te historie pochodzą z końca XIX i pierwszej połowie XX wieku – po niektórych widać upływ czasu, w jednym opowiadaniu styl był dosyć przestarzały, ale w większości książkę czyta się bardzo przyjemnie. Myślę, że tłumacze Tomasz Bieroń i Jerzy Łoziński zrobili kawał dobrej roboty. Od razu też zaznaczę – nie zrażajcie się początkiem, po trzech średnich opowiadaniach, dostajemy kilka dużo lepszych.

Jako że jest to antologia klasycznych opowiadań kryminalnych to fani rozlewu krwi i wypływających wnętrzności, pościgów i akcji nie mają tutaj na co liczyć. Historie są spokojne, zgrabne, są morderstwa, ale największy nacisk kładzie się na dedukcję i zmysł obserwacji.
Takim zmysłem obserwacji na pewno może poszczycić się Holmes, chyba najbardziej znany detektyw na świecie, a zarazem główny bohater opowiadania A. C. Doyle’a pt. „Niebieski karbunkuł”, które otwiera antologię. Zagadka jest ciekawa, chociaż niestety muszę przyznać, że jakoś szczególnie mnie nie porwała. Jak wspomniałam kolejne dwa opowiadania też nie – „Salonowe sztuczki” R. Plummera w aktualnych czasach są już raczej ciut za naiwne, a „Szczęśliwe rozwiązanie” R. Allen będzie w pełni zrozumiałe tylko dla fanów szachów. Dalej jest już lepiej. „Latające gwiazdy” G.K. Chestertona opierają się na zagadce zamkniętego pokoju i są naprawdę wciągające i mocno klimatyczne. „Farsz” E. Wallace to historia o złodzieju, całkiem ciekawa, choć żałuję, że taka krótka. „Nieznany morderca” H. C. Bailey to jedno z najlepszych opowiadań zbioru. To historia trzech morderstw, które rozwiązuje Reginald Fortune, lekarz, chirurg, patolog i doradca do spraw przestępczości. Znajdziemy tu wszystko co w klasyce kryminału najlepsze – klimat, spokój, dużo obserwacji i dedukcji, świetną, intrygującą zagadkę, której nie sposób samodzielne rozwiązać. „Czujny skarbnik” J. J. Farjeon to kolejna dobra historia dotycząca kradzieży, podobnie jak i „Perłowy naszyjnik” D. L. Sayers, który znowu opiera się na motywie zamkniętego pokoju. „Nieoczekiwany zwrot w sprawie” M. Allingham to całkiem ciekawa historia tocząca się w starym klimatyczny dworku, w którym urządzane jest świąteczne przyjęcie. Postać detektywa tutaj jest bardzo intrygująca. Kolejne opowiadanie pt. „Figury woskowe” E. L. White to kolejne z tych najlepszych z całego zbioru. Jak sam tytuł wskazuje toczy się w muzeum figur woskowych w wigilijną noc. Dziennikarka porywa się na artykuł, który ma wytłumaczyć trzy śmierci, które wydarzyły się niedawno w tym miejscu... Świetna narracja, napięcie i dobra puenta to coś, co zadowoli każdego fana kryminału. „Herbata z mlekiem” M. Bowen jest ciekawa, chociaż chyba trochę przekombinowana, „Chińskie jabłko” J. Shearing byłoby świetne, gdyby nie styl pisarki, przez co całość czytało się po prostu ciężko. „Śnieżna zagadka” N. Blake z kolei może przywodzić na myśl „Morderstwo w Orient Expressie” A. Christie – tu też dochodzi do morderstwa, a podejrzani to osoby podróżujące w jednym przedziale pociągu. Niestety ta historia nie porywa tak jak powieści Christie. „Imię na szybie” E. Crispin nosi znamiona dobrej historii kryminalnej, ale jakoś nie wzbudziło we mnie emocji, chociaż ciężko mi powiedzieć dlaczego. Za to ostatnie opowiadanie „Świąteczny prezent” L. Bruce jest czwartym z najlepszych. Tu znowu historia toczy się podczas przyjęcia świątecznego, a całość oparta jest na zasadzie Homlesa i Watsona – tu mamy sierżanta Beefa i jego ‘kronikarza’ a zarazem narratora historii Lionela Townsend, a całość dotyczy listów z pogróżkami. Główny bohater jest rewelacyjny, aż chciałoby się poczytać więcej historii z nim w roli głównej!

Podsumowując, zbiór 15 opowiadań na pewno nie jest równy. Opowiadania są lepsze i gorsze, ale myślę, że taki urok takich zbiorów. Niemniej jednak ja znalazłam tutaj cztery perełki, a większość historii była zadowalająca i przyjemna w odbiorze. Myślę, że to dobra książka na świąteczny czas – łatwiej w święta przeczytać jedno opowiadanie niż jeden cały kryminał.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

grudnia 31, 2019

Podsumowanie roku 2019

Podsumowanie roku 2019

31 grudnia to czas, by podsumować miniony rok, wyzerować licznik i ruszyć w 2020 roku od nowa. Przynajmniej jeśli chodzi o licznik lektur :) Dla mnie rok 2019 był intensywny, między innymi dlatego, że w lutym założyłam ten blog, a już w maju zaczęłam pierwsze współprace z wydawnictwami, przez co mój wolny czas mocno się skurczył. Za to czytelniczo był bogaty jak nigdy! Rok 2019 kończę z wynikiem 172 książek - 52 tytuły to audiobooki, a 120 to książki przeczytane. Nigdy jeszcze tyle w ciągu roku nie przeczytałam, więc rok 2019 zapisuje się jako mój rekord życiowy :) Ogólnie jestem z większości lektur zadowolona, ale kilka tytułów wymaga specjalnego wyróżnienia! Uwaga, fanfary!


Książka Roku 2019
"Horyzont" Jakuba Małeckiego



Top 3 
"Horyzont" Jakuba Małeckiego
"Gambit" Macieja Siembiedy
"Nigdzie indziej" Tommy Orange



Patronaty i rekomendacje roku 2019
"Pchła" Anny Potyry
"Wina" Piotra Wójcika
"Anonimowa dziewczyna" Sarah Pekkanen, Greer Hendricks



Odkrycie roku 2019
Wydawnictwo Vesper



Na wyróżnienie zasługują także takie tytuły jak: "Kimkolwiek jesteś" Jakuba Szamałka, nowe wydanie "Upiór opery" Gastona Leroux, "Rana" Wojciecha Chmielarza, "Szwindel" Jakuba Ćwieka, "Znak kukułki" Anny Bichalskiej oraz "Zostań w domu" Agnieszki Pietrzyk. O każdej z tych książek (prócz "Kimkolwiek jesteś") znajdziecie tutaj dłuższą recenzję, a po moją opinię o książce Szamałka odsyłam na mój profil na IG, fb bądź LC. 



A teraz trochę liczbowo!
Ocenę 10/10 otrzymała 1 książka! "Horyzont" Małeckiego
Ocenę 9/10 otrzymały 4 książki! "Gambit" Siembiedy, "Nigdzie indziej" Orange, "Kimkolwiek jesteś" Szamałka i "Upiór opery" Leroux
Ocenę 8,5/10 otrzymały 4 książki! "Rana" Chmielarza, "Szwindel" Ćwieka, "Znak kukułki" Bichalskiej i "Zostań w domu" Pietrzyk
Ocenę 8/10 otrzymały 45 książki! Odsyłam na mój LC - klik (tyczy się wszystkich poniższych ocen)
Ocenę 7/10 otrzymały 73 książki!
Ocenę 6/10 otrzymało 26 książek!
Ocenę 5/10 otrzymało 10 książek!
Ocenę 4/10 otrzymały 3 książki!
Ocenę 3/10 otrzymało 5 książek!
Ocenę 2/10 otrzymała 1 książka!
Ocenę 1/10 otrzymało 0 książek!


Wygląda dobrze, prawda? Mam nadzieję, że Wasz rok 2019 też był udany, a lektury zadowalające!
Na rok 2020 życzę nam wszystkich samych dobrych tytułów i żadnych literackich rozczarowań! Oby był jeszcze bardziej udany niż rok 2019 :)

grudnia 31, 2019

"Selekcjoner" Dorian Zawadzki

"Selekcjoner" Dorian Zawadzki

Autor: Dorian Zawadzki
Tytuł: Selekcjoner
Data premiery: 01.10.2019
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 400

„Selekcjoner” to debiut literacki Doriana Zawadzkiego, wielkiego fana książek, kina i muzyki. W tej lekturze na pewno znajdziemy wiele nawiązań do jego fascynacji, jest wiele wspomnień muzycznych, a fabuła nawiązuje do kilku dawnych filmów akcji. Jednak czy to wystarczyło, by stworzyć zajmującą lekturę?

Akcja książki zaczyna się na dwa dni przed Live Aid. Późnym wieczorem gdzieś na polanie budzi się młoda naga kobieta o imieniu Faith. Nie zważając na nic rusza do pobliskiego domu, bierze prysznic, kradnie ubrania i wymyka się niepostrzeżenie wręcz na krok od właścicieli. Kieruje się do modnej restauracji, gdzie stołuje się jeden z trzech gangsterów, którzy rządzą Londynem w 1985 roku. I tu zaczyna się rzeź... Do pościgu za mordercą przydzielona zostaje sierżant Nell, która ma doktorat z kryminalistyki. To sławna śledcza, która dwa miesiące temu złapała groźnego mordercę z Greenwich, jednak nikt nie wie, że te wydarzenia ciągle kładą się na niej cieniem... Czy Nell odkryje, kto stoi za morderstwami? Dlaczego Faith zabija? I kim tak naprawdę jest?

Książka podzielona jest na prolog, 6 części i epilog. Części są tytułowane i składają się z 18 rozdziałów. Każdy z nich opatrzony jest datą i godziną wydarzeń. Całość akcji dzieje się w ciągu 3 dni, a raczej wieczorów i nocy. Narrator jest trzecioosobowy, podąża za Faith i Nell. Styl powieści jest trochę taki nijaki, dialogi mało realne, a częste wtrącenia, które miały mieć charakter uniwersalny, nadać książce sensu i mądrości, kompletnie nietrafione. Szczerze, pod koniec zaczęłam już parskać śmiechem z poczucia absurdu.

Główne bohaterki mamy dwie. Jest Faith, którą najkrócej można określić jako terminator w spódnicy. Kobieta (?) nie zna swojej przeszłości, nie ma uczuć, ma tylko misję i nie ustanie póki jej nie wykona. Naprzeciw niej staje Nell, która walczy z demonami z przeszłości za pomocą alkoholu i przygodnego seksu. Uważa się za mistrza detektywów, a końcu ma doktorat z kryminalistyki, co kilka razy jest w tekście podkreślone. Tak naprawdę nic więcej o niej nie jestem w stanie powiedzieć – jak na główną bohaterkę to nie poznałam jej za dobrze, a co za tym idzie, nie wywołała we mnie żadnych emocji.
Oczywiście mamy tutaj też kilku innych policjantów, trzech gangsterów z dziwną przeszłością, z których jeden jest maminsynkiem, a drugi ma rozdwojenie jaźni. Szczerze, nawet pisząc te słowa chce mi się śmiać. Nie wiem czy książka miała być satyrą czy po prostu pisanym, przesadzonym kinem akcji, ale do mnie kompletnie nie trafiła.

Co do samej akcji, to owszem, dzieje się dużo i jeszcze więcej. Strzelanki, pościgi, bijatyki wyskakują z każdej strony. Z tym, że większość jest bardzo nierealna, więc nie można tego odebrać na poważnie. Miałam wrażenie, że czytam scenariusz filmu kina akcji i to takiego raczej bardzo niskich lotów. Autor starał się ratować sytuację poprzez wspominane już ‘uniwersalne’ wtrącenia, które miały chyba na celu uświadomienie, że istnieje wiele światów, a każda podejmowana decyzja tworzy kolejny oraz że nie jesteśmy sami we wszechświecie. Nie miało to jednak zakorzeniania w lekturze, miałam wrażenie, że te fragmenty wyskakiwały po postu bez powodu i uzasadnienia. Naprawdę ciężko się to czytało.

Co na plus? Wydanie. Ładna (chociaż niezwiązana z treścią) okładka i duże litery sprawiły, że książkę czytało się łatwo i szybko.

Podsumowując, zdecydowałam się na tą książkę, bo z opisu i sposobu promocji wywnioskowałam, że będzie to thriller/kryminał. Dostałam słabe kino akcji z motywami science fiction. Akcja była osadzona niby w 1985 roku, jednak, jeśli nie wliczać Live Aid, mogła się toczyć gdziekolwiek i kiedykolwiek indziej, więc ani miejsce, ani czas nie zostały w ogóle wykorzystane, na co bardzo liczyłam. Ogólnie książka kompletnie do mnie nie trafiła, czytając miałam wrażenie coraz większego absurdu, pod koniec żeby jej nie potargać po prostu musiałam zacząć się śmiać. Dziwią mnie ogólnie dobre oceny, rozumiem że fabuła czerpie z dawnych filmów akcji, ale czy faktycznie to jest coś co współcześnie chcemy czytać? Ja na pewno nie.

Moja ocena: 2/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Replika

grudnia 23, 2019

Lebkuchen - niemieckie pierniczki

Lebkuchen - niemieckie pierniczki

Lebkuchen to pyszne, niemieckie pierniczki, miękkie i wilgotne w środku, z nutką cytrusową. Można je jeść praktycznie od razu po upieczeniu, jednak najlepsze są po kilku dniach. Ja robię je co roku! Są przepyszne!

Składniki (na ok. 30 sztuk):
  • 250g mąki pszennej
  • 85g zmielonych migdałów (kupuję płatki i samodzielnie mielę)
  • 3 łyżeczki przyprawy do piernika (używam z firmy prymat)
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 200g jasnego miodu (u mnie wielokwiatowy)
  • 85g masła
  • skórka z 2 cytryn
  • cukier puder do polewy


Przygotowanie:
Masło i miód rozpuszczamy w garnuszku, odstawiamy do lekkiego przestygnięcia. W tym czasie ścieramy skórkę z cytryny (cytrynę koniecznie trzeba najpierw wyparzyć!), a do miski wrzucamy wszystkie suche składniki. Mieszamy, dodajemy zawartość garnuszka i skórkę cytrynową i miksujemy do połączenia składników. Miskę wkładamy na chwilę do lodówki, by masa się wystudziła.
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni C. Masę wyciągamy z lodówki, łyżeczką odmierzamy ciasto wielkości orzecha włoskiego. Ciasto jest dosyć klejące, więc najlepiej mieć pod ręką miseczkę z wodą i delikatnie zwilżać dłonie. Każdą kulkę ciasta kładziemy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i lekko spłaszczamy. Ciasteczka dosyć rosną podczas pieczenia, więc należy je układać w sporych odstępach. Blachę wkładamy do pieca na 8-9 minut, odstawiamy do przestygnięcia.

Cukier puder rozcieramy z niewielką ilością wody, tak by lukier był lejący się. Zanurzamy pierniczki stroną wypukłą i odkładamy na blaszkę do przeschnięcia. 

Przechowujemy w szczelnym pojemniku do około miesiąca.


Źródło przepisu: mojewypieki.com, przepis lekko zmodyfikowany

grudnia 22, 2019

Pierniczki dekorowane

Pierniczki dekorowane

Z tego przepisu piekę pierniczki od dobrych kilku lat. To tak zwane "szybkie" pierniczki, które można jest w sumie od razu po upieczeniu. Ja piekę je zawsze tak około tydzień przed świętami i później na spokojnie dekoruję. A jest co, bo dla siebie robię zawsze z potrójnej porcji! Mogę nimi obdarowywać bliskich i zostawić też coś do własnej puszki :) To zdecydowany 'must have' na każdy świąteczny stół!

Składniki (na ok. 55 pierniczków):
  • 300g mąki pszennej tortowej
  • 100g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 130g cukru pudru
  • 1 łyżka przyprawy do piernika (u mnie z firmy prymat)
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżeczka sody
  • 100g masła 
  • 100g jasnego, płynnego miodu (u mnie wielokwiatowy)
  • 2 jajka


Przygotowanie:
Masło rozpuszczamy. W misce mieszamy wszystkie suche składniki, dodajemy miód, masło, jajka, całość zagniatamy. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni C. Ciasto rozwałkowujemy na blacie podsypanym mąką na ok. 2-3mm, wykrawamy foremką dowolne kształty. Przenosimy pierniczki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i każdą blachę pieczemy ok. 6-7 minut. Zostawimy do ostudzenia.


Źródło przepisu: mojewypieki.com, przepis lekko zmodyfikowany



Dekorowanie:
  • cukier puder
  • pisaki cukrowe
  • pisaki jadalne
  • kilka łyżek wody
  • 1-2 białka
  • pędzelek o włoskowym włosiu (nie silikonowy!)
  • barwniki spożywcze (najlepiej żelowe)
  • tylka z malutkim oczkiem i rękaw cukierniczy (najlepiej kilka jednorazowych)

By udekorować pierniczki tak jak na zdjęciu potrzebujemy dwóch dni. Pierwszego dnia z białka, kapki wody i cukru pudru mikserem na małych obrotach przygotowujemy średnio gęsty lukier - tak by trzymał się na pierniczku, ale by łatwo go można rozprowadzić na jego powierzchni. Robimy podkład czyli choinki malujemy na zielono, bałwanki, laski, czapeczki w połowie, śnieżynki na biało. Zostawiamy na dzień do wyschnięcia.
Na drugi dzień przygotowujemy minimalnie gęściejszy lukier i dokańczamy na czerwono czapeczki. Później lukier jeszcze trochę zagęszczamy cukrem pudrem, by miał konsystencję pisaków cukrowych. Lukier rozkładamy na kilka miseczek i dodajemy potrzebne barwniki. Rękawem cukierniczym z cienką tylką dekorujemy gwiazdę na choince, śnieżynki i na biało ludziki. Bałwanki i laski kolorowałam pisakami jadalnymi, a ludziki, choinki, reniferki cukrowymi. Pamiętajcie by przed użyciem pisaków cukrowych je rozgrzać - ja przeważnie wkładam je do szklanki, zalewam gorącą wodą i zostawiam na kilka minut. 
Pierniki zostawić na noc by przeschły.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku do około miesiąca.


grudnia 19, 2019

serduszka z Bazylei

serduszka z Bazylei

Serduszka z Bazylei to kolejne słodkości, po pierniku staropolskim i pierniczkach alpejskich, bez których nie wyobrażam sobie świąt Bożego Narodzenia. W smaku przypominają coś pomiędzy makaronikami a brownie, chrupiące na zewnątrz, lekko ciągnące w środku. Dodatkowym ich atutem jest to, że są bezglutenowe. 
Najlepiej przygotować je już na początku grudnia, bo tak jak tradycyjne pierniki, tak te ciasteczka potrzebują czasu by zmięknąć.

Składniki (ok. 32 ciasteczek):
  • 100g gorzkiej czekolady
  • 250g zmielonych migdałów (ja kupuję w płatkach i samodzielnie mielę w malakserze)
  • 250g cukru pudru
  • 1 łyżka kakao
  • 1/3 łyżeczki cynamonu
  • szczypta mielonych goździków (kupuję całe i rozgniatam w moździerzu)
  • 2 białka
  • szczypta soli 
  • opcjonalnie 1 łyżka rumu
  • drobny cukier do obtoczenia boków
  • 1 biało to posmarowania

Przygotowanie:
Gorzką czekoladę roztapiamy w mikrofalówce. Do miski wsypujemy migdały, cukier puder, kakao, cynamon i goździki. Mieszamy do połączenie składników.
W osobnej misce ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. Dodajemy ją do składników suchych, mieszamy (można delikatnie mikserem). Dodajemy czekoladę i jeśli używamy, rum, jeszcze raz mieszamy do połączenia składników. Ciasto owijamy w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na około 1 godzinę.
Po tym czasie delikatnie podsypując blat cukrem pudrem rozwałkowujemy ciasto na grubość ok. 0,5cm. Wykrawamy foremką serduszka, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Dokładamy na ok. 12h do przeschnięcia (ja zostawiam nawet na dłużej, około jedną dobę).
Po tym czasie piekarnik nagrzewamy do 190 stopni C. Serduszka smarujemy lekko roztrzepanym białkiem za pomocą pędzelka. Wkładamy do pieca na ok. 7-8min. Wyciągamy, studzimy. Boki serduszek zamaczamy w pozostałym białku i obtaczamy w drobnym cukrze. Zostawiamy do zastygnięcia.
Serduszka wkładamy do szczelnego pojemnika, zastawiamy do zmięknięcia (ok. tydzień - dwa). Przechowujemy do 2 miesięcy.


Źródło przepisu: mojewypieki.com, przepis lekko zmodyfikowany

grudnia 17, 2019

"Włoski nauczyciel" Tom Rachman

"Włoski nauczyciel" Tom Rachman

Autor: Tom Rachman
Tytuł: Włoski nauczyciel
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Data premiery: 02.10.2019
Wydawnictwo: Znak literanova
Liczba stron: 448

„Włoski nauczyciel” to trzecia w dorobku, a druga wydana w Polsce książka angielskiego pisarza Toma Rachmana. Autor urodził się w Anglii, całą swoją młodość i studia spędził w USA. Studiował kinomatografię i dziennikarstwo, po czym podjął pracę reportera, dzięki czemu zwiedził spory kawałek świata. Trochę dłużej mieszkał w Rzymie, później przeprowadził się do Paryża, by zacząć pisać książki. Literacko debiutował w 2010 roku powieścią „Niedoskonali”, która została bardzo dobrze przyjęta w kraju i na świecie – przetłumaczono ją na 25 języków. W Polsce ukazała się w 2011 roku nakładem wydawnictwa Sonia Draga. Jego druga powieść z 2014 roku nie została przetłumaczona na polski, dopiero w tym roku wydawnictwo Znak Literanova wydało jego trzecią powieść pt. „Włoski nauczyciel”, która gatunkowo zaliczana jest do literatury pięknej.

Historia zawarta w książce jest opowieścią o życiu Pincha, a raczej Charlesa Bavinsky’ego, syna wielkiego artysty, malarza Beara Bavinsky’ego. Pincha poznajemy w wieku 5 lat w Rzymie, gdzie mieszka razem z rodzicami. Dzieciństwo chłopca nie jest łatwe, ojciec żyje sztuką, matka zaplątana we własnej głowie już teraz wydaje się nie do końca zrównoważona psychicznie. Pinch nie potrafi dogadać się z rówieśnikami, dnie spędza na nauce i zaskarbianiu sobie uwagi ojca. Jak potoczą się dalsze losy chłopca? Czy wychowany w takiej rodzinie, od początku obłożony sporym bagażem emocjonalnym będzie w stanie wieść zwyczajne życie?

Książka podzielona jest na 5 części: Dzieciństwo, Młodość, Dorosłość, Starość i Portret Artysty. Podzielona jest na miejsca i lata, składa się z 89 rozdziałów. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, całą uwagę skupiając na głównym bohatera. Styl pisarza jest bardzo staranny, książkę czyta się łatwo i przyjemnie mimo niełatwego tematu. Narrator doskonale oddaje myśli i odczucia Pincha, nie ocenia go, a po prostu przedstawia jego historię, dzieje jego życia.

Historia głównego bohatera to opowieść o tym, jak pragnienie zadowolenia swojego autorytetu, w tym wypadku ojca – artysty, jest w stanie zdominować całe życie. Pinch od początku wielbił swojego ojca, uważał go za ideał, za najlepszego malarza stąpającego po ziemi. Nie interesowało go nic innego jak tylko zwrócenie jego uwagi na siebie, to by Bear go zauważył i docenił było jego największym marzeniem. Chłopiec niestety nie miał nikogo, kto otworzyłby mu oczy, ukierunkował go na właściwy tor, przez co jego całe życie zdominowała ta jedna emocja. Książka to świetny obraz dziecka skrzywdzonego przez narcyzm własnych rodziców, człowieka, który mimo chęci, nie jest w stanie zbudować z nikim trwałych więzi. Człowieka, który mógł być wielki, większy niż jego ojciec, jednak zabrakło mu wiary w siebie, bo cały czas to zdanie ojca było ważniejsze niż jego własne. Czy gdyby Bear w młodości go docenił to życie Pincha potoczyło by się inaczej? Na pewno. Czy to rodzice byli w pełni odpowiedzialni za jego dalsze losy? Po części na pewno, jednak myślę, że każdy jeden jego wybór, każda decyzja podjęta przez samego Pincha doprowadziła go do takiego życia. Na pewno wielkie piętno egoistycznego ojca – artysty odbiło się na chłopcu, ale czy w biegiem lat nie mógł się spod niego uwolnić? Rachman twierdzi, że nie. Owszem, był moment kiedy Pinch już dostrzegł jaki naprawdę jest jego ojciec, zbuntował się, jednak tak, by nikt poza nim o tym nie wiedział. Nawet gdy dostrzegł prawdziwe oblicze Beara, dalej wiernie przy nim pozostał. Czy tak musiało być? Chyba nie mnie to oceniać. Mogę powiedzieć tylko że historia jest mocna, bardzo realistycznie przedstawiona, zmuszająca do zadawania pytań, do zastanowienia się nad tym co ma wpływ na nasze życie, na nasze charaktery, na styl życia.

Historię Pincha uważam za tragiczną. To główny temat opowieści, jednak fascynująca jest też postać ta druga z kolei – ojciec-artysta, wielki Bear Bavinsky. To człowiek, który na pierwszym miejscu stawia... właśnie – sztukę czy może siebie jako wybitnego artystę? Na pewno nie jest człowiekiem skromnym i empatycznym. To zapatrzony w siebie narcyz, który ma dar oczarowywania ludzi, jednak tak naprawdę nie dba o nikogo. To mocno rozbudowana i skomplikowana postać, o której co prawda nie wiemy aż tyle co o Pinchu, jednak to właśnie jego obraz tkwi cały czas w tle tej historii.

O książce można by jeszcze długo pisać. To mocna, dobrze zbudowana pod względem psychologicznym historia, która nie tylko pyta o rolę sztuki w życiu artysty i otaczających go ludzi, ale także o wpływ rodziców i wychowania na życie potomków. Im więcej myślę o relacjach przedstawionych w książce, tym więcej pytań mi się nasuwa. Pytań, na które ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. To piękna, tragiczna historia, coś pomiędzy „Małym życiem” Hanyi Yanagihara a „Szczygłem” Donny Tartt, jednak w mniejszym rozmiarze. Szczerze chętnie przeczytałabym więcej o życiu Pincha, żałuję, że książka nie liczy więcej stron, bo jedyny minus jak mi się nasuwa, to właśnie to, że czegoś mi przy końcu zabrakło, mam wrażenie, że nie do końca poznałam dorosłe życie bohatera, jakby jego życie po śmierci ojca zostało potraktowane trochę pobieżnie. A może właśnie był taki zamysł autora – zabrakło człowieka, któremu bohater podporządkował życie to i jego własne już nie było istotne? Nie wiem, ta książka wymaga większego zastanowienia i przedyskutowania.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Znak!