czerwca 23, 2025

"Złodziej fal" María Oruña

"Złodziej fal" María Oruña

Autorka: María Oruña
Tytuł: Złodziej fal
Cykl: Valentina Redondo, tom 3
Tłumaczenie: Joanna Ostrowska
Data premiery: 04.06.2025
Wydawnictwo: Mando
Liczba stron: 414
Gatunek: powieść kryminalna
 
“Złodziej fal” to trzeci tom hiszpańskiej serii kryminalnej, która na polskim rynku ukazuje się w stałym tempie jednej książki rocznie - zaczęliśmy więc w 2023 od “Ukrytego portu” (recenzja - klik!), a rok później ukazało się “Miejsce przeznaczenia” (recenzja - klik!). Na szczęście na trzecim tomie pt. “Złodziej fal”, który właśnie trafił na nasz rynek, możemy mieć nadzieję, że się nie skończy - na ten moment seria w oryginale liczy sześć części! A każda pisana jest tak, że można ją również traktować jak powieść osobną i do serii dołączyć w dogodnym do siebie momencie.
Jest to seria łącząca pasje jej autorki Maríi Oruñy - bo to nie tylko kryminały, ale również powieści, które w jakimś stopniu bazują na prawdziwych opowieściach, jak i prawdziwych miejscach. Oczywiście same intrygi kryminalne są fikcyjne, ale już ich otoczka tak świetnie łączy prawdę z fikcją, że nie da się samodzielnie zorientować co jest prawdziwe, a co nie - wyjaśnienie dostajemy w posłowiu.
Cykl ten, rozpoczęty “Ukrytym portem”, który na rynku hiszpańskim ukazał się w 2015 roku, to debiut autorki w gatunku kryminalnym, ale nie pierwsza książka w ogóle - wcześniej pisała opowiadania, jak i w czasie swojego urlopu macierzyńskiego wydała powieść mocno opartą o zawód prawnika - sama praktykowała go przez dekadę.
 
Północ Hiszpanii, rejon Kantabrii, czasy współczesne. Zespół Gwardii Cywilnej pod przewodnictwem porucznik Valentiny Redondo zostaje wezwany do rezydencji Quinta del Amo, gdzie w godzinach porannych zostało znalezione ciało ogrodnika. Nie jest pewne czy ktoś w jego śmierci nie uczestniczył, ciało nosi pewne ślady wskazujące, że było ruszane. Przede wszystkim trzeba więc porozmawiać z właścicielem i gosposią, którą zaalarmowała resztę, jednak ją właśnie odwiozła karetka. Zostaje zatem tylko właściciel. A jest nim Amerykanin Carlos Green, który dom odziedziczył po swojej zmarłej niedawno babce. Jako że jest pisarzem, to swoje miejsce pobytu może określać według własnych potrzeb, a ten wyjazd miał mu dobrze zrobić - w końcu bez rozpraszaczy dużego miasta, w którym mieszka w Stanach Zjednoczonych, łatwiej jest się skupić po prostu na tworzeniu. Ale coś w tym przeszkadza - nocą po rezydencji roznoszą się dziwne dźwięki, sama włącza się szafa grająca, a co najdziwniejsze - Carlos budzi się z siniakami na ciele, których jest pewny, że sam sobie nie nabił. Ale to chyba nie duchy? Przecież racjonalny człowiek w nie nie wierzy, musi być więc inne wytłumaczenie, tylko jakie? Na te pytanie i Valentina chce poznać odpowiedź.
“Ludzie nie poddają się chaosowi (...). Staramy się za wszelką cenę przewidzieć przyszłość: nasza kora mózgowa analizuje każdy bodziec, żeby uporządkować rzeczywistość, której musimy stawić czoło. We wszystkim, co postrzegamy, dopatrujemy się znanych obrazów i dźwięków, bo daje nam to poczucie bezpieczeństwa.”
Książka rozpisana jest na piętnaście rozdziałów, które opisują to, co teraz się w Kantabrii wydarza, jednak to nie cała opowieść - rozdziały przeplatane są fragmentami powieści, którą pisze Carlos (mamy więc coś na kształt powieści szkatułkowej, powieść w powieści) oraz wykładami profesora Machína specjalizującego się w neurokognitywistyce, a dotyczącymi próby wyjaśnienia doświadczeń paranormalnych przez naukę. Zarówno wykłady, jak i fragmenty książki są jasno w tekście wyróżnione, a rozdziały, poza tym, że są numerowane, to dodatkowo opatrzone są cytatami, każdy jednym, ale pochodzącym z różnych źródeł, nie znalazłam w nich klucza (ale ucieszyłam się z przytoczenia biografii Agathy Christie!). Rozdziały są dodatkowo dzielone na krótsze scenki, więc lektura jest wygodna. Narracja rozdziałów pisana jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z trzech perspektyw: Valentiny, jej partnera Olivera oraz pisarza Carlosa. Styl powieści jest dobrze zbalansowany, niespieszny, jest w nim miejsce na opisy miejsc, wydarzeń i przemyśleń postaci, z którym perspektywy właśnie opowieść poznajemy. Język jest codzienny, przyjemnie użyty, dialogi soczyste - czasami gdzieś zdarzy się przekleństwo, ale tylko w dialogach i odpowiednich momentach. Stylistycznie książka wypada płynnie.
“Wierzył jednak, że niektóre osoby zostawiają po sobie ślad w miejscu, gdzie oddychały, gdzie czerpały z życia pełnymi garściami.”
María Oruña jest autorką, która przede wszystkim skupia się na dobrej historii, choć nie znaczy to, że cierpią na tym kreacje postaci - ich portrety psychologiczne nie przodują, ale są spójne i realistyczne. Valentinę spotykamy już po raz trzeci i możemy zaobserwować jak ta bohaterka się rozwinęła, wygładziła - wpuściła do swojego życia Olivera, otworzyła się na dobre emocje, co pomogło jej też w pracy. Sama dostrzega, że jest teraz bardziej dla swoich współpracowników wyrozumiała, podchodzi do nich z bardziej ludzkim podejściem. Ci czytelnicy, którzy obserwują jej rozwój na pewno też docenią to, jak dobrze układa się jej życie osobiste - miło widzieć postać śledczej, która nie musi boryka się z prywatnymi problemami. Zresztą jej partner jest uroczy, to taki trochę fajtłapa - przynajmniej na desce surfingowej, którą teraz próbuje opanować. Ma też w sobie nutkę detektywistyczną, więc zdarza mu się wplątywać w intrygę, choć (co znowu warte jest podkreślenia w porównaniu do innych kryminałów!) Valenitina nigdy nie zdradza mu tajemnic śledztwa.
W tym tomie pojawia się nowa postać, Carlos. On też surfuje, ale zdecydowanie na innym poziomie niż Oliver. To postać enigmatyczna, przynajmniej z początku powieści, kiedy poznajemy raczej historię jego domu, a nie jego samego - ta wiedza przychodzi dopiero później, wraz z rozwojem jego własnej książki.
“Nikt nie jest wieczny, ale niektórzy… Jaki jest ich sekret, jaką energią promieniują, jaka drzemie w nich siła? Dlaczego o niektórych ludziach pamiętamy mimo upływu lat? Co odróżnia ich od reszty? Odwaga, zapał, potęga, szaleństwo? Ci mężczyźni i te kobiety podróżują w czasie, czyniąc magię, igrając z przemijaniem, drwiąc z zapomnienia.”
Za to dom, w którym mieszka Carlos, dodaje powieści nieco gotyckiego charakteru. To stara rezydencja, piękna, z cudownym ogrodem i figurką stojącą pośrodku kwiatów, ale sam budynek jest przykurzony, potrzebujący remontu. Stare deski skrzypią, nocą słychać jakieś dźwięki - ale czy kroki naśladujące czyjś chód może wydawać dom sam z siebie? Babcia Carlosa była kobietą ciekawą, szanowaną w miasteczku - zapalona bibliofilka, która czytała na potęgę i zbierała stare księgi - zresztą z jedną z nich pojawia się wątek, dzięki któremu trafiamy do biblioteki, klubu książki i nawiązań do jednej z powieści Agathy Christie. Babcia miała też inne hobby, lubiła starocie, a szafa grająca, która sama się włącza, to jeden z nich - a włącza się sama, bo jest stara, czy jednak faktycznie w domu dzieje się coś nadprzyrodzonego? Autorka świetnie oddaje ten klimat rodem ze starych powieści grozy, ale przecież to kryminał, prawda? Szukamy zatem logicznego wyjaśnienia.
“Duch jest iluzją umysłu. Nie istnieje poza umysłem obserwatora.”
Intryga kryminalna zatem balansuje na granicy tego, co realne, a co nie. Oczywiście szukamy wyjaśnienia zagadki śmierci, ale jeśli w domu straszy, to może i za to odpowiedzialny jest duch i nie ma kogo ścigać? Autorka doskonale bawi się z czytelnikiem, raz sugerując jedno, raz drugie, ale stale utrzymując przyjemne napięcie na odpowiednim poziomie. Tak naprawdę mnie samą bardziej fascynował ten wątek związany z dziwnymi zjawiskami zachodzącymi w domu niż typowa zagadka kryminalna, przede wszystkim ze względu na to, jak autorka do niego podeszła - poza tym, co dzieje się w domu, mamy też przecież wykłady profesora, który tłumaczy to, co wydawałoby się niewytłumaczalne. Czy zatem i na to, co w Quinta del Amo znajdzie logiczną odpowiedź? Dodatkowo w fabule tego tomu są zawarte pewne nawiązania do tomu pierwszego, ale przyznam, że sama po dwóch latach od jego lektury niewiele z niego pamiętam, więc naprawdę nie mają znaczenia dla czerpania przyjemności z tej książki, a będą stanowić dodatkowy smaczek dla tych czytających serię jednym ciągiem. Patrząc na zagadkę całościowo muszę przyznać, że autorka miała na nią bardzo niebanalny pomysł i bardzo ciekawie poprowadziła ją od początku do końca, cały czas utrzymując ten przyjemnie niespieszny rytm.
 
Poprzez zagadkę kryminalną zostajemy też zmuszeni do rozważań - postacie, czy to rozmyślając we własnych głowach czy dyskutując z innymi poruszają ciekawe pod kątem psychologicznym zagadnienia – o to, po co nasza świadomość tworzy duchy i zjawiska paranormalne, o to jak działa nasz mózg i jak zapisuje wspomnienia. O wydarzenia, które już przeżyte, nadal nami kierują. O los, o sprawczość, o własne tworzenie historii. Przez to, że niektóre pytania padają wprost, książka nabiera charakteru refleksyjnego, który przyjemnie dopełnia ją, tworząc coś szerszego niż kryminał i to również w warstwie stylistycznej – fragmenty refleksyjne pełne są ciekawych metafor, przenośni, dzięki czemu nadają powieści poetyckości.
“Wszystko ma swój początek. To, kim jesteśmy, nasze zalety i wady, są elementami rusztowania, które sami zbudowaliśmy. Decyzje, wybory, ścieżki. Wydają się bez znaczenia, chcemy, żeby takie były, ale wystarczy jedna iskra, żebyśmy dostrzegli, że jesteśmy sumą wiązek światła, własnych odbić w lustrze.”
Przyznam, że rozpoczynając lekturę “Złodzieja fal” nie byłam przekonana, czy historia ta ma szansę spodoba mi się tak pomóc jak tom poprzedni. Bo przecież kryminał i duchy? To się nie zgrywa. A jednak María Oruña właśnie tego dokonała, podeszła do zagadnienia od całkowicie innej strony, tej logicznej, ale nadając jej głębi psychologicznej i refleksyjnej, dzięki czemu nagle książka o duchach okazuje się książką o człowieku, jego doświadczeniach i demonach. To już jest bardzo kryminalne, prawda? Stały rytm powieści, przyjemne wątki prywatne, lekkie dialogi, delikatna poetyckość języka - wszystko to sprawia, że osadzamy się w świecie przez autorkę tworzonym coraz bardziej i coraz bardziej się nam tam podoba. Jestem pod wielkim wrażeniem połączenia wątków i gorąco polecam tytuł tym, którzy w kryminałach szukają spokojnego tempa akcji i dobrych pytań.
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Mando.



Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 23, 2025

Wygraj "Zmowę milczenia"! Konkurs patronacki (rozwiązany)

Wygraj "Zmowę milczenia"! Konkurs patronacki (rozwiązany)

Dwa dni temu oficjalnie rozpoczęliśmy lato, zaraz dzieci zakończoną rok szkolny, najwyższa pora przygotować odpowiednie na wakacje lektury! Kryminał na talerzu dzisiaj spieszy nie tylko z podpowiedzią, ale i ułatwieniem - mam dla Was 3 egzemplarze nowej książki Lisy Regan pt. "Zmowa milczenia", która jest dziewiątym tomem cyklu kryminalnego z Josie Quinn, ale który bez problemu można czytać jak powieść osobną (recenzja - klik!).

A dlaczego będzie to dobry wybór na wakacje? No cóż, przede wszystkim dlatego, że seria uzależnia - czyta się jeden tom i chce się wszystkie, a kiedy łatwiej będzie znaleźć na to czas, jak nie w wakacje? Poza tym sama książka zbudowana jest tak, że dobrze nada się na plażę czy w inne miejsce odpoczynku - nie trzeba się specjalnie przy jej lekturze wysilać, ma krótkie rozdziały i wciąga nieziemsko! Tak, to zdecydowanie dobry wybór na wakacje 😊


By wziąć udział w konkursie, odpowiedz na pytanie:
Które zagadki kryminalne wolisz: te całkowicie współczesne, w których powód, jak i rozwiązanie dzieją się tu i teraz, czy raczej te, do których wyjaśnienia musimy się przenieść w historii wiele lat wstecz, do tego, co już dawno powinno zostać w przeszłości? 
Swoją odpowiedź krótko uzasadnij. 


Zgłoszenia możecie zamieszczać w dowolnej formie, ich ciekawiej, zabawniej – tym lepiej!

Konkurs organizuję na moich wszystkich profilach, więc swoje zgłoszenia można zamieszczać tutaj w komentarzu pod postem lub pod konkursowymi postami na FB i IG - zgłosić można się tylko raz!

  1. Konkurs trwa od 23 do 26 czerwca, wyniki ogłoszę w tym poście, na FB i IG do 1 lipca.
  2. Z nadesłanych odpowiedzi wybiorę trzy, które moim zdaniem będą najciekawsze. Przy ich wyborze pod uwagę będę brała również aktywność uczestników na profilach Kryminału na talerzu.
  3. Wysyłka tylko na terenie Polski.
  4. Udzielając odpowiedzi na pytanie konkursowe uczestnik równocześnie oświadcza, że zapoznał się z regulaminem konkursu zamieszczonym na tej stronie  – klik!

Zachęcam też do polubienia profilu wydawnictwa na IG (klik!) i FB oraz moich własnych (IG klik! FB klik!), a także do dołączenia do obserwatorów mojego bloga. Będzie mi też bardzo miło jeśli na swoich profilach udostępnicie informację o tym konkursie (możecie po prostu podać dalej mój post o konkursie, który zamieściłam na IG i FB) i zaprosicie do zabawy znajomych. 


Serdecznie zachęcam do udziału i życzę wszystkich uczestnikom powodzenia!


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!
02.07 aktualizacja - wyniki konkursu:
No, no, no! Tak Was zaaferowała pierwsza część pytania, że wielu uczestników zapomniało o jego drugim członie - uzasadnieniu! Wiem, że lubicie kryminały, po to tutaj jesteśmy, by o nich gadać, ale jako fanka dobrej warstwy psychologicznej lubię drążyć i zastanawiać się dlaczego. Dlatego też tym razem łatwo było odsiać - brak uzasadnia bądź brak aktywności na profilu mocno zawęziły wybór wybranych. A zatem dzisiaj nowymi przygodami Josie Quinn nagrodzone zostają:

Facebook:
1) Monika Dzięgielewska
Osobiście wolę historię które toczą się dwutorowo. Na zasadzie kiedyś i dziś. Dzięki temu poprzez powrót do przeszlosci możemy zrozumieć motywy, uczucia, wydarzenia które ukształtowały bohatera. Co więcej, warto wtedy zastanowić się, jak wielkie piętno dane wydarzenia odcisnęły żeby potem spowodować zbrodnie. Czytalam niedawno książkę ,,nikt nie powiedział,,. Czytając ją uświadomiłam sobie że nie da się pewnych wydarzeń zamieść pod dywan, zapomnieć. One są bardzo głęboko w naszej psychice i w pewnym momencie muszą wybuchnąć.

2) Lucyna Kmiecik
Bardzo lubię właśnie kryminalne zagadki z retrospekcją w tle, bo dzięki temu mogę poznać całą historię od początku czyli od tego co stało się zarzewiem wszystkich wydarzeń przedstawionych w książce aż do ich efektu finalnego. Takie odniesienia do przeszłości pozwalają nie tylko lepiej wniknąć w całą historię, ale też powodują, że czytelnik rozumie cały schemat działania sprawcy i to co go do popełnienia zbrodni skłoniło.

Instagram:
3) @bozenasola
(...) najbardziej wciągają mnie te z przeszłości,te które wyciągają na jaw największe brudy to one zapadają mi w głowie najbardziej. No i tak w przypadku Lisy i jej bohaterki Josie jest . Wyciągnęłam się od pierwszego tomu.

Gratulacje!
Czekam na Wasze dane adresowe wraz z numerem telefonu dla kuriera.
Wszystkim uczestnikom dziękuję za zgłoszenia i zachęcam do stałej aktywności, komentowania postów na moich profilach, jak i próbowania swoich sił w kolejnych konkursach!

czerwca 22, 2025

"Sezonowa dziewczyna" Jenny Blackhurst

"Sezonowa dziewczyna" Jenny Blackhurst

Autorka: Jenny Blackhurst
Tytuł: Sezonowa dziewczyna
Tłumaczenie: Łukasz Praski
Data premiery: 04.06.2025
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 352
Gatunek: thriller psychologiczny
 
“Sezonowa dziewczyna” to już dziewiąta książka Jenny Blackhurst, która ukazała się w Polsce! Jest to jedna z czołowych autorek, jakie Wydawnictwo Albatros wydaje pod szyldem serii thrillerów psychologicznych nazwanej Kreatorki Mocnych Wrażeń - potocznie zwanymi po prostu czarnymi thrillerami Albatrosa.
Jenny Blackhurst to angielska autorka z wykształceniem psychologicznym, co sprawnie wykorzystuje w swoich powieściach. Debiutowała w 2014 roku thrillerem “Tak cię straciłam”, który cztery lata później wydany został również w Polsce i od tego czasu jej twórczość gości u nas na stałe. Na rynku angielskim dorobek autorki liczy o dwie książki więcej, co ciekawe, książkę “Do trzech razy śmierć” oraz jej kontynuację, która jeszcze w Polsce wydana nie została, podpisana J.L. Blackhurst - podejrzewam, że dlatego, od odróżnić gatunki - do tej pory tworzyła thrillery psychologiczne, a te seria jest zdecydowanie bardziej kryminalna. “Sezonowa dziewczyna” to jednak książka w jej znanym od dawna stylu - lekki thriller z dobrą warstwą psychologiczną.
 
Amerykańska wyspa Martha’s Vineyard, znana jaki miejsce akcji z filmu “Szczęki”, jest uroczym, spokojnym miejscem, które przyciąga wielu turystów. To tam wielu bogaczy ma swoje letnie domki, przyjeżdżają co roku, by zaznać spokoju i zaczerpnąć słońca. I to tam zjawia się 22-letnia Holly, która próbując poradzić sobie z niedawną tragedią, postanowiła przylecieć, by wyrwać się z zimnej Anglii. Jednak Holly od trzech dni nie odbiera telefonu od swojej starszej siostry i kuzynki, a co dziwne, teraz tej drugiej przysłała SMS, który budzi w obydwu kobietach konsternację - czegoś takiego nie mogła napisać Holly, prawda? Zatem jej siostra Claire wyrwana z baru, w którym zapijała smutki, wsiada w samolot i leci sprawdzić co dzieje się z jej siostrą, po tym jak policja odmówiła pomocy. Funkcjonariusz policji twierdził, że wszystko w wynajmowanym przez Holly domku wygląda ok, choć jej samej nigdzie nie ma… ale czy to nie normalne w wypadku takich letnich wypadów na drugi koniec świata? Że zdarzają się kilkudniowe, spontaniczne przygody? Claire bardzo chce w to wierzyć, prawda jednak okaże się dużo bardziej zagmatwana…
 
Książka rozpisana jest na prolog, 60 rozdziałów i epilog. Rozdziały dzielone są na Claire i Holly (w większości, pod koniec pojawia się jeszcze trzecia osoba) - Claire opowiada o tym, co dzieje się podczas jej poszukiwań siostry na wyspie w narracji pierwszoosobowej czasu przeszłego, Holly opowiada o tym, co działo się wcześniej - kiedy przyjechała na wyspę kilka tygodni wcześniej i w kluczową noc, gdy doszło do jej zniknięcia. Jej punkt widzenia poznajemy w trzeciej osobie czasu przeszłego. Styl powieści jest typowy dla lekkich thrillerów psychologicznych - częściowo skupiamy się na wewnętrznych rozterkach bohaterek, a częściowo na tym, co się dzieje. Język powieści jest codzienny, raczej nie ma w nim przekleństw, całość czyta się bardzo gładko, płynnie, dialogi prowadzone są przyjemnie, momentami nawet lekko podszyte humorem.
“Tabletki były jakiejś amerykańskiej marki, której nie znałam, ale brakowało mi siły, żeby sprawdzić, czy nie wyrośnie mi od nich druga głowa. Jeżeli tylko nie będzie tak bolała jak ta, którą mam na karku, to wszystko w porządku.”
Klimat powieści jest bardzo wakacyjny, a odpowiada za to przede wszystkim miejsce akcji - wyspa, na której czas płynie inaczej. Świeci słońce, piasek jest czyściutki, woda przejrzysta. Na wyspę składają się małe turystyczne miejscowości, która wyglądają podobnie - jasne barwy, kilka knajpek i klubów, marina. Miejsce bajeczne, co podkreśla Claire, gdy tylko się tam zjawia. A jednak bajka to tylko na pierwszy rzut oka, bo gdy tylko poznaje się skomplikowanie społeczne, jakie tam panuje, nie brzmi to już jak sen. Latem zjeżdżają się tam trzy różne grupy: są stali, całoroczni mieszkańcy, są bogacze, który mają tam domki letniskowe i zwyczajnie przyjeżdżający na chwilę turyści. Pomiędzy nimi panują ścisłe zależności – mieszkańcy stali są zależni i od bogaczy, dla których latem przeradzają się w obsługę, jak i od turystów - w końcu to te dwie grupy przywożą im pieniądze. A pieniądze to władza, o czym szybko Claire się przekonuje… Miasteczkiem, w którym zatrzymała się jej siostra, rządzi jedna rodzina spokrewniona z Kennedymi, w której skład wchodzi między innymi dwóch młodych przystojnych chłopaków… To przed nimi szybko Holly została ostrzeżona, ale czy tego zagrożenia udało jej się uniknąć? I jak będą zachowywać się teraz w stosunku do Claire, gdy dowiedzą się, czyją jest siostrą?
“(..) nie ma dwóch osób, które zareagowałyby na jakąś sytuację tak sam. Nikt nie może cię oceniać za to, jak się zachowujesz i jak reagujesz, bo nawet ludzie, którzy byli w twojej sytuacji, nigdy nie byli tobą w twojej sytuacji. Dodajesz do niej własne okoliczności, swoją historię, szczegóły, które sprawiają, że nic podobnego nigdy nikogo nie spotkało.”
Jeśli chodzi o postacie, to skupimy się przede wszystkim na rodzeństwach: te, które poznajemy już na wstępie, to Claire i Holly oraz bracia Slaytonowie. Dziewczyny wywodzą się z normalnej klasy robotniczej, panowie z rodziny bardzo zamożnej, więc i ich relacje między sobą są bardzo różne. Zresztą czy nie ma na to też wpływu płeć? Panowie są bardziej konkurencyjni, dziewczyny, choć mają w historii różne przejścia, zdaje się łączyć bardziej przyjacielska więź. A jednak, czy bez względu na to, podstawy relacji pomiędzy rodzeństwem nie są takie same? Czy to siostra, czy brat, to kiedy zachodzi potrzeba, są w stanie zrobić dla siebie wszystko…
“(...) nie ma dziwniejszych relacji niż te między rodzeństwem.”
Czytelnik bliżej przygląda się przede wszystkim Claire, bo to ona jest jedyną pierwoszoosobową narratorką. A jej emocje są skomplikowane - nie poradziła sobie sama jeszcze z niedawną tragedią, która ją i jej siostrę spotkała, to po niej zaczęła się staczać, a alkohol stał się jej pocieszeniem. A już przychodzi jej się mierzyć z czymś, co może przerodzić się w drugą, choć tej myśli do siebie nie dopuszcza. Przyglądamy się jej przemianie - na wyspę leci lekko zaniepokojona, przekonana jednak, że od razu siostrę odnajdzie. A może tak tylko sobie wmawia? Jednak im dłużej jej nie znajduje, tym jej lęk, a w końcu ból się nasilają. W chwili, gdy los jej siostry jest niepewny, dopiero wtedy zaczyna ją tak naprawdę doceniać, skupiać się na tym, co w ich relacji dobre, a nieznaczne nieporozumienia odchodzą w niepamięć. Bo czy nie każdy z nas tak ma?
“Mama często powtarzała, że mili ludzie zyskują więcej, ale niezbyt uważnie słuchałam, bo zawsze zastanawiałam się nad złośliwą ripostą.”
Kreacja Holly jest mniej skomplikowana, choć i ona wydaje się zagubiona. Jest młodziutka, nie do końca wie, co chce ze swoim życiem zrobić, nie do końca potrafi poznać się na ludziach… Przede wszystkim charakteryzuje są ta młodzieńcza naiwność i potrzeba poczucia wolności.
 
Intryga prowadzona jest sprawnie, jej urok to klimat zamkniętej społeczności i ta młodzieńcza, wakacyjna wolność, nieprzewidywalność. Fabuła składa się z kilku mniejszych zaskoczeń i jednego solidnego twistu, który zmienia nasze spojrzenie na to, co działo się do tej pory. Fabuła jest spójna, niespieszna, widać, że do jej zbudowania autorka poświęciła sporo czasu - tropy podrzucane są odpowiednio tak, by zmylić naszą uwagę, a ostatecznie okazały się czymś innym. Może nie jest to thriller pełen napięcia i psychologicznych manipulacji, gier z czytelnikiem, ale też raczej nie taki miał być - to po prostu lekka, wakacyjna historia niosąca sobą dobre zagadnienia…
“Często zastanawiała się, dlaczego działania ludzi nie zawsze zgadzają się z ich zamierzeniami, ale tak naprawdę w wielu sytuacjach mamy tylko ułamki sekund, żeby zareagować. Ułamek sekundy na podjęcie decyzji, które rozstrzygnie, kim jesteś, a nie za kogo się uważasz.”
Przede wszystkim porusza temat manipulacji, do jakiej skłonny jest pewien rodzaj ludzi. To ci, którzy roztaczają prawdziwy czar, który potrafią sprawić, że wierzymy w każdej jedno ich słowo. Ale to tylko gra pozorów, wyrachowanie, które prowadzi ich do swoich celów. W powieści cechami taki charakteryzują się mężczyźni - oczywiście tylko niektórzy, ale nie ukrywajmy - to ciągle męskim osobnikom łatwe uchodzą takie manipulacje na sucho, bo do nich przyzwyczajony jest świat. Autorka zwraca na to uwagę, zauważa, że to przecież kobiety idąc ciemną nocą czują, że może im coś zagrażać, nie mężczyźni, tym samym podkreślając ciągłą nierówność w traktowaniu płci.
“Dlaczego taka mała dziewczynka już musi się dowiadywać, jak okrutni potrafią być chłopcy, którzy jedną uwagą i jednym miażdżącym spojrzeniem mogą sprawić, że czujesz się jak śmieć? Kiedy wreszcie zaczniemy być traktowane serio?”
Ale to oczywiście nie jedyny wątek powieści. Jest uzależnienie od pieniędzy, pewna zmowa milczenia, na którą zgadza się cała społeczność, by bronić tych, co ich utrzymują. Tych, co mają władz, koneksje i pieniądze, które zapewniają im bezpieczeństwo pod każdym względem. Sporo w powieści jest też o próbie pogodzenia się ze stratą i szukaniu sprawiedliwości dla tych, których utraciliśmy.
 
Jenny Blackhurst w “Sezonowej dziewczynie” zachowała dobry balans pomiędzy wątkami - jest to przecież opowieść o lęku i poczuciu niesprawiedliwości, a jednak oddana w tak lekkich, wakacyjnych barwach, że ciężaru emocjonalnego się specjalnie od odczuwa. Dobre miejsce akcji, które wizualnie jest bajką, społecznie jednak już nie tak ładne i przyjemne, jest sporym atutem tej powieści, z jednej strony zmusza do refleksji, z drugiej, poprzez swoją bajkowość i ilość pieniędzy, jakie latem się tam czuje, jest nieco oderwane od naszej rzeczywistości, a dzięki temu może stanowić dobrą rozrywkę. Dopracowane kreacje postaci, które skupiają nas na relacji rodzeństwa i solidnie, spokojnie, ale w stałym rytmie prowadzona intryga dopełniają ładnie całość, dzięki czemu czytelnik dostaje thriller idealny na wakacje - niezobowiązujący, a ciekawy i jeśli się chce, pozwalający na chwilę refleksji.
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Albatros.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 21, 2025

"Fundacja" Donna Leon

"Fundacja" Donna Leon

Autorka: Donna Leon
Tytuł: Fundacja
Cykl: komisarz Brunetti, tom 31
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
Data premiery: 11.06.2025
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 320
Gatunek: powieść kryminalna
 
Nazwisko Donny Leon i jej już teraz ikonicznego komisarza Brunetti zna cały świat. Co ciekawe, weneckiego komisarza nie stworzyła Włoszka, a Amerykanka, która w od lat 80-tych mieszkała i wykładała na uczelni w Wenecji. I to właśnie ten czas stał się inspiracją do powstania cyklu, który po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1992 roku. Trzydzieści trzy lata później autorka na koncie ma 33 tomy serii, która co ciekawe - cały czas trzeba wysoki poziom! Mogę to stwierdzić dlatego, że tydzień temu czytałam jeden z pierwszych tomów - 10. pt. “Morze nieszczęść” (recenzja – klik!), a dzisiaj sięgnęłam po ten na polskim rynku najnowszy - 31. pt. “Fundacja”. Obydwie książki czytamy w ramach maratonu #brunettinatalerzu (szczegóły IG – klik!FB – klik!), w którym na talerz bierzemy wszystkie trzy książki autorki, które na naszym rynku świętowały premierę 11 czerwca. O trzeciej - autobiografii autorki pt. “Wędrówka przez życie” - w przyszłym tygodniu!
 
Wenecja, czasy współczesne, świat powoli dochodzi do siebie po pandemii koronawirusa. Wenecja ciągle jeszcze świeci pustkami, turystów brak, a wenecjanie nie są pewni czy powinni nadal nosi maseczki czy nie. Wiele biznesów zostało w tym czasie zamkniętych, powstało też wiele firm, które wyłudzały odszkodowanie, zapomogę od państwa. Jak zawsze przekręty i korupcja mają się dobrze. W tym czasie życie na posterunku policji toczy się nad wyraz spokojnie, więc gdy do komisarza Brunettiego przychodzi stara znajoma - jeszcze z lat dziecięcych - ten ma czas, by zająć się jej problemem. Bo problem nie jest zgłoszony oficjalnie, kobieta chce, by Brunetti przyjrzał się mu bez zostawiania po sobie jakichkolwiek śladów. Dlaczego? To rozumie się samo przez się - to bogata rodzina, więc każde najmniejsze podejrzenie o nielegalne działania może przyczynić się do skandalu. Jednak jako dama nie mówi tego na głos. Problem jest jej zięć - ostatnio córka zwierzyła się, iż jej mąż nie jest sobą, późno wraca do domu, a kiedy dociekała, powiedział, że może im grozić niebezpieczeństwo. Czy faktycznie? Jak poważne niebezpieczeństwo? Enrico to przecież bardzo zdolny księgowy, który nawet niedawno pomógł ich rodzinie - mąż kobiety chciał założyć zagraniczną funkcję. Co więc Enrico mógł takiego zrobić?
 
Książka rozpisana jest na 31 rozdziałów - każdy liczy co najmniej kilka-kilkanaście stron, dłuższe dzielone są nie nieznacznie krótsze scenki. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego, narrator oddaje świat oczami Brunettiego i robi to w sposób bardzo skrupulatny, uważny, nie umyka mu nic z otoczenia, nic z zachowania rozmówców bohatera, jak i jego własnych przemyśleń. Styl powieści jest więc dokładnie taki - spokojny, uważny, jest w nim czas, by przyjrzeć się detalom otoczenia, jak i na chwilę refleksji. Język jakim powieść jest pisana, jest przyjemnie elokwentny - czuć, że warstwa językowa jest dla autorki ważna. Pojawiają się od czasu do czasu włoskie wtrącenia, jednak są na tyle oczywiste, że raczej nie potrzeba do nich tłumaczenia. Książkę czyta się bardzo gładko.
“Czytelnicy lubią wiedzieć, co czytają inni ludzie, więc Brunetti zapytał:
- Co pani czytała?”
Dzięki temu, że historię oglądamy oczami komisarza Brunettiego, to automatycznie możemy się o nim dowiedzieć wiele już na podstawie jednego tomu. To mężczyzna o prostych wartościach, ceni sobie szczęście rodzinne, choć w tym tomie nie jest to tak eksponowane. Tutaj prezentuje się nam jako doskonały, uważny rozmówca - jest spostrzegawczy, zna się na ludziach, równocześnie jest bardzo taktowny, dba o maniery. Myślę, że jest to warte podkreślenia we współczesnym świecie. A jednak i komisarz nie jest całkowicie odporny na ludzką manipulację, z czym przyjdzie mu się właśnie w “Fundacji” przekonać.
W pracy towarzyszą mu postacie znane z całej serii, jak sierżant Vianello i sekratarka Elettra - obydwoje świetnie wyszkoleni w “kopaniu”, choć to ta druga wyszkoliła tego pierwszego. Pojawia się też dla mnie nowa bohaterka - komisarz Griffoni, o której, poza tym, że jest młoda, ładna, bystra i dyskretna, nie dowiadujemy za wiele.
 
W tym tomie autorka zanurza nas w klasie wyższych sfer - kobieta, która zgłasza się do Brunettiego na brak luksusów w swoim życiu narzekać nie może. Brunetti zatem przechadza się w środowisku starej weneckiej arystokracji, wśród admirałów i innych wysokich stopniem emerytowanych panów i ich nadal pięknych żon. A jednak, mimo uroku, ich mieszkania tchną tęsknotą za tym, co było - pełne są wspomnień, pamiątek z już prawie przeżytego życia.
“Niewymuszony sposób bycia młodzieńca sprawił, że Brunetti zastanawiał się, czy pewien rodzaj towarzyskiej ogłady jest cechą dziedziczną, przekazywaną przez pokolenia, czy też przychodził wraz z posiadaniem obytych jedwabiem foteli w pokoju gościnnym?”
Warto podkreślić też powiązania Brunettiego z kobietą, która się do niego zgłasza, bo dzięki niemu poznajemy dzieciństwo komisarza. Które do łatwych nie należało, nie wywodzi się on z bogatej rodziny, a dzięki matce kobiety, która wynajdowała każdy możliwy pretekst, by przynieść im jedzenie, było im trochę lżej.
“- Nie miała prawa z panem rozmawiać (...).
- Nie jestem pewien, czy matki myślą w kategoriach praw (...).”
W powieści snujemy też refleksję nad przemijalnością i funkcją pamięci. Często autorka odwołuje się do zabawy w głuchy telefon - ktoś coś mówi, a trzecia z kolei osoba powtarza już coś innego. W kategorii wspomnień o te przeinaczenia zdecydowanie łatwiej - nie dość, że dawni my zawsze będą bardziej naiwni niż my teraz, to sama pamięć nieraz zaciera nam wspomnienia, a nawet i je nadpisuje… Oczywiście głuchy telefon odnosi się też do tego, co teraz - doskonale obrazuje jak działa plotka.
“- Co pani ma na myśli?
- To właśnie się dzieje, gdy mówi się coś ludziom. Przedstawia się im jedną wersję i gdy dwie lub więcej osób przekazuje ją dalej, jest już całkowicie inna.”
Przy okazji autorka porusza jeszcze temat ludzi starszych, a przede wszystkim tych najstraszniejszych bolączek - demencji i choroby Alzheimera. Jeden z bohaterów właśnie się z nią boryka, Brunetti też dobrze zna ten temat - chorowała na nią jego matka. Dzięki temu możemy przyjrzeć się jak wygląda rozwój choroby, jak reagują na nią chorzy i ich toczenie - szczególnie ci, którzy nie chcą zaakceptować, że z ich bliskimi dzieje się coś złego.
“Zdał sobie sprawę, że onieśmiela go milczenie mężczyzny i poczucie, że ten bez względu na swoją fizyczną obecność nie zawsze jest obecny mentalnie. Dokąd oni odchodzili? Czy w ogóle gdzieś odchodzili? Co słyszeli i co widzieli?”
Donna Leon sporo miejsca poświęca tutaj też na refleksję nad kondycją Wenecji po pandemii. Doskonale oddaje nam to, z czym miastu przyszło się mierzyć, jak mocno brak turystów wpłynął na jej funkcjonowanie. Wydaje się, że ten czas obudził w ludziach to, co najgorsze, nie tylko wymusił dystans, ale i stał się pretekstem do wielu niechwalebnych zachowań, które dodatkowo spotęgował obfity deszcz powodujący wystąpienie wód z kanałów - kiedy wszyscy zajęci byli powstrzymywaniem wody, tak zwane gangi dziecięce bawiły się w okradanie lokalnych biznesów. Wenecja jest smutna, jest wyludniona, pełna pozamykanych lokali i ludzi donoszących na siebie nawzajem. Czy ma szansę wrócić do tego, co było wcześniej? Jak odnieść biznes po miesiącach stagnacji, kiedy pieniądze z rządu, które miały pomóc, trafiły w inne, nie tak uczciwe ręce?
“Obeszli budynek Cassa di Risparmio, którego brzydotę zmniejszyła - lecz nie wymazała - ciemność, i szli wzdłuż budynków z lewej strony campo. Brunettiemu, choć nie powiedział tego Paoli, przypominało to udział w sekcji zwłok lub też, dokładnie, wejście do kostnicy przy Ospedale. Na Campo Manin ciała martwych sklepów leżały wzdłuż drogi do kanału. Był tam martwy lewantyński bar szybkiej obsługi, martwy sklep z artykułami sportowymi, martwy sklep odzieżowy z dwoma martwymi manekinami na wystawie, oraz, w końcu, martwe biuro podróży. Na szczęście sklepy nie miały stóp, bo wtedy każdy z nich miałby przywieszkę na paluchu z nazwiskiem, wiekiem i przypuszczalną przyczyną zgonu. Te tutaj, przy campo, wszystkie zmarły na covid.”
Bo i o pragnieniu władzy i pożądaniu pieniądza jest tutaj sporo. Przyglądamy się bliżej tej tytułowej fundacji, działaniom zięcia znajomej Brunettiego, jak i tego, jak postrzegają go ludzie. Brunetti robi szerokie rozpoznanie, a wraz z nim wychodzą na wierzch potencjalnie dziwne sytuacje, które mogą nie znaczyć nic, bądź znaczyć bardzo wiele…
Intryga więc prowadzona jest bardzo subtelnie, w spokojnym, klasycznym, detektywistycznym stylu. Autorka uważnie spogląda na ludzi i ich poczynania, nie boi się budować fabułę skrupulatnie, z miejscem na dygresje - bo robi to tak, że po prostu chce się to czytać! Podejrzewam, że spora w tym zasługa trafnych spostrzeżeń, zarówno co do miejsca, jak i ludzi, które wypadają bardzo uniwersalnie. Sprawę kryminalną badamy powoli, z miejscem na wszystko, co potrzeba, choć muszę przyznać, że w tym tomie zaskoczyło mnie, jak mało było wzmianek o jedzeniu! Choć może to też przejaw zmiany po pandemii? Autorka w intrydze skupia się na aspektach psychologicznych, nie ma w niej brutalności, a choć tempo jest spokojne do samego końca, to finalny twist mocno zaskakuje.
“Bywa czasami tak, że chodniki są popękane lub źle położone i stopa ląduje parę centymetrów niżej niż przy poprzednim kroku. Nie ma niebezpieczeństwa upadku, równica zawsze jest niewielka. Zawsze jednak pojawia się szok wywołany tym, co niespodziewane, nierówne. I potem człowiek zdaje sobie sprawę z tej nierówności.”
Mimo tego, że ‘Fundacja” okazała się delikatnie inną lekturą od „Morza nieszczęść” to jednak doskonale utrzymuje rytm cyklu - nada otacza czytelnika swoim spokojem, swoim weneckim klimatem. Teraz Wenecja stoi na skraju załamania, co niektórzy tak chętnie wykorzystują… ale na szczęście są i tacy jak komisarz Brunetti, którzy będą uparcie drążyć tylko na podstawie przeczuć, aż w końcu znajdą to, co faktycznie uwiera. Bardzo cenię sobie współczesne spokojnie, ale napisane tak dobrze, że nie można się od nich oderwać kryminały - i to był jeden z nich. Do lektury nie przyciąga jednak napięcie, czy pełna twistów fabuła, a po prostu przenikliwość spostrzeżeń i doskonały styl autorki. Zdecydowanie chcę Brunettiego więcej!
“Zwolnił kroku, by dostosować się do tempa hrabiny, i szli bez wahania, gdzie skręcić i który wybrać most - tylko albatros przewyższa przeciętnego wenecjanina umiejętnością odnajdywania drogi bez udziału świadomości.”
Moja ocena: 8/10
 

Recenzja powstała w ramach #brunettinatalerzu we współpracy z Oficyną Literacką Noir sur Blanc.



Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 20, 2025

"Kamienne miasto" Mariolina Venezia

"Kamienne miasto" Mariolina Venezia

Autorka: Mariolina Venezia
Tytuł: Kamienne miasto
Cykl: Śledztwa Immy Tataranni, tom 1
Tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki
Data premiery: 26.06.2024
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 216
Gatunek: powieść kryminalna
 
Mariolina Venezia to włoska pisarka, poetka, scenarzystka. Urodziła się w Materze, przez pewien czas mieszkała we Francji, teraz osiadła w Rzymie. Na rynku książki debiutowała w 2007 roku tytułem zaliczanym do literatury pięknej “Jestem tu od wieków”, za który od razu zdobyła nagrodę Campiello i który również ukazał się w Polsce. Dwa lata później skusiła się na skręt w stronę powieści kryminalnej i wydała pierwszy tom Śledztw Immy Tataranni. Na ten moment cykl liczy cztery tomy, autorka wydaje swoje książki w tempie spokojnym, co kilka lat, a w międzyczasie cykl doczekał się ekranizacji w postaci serialu telewizyjnego, który na rynku włoskim cieszył się popularnością. Polscy czytelnicy musieli się jednak uzbroić w cierpliwość, by poznać losy tej bohaterki - dopiero w 2024 roku ukazał się u nas tom pierwszy pt. “Kamienne miasto”, a w tym, dosłownie kilka dni temu tom drugi pt. “Pogoda pod psem”.
 
Matera, włoskie kamienne miasto położone na południu, którego głównym dochodem raczej nie są wpływy z turystyki. Jest rok 2003, marzec. Wiceprokuratorka Imma Tatarinni zostaje wezwana w spokojną, rolniczą okolicę - to tam z samego rana znaleziono ciało dwudziestokilkuletniego chłopaka. Ktoś zabił go nożem, a obok zostawił święty obrazek. Chwilę po dotarciu Immy na miejsce zdarzenia, zjawiają się rodzice ofiary, a raczej ojciec i macocha, którzy nie są specjalnie wylewni, ale mimo wszystko udzielają podstawowych informacji. Warto więc teraz przesłuchać dziewczynę ofiary, jak i odwiedzić klub, którego pieczątkę chłopak miał na ręce… Wszystko jednak ma swój czas - to w końcu Włochy, życie spokojne, gdzie jest odpowiedni moment na wszystko: odpoczynek, jedzenie i rodzinę. A ta, w postaci nastoletniej córki, daje Immie w kość!
“Dla naszych dzieci zrobimy wszystko, prawda? Czujemy się odpowiedzialni za ich upadki, za wszystko, co może im się zdarzyć. Błądzimy, bo nikt nie może żyć życiem kogoś innego. Ale właśnie dla nich potrzeba nam sił, dla nich idziemy do przodu.”
Książka podzielona jest na dwie nierówne części - pierwsza to większa część powieści, której akcja toczy się w marcu i kwietniu i zajmuje 32 rozdziały, druga to sama końcówka historii, listopad tego samego roku i zaledwie 4 rozdziały. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy Immy, narrator oddaje to, co się wydarza, jak i to, co bohaterka przeżywa - nie rozwlekle, raczej o jej własnych emocjach dowiadujemy się niewiele, więcej miejsca zajmują jej przemyślenia na temat relacji międzyludzkich i miejsca akcji. Styl powieści jest dość dziwny - zdania raczej krótkie, myśli oddane po żołniersku, ale z takim rozrzutem tematycznym, że trzeba się faktycznie skupiać, by nie umknęło czytelnikowi o czym właśnie jest mowa. Dopiero pod sam koniec ulega to zmianie, choć możliwe, że po prostu w końcu wtedy przyzwyczaiłam się i złapałam rytm lektury. Język wygładzony też nie jest, zdarzają się przekleństwa, choć nie są praktykowane w nadmiarze - po prostu oddają żywiołowość i włoski temperament głównej bohaterki. W tekście pojawiają się też fragmenty listów, wpisów z pamiętnika drugoplanowych postaci, jak i częste cytaty - z wierszy bądź włoskich piosenek. To znowu sprawia, że polski czytelnik czuje się trochę “nie w temacie” - brakuje kontekstu, który przyniósłby zrozumienie. Ogólnie tekst wydaje się być lekko satyryczny, może gdzieś momentami kierujący się w tę poetycką prostotę autorki.
 
Główna bohaterka Imma też na pewno nie daje się wpisać w schematy. To kobieta po 40-stce, która bardzo chciała zostać policjantką, jednak niski wzrost jej to uniemożliwił - stąd prokuratura.  W śledztwa więc mocno się angażuje, działa na równi z policją. Tyle że współpraca z nią łatwa nie jest - Imma to bardzo specyficzna osoba, nie ma więc wielu przyjaciół wśród pracowników. Jest ciekawska i nie waha się donosić na współpracowników, zasady są przecież po to, by ich przestrzegać. Problem pojawia się, gdy Imma wchodzi na grunt prywatny, a choć męża ma bardzo potulnego, to córka wchodząca w dorosłość niewiele sobie z jakichkolwiek zasad robi. Immie zatem dylematy rodzicielskie, wyrzuty sumienia związane z długim przesiadywaniem w pracy, dają chyba mocniej w kość niż trudna do rozgryzienia sprawa.
“Immę ogarnęło znane uczucie, że coś zaczyna w niej wirować jak woda w wirówce pralki. Ze względu na wzrost wiceprokurator jej krew miała dość krótką drogę do przebycia, więc musiała wykonać więcej obrotów od przeciętnej i może dlatego łatwo dochodziła do wrzenia.”
Poza samą Immą, wszystkie pozostałe postacie to drugi plan. Poznajemy jej współpracowników: asystentkę, partnera, policjantów oraz jej rodzinę, ale nikomu nie przyglądamy się bliżej, ich kreacje to bardzo wybiórcze cechy, które na Immę jakoś oddziałują. Tych bohaterów pewnie jeszcze w kolejnych tomach spotkamy, ale są i tacy, którzy związani są bezpośrednio z intrygą - i tutaj znowu może pojawić się dla polskiego czytelnika problem: obce nazwiska i ich ilość sprawiają, że trochę kto jest kim się myli. Samo w sobie to nie jest problemem, jednak w połączeniu z oryginalnym stylem daje lekkie wrażenie chaosu.
 
Intryga powieści prowadzona jest tempem spokojny, wręcz powiedziałabym, że śledztwo w sprawie morderstwa jest tutaj tylko jednym z wątków. Jednak, gdy przeanalizować je osobno, to wypada ciekawie - autorka myli tropy, zaskakuje i zahacza o tematy dla regionu ważne.
“- Kiedyś była tu wielka bieda (...).
- Tak, była (...), ale i dzisiaj się nie przelewa.
- Tak, ale wtedy z naszej biedy byliśmy dumni i tą odrobinę, jaką mieliśmy, dzieliliśmy z innymi. Teraz wszyscy chcieliby być bogaci. Jeśli nie jesteś bogaty, to udawaj, że jesteś, i to, co masz, mocno trzymaj.”
Mamy więc tutaj wątek emigrantów zza naszej wschodniej granicy. Autorka zwraca też uwagę na biedotę tej ziemi, choć rolnictwo jest na tym terenie praktykowane, to nie przynosi ono godnych pieniędzy. Jest mowa o narkotykach, o przekupstwach, a także o poszukiwaczach skarbów - w końcu teren ten zamieszkiwany był do starożytności. Dominujący jednak jest wątek rodzicielstwa - przyglądamy się jego różnym obliczom, zarówno tym nadopiekuńczym, jak i wręcz odwrotnie, zastanawiamy nad relacją rodzic-dziecko.
“W odróżnieniu od psów, kotów, żółwi wodnych, a nawet mężów, od dzieci nie można się uwolnić. Dlatego wszyscy, zaledwie to sobie uświadamiają, nie mają innego wyjścia - muszą przekonać samych siebie, że najpiękniejszym, najwspanialszym w życiu doświadczeniem jest zostać rodzicami. Uporczywie przekonują też o tym pozostałych, żeby nie mieć niewygodnych świadków.”
Tego, czego mi jednak w powieści zabrakło, to przedstawienia samego miasta - tytułowe kamienne miasto, coś naprawdę niezwykłego dla polskiego czytelnika wydaje się tutaj pominięte, autorka nie oddała jego klimatu, w ogóle, gdyby nie było określone miejsce akcji, to poza tym, że są to Włochy, raczej sama na nazwę miejscowości bym nie wpadła. Oczywiście okoliczne pola i nieużytki w powieści się pojawiają, to jednak coś, co możemy spotkać wszędzie, a kamiennego miasta już nie.
 
“Kamienne miasto” jest na pewno powieścią bardzo nietypową, nawet jeśli wziąć pod uwagę niespieszny włoski rytm kryminałów. Przede wszystkim, trzeba polubić styl, w jakim jest pisana - lekko sarkastyczny, nieco dziwny i chaotyczny nie będzie do przełknięcia dla wszystkich, część czytelników, tak jak ja, będzie się do niego długo przyzwyczajać. Podobnie jest z główną bohaterką - to prawdziwa indywidualność, która jednak jest tak zamknięta w sobie, tak niechętnie o sobie mówi, że dopiero od sam koniec powieści zaczęłam czuć, że chyba powoli ją poznaję. Warte uwagi na pewno są tematy obrazujące problemy miejscowej ludności, warta uwagi jest spokojna intryga. Wydaje mi się, że seria ma potencjał, a że jest to pierwsza próba autorki z tym gatunkiem literackim, to liczę, że “Pogoda pod psem” okaże się już nieco bardziej spójną historią. Sprawdzę to już wkrótce, a ten tom polecam tym, którzy nie boją się sięgać po to, co mocno nietypowe.
 
Moja ocena: 6/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Oficyną Literacką Noir sur Blanc.



Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

czerwca 18, 2025

"Cienie nad stawem" Hanna S. Białys - recenzja premierowa

"Cienie nad stawem" Hanna S. Białys - recenzja premierowa

Autorka: Hanna S. Białys
Tytuł: Cienie nad stawem
Cykl: komisarz Bondys, tom 4
Data premiery: 18.06.2025
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał
 
Hanna S. Białys na polskim rynku książki gości od marca roku 2024. Wtedy to debiutowała książką “Robaki w ścianie” (recenzja -klik!), pierwszym tomem bydgoskiej serii z komisarzem Bondysem, której akcja osadzona jest w drugiej połowie lat 90-tych XX wieku. Debiut ten wywołał niemałe poruszenie wśród fanów literatury kryminalnej i sprawił, że każda kolejna książka autorki była mocno wyczekiwana. I dobrze, bo niewiele ponad rok później na jej koncie jest już pięć pozycji - cztery tomy serii z Bondysem (“Męczennicyna płótnie” - recenzja!) i jeden osobny thriller “Oćma” (recenzja - klik!), którego akcja toczy się współcześnie w małym miasteczku Żnin.
 
Bydgoszcz, wrzesień 1997. W nowym mieszkaniu Olgierda i Emilii Koźlackich panuje chaos - tyle co się wprowadzili, a muszą szybko doprowadzić miejsce do porządku, bo już wkrótce pojawi się na świecie nowy członek rodziny. Podczas wyburzania jednej ze ścianek odkrywają jednak coś, co zmieni plany całej trójki - w ich własnej ścianie ktoś zamurował… człowieka. Z którego niewiele już zostało, jednak nie brakuje mu dokumentów - to zaginiona przed kilkunastu laty żona prokuratora, Irmina Gaura. Oczywiście śledztwo zyskuje priorytet, komisarz Bondys zostaje wezwany przez szefa z urlopu. Przecież odmówić nie może - z prokuratorem przyjaźnią się od dawna.
W tym samym czasie Danuta i Piotr Konieczni martwią się stanem psychicznym swojej 18-letniej córki, która jeszcze niedawno była znana w całej Polsce jako obiecująca gwiazda show-biznesu, niestety jedno potknięcie podczas występu na żywo, zmieniło wszystko… Prasa rozkręciła z tego aferę, przyjaciółka dziewczyny wypowiedziała się niekorzystnie na jej łamach, Marcelina jest więc kompletnie załamana. Co zrobić, by udało się jej się podnieść? I co z jej przyszłością, jej marzeniami?
 
Książka rozpisana jest na prolog i 63 krótkie, kilkustronicowe rozdziały, których akcja toczy się naprzemiennie - raz pod koniec roku 1997, a raz w latach 80-tych. Rozdziałów toczących się w 1997 roku, od września do grudnia jest zdecydowanie więcej, a każda zmiana daty jest w tekście zaznaczona. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego przez narratora wszechwiedzącego, który pokazuje nam różne perspektywy - oczywiście tą podstawową jest perspektywa Bondysa, nie zaniedbujemy jednak też jego współpracowników, jak np. Basię, inne postacie drugoplanowe czy samą ofiarę. Narrator nie skupia się tylko na zdarzeniach, ale równie skrupulatnie opisuje co postacie czują, widzą, przeżywają. Styl powieści jest prosty, ale całkiem przyjemny, autorka zrezygnowała już na stałe z udziwnień, jakie lekko zakłócany mi odbiór tomu pierwszego serii - sztucznie wplecione w fabułę wzmianki nawiązujące do tytułu książki. Tego tutaj nie ma, co mocno doceniam! Dialogi prowadzone są sprawnie, przyjemnie, realistycznie.
“Żadna zbrodnia, nawet wyjaśniona i z ukaranym sprawcą, nie przynosi ukojenia. Zbrodnia to zawsze porażka ludzkości.”
Serię z Bondysem nie trzeba czytać w kolejności chronologicznej, każdy tom to osobna zagadka kryminalna, w każdym autorka przypomina podstawy relacji postaci występujących w całej serii. Oczywiście oznacza to, że w każdym tomie są przypomniane kluczowe elementy poprzednich tomów - zgrabnie, niewymuszenie, jednak dla tych, co sięgają tylko po jeden tom, będą niewielkim spoilerem. To w żadnym wypadku nie jest jednak minus powieści, dzięki temu autorka sprawia, że nawet sięgając po “Cienie nad stawem” bez znajomości poprzednich trzech tomów, czytelnik ma zagwarantowane, że zrozumie, co przeżywają postacie.
 
Bo sporą siłą tej powieści są właśnie one - postacie, przede wszystkim postacie całej serii. Komisarz Bondys, choć ciągle prowadzący dość samotniczy tryb życia, wydaje się trochę bardziej czytelnikowi przystępny, jego trudne rysy zostały nieco wygładzone. Nadal kocha ciężkie brzmienia i puzzle, nadal najbliższy jest mu jego pies Kodeks, ale natręctwa czy spostrzeżenia nieco kontrowersyjne odłożone zostały na dalszy plan, już się tak w tej postaci nie wybijają, a co za tym idzie - Bondysa łatwiej jest lubić.
W tym tomie towarzyszyć mu będzie nowy zespół, ale to nie znaczy, że tracimy z oczu stary. Basia, młoda policjantka właśnie przebywa na zwolnieniu i podejrzewam, że mogła to być kreacja najtrudniejsza do stworzenia - Basia cierpi, nie potrafi pogodzić się ze stratą, pozbyć wyrzutów sumienia odnośnie swojego postępowania, swojej naiwności, która doprowadziła do śmierci bliskiej jej osoby. Dziewczyna coraz mocniej zatraca się w poczuciu winy, w żalu, jej kreacja jest bardzo bolesna. Autorka poprzez nią świetnie obrazuje utratę chęci do życia, mocną depresję, a nawet poważniejsze zaburzenia.
Łatwego życia zresztą nie mają też pozostałe postacie. 18-letnia Marcelina boryka się ze zdradą i wyszydzaniem, prawdopodobnie utratą własnych marzeń. Jej zachowanie jednak kieruje się w drugą stronę, która również jest bardzo destrukcyjna. Niełatwo ma też prokurator Gaura, który po kilkunastu latach w końcu ma pewność - jego żona nie żyje i to nie żyje od dawna. Mimo tego, że śledztwo trwa, nie wygląda też by złapanie jej mordercy było w ogóle wykonalne, to mężczyzna czuje ulgę - w końcu wie, w końcu może pozbyć się niepewności. Poprzez tego bohatera możemy skupić się na zagadnieniu - czy lepsza jest niewiedza i nadzieja, czy jednak najgorsza prawda i pewność.
“(..) często tak się dzieje, że nawet w sytuacjach, na które nie mamy wpływu, wolimy działać, czuć sprawczość, mieć nad czymś kontrolę albo chociaż jej namiastkę.”
Poza postaciami, ich wzajemnymi relacjami, ważna jest też Bydgoszcz, miasto, w którym akcja się rozgrywa. Z początku lektury zaskakująco pozostaje w tle, co przyznam, że trochę mnie zdziwiło, gdyż właśnie jego rola, te doskonałe oddanie tego, jak wyglądała Polska niecałą dekadę po wyjściu z PRL-u, było jedną z charakterystycznych cech tomów poprzednich. Na szczęście te wrażenia szybko zostały rozmyte, rola Bydgoszczy wróciła na swoje miejsce, dzięki żeby znowu możemy się przyjrzeć temu jak wyglądało miasto 25 lat temu i jak wyglądała rzeczywistość mieszkających w nich ludzi.
“Obydwa pojęcia - piękno i brzydota - przenikały się na Gdańskiej i mieszały ze sobą. Piękna kamienica, brzydki kosz na śmierci. Piękny płaszcz wytwornej kobiety, brzydka stara kurtka starca. Piękny nowoczesny billboard reklamowy, brzydki odrapany słup ogłoszeniowy. Ulica kontrastów.
Miasto różnic.
Jego miasto.”
Tym razem jednak nie tylko lata 90-te zaprzątają naszą uwagę, bo pojawiają się również przebłyski z lat 80-tych. Nie ma ich wiele, nie dominują w powieści, zresztą pisane są tak, że czytelnik ma problem, by zorientować się o co w nich chodzi - to zabieg specjalny, ostatecznie wszystko zostaje wyjaśnione.
“Nieraz mamy wrażenie, że nie jesteśmy panami czasu, którym dysponujemy i który staramy się maksymalnie wykorzystać. Wszystko kręci się bez naszej zgody, każda czynność, każdy ruch okazują się brzemienne w skutki.”
Intryga kryminalna wydała mi się z wszystkich elementów świata przedstawionego najmniej istotna - oczywiście to ona spina wszystko w całość, to ona jest tym kręgosłupem, a jednak wydaje się raczej tylko pretekstem, by pogadać o naturze ludzkiej, o żałobie, o próbie pogodzenia się z odejściem, jak i życiu w niepewności, zakłamaniu, a także zasłoną blokującą innym ujrzenia człowieka, takim jakim jest naprawdę. Zagadka toczy się dość dynamicznie - mamy przeskoki w czasie, różne postacie, ich przeżycia wydają się kompletnie niezależne od reszty, więc trudno dojść do tego, jak wszystko łączy się w całość. Choć autorka od początku zostawia tropy, to są one bardzo nieznaczne, nie jestem przekonana, by ktoś był w stanie wpaść na rozwiązanie zagadki samodzielnie. Nie wpływa to oczywiście na jakość zagadki, która sama w sobie jest ciekawa, a jeden z twistów naprawdę zaskakujący. Żałuję tylko nieco, że wątek nastoletniej gwiazdy gdzieś z czasem zszedł na drugi plan, w momencie gdy wykonał swoje zadanie w intrydze. Jako że autorka lubi przyglądać się postaciom, ich psychice i zachowaniu, śledzenie tego, co dalej działo się z dziewczyną na pewno byłoby ciekawe.
“Łatwo było zbudować wokół siebie skorupę i zamknąć pod nią szczelinie wszystkie emocje i uczucia, skrywając je przed bliskimi. (...) Ten mechanizm miał jednak jedną potężną wadę - jeżeli ukryje się prawdziwe uczucia i myśli pod płaszczem ironii, ignorancji czy czegokolwiek innego, to nikt z zewnątrz ich nie zauważy i nie będzie miał szansy ich prawidłowo odczytać.”
“Cienie nad stawem” to bolesny kryminał - bolesny pod kątem emocjonalnym, gdyż dźwiga ciężar wielu trudnych emocji. Emocji, które sami z życia znamy, pytań, które sami sobie nieraz zadajemy. Nie umniejsza to pozostałym elementom historii - zarówno postacie, jak i intryga pozostają na satysfakcjonującym poziomie. Myślę, że wiele zagadek kryminalnych Bondysa jest jeszcze przed nami, z przyjemnością po raz kolejny będę wypatrywać okazji do odwiedzenia Bydgoszczy lat 90-tych.
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem SQN.


Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!